Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
"Riauk"




11. Pieśń, której nie było


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


- Jedź na Półwysep – powiedziała Meremu matka, gdy widział ją po raz ostatni. Miał wtedy szesnaście lat. Czuł się bardzo młody i niedoświadczony, ale ona uważała, że stał się już mężczyzną, że powinien zacząć radzić sobie sam. – Nie wiem, co tam znajdziesz, ale tego żąda od ciebie przepowiednia.
Wcześniej odśpiewała prastarą pieśń, którą od dziesiątek lat nosiła w pamięci, ale której nie umiała wcześniej z niej wygrzebać. To była właśnie przepowiednia, mówiąca o tym, który jako jedyny może ocalić świat przed zagładą. Czy nagle w nią uwierzyła? A może znudziła się jej już rola matki?
Ten jedyny miał narodzić się z martwego ciała. A przecież i matka i ojciec Merego nie powinni przeżyć z obrażeniami, jakie odnieśli przez lata w wielu bojach. Ten jedyny miał być owocem niespełnionej miłości. Rodzice Merego dręczyli się od lat i oboje nie byli szczęśliwi. Jego matka była nieśmiertelną, ostatnią z Ludu Lasu. Ojciec był tylko Małym Człowiekiem i do tego kaleką. Ten jedyny miał przejść przez lód i ogień. Razem z matką Mery był wśród szczytów gór skutych lodem, a teraz kazała mu wyruszyć na Półwysep. Interpretowała to, jako przejście przez ogień. Może miała rację. Bo przecież, żeby dostać się na Półwysep, trzeba było pokonać wąski pasek lądu biegnący pomiędzy płomieniami wzbijającymi się w górę z Morza Ognia i Krwi. Ten jedyny miał być inny, niż wszyscy. I Mery był inny. Miał złote włosy, które porastały mu nie tylko głowę, ale także stopy. Był bardzo niski i szczupły. Miał oczy niebieskie jak niebo i podłużne, szpiczaste uszy. Ten jedyny miał być przerażająco samotny, a jego jedyną przyjaciółką miała być krwiożercza bestia. Mery oswoił małą zieloną, okrutną łowczynię. Ale czy chciał, żeby ta przepowiednia mówiła o nim? Nie chciał. Nie chciał być samotny. Nie chciał, żeby nikt nie zapamiętał jego imienia, żeby nie śpiewano pieśni o jego czynach. Nie chciał, żeby kłaniał mu się tylko las. To też zostało przepowiedziane.

- Czemu mnie urodziłaś? - spytał kiedyś matki. - Przecież wiedziałaś, że będę inny niż wszyscy, że będę dziwny.
Dżana, dumna wojowniczka, spojrzała na syna zdziwiona.
- Chciałam cię urodzić – odpowiedziała. - Chciałam urodzić Ferro syna.
- Czemu nie pomyślałaś o mnie? - W jego głosie pobrzmiewał żal. - Ja chciałbym być synem wojownika. Chciałbym być taki, jak Roland.
- Twój ojciec jest wojownikiem! Dokonał wielu chwalebnych czynów. Jest naprawdę dzielny. Tylko ty nie umiesz tego docenić. – Zdenerwował ją.
- Nigdy mi nie opowiadałaś o jego czynach.
- Po co mówić o rzeczach oczywistych?
- Ferro zawsze milczy - powiedział, jakby jej nie usłyszał. - Nie opowiada historii o bitwach, jak Max.
- No bo i po co miałby to robić? - Dżana powtórzyła swoje pytanie. - Wielkości nie mierzy się w słowach, a ci którzy naprawdę coś przeżyli, nie chcą o tym opowiadać. Tak po prostu jest. To nie jest tak, jak ci się wydaje. Wojna to ból i krew. Każde zwycięstwo kosztuje więcej, niż możesz dostać za nie w nagrodę. - Zamilkła na chwilę. - Widzę, że wiesz o życiu mniej, niż myślałam. Zbyt długo żyłeś z dala od trudów i trosk.
Przez chwilę oboje milczeli. Mery gryzł wargi, o czymś myślał.
- Czy ty go kochałaś? – spytał w końcu.
Dżana przyjrzała się synowi bardzo uważnie. Zbadała każdy szczegół jego twarzy.
- Kochałam i kocham. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że za to ty nim gardzisz. Czy dla ciebie jest za niski, żeby mógł być dobrym człowiekiem? Jest po prostu innej rasy, niż ja. To prawda, że dużo milczy, ale on cię kocha. Jesteś dla niego wszystkim. Boli go, że jesteś tak zapatrzony w Maxa.
- Czemu sam mi tego nie powiedział?
- Bo taki właśnie jest. Czeka i milczy. Tak potrafi postępować tylko bohater. Zapamiętaj.
Mery spuścił wzrok. Nie oczekiwał takiej odpowiedzi.
- Opowiedz mi o nim. – Znowu spojrzał na matkę, w jego oczach była odrobina nadziei, że zrozumie, że w końcu się w tym wszystkim odnajdzie. - Jak w ogóle mogę cokolwiek myśleć, skoro niczego o nim nie wiem?
Dżana uśmiechnęła się.
- Opowiem ci, opowiem ci wszystko w swoim czasie - ale mimo tej zapowiedzi od razu zaczęła mówić o misji, jaką Ferro miał przed laty do spełnienia i o ich pierwszym spotkaniu.
- Nawet jeśli Ferro wydaje ci się nudny i niepozorny... To tylko moja wina. – Powiedziała Dżana o jego ojcu dużo później. – Wiele w nim zabiłam. Ochraniałam go bojąc się, żeby nie stracił życia. To nie jest coś, co mężczyźnie łatwo znieść. Ja jednak nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jednocześnie chciałam zabić naszą miłość. Wiedziałam, że nam nie wolno być razem, że nie możemy dopuścić do urodzenia się kogoś takiego, jak ty. Ty się jednak urodziłeś, a my nigdy nie byliśmy naprawdę partnerami, choć mogło tak być. Ferro zawsze zależał ode mnie. Wmówiłam mu, że tak musi być...
- Więc go skrzywdziłaś?
- Tak. - Skinęła głową. - Skrzywdziłam go.
- A co z miłością?
- Właśnie z miłości to zrobiłam. Zrozumiesz, kiedy kogoś pokochasz. Ciężko jest być ostatnim, lub jedynym. Twoja miłość też nie będzie spokojna, a twoje dzieci będą inne, niż wszyscy.
- Piękne dziedzictwo.
- Niestety. - Dżana uśmiechnęła się słabo. - Ale mimo to, zobaczysz, że ty też będziesz chciał mieć dzieci.
Skinął głową, choć nie zrozumiał wiele ze słów matki.

Zobaczył ją z daleka. Miała długie, czarne włosy. Rozpuszczone spadały lokami na jej plecy. Nosiła cienką sukienkę, sięgającą kolan i małe buciki. Nikt przy zdrowych zmysłach nie przemierzał Pustkowia w takim stroju. A na dokładkę bez wierzchowca, czy choćby zwierzęcia jucznego. Ona nie była chyba jednak przy zdrowych zmysłach. Wyglądała jakby poruszała się we śnie, zagubiona w swoim wewnętrznym świecie.
Podjechał do niej bardzo blisko, ale nawet nie zwróciła na niego uwagi.
- Hej, ty! - zawołał. Nic mądrzejszego nie przyszło mu do głowy. Zaniepokoił go jej los. Jeśli nie była szalona, musiało spotkać ją jakieś nieszczęście.
Nie zareagowała.
- Słyszysz mnie?!
Jego potężna, kasztanowata klacz, tańczyła w miejscu, prężąc szyję.
Obca kobieta uniosła głowę i spojrzała na niego. Oczy miała stalowoszare i zimne. Mery zadrżał pod ich spojrzeniem. Czarne włosy spadały jej na twarz. Trochę pochylona w przód, wyglądała jak dzikie zwierze.
Zostaw mnie.
Mery rozejrzał się nerwowo. Wydawało mu się, że usłyszał jej głos. Kobieta nie otworzyła jednak ust. Musiało mu się to przywidzieć.
- Co ci się stało? - spytał cicho.
Czego ty ode mnie chcesz?
- Niczego nie chcę! – krzyknął. Pragnął uwolnić się od głosu mówiącego we wnętrzu jego głowy, zwłaszcza że brzmiała w nim wyraźna wrogość. Zwariował, czy naprawdę słyszał myśli tej kobiety? - Chciałem ci tylko pomóc. Niebezpiecznie jest tak wędrować.
Otrząsnęła się też jak zwierze.
- Kim jesteś? - spytała.
- Odmieńcem – odparł. - Na imię mi Mery.
- Dokąd zmierzasz i czego chcesz ode mnie?
- Czego ja chcę? - zdziwił się. - Ty mi to lepiej powiedz. Dokąd ty zmierzasz? Nie jesteś stąd. Nie znasz tego świata. Ja jestem stąd i idę drogą, którą prowadzi mnie przepowiednia - mówił zbyt wiele, ale nie mógł się pohamować. Jeszcze nie przywykł do samotności, choć właściwie od dwóch lat wciąż był sam, tylko z klaczą.
- Jestem Axia, Wojowniczka Nocy – odpowiedziała. - Od wieków wędruję po wszystkich z dostępnych światów, walczę ze złem.
- W tym jeszcze cię nie było - stwierdził szybko, może z nutą pogardy. Za ten świat przecież jego matka przelewała krew.
- Jesteś zbyt młody i zbyt pochopny - odpowiedziała na to, a on miał wrażenie, że czytała w jego myślach. Chociaż właściwie wcale nie musiała. Był pochopny, w tej kwestii nie było o czym dyskutować. Ze względu na niski wzrost musiał też wyglądać na młodszego, niż był. - W ten sposób daleko nie dotrzesz.
- W porządku – rzucił. - Pomyśl lepiej, dokąd ty dotrzesz? Nie masz broni, ani wierzchowca. Jeśli nikt cię nie napadnie, zabije cię słońce.
- Nie bądź taki pewny – powiedziała. - Zostawmy to jednak. Może wiesz, gdzie mogę być potrzebna? Gdzie panoszy się zło?
Mery wybałuszył oczy i przez moment nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Ta kobieta albo naprawdę była szalona, albo wiedziała o czymś, o czym on nie miał pojęcia.
- Ja jadę na Półwysep - wydusił w końcu. - Tam jest wielu złych i wielu głupich ludzi. Tak w każdym razie twierdzi moja matka. - Kobieta milczała, więc pomyślał, że to on powinien wyjść z jakąś propozycją. - Wydaje mi się, że nie masz wielkiego wyboru i powinnaś pojechać ze mną. Nie zostawię cię tutaj samej.
Axia zawahała się.
- Jedziesz? - spytał młodzieniec, wyrzucając nogę ze strzemienia i tym samym dając jej możliwość wspięcia się na siodło. Nie był jednak przekonany, czy to słuszne, że ją ze sobą zabierał. Martwił się co prawda nie o siebie, tylko o Różę. Klacz była nieco zbyt słaba, by nieść dwóch jeźdźców.
- Tak. - Axia zdecydowała się i ulokowała za nim, odkrywając, że młodzieniec jest od niej niższy co najmniej o głowę.
Klacz ruszyła stępa. Oni milczeli przez chwilę.
- Może opowiesz mi o tej twojej przepowiedni? - zaproponowała Axia.
- A może to ty opowiesz mi o sobie?
- Już wszystko o mnie wiesz.
Była tajemnicza. Mery zastanowił się, czy w takim razie on powinien cokolwiek jej o sobie powiedzieć. Ale czy mogło mu to zaszkodzić?
- Było powiedziane, że dziecko narodzone z martwego ciała, owoc niespełnionej miłości, ten który oswoił dziką bestię i zaprzyjaźnił się z nią, przeszedł przez lód i ogień, ocali świat. To dziecko, to ja. Przez lód już przeszedłem, teraz idę w ogień - wyjaśnił.
- Ach - rzuciła Axia ironicznie. - To bardzo ogólna przepowiednia. Od czego masz uratować świat?
- Od zagłady, a od czego? - Kobieta, siedząca za nim, nieco go drażniła. - Przepowiednia zaczyna się od słów: „Zanim w krwawej agonii skonają wszystkie krainy...”. Nie sądzę, żeby była ogólna. Jest o mnie, a wroga muszę już znaleźć sam i sam muszę znaleźć sens swojego istnienia, jak wszyscy z ludu mojej matki. Niczego bym się nie nauczył, gdybym wszystko dostał podane na dłoni.

- Słyszysz? - spytał szeptem. Był z matką na Pustkowiu. Był bardzo młody. Jeszcze nie wierzył swoim zmysłom.
Dżana nastawiła uszu.
To był płacz, płacz małego dziecka lub może kwilenie porzuconego, małego zwierzątka. W każdym razie był to głos małej, bezradnej istotki.
- Pójdę tam - powiedział Mery.
- Idź.
Wstał i skradając się wszedł w gęste zarośla. Dżana uśmiechnęła się. Mery potrafił cicho chodzić i nie zostawiać śladów jak wszyscy Mali Ludzie.
Chwilę czekała, zanim powrócił, niosąc coś w ramionach.
- Popatrz. - Pokazał jej niemowlę zielonych, okrągłe, tłuściutkie, o krótkich, jeszcze bardzo nieporadnych łapkach. Z jego pyszczka sterczały już jednak dwa jadowe zęby. - Myślę, że zabiliśmy mu matkę - dodał.
- To możliwe - przyznała Dżana. Nie wiedziała, co z jego znaleziskiem począć.
- Co z nim zrobimy? - Mery też nie wiedział. - Czy można je wychować i oswoić, żeby nie było niebezpieczne? - spytał.
- Sądzę, że tak - powiedziała Dżana. - Daj mi je.
Mery podał matce maleństwo. Przyjrzała mu się, pogłaskała po brzuchu porośniętym miękkim puszkiem.
- To dziewczynka - powiedziała. Kiedyś opiekowała się glumami. Były inteligentniejsze i powolniejsze, niż zielone. Jednak zęby jednych i drugich miały w sobie równie śmiercionośną truciznę. Zadrżała. Jej przygoda z glumami nie skończyła się dobrze. Teraz Mery znalazł dziecko zielonych i chciał je ocalić. Czy historia miała się powtórzyć? Czy jej syn miał okazać się bardziej od niej odpowiedzialny?
- Muszę wyrwać jej zęby - stwierdziła.
- Jak sobie bez nich poradzi? - zaniepokoił się Mery.
- Będzie zależna od nas. Ale jeśli nie wyrwę jej zębów, będzie stanowiła zagrożenie, a tak... Wychowasz ją na zieloną kobietę, może nawet nauczy się mówić.
Skinął głową, zgadzając się, ale kiedy Dżana wyrywała małej zęby, zamknął oczy. Zielona zakwiliła żałośnie.
- Ale jak ona będzie jeść i co? - spytał potem, tuląc maleństwo.
- Będzie jeść mięso i wszystko to, co my - usłyszał w odpowiedzi. - Te zęby służą tylko do polowania, do zadawania śmierci, a ona będzie cywilizowaną istotą. Nadaj jej cywilizowane imię.
Zamyślił się, głaszcząc małą główkę.
- Eva - wyszeptał w końcu.
- Niech będzie Eva. - Dżana uśmiechnęła się.
- No, Evuniu - wyszeptał Mery. - Powiedz tata. Ta-ta.

Trzy dni spędzili razem na siodle. Róża cierpliwie znosiła dodatkowy ciężar, czule doglądana przez Merego. Młody wojownik źle się czuł w towarzystwie milczącej kobiety. Dlaczego to ona była z nim? Dlaczego ona, a nie jego Eva? Nie zabrał jej z sobą. Uznał, że wyprawa na Półwysep może być zbyt niebezpieczna. Sam zresztą także odkładał wyruszenie w drogę tak długo, jak tylko mógł. Bał się. Nie chciał też przyjąć swojego przeznaczenia. Nie chciał być zawsze samotny. Ciągle znajdował sobie coś nowego do zrobienia. Aż w końcu nie mógł już udawać, że był kimś innym, niż był.
Czwartego dnia stanęli na brzegu Morza Ognia i Krwi. Smród nie pozwalał im złapać oddechu. Wrząca krew buzowała, formowała się w ogromne kule, które odrywały się od powierzchni i wznosiły w górę, gdzie pękały z hukiem.
- Poszukamy teraz przejścia na Półwysep - powiedział, sam siebie uspakajając głosem. - Moja matka myśli, że to właśnie to przepowiedziane przejście przez ogień.
Axia nie odezwała się. Skąpa zawartość żołądka podeszła jej do gardła. Na Pustkowiu trudno było coś upolować, a Mery musiał zdobywać pożywienie dla nich obojga.
Róża zatańczyła w miejscu. Jej też nie podobało się miejsce, w którym się znalazła.
- Spokojnie, mała, spokojnie – wyszeptał Mery, klepiąc klacz po szyi i popychając łydkami naprzód. Róża ruszyła stępa, podrzucając nerwowo głowę.
Na szczęście dotarli do morza niedaleko przejścia na Półwysep. Wypatrzył je - wąski pasek lądu biegnący przez ogień.
- To tu.
Mery pobladł. Był przerażony, miał nadzieję, że będzie szersze.
- Boisz się? - spytała Axia.
- Nie - odparł kłamiąc. - Pochylił się na siodle. - Nie zawiedź mnie - wyszeptał do ucha klaczy. Teraz wszystko zależało od niej.
Wyprostował się. Jedną ręką ciągle głaskał szyję Róży. Nie mógł stać w miejscu przez wieczność, zbyt się jednak bał, by podjąć działanie. Przyszło mu do głowy, że zawróci, że wróci do życia, jakie wiódł przez ostatni rok. Nie wiedział, czy powinien nazywać się najemnikiem, czy włóczęgą. Pomagał ludziom. Walczył z tym, z czym oni sami nie mieli odwagi walczyć. W zamian dostawał coś do jedzenia, a czasem też kont do spania w stodole. Choć chyba wolał spać pod gołym niebem. Było mu dobrze, gdy przemierzał Pustkowie w tą i z powrotem. Nie trafił też jeszcze na naprawdę groźnych przeciwników. Czasem był głodny i zmarznięty, ale rzadko czegoś się bał. Dlaczego nie mógł zapomnieć słów przepowiedni? Jak bardzo by się jednak nie starał tego zrobić, wracały do niego w ciszy nocy i nie dawały mu spokoju. Wiele razy je analizował. Pasowały do niego, czy tego chciał, czy nie.
Nagle zebrał wodze i ścisnął klacz łydkami, zmusił do galopu. Wpadli w ogień. Oboje z Axią nie mogli złapać oddechu, dusząc się od gorąca i smrodu. Mery myślał, że jego życie zaraz się skończy. Nie mógł uwierzyć, że jego matka mogła pokonać tę drogę wiele razy. Róża gnała jak oszalała. Położyła po sobie uszy. Strach rozdął jej chrapy. Mery nie musiał jej już popędzać. Sama przeszła w cwał. Całej trójce zdawało się, że to nigdy się nie skończy, że przez wieczność będą tak gnać przerażeni i bliscy śmierci przez uduszenie, jak i obłędu. Nie czekała ich jednak taka wieczność, tylko chwila.
Wypadli wreszcie na równinę. Mery ściągnął wodze i Róża zahamowała, zarywając kopytami w ziemie. Axia łapczywie pochwyciła powietrze. Klacz rzuciła głową, potrząsając długą, białą grzywą, potem parsknęła.
- Oto jesteśmy na Półwyspie - oznajmił Mery.

Nie ujechali daleko. Oczy Merego, widzące lepiej niż ludzkie, uchwyciły ruch na równinie.
- Wojskowi - wyszeptał.
- Czy nam zagrażają? - spytała Axia też szeptem.
- Nie wiem – odparł. - Zaraz się przekonamy.
Tak stało się rzeczywiście. Zbrojny zastęp w purpurowych płaszczach, na rosłych, karych koniach, zmierzał ku nim, a może raczej ku przejściu na Półwysep.
Osadzili wierzchowce tuż przed nimi.
- Kim jesteście? - spytał, jadący na czele.
- Wędrowcami - odparł Mery pewnie.
Axia milczała.
- Po co tu przybyliście?
- Od tak - skłamał. - Bez żadnego powodu.
- Nikt nie przekracza granicy bez powodu - zauważył dowódca oddziału.
- Ja nie mam żadnego.
- Wszystko jedno. - Żołnierz był zniecierpliwiony. - Pojedziecie z nami. Obcym nie wolno poruszać się po Półwyspie.
Mery obejrzał się na Axię. Nie był pewny, co począć. Jechać z nimi? Jeśli to źle się skończy? Jeśli wtrącą ich do lochów? Dlaczego? Czy to nie wszystko jedno? Nie jechać? Jeśli nie pojedzie, nie dowie się, czego od niego chcą. Może nie znajdzie wroga, którego ma pokonać?
Jedźmy z nimi - powiedziała do niego Wojowniczka Nocy nie otwierając ust i nie wydając żadnego dźwięku. Ten sposób komunikacji nazywała myślomową. Mery uważał, że nawet jeśli jej zdolność była praktyczna, to była też jednak bardzo nieprzyjemna. - Może ich właśnie szukasz. - On też przed momentem o tym pomyślał. - W każdym razie, nic nam się już nie przydarzy po drodze. A jeśli naprawdę potrafisz posługiwać się mieczem, poradzisz sobie, gdy okaże się, że popełniliśmy błąd. - To brzmiało rozsądne. Mery wiedział, że w tej kwestii nie powinien działać pochopnie. Jego matka często zbyt szybko sięgała po broń.
- Oddajcie broń - zażądał dowódca oddziału.
Mery znowu obejrzał się na Axię. Co teraz? Mógł dobyć miecza i porozbijać łby żołnierzom. Może był w stanie pokonać ich wszystkich, jego matka by była. Właściwie czemu miałby tego nie zrobić? Trochę wiedział o ludziach z Półwyspu. To oni kiedyś skatowali jego ojca, oni okaleczyli wspaniałą klacz matki, a ją samą więzili. A przecież żadne z nich, nie zrobiło niczego złego. To oni przed laty toczyli wojnę z Jedynym Miastem Pustkowia. Byli źli i szaleni – tak mówiła jego matka. Gdyby zaatakował, to byłaby tylko zemsta. Zemsta. Jego szczęka zadrgała. Przecież jeśli odda broń, nie będzie miał już szans.
Nie! - zawołała Axia w jego głowie. - Oddaj im miecz. Tak będzie lepiej. Jeśli będzie trzeba, poradzę sobie z nimi bez broni.
Mery nie zrozumiał o co mogło jej chodzić. Ale jeśli potrafiła przemawiać do niego w myślach, mogła potrafić jeszcze coś. Jakoś przecież walczyła ze złem. O ile oczywiście mówiła prawdę i nie była po prostu szalona. Nie wiedział, co powinien o niej myśleć. Z reguły nie odpowiadała na jego pytania. Wydawała się też lekko nieprzytomna, jakby myślami wciąż przebywała w innym świecie.
Odpiął miecz, ale go nie oddał. Trzymał go w ręce. Wahał się. Była jeszcze jedna możliwość. Mógłby popędzić Różę i próbować ucieczki. Chociaż nie. To odpadało. Róża była zbyt słaba, by niosąc dwóch jeźdźców umknąć pogoni. Matka mówiła, że powinien mieć innego konia. Miała rację. Dlaczego musiał być tak uparty i się z nią nie zgodzić? Dlaczego? Kochał Różę. Miłość była odpowiedzią. Miłość wpędzała w tarapaty.
- Oddaj miecz - powtórzył dowódca oddziału.
Będzie walczył? Nie. Jednak nie. Nie powinien zabijać bez powodu.
Oddaj – ponagliła go Axia.
Oddał. Oddał miecz, który kiedyś należał do jego matki. Zwiesił głowę. Trudno. Niech się dzieje, co ma się dziać. Stracił miecz matki. Pewnie nigdy nie był go godzien.
Oddział otoczył ich i poczłapali naprzód, ku nieznanemu losowi.

- Chciałbym być synem prawdziwego wojownika – powiedział kiedyś. - Chciałbym poznawać obyczaje, tradycje, legendy, kiedyś odziedziczyć sławny miecz ojca.
- Nie wiesz, co mówisz - skarciła go Dżana. - Jeśli chcesz oręża, to w swoim czasie otrzymasz ten. - Odpięła od boku długi, wąski miecz i podała go chłopcu. Przyjął go z wielką czcią, zwarzył w dłoniach i przyjrzał się światłu odbijającemu się od osadzonego w rękojeści rubinu. - Wykuł go Lud Lasu, zanim odszedł – wyjaśniła. - A jeśli chcesz tradycji i legend, powiem ci, że to tylko pozory i brednie, chyba, że jako legendy potraktujesz historie życia swoich rodziców, której część już znasz, a jeśli chodzi o naukę...
- Dziwnie mnie uczysz.
- Nie – zaprzeczyła. - Dziwne jest wywijanie mieczem przez cały dzień, ale i na to przyjdzie czas. Teraz musisz nauczyć się, jak przeżyć, które drogi wybierać, komu i czemu ufać, musisz poznać cały świat, który był moim światem. Chciałeś kontynuować dzieło swoich przodków. Wytłumaczę ci, czym ono było. Tradycja, niech ci będzie, twoją tradycją będzie wędrówka, przemierzanie Pustkowia, czekanie, aż świat zaatakują siły zła i walka z nimi, a także obrona słabszych, za co nigdy nie weźmiesz zapłaty. Po to właśnie wyruszyliśmy, żebyś się tego wszystkiego nauczył. Nadszedł już czas na dorosłość.
Mery patrzył na nią znudzony. Czas na dorosłość? Przecież miał tylko szesnaście lat.
- Chciałeś się uczyć – powiedziała. - Posłuchaj mnie. Nie wiem, jak będzie z tobą, ale moim życie kierują prawa Ludu Lasu. Jestem nieśmiertelna.
- A więc ty będziesz żyć, a ja umrę?! - rzucił gniewnie.
- Ja też umrę - wyjaśniła spokojnie. - Ale nie tak, jak umierają inni. Nie pokona mnie ani starość, ani choroba, ale czas. Wspomnienia zaczną mi w końcu tak ciążyć, że nie będę myśleć o niczym innym, jak tylko o śmierci i nie będę umiała znaleźć żadnego nowego marzenia. Tak stanie się, kiedy zrobię już wszystko, co miałam do zrobienia na terenie tych światów. Czuje, że mój czas już nadchodzi. Może odejdę do swojego ludu, kiedy wszystkiego cię nauczę, kiedy staniesz się samodzielny.
- Chcesz się mnie pozbyć? - spytał.
- Ależ nie. - Potrząsnęła głową. - Ale tak po prostu jest. Dzieci dorastają i muszą wyruszyć swoją drogą. A Ludzi Lasu ciągnie do morza. Tak jest. Tak było i tak będzie. To wszystko. Tęsknota w Ludziach Lasu to najsilniejsze uczucie.
Skinął głową, choć i tym razem, jak zwykle niewiele zrozumiał z tego, co mówiła.

Zbrojny zastęp doprowadził ich do Czarnej Twierdzy, w której kiedyś więzieni byli jego matka i ojciec. Czarne, grube mury pięły się w górę, zasłaniając niebo. Mery zadrżał.
- Mamy więźniów - oznajmił dowódca patrolu sennemu stróżowi przy bramie.
Krata szczęknęła i powoli uniosła się w górę. Wjechali do wnętrza fortecy. Owiał ich chłód i zapach zgnilizny. Kopyta koni zadudniły na bruku.
Co teraz? - pomyślał Mery.
Axia westchnęła.
Przekroczyli następną bramę.
- Zsiądźcie z konia.
Zsiedli. Ktoś chwycił Róże przy pysku i spróbował odprowadzić na bok. Klacz wyrwała się i stanęła dęba, rżąc dziko. Nie zgodziła się, by dotykały jej ciężkie, brutalne dłonie. Uderzyła kopytami o bruk i znów stanęła dęba - smukła kasztanka o długiej, białej grzywie. Urodziła się nad morzem Świata Dyktującego. Nigdy nie więziły jej mury. Poznała co to szaleństwo galopu, co to wolność. Nauczyła się, ile jest warta i nosiła głowę dumnie wzniesioną. Jej rżenie odbiło się echem od kamiennych ścian.
Silna dłoń żołnierza ściągnęła ją w dół. Ktoś uderzył po zadzie. Kwiknęła.
- Róża! - wyrwało się z piersi Merego.
Ktoś dźgnął go pod żebro, pociągnął w bok. Klacz odprowadzono w inną stroną. Próbowała się jeszcze wyswobodzić. Odwróciła głowę, oglądając się za swym panem. Dłoń trzymająca wędzidło rozdarła pysk. Ogromne, ciemne oko błysnęło w mroku. To było ich pożegnanie.
Ktoś ciągnął Merego za ramie.
- Idziemy.
Poszedł, gdzie go poprowadzono, ze zwieszoną głową. Przekroczył jakiś próg i pozwolił się wprowadzić do pachnącego zgnilizną podziemia o ścianach porośniętych grzybem i pleśnią. To stamtąd Dżana wyrwała kiedyś Ferro i jego towarzyszy.

- Musisz mieć innego konia – powiedziała kiedyś jego matka.
- Nie - zaprotestował.
- To prawda, że Róża jest piękna - przyznała Dżana. - Ale wojownik potrzebuje silniejszego, cięższego i bardziej niestrudzonego zwierzęcia.
- Ona jest jeszcze młoda - bronił klaczy Mery.
- To prawda, że konie szlachetnej rasy późno dojrzewają, ale Róża nigdy nie dorówna Marzeniu.
- Przecież nie musi - odpowiedział Mery. - Ty masz Marzenie, ale nie każdy musi mieć takiego konia. Ja mam Różę. Była moja od dnia, w którym się urodziła, a nawet jeszcze wcześniej. Ja nadałem jej imię, ja bawiłem się z nią, kiedy była źrebięciem, ja pierwszy ją okiełznałem i ja pierwszy jej dosiadłem. Wszystkiego ją nauczyłem. Kocham ją. Czy to nie wystarczy, żeby była odpowiednim dla mnie koniem?

Wtrącono ich do celi, zakuto w kajdany. Brama szczęknęła i zostali sami w zupełnej ciemności.
- Gratuluję, kobieto! - krzyknął nagle. Był zły. Przecież to przez jej rady się tu znalazł. - Stąd nie da się uciec! Zgnijemy tutaj! - Szarpnął łańcuchy. - Mam je przegryźć?! - Był bliski płaczu. Co się z nim stanie? Co stanie się z jego Różą?
Szarpnął łańcuchy raz jeszcze, ku swojemu zdziwieniu oswabadzając się. Łańcuchy Axii również opadły. W ciemności nie mógł zobaczyć jej uśmiechu, ani błysku tryumfu w oczach. Nie mógł też wiedzieć, że w myślach nazywała go malcem i że nie wierzyła, by mógł uratować świat, on – mały robaczek, on – promień światła w ciemnej wieczności.
Mery usłyszał jej cichy śmiech.
- Jak to zrobiłaś? – zapytał, wybałuszając oczy, choć dzięki temu wcale nie widział lepiej.
- Mówiłam ci, że poradzę sobie bez broni. Mówiłam też, że jestem Wojowniczką Nocy. Mam moc. Wiele mogę zdziałać przy jej użyciu.
- Wydostać się stąd też?
- Tak.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej?
Axia jak zwykle nie odpowiedziała. Wzruszyła ramionami, ale on nie mógł tego zobaczyć.
- Nie pomyślałam, że nie wiesz, kim są Wojowniczki Nocy. Choć, faktycznie, śmiertelni z reguły tego nie wiedzą.
- Więc kim są?
- Potężnymi kobietami. Przemierzamy dostępne nam światy, polujemy na demony, naprawiamy skutki zasianego przez nie zła.
Mery podniósł się, by rozprostować kości. Przemierzył parę razy cele. Nierówna, kamienna podłoga raniła mu stopy.
- Chciałbym wiedzieć, czego oni od nas chcą - wyszeptał sam do siebie.
- Jeśli będziesz cierpliwy, dowiesz się tego.
Mery zdawał się nie słyszeć uwagi Axii i mówił dalej:
- Pan, zdaje się tego zamku, chciał kiedyś uwięzić i zgładzić mają matkę. Tylko ona mogła przeszkodzić ludziom z Półwyspu w zapanowaniu nad Jedynym Miastem Pustkowia. Udało jej się uciec. Myślała, że zabiła władcę tego zamku, ale może go tylko zraniła. Potem była wojna, w której wzięła udział. Tę wojnę Półwysep przegrał. Może znowu chcą ją tu zwabić. Są pewni, że przyjdzie po mnie, tak jak kiedyś przyszła po mojego ojca. - Urwał nagle. Nie wytrzymywał towarzystwa Axii, tego jej wyniosłego milczenie. Miał całkiem zresztą słuszne wrażenie, że się z niego w głębi duszy naśmiewała. Nie miała do tego prawa! Może był odmieńcem, ale przecież jego matka była największą wojowniczką swojego świata. A on starał się nauczyć od niej jak najwięcej. - To nie uczciwe - rzucił z goryczą. - Gdzie byłaś ty i tobie podobne, gdy moi rodzice przelewali krew i oddawali zdrowie w walce z siłami zła? Przecież to, co dla nich było nadludzkim czynem, dla ciebie zapewne jest drobnostką. Dlaczego nie pojawiłaś się wcześniej?! I dlaczego, kiedy już się pojawiłaś, musiałaś mnie wciągnąć w kłopoty?! Lepiej mnie stąd wyciągnij. Przecież to, co się wydarzyło, jest twoją winą.
- Nie tak szybko – przerwała w końcu jego monolog. - Nie muszę ci pomagać, tylko chcę. Czy myślisz, że takich jak ja obchodzą wasze wojny i wasz świat, jeden spośród milionów, nie największy i nie najbogatszy?
- Jeśli nazywasz się wojowniczką, powinien cię obchodzić! - rzucił Mery zapalczywie. - Mówiłaś, że walczysz ze złem.
- Uspokój się - powiedziała łagodniej. Przesadziła, a to było przecież tylko dziecko. - W ten sposób do niczego nie dojdziesz. - Podeszła do niego, chciała go wziąć za rękę, ale jej nie pozwolił. - Nie złość się już na mnie. Nikt nie może być wszędzie. Jestem tu teraz.
Przez chwilę milczał.
- Wszystko jedno – rzucił. W końcu, może sam nie wiedział, co mówił. - Po prostu zrób coś.
- Po co? Kiedyś po nas przyjdą i wtedy dowiemy się wszystkiego. Naucz się cierpliwości.

Kiedy matka po raz pierwszy zabrała go na Pustkowie, po raz pierwszy zetknął się też z zielonymi. Musieli przemierzyć ich tereny łowieckie. Stado znajdowało się niedaleko drogi. Nie mogli liczyć, że żądne krwi bestie ich nie spostrzegą.
- Naprzód! - krzyknęła Dżana, spinając konia. Zielone potrafiły biegać szybciej, niż konie, a ich szczęki były zaopatrzone w potężne zęby.
Mery poszedł w ślady matki i dwie klacze ruszyły wyciągniętym galopem. Marzenie, należąca do matki, była starsza, była cięższa, ale jej nogi znały tę drogę i nie zawiodły. Rwała w przód i nic nie mogło jej zatrzymać. Wyboje drogi były jednak poważną przeszkodą dla Róży, drobne kopyto zapadło się, ginąc w dołku. Ugięła się cienka pęcina i jeszcze nie wyćwiczony nadgarstek. Klacz kwicząc runęła do przodu i w bok, zrzucając jeźdźca i fikając w powietrzu koziołka. Poderwała się od razu. Odskoczyła w bok. Zielone rzuciły się na chłopca. Mery dobył krótkiego miecza, zaciął wargi. Nie chciał oddać życia bez walki, choć to, że je odda, było dla niego jasne.
Dżana wstrzymała i odwróciła konia. Stała chwilę, patrząc, jak poradzi sobie jej syn. Był dzielny i nie bał się zadawania śmierci, gdy przychodziła taka potrzeba. Kiedy się o tym przekonała, ruszyła mu z odsieczą.
Zadała tylko kilka ciosów. Głowy zielonych potoczyły się po ziemi. Tylko nieliczne bestie uciekły. Mery osunął się na kolana, miecz wypadł mu z ręki. Drżał na całym ciele. Dżana zeskoczyła z siodła i przykucnęła przy nim.
- Co ci jest? - rzuciła przerażona. Przecież nic nie powinno się stać. Wszystko wydawało się być w porządku. - Czy któryś cię ugryzł?
Mery przylgnął do matki, wtulił się w nią. Przez chwilę szlochał. Potem się uspokoił.
- Nie - odpowiedział, wargi wciąż mu drżały. Był blady.
Dżana dotknęła jego włosów.
- To dobrze. Mogły cię zabić, ale nawet cię nie drasnęły - powiedziała spokojnie. - A to nie tylko moja zasługa.
- Czemu czekałaś? - rzucił nagle ostro, wracały mu siły.
- Chciałam przekonać się, czy umiesz chronić swojego życia. Kiedyś mnie zabraknie. Musisz nauczyć się radzić sobie sam.
- Ale jeszcze nie umiem! - przypomniał jej.
- Wiem. Dlatego w końcu przyszłam ci z odsieczą.
Podniosła się i podeszła do klaczy, zbadała jej nogi.
- Na szczęście i ona wyszła z tego bez szwanku – rzuciła. - Pamiętaj jednak, zawsze najpierw zajmij się koniem. Potem dopiero możesz rozczulać się nad sobą.

Szczęknął zamek i ciężkie drzwi otworzyły się, wpuszczając odrobinę światła. Do celi weszło dwóch ludzi w purpurowych płaszczach. Spojrzeli na rozpięte kajdany, ale nie skomentowali tego, co zobaczyli.
- Idziemy. - Wypchnęli Merego i Axię na korytarz, a potem poprowadzili po stromych, krętych schodach, chyba na wieżę, bo droga ta trwała bardzo długo. Potem były jeszcze jedne drzwi, przed którymi stał strażnik.
- To tych dwoje złapanych na wybrzeżu. Nasz pan chciał ich widzieć.
- Wejdźcie.
Weszli i znaleźli się przed obliczem monarchy, monstrualnie grubego mężczyzny w czarnym stroju.
Mery poczuł się, jakby znalazł się w jednej z historii opowiadanych przez jego matkę. Ona wyrwała się strażnikowi. Wbiła miecz w brzuch grubasa i wyskoczyła oknem. Przeżyła, bo była nieśmiertelna. On wolałby tak nie ryzykować.
- Kim jesteście i czego tu szukacie? - spytał monarcha, patrząc w stronę Axii. Gdy mówił jego skrywający szyję podbródek trząsł się.
- Jestem Axia - oznajmiła Wojowniczka Nocy. - Przybyliśmy tu razem, by cię pokonać i jeśli nas natychmiast nie wypuścisz, zginiesz. - Mówiąc to dumnie zadarła głowę.
- Pokonać?! Mnie?! – Gigantyczny brzuch monarchy trząsł się jeszcze długo po tym, jak ten przestał się śmiać. - Nie jesteście w odpowiednim położeniu, by mi grozić. Skąd ją wziąłeś, głupcze?! - teraz zwrócił się do Merego.
- Przybłąkała się. - Chłopak wzruszył ramionami. - Czy położenie jest odpowiednie, czy nie, to nie wiem - dodał jeszcze. - Powinieneś jednak potraktować poważnie to, co ona mówi. Ona ma wielką moc. - Mery nie wiedział, co planowała Wojowniczka Nocy, ale podjął jej grę. Zaufał jej, bo nie miał innego wyboru.
- Zabijcie ją - rozkazał grubas, gniew wykrzywił jego tłustą, czerwoną twarz. - Zabijcie, nowy błazen nie jest mi potrzebny. Jemu zróbcie jakąś krzywdę, utnijcie mu rękę, albo nogę, co wam się podoba. - Po wydaniu rozporządzeń, znów zwrócił się do Merego. - Masz tupet, pokurczu. - Śmiech zabulgotał w jego gardle. - Zróbcie to teraz i tutaj. Chcę widzieć, jak go okaleczycie. Jestem ciekawy, czy jest twardy - rzucił do ludzi w purpurowych płaszczach.
Jeden z nich schwycił Merego za rękę i pchnął tak, że ten upadł na kolana. Monarcha uśmiechnął się, przyglądając tej operacji i oblizując wargi.
Mery rzucił Axii pytające spojrzenie. Teraz będzie walczył. Teraz już chyba może. Czy sobie poradzi, to inna spawa, jest przecież tylko pokurczem. Wszystko jedno. Lepiej zginąć w walce.
Człowiek trzymający Merego za rękę wzniósł w górę miecz. Chłopak widział ostrze tnące powietrze. Zaraz miał stracić dłoń. To było nieuniknione.
Zebrał wszystkie siły. Szarpnął się, wyrywając rękę z silnej dłoni swego oprawcy. Miecz uderzył w posadzkę, sypiąc skry. Człowiek zadający cios stracił równowagę. Mery to wykorzystał. Skoczył na równe nogi. Pochwycił ręką za klingę miecza i szarpnął, wyrywając go niczemu nie spodziewającego się żołnierzowi. Poczuł ból. Myślał, że go nie zniesie, ale zniósł, bo nie miał innej możliwości. Żelazo po raz pierwszy rozcięło jego skórę. Nie wypuścił jednak miecza. Przerzucił go do drugiej ręki, zadał cios i rozpłatał brzuch zdezorientowanego mężczyzny. Ten zwalił się na ziemię w przedśmiertnych drgawkach. Mery cofnął się pod ścianę, gotowy do dalszej walki.
- Rób coś! - krzyknął do Axii.
Wojowniczka Nocy stała do tej pory bezczynnie. Oceniała jego poczynania. Był chyba wart tego, by mu pomóc. Może mógł wyrosnąć na prawdziwego wojownika. Może faktycznie zostało mu przepowiedziane uratowanie przed zagładą tego nieważnego świata.
Wkroczyła do akcji, używając mocy. Nie ruszając się z miejsca, zamknęła drzwi prowadzące na wieżę, tak żeby strażnik ze schodów nie dostał się do środka. Potem weszła do świadomości pozostałego przy życiu człowieka w purpurowym płaszczu. Zadała mu ból tak ogromny, że runął na ziemię, obejmując rękami głowę, a potem sam się zabił.
Mery spojrzał pytająco na Axię.
- Możesz zrobić wszystko, nie kiwnąwszy palcem?
- Wszystko nie, ale wiele.
Przez chwilę milczeli oboje. Potem Mery podniósł do ust zranioną rękę. Krew oblepiła mu palce. Oblizał dłoń, a potem przyssał się do rany. Krew była słodka i gęsta. Ślina dostając się pod skórę, spowodowała pieczenie, ale przyniosła pewną ulgę.
- Boli? - spytała Axia łagodnie.
- Nie - skłamał. - To tylko draśnięcie. - Dla kogoś nieprzyzwyczajonego do bólu nawet najmniejsze draśnięcie, jest jednak nie do zniesienia.
Axia uśmiechnęła się. Mery odjął rękę od ust, nie czując już smaku krwi. Przyjrzał się swojej dłoni. Rana znikła.
- To ty?
- Ja.
- Dziękuję.
Axia znów obdarzyła go uśmiechem.
- Za dużo marudzisz – powiedziała. – Rób, co do ciebie należy i zmywajmy się stąd.
- Co do mnie należy? - Mery obrócił się w stronę przerażonej kupy tłuszczu, która nawet nie była w stanie się podnieść. Gniew wezbrał w nim nagle. Serce zabiło. To przecież on chciał go okaleczyć. To przez niego bito jego ojca, chciano zabić matkę, okaleczono jej wspaniałą klacz. Czy śmierć to nie za mało, za to wszystko?
Nie. Gniew minął wraz z tym, jak jego oddech uspokoił się. Chciał tylko wyjść stamtąd, zostawiając samemu sobie to coś, co nawet nie było już człowiekiem. Tak jednak nie mógł postąpić. Wiedziała, że jeśli po prostu wyjdzie i niczego nie zmieni, wszystko zacznie się od nowa. Co miał zrobić? Może były jakieś inne rozwiązania?
- Mam go zabić? - spytał, a góra tłuszczu zatrzęsła się, chcąc skurczyć się w sobie, co jednak nie było możliwe.
- Zabić? - zdziwiła się Axia. - Nie – zaprotestowała. - Zapytaj go.
- O co mam go zapytać? - Mery nie zrozumiał.
- O przepowiednie! Jeśli on jest złem, które masz pokonać, to powinien o tym wiedzieć. Może dlatego cię pojmał.
Mery wybałuszył oczy ze zdziwienia. Władca czarnej twierdzy również to zrobił. Przecież to, że się tam znaleźli, to był tylko przypadek. Przypadek? Nie. Przepowiednie przewidują to, co ma się zdarzyć. Przy przepowiedniach nie ma miejsca na przypadki. Więc naprawdę miał ocalić świat?
- On ma znać przepowiednie? To nie może być takie proste – zaprotestował jednak.
- Zapytaj. Co ci szkodzi?
Mery zastanowił się przez chwilę.
- Chciałeś zapanować nad Pustkowiem? - spytał, opierając koniec miecza o ogromny brzuch monarchy.
- Chciałem.
- Czy myślałeś o kimś, kto mógłby ci w tym przeszkodzić?
- Tak. O tej demonicy Dżanie.
- A o jej ludzie?
- Oni odeszli.
- Ja jestem! - Mery dumnie wypiął pierś.
Axia spojrzała na niego zaskoczona.
Jesteś z ludu Dżany? - spytała w myślomowie.
- Ty, pokurczu? - Monarcha zaśmiał się. Czemu nie miałby się śmiać, nic innego już mu nie pozostało.
Mery pogroził mu ostrzem miecza. Axii nie odpowiedział. Nie zdążył. Przez moment wydało mu się dziwne, że czarnowłosa nie znała jego świata, a znała imię jego matki. Wszystko działo się jednak zbyt szybko, by mógł się nad tym zastanowić.
- Znałeś przepowiednie? - spytał.
- Przepowiednie to bzdury. - Grubas wydął usta, po czym parsknął śmiechem. - To tylko rymowanki, w które bawił się świat, którego zmierzch już nadszedł. - Nie miał niczego do stracenia, ale mógł jeszcze czerpać przyjemność z drwin, jakie stroił sobie z Merego. - Walczysz o coś, czego już nie ma. Ludzie Lasu odeszli. Dzieci nie przekraczają już naszych granic. O Rozstajach wszyscy zapomnieli, a to trwa. - Potrząsnął Meremu przed oczami złotym berłem.
Wzrok Axii zawisł na berle. Serce zabiło szybciej. To był zły klejnot. Wykonały go istoty służące ciemnym siłą. Nie wiedziała tego, ale czuła. Znała siły zła doskonale. Jej matka zaprzedała im duszę. Jej matka sprawiła, że także w sercu Axii zamieszkał mrok. Już raz go pokonała. Pomogła jej wtedy Dżana, kobieta z odległego, nieznanego jej wcześniej świata. Po walce, którą razem stoczyły, Axia czuła się wyczerpana. Nie była w stanie podjąć obowiązków Wojowniczki Nocy. Ruszyła na piechotę przed siebie, przez nieznane jej światy. Tak spotkała Merego.
Mrok jednak wciąż żył w jej piersi. Teraz szeptał jej na ucho, że potęga o jakiej nie miała dotąd pojęcia, znalazła się w zasięgu jej ręki. Nie chciała o tym myśleć. Starała się powtarzać sobie w duchu, że teraz może spłacić dług, jaki zaciągnęła u Dżany.
Mery nie spostrzegł, że z Axią zaczęło dziać się coś złego. Nie zauważył też niczego nadzwyczajnego w złotym klejnocie. Próbował zrozumieć o czym mówi gruby mężczyzna.
Berło należące teraz do księcia z Półwyspu spowodowało, że dzierżący je w dłoni człowiek upodobnił się do władającego niegdyś Światem Dyktującym, a osadzonym na tronie przez demony Ich Wielmożności Ciemności. Wyrósł on z kału Jedynej, klaczy o stalowoszarej sierści. A sama Jedyna narodziła się z magicznej zbroi, w której Ludzie Lasu przed laty zamknęli część zła dręczącego Świat zza Morza Ognia i Krwi. Ta zbroja miała zostać zniszczona. Stało się jednak inaczej. Berło księcia z Półwyspu także miało swój początek w tej właśnie zbroi. Mery powinien znać tę historię, bo jego rodzice mieli w niej swój udział. Nigdy jednak nie usłyszał jej w całości. Nie rozpoznał więc złego klejnotu. Przypomniał sobie tylko, że matka wspominała coś o dzieciach ze Świata Prawdziwego, które kiedyś, dawno, pomagały we wprowadzeniu ładu w ich świecie. Ale dlaczego miało to mieć aż tak wielkie znaczenie? I czym były te zapomniane rozstaje?
- Posłuchaj - mówił dalej monarcha do Merego - wieczne jest tylko zło. Możesz mnie zabić, ale po mnie przyjdą następni, a po nich kolejni i tak dalej, gdy tacy jak ty przeminą.
Meremu zadrgały szczęki. Uniósł miecz.
Axia poczuła lęk. Nie rozumiała tego, ale wiedziała, że nie zniesie chwili, gdy berło pozostanie bez właściciela.
Nie rób tego - chciała zawołać, ale nie zdążyła.
- A wojownicy zawsze będą popełniać te same błędy - wycedził przez zęby Mery i zadał cios. Głowa grubasa odskoczyła w tył i runęła na podłogę. Krew obryzgała chłopcu twarz.
- Coś ty zrobił! - krzyknęła Axia w ostatniej chwili, gdy jeszcze panowała nad swoją złą naturą. Potem jej oczy rozbłysły. Przypadła do grubasa i wyrwała berło z jego dłoni.
- Co ty robisz? - Mery nie rozumiał tego, co się stało.
- Obejmuje panowanie nad tym światem - oznajmiła Axia, parskając dzikim śmiechem. - O biedny głupcze. - Odchyliła w tył głowę, śmiech bulgotał jej w gardle. - Myślałeś, że jestem dobra. Może i taka byłam. Moje serce to jednak bezdenna studnia. Urodziłam się po to, by swą mocą służyć ciemnym siłą. – Matka mogła być z niej dumna. - Teraz nikt już mnie nie powstrzyma. Nikt mi nie przeszkodzi w zdobyciu władzy także nad innymi światami. Przecież nie ty. - Znów się zaśmiała.
Mery wciąż nie potrafił pojąć, co się działo. Może ta kobieta była pomylona, ale nie mógł uwierzyć, że była zła. To dzięki niej rana znikła z jego dłoni.
- Axio, opanuj się - powiedział cicho. - Ty nie jesteś zła. Nie jesteś i ja o tym wiem.
- Nie jestem zła? Ależ oczywiście, że jestem! – krzyknęła. - Być złym jest łatwo, sam spróbuj.
- Może miłość jest trudniejsza - odparł Mery. - Ale ma większą moc, niż zło. - Mówiąc to, nagle poczuł się silny i pewny sensu swoich czynów, jak nigdy dotąd. On znał moc miłości, nawet jeśli kochały go tylko klacz i krwiożercza bestia i nigdy nie miał pokochać nikt inny. Już był gotowy przyjąć swoje przeznaczenie, ile nie miałoby go to kosztować. Matka wpoiła mu przekonanie, że najważniejsze jest, by zapewnił bezpieczeństwo swojemu światu. W wyobraźni zobaczył czekającą na niego Evę. Miał ją w swoim sercu i wiedział, że miłość do niej go ochroni. - Znasz siłę miłości. Masz ją w sobie - powiedział, był tego pewny.
Axia zadrżała. Przed jej oczami stanął mężczyzna o czerwonawej skórze, Szkarłatna Wstęga, śmiertelny człowiek, którego kochała, a którego Centra, jej matka, zabiła. „Zawsze będę z tobą” – powiedział jej, choć był już martwy. Tak, patrzył na nią przez cały czas, ze świata zmarłych. Co to mogło jednak dla niej znaczyć? Nie było go przy niej. Nie mogła poczuć ciepła jego warg. Nie mogły pieścić jej jego ciepłe dłonie.
- Może kochałam - powiedziała, wysuwając w przód dolną szczękę. - Ale on umarł. Oni zawsze umierają, a miłość wraz z nimi. Tylko zło jest wieczne!
- Gorycz mówi przez ciebie - wyszeptał Mery. - Oddaj mi berło - zażądał, postępując krok naprzód.
- Nie zbliżaj się! – rozkazała. - Odejdź! - Coś się w niej jeszcze tliło.
- Nie po to przeszedłem przez lód i ogień, by teraz, gdy jestem światu potrzebny, się cofnąć.
- Nie podchodź! - powtórzyła, ale on jej nie posłuchał. Bardzo powoli zrobił jeszcze jeden krok naprzód.

- Oddaj mi berło. – Uparł się. - Posłuchaj mnie, Axio. Jeśli w ogóle coś ma sens, to miłość, nie zło. – Jeśli walczył naprawdę za słuszną sprawę, musiał wygrać. Inaczej być nie mogło, po prostu nie. Szedł, a w głębi jego umysłu Eva szła z nim na swych zwierzęcych nogach porośniętych zieloną sierścią. Uśmiechała się ustami, z których wyrwano zęby jadowe.
- Nie podchodź! - krzyknęła Axia. - Nie podchodź, bo zrobię ci krzywdę!
Mery nie posłuchał.
Axia weszła do jego umysłu, ale nie była jeszcze gotowa położyć kresu ich zmaganiom. Jakaś jej część wciąż chciała go ocalić.
Ugnij się - przemówiła wprost do jego świadomości. - Oddaj swą duszę siłą zła. Zapewnię ci nieśmiertelność, oddam ci we władanie ten zamek. Ludzie będą pełzać przed tobą i bić czołami w ziemię, a ty będziesz panem ich życia.
- Nie chcę tego - odpowiedział pewnie.
Nie chcesz nieśmiertelności? Mogę ci zapewnić, że nigdy się nie zestarzejesz, że twoje mięśnie nigdy nie zwiędną.
- Nie chcę tego - powtórzył.
Oddaj się siłą zła. - Axia traciła cierpliwość. - Nie chcę zrobić ci krzywdy, ale będę musiała. Umrzesz powoli, w mękach, poznasz, jak jestem okrutna.
Mery posuwał się ku niej nieugięcie. Cóż z tego, że nadszedł moment, w którym wiedział już, że zwycięstwo nie będzie należało do niego, jeśli tak miało być, niech tak będzie. Wychowano go na wojownika, na obrońcę tego, co słabe i kruche, na pogromcę ciemnych mocy. Nie mógł się poddać. Jego matka by się nie poddała.
Axia uśmiechnęła się chytrze. Młodzieniec przebrał miarę. Odrzuciła wszystkie skrupuły i wspomnienia. W jej umyśle pozostało tylko pragnienie, by go okaleczyć, by zadać mu ból nie do zniesienia. Oderwała mięśnie od jego piszczeli, a te uczyniła kruchymi. Kości trzasnęły, łamiąc się w pół. Ich ostre końce przecięły mu skórę.
Mery runął na kolana. Sam nie wiedział, czemu nie krzyknął. Ból był jednak tak wielki, że aż na niego zobojętniał. To jednak jeszcze nie był koniec. Palce u rąk zaczęły mu pęcznieć, a potem eksplodować jeden po drugim. Jego własna krew ochlapała mu piersi i twarz.
- Boli? - spytała Axia z drwiną. Uśmiech nie zniknął z jej twarzy.
Już kiedyś go o to zapytała, ale wtedy jej głos brzmiał inaczej. Zapytała go o to i wygoiła jego ranę. Tylko ona mogła go teraz ocalić, tylko ona. Wystarczyło, żeby sobie przypomniała, że potrafi współczuć, że potrafi kochać. Uniósł głowę i spojrzał jej w twarz. Pozostał dumny i czysty, choć chciała, żeby prosił o litość, żeby zwijał się z bólu. Myślała, że był słaby i on też tak myślał. Teraz jednak znalazł się w położeniu, gdy słabym być już nie mógł.
- Ja nadal wierzę w miłość - powiedział. Trudno, jego droga była krótka, ale widać tak musiało być. Choć może to dobrze, że przepowiednia nie mówiła o nim.
Pod spojrzeniem niebieskich oczu chłopca Axia zadrżała. Co ona robiła? Zabijała go. Tego chciała. Czy na pewno? Czuła w swoim umyśle cudzą obecność. Tylko która ona była tą właściwą, a która obcą?
Kim jesteś? - spytała sama siebie.
Jestem częścią ciebie - padła odpowiedź. - Znasz mnie. – Wiedziała, że to drzemiąca w niej zła natura, mrok. Czy jednak naprawdę chciał być mroczną sobą? To nie była prawdziwa ona. Ale kim ona była?
Nie, nie znam cię – powiedziała, choć nie taka była prawda. Znała mrok, ale nie znała prawdziwej siebie.
Zabij go. Na co czekasz?
Zabić? - Miała przecież walczyć ze złem, uciec od tego, co było w niej złe. Uciec! Walczyć! Dlaczego uległa? Nie było w niej już gniewu. Pojawiły się strach i żal. Co ona zrobiła?
Chciałaś go zabić.
Ja? Chciałam?
- Nie! Nie chciałam! To ty mnie podkusiłaś! Centro, zostaw mnie! - krzyknęła. Ból rozdarł jej czaszkę. Runęła na ziemię i zaczęła rzucać się jak w drgawkach.
Jej moc nie obejmowała już Merego, ale i tak było za późno na cokolwiek. Próbował czołgać się wsparty na łokciach. Okaleczone dłonie trzymał uniesione tuż nad ziemią. Ciągnął za sobą to, co jeszcze zostało z jego nóg. Pozostawała za nim krwawa smuga. Już tylko ona łączyła go ze stopami porośniętymi złotym włosiem. Zapomniał, że drzwi są zamknięte, ale i tak nie był już w stanie podnieść się, by sięgnąć do klamki. Poddał się, opuścił głowę i złożył ją na zimnej posadzce.
Co będzie, jeśli jednak jestem nieśmiertelny, jak matka? – przebiegło mu przez głowę. - Tylko nie to.
Zamknął oczy. Był spokojny. Nie czuł już bólu.
- Mamo, zrobiłem wszystko, co mogłem - wyszeptał. Zobaczył Dżanę. Wysoka kobieta przyzywała go gestem ręki. - Mamo...
- Wiem - powiedziała cicho. - Bądź spokojny.
- Mamo... - To było zbyt wiele. Był młody, za młody na to, co go spotkało. Potrzebował ramion Dżany, potrzebował pocieszenia.

Róża szarpnęła sznur, próbując stanąć dęba i rozpaczliwie bijąc kopytami w ścianę swego więzienia. Jej rżenie powtórzyły echem kamienne mury.

Axia podniosła się. Potrząsnęła głową. Popatrzyła na ciało chłopca. Kto mu to zrobił? Tak, pamiętała. Ona była za to odpowiedzialna. Chciała naprawić swój błąd, ale już nie mogła. Wyrwała się ze szpon zła. Wyrzuciła cień ze swojego serca, ale zapłaciła za to mocą.
Spojrzała na berło, które wciąż trzymała w dłoni. Skrzywiła się i odrzuciła je za siebie. Podeszła do drzwi, otworzyła je i stanęła oko w oko ze strażnikiem. Było jej wszystko jedno.

Uniósł głowę znad śladów, które jeszcze przed chwilą bardzo go interesowały. Zobaczył jeźdźca na chudym, kasztanowatym koniu przybywającego ze strony Jedynego miasta. Wstał. Oparł dłoń na rękojeści miecza.
Jeździec wyraźnie zwolnił. Czy mógł się go bać?
- Kim jesteś? - Spytał ostro.
- Mam na imię Julia – odpowiedział jeździec drżącym głosem. A więc to była dziewczyna! I faktyczni się bała. - Jestem z Jedynego Miasta i... Jadę za moim chłopakiem... A ty? Kim ty jesteś? Czemu też za nim jedziesz?
- Jadę za nim, bo nie ma powodu, żebym jechał gdziekolwiek indziej. Zresztą, twój chłopak jedzie tam, skąd nadciągnęły chmury. A chmury zaprzątają chyba uwagę nas wszystkich - oświadczył. Faktycznie tak było. Przed kilkunastu dniami gęste, fioletowe chmury nadciągnęły od wschodu, gnane przez wiatr i pokryły całe niebo. Od tamtej pory nie rozwiały się ani na moment, a w dzień zdawały się świecić własnym różowo-fioletowym światłem, nic sobie nie robiąc ze skrytego za nimi słońca. - Jeśli chodzi o twojego chłopaka, powiem ci, że w tym miejscu miał z kimś małą potyczkę – dodał. - Nie powiem ci jednak, jak się skończyła. Pewne jest tylko to, że nikt w niej nie zginął.
- Nie powiedziałeś mi kim jesteś? – zauważyła dziewczyna.
- Jestem odmieńcem - oznajmił w odpowiedzi i zupełnie ją ignorując, odwrócił się, żeby dosiąść konia. Zrobił to niezdarnie. Wziął w rękę strzemię i włożył je sobie na stopę. Tak samo zrobił z drugim, siedząc już na grzbiecie wierzchowca.
- Czy masz jakieś imię? - spytała podjeżdżając bliżej.
- Na imię mi Mery - rzucił jakby od niechcenia. - Czy zamierzasz jechać ze mną? – spytał zdziwiony.
- Jeśli ty będziesz jechał tym śladem, to tak – odpowiedziała. - Oczywiście jeśli się zgodzisz.
- Zgodzę się. - Przez jego twarz przemknął przelotny uśmiech.
- Co znaczy odmieniec? - spytała.
- Inny niż wszyscy, jedyny - rzucił. Już miał jej dość, a przecież spędzili z sobą zaledwie chwilę. - Nie ma na świecie drugiej takiej istoty jak ja.
Dziewczyna wybałuszyła oczy.
- Ale jesteś wojownikiem?
- Tak – odpowiedział. - Pewnie inaczej wyobrażałeś sobie wojowników, nigdy nie opuszczając miasta? – Od razu, jak tylko ją zobaczył, uznał, że nie mogła być ani wieśniaczką, ani tułającą się po Pustkowiu poszukiwaczką przygód. Miała na sobie ładne, ale niezbyt wygodne ubranie, a u pasa brakowało jej broni. Już kiedyś spotkał kobietę podobnie niestosownie ubraną do podróży. Przeszył go dreszcz.
- Nie chcę cię urazić – wyjąkała. - Przecież nawet cię nie znam, ale tak, inaczej.
Zabolały go jej słowa. Mimo to odpowiedział spokojnie:
- W porządku, przyzwyczaiłem się. – A potem szybko zmienił temat - Czemu twój chłopak jechał tam, skąd nadciągnęły chmury?
- Władca wysłał go na poszukiwanie Dżany, uważając, że tylko ona może je odpędzić - wyjaśniła.
- A dlaczego właśnie jego? - Mery zmarszczył czoło, to zaczynało go interesować.
- Mój chłopak, Roland, wychował się wśród towarzyszy Dżany - oznajmiła z dumą.
- Ach, więc znam twojego chłopaka.
- Naprawdę? - Teraz ona się zdziwiła.
- Tak. Wychowywaliśmy się razem.
- Więc ty też znasz Dżanę? – W jej głosie brzmiała nutka niedowierzania.
- Tak, znam ją dosyć dobrze. - Sam nie wiedział, czemu nie powiedział, że to jego matka.
- Jaka jest? Roland mówił, że to nie jest ciekawa osoba.
- Ja myślę inaczej. Ona jest wspaniała. Może zrobić wszystko, przywrócić życie zmarłemu, pokonać w pojedynkę całą armię...

Wieczorem razem siedzieli przy małym ognisku. Julia je rozpaliła. Mery uzbrojony w łuk wyprawił się na polowanie na króliki. Wrócił z jednym zwierzątkiem i zabrał się za ściąganie z niego skóry.
Dziewczyna przyglądała mu się. Po chwili podeszła i przykucnęła obok. Nawet wtedy nie dało się ukryć, że była od niego wyższa.
- Ja zajmę się królikiem – powiedziała nagle i wyjęła mu go z rąk. Nie od razu jednak zabrała się za to, do czego się zaoferowała. Wzięła za to jego dłoń w swoje dłonie i spróbowała wyprostować grube i krótkie, zdeformowane palce. To nie było możliwe.
- Co ci się stało? - spytała szeptem.
- Walczyłem – odpowiedział. To była trudna chwila. Z jednej strony chciał dziewczynę odepchnąć, miał dosyć jej pytań, z drugiej chciał mieć ją blisko siebie. Miała delikatne dłonie i cichy, miły głos, a on czuł się bardzo samotny. Chciał mieć przy sobie drugą istotę przeciwnej płci i chociaż w części swojej rasy.
Julia trzymała Merego za rękę, a w jego sercu rodził się gniew. Była z nim przy ognisku – piękna, młoda dziewczyna, która nie mogła go pokochać, bo należała do Rolanda. Nigdy się nie lubili, on i Roland, zawsze ze sobą konkurowali, a teraz Mery był tam z jego dziewczyną, był tam, ale to Roland wygrał tę rundę. Do niego należało serce Julii. Mery mógł spróbować to zmienić, ale jemu nie chodziło o rywalizację. Jedyne czego chciał, to była odrobina czułości i ktoś, kto byłby z nim każdego dnia na Pustkowiu. Chciał prawdziwej miłości, nie seksu, nie walki o względy.
- Ona odcięła mi palce i… stopy. - Nie chciał współczucia, a jednak powiedział o swojej porażce, a Julia zacisnęła dłoń na jego dłoni.
- To była kobieta?
- Tak - odpowiedzi i pytania sprawiały mu ból, ale brnął w to dalej. - Ona władała mocą... Jednak to ja wygrałem, nie ona – dodał. - Pozbawiłem ją mocy, a ona zrobiła mi tylko to i... - Było mu głupio jej o tym powiedzieć. - Ja nie czuję. Przez to nie czuję...
Wzrokiem spytała, co to znaczy.
- Mam palce i mam stopy, władam nimi, ale niczego nie czuję - wyjaśnił.
- Nie czujesz tego, jak cię dotykam?
- Dopiero odtąd. - Drugą, równie niezgrabną dłonią, przeciągnął po kostkach palców. Z trudem przełknął ślinę.
- Przykro mi - wyszeptała Julia.
- Zajmij się lepiej zającem – poprosił, wyrywając jej rękę. Nie mógł dłużej znieść tego zbliżenia. Myślał już bowiem tylko o jej wargach, o tym, jak mogła całować i czy często całowała Rolanda. Podejrzewał też, że gdyby go pocałowała, zrobiłaby to z litości.

Nie wiedział, jak wydostał się z czarnej twierdzy. Kiedy się ocknął, zobaczył nad sobą twarz matki. Nie czuł wtedy bólu, właściwie niczego nie czuł.
- Nie ruszaj się - nakazała mu Dżana.
- Moje nogi – wyszeptał. - Czy...?
- Wszystko będzie dobrze - obiecała, głaszcząc go po włosach. - Przyszyłam ci stopy i palce. Wszystko będzie dobrze.
Uwierzył jej, nie tylko dlatego, że była jego matką. Zanim z mieczem w ręku wyruszyła na Pustkowie była znachorką i wielu twierdziło, że jej dłonie miały moc uzdrawiania.
Pamiętał dzień, kiedy zdjęła łupki z jego palców. Dotykała go, a on tego nie czuł. Beznamiętnie patrzył na swoje zdeformowane dłonie.
- Porusz palcami - nakazała mu Dżana, ale nie mógł tego zrobić. - Nie licz na swoje mięśnie. Pomyśl o tym, że chcesz poruszyć palcami.
Pomyślał i jego palce zadrgały.
Tak samo uczył się chodzić, w stopach także nie miał czucia. Po raz pierwszy stanął wsparty na ramieniu ojca. Przez cały ten czas, gdy Dżana go leczyła, byli w grocie na Pustkowiu we troje. Ferro prawie cały czas milczał, milczał i patrzył w ogień, albo wyruszał na długie polowania. To Dżana zajmowała się Merym, ona zmieniała mu opatrunki, ona go karmiła. Tamtego dnia po raz pierwszy od lat, od czasów, gdy Mery był małym dzieckiem, ojciec się do niego zbliżył i go dotknął. Mery poczuł wtedy drzemiące w Ferro siłę i spokój, zrozumiał, jak ten był dzielny, jak twardy. Kiedyś nim gardził, widział w nim tylko kalekę. Gdy sam stał się kaleką, pojął wreszcie, że nikt spośród ludzi, których w życiu spotkał, nie dorównywał jego ojcu męstwem i bał się, że sam także mu nigdy nie dorówna.
Upadł tamtego dnia. Upadł, gdy spróbował samodzielnie zrobić krok. Ferro był przy nim, pomógł mu wstać. Udał, że nie widzi jego łez jak zawsze spokojny i cichy, a Mery wiedział, że zmarnował wiele lat, wtedy myślał nawet, że całe życie. Mogli być sobie przecież bliżsi.

Mery i Julia jechali razem tropem Rolanda na wschód. Rozmawiali o wielu nieważnych rzeczach. On polował. Ona oprawiała zdobycz. Mery czuł się jak nieudacznik, patrząc na jej dłonie o długich, gibkich palcach, szybko oddzielające skórę od mięsa. Zastanawiał się, czy powinien przyjmować jej pomoc. Czy to nie uwłaczało mu w żaden sposób? Czy nie kierowała nią litość i tylko litość? Czy nie nazywała go w myślach: „biednym chłopcem”? Marzył o zdobyciu jej serca i ciała na własność. Chyba się w niej zakochał pierwszą, szaloną miłością. Ona jednak pozostała odległa, choć zawsze uśmiechnięta i przychylna. Mówiła o Rolandzie. Mówiła o nim dużo dobrych rzeczy, a Mery był gotów wyrzucać opaczności: „Czemu nie jestem zwyczajnym prostakiem? Czemu nie jestem przygłupim, przystojnym siłaczem? Już cierpiałem, chcę teraz zaznać miłości.” Wierzył, że to było możliwe. Wierzył, że nawet Julia była w stanie go pokochać. Wierzył na przekór przepowiedni. Jedyne, o co miał pretensje do losu, to: „Czemu nikt nie kocha mnie dzisiaj, tu i teraz?”
Pewnego ranka ujrzał na horyzoncie jeźdźców. Było ich trzech, a ich wierzchowce pędziły pełnym galopem, nie dotykając nogami ziemi. Nie były to konie, a istoty, których nie potrafił nazwać, nieco podobne do gigantycznych kotów o różowej sierści w fioletowe pręgi, do kotów o nogach i szyjach długich i smukłych jak u koni i o potężnych skrzydłach. Nie leciały jednak, tylko biegły, a skrzydła powiewały za nimi jak ogromne proporce.
Jeźdźcy gnali prosto na Merego i Julię. Nie wstrzymali swych dziwacznych zwierząt, na pewno więc nie mieli zamiaru z nimi rozmawiać.
Uderzyli w pełnym galopie. Jeden z jeźdźców ściągnął dziewczynę z konia i przerzucił sobie przez przedni łęk. Drugi zaatakował Merego. Chciał zepchnąć go z siodła, ale Mery uchylił się, a potem sam zadał cios. Jeździec nie spodziewał się tak silnego uderzenia. Stracił równowagę, ale nie spadł na ziemię. W chwilę po tym, jak Mery wysadził go z siodła, po prostu zniknął wraz ze swym wierzchowcem.
Trzeci jeździec zaatakował Merego od tyłu. Róża wykonała szybki zwrot na zadzie. Mery i różowy jeździec wymienili parę ciosów. Napastnik był szybki, silny i dobrze wyćwiczony w szermierce, ale Mery niczym mu nie ustępował. To on pierwszy zranił przeciwnika w bok. Jeździec krzyknął przeraźliwie, nie jak człowiek, ale jak śmiertelnie ranny ptak. Cofnął się. Już nie atakował, tylko się bronił, tnąc na oślep powietrze. Mimo to udało mu się dosięgnąć ramienia Merego. Dla chłopca jednak ból, jaki mogła zadać stal, nie był żadnym bólem, w porównaniu z tym, jaki zadała mu Axia. Nawet się nie wzdrygnął. Dalej parł naprzód. To już do reszty zdezorientowało jego przeciwnika. Znieruchomiał na chwilę i wtedy Mery rozpruł mu bok. Ciało jednak nie spadło na ziemię. Zniknęło tak samo, jak ciało jego towarzysza.
Pozostały przy życiu jeździec uciekał na wschód, unosząc z sobą Julię. Mery zobaczył go kątem oka. Znowu wykręcił Różę i popchnął do galopu. Klacz była szybka, ale Mery wiedział, że nie prześcignie zwierzęcia, które w biegu nie dotyka nogami ziemi, mimo to bił ją piętami po bokach. Róża charczała ciężko, wnętrzności w niej grały. Próbowała przyspieszyć, wyrzucała przed siebie nogi najdalej jak mogła.
Powoli zbliżali się do różowego jeźdźca. Łeb Róży znalazł się na wysokości zadu dziwacznego stwora, a potem jego skrzydła. Jeździec był przed Merym na wyciągnięcie ręki i młodzieniec wiedział, że już bliżej nie będzie. Klacz jeszcze utrzymywała tempo, ale on czuł, że słabła.
Rzucił wodze na kark konia. Złapał się jedną ręką za przedni łęk. Wychylił się z siodła i ciął mieczem po łydce różowego jeźdźca, przecinając mu popręg. Tamten stracił równowagę, ale tak samo jak poprzedni nie spadł na ziemię, a rozpłynął się w powietrzu. Mery rzucił miecz i chwycił Julię za rękę. Wciągnął ją przed siebie na siodło. Dziewczyna krzyknęła.
Wstrzymał konia. Ona zeskoczyła na ziemię i zaczęła rozcierać siniejący nadgarstek.
- Mogłeś zrobić mi krzywdę! - rzuciła, gniewnie wydymając usta.
- Pewnie wolałabyś upaść z wysoka na ziemię. - To była jego odpowiedź. Zraniła go. To prawda, że nie wiedział, jak mocno należy złapać dziewczynę za rękę, żeby nie upadła, ale też żeby nie zadać jej bólu. Tego nie ćwiczył, tego się jeszcze nie nauczył. Powinna wiedzieć, że nie panował nad siłą uścisku swoich dłoni. Powinna mu to wybaczyć. Przecież naprawdę ją ocalił. Był prawie pewny, że Roland nie byłby w stanie tego dokonać. Ale Rolanda tam nie było. Był tylko on i dziewczyna, której serce należało do innego, co by nie zrobił. Dlaczego nie mogła go kochać? Znowu to pytanie. Była taka piękna. Dlaczego nie mogła go chociaż szanować? Nie miał sprawnych dłoni. Był niski i nie był człowiekiem. Dlatego nie mogła? Był wściekły.
Tego wieczora obejmował szyję swojej wielkiej klaczy, nie dziewczynę. Przytulił policzek do sierści Róży, do oczu nabiegły mu łzy.
Ale przecież ktoś mnie kiedyś pokocha, ktoś kiedyś musi - powtarzał w myślach i naprawdę w to wierzył, choć czuł się tak bardzo samotny.
- Jesteś ranny. - Julia podeszła do niego, widząc krew na jego ramieniu. Zapomniała już, że była zła. On nie zapomniał.
- To tylko draśnięcie. Zostaw mnie - odpowiedział. Nie zainteresował się raną, nawet jej nie opatrzył.
- Co ci jest?
- Nic. Zostaw mnie. - Prawie warczał. Nie chciał współczucia. Był wojownikiem, czy ta dziewczyna w to wierzyła, czy nie.
- Czemu jesteś zły?
- Zostaw mnie, nie pytaj. - Był bliski płaczu, on wojownik, ale przecież i dzieciak.
Julia odwróciła się i ze spuszczoną głową odeszła w stronę ogniska.

Dżana włożyła mu w dłoń miecz i zamknęła na nim jego palce.
- Myśl o tym, że musisz go utrzymać - powiedziała i on pomyślał, ale kiedy uderzyła swoim mieczem w klingę jego miecza, ten wypadł mu z ręki.
- Nie nauczę się walczyć - rozpłakał się wtedy, a Dżana przytuliła do piersi jego głowę.
- Nauczysz się, nauczysz się wszystkiego - obiecała. Miała rację. Nauczył się, choć kosztowało go to wiele wysiłku, choć tyle razy się załamywał i pytał z goryczą: „Czemu nie pozwoliłaś mi umrzeć? Tak byłoby lepiej.” Dżanie stawały wtedy łzy w oczach.
- Nie mów tak – prosiła. - Wszystko będzie dobrze. Musisz w to tylko uwierzyć. Stoisz po właściwej stronie, bronisz słusznych racji, a więc musisz zwyciężyć. Wystarczy, że uwierzysz i tak się stanie.
Jej słowa sprawdziły się. Pokonał swoją słabość i znowu sam wyruszył na Pustkowie. Ale nie było dobrze.

Przed tygodniem wkroczyli między drzewa, do lasu, który kiedyś zamieszkiwał Lud Lasu.
A więc tak wygląda mój świat - pomyślał Mery. - Stąd się wywodzę.
Uniósł głowę i popatrzył w niebo poprzez gałęzie. Różowe światło, docierające na dno lasu rozproszone przez liście, stawało się ciemne, szaro-granatowe.
Ten świat umarł - pomyślał. - Musiał jednak być piękny i pełen radości.
Teraz wędrowali na piechotę, prowadząc konie. Gałęzie drzew wisiały zbyt nisko, by mogli pod nimi przejechać. Dla Merego nie było to łatwe. Korzenie chwytały go za stopy, a on nawet nie czuł dotyku ich długich, mocnych palców. Ile razy upadł, lepiej nie liczyć. Mimo to on prowadził, prowadził i milczał, a Julia narzekała.
- Jeśli chcesz, zawróć – rzucił kiedyś. - Ty nie musisz tam iść.
Nie odpowiedziała mu. Chciała iść z nim, chciała też jednak marudzić. Denerwowała go tym. On uważał, że albo się czegoś w życiu chce, albo nie. Dla niego te sprawy były jasne. Julia sama podjęła decyzje, nie powinna więc o nic mieć do niego pretensji. Czy miał ją nieść na rękach? Tylko dlatego miał się nią przejmować, że była dziewczyną? Ona go nie szanowała, nie czuł się więc zobowiązany do czegokolwiek. To było proste. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal marzył o jej miłości.
Patrzył na nią, gdy spała. Płomienie ogniska tańczyły na jej twarzy. Była piękna. Zastanawiał się, czy miała delikatną, miękką skórę. Na pewno miała. Była taka blada, nie jak wieśniaczki i nie jak kobiety z Pustkowia. Tej twarzy nie wyrzeźbił wiatr, nie spaliło słońce. Rozkwitła więc jak kwiat hodowany w szklarni, piękna i filigranowa. Chciał jej dotknąć, ale nie miał jak. Gdyby musnął palcami jej policzek, pewnie by się obudziła, a on sam niczego by nie poczuł. Mógł co prawda przytulić policzek do jej policzka, tak jak przytulał do szyi klaczy. Ale gdyby to zrobił, już nigdy by mu nie zaufała. Straciłby szansę nie tylko na miłość, ale i na szacunek. Jeśli w ogóle kiedykolwiek miał taką szansę.
Zadarł głowę i spojrzał w niebo.
- Dlaczego? - spytał drzew, wśród których wydano na niego wyrok, wśród których sformułowano przepowiednie i gdzie śpiewali ją leśni ludzie spowici w szare płaszcze. - Przeszedłem przez lód i ogień, mam wiarę i siłę. Wiecie o tym - powiedział do grubych pni, cienkich gałęzi i drżących listków. - Wiecie, że się nie cofnę. Miałem dni zwątpienia, ale mam je już za sobą. Wiecie o tym. Czy jednak nie da się nieco zmienić tej przepowiedni? - poprosił uroczystym szeptem. - Niech nie śpiewają o mnie pieśni. Wystarczy mi szum drzew. Nie muszą też powtarzać mojego imienia. Proszę tylko o miłość. Nie musi być dziś, ani jutro, tylko niech kiedyś ktoś mnie pokocha, przytuli i pocałuje, i niech to nie będzie moja matka.
Wydawało mu się, że drzewa odpowiedziały mu śpiewnym szumem:
- Nie ma szans. Przepowiednia to przepowiednia. „Najbardziej na ziemi samotny... Jego ślady zasypie wiatr, jego postać skryje mrok, jego rany przemyje deszcz, taki jago los...”
- Chcieliście, żebym wierzył. - Mery podniósł się. Był gotowy rzucić się z pięściami na niebo i drzewa. - Jak mam wierzyć, skoro wy odbieracie mi nadzieję!
I znów miał wrażenie, że drzewa mu odpowiadają:
- To co jest w przepowiedni, jest pewne, ale to czego w niej nie ma, możesz zdobyć i zdobędziesz dzięki swojej wierze. Nawet jeśli to będzie zakrawało na cud.
- O nie. - Potrząsał głową. – Albo możliwe jest wszystko, albo nic! Chcieliście, żebym wierzył i będę. I mnie ktoś pokocha! Mnie też! Zmienię wszystko! Jeśli mogłem przeżyć, jeśli mogłem tu dotrzeć, mogę wszystko! Zdobędę też kiedyś kobietę!
- Mery, czemu rozmawiasz sam ze sobą? - spytała nagle Julia.
Czyżby cały czas nie spała? Może ją obudził? Ile słyszała? Poczuł się bardzo głupio. Po tym, co mówił, już na pewno nie będzie traktowała go poważnie. Nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami.
- Coś jest nie tak? - Usiadła, chciała porozmawiać.,br> Może była w stanie go zrozumieć - tak przez chwilę pomyślał.
- Nie. Wszystko jest w porządku - odpowiedział mimo to. Był wojownikiem, nie mógł opowiadać przypadkowo spotkanej dziewczynie, co działo się w głębi jego serca. - Lepiej się wyśpij - dodał bezbarwnym głosem i to było wszystko.

Różowi jeźdźcy nie zaatakowali ich więcej, ale Mery widział ich przelatujących nad koronami drzew i czuł, że zbliżali się do celu wyprawy, choć jak dotąd nie wiedział tak naprawdę dokąd zmierzał.
I rzeczywiście nadszedł dzień, kiedy dotarli do końca lasu, a ich oczom ukazał się niezwykły widok. Z rozpościerającej się za lasem równiny, biegła różowo-fioletowa droga prowadząca w chmury. Cały czas wspinali się po niej w górę i zjeżdżali w dół różowi jeźdźcy na skrzydlatych kotach.
- Ty też to widzisz? - spytała szeptem Julia. Jej ciemne oczy stały się ogromne.
- Tak. - Mery odpowiedział jej równie cicho. Był zupełnie spokojny. Nigdy nie widział czegoś takiego i nie wiedział z czym ma do czynienia. Jednak matka opowiadała mu o innych światach i przedziwnych istotach, z którymi walczyła. Skoro mogło istnieć wszystko to, co widziała, mogło istnieć i to. On sam także już oglądał rzeczy niezwykłe. Przybył przejście na Półwysep. Walczył z Axią. - Dotarliśmy do celu. Stąd przyszły chmury – stwierdził.
- Co teraz?
- Jeszcze nie wiem. - Nie patrzył na nią, ale przed siebie. Zmarszczył czoło. Próbował zebrać myśli. Nie wiedział, jak miał walczyć z chmurami. Wiedział za to, że musiał tę walkę podjąć. - Muszę jednak coś wymyślić – powiedział. - Dla mnie są tylko dwie drogi, albo zginę, albo zwyciężę.
- Dlaczego nie zostawisz tego innym?
Wtedy na nią spojrzał.
- Każdy mógłby tak powiedzieć - rzucił gniewnie. - Wtedy siły zła pochłonęłyby nasz świat!
- Nie powiedziałam wszyscy - wyszeptała zmieszana. - Ale ty...
Zabolało go to, ale tym razem nie zezłościło. Zrozumiał. Czy mu współczuła? Tego nie wiedział, ale to chyba nie było to. Ona naprawdę była przerażona. Bała się jego zdeformowanych dłoni. Nie rozumiała, jak mógł z nimi żyć, jak mógł wciąż mieć w sobie tyle siły. Poza tym, ona bała się nie tylko jego, ale i o niego. Bała się naprawdę. Mógł więc mieć nadzieję na jakieś głębsze uczucie z jej strony.
- Taka jest moja droga i wiem, że jest słuszna, niezależnie od tego, jak szybko się skończy - odpowiedział spokojnie.
Nowy dźwięk wkradając się do świadomości, zmusił ich do przerwania dyskusji. Mery nadstawił uszu. Na równinie parskał koń.
Spojrzał. Zobaczył kobietę na izabelowatym wierzchowcu eskortowaną przez różowych jeźdźców. Na siodle za nią siedziała zielona. Poznał. Jak miał nie poznać? To były Efna, przyjaciółka jego matki i Eva, jego Eva. Różowi jeźdźcy prowadzili je ku drodze wiodącej w chmury. Wiedział już, co musiał zrobić. Może to było proste, może banalne, ale nie zostało mu nic innego.
- Julio... - Spojrzał jeszcze na dziewczynę. - Zostań tu - nakazał jej. - I pomyśl czasem o mnie, jeśli nie wrócę, bo ja... - Tego już nie dał rady powiedzieć. Dosiadł Róży i wyskoczył na równinę z mieczem w dłoni.
Różowi jeźdźcy spostrzegli go od razu, ale spostrzegła też Efna. Do tej pory szła w konwoju ze spuszczoną głową, zrezygnowana. Teraz ona także dobyła miecza. Szczęknęła stal. Jeden z jeźdźców spadł z siodła i zniknął wraz ze swoim wierzchowcem. Mery odniósł małe zwycięstwo, ale w chwilę później znowu znalazł się w niebezpieczeństwie. Ich było tylko dwoje, różowych całe zastępy.
Na równinie zakłębiło się. Nowi ruszyli na odsiecz tym z konwoju, wypadając z chmur i pędząc różowo-fioletową drogą. Atakowali z tyłu i z przodu.
Efna odcięła wrogą rękę, zanim trzymany w niej miecz spadł na plecy Merego.
Róża stanęła dęba, chrapiąc dziko. Pazury skrzydlatego kota rozorały jej zad.
Mery zadawał silne, pewne ciosy, zrzucał z siodeł swoich przeciwników, ale nie mógł zwyciężyć, po prostu nie mógł. Żelazo znowu rozcięło jego ramię, otwierając świeżo zabliźnioną ranę, inne przesunęło się po żebrach. Uderzenie, którego się nie spodziewał, wytrąciło mu miecz z dłoni. Palce pozbawione czucia nie były w stanie zareagować w porę. Myślał, że za chwilę spadnie z siodła i jego własna klacz, oszalała od bitewnej wrzawy, wdepcze go w ziemię.
To jednak się nie wydarzyło. Od północy nadciągnęła odsiecz – jego matka wraz z dwójką innych jeźdźców. Różowi znieruchomieli na chwilę. Dżana wzniosła w górę miecz. Rubin w rękojeści nie rzucał jednak tym razem krwawego blasku, nie miał upiększyć momentu jej chwały. Różowe światło po przejściu przez kamień nadal było różowe i zimne.
Przed kilku laty Dżana oddała swój miecz Meremu, a on stracił go na Półwyspie. Axia jednak odnalazła jego oręż i przypięła do siodła Róży, zanim puściła ją na Pustkowie. To ona też załadowała na grzbiet konia ciało Merego. Czynności te nie miały wiele sensu, ale Axia miała nikłą nadzieję, że zdarzy się cud i cud się zdarzył.
Po tym wszystkim Mery, nie chciał już nosić miecza matki. Uznał, że nie jest go godny i tak oręż wykuty przez Ludzi Lasu powrócił do Dżany, zadając ból jej sercu.
Mery wykorzystywał moment zaskoczenia. Zsunął się z siodła i podniósł swój miecz. Znowu walczył i Dżana też walczyła. Ile zadali ciosów? Po co to liczyć? Ilu różowych jeźdźców rozwiało się w powietrzu, też nie ma znaczenia, bo na ich miejsce wciąż zjawiali się nowi. Ważne jest tylko to, że żadne z nich nie odniosło już ran. Ważne jest też, że po długiej walce spienione konie straciły werwę i coraz trudniej było im wspinać się na zadnie nogi, coraz wolniej wykonywały polecenia. Ramiona zbrojnych też zadawały coraz wolniejsze i coraz słabsze razy, aż w końcu opadły. Znieruchomieli wszyscy, spuścili głowy. Wiedzieli już, że w walce wręcz nie odniosą zwycięstwa.
O dziwo, w momencie, gdy skapitulowali, jeźdźcy też zaprzestali walki i ustawili się przed nimi w rozsypce, zwracając głowy ku drodze w chmury. Stamtąd przyszedł on - władca chmur, gigantyczny mężczyzna o fioletowo-różowej brodzie. Ciągnął za sobą gruby płaszcz z materiału, jakiego nigdy przedtem nie było. Zadrżeli wszyscy. Ściągnęli koniom wodze, ale te nie cofnęły się, tylko przysiadły na zadach.
Przecież to nie może być koniec - pomyślał Mery. - Koniec nie może być taki zwyczajny. Dżana nie może tak łatwo ponieść klęski. Niebo nie może na zawsze zostać fioletowe. Po prostu nie może. Przecież była przepowiednia. Przecież mam wiarę i mam siłę, nie mam tylko sprawnych dłoni.
- Dżano! - zagrzmiał władca chmur. - Nadszedł dzień twojej klęski!
Wojowniczka nie powiedziała niczego, uniosła tylko głowę i spojrzała w jego pozbawioną wyrazu twarz. Jej oczy były wilgotne, spojrzenie powiedziało: „Stanie się, co ma się stać. Czasy, gdy wszystko było łatwe, minęły już dawno.”
- Gdybyś pytała, powiem ci, że nie mam nic wspólnego z siłami zła. Siły zła to bowiem zawsze jakieś siły, gdy ja panuję poprzez bezsilność i zwątpienie, z nich się zrodziłem. Ty też zwątpiłaś Dżano, ty też spowodowałaś, że nadciągnęły chmury, że tu jestem. Powiem ci jeszcze, że ty mnie nie pokonasz. To twój koniec. Koniec twego życia i koniec twojej legendy. To koniec tego świata. Nie wierzą w niego już dzieci, przecież tu nie przychodzą, nie wierzycie i wy. Wszystko zmieni się w różowe światło.
- Tak nie może być! - rzucił Mery, prostując się na siodle i spoglądając w twarz władcy chmur. On jeden odważył się odezwać. Nie zgadzał się na koniec swojego świata, nie zastanowił się więc nad słowami władcy chmur. Gdyby to zrobił, być może sam by zwątpił. Nigdy nie spotkał dzieci ze Świata Prawdziwego. A matka niewiele mu o nich opowiadała. Należały więc do zamierzchłej przeszłości. Były czymś co faktycznie minęło, skończyło się. Jakie miały znaczenie? Mery nie wiedział i nie dbał o to. Nie przypomniał sobie, że książę z Półwyspu, którego zabił, też coś o nich mówił.
Dżana przyglądała się swoim stopom. Ferro, ojciec Merego, patrzył na nią. To on był jednym z przybyłych z nią jeźdźców. Jego ciemne oczy pytały: „Co robić?”, ale żadna odpowiedź nie padła.
- Dlaczego nie? - Władca chmur zaśmiał się głucho.
- Bo ja mam wiarę! - Mery popchnął w przód konia i stępa ruszył w stronę drogi w chmury. Cały czas wpatrywał się wprost w oczy monarchy. Różowi jeźdźcy rozstępowali się przed nim.
- Ty masz wiarę? - Władca chmur zaśmiał się. - Kim ty w ogóle jesteś, kurduplu?
- Wojownikiem sił dobra - odpowiedział Mery pewnie.
- Ty nazywasz siebie wojownikiem? Jeśli faktycznie nim jesteś, musisz stanowić pośmiewisko, ty, który nawet nie czujesz ziemi, po której stąpa. W co ty wierzysz?
- Że stoję po właściwej stronie i dlatego zwyciężę.
- Czy to tylko twoje fantazje, czy masz jakieś dowody na to?
- Jest przepowiednia. - Tu Mery się zająknął. Przecież wolałby, żeby jej nie było, żeby się nie sprawdziła. Skoro jednak miała się nie sprawdzić co do tego, że zawsze będzie sam, czemu miała się sprawdzić co do tego, że ocali świat? - Jestem tym, którego przyjście zostało przepowiedziane, tym który będzie zawsze zwyciężał - znowu mówił pewnie. - Dowodem na to, jest fakt, że przeżyłem, że w ogóle tu jestem.
Dżana spojrzała na niego. Czy tego go uczyła? Chyba tak. Sama kiedyś była taka, jak on.
- Dowodem ma być, że przeżyłeś? - Władca chmur uważnie przyjrzał się chłopcu. - Powiedz lepiej, jak przeżyłeś? Jesteś już tylko strzępem człowieka... Ale czy ty w ogóle jesteś człowiekiem?
- Nie - odpowiedział bez zająknięcia. Słowa raniły go dotkliwiej, niż stal, ale wiedział, że nie może zwątpić, że nie może się zawahać, zmieszać się. To on miał przecież rację, on wiedział, dokąd zmierzał. To, co na co dzień go bolało, nie mogło mieć w tym momencie znaczenia. Nawet nieodwzajemniona miłość do Julii. Ponieważ tego go nauczono, ponieważ w to uwierzył. Zamierzał uratować świat. Po to się urodził. - Jestem odmieńcem.
- Tylko odmieńcem. - Monarcha uśmiechnął się z pobłażaniem.
- Aż odmieńcem - wyjaśnił Mery. - Jestem jedyny, a to może znaczyć najlepszy. - Na co dzień chciał być taki jak wszyscy, zwyczajny. Chciał znaleźć partnerkę choć częściowo tej samej rasy i wieść z nią spokojny żywot. Chciał nie zwracać niczyjej uwagi. Jedyny mogło jednak naprawdę znaczyć najlepszy. Czasem przychodziło mu to do głowy. Przecież przeżył. Nie ugiął się ani pod namowami Axii, ani w czasie tortur, jakie mu zadała. Może był najlepszy. Kto inny wytrzymałby to wszystko?
- Najlepszy w czym? - Władca chmur nadal z niego drwił. - Przecież nie jesteś nawet w stanie utrzymać miecza w ręce.
Znowu trafnie zadany cios. Czy władca chmur wszystko o nich wiedział?
- Jestem w stanie - odpowiedział Mery. - Zabiłem wielu twoich podwładnych.
Na to monarcha nie znalazł odpowiedzi, spróbował więc zaatakować z innej strony.
- Zabiłeś ich, czy nie, to bez znaczenia. To była błahostka. Teraz lepiej się cofnij, jeśli chcesz zachować życie. W porównaniu ze mną jesteś tylko robaczkiem, którego mogę rozgnieść jednym palcem. Czy myślisz, że twój miecz, jakbyś go nie trzymał, może mi się przeciwstawić?
- Nie - oświadczył Mery i odrzucił miecz na ziemię. - Nie mój miecz zwycięży, tylko moja wola - dodał.
- Czy myślisz, że możesz stanąć przed uzbrojoną po zęby armią i powiedzieć, że wygrasz, bo w to wierzysz?
Mery milczał. Władca chmur miał co do tego rację. Sam jednak nie był armią i młodzieniec już wiedział, że gdyby naprawdę mógł mu coś zrobić, już by to zrobił. Tamten mocny był tylko w słowach.
- Pamiętasz Axię? – spytał monarcha.
Jak mógł nie pamiętać? Na dźwięk jej imienia zadrżał, a twarz władcy chmur rozjaśnił uśmiech.
- Jej moc była niczym, w porównaniu z moją. Mogę zrobić to samo, co ona.
- Proszę bardzo. - Mery zsunął się z siodła i postąpił krok naprzód z rozłożonymi rękami, zupełnie bezbronny. - Ona nie złamała mnie bólem, czemu ty miałbyś to zrobić tylko strachem? Zresztą - mówił dalej - ja nie mam niczego do stracenia. Jestem sam i zawsze będę sam. Nigdy nie zaznam miłości. Nie ma więc powodu, bym cenił swoje życie.
Słyszała to ukryta wśród drzew Julia i do jej oczu nabiegły łzy. Słyszała Dżana i wiedziała, że nie była w stanie tego zmienić. Słyszała zielona Eva i nie rozumiała. Przecież ona chciała być z Merym na zawsze.
- Umrzeć to jedno, umrzeć w mękach to drugie - odpowiedział władca chmur. - Co byś powiedział, gdyby wszystko zdarzyło się raz jeszcze? Popatrz.
Axia wyszła z chmur i stanęła u boku monarchy, wysoka i szczupła, czarnowłosa kobieta o niepokojącej urodzie.
Mery zesztywniał. Tak, pamiętał ból. Pamiętał jak padł na kolana i patrzył, jak jego palce eksplodują jeden po drugim. Jeśli to miało zdarzyć się raz jeszcze, to chyba by zwariował, mimo to postąpił krok na przód.
- Chcesz, żebym zaczęła od początku? - spytała Wojowniczka Nocy, uśmiechając się chytrze.
- Zaczynaj. - Mery powoli szedł naprzód. W porządku, niech wszystko się powtórzy, on spróbuje to znieść, jeśli takie jest jego przeznaczenie. - Jestem silniejszy, niż byłem - powiedział, idąc ku niej, tak jak wtedy szedł.
- Mery! - Eva krzyknęła nagle i zeskoczyła z siodła Efny. - Mery! Jej tu nie ma! Ona została na Półwyspie! Ona nie chce już walczyć! - Dopadła do Merego. Skoczyła na niego. Objęła go tylnymi nogami w pasie i przylgnęła mu do piersi. – Ja wiem. Ja tam byłam.
Przycisnął ją do siebie.
- Jemu nic się nie stanie - oznajmiła zielona unosząc głowę i patrząc na władcę chmur. - Nie teraz, kiedy go odnalazłam! Axii tu przecież nie ma! - Szeptem dodała - kocham cię.
Wojowniczka Nocy wzdrygnęła się, cofnęła o krok, a potem po prostu rozwiała się w powietrzu. Oczy władcy chmur rozwarły się szeroko. Nie znalazł już słów, on też zaczął znikać począwszy od stóp. Różowi jeźdźcy wpadli w panikę. Skrzydlate koty zaczęły nerwowo rzucać się na boki. Niektórzy próbowali ucieczki, ale nie było już dla nich ratunku. Wszyscy musieli rozwiać się tak, jak i droga w chmury, po której zaczęli zbiegać uwięzieni wcześniej wśród nich ludzie. Był tam także Roland.
Władca chmur tylko patrzył. Poniósł klęskę. Dzień końca Świata zza Morza Ognia i Krwi jeszcze nie nadszedł. Nie mógł nadejść. Mery miał bowiem wiarę, a Eva kochała. Wciąż istniały emocje, które mogły utrzymać ten świat ożywić.
Julia wybiegła z pośród zarośli. Zobaczyła Rolanda i pobiegła do niego. Chwycił ją za rękę i wciągnął przed siebie na siodło.
- Skąd się tu wzięłaś? - spytał.
- To długa historia – odpowiedziała, uśmiechając się. Była półprzytomna ze szczęścia. - To nie ważne! Później ci opowiem. - Pocałowali się.
- Przepłakałam tyle nocy. Axia powiedziała, że cię zabiła, że już nigdy cię nie zobaczę – szeptała Eva Mermu na ucho.
- Ale ja żyję. - Gładził jej żółto-zieloną czuprynę. - Dżana mnie ocaliła. – Mówiąc to wyrzucał sobie, jakim był głupcem. Zostawił Evę wśród glumów, gdy wyruszał na Półwysep. Obiecał, że wróci, planował podjąć dzieło matki i zaopiekować się glumami. Po tym jednak, co się z nim stało, nie miał odwagi się im pokazać. Bał się, że nie podoła zadaniu, które sobie wyznaczył i że Evę przerazi to, co się z nim stało. Ona jednak zdawała się niczego nie zauważać.
- Teraz już się nie rozstaniemy.
- Już nie.
Wieśniacy przypadli do Dżany, poznali ją.
- Dziękujemy - mówili jeden przez drugiego. - Wybawiłaś nas.
- To nie moja zasługa - próbowała tłumaczyć, ale to nie były ani miejsce, ani czas na to. I tak jej nie słuchali.
Władcy chmur już nie było, nie było też różowych jeźdźców, a same chmury zaczęły się błyskawicznie cofać.
- Mery. - Efna podeszła do niego, położyła mu rękę na ramieniu. - Myślałam, że nie żyjesz - powtórzyła to, co powiedziała wcześniej Eva. - Tak się cieszę...
Dżana też była już przy Merym. Nie powiedziała niczego, nie znalazła słów. Zresztą, on i tak nie zwróciłby w tym momencie uwagi na jej słowa. Wzrokiem śledził Julię. Z nią było jego serce. Co z tego, że żył, że wygrał, że ocalił świat, skoro ona należała do Rolanda.
- Wszyscy zawdzięczamy ci życie. - Drżąca dłoń ojca ścisnęła jego zdeformowaną dłoń.
Co z tego? On będzie sam, „jego ślady zasypie wiatr, jego postać skryje mrok.”

- Czego tu szukasz, knypku? - rzucił na powitanie Merego człowiek prowadzący zapisy do armii Jedynego Miasta.
Chłopak podszedł do biurka urzędnika niepewnym krokiem, kogoś, kto szuka oparcia dla stóp i nie wie, czy je znajdzie.
- Chcę się zaciągnąć.
- Ty? - Mężczyzna wydął cienkie, sine wargi. - Ile ty masz lat, knypku?
- Dwadzieścia jeden.
- Dwadzieścia jeden? - Urzędnik roześmiał się.
- Tak - oświadczył Mery dumnie prężąc pierś. - Mam dwadzieścia jeden lat i jestem wojownikiem, synem Dżany. – Sięgał po ten argument tylko, gdy był zdesperowany, bo ludzie i tak z reguły mu nie wierzyli.
- Gdyby nawet Dżana miała syna - odparł urzędnik - a wszyscy wiemy, że ma tylko córkę, nie uwierzyłbym, że ty nim jesteś.

- Nie pojedziecie z nami? - spytał z wysokości siodła szpakowaty mężczyzna, który przyjechał razem z Dżaną. To był Max, ojciec Rolanda. Tak, jak jego syn, miał szukać Dżany i on akurat ją znalazł.
- Nie. - Dżana stała na ziemi, po lewej ręce mając Ferro, a po prawej Merego z Evą siedzącą mu na biodrze. Ich nie osiodłane konie pasły się puszczone luzem. Wieśniaków już nie było, wcześniej wyruszyli do swoich domostw. - Nie mam czego szukać w mieście. Wrócę na drogę, z której zawróciły mnie chmury.
- Szkoda - westchnął Max. - Nie miałbym nic przeciwko podróży w waszym towarzystwie, a i nasz monarcha chętnie by ci podziękował.
- Max! - Dżana skarciła go wzrokiem. - Po pierwsze, spotkamy się jeszcze nie raz i nie raz pewnie staniemy razem do walki. Po drugie, mnie nie ma za co dziękować.
- Kto to zrozumie? - Max wzruszył ramionami.
- Ty byś mógł.
- W porządku, wiem - przyznał Max. - To, że jeszcze żyjemy to zasługa Merego i Evy.
- Spróbuj więc opowiedzieć ludziom, jak było naprawdę - poprosiła Dżana. - Opowiedz o Merym. - Ona chyba też miała nadzieję, że przepowiednia nie wypełni się całkowicie.
- Opowiem - obiecał Max.
Julia i Roland trzymali się za ręce i wymieniali pocałunki. Dla nich świat nie istniał. W tamtej chwili nie liczyło się nic, poza ich miłością.
Nie padło już żadne słowo. Jeźdźcy wykręcili konie i ruszyli stępa w drogę powrotną. Efna, która wcześniej także szukała Dżany, ale znalazła tylko próbującą odnaleźć Merego Evę, także pojechała z nimi.
Julia tylko na chwilę oderwała oczy od twarzy Rolanda, przesłała Meremu nieśmiały, jakby przepraszający uśmiech. To było wszystko.
Mery z trudem przełknął ślinę. Obrócił się i spojrzał w spłowiałe oczy matki.
- Dobrze, że nie chciałaś z nimi jechać – powiedział. Słowa z trudem przeszły mu przez gardło. - Chciałbym się z wami pożegnać, gdy jesteśmy sami. Nie zniósłbym podróży z nimi, ja...
- Wiem - powiedziała Dżana cicho.
- Czy ty wiedziałaś? - spytał nagle. Coś przyszło mu do głowy.
- Co? - Dżana nie zrozumiała.
- Że zawsze będę sam - wyjaśnił.
- Zanim cię urodziłam?
- Tak.
- Nie, Mery, nie wiedziałam - potrząsnęła głową. Przypomniała sobie przecież przepowiednie dopiero, gdy był już prawie dorosły.
Podszedł do niej i złożył głowę na jej piersi. Przytuliła go, a on zapłakał cicho, po prostu zabrakło mu sił. Wiele przeszedł, a wciąż przecież był jeszcze bardzo młody.
- Dlaczego Mery powiedział, że zawsze będzie sam? - spytała Eva głosem rozkapryszonego dziecka. - Przecież ma mnie.
- On musi mieć kobietę swojej rasy - wyjaśniła Dżana, jedną ręką głaszcząc po głowie zieloną, a drugą Merego.
Chwilę tylko tak stali. Mery wyprostował się. Otarł oczy wierzchem dłoni. Może czasem płakał, ale był twardy. Nie mógł się dłużej nad sobą rozczulać. Musiał wziąć się w garść i ruszyć w swoją stronę.
- Pojedziesz z nami? - spytała Dżana.
- Nie. - Potrząsnął głową. Jego głos znowu brzmiał pewnie. - Wrócę do glumów. Tam jestem potrzebny.
- Powodzenia. - Dżana raz jeszcze zmierzwiła jego złote włosy.
- Pozdrów ode mnie gluma o jednym zębie - powiedział Ferro, gdy ich niesprawne dłonie połączyły się w pożegnalnym uścisku. Spojrzał w oczy syna. Wiedział, co działo się w jego głowie. O nic nie musiał pytać.
Serce Merego ścisnęło się, on też już znał myśli ojca. Przez moment był gotowy go objąć, ale nie zdobył się na to. Lata gdy wstydził się Ferro, wciąż stały między nimi.
- Dobrze, pozdrowię.

Koszary Jedynego Miasta były po prostu wielką, murowaną halą. Mężczyźni, z których żaden nie był zawodowym żołnierzem, a większość stanowili poszukujący rozrywki awanturnicy, tłoczyli się, leżąc i siedząc na podłodze, każdy na tym, co miał, a z reguły mieli niewiele. Siodła i płaszcze, to był cały ich dobytek.
Mery wszedł między nich niepewnie. Szukał kawałka wolnego miejsca, gdzie mógłby się ułożyć. Nigdy jeszcze nie znajdował się w takim tłumie. Stąpając ostrożnie, patrzył pod nogi, by nie stanąć na niczyjej stopie. Musiał wyglądać śmiesznie, mały i nieporadny, karykatura wojownika.
Parę głów zwróciło się w jego stronę, uważnie mierząc go spojrzeniem.
- Patrz, tamten ma owłosione stopy - powiedział ktoś.
- I szpiczaste uszy – dorzucił ktoś inny.
- Ludzie Lasu mieli szpiczaste uszy.
- Ale oni odeszli – odpowiedział ktoś z westchnieniem.
- No i nie byli tacy mali. To ma być wojownik?
- Słyszałem kiedyś - tłumaczył ktoś bardziej zorientowany - że Dżanie towarzyszyli Mali Ludzie o owłosionych stopach...
- Pleciesz bzdury - strofował go ktoś inny. - Dżana to bajka. Ona nie istnieje.
Mery niczego nie powiedział. Rzucił siodło Róży w wolnym kącie i oparł się o nie plecami. Trochę przerażał go gwar tłumu. Wyraźnie też czuł swoją inność, to, że był odmieńcem.
Nie miał jednak pretensji, ani do losu, ani do matki za życie jakie otrzymał. Los dał mu przecież Julię.

Jechał wzdłuż wybrzeża stępa. Właściwie nigdzie mu się nie spieszyło. Ona nadjechała galopem z naprzeciwka i zatrzymała konia tuż przed nim. Jej chuda, kasztanowata klacz zaryła się kopytami w ziemię. Była spieniona i ciężko robiła bokami.
- Julia? - Nie wierzył w to, co widział.
- Ja... - Dziewczyna zająknęła się. - Byłam ślepa...
O nic nie spytał. Niczego nie powiedział. Tylko patrzył na nią, szeroko rozwierając oczy.
- Roland jest głupcem...
- Tak ci się wydaje. Pogodzisz się z nim – powiedział. Spodziewał się, o co może dziewczynie chodzić i kiedy szczęście wreszcie się do niego uśmiechnęło, nie mógł w to uwierzyć.
- Nie. On powiedział coś takiego...
- O tobie?
- Nie. O tobie.
- To chyba bez znaczenia.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo ja... - Potrząsnęła głową. - Mery... Czy ty...
- Tak. - Nie potrzebowali słów, czytali w swoich myślach. - Ale...
- Wybacz mi, ja... To, że byłam zła... I że odeszłam... Ja goniłam cień... Ja... A nawet jeśli... Przecież możemy spróbować...
- Możemy. - Zsunął się z siodła.
Ona też zeskoczyła na ziemię.
Podszedł do niej krokiem jeszcze bardziej niepewnym, niż zwykle. Objął ją. Mocno przycisnął do siebie, nie używając przy tym dłoni, a jedynie przedramion. Wtulił twarz w zagłębienie pomiędzy jej szyją, a ramieniem. Do oczu nabiegły mu łzy. Ona wzięła głęboki oddech i westchnęła jak ktoś, kto pozbywa się z serca wielkiego ciężaru. Też go objęła i stali tak złączeni w jedność.
Eva patrzyła na nich ze smutkiem z grzbietu konia i nie rozumiała tego, co się działo. Czemu ona mu nie wystarczała?
Julia wsunęła palce we włosy Merego i pocałowała go w usta. On odpowiedział jej pocałunkiem. Drżał na całym ciele. Najpierw pieścił jej wargi, a potem zaczął składać pocałunki na jej policzkach, oczach, koniuszku nosa i szyi. Nie pomylił się. Miała delikatną skórę.

Nie zamknął do końca oczu, trzymał je tylko przymknięte. Nie czuł się pewnie w tłumie. Lękiem napawało go też zamknięcie pośród czterech ceglanych ścian. Rzadko spał pod dachem. Teraz brakowało mu gwiazd, cichych szeptów nocy i parskania Róży przestępującej z nogi na nogę. Zatęsknił też za Evą, która ostatnio co noc przytulała swoją kudłatą głowę do jego ramienia. Zatęsknił za bliskością Julii, bez której nie wyobrażał już sobie życia, choć była z nim od tak niedawna. Bał się o nią i bał się o Evę. Zastanawiał się, czy nic nie stanie się im w drodze do Miejsca Gdzie Nie Istnieje Czas i czy bezpiecznie przekroczą Międzybagno. Miał wątpliwości, czy Plajta, klacz Juli, przypadkiem nie zawaha się w czasie skoku. Wiedział, że to nie był dobry koń.

Lekki wiatr kołysał trawami Pustkowia, przyginając je do ziemi, rozwiewał grzywy koni i mierzwił włosy jeźdźców. Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na różowo. Julia uśmiechała się lekko.
- Zbuduję dla nas dom - obiecywał Mery. - Zamieszkamy w jakiejś małej wiosce i będziemy żyć tak, jak żyją prości ludzie, a ja… - Marzył. Dokonał już tylu rzeczy, że wszystko wydawało mu się możliwe i wszystko rzeczywiście było możliwe, tym bardziej, gdy miał przy sobie Julię. - Wyprowadzę glumy z ukrycia, oswoję z nimi ludzi i...
- Jesteś marzycielem. – Julia zaśmiała się. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka.
Zadrżał z podniecenia.
- Tak, jestem, ale ja mogę zrobić wszystko. Mogę, bo mam ciebie, a ty jesteś najwspanialsza. - Oczy mu płonęły. Włosy w świetle zachodzącego słońca przybrały barwę miedzi.
Julia pochyliła się w siodle i złożyła pocałunek na jego wargach. Wydawało im się wtedy, że świat należy do nich i że zawsze będą szczęśliwi, ale już w chwilę później nadjeżdżający z zachodu jeździec zburzył ich spokój, osadzając konia w miejscu naprzeciwko nich.
Był młody, a raczej trzeba powiedzieć, że był jeszcze dzieckiem. Nie mógł mieć więcej niż dwanaście lat i nie dorósł, by nosić u pasa miecz. Jego wierzchowiec ciężko robił bokami, z pyska odrywały mu się płaty piany.
- Witajcie, wędrowcy - rzucił chłopiec. Był tak zasapany, jakby sam biegł przez całą drogę, a nie dosiadał konia. - Władca Jedynego Miasta Świata zza Morza Ognia i Krwi wzywa wszystkich wojowników, by stawili się do obrony naszego świata przed jeźdźcami w czerni - wyrzucił jednym tchem.
Jeźdźcy w czerni! Gdy matka po raz pierwszy zabrała Merego na Pustkowie, też walczyli z jeźdźcami w czerni. Nie ustalili wtedy, skąd tamci przybyli, ale nie wydawało się to ważne. Myśleli, że ich pokonali. Ale tak się nie stało. Zaczęli przybywać nowi. Walczył z nimi, ale wciąż przybywali następni, a potem... Potem był na Półwyspie i już nie walczył z jeźdźcami, nie mógł. Uczył się na nowo żyć. Tak, on, jak i jego matka, nigdy niczego nie kończyli, o tym też pomyślał. Może nie mogli, bo tak wikłały się ich losy. Może zabierali się za rzeczy, których skończyć się nie dało i tylko nie wiedzieć czemu, nie mogli się z tym pogodzić? Może byli zbyt mało odpowiedzialni, zbyt szaleni? Tak, byli, jego matka na pewno, a on chyba także.
Julia spojrzała na Merego. Ciemne oczy dziewczyny wydawały się mówić: „Nie musisz jechać na wojnę. Pokaż mu swoje dłonie. On zrozumie, że nie możesz walczyć”.
„Ale ja mogę” - odpowiedziały błękitne oczy młodego wojownika.
„Ja wiem” - powiedziały oczy dziewczyny. – „Ale chcę, żebyś został ze mną. Boję się o ciebie, bo cię kocham. Nie chcę, żebyś więcej narażał swoje życie.”
„Muszę, jestem synem Dżany, jestem wojownikiem, jestem dumny.”
Oczy dziewczyny nabiegły wilgocią, ale Mery zacisnął tylko szczęki. Nie potrafił powiedzieć „wybacz”. Nie chciał, żeby się nad nim litowała. Nie mógł się na to zgodzić. Poza tym, on znał swoją drogę i myślał, że jeśli Julia chciała być z nim, powinna ją zaakceptować. Powinna zaakceptować to, że on zawsze, dopóki będzie mógł, w chwilach zagrożenia, chwyci za miecz. Po to się urodził.
- Gdzie zbiera się wojsko? - spytał.
Julia zwiesiła głowę zrezygnowana. Naprawdę się o niego bała. Widziała go, jak walczył z różowymi jeźdźcami. Widziała, jak miecz wypadł mu z ręki. Kochała go, dlatego właśnie nie ufała jego wewnętrznej sile, tej, dzięki której, jak twierdził, mógł zrobić wszystko. Nikt nie mógł zrobić wszystkiego, taka była jej wersja.

Dręczony myślami nie mógł zasnąć. Obserwował grupkę mężczyzn zabawiających się grą w kości na pieniądze. Ku swojemu zdziwieniu w jednym z nich rozpoznał Rolanda.
Nie wyniknie z tego nic dobrego - pomyślał, ale to było wszystko. Nie miał zamiaru ani z Rolandem rozmawiać, ani się przed nim kryć.
- Widzieliście tego kurdupla, który rozłożył się obok nas? - spytał jeden z grających.
- Tak - odpowiedział Roland. - Powiem wam nawet, że go znam.
Siedzący obok niego mężczyźni wybałuszyli oczy. Tylko dość młody wojownik o nad podziw gładkiej skórze, zebranych w ciasny warkocz, długich, płowych włosach i melancholijnym spojrzeniu błękitnych oczu, nie wyraził tą sprawą żadnego zainteresowania. Jego twarz zdawała się oznajmiać: „Jesteście dorośli, a dziwi was widok istoty, takiej jak ten młodzieniec. To przecież nic nadzwyczajnego. Widziałem już większe dziwy.”
- On naprawdę jest Człowiekiem Lasu? - spytał mężczyzna zwany Zygfrydem, który właśnie wyrzucił dwie szóstki.
- Ależ nie. – Roland zaśmiał się. - Czy naprawdę myślisz, że Ludzie Lasu mogli tak wyglądać? To mieszaniec.
- Więc on jest nawet czymś mniej, niż człowiekiem? - dopytywał się dalej Zygfryd.
Gilland, wojownik o płowym warkoczu wymownie milczał, mierząc Zygfryda lodowatym spojrzeniem. Nikt nie rozumiał związku między tą parą, lubiącym hazard i pijatyki Zygfrydem i milczącym, wyniosłym Gillandem. Jedno było pewne, przyszli zaciągnąć się razem i nigdy, nawet na chwilę, się nie rozstawali. Rozmawiali z sobą jednak niewiele, częściej komunikując się wzrokiem.
- Oczywiście - rzucił Roland ze wzgardą. - On jest wśród nas, jak muł wśród koni.
Mężczyźni wybuchli śmiechem i tylko Gilland wciąż siedział niewzruszenie.
Po chwili powrócili do gry. Roland, który właśnie miał rzucać, wziął kości do ręki i długo ważył je w dłoni.
- Te kości są fałszywe! - ryknął nagle rozgniewany. - Chciałeś mnie oszukać, Zygfrydzie.
- Jak śmiesz tak mówić! - odezwał się tamten. - Nigdy nie oszukuję! Mam honor! Tobie go za to brakuje. Nie możesz znieść, że jestem od ciebie lepszy.
- Pokaż. - Gilland wyciągnął rękę w stronę Rolanda, żądając, by ten podał mu kości. Dłonie miał wąskie, kobiece, o długich palcach.
Roland zawahał się, ale podał mu kości. Gilland ważył je przez chwilę w dłoni, potem orzekł: „Te kości rzeczywiście są fałszywe” – a jego błękitne oczy zapytały Zygfryda: „Zrobiłeś to? Dlaczego?”
- Ja nie podmieniłem kości. - Zygfryd dalej się zapierał.
- Chcesz mnie oszukać?! To ci się nie uda. - Roland podniósł się i oparł dłoń na mieczu. - Czy mam cię wyzwać na pojedynek?
Zygfryd zbladł. Nie był wojownikiem, a mieszczaninem, który uwierzył, że Światu zza Morza Ognia i Krwi przyda się każda para rąk w walce, jaką ma stoczyć. Zdawał też sobie sprawę, że nie miał żadnych szans w starciu z młodszym i silniejszym od niego, rozgniewanym na wszystkie światy Rolandem.
- Nie on podmienił kości, tylko ty, wiesz o tym dobrze - odezwał się cichy głos zza pleców Rolanda.
Gilland zesztywniał.
Roland odwrócił się gwałtownie z uniesionym w górę mieczem.
- Ty?! - rzucił z pewnym zdziwieniem, gdy ujrzał przed sobą Merego. - To znowu ty?! Jak śmiesz mieszać się w moje życie?! Nie wystarczy ci, że odebrałeś mi kobietę?!
- Nie odebrałem ci jej - oświadczył odmieniec. - Ona sama dokonała wyboru. Została ze mną, bo ja mogłem zaoferować jej więcej...
- Więcej?! - ryknął Roland. - Ty, knypku?!
- Tak, ja mogłem dać jej prawdziwą miłość - powiedział Mery pewnie. Był zupełnie spokojny, mimo, że Roland górował nad nim wzrostem i postawą. Wiedział, że nie był dla niego żadnym przeciwnikiem. - Sprawa Julii nie ma jednak nic wspólnego z tym, co dzieje się tu i teraz. Prawda jest taka, że podmieniłeś kości, gdy Zygfryd mi się przyglądał. Widziałem wszystko.
- Łżesz! - Rozeźlony Roland rzucił się na niego.
Mery odskoczył w bok, jednak jego pozbawione czucia stopy nie znalazły pewnego oparcia, zabrakło koncentracji. Zachwiał się.
Gilland krzyknął, zakrywając usta dłonią w bardzo niemęskim geście.
Mery zapewne by upadł, zdążył jednak dobyć miecz i podeprzeć się na klindze. Stal zgrzytnęła w zetknięciu z kamienną podłogą hali i skrzesała skry. Udało mu się złapać równowagę. Teraz mógł ruszyć do ataku.
Wiele oczu zwróciło się ku nim, gdy walka rozgorzała na dobre. Nikt nie dawał Meremu szans w starciu z wielkim i znanym z wielu bijatyk w okolicznych gospodach, Rolandem. Mały wojownik jednak bronił się dzielnie i to on tak mocno pchnął przeciwnika, że tamten upadł.
Miecz wypadł Rolandowi z ręki. Chciał go znowu pochwycić, poderwać się i ruszyć z miażdżącą siłą na przeciwnika o filigranowej budowie. Nie zdążył jednak. Uprzedził go Gilland, który pierwszy podniósł jego miecz.
- Zebraliśmy się tu po to, by bronić naszego świata. Nie możemy walczyć między sobą - oznajmił stanowczym, lecz lekko drżącym głosem.
- Zabiłbym cię, gdyby nie ingerencja tego wojownika - rzucił Mery, wskazując ruchem głowy Gillanda.
Tym razem nikt się nie śmiał. Wszyscy wiedzieli już, że był do tego zdolny.
- Lepiej nie próbuj - rzekł Gilland dobitnie. - Jeszcze ja tu jestem i będę pilnować porządku.
- Nie będę - odpowiedział Mery, chowając miecz do pochwy. - Ja nie jestem taki, jak on, wiem, że jest coś jeszcze, oprócz siły.

Wraz z armią przekroczył Międzybagno. Nie bał się, bo kilkakrotnie przemierzał już w życiu tę drogę. Większość otaczających go mężczyzn była jednak wyraźnie zaniepokojona perspektywą, że jeśli coś pójdzie nie tak, pozostaną na zawsze już uwięzieni pomiędzy światami. Merego bawiłby ich lęk, gdyby nie to, że dręczył go niepokój o Julię i Evę.
Minęli w pędzie Miejsce Gdzie Nie Istnieje Czas i dotarli w końcu do Świata Dyktującego, skąd ponoć przybywali jeźdźcy w czerni. Meremu wydawało się to zupełnie niemożliwe. Przecież wtedy, gdy po raz pierwszy z nimi walczył, to on i jego matka stamtąd przybyli. Mery dorastał nad morzem w Świecie Dyktującym.
Teraz nie poznawał miejsca, w którym się znalazł. Trawiaste przestrzenie, które znał, znikły zupełnie. Ziemię nagą i jałową zdeptały setki kopyt i stóp. Nie było też już zamku Ich Wielmożności Szarości, a zamiast niego pojawiły się dziesiątki burych kostek, które zapewne nosiły miano domów. Wysoko w niebo, które nie było błękitne, a stalowoszare, wystrzelały wciąż dymiące kominy.
Nie było już jednak czasu na wątpliwości. Jeźdźcy w czerni naprawdę tam byli i chcieli z nimi walczyć.
Ludzie z szarych domów na widok przybywających armii zatrzaskiwali się w swoich małych twierdzach, chwytali za broń, by wspomóc jeźdźców w czerni, a dysponowali rurami miotającymi kule, lub uciekali w popłochu. Niektórzy wykorzystywali zamieszanie, by załatwić swoje własne, nieczyste interesy. Napadali na siebie i rabowali. Swój stanął przeciwko swemu, tak po stronie czarnych, jak i wśród żołnierzy Świata zza Morza Ognia i Krwi.
Mery spostrzegł mieszkańca szarych domów składającego się do strzału, zauważył też do kogo tamten namierzył. Do Zygfryda.
Mery właściwie nie rozmawiał z tym człowiekiem w czasie drogi, bo z nikim tak naprawdę nie rozmawiał, ale polubił go, bo polubił milczącego Gillanda, którego twarz wydawała mu się dziwnie znajoma. Tych dwóch tym czasem łączyło coś takiego, że nie można było myśleć o żadnym z nich, nie myśląc jednocześnie o tym drugim.
Młody wojownik mógł krzyknąć, ale Zygfryd pewnie i tak by go nie usłyszał. O tym jednak Mery nie pomyślał. Tak naprawdę o niczym wtedy nie pomyślał. To był impuls. Pchnął Różę naprzód i swoim ciałem zasłonił Zygfryda.
Kula ugodziła go w ramię. Ból przeszył całe ciało. Rana jakiej doznał, nie należała do ciężkich, ale sposób w jaki została zadana był dla Merego czymś nowym. Znieruchomiał. Zaraz byłby gotowy walczyć dalej, ale ta chwila wahania wystarczyła, by przeciwnik pchnął go mieczem w pierś. Nie był to jednak jeździec w czerni, a Roland, syn Anny i Maxa, przyjaciół jego matki.
„Dlaczego?” - zapytały błękitne oczy, gdy złotowłosy młodzieniec zsuwał się z siodła.
Czy po tamtej stronie spotkam Julię i Evę? – pomyślał jeszcze. – Czy Julia wybaczy mi, że wystawiłem ją na niebezpieczeństwo? A może jeszcze ich tam nie ma? Może się im udało? Może są bezpieczna? Oby.
Potem była już tylko ciemność.

- Pojedź do Miejsca Gdzie Nie Istnieje Czas – zaproponował Juli. - Tam będziesz bezpieczna. Ukryjesz się i poczekasz na mnie, a ja przyjdę po ciebie, kiedy będzie po wszystkim.
- Nie wiem, gdzie to jest.
- Zaraz ci powiem...
- Ale mnie zabierzesz z sobą. - Eva weszła mu w słowo. Objęła go w pasie i przycisnęła pysk do jego pleców.
- Nie, to niebezpieczna wyprawa. - Młody wojownik spróbował wyswobodzić się z uścisku zielonej.
- Ja cię obronię.
- Nie żartuj...
- Obiecałeś, że zawsze będziemy razem. - Eva była bliska płaczu.
- Nie mogę cię narażać - tłumaczył. - Ale wrócę. Wrócę na pewno, obiecuję. Zresztą, to potrwa tylko chwilę. Tam, gdzie będziecie, inaczej płynie czas.
Obrażona Eva pozwoliła w końcu przesadzić się na konia Julii.
- Dbajcie o siebie - przykazał im.
Obie odpowiedziały mu milczeniem, nie mogąc darować mu jego decyzji. Mery wytłumaczył im jak moją dotrzeć do Miejsca Gdzie Nie Istnieje Czas. Przytaknęły, że zapamiętały. Mery pocałował każdą z nich na pożegnanie, Evę w czoło, a Julię w usta. Dziewczyna nie odwzajemniła jednak pocałunku. Była zła. Nie życzyła mu też szczęśliwej drogi. Rozstali się w chwilę później już bez słowa.

- Mery. – Ktoś wypowiedział jego imię.
Z trudem otworzył oczy. Zobaczył nad sobą twarz Axii. Krzyknął. Wydawało mu się, że śni swój ostatni koszmar przed śmiercią. Teraz bardzo chciał umrzeć i to jak najszybciej. Nie chciał już więcej czuć bólu. Nie chciał, żeby ta straszna kobieta raz jeszcze się nad nim znęcała.
- Nic ci nie zrobię - wyszeptała jednak i dotknęła jego rozpalonego policzka. - Nie musisz się już mnie bać. Tamta zła Axia odeszła. Ja ci pomogę.
Nie uwierzył jej. Podejrzewał, że go zwodziła. Nie miał jednak czasu, żeby się nad tym zastanowić. Odpływał.

Kiedy znowu otworzył oczy, znowu też zobaczył nad sobą Axię. Nie czuł już wtedy bólu ani w piersi, ani w ramieniu. A więc umarł. I Axia umarła. Niczego nie musiał się już bać.
Usiadł. Zobaczył klęczącą obok siebie matkę. W pobliżu stali też Zygfryd i Gilland, teraz z rozpuszczonymi włosami. To nie był mężczyzna. Mery w końcu rozpoznał w nim swoją przyrodnią siostrę Gill. Czy oni wszyscy umarli?
Chyba nie. Czuł zapach krwi. Widział też ciała zabitych jeźdźców w czerni i ich wierzchowców. A więc wciąż pozostawali na polu bitwy. Co się wydarzyło?
Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Jeden z jeźdźców zdołał dźwignąć się z ziemi. Wciąż dzierżył w ręku broń. Od tyłu zaatakował Ferro. Ojciec Merego też tam był. Do tej pory stał parę kroków za Dżaną. Teraz zareagował błyskawicznie. Odwrócił się. Dobył miecza. Ranny jeździec okazał się jednak szybszy. Jego oręż spadł Ferro na plecy. Mały człowiek runął na kolana.
- Tato... - Niedokończony krzyk pozostał na wargach Merego tylko szeptem.
Dżana zerwała się z ziemi i skoczyła w stronę jeźdźca. Zadała jeden, jedyny cios. Rozpołowione ciało runęło na ziemię. Dżana przypadła do Ferro. Mały Człowiek gramolił się już na nogi. Ranny jeździec zadając swój ostatni cios nie miał już zbyt wiele siły. Ostrze jego miecza nie zdołało zranić Ferro. Zsunęło się tylko po jego plecach. Dżana objęła Małego Człowieka i przytuliła.
- Och, Ferro… Nie mogłabym żyć bez ciebie.
Mery przyglądał się temu osłupiały. Potrzebował wyjaśnień. Nie wiedział, co się wydarzyło.
- Ona... - wyjąkał tylko, patrząc na Axię. Ból jaki mu niegdyś zadała, wciąż był żywy w jego pamięci.
- Ona cię ocaliła - oświadczyła Gill zgodnie z prawdą.
- Ty...
- Ja byłam Gillandem - oznajmiła ze śmiechem. - A ty uratowałeś mojego ukochanego. Dziękuję ci za to. Jeśli chodzi o Axię, to przyprowadziła tu armię z Półwyspu, ze swojej Niebieskiej Twierdzy. Chciała wspomóc w walce nasz świat.
Ta informacja na razie Merego nie interesowała. Choć gdzieś w zakamarkach jego umysłu formowały się pytania dotyczące tego, jak Axia objęła władzę w jednej z twierdz-państw na Półwyspie i czy nie miało to czegoś wspólnego ze złym berłem.
- Jak to Axia mnie ocaliła? - spytał, nie potrafił w to uwierzyć.
- To długa historia - oświadczyła Gill. - W każdym razie byłeś śmiertelnie ranny, a ona uleczyła cię swoją mocą.
Spojrzał na Axię z niedowierzaniem.
- Ja nie chciałam wtedy - wyszeptała w odpowiedzi potężna kobieta onieśmielona przez zwyczajnego chłopca o czystym sercu. - To zła część mojej natury cię okaleczyła, ta część, którą już udało mi się odrzucić, ale...
Mery nagle pojął, że coś się zmieniło, coś w nim. Spojrzał na swoje palce. Były znowu smukłe i proste. Zwinął dłoń w pięść, rozprostował ją, a potem jedną ręką dotknął drugiej i poczuł to dotknięcie. Nagle też zrozumiał, że czuje ziemię po stopami. W oczach zatańczyły mu łzy szczęścia.
- Axio, to ty? – spytał. - To twoja zasługa?
- Moja - odparła cicho, jakby zakłopotana.
- Dziękuję - wyszeptał, wzruszenie odebrało mu głos.
- Wybaczysz mi? - spytała kobieta o wielkiej mocy.
- Ja już ci wybaczyłem - odparł chłopak o czystym sercu.
- Wiele ci zawdzięczam, Mery - przyznała nie mniej wzruszona. - Odmieniłeś mnie...
Nie mieli czasu sobie tego wyjaśnić. Zresztą Axia sama była zbyt poruszona walką, którą stoczyła we wnętrzu swojego serca klęcząc przy ciele konającego chłopca, by składnie coś opowiedzieć.
Mery poznał całą tę historię dużo później. Po tym, jak Axia go okaleczyła, straciła moc. Dlatego wtedy nie mogła udzielić mu pomocy. Wypuściła jego klacz, z ciałem przywiązanym do grzbietu, chyba po to tylko, by Róża zaniosła je bliskim. Axia nie myślała wtedy jasno. Gdy zobaczyła Merego na pobojowisku, uznała to za cud, by w chwilę potem przekonać się, że cud ten zaraz pójdzie na marne. On konał, a ona po raz kolejny nie mogła go ocalić. Spróbowała więc raz jeszcze stawić czoła swojej złej naturze, by wydrzeć jej panowanie nad mocą. Była mu to winna. Była też to winna Dżanie. Kiedy poprzednio się spotkali, nie zorientowała się, że był synem Dżany. Dowiedziała się tego później, przez przypadek. Trafiła do niej Efna, której towarzyszyła zielona Eva. Axia po rozmowie z nimi była przerażona i zasmucona. Dżana, niemądra wojowniczka ze Świata zza Morza Ognia i Krwi nie tak dawno bardzo jej przecież pomogła. To więc ze względu na Dżanę i Merego poprowadziła na pomoc ich światu armię Niebieskiej Twierdzy, dawnej Czarnej Twierdzy, w której objęła władzę, tylko dlatego, że nie było nikogo innego, kto chciałby to zrobić po krwawych wydarzeniach jakie miały miejsce w sali tronowej.
Rodzice Merego podnieśli się z ziemi i wpół objęci podeszli do zebranych. Zupełnie im nie przeszkadzało, że Dżana była od Ferro dużo wyższa.
- Mamo, tato - rzucił podniecony Mery im na powitanie. - Moje dłonie znowu są sprawne.
Dżana chwyciła go za rękę, nie wierząc własnym oczom.
- To Axia...
Łzy stanęły w oczach wielkiej wojowniczki. Nie mogąc wydobyć z siebie słowa, uściskała najpierw Merego, a potem Axię.
- Nie chciałbym mącić tej chwili wzruszeń - przypomniał o swoim istnieniu dowódca armii Jedynego Miasta. On też tam był. - Ale trzeba coś postanowić, jeśli chodzi o nasze dalsze postępowanie wobec mieszkańców tego świata. Pokonaliśmy ich dzisiaj, ale to tylko jedna bitwa.
- Tak. To tylko jedna bitwa - przyznała Dżana i zapatrzyła się w dał, na szare ściany kamiennych domów i dymy bijące z ich kominów.
- Przecież wiesz, że nigdy nie pokonacie jeźdźców w czerni. - Tą kwaśną uwagą przypomniał o swoim istnieniu Rudy, lisia skóra, którą Dżana zawsze nosiła na ramieniu.

- Jadę nad morze - powiedziała cicho Dżana po tym, jak przekazała mu wiadomość o śmierci ojca. - Chcę pomyśleć. Mógłbyś pojechać ze mną? Ucieszyłoby mnie to.
- Nie wiem. - Mery potoczył wzrokiem po dolinie, w której od lat mieszkały glumy. To Dżana je tam osiedliła. - Nie wiem, czy mogę zostawić je same. Niewiele jeszcze zdziałałem.
- Jedź - odezwał się jeden z glumów. - Porodzimy sobie. Powinieneś jechać, odpocząć, zapomnieć...
Chyba ani on, ani Dżana nigdy nie doceniali glumów. Może były prymitywnymi, prostymi istotami, doskonale wiedziały jednak, czego potrzeba cierpiącym. Mery nie potrafił pozbierać się po stracie Juli i Evy, musiały to dostrzec, mimo że wypełniał swoje obowiązki, na pozór spokojny i uśmiechnięty. Wiadomość, że nigdy więcej nie zobaczy ojca załamała go zupełnie. Poczuł, że całe jego życie nie miało sensu, że zawsze robił nie to, co powinien. To glumy też dostrzegły.
- Nie wiem, czy da się zapomnieć - wyszeptał Mery.
- Mam nadzieję, że da się na tyle, by żyć dalej - powiedziała Dżana, a słowa te zaskoczyły ją samą.

Niewiele rozmawiali, prawie wcale. Jechali stępa z luźno rzuconymi wodzami. Właściwie nie mieli do czego się spieszyć. Jeden wieczór spędzili w twierdzy będącej przejściem między światami z Gill i Zygfrydem, ale i wtedy niewiele mówili. Twierdza, w której kiedyś tańczyli podwładni Ich Wielmożności Ciemności stała się domem dla jego rodziców i siostry. Na pograniczu Świata Dyktującego mieli trzymać straż, by odeprzeć kolejny atak jeźdźców w czerni, gdyby kiedykolwiek jeszcze miało do niego dojść. A teraz w tej twierdzy zabrakło Ferro.
Następnego dnia Dżana i Mery ruszyli dalej, do Świata Dyktującego poprzez Międzybagno. Stępa wjechali między pierwsze szare budynki, ale szybko znaleźli się ludzie, którzy wypadli na ulice, by pokazywać ich sobie palcami.
- Obdartusy! - krzyknął ktoś.
- Przebierańcy! - rzucił ktoś inny.
- Będzie jakieś przedstawienie? Co nam pokażecie?
- Te miecze to tak na pokaz? Można kogoś tym zabić?
- Patrzcie, on ma włosy na stopach!
- Cudak!
Próbowali nie zwracać uwagi na to, co usłyszeli, ale tłum ludzi wokół nich gęstniał. Nie pasowali już do tego, czym stał się Świat Dyktujący i tamtejsi mieszkańcy dawali im to odczuć.
Konie strzygły uszami. Klacz Dżany, zaczęła drżeć i pocić się z nerwów. Jej mięśnie były napięte do granic możliwości.
Ktoś rzucił kamień, który ze świstem przeleciał nad zadami koni. Ktoś inny poszedł w jego ślady i trafił. Uderzona w udo klacz ruszyła z kopyta, unosząc Dżanę w szaleńczym pędzie. Mery spiął Różę i popędził za nimi, by nie zgubić ich z oczu. Ludzie zaczęli krzyczeć i biec ich śladem. Kolejne kamienie poleciały w górę. Kolejni mieszkańcy szarego miasta wypadli na ulice.
Klacz Dżany wpadła w panikę. Ból zadany przez wędzidło, mające ją zatrzymać, potęgował jeszcze przerażenie. Piana odrywała się płatami z jej pyska.
Próbowali skręcać w boczne uliczki, chcąc zgubić pościg, ale ludzie byli wszędzie. Wciąż nowi i nowi dołączali do pogoni, wybiegając z domów prawie pod kopyta koni.
To było szalone. Właściwie mogli się odwrócić i dobyć mieczy, ale żadne z nich nie chciało zabijać niewinnych istot. Wiedzieli, że to są niewinne istoty, niewinne, choć głupie, czy może właśnie dlatego. Wiedzieli, że byli w stanie zabić wielu z nich, ale wiedzieli też, że i oni, choć niewinni, mogli ich zabić. Właściwie nigdy jeszcze Dżana nie znalazła się w tak bezsensownej sytuacji i nagle... Nie znając miasta, popełniła najgorszy błąd, jaki mogła popełnić. Skręciła w ślepą uliczkę. Nie było już dokąd uciec, lecz jej klacz dalej gnała przed siebie.
Ktoś otworzył przed nimi bramę prowadzącą na podwórze jednego z szarych domów. Dżana nie zastanowiła się, czy to pułapka, czy wyciągnięta ku nim pomocna dłoń. Nie miała czasu się nad tym zastanawiać. Gwałtownie skręciła na podwórze, a Mery za nią. Ściągnęła wodze. Klacz chcąc uciec od bólu, zadawanego przez wędzidło, stanęła dęba. Dżana utrzymałaby się w siodle, ale jeden z kamieni rzuconych z ulicy ugodził ją w głowę. Runęła na ziemię, tracąc przytomność. Spostrzegła jeszcze tylko, że ktoś zamknął za nimi bramę i że Mery zeskoczył z konia.

Siedział na krawędzi łóżka, beznamiętnym wzrokiem wpatrując się w twarz matki. Czasem się poruszyła, czasem coś zamamrotała, ale od poprzedniego dnia nie odzyskała przytomności.
Właściciel domu, Arcest, człowiek, który ich wpuścił na podwórze, powiedział, że do niego lekarz nie przyjdzie, a sam leczyć nie potrafił.
- Od kiedy wziąłem do siebie Sidię, spisali mnie na straty – powiedział. - Nikt się nawet do mnie nie odezwie. Na szczęście mam ziemię, która może nas wyżywić.
Arcest był wysokim, potworne grubym mężczyzną o nalanej twarzy i niechlujnym wyglądzie. Włosy miał długie, czarne, posklejane w strąki. Spodnie wisiały mu pod brzuchem. Poruszał się powoli, bardzo niezdarnie. Mówiąc lekko się zacinał.
Mery nie zapytał, dlaczego społeczność szarego miasta nie chciała go znać. Nie zapytał też, co było nie tak z Sidią.
Smukła, wysoka dziewczyna, o długich, ciemnych, falujących włosach przemykała pod ścianami, próbując nie znaleźć się w polu widzenia młodzieńca. Milczała.
Arcest też o nic nie zapytał. Powiedział: „Możecie zostać i nie przejmować się już niczym. Ja nie zrobię wam krzywdy.” To było wszystko. To na razie wystarczyło.
Mery myślał o Dżanie. Niedawno stracił ojca, przyjaciółkę i kobietę, do której należało jego serce. Nie chciał stracić jeszcze jej.
Nagle drzwi do pokoju otworzyły się. Stanęła w nich Sidia z miseczką w ręce. Mery spojrzał na nią i to sprawiło, że na moment się zatrzymała. Szara sukienka skrywała jej stopy, a rękawy były na tyle długie, że zupełnie zasłaniały dłonie.
- Mam na imię Sidia - powiedziała.
- Wiem, Arcest mi powiedział. Ja jestem Mery.
- Też to wiem. Byłam w ogrodzie. Narwałam malin – zakomunikowała. - Przyniosłam ci trochę.
Podeszła do niego i postawiła miseczkę na stoliku przy łóżku. Kiedy to robiła, rękaw jej sukienki podciągnął się nieco i Mery mógł spostrzec blizny na jej ręce. Zrozumiał, dlaczego się tak szczelnie ubierała. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, złapał ją za nadgarstek. To był impuls, chciał dotknąć jej pomarszczonej, cienkiej skóry. Wyrwała mu rękę, a on zmieszany spuścił głowę.
- Przepraszam – wyszeptał, nie patrząc na nią, a na swoje dłonie. Były zdrowe, smukłe i silne. Były piękne. Wiele dałby za to, by były zdrowe, gdy spotkał Julię, ale w tamtej chwili wolałby znowu mieć zniekształcone palce. To mogłoby przełamać lody między nim, a tą dziewczyną, sprawić, że by się go nie bała. Pomyślał wtedy, że jego dłonie właśnie takie powinny pozostać. Przecież powinno uczyć się żyć ze światem takim, jaki był, a nie uciekać się do cudów. Chyba coś takiego powiedział kiedyś ojciec. Tak mu się w każdym razie wydawało. Pomyślał nawet, że pojedzie do Axii i poprosi, by znowu uczyniła go ułomnym. Potem uznał to jednak za szalone i za jeszcze jeden cud, który nie powinien mieć miejsca.
- Usiądź koło mnie - poprosił nadal nie patrząc na Sidię.
Zrobiła to, choć bardzo nieśmiało.
- To twoja matka? - spytała.
- Tak.
- Jesteście do siebie podobni, w jakiś sposób, chociaż ty... - zawahała się. - Ty nie wyglądasz jak człowiek. Masz włosy na stopach.
- Tak. - Skinął głową. - Ja nie jestem człowiekiem. - Dziewczyna milcząc czekała na wyjaśnienia, więc ciągnął dalej. - W świecie, z którego przybywamy, żyły trzy rasy...
- Jesteście z innego świata? - przerwała mu.
- Tak.
- Słyszałam stare opowieści, ale nie wierzyłam w nie - powiedziała cicho. No tak. W Świecie Dyktującym czas płynął znacznie szybciej, niż w Świecie zza Morza Ognia i Krwi. - Jak można podróżować między światami?
- Wystarczy jeździć konno.
- My mamy konia - zauważyła jakby bez związku.
- To musi być wierzchowy koń, szybki - wyjaśnił Mery.
- Betsy jest szybka i można na niej jeździć. - Sidia udawała oburzenie.
Mery uśmiechnął się. Widział Betsy. Była siwą, ciężką i już nie młodą zimnokrwistą klaczą.
- Więc możesz spróbować - rzucił.
- Ale co z tobą? Mów dalej.
- W moim świecie są, a raczej były trzy rasy. - Wrócił do przerwanych wyjaśnień. - Są ludzie, tacy jak ty i Arcest, są Mali Ludzie, niscy, krępi, o owłosionych stopach i byli Ludzie Lasu szpiczastousi, złotowłosi, niebieskoocy, smukli i przede wszystkim nieśmiertelni. Przed laty jednak Ludzie Lasu opuścili nasz świat. Moja matka jest w połowie Człowiekiem Lasu, a w połowie zwyczajnym człowiekiem, mój ojciec za to był Małym Człowiekiem, więc ja jestem zupełnym mieszańcem, odmieńcem.
- Nie przeszkadza ci to?
- Teraz już nie. Uczę się pokory.
- Pokory?
- Wobec losu – wyjaśnił. - Nie jedno już przeżyłem.
Sidia przyjrzała mu się uważnie spod burzy gęstych włosów spadających jej na twarz. Wydawał jej się wątły i w dziecięcy sposób niewinny. Kiedy jednak napotkała jego oczy, pojęła, że nie kłamał, że naprawdę swoje już przeżył i od dawna był już mężczyzną.
- Arcest nie jest twoim ojcem? - spytał, zmieniając temat. Chciał dowiedzieć się czegoś o niej. Coś go w niej pociągało. To prawda, że niewiele czasu minęło od śmierci Julii, ale on był młody i miał w sobie siłę życia, która za wszelką cenę chciała przeciwstawić się przepowiedni.
- Nie. Nie jest nawet moim krewnym. Ale on mnie wychował.
- A rodzice?
- Umarli. - Nie chciała powiedzieć niczego więcej. - Nie znałam ich.
- Przepraszam.
- Pójdę już. - Podniosła się.
- Zostań - poprosił.
- Zjedź maliny - rzuciła i wyszła z pokoju.
Przez chwilę patrzył za nią. Pociągała go jej tajemnica.

Znowu zbliżali się do kamiennej wioski szarych ludzi. Innej drogi nie było, by z nad morza powrócić do ich świata. I choć bali się znów wjeżdżać między złowrogie mury cieszyli się też na możliwość ponownego spotkania z Arcestem i Sidią.
Trudno powiedzieć, kiedy spostrzegli zbliżający się ku nim punkt. Po prostu w pewnym momencie już był. Wytężyli wzrok. Z początku nie zobaczyli jednak niczego, poza punktem właśnie. Potem stał się on człowiekiem prowadzącym konia, potężnym mężczyzną z ciężkim koniem. Potrzebowali jeszcze chwili, by rozpoznać powolny, chybotliwy krok Arcesta, a potem jego samego i Betsy. Wtedy spięli konie i podgalopowali do niego. Tuż przed nim osadzili zwierzęta w miejscu. Coś było nie tak. Wyczuli to przez skórę. Wyczytali to z pobladłej, szerokiej twarzy Arcesta.
- Co się stało? - spytała Dżana.
Mery nie musiał pytać, on już wiedział.
- Napadli na Sidię - odparł Arcest bezdźwięcznie. Zawsze bał się, że coś takiego się zdarzy. Opowiedział o tym Dżanie. Mieszkańcy szarego miasto uważali Sidię za czarownicę. Przed laty oskarżyli o czary jej rodziców i spalili ich na stosie. Potem podpalili ich dom. Sidia była wtedy jeszcze bardzo mała. Arcest ocalił ją z płomieni i zabrałem do siebie. Była poparzona. Lekarz odmówił mu pomocy. Cudem przeżyła. Pod długimi sukienkami kryła potem blizny. To dlatego zdenerwowała się, gdy Mery złapał ją za rękę.
Dżana zsunęła się z siodła i puściła klacz wolno. Mery tkwił na grzbiecie Róży bez ruchu. Arcest zdjął z grzbietu siwki bezwładne ciało dziewczyny i stękając położył na ziemi. Zachwiał się przy tym, był za gruby na takie wygibasy.
- Mówiłaś, że umiesz leczyć - wyjąkał, ale Dżana kucnęła przy Sidi zanim w ogóle doszedł do połowy zdania. - Ludzie z wioski obrzucili ją kamieniami...
Dziewczyna miała na głowie zakrwawiony bandaż. Dżana dotknęła jej ręki, próbowała złapać puls.
- Nie mogłem jej ochronić, byłem na polu z Betsy... - tłumaczył Arcest, ale Dżana nie słuchała go. Odciągnęła powiekę Sidi i zarejestrowała fakt, że źrenica nie zareagowała na światło.
- Uratujesz ją...? - Arcest urwał nagle, z przerażeniem spostrzegając, że Dżana dobywa miecza.
Kobieta przytknęła klingę do ust dziewczyny, choć wiedziała już, że to zbędne. Nie wiedziała tylko, jak powiedzieć to Arcestowi i Meremu. Uniosła miecz i przyjrzała się klindze. Nie było na niej nawet śladu typowej mgiełki pozostawianej przez oddech.
- Ona nie żyje - wyszeptała w końcu, w najmniej taktowny sposób, jak to było możliwe.
Arcest otworzył usta. Mery spiął Różę i runął przed siebie galopem. Dżana chciała wskoczyć na konia i ruszyć za nim, gonić go, by go nie zgubić z oczu, by go przypilnować, żeby nie zrobił niczego głupiego. Nie zrobiła tego, nie mogła. Rzuciła się tylko w stronę swojej klaczy. Napotkała jednak pełne smutku, ciemne oczy Arcesta. Nie mogła zostawić go samego z ciałem Sidi. Nie mogła po prostu wskoczyć na konia i odjechać, nie mogła, tym bardziej, że on nie był w stanie czegoś takiego zrobić. Zamiast gonić syna, czy może raczej uciec, jak on, podeszła do Arcesta i objęła go.
- Przykro mi - wyszeptała.

Pozwolili koniom wspiąć się na szczyt wydmy i tam je zatrzymali. Bezmiar wód rozpostarł się przed nimi, ciemnogranatowy, zmarszczony, sięgający po horyzont, skrywający być może istniejące krainy. Dżana uśmiechnęła się sama do siebie. Wiele lat spędziła nad brzegiem morza. Tam wychowywała Merego. A potem, gdy znów ruszyła przed siebie, nieraz tam wracała, jak do domu, do jedynego domu, jaki kiedykolwiek miała.
Spojrzała na Merego, ale on nie patrzył na nią, a wciąż wpatrywał się w horyzont. Złote promienie słońca tańczyły na jego twarzy i dodawały jasnym włosom blasku. Był przystojny, smukły, na pozór bardzo kruchy, jakby wyciszony, ale za jego spokojnym usposobieniem kryła się ogromna stanowczość i siła woli. Widziała w nim Ferro i widziała w nim siebie. Widziało to wszystko, czym oni być nie zdołali. Wiedziała, że dobrze się stało, że się urodził.
- Co myślisz o Arceście? - spytała, nagle mącąc ciszę. Spędzili u niego kilka dni, gdy po upadku z konia dochodziła do siebie. Dużo z nim rozmawiała. To był dobry, spokojny człowiek. A Mery dużo rozmawiał z Sidią, przesiadując z nią w stajni. Dziewczyna bezpieczniej się tam czuła.
Syn spojrzał na Dżanę.
- To dobry człowiek - odparł.
- A czy myślisz, że mogłabym z nim żyć? - pytała dalej.
- Jeśli tego chcesz.
- Nie przeszkadza ci jego wygląd? - Miała tyle wątpliwości.
- Nie.
- A to, że Ferro dopiero co odszedł?
- Nie. Ty żyjesz. Myślę, że nie miałby nic przeciwko temu, że by zrozumiał.
Przez chwilę oboje milczeli.
- A ja? - spytał Mery, głos mu drżał. - Czy myślisz, że mógłbym znowu spróbować?
- Z Sidią?
- Tak. - Skinął głową. - Boję się tylko, że ona też zginie, tak jak Julia, przez tę moją przepowiednię.
- Nikt nie przepowiedział, że kobiety, które pokochasz, będą umierać. Powiedziane jest tylko, że będziesz sam, ale... Nie możesz się poddać tak łatwo. Musisz walczyć, a może... Nie wiem, Mery... - Potrząsnęła głową. Nie wiedziała jakiej rady mu udzielić. – Spróbuj. Nikt nie zabierze ci dobrych chwil, jakie przeżyjesz.
Skinął głową.
- Choć! - rzucił gwałtownie, na dobre zapominając o smutku i spiął konia.
Galopem runęli w dół po wydmie, a potem popędzili wzdłuż linii wody. Końskie kopyta wzbijały w górę bryzgi wody. Wiatr szarpał włosy jeźdźców i grzywy zwierząt.

Mery jechał przed siebie dalej i dalej. Porzucił glumy. Próbował je przeprosić. Wytłumaczyć się. Jeszcze przez moment myślał racjonalnie.
- Ludzie mówią „ja muszę”, „ja czuję” i chcą gdzieś gnać – usłyszał od nich. - Ludzie nie umieją się cieszyć prostymi rzeczami. Ty i twoja matka wiele nas nauczyliście i dziękujemy wam za to. Nauczyliście nas jak być cywilizowanymi, a to wielka rzecz. Wiemy już jednak, że nie chcemy żyć wśród ludzi. Nam to nie pasuje. Niech ludzie pędzą przed siebie, jeśli chcą. My chcemy żyć powoli. Idź, Mery.
Opuścił swój świat i znalazł się na terenie Dominium. Oglądał obco wyglądające ogromne miasta i ludzi żyjących w zupełnie inny sposób, niż ci, których dotąd znał. Zadziwiało go jak świat był ogromny i różnorodny. Niewiele jednak o tym myślał. Niezbyt wiele myślał też o tym, co robił. Pławił się w swoim bólu. Jego matka miała spróbować żyć z Arcestem. Ale on wciąż był sam. Nie był zazdrosny. Tylko zły i zrozpaczony. Stracił wiarę.
- Nie umiem uwolnić cię od przepowiedni - powiedziała mu Axia. Spotkał się z nią, zanim wyruszył w nieznane. Wtedy jeszcze w coś wierzył. – Zapewne nikt tego nie umie. Możesz poszukać w niej jakiejś luki. – Władczyni Zielonej Twierdzy lekko przeciągała słowa. - Możesz szukać - powtórzyła raz jeszcze. - Obawiam się jednak, że jej nie ma. Ja jej w każdym razie nie widzę.
Axia znalazła spokój i szczęście. Dlatego jej twierdza z niebieskiej stała się zielona. On pogrążał się w bólu. Śnił o Sidi, ale te sny nie przynosiły mu ukojenia. Widział jej twarz w mroku stajni. Za plecami miała łeb Betsy.
- Powiedziałeś, że nauczyłeś się godzić z losem - powiedziała śpiewnie. - Co to znaczy?
Opowiedział jej wtedy o tym, co stało się z jego dłońmi i stopami.
- Ale zostałeś uleczony - powiedziała lekko, jakby z niego drwiła. - Masz szczęście.
- Nie. - Potrząsnął głową i opowiedział jej o Julii i o tym, jak ją stracił.
- Masz szczęście - uparła się jednak Sidia. - Miałeś ją...
Przerwał jej i opowiedział o przepowiedni.
- Miałeś ją - kontynuowała, jakby w ogóle nie usłyszała jego słów. - To jest coś. Ja nigdy nikogo nie będę mieć. Kto mnie zechce? - Tu głos Sidi załamał się, z trudem powstrzymała łzy.
Chciał krzyknąć - ja cię zechcę! - Ale pojął, że zabrzmi to bezsensownie. Bał się, że Sidia pomyśli, że chce ją z litości, lub dlatego tylko, że jest samotny. Czy tak nie było?
Budził się zlany potem. W oczach miał łzy.

- Wiesz… - Chciał coś powiedzieć, ale wahał się. Słowa, które rodziły się w jego głowie, zadawały mu ból. - Wydaje mi się, że Sidia zginęła przeze mnie, przez tę przepowiednie, przez to, że o niej myślałem... - Tu nagle głos mu się załamał.
- Nie mów tak. Nigdy tak nie mów! Tak nie wolno ci myśleć – Dżana zaczęła tłumaczyć z pasją. - Przepowiednia mówi, że zawsze będziesz sam, a nie, że kobiety, które pokochasz umrą. Sidia zginęła, bo było jej to pisane i nie ma to nic wspólnego z tobą.
- Może. – Westchnął. - Chciałbym w to wierzyć.

Założyli kradzione konie do kradzionego dyliżansu. W takich rzeczach Mery też brał udział. Nie planował tego. Wyszło, jak wyszło. Tułając się po Dominium spotykał różnych ludzi. Pozwalał unosić się wydarzeniom. Na niczym już mu nie zależało.
Anter powoził. Kent usiadł obok niego na koźle. Mery jechał przodem na Róży. Reszta załadowała się do wnętrza. Tak przemierzali uśpiony las.
Róża zatrzymała się, strzygąc uszami. Przez jej ciało przeszedł dreszcz.
- Co się dzieje? - spytał Anter, który niewiele widział w ciemnościach.
- Drogę tarasuje przewrócony dyliżans - oznajmił Mery. - Kręcą się tam jacyś ludzie.
Informacja ta okazała się zupełnie zbędna, bo obcy szybko wtargnęli w ich życie. Przewrócony dyliżans leżał w sporej odległości od nich, ale właśnie przestrzeń między nimi, a tamtym dyliżansem szybko przemierzał mężczyzna w łachmanach. Choć może to wcale nie był mężczyzna, a jakiś przerażający stwór. Z jego czoła sterczały cztery krótkie rogi. Biegł ku nim jak oszalały z wyciągniętymi przed siebie ramionami, zamiast dłoni miał pokaźnych rozmiarów szczypce.
Róża przysiadła na zadzie.
- Zabijcie mnie! Zabijcie! Wybawcie! – krzyczał dziwny stwór i gnał na oślep.
W końcu wpadł na Różę. Klacz kwiknęła i stanęła dęba. Mery runął w dół. Kiedy zetknął się z ziemią, na moment go zamroczyło. Szybko zerwał się jednak na równe nogi i dobył miecza, bo dziwaczny człowiek zaatakował go, młócąc rękami.
Róży już nie było. Galopowała przed siebie coraz głębiej w las, uciekając od nieznanego niebezpieczeństwa. Brała udział w nie jednym starciu i nigdy dotąd się nie spłoszyła. Jednak w obcym tkwiło coś, co nie pozwoliło zachować jej zimnej krwi. Była to nieznana, zła moc, która ją przeraziła.
Mądrze zresztą zrobiła, że uciekła, bo to, co wydarzyło się na drodze, przypominało zajścia z sennego koszmaru. Mery powalił napastnika, ale zjawili się nowi. Nadeszli od strony przewróconego dyliżansu. Było ich czterech i żaden z nich nie wyglądał do końca jak człowiek. Jeden miał łysą głowę pokrytą ciemną łuską, tworzącą nad czołem pokaźny grzebień, drugi – ogromne, szpiczaste uszy porośnięte sierścią, trzeci - zamiast stóp kopyta, a czwarty - zamiast twarzy lisi pysk.
Kent napiął łuk, celując w jednego z nich i strzelił. Trudno powiedzieć jak to zrobił, ale nie trafił żadnego z czterech obcych idących na nich murem, a stojącego po jego lewej stronie, na skraju drogi, Merego. Strzała przeszyła udo złotowłosego młodzieńca. Nogi złożyły się pod nim. Upadł jęcząc.
Anter i Kent zeskoczyli z kozła, żeby zmierzyć się z obcymi. Także Eltot i Tajrant wspomogli ich, wyskakując z wnętrza dyliżansu.
Mery spróbował wstać, ale nie dał rady. Noga nie posłuchała go. Spróbował raz jeszcze.
Strachliwy Bajerus, który kiedyś uczył się na medyka, ale ze znanych tylko sobie przyczyn, porzucił naukę, przemknął skrajem drogi do Merego. Usunął strzałę z rany i założył mu prowizoryczny opatrunek. Mimo to, Mery wciąż nie był w stanie się ruszyć.
Patrzył na walczących towarzyszy. To co się działo, naprawdę wyglądało jak sen. Czuł ból, ale ból od dawna nie robił na nim wrażenia. Myślał o Róży. O tym, że powinien ją odnaleźć i że nie miał jak tego zrobić. Czuł się mały i słaby. Podejrzewał, że być może pisane mu jest pozostanie na skraju tej drogi do końca jego dni. Tych dni, zresztą, niewiele mu pozostało - tak myślał. Nie to go jednak martwiło. Jego życie nie miało sensu. W każdym razie on go nie widział. Nie widział go, zwłaszcza po tym wszystkim, co zrobił tego wieczora. Kradł i zabijał ludzi broniących swojej własności. Coś w nim krzyczało, coś wyło, chciał się zwinąć w kłębek i płakać, ale tylko siedział i patrzył.
Tajrant powalił przeciwnika o głowie pokrytej łuską i pobiegł przeszukiwać przewrócony dyliżans. Anter zabił tego o kopytach zamiast stóp i wspomógł Kenta, który nieźle już oberwał od stwora z długimi uszami. W końcu wszyscy obcy padli martwi, a rozentuzjazmowany Tajrant wrócił od przewróconego dyliżansu.
- Słuchajcie – rzucił. – Oni tam sporo kosztowności wieźli, a wszyscy zginęli.
Informacja była fascynująca, ale na razie nie mieli do niej głowy. Bajerus znowu miał rannych do opatrzenia. Kent miał poważną ranę w bok.
- Jak wyprzęgnie się konie i złoży dyszel, da się to ominąć - stwierdzić Anter, wskazując przewrócony dyliżans.
- Konie zatrzymamy - dodał Eltot.
- Ale jednego dacie mnie - rzucił Mery, na którego nikt dotąd nie zwracał uwagi.
- Niby czemu? - oburzył się Eltot.
- Oddam go - zapewnił Mery. - Ale teraz muszę poszukać Róży.
- Załadujcie go do dyliżansu, niech nie marudzi - rzucił Kent.
- Dajcie mi konia - powtórzył Mery uparcie, choć coraz jaśniej widział, że chyba będzie mu jednak pisane zostać na skraju tej przeklętej drogi.
- Jak będzie podskakiwał, to go dobiję - zaperzył się Eltot.
- Będę się bronił - oświadczył Mery, najzupełniej gotowy na śmierć.
- On będzie się bronił! - W Eltocie aż się zagotowało. - Człowiek chce dla niego dobrze, a ten będzie się bronił, knypek jeden.
- Przestańcie gadać, róbmy coś - zarządził Tajrant. - Niech ktoś idzie po te konie.
Zapomniany Mery zwiesił głowę. Czy to miało sens? Tyle przeszli, on i Róża, by tak zginąć. On się tu wykrwawi. Ją rozszarpią dzikie bestie, których ten las jest zapewne pełny.
Kiedy spostrzegł, że to Anter odprzągł jednego z koni od przewróconego dyliżansu, w jego sercu zakiełkowała nowa nadzieja. Przywołał Antera do siebie. Lubił tego spokojnego mężczyznę, chyba jako jedynego z towarzystwa, w jakim się znalazł. Darzył go zaufaniem. Czasem czuł, że Anter traktuje go z góry, ale akurat w jego przypadku mu to nie przeszkadzało. Wciąż jeszcze był bardzo młody i chociaż od paru ładnych lat samodzielnie wędrował po bezdrożach Pustkowia, czasem brakowało mu wsparcia matki, czy ojca. O dziwo właśnie ojca. Nie zdążyli nawiązać z sobą kontaktu i Mery bardzo nad tym ubolewał, tym bardziej, że zdawał sobie sprawę, że wina leżała po jego stronie. Teraz łapał się na tym, że szukał wsparcia u starszego od siebie Antera, jakby ten miał zastąpić mu Ferro.
- Daj mi tego konia - rzucił.
Anter spojrzał najpierw na złotowłosego młodzieńca, którego twarz w tym momencie była prawie zupełnie biała, potem na ciemnogniade zwierz, które wciąż strzygło uszami, nie mogąc uspokoić się po tym, co widziało.
- Młody, czy ty naprawdę wiesz, co chcesz zrobić? – spytał, marszcząc brwi.
- Muszę jechać, szukać Róży - odparł Mery słabo, powtarzając to już któryś raz z kolei.
- Nie dasz rady, młody, wykrwawisz się. - Anter spróbował wytłumaczyć mu to, czego nie udało się wcześniej wytłumaczyć innym. - Chodź, położysz się w dyliżansie. Musisz odpocząć. Zabierzemy cię stąd.
Mery zagryzł wargi. Wszystko to już słyszał. Przez chwilę się wahał. Wiedział, że w słowach Antera jest wiele sensu. Nie mógł jednak pozostawić Róży na pastwę losu, samej, w nieznanym jej lesie. Może decyzja jaką podjął, była decyzja samobójcy, ale musiał ją odnaleźć. Była jedyną żywą istotą, jaką miał na świecie i jedyną kobietą, jaka była mu pisana. Zresztą, tego dnia popełnił już zbyt wiele błędów, by mógł pozwolić sobie na jeszcze jeden.
- Daj mi tego konia - powtórzył.
- Dobrze. - Uległ w końcu Anter.
- Nie mogę się podnieść - dodał Mery lakonicznie.
Teraz zawahał się Anter. Wiedział, że wszystko zależy od niego i że jeśli Mery umrze, on także będzie za to odpowiedzialny. Spojrzał jednak na zaciętą twarz młodzieńca, w jego bladobłękitne oczy i zrozumiał, że nie może go zatrzymać. Mery wiedział, co robi. Szedł jedyną drogą, jaką mógł iść. Anter wziął więc go pod pachy i uniósł w górę jego wątłe, lekkie jak piórko ciało. Usadził go na potężnym wierzchowcu.
Nogi Merego automatycznie zacisnęły się na bokach konia. Udo przeszył ból. Pomyślał, że może Anter miał rację, ale nie mógł się cofnąć. Wykonując powolne, niezdarne ruchy, obwiązał się w pasie końcami uprzęży. Już wtedy trudno mu było utrzymać powieki w górze.
- Uważaj na siebie, młody - powiedział Anter, choć zabrzmiało to zupełnie bez sensu.
Mery skinął głową. Ścisną konia łydkami i zniknął w zaroślach, zjeżdżając z drogi.

Zobaczył ją wreszcie. Nie wiedział, czy długo to trwało, zanim ją odnalazł, czy długo przemierzał ciemny i nienaturalnie cichy las. Był potłuczony, oszołomiony i ranny. Był słaby, bardzo słaby, wciąż krwawił, źle założona przez Bajerusa opaska uciskowa obluzowała się jeszcze od jazdy konnej.
Róża stała na polanie z uniesioną głową. Strzygła uszami. W jej oczach malował się strach. Mery zbliżył się do niej stępa na swoim ciężkim wierzchowcu. Wyciągnął ku niej rękę. Wzdrygnęła się, nie pozwoliła dotknąć. Spróbował raz jeszcze i tym razem udało mu się pochwycić wodze. Nigdy jeszcze nie widział Róży tak przerażonej. Nie potrafił zrozumieć, co się z nią stało, bo i nie wiedział, kim lub czym były istoty, które jego towarzysze zabili na drodze.
Mery powoli tracił świadomość. Ostatkiem sił, wiedziony dziwacznym impulsem, przywiązał wodze Róży do szor swojego wierzchowca. Zawrócił, a raczej tylko wydawało mu się, że zawraca. Tak naprawdę nie wiedział, czy wyrusza w stronę, z której przybył.

Tym razem w świadomości Merego zjawiła się Julia, nie Sidia. Nie byli nigdzie, w żadnym istniejącym miejscu. Otaczał ich mrok i tylko twarz Julii jaśniała. Jaka ona była blada. Czy to była trupia bladość? Nie. Julia zawsze była blada. Pamiętał to. Pamiętał też, jak miękką i jedwabistą miała skórę. Pamiętał każdy kawałek jej ciała, ale najlepiej melancholijne, ciemne oczy, zawsze takie odległe.
- Pamiętasz, jak to było? - spytała.
- Co?
- Jak doszło do tego, że ze sobą zastaliśmy?
- Byłem samotny, a ty byłaś piękna i dobra - wyszeptał, w oczach miał łzy.
- Ja też byłam samotna, a ty byłeś przystojny, szlachetny i taki dzielny. Podziwiałam cię. Czy wydaje ci się, że to było złe?
- Teraz już nie wiem.
- A jak byś chciał, żeby było?
- Bez żadnych powodów dających się wyrazić słowami. Chyba tylko tak jest uczciwie...
- Czy ktoś to przeżył?
- Moi rodzice.
- Być może masz rację. Ale czy było nam źle?
- Do czego dążysz? - spytał, choć już wiedział. Łzy płynęły po jego policzkach.
- Chcę ci powiedzieć, żebyś się nie dręczył. Dałbyś Sidi szczęście. Jesteś dobry.
- Julio… - Chciał krzyknąć, ale z jego gardła wydostał się tylko szept. Oddalała się od niego, a on nie chciał jej znowu stracić. Wyciągnął ku niej rękę. Chciał pochwycić ją za nadgarstek, ale mu się to nie udało. Jego palce zwarły się na pustce. Nie poczuł niczego, zupełnie tak, jak w czasach, gdy jego dłonie były pozbawione czucia.
- Julio… - Raz jeszcze spróbował ją zawołać, ale jej już nie było. Został tylko mrok.

Powoli wjechali do wioski u podnóża gór. Prawie nie spotykali ludzi, sunąc drogą między pogrążonymi w popołudniowej drzemce domami i choć byli obserwowani, nie zdawali sobie z tego sprawy.
- To Deret. Bywałam tu kiedyś często - powiedziała Las. - Wszędzie szukałam mężczyzny z mojej przepowiedni.
Mery milczał.
- To dom najbogatszego człowieka w wiosce. - Las wskazała dwupiętrowy, murowany budynek otoczony wysokim ogrodzeniem. - On tu wszystkimi rządzi. Ludzie mówią o nim po prostu szef i jemu się to bardzo podoba.
Mery milczał nadal. Nie uważał, że te informacje były mu do czegoś potrzebne.
- A to dom lekarza. - Wskazała mały domek o zamkniętych okiennicach. - Musiał gdzieś wyjechać. To dziwny facet. Zawsze chadza własnymi drogami.
- Jak my wszyscy. - Mery marzył, żeby się jej pozbyć.
- Nieraz tu spałam. – Las zatrzymała się przed obszernym budynkiem gospody. – Teraz też się chyba tu zatrzymamy?
Mery nie zaprotestował.
Odstawili konie do stajni. Potem wynajęli dwa małe, oddzielne pokoje i zamówili posiłek. Mery wolałby spać w przegrodzie Róży, ale miał wrażenie, że Las się to nie spodoba. Gospodarz, poinformował ich, że w cenę pokoju wliczone jest śniadanie. Rozmawiając z nimi cały czas gapił się na Merego. Dziewczyna, która przyniosła im jedzenie, także nie była w stanie ukryć, że mu się przyglądała. Z rysów twarzy przypominała gospodarza, więc odgadli, że była jego córką. Na jej wargach tańczył kpiarski uśmieszek, którego nawet nie starała się ukryć.
Las nie mogła znieść tych spojrzeń.
- Wiesz o co im chodzi? - spytała ostro, nieco podnosząc głos.
Mery spojrzał na nią, jakby nie zrozumiał, o co pytała. Wiedział jednak doskonale, o co jej chodziło. Nie chciał tylko o tym myśleć. Był odmieńcem. Wiedział to aż za dobrze. Był jedyny, był dziwny. Jego ojca też nikt nigdy nie traktował poważnie, nawet on sam. Już rozumiał, czemu Ferro zawsze był taki cichy, czemu tak często milczał podczas lat spędzonych nad morzem, zamiast chełpić się jak Max.
- Oni śmieją się z ciebie! - Las sama sobie udzieliła odpowiedzi na pytanie.
- Wiem. - Mery wzruszył ramionami. - Mam ich wszystkich poćwiartować?
Las nie odpowiedziała. Parsknęła tylko gniewnie, a on przypomniał sobie, jaki był, kiedy spotkał Julię. O nie, Las nie zostałaby z nim ani chwili, gdyby wciąż chodził tak niepewnie i miał zniekształcone dłonie. Las nie zostałaby z nim ani chwili, gdyby nie cuda, jakich dokonała Axia.
Nocą czuł się bardzo samotny, nie mając przy sobie nikogo bliskiego, ani nawet swojej ogromnej klaczy. Rzadko sypiał w łóżku i nie sprawiło mu to radości.

- Mery!
Odwrócili się i stanął oko w oko z dziewczyną o kasztanowych włosach, dosiadającą pięknego, gniadego wierzchowca.
- Mery, ja jestem Las - rzuciła, a on zamrugał oczami. Nie poznał jej, bo przecież nie mógł jej poznać.
- To ja znalazłam cię w lesie. Chciałam z tobą porozmawiać, ale nie zdążyłam. Zbyt szybko wydobrzałeś i odjechałeś. - Wyrzuciła z siebie w zawrotnym tempie. - Pomyślałam, że możesz być tym, który został mi przepowiedziany.
- Ja zawsze będę sam - oświadczył zimno.
- Mylisz się. Zostało powiedziane: „i tylko las się przed nim pokłoni.”
- Skąd wiesz?
- Spotkałam pewnego mężczyznę. Pytałam wszystkich, czy nie widzieli kogoś takiego, jak ty. Tak trafiłam na niego. Nie widział cię, ale powiedział, że cię zna i że masz na imię Mery. Powiedział, co zostało ci przepowiedziane. - Powoli traciła tempo. - „I tylko las się przed nim pokłoni”. Ja jestem Las. Dostałam takie imię, bo miało mi otworzyć drogę do tego jedynego mężczyzny. Miał być piękny. Miał być szlachetny. Słyszałam o twoich dokonaniach. To ty. To musisz być ty.
Mery nie odpowiedział, był zbyt oszołomiony.

Rano markotny i milczący bez protestu zjadł cienką jajecznicę i popił ją mlekiem zaserwowanym przez parskającą śmiechem córkę gospodarza. Oboje z Las podejrzewali, że innym gościom podawano do śniadania piwo. Dziewczyna nie zdążyła przypomnieć mu jednak, że nie dba o swój honor, kiedy nagle rozległ się potworny wrzask.
Oboje z Las poderwali się z miejsc i wypadli przed gospodę.
- Nie żyje! Nie żyje! – krzyczała jakaś stara kobieta.
Ktoś złapał ją już za ramiona i próbował uspakajać.
- Zostawił list! - wyrzuciła z siebie. – Napisał, że się otruł, że nie może dłużej żyć z piętnem zbrodni, jakie ciąży nad jego rodziną, że demony zjawiły się w lasach i nie chce patrzyć na to, czego dokonają, że zostało przelane już za dużo krwi. Zwariował, biedak.
- Szef, szef idzie! - krzyknął ktoś z końca tłumu, który zdążył już zebrać się przed gospodą.
Ludzie rozstąpili się, by przepuścić trzech jeźdźców na pięknych, rosłych koniach. Dwaj z nich odziani byli w czarne szaty, trzeci w fioletowo-złote. Wszyscy nosili pod płaszczami kolczugi, a przy pasach długie miecze.
- To szef i jego przyboczna gwardia - wyszeptała Las.
Przed gospodą jeźdźcy zsiedli z koni. Wysłuchali relacji kobiety. Mery nie słyszał, co mówiła. Potem weszli do wnętrza wskazanego przez nią domu. Wieśniacy stali na drodze milcząc, niektórzy wstrzymali nawet oddech. Po chwili szef znowu ukazał się ich oczom.
- Rozejść się! - nakazał donośnym głosem. - Nie macie tu czego szukać! Niech ktoś tylko wezwie medyka, żeby zabrał ciało! Rozejdźcie się do swoich zajęć! - powtórzył i dosiadł konia.
Wieśniacy wycofali się z drogi, ale zamiast do swoich zajęć, poszli do gospody. Nagle zrobiło się tam tłoczno. Mery i Las musieli przenieść się w najdalszy kąt sali, żeby nikomu nie przeszkadzać.
- O co tu chodzi? – spytał ktoś.
- To wy nie wiecie? - zdziwiła się stara kobieta uradowana, że nagle znalazła się w centrum uwagi. Otrząsnęła się już z przerażenia, jakie ogarnęło ją, gdy zobaczyła trupa. - On był z Deretwenów. Wiem. Sprzątałam u niego, obiady też mu gotowałam. Nie radził sobie sam, żony nie miał.
Młodym nazwisko, które wymieniła, niczego nie wyjaśniło, a ktoś nawet zauważył, że zmarły nazywał się inaczej. Kobieta miała więc powód, by udzielać dalszych wyjaśnień.
- On po matce był z Deretwenów. Chyba był ich ostatnim potomkiem. Oni mieszkali w tym starym dworze w lesie, co teraz stoi w ruinie. Byli bardzo bogaci, bogatsi nawet, niż jest teraz szef. Szlachcicami w końcu byli, a on nasz jest, z ludu, choć tak się stroi i tyle ma.
- Znam ją - przypomniała sobie Las. - To największa plotkarka we wsi - powiedziała szeptem do Merego.
- Pracowało dla nich wielu ludzi, nie mieli wyboru, bo kiedyś cała ta ziemia należała do Deretwenów. Stąd i nazwa wsi - ciągnęła swoje stara kobieta. - Nie byli dobrymi pracodawcami. Chłostali swoich podwładnych za drobne przewinienia i mało płacili. Nadszedł taki dzień, że ludzie nie mogli już tego znieść. Nie patrzcie tak na mnie. To byli wasi dziadowie. Widziałam to i pamiętam, choć byłam wtedy jeszcze bardzo małą dziewczynką. Poszli na dwór z żagwiami i kosami postawionymi na sztorc. Ale Deretwenowie nie dali sobie w kasze dmuchać. To w końcu szlachcice byli, szkoleni w robieniu mieczem. Rozpędzili wieśniaków. I nawet ten jeden raz, można powiedzieć, że okazali się wyrozumiali. Ogłosili, że jeśli ci, którzy wyszli cało ze starcia, stawią się do pracy, nie zostaną wobec nich wyciągnięte żadne konsekwencje. - Mery i Las słuchali tego oszołomieni. Las nie znała tej historii, mimo, że znała tutejsze domy i drogi. Wiedziała, że stara kobieta lubi przesadzać, ale jej słowa i tak zrobiły na niej wrażenie. Mery natomiast, mimo tego, co sam robił, wciąż jeszcze nie mógł pojąć, dlaczego ludzie występowali przeciwko ludziom. - Tylko prowodyra buntu zabili batożąc go na śmierć na oczach mieszkańców naszej woski. A jego żonę i dzieci wygnali, odbierając im zagrodę. Kobieta odchodząc mamrotała przekleństwa przeciwko Deretweną, ale i swoim sąsiadom, którzy porzucili broń. Życzyła wszystkim, żeby tutejsze lasy zaroiły się od demonów i wampirów. To jeszcze nie nastąpiło, ale Deretwenom od tamtej pory przestało się wieść. Najpierw zbiednieli, a potem wymarli.
Zapadło głuche milczenie. Młodsi nie znali tej historii, starsi dawno o niej zapomnieli, ale teraz i jednych, i drugich zdjął strach.
Ani Las, ani Mery nie zdążyli przemyśleć tego, co usłyszeli, kiedy z ulicy rozległ się nagle hałas, jakby ktoś uderzał warząchwią w pokrywkę garnka i donośny męski głos zawołał:
- Nadzwyczajny zaciąg do armii! Demony w lasach!
Wieśniacy siedzący w gospodzie pobledli, ale nikt się nie poruszył.
Mery podniósł się.
- Ja idę - rzucił do Las. - Muszę zobaczyć, co się tu dzieje.
- Co, miałeś jeszcze za mało kłopotów? - warknęła dziewczyna przez zęby. Znalazła go przecież nieprzytomnego w lesie. A gdy spotkali się ponownie, znowu był ranny.
Mery zdawał się nie słyszeć jej słów. Skierował się ku wyjściu. Znowu wstępował na właściwą drogę, znowu był sobą. Po tym, jak raz jeszcze mało nie stracił Róży i życia otrząsnął się z amoku, który ogarnął go, gdy wędrował z Anterem, Tajrantem, Eltotem, Kentem i Bajerusem.
Las przez chwilę siedziała bez ruchu. Potem podniosła się i ruszyła za nim. Nie podeszła jednak do Merego, tylko zatrzymała się w drzwiach gospody i obserwowała, jak zbliżał się do stojącego na ulicy wysokiego mężczyzny w mundurze i czapce ozdobionej ogromnym piórem. Był to Martinelli, dawny wojskowy, który przeszedł w stan spoczynku, po doznaniu ciężkiego urazu głowy. Tak w każdym razie o nim mówiono. Las nie raz już go spotkała, a jeszcze częściej wysłuchiwała opowieści o jego szalonych pomysłach. Śmiała się z niego cała wioska. Nazywali go dziwakiem, a czasem nawet pomyleńcem. Teraz stał, naprawdę uderzając warząchwią w pokrywę od garnka i wykrzykiwał swoje o zaciągu i demonach. Naprawdę wyglądał jak wariat.
Mery podszedł do niego.
- Jestem - powiedział tylko.
- Kim jesteś? - spytał Martinelli, obrzucając go zdziwionym spojrzeniem.
Las nie była w stanie powstrzymać kpiącego uśmiechu, który wypłynął na jej wargi.
- Nikim szczególnym, mieszańcem, odmieńcem i jedyną osobą, która jak na razie chce walczyć z demonami - wyjaśnił Mery, choć nie miał zielonego pojęcia, w co się pakuje.
- Jeśli tak... - Martinelli zawahał się. Może według niego Mery nie wyglądał na wojaka, ale zawsze taki wojak był lepszy, niż żaden. - Trudno - westchnął.
- A wy znowu burzycie spokój?! - Ubrany na czarno człowiek wyrósł przed Martinellim jak spod ziemi. - Szef chciałby się z wami rozmówić - oznajmił.
- No dobrze - zgodził się Martinelli, na którego głowę na raz spadło chyba zbyt wiele.
- Chodźmy. - Mężczyzna w czerni skierował się w stronę rezydencji szefa, a Mertinelli i zapomniany Mery poszli za nim.
Las stała przez chwilę, patrząc na odchodzących. W myślach nazywała Merego głupcem. Był naiwny, niewiele wiedział o życiu w Dominium, a może i ożyciu w ogóle. Często obrywał. Na własne życzenie pchał się w kłopoty. Nie taki, według niej, miał być przepowiedziany jej mężczyzna. Po pierwszym zachwycie, przyszło zwątpienie i frustracja. Czy chciała żyć z kimś takim? A jednak nie mogła pozwolić, żeby tak sobie po prostu odszedł.
Nagle zerwała się biegiem. Dopadła do nich.
- Ja też chcę się zaciągnąć! - krzyknęła.
Zaskoczony Martinelli odwrócił się i wybałuszył oczy, a ona dodała przez zęby już ciszej i mówiąc tylko do Merego - jesteś stuknięty.

Szef czekał na nich na progu swojego domu. Był przystojnym mężczyzną w bliżej nieokreślonym wieku. Jego twarz porastała gęsta, ale niezbyt długa, ciemnobrązową brodą.
- Co ty wyrabiasz, Martinelli! - krzyknął od razu, nie dbając o żadne formy grzecznościowe. Jego szare oczy pozostały jednak łagodne. - Siejesz tylko panikę! A to co? - spytał spoglądając na Merego i Las.
- Zaciąg - odpowiedział Mery szybko.
- Las znam - rzucił szef, nie mówiąc do Merego, nawet na niego nie patrząc. - A ten mały, to co za jeden?
- Zaciąg - powtórzył Martinelli.
- To znaczy?
- Nie wiem, kim on jest.
- Przybył tu ze mną - wyjaśniła Las szybko.
- Aha. - To szefowi wystarczyło. - Martinelli, chodźcie no do mnie. Muszę wam coś wytłumaczyć. A ty Las, zabierz stąd swojego towarzysza i znikajcie. Zajmijcie się swoimi sprawami - powiedział i odwrócił się na pięcie, kierując się w głąb ogromnej rezydencji. Martinelli i człowiek w czerni poszli za nim. Mery i Las zostali sami.

Nadjeżdżający wóz drabiniasty otaczała grupa ludzi, którzy jeden przez drugiego krzyczeli coś o pojawieniu się wampirów. Szef potrząsnął jednym z nich, próbując wyciągnąć od niego jakieś konkretne informacje. To o dziwo podziałało i lamentujący mężczyzna na moment się uspokoił.
- Znaleźliśmy ją w lesie - wydusił wskazując na wóz. - Wampir ją ukąsił. - Na więcej opanowania nie był w stanie się zdobyć i znowu zaczął lamentować.
Na wozie rzeczywiście leżała nieprzytomna dziewczyna, o długich, jasnych włosach i pokaźnych piersiach. Szef podszedł do niej.
- Tu, w szyję ją ukąsił - wskazał któryś z ludzi.
- Pokażcie mi ją! - rzucił Mery i zaczął przepychać się przez tłum, który zdążył już szczelnie otoczyć szefa i wóz. Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Czy wydawało mu się, że może pomóc dziewczynie? To po prostu był impuls. - Ja znam się na wampirach!
Ludzie słysząc jego słowa, zrobili mu przejście. Obrzucili go pytającymi spojrzeniami, w których odbiła się odrobina ciekawości i lęku.
- W moich stronach wiele jest stworzeń podobnych do wampirów - rzucił dla wyjaśnienia, bo przecież glumy i zielone były spokrewnione z wampirami.
Szybko wdrapał się na wóz. Zbadał palcami szyję dziewczyny.
- Jej nie ugryzł żaden wampir – oznajmił. - To co ma na szyi, to na pewno nie ślady ugryzienia. Te rany zadał człowiek tak, by inni myśleli, że był to wampir.
- Skąd to wiesz, mały? - spytał szef ostro.
- Widziałem wiele prawdziwych ugryzień - odparł pewnie.
- Nie słuchajcie go! - krzyknął jeden z wieśniaków. - Szefie, popatrz tylko na niego. On sam nie jest człowiekiem. Skąd mamy wiedzieć, czy też nie jest demonem, lub, że nie kuma się z nimi?
- A dziewczynę trzeba spalić na stosie, żeby już nie mogła zmartwychwstać - dorzucił ktoś inny.
- Opanujcie się! - zawołał błagalnie Mery. - Jestem z krwi i kości, jak wy. Zabijania było w tej wiosce już dosyć.
Nagle wszyscy zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, napierając na wóz. Pewnie zwlekliby z niego i Merego, i dziewczynę, zadając im śmierć, gdyby szef ich nie uspokoił.
- Rozejdźcie się! - nakazał podniesionym głosem. - Przestańcie pleść brednie i wierzyć w te swoje zabobony. Pozwólcie mi działać. Idźcie stąd. Mnie zostawcie sprawy, o których nie macie pojęcia.
O dziwo przemowa szefa poskutkowała i wieśniacy zaczęli się rozchodzić.
- A co ze mną? - zapytał nieśmiało woźnica.
- Pójdziesz z nami - nakazał mu szef. – Ty, mały, i ty, Las, zostańcie również.
- Ja mam imię - zauważył młodzieniec o złotych włosach. - Jestem Mery. - Szef zdawał się tego w ogóle nie słyszeć.
- Chodźcie – nakazał szef. - Nie mamy czasu na pogaduszki.
Razem dotarli pod dom medyka. Woźnica drżał ze strachu, ale nie odzywał się i pozwalał sobą komenderować. Budynek zastali zamknięty na cztery spusty, z oknami osłoniętymi okiennicami.
- Nie wiedziałem, że doktor wyjechał. - Szef nie oznajmił tego faktu, po prostu głośno myślał.
- Ja też nie - przyznał Mertinelli.
- Co teraz? - spytał Mery tak, jakby ktoś w towarzystwie liczył się z tym, co mówił. Nikt się nie liczył, ale tym razem zwrócili uwagę na jego słowa.
- Wyważymy drzwi. - Szef był pewny siebie, poza tym miał prawo do podejmowania takich decyzji. To była jego wioska.
Ludzie z jego gwardii przybocznej natarli na drzwi barkami. Te zajęczały głucho, ale nie drgnęły. Cztery razy mężczyźni w czarnych strojach musieli ponowić atak na drzwi, żeby zamki ustąpiły. Weszli do środka wszyscy, oprócz przerażonego woźnicy. Jeden z mężczyzn w czerni wniósł ranną.
Dom był ciemny i cichy, a grube pokłady kurzu na meblach i drewnianej podłodze świadczyły o tym, że gospodarza od dawna tam nie było. Dlaczego nikt z mieszkańców wioski tego nie spostrzegł?
- Przysiągłbym, że widziałem go jeszcze przed paroma dniami - powiedział Martinelli. W złowrogiej ciszy domu jego głos zdusiły zasłony pajęczyn. Wnętrze nie zgadzało się, by ktoś w nim hałasował.
Mężczyzna w czerni ułożył dziewczynę na kozetce.
- Rozejrzyjcie się za jakimiś solami trzeźwiącymi i bandażami - rozkazał szef szybko. Na moment zamyślił się i dodał - jeśli jesteście ranni, weźcie czego potrzebujecie spośród lekarstw.
Rozłączyli się i ruszyli między półki grzebać wśród fiolek i puzderek.
Mery nie znalazł soli trzeźwiących, ale znalazł maść na rany. Ściągnął płaszcz i bluzę, chcąc skorzystać z nich od razu. Zdawał sobie sprawę, że wciąż jeszcze nie był w najlepszym stanie.
Las znieruchomiała. Zobaczyła jego ręce, smukłe lecz mocne. Zobaczyła brudne bandaże na jego boku i lewym ramieniu, zobaczyła ciemny siniec na prawym.
Mery nie zwrócił na nią uwagi, w ogóle nie zorientował się, że na niego patrzyła. Zdjął bandaże. Las zobaczyła wtedy jego niedogojone rany. Pojęła, że musiały być głębokie, że dla kogoś tak drobnego, mogły być śmiertelne. Nie rozumiała, jak zdołał się z tego wylizać, cały czas będąc w drodze, z dala od domu, śpiąc pod gołym niebem, a dnie spędzając na grzbiecie konia. Nie mógł być słabeuszem, za którego zaczęła go uważać. Był mały, był szczupły, ale miał w sobie siłę, której nie potrafiła pojąć, siłę, której nie mieli w sobie niektórzy duzi mężczyźni obnoszący się z bronią po świecie.
Kiedy Mery wrócił do pokoju, gdzie położono dziewczynę, podano jej już sole trzeźwiące i wróciła do przytomności. Powtarzała wciąż, że bardzo boli ją głowa.
- Powiedz nam, co ci się stało? - nakazał jej szef.
- Poszłam z kolegami do lasu tak, na spacer - zabełkotała dziewczyna, unosząc rękę do czoła, jakby w ten sposób miała nadzieję uciec od bólu. - Pokłóciliśmy się i odłączyłam się od nich. Nie wiem, co stało się potem. Chyba ktoś uderzył mnie w głowę i straciłam przytomność.
- Gdzie to było? - Szef chciał wiedzieć jak najwięcej.
- Na polanie, przy spalonym dębie.
Szef zmarszczył czoło. Chciał poskładać fakty. Wiedział jedno, spalony dąb znajdował się niedaleko ruin dworu Deretwenów.
- Znalazłem coś dziwnego. - Mery przerwał milczenie.
- Co? - Szef spojrzał na niego niezupełnie przytomnie.
- Tę księgę - oznajmił Mery i podał opasłe tomisko oprawione w skórę szefowi.
- Umiesz czytać? - To z początku zdziwiło szefa chyba bardziej, niż sama księga.
- Tak. - Dla Merego to było oczywiste.
- Co on znalazł? – spytał Martinelli.
- Traktat o tym jak połączyć człowieka i zwierzę w jedno – powiedział szef z odrazą zaglądając do księgi.
- Czy nasz medyk mógł prowadzić takie doświadczenia? - Teraz głośno myślał Martinelli. – Tylko po co miałby to robić? Gdyby chciał tylko, żeby ludzie uwierzyli w prawdziwość klątwy, nie posunąłby się chyba aż tak daleko?
- Ludzie są czasem szaleni – rzucił w powietrze szef.
- Może trzeba by pojechać do tego dębu i zobaczyć, czy tam się nic nie dzieje - zaproponował Mery.
Szef zmierzył go wzrokiem.
- Właściwie ciebie też trzeba wliczyć w poczet dziwnych rzeczy, które się nam tu przytrafiły – powiedział. - Czym tak naprawdę jesteś i skąd przychodzisz?
- On jest w porządku. - Las odpowiedziała za niego. - Jest mieszańcem starych ras. On chce tylko wrócić do domu. Nie chce mieć problemów.
- W porządku. - Szef przyjął to wyjaśnienie. - Właściwie faktycznie trzeba by tam kogoś wysłać. Swoją gwardię przyboczną wolałbym jednak zostawić w wiosce. Nie wiemy przecież, co jeszcze się zdarzy.
- My możemy pojechać - zaofiarował się Mery.
- Macie konie?
- Tak. Zostały w gospodzie.
- Dobrze. Pójdźcie więc po nie i ruszajcie. Las zna drogę. Ja będę u siebie.

Milczeli sunąc drogą ku gęstwinie drzew. Las czuła lęk, ale nie chciała się do tego przed Merym przyznać. Słyszała w swoim życiu wiele tajemniczych opowieści o polanie ze starym dębem. Żeby odpędzić od siebie strach myślała o Merym. Co gnało go w przód?
- Dlaczego mieszasz się w sprawy tej wioski? - spytała nagle.
- Bo ci ludzie potrzebują pomocy. - Odpowiedź była prosta.
- Zawsze pomagasz tym, którzy potrzebują pomocy?
- Tak. Po to się urodziłem. - Mery nie miał żadnych wątpliwości, już nie miał. Przez całe życie wiodło go przeznaczenie i tak powinno pozostać.
- Nigdy się nie boisz, że jakieś zadanie przekroczy twoje możliwości? - Las miała wątpliwości.
- Już nie – odparł. - Jeśli będę zbyt słaby, zginę. Już raz cudem wyrwałem się śmierci, walcząc z silniejszym przeciwnikiem...
- Wygrałeś?
- Tak. - Uśmiechnął się. - I uodporniłem się na ból.

Ściemniało się już, choć trudno było powiedzieć, czy z powodu wieczoru, czy nadciągającej burzy. Gdzieś daleko grzmiało. Siedzieli w salonie szefa, oni dwoje, Martinelli no i oczywiście sam szef.
- Wiecie już dużo o tym, co się tu dzieje - zaczął gospodarz. - Myślę więc, że razem możemy przedyskutować sytuację – zwrócił się do Merego i Las. - Ten mężczyzna, który popełnił samobójstwo, był potomkiem Deretwenów. Ktoś go nastraszył, a nawet nie ktoś, tylko ci dwaj, których złapaliście przy spalonym dębie. Musiały dręczyć go myśli o przekleństwie. Może komuś o tym opowiedział. W każdym razie, za sprawą sztuczek tych włóczęgów, pomyślał zapewne, że demony naprawdę są w wiosce…
- Ci dwaj, których zatrzymaliście - teraz mówił Martinelli - na przesłuchaniu przyznali się, że zostali wynajęci przez Jonsona.
- Drugiego najbogatszego człowieka w tej wiosce - wyjaśniła Meremu szeptem Las.
- Faktycznie są kuglarzami. To oni upozorowali atak wampira i na inne sposoby straszyli tamtego nieszczęśnika. Jonson ponoć chciał przejąć jego ziemię, którą zresztą faktycznie odziedziczy za sprawą koligacji rodzinnych.
- Raczej jego spadkobiercy, bo jego samego oczywiście aresztujemy i odstawimy do miasta pod sąd - sprecyzował szef. – Ludzie są tacy płytcy – dodał. Na jego twarzy malował się wyraz obrzydzenia.
- Nie wszyscy – zaprotestował Martinelli.
- Być może. Wróćmy jednak do tematu rozmowy. Sądzę, że to nie rozwiązuje całej sprawy. Kiedy was nie było – zwrócił się do Merego i Las - przywieziono do nas kobietę zamordowaną w bestialski sposób. Tego ci dwaj nie mogli zrobić. Ciało było świeże. Zostaje też sprawa tych ludzio-zwierząt, którzy zaatakowali gospodę. To nie była sztuczka magiczna. Zresztą, to chyba bestia taka jak one, dopuściła się morderstwa.
- Jest jeszcze doktor, który zniknął - dodał Mery. Kiedy kończył zdanie, olśniło go. - Może on jest w to zamieszany!
- To brzmi całkiem rozsądnie - uznał szef.
- Zostaje problem, gdzie jest doktor - zauważył Martinelli.
- Gdzie tu można się ukryć? - spytał Mery.
- Może w ruinach - wyszeptała Las i ją samą przeraził ten pomysł.
- Można by tam pojechać, sprawdzić. - Mery rwał się do drogi. Był ciekawy rozwiązania zagadki.
- To dobry pomysł - uznał szef. - Jedźcie na zwiad. My aresztujemy Jonsona.

Znowu byli w drodze. Las bała się, ale dzielnie prowadziła Merego ku ruinom. Zapadł już zmierzch. Powoli zaczynało kropić. Jasne błyskawice przecinały niebo.
Mery uśmiechał się. Wydawało mu się, że nic złego nie może się zdarzyć, nie jemu. Był z siebie dumny. Usłyszał wiele pochlebnych słów od szefa. Umiał czytać i znał się na ugryzieniach. A Martinelli uważał, że ma wspaniałego konia. Widok jego klaczy bojowej zaparł mu dech w piersiach. „Za takie zwierze można oddać życie” – powiedział Martinelli. Och tak. Mery bardzo dobrze o tym wiedział.
Deszcz lunął nagle, przygniatając ich do ziemi. W ciągu kilku sekund przemoczył ubrania do suchej nitki, przeszywając dreszczem. Piorun uderzył tuż koło nich, na moment ogłuszając. Przerażony Galopant, koń Las, wspiął się na tylne nogi. Jechali jednak dalej.
Stary zamek wyrósł przed nimi nagle, czarny jak dąb, także jak on spalony. Popękanymi, zębatymi murami wgryzał się w ciemne niebo.
Znowu uderzył piorun. Błysk oślepił ich na moment.
Zsunęli się z koni i przywiązali je do drzew. Nie rozmawiali. Nie chcieli przyznać się do swoich lęków. Pioruny cały czas biły w las. Galopant rżał dziko.
Odnaleźli wejście prowadzące do podziemi zamku. Spuścili się w dół, po wąskich, kamiennych schodach. Mery szedł pierwszy, Las za nim. Nie długo jednak mogli wędrować w dół. Drogę zagrodziły im zamknięte drzwi. Były zupełnie nowe. Mery natarł na nie ramieniem, ale nie ustąpiły. Dopiero kiedy Las wsparła go swoją siłą, zamek puścił. Huk wstrząsnął murami, nie zagłuszył go piorun.
Znaleźli się w obszernym, pełnym gruzu i rupieci pomieszczeniu, z którego można było iść dalej przez jedne z trojga drzwi. Mery podszedł do pierwszych od prawej. Nacisnął klamkę. Przez mgnienie oka wydawało mu się, że to byłoby zbyt proste, gdyby drzwi tak zwyczajnie się otworzyły. Mimo to pociągnął je do siebie. Tylko przez moment wiedział, co się stało. Potem zapadł w ciemność. Nie zdążył nawet krzyknąć.
Las była odwrócona do niego plecami. Rozglądała się stojąc wciąż przy wejściu. Nie czuła się tak pewnie, jak on. Bała się pchać w głąb starego zamczyska. Nie zobaczyła więc, co się stało. Usłyszała tylko potworny łoskot. Błyskawicznie odwróciła się na pięcie.
Nie zobaczyła Merego, jedynie stertę rupieci, które zgromadzone za drzwiami zwaliły się na niego. Podniosła rękę do ust. Zdjął ją strach. Do tej pory wiedziała, że Mery był jej pisany. Czasem ją drażnił. Nazywała go w myślach mięczakiem, szaleńcem i pyszałkiem. Czasem ją zadziwiał. Nie zdążyła jednak uświadomić sobie, że stał się jej bliski. Upadła na kolana i zaczęła rozgarniać rupiecie. Sądziła, że Mery nie żyje, ale wiedziała już, że go nie zostawi. Rozrzucała połamane kawałki mebli coraz bliższa paniki.
Wreszcie go odnalazła. Najpierw spostrzegła złote włosy, potem odsłoniła twarz, o dziwo bez zadraśnięć, zupełnie spokojną. Przez moment mu się przyglądała. Biła od niego jakaś światłość, której nie spostrzegła wcześniej. Szybko wykopała go całego. Żył, oddychał płytko, ale oddychał. Nie wiedziała, czy podoła, ale spróbowała wziąć go na ręce. Drobny jak dziecko, okazał się bardzo lekki. Przycisnęła go do piersi, przytuliła jego głowę. Nie pomyślała wtedy, że to mężczyźni powinni ratować kobiety z opresji. Wiedziała tylko, że nikt nie był dla niej jeszcze tak ważny i że chciałaby go ocalić. Pogoń za podejrzanym doktorem straciła znacznie.
Wyniosła Merego na zewnątrz. Gęsty deszcz uderzył ją w twarz, sprawił, że zmrużyła oczy, próbując coś zobaczyć. Pioruny wciąż biły. Jasne błyskawice rozświetlały niebo. Galopant cały spieniony szarpał się i stawał dęba. Nie przestawał rżeć. Róża położyła po sobie uszy, ale była spokojna.
Las przerzuciła Merego przez grzbiet jego olbrzymiej klaczy. To o dziwo też nie okazało się trudne. Potem podeszła do Galopanta, dotknęła jego chrap, uspokoiła głosem. Dosiadła go i prowadząc za sobą Różę, spokojnego stępa ruszyła z powrotem do wioski. Tajemnicze ruiny pozostały za nią, wciąż tak samo złowrogie. Nie spostrzegła już tego. Burza też już jej nie przerażała, stanowiła tylko przeszkodę w drodze powrotnej, coś, co opóźniało podróż, ale nie groziło tajemniczym niebezpieczeństwem.

Grubo po północy zastukała do drzwi domu szefa. Gwardziści wpuścili ją do środka, nie mówiąc niczego, pytając tylko wzrokiem. Szef wybiegł jej na spotkanie, nie kryjąc się przed ulewą. To ona jednak zdjęła Merego z grzbietu klaczy. Stanęła przed szefem, tuląc jego bezwładne ciało. Tragicznie wyglądali razem w przemoczonych ubraniach, z pociemniałymi od wody, lepiącymi się do twarzy włosami.
- Nie wiem, co dzieje się w zamku - oświadczyła szybko. - Wpadliśmy w pułapkę. Mery jest ranny.
- Choć - rzucił tylko szef i wprowadził Las do swojego salonu. Tam położyła Merego na eleganckiej, ozdobnej kanapie. Szef ukląkł przy nim. Odchylił powieki młodzieńca. Przez moment słuchał bicia jego serca, przykładając mu ucho do piersi. Dotknął jego rąk i nóg.
- Znasz się na leczeniu? - spytał Las.
- Nie. - Dziewczyna pokręciła głową.
- To uraz głowy, poważny uraz głowy - oznajmił smutno. - Las, on kona.
Dziewczyna nie była w stanie niczego powiedzieć, ani nawet się poruszyć. Patrzyła tylko na szefa błagalnie, jakby liczyła, że może odmienić rzeczywistość.
Mężczyzna zagryzł dolną wargę. Długo milczał. Chyba coś rozważał.
- Jest coś, co mógłbym zrobić… - powiedział w końcu. – Ale… Nazwijmy to pewną sztuką magiczną. Nie obiecuję jednak, że to go nie zabije.
- A bez tego ma jakieś szanse? – spytała cicho Las.
- Tego nigdy nie wiadomo. - Szef potrząsnął głową. – Ale… Ludzie, którzy doznali takich obrażeń najczęściej umierają.
- On nie jest człowiekiem…
- Więc możesz mieć nadzieję. – Szef wydawał się zupełnie spokojny.
- A jeśli spróbujesz tej sztuki?
- To też będzie tylko próba. Musisz jednak zostawić mnie z nim sam na sam i obiecać, że nikomu nie powiesz, co zrobiłem, niezależnie od tego, co się zdarzy.
- A co się może zdarzyć?
- Wszystko. Ludzkie ciała są słabe.
- Czy…
- Nie pytaj.
- Dlaczego…
- Wybór należy do ciebie.
Las wahała się tylko chwilę.
- Zrób to – zdecydowała. – Obiecuję, co tylko chcesz. Ja... - Tu się zacięła. - Chciałabym, żeby żył.

Nie miała pojęcia, jak długo czekała pod drzwiami salonu. Wydawało jej się, że słyszy przez ścianę nieznane jej głosy. Co się tam działo? Co szef robił z Merym? Czy podjęła słuszną decyzję?
Zapomniała o swoich lękach, gdy drzwi salonu otworzyły się.
- Już możesz wejść. Udało się – powiedział szef. Uśmiechał się przy tym lekko.
Podbiegła do kanapy. Znalazła się przy niej właśnie w chwili, gdy Mery otworzył oczy.
- Och - wyszeptała i pogładziła jego policzek.
Nie wzdrygnął się, nie odepchnął jej. To dotknięcie sprawiło mu chyba przyjemność.
- Co się stało? - zapytał słabo.
- Miałeś wypadek - rzuciła krótko. - Jak się czujesz? - Nie chciała z nimi rozmawiać, chciała wiedzieć.
- W porządku - odparł, potem się zamyślił. - Nawet nie czuje już ran.
- To... – Ugryzła się w język. – Jesteś bardzo wytrzymały – stwierdziła z uśmiechem.
Potem było jeszcze dużo słów, bardzo dużo. Las chciała zapytać o to, co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami, ale czuła, że nie powinna. Miała wrażenie, że szef czymś zaryzykował ratując Merego, może nawet własnym życiem? Rozmawiali tylko o pojmanych mężczyznach, doktorze i zamku. Szef uważał, że powinni odpocząć. Mówił że wszystkim zajmie się teraz z Martinellim. Szybko byli gotowi do drogi. Las i Mery, który podniósł się o własnych siłach i odkrył, że czuję się znacznie lepiej, niż przed wypadkiem, czekali na nich, ale nie myśleli już o sprawach wioski. Patrzyli sobie w oczy i nie pojmowali tego, co się z nimi działo.
Las chciała spotkać wielkiego wojownika o dumnej postawie. Mery szukał dziewczyny wrażliwej i potrzebującej ochrony, takiej jak Julia. Nagle jednak przestało to mieć znaczenie. Tej nocy spotkały się ich dłonie i wargi. Gdy nad ranem powrócili szef i Martinelli, oni nie widzieli już świata poza sobą, tak jakby ulegli urokowi jakiegoś czaru.
- Nie wiemy, co działa się w zamku – powiedział im Martinelli. – To co znaleźliśmy wyglądało jak rzeźnia, chlew i gabinet lekarza w jednym. Nikogo już tam jednak nie było. Jeśli to doktor tam urzędował, zdążył uciec. Miał się czego obawiać. Znaleźliśmy też kilka ciał.
- Ludzie potrafią zachowywać się jak bestie – dorzucił jeszcze szef.
Choć ich poczynania nie zakończyły się pełnym sukcesem, mogli podejrzewać, że wioska i tak jest już bezpieczna. Mogli odpocząć. Szef wysłał Merego i Las do łóżek, przepraszając, że ma już tylko jeden wolny pokój gościny, drugi zajmowała ranna dziewczyna.
- Ależ nam to wcale nie przeszkadza - oświadczył Mery, uśmiechając się płomiennie, a Las skinęła tylko głową dla potwierdzenia jego słów. Byli młodzi. Byli szaleni. Choć zdawało się to nieracjonalne, wiedzieli już, że mogą być ze sobą szczęśliwi.

19.06.2013 – Warszawa

C.D.N. Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...