Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
"Riauk"




11. Wybraniec i kobieta z Ludu Lasu


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

Drzwi gospody zostały pchnięte pewną ręką. Tak do wnętrza wchodzili najemnicy i poszukiwacze przygód. Zabrakło jednak odgłosu ciężkich kroków.
Otto z ciekawością spojrzał w stronę drzwi, choć jego ręce, od lat znające tę robotę, nie zaprzestały przecierania szklanki.
Do środka weszło trzech mężczyzn. Nosili skórzane podróżne ubrania z ćwiekami na ramionach i rękawach. Każdy z nich miał u pasa miecz. Od typowych poszukiwaczy przygód różniło ich to, że nie nosili butów. Ich stopy porastało gęste, ciemne włosie. A przy tym, choć byli szerocy w ramionach, wzrostem nie przewyższali dzieci.
Uzbrojeni Mali Ludzie – czegoś takiego karczmarz jeszcze w życiu nie widział. O nic ich jednak nie zapytał. Chcieli schronienia na jedną noc dla siebie i swoich kuców, a także napitku i strawy. Mieli czym płacić. Karczmarz wiedział, że kiedy nie trzeba, nie zadaje się pytań.

- Powinniśmy dać sobie z tym spokój – powiedział Pepo. Mali Ludzie wydawali się prawie identyczni. Można było jednak o nim powiedzieć, że był z nich najszczuplejszy i chyba najmłodszy. – Kiedy ostatni raz ktoś oferował nam pracę?
- Jeśli pominie się propozycję, żebym został kucharzem, to ze trzydzieści dni temu – powiedział Mat o szerokiej, płaskiej twarzy i łagodnym spojrzeniu.
- I co, może mielibyśmy wrócić do naszych? – spytał gniewnie Ferro. Miał silny głos, a oczy tak ciemne, że prawie nie widać mu było źrenic.
- Wiem, że po ojcu odziedziczyłeś tylko długi – powiedział Pepo spokojnie. – Ale spójrz na to tak: Mój dziadek długo już nie pociągnie. Odziedziczę fortunę. I co, myślisz, że jako bogacz nie wspomogę przyjaciela w potrzebie? W końcu przeżyło się razem to i owo. A jak porządnie weźmiesz się za gospodarkę, to szybko się odkujesz. Nawet gdyby ktoś nas zatrudnił jako, dajmy na to, ochroniarzy, nie wyciągnęlibyśmy z tej posady tyle zysku, ile można wyciągnąć z dobrze prosperującego gospodarstwa.
- Ale czy ty nie rozumiesz, że ja nie chcę wrócić? – Ferro wciąż mówił podniesionym głosem. – Jeśli będzie bardzo źle, spuszczę z tonu. Mogę pracować przy koniach, czy pomagać przy żniwach. Do takiej pracy zawsze potrzeba ludzi.
- Ale dlaczego tak się uparłeś, żeby nie wracać?
- Bo chcę być wolny. My, Mali Ludzie, mamy tendencję do zamykania się w swoich wioskach, jak w klatkach. Mówimy, że uprawiamy pola, bo to dobry interes. Ale tak naprawdę boimy się robić cokolwiek innego.
- Nie obrażaj mnie. Przecież poszedłem z tobą – oburzył się Pepo.
- Nie mówię o tobie. Mówię o całej naszej rasie – ciągnął dalej Ferro. – Nie podróżujemy, nie uczymy się niczego nowego. Ja chcę żyć inaczej, być kimś innym. I... - na chwilę zawiesił głos. – Nie zmuszam was oczywiście, żebyście poszli za mną. Wy możecie zawrócić.
- Nie zawrócimy bez ciebie – zapewnił go Mat. – Skoro nie chcesz wracać, my też nie wracamy.
- Pewnie – zgodził się Pepo, choć bez przekonania w głosie.

Kasia kuliła się między nogami konia. Liczyła, że jego grzbiet osłoni ją przed atakiem bestii i da szansę z zaskoczenia wbić jej miecz w kark.
To nic, że miecz był plastykowy, a jego zielona klinga pęknięta. Jasnogniady wierzchowiec też nie był prawdziwy, a drewniany, obciągnięty pluszem. Kasia miała jednak wrażenie, że wszystko co przeżywa, dzieje się naprawdę. A może tylko chciała je mieć. Gdy ma się osiem lat, takie niuanse są zbyt skomplikowane, by móc je rozstrzygnąć.
Kasiny koń na biegunach nosił wiele imion i odgrywał wiele ról. Był koniem kawaleryjskim. Był Tornadem Zorra, choć Tornado powinien być kary. Czasem stawał się topiącym się w bagnie Artaksa, choć filmowy Artaks był siwkiem. Nigdy nie był tylko Melonem d'Artagnana. Tę rolę dostał drewniany koń na patyku, bo naprawdę był żółty. Ostatnio koń na biegunach otrzymał imię Gryf mimo, że wspaniały wierzchowiec czarodzieja Gandalfa był ogierem o śnieżnobiałej sierści.
Oprócz konia Kasia miała jeszcze jednego towarzysza, który pomagał jej w walce z czyhającymi wszędzie bestiami. Leżał teraz koło niej. Na imię miał Rudy. Kasi wydawało się, że to najlepsze imię dla lisa. Nie był pluszakiem. Kiedyś był prawdziwym, żywym lisem. Teraz stanowił świetnie wyprawioną skórę ze szklanymi oczami i metalową szczęką umożliwiającą zapięcie jej na szyi. Kiedy Kasia poruszała tą szczęką, wyobrażała sobie, że lis mówi. Zimą mama Kasi nosiła Rudego, tak jak to nosiło się kołnierze z lisów. Czasem jednak pozwalała Kasi się nim bawić. A Rudy był kiedyś nie tylko żywy, ale i wolny. Nie był lisem hodowlanym. Gdzieś, kiedyś został ustrzelony przez myśliwych. Na jego futrze nadal pozostała niewielka plamka krwi – tajemnica jego życia i śmierci.
Teraz Rudy poruszył się, jakby wciąż był żywy. Uniósł głowę.
- Wiesz, myślę, że powinienem zaprowadzić cię do innego świata – powiedział poruszając metalową szczęką.
- Do jakiego świata? – spytała Kasia. Nie była zdziwiona. Czemu miała się dziwić, skoro słowa wypowiadane przez lisią skórę stanowiły część jej zabawy?
- Do Świata zza Morza Ognia i Krwi – wypowiedziana przez lisa nazwa też jej nie zaskoczyła. Brzmiała patetycznie, tak, jak powinna brzmieć nazwa nieistniejącego świata.
- A po co mamy się tam wybrać?
- Świat zza Morza Ognia i Krwi potrzebuje pomocy, żeby raz na zawsze uwolnić się od zła. Są trzy magiczne przedmioty, w których zostało zamknięte całe zło tego świata i które trzeba zniszczyć. Ty mogłabyś zająć się jednym z nich.
- Trzy?
- Tak. Pierścień, miecz i zbroja.
Kasia uśmiechnęła się. To brzmiało jak w książce, a nawet jeszcze lepiej, w końcu przedmioty były aż trzy.
- Ty poniesiesz pierścień, pierścień jest najważniejszy.

Tego dnia karczmarzowi było dane obejrzeć wielu dziwnych gości. Nie podobało mu się co prawda, że odziany w szarą szatę starzec o długiej, siwej brodzie, nie pytał o gościnę, ani o strawę, a tylko o Małych Ludzi. Otto wskazał mu ich jednak. Jeśli starzec nie był ślepcem, a czujne spojrzenie jego bladobłękitnych oczu wskazywało na to, że nie, sam musiałby ich bez trudu dostrzec. Dziwna kompania kończyła właśnie po trzecim piwie i rozmawiała podniesionymi głosami. To co mówili, kazało Ottonowi zrewidować poglądy, jakie miał o ich rasie. Ci trzej z rogu karczmy mimo miernego wzrostu, byli tacy sami, jak wszyscy inni mężczyźni. Nie przypominali pokojowo nastawionych do świata, tchórzliwych cwaniaków, jakich czyniono z nich w opowieściach.
O ile ich zachowanie mogło stanowić dla karczmarza zaskoczenie, o tyle starzec był po prostu zagadką. Skąd pochodziły istoty wyglądające tak jak on? Jak je nazywano? Karczmarz nie znał odpowiedzi na te pytania. Starzec był bardzo wysoki i szczupły. I choć czas naznaczył jego twarz zmarszczkami, a spojrzenie uczynił spokojnym i jakby wyrozumiale nieobecnym, nie przygiął do ziemi jego pleców, ani nie spowolnił ruchów. Najdziwniejsze ze wszystkiego były jednak jego uszy, podłużne i ostro zakończone, wyraźnie widoczne mimo spadających na plecy długich, puszczonych luźno, prawie białych włosów.

- Szukam Ferro.
Wszyscy trzej Mali Ludzie poderwali głowy i spojrzeli na starca. Wyglądali na bardzo zaskoczonych.
- To ja – powiedział w końcu jeden z nich.
Starzec zmierzył go uważnym spojrzeniem, jakby sprawdzał, czy była to prawda.
- Pozwolicie, że usiądę? Mam wam dużo do powiedzenia. – Słowa wymawiał powoli, wydawało się, że z trudem odnajduje je w pamięci.
- Proszę. – Pepo przesunął się robiąc mu miejsce.
- Nazywam się Sigurt – przedstawił się tamten, gdy usiadł. – Pochodzę ze Świata zza Morza Ognia i Krwi...
- Skąd? – wyrwało się Pepo.
- ...i jestem Człowiekiem Lasu...
- Kim? – O to spytał Mat. Nie usłyszeli jednak odpowiedzi.
- Świat zza Morza Ognia i Krwi to mały świat, którego czasy świetności dawno już minęły, świat stary, umierający. Znaleźliśmy jednak sposób, by uchronić go przed zagładą i ustrzec przed czyhającym zewsząd złem. Wykonaliśmy trzy magiczne przedmioty, pierścień, miecz i zbroję, a teraz szukamy śmiałka, który odbędzie podróż, by dopilnować ich zniszczenia.
- Co to ma wspólnego ze mną? – spytał Ferro twardo.
- Zostało przepowiedziane, że to ty będziesz tym śmiałkiem.
Pepo parsknął śmiechem, po czym zatkał sobie usta ręką, żeby się opanować.
- W porządku – głos Ferro był rzeczowy i spokojny. – Załóżmy, że zgodzę się zostać tym śmiałkiem. Twoje słowa, starcze, nie trzymają się jednak kupy. Potrzebuję od ciebie sporo wyjaśnień. Powiedz też, co będę z tego miał?
- Co będziesz miał? – To pytanie chyba zaskoczyła Sigurta. – Ocalisz nasz świat. Zostaniesz bohaterem. – Starzec zamilkł. Wziął głęboki oddech. Nad czymś myślał. – Dostaniesz też dar, który wykonaliśmy dla Wybrańca.
- Zapewne do garnka nie da się go włożyć – burknął Mat.
- Więc po kolei – zarządził Ferro. – Gdzie leży ten świat zza morza?
- Na południu.
- Na południu, poza Dominium są Nadmorskie Królestwa, żądne z nich tak się nie nazywa, dalej jest Morze Wewnętrzne i Inny Świat. Czy tam nas wysyłasz?
- Nie. Świat zza Morza Ognia i Krwi nie leży aż tak daleko.
- Nie leży więc za morzem?
- Nie z tej strony.
- Czyżby więc jedno z Nadmorskich Królestw przybrało tak szumnie brzmiącą nazwę, a my o tym nie wiemy?
- Nie.
- Ale tam niczego więcej nie ma. – Rozmowa ze starcem zdążyła już Ferro zirytować.
- Jest. Jest mój świat. Tylko trzeba znaleźć właściwą drogę przez góry. Nie martw się jednak, powiem ci, jak tam trafić. – Starzec nie czekał na reakcję Małych Ludzi, właściwie nie zrobił nawet pauzy, tylko od razu zaczął tłumaczyć. – Musisz udać się do Najdalszej Prowincji Dominium, odnaleźć Deret, wioskę u podnóża gór, przez której środek płynie rzeka. Wioską tą zarządza mężczyzna nazywany powszechnie szefem. Jeśli wyruszysz stamtąd trochę na południe, a trochę na zachód, znajdziesz właściwą drogę.
- Nie zapamiętam tego.
- Mogę powtarzać te instrukcje przez całą noc – stwierdził Sigurt. – Mamy czas.
- W porządku. – Ferro zignorował na razie tę sprawę. – Czy jednak mam rozumieć, że ten twój świat jest tam, gdzie są Nadmorskie Królestwa, a jednocześnie jest gdzie indziej?
- Dobrze to ująłeś – zgodził się starzec. – Gdybyś chciał jedno i drugie narysować na mapie, nie zdołałbyś tego zrobić.
- Jak to możliwe?
- To jest inny świat.
Ferro potarł palcami skronie.
- Idźmy dalej – powiedział. – Jak to możliwe, że zamknęliście zło w magicznych przedmiotach?
- Nie zrozumiesz tego.
- Jak te przedmioty mają zostać zniszczone?
- Trzeba je wrzucić do Morza Ognia i Krwi.
- A czy wy nie moglibyście tego zrobić?
- Nie. To byłoby zbyt proste. Zostało przepowiedziane, jak to ma się odbyć. Każdy przedmiot dostanie pod opiekę jedno dziecko ze Świata Prawdziwego. A ty zaopiekujesz się tymi dziećmi. Sprawisz, że bezpiecznie dotrą do celu waszej wędrówki.
- Gubię się – powiedział Ferro. – Po co nam jeszcze jakieś dzieci? I co to za świat, ten Świat Prawdziwy? Gdzie on leży?
- Po co nam dzieci? Może to kiedyś zrozumiesz, może nie. Dziś nie możesz tego wiedzieć. – Sigurt z niewyczerpaną cierpliwością odpowiadał na wszystkie pytania. – A Świat Prawdziwy leży za Morzem Ognia i Krwi. Nie sposób tam dotrzeć. To najważniejszy ze światów. W nim wszystkie inne biorą swój początek.
- Co to znaczy?
- To też nie wiedza dla ciebie na teraz.
- A to wasze morze? Dlaczego wrzucenie do wody ma zniszczyć magiczne przedmioty?
- Tam nie ma wody. Tam jest ogień i krew.
- To niemożliwe. – Na to Ferro nie mógł się zgodzić. – Ogień musi coś spalać. Krew musi wyciekać z czyichś żył. Nie mogą tworzyć morza.
- Ale ono tam jest.
- Dobrze. A kiedy przejdę przez góry, co mam zrobić dalej? Gdzie mam szukać tych dzieci?
- One będą czekały na ciebie.
- A jak znajdę to wasze morze?
- Jeśli będziesz cały czas podążał na południe, znajdziesz.
- Jak długa to podróż?
- W obie strony nie zajmie więcej, niż sześćdziesiąt dni.
- Zamierzasz posłuchać tego plotącego trzy po trzy starca? – włączył się do rozmowy Pepo.
- Jeszcze tego nie powiedziałem – zaprotestował Ferro. – Ale rozważam to. Czy mamy coś lepszego do roboty, niż uratować świat? – Może to był żart, a może nie.
- Nie możesz podchodzić do tego tak lekko – powiedział Mat. – Niewiele rozumiem z tego, co usłyszałem, ale być może to zadanie nie jest tak proste, jak się wydaje.
- Jeśli nie jest proste, tym lepiej. Czy nie po to opuściłem dom, żeby walczyć z potworami i rabusiami?
- Po to – zgodził się Pepo. – Ale zakładałeś, że ludzie będą ci za to płacić. Mówię ci, wróć na gospodarkę – ostrzegł przyjaciela.
Ferro zupełnie go jednak nie słuchał.
- Powiedzmy, że się zgodzę – powiedział. – Ale, wyjaśnij mi starcze, dlaczego to mam być ja.
- Nie, tego też nie możesz wiedzieć. – Sigurt pokręcił głową. – Ale masz coś w sobie, to pewne.
- Skąd w ogóle wiedzieliście o moim istnieniu?
- Wyśpiewaliśmy cię w pieśniach, tak jak wszystko, co ma się wydarzyć.
Przez chwilę milczeli.
- Jesteś gotowy przyjąć brzemię Wybrańca? – spytał w końcu Sigurt.
- Tak – powiedział Ferro.
Wtedy starzec zdjął z pleców zawinięty w szmaty długi pakunek.
- To dla ciebie – powiedział podając go Ferro nad stołem.
Mały Człowiek przyjął go i rozwinął materiał. Wewnątrz znajdował się miecz w czarnej, niezdobionej pochwie. Wydawało się, że z jego srebrzystej rękojeści biło światło, które rozjaśniło wnętrze gospody.
- Jest za długi dla mnie – powiedział Ferro.
- Sprawdź.
Ferro wstał. Niepewnie wyciągnął miecz z pochwy. Srebrzyste ostrze pokryte nieznanymi mu znakami zalśniło odbijając w sobie światło świec. Zważył miecz. Potem machnął nim nad głowami przyjaciół, co spowodowało, że Pepo się skulił.
- Dobrze leży w dłoni – przyznał w końcu.
- Ten który go wykuł, znał twoją rękę.
- Z przepowiedni?
- Tak.
Ferro schował miecz do pochwy i opadł na ławę.
- Co oznaczają znaki na klindze? – spytał.
- Jest tam wyryte twoje imię, a przed nim tekst: „Śmierć wrogom, chwała bohaterom. Niech szczęście sprzyja Wybrańcowi.”

Tak jak nakazał im starzec, wyruszyli do Najdalszej Prowincji. Na wytrwałych, dziarskich kucach przemieszczali się szybko. Pogoda, jak to zazwyczaj pod koniec lata była przepiękna. Nic ich nie zatrzymywało. I choć drogi w Dominium nie należały do najbezpieczniejszych, a lasy roiły się od dzikiej zwierzyny i bezimiennych potworów, nic nie opóźniło ich podróży.
Pepo czasami jeszcze wspominał, że zamiast uganiać się za mrzonkami, mogliby wrócić do uczciwej pracy na roli. Czuł jednak, że choć nic się jeszcze właściwie nie zdarzyło, na powrót było już za późno.
Ferro śmiał się.
- Chyba nikt jeszcze nie został bohaterem w łatwiejszy sposób.
- Niedługo skończą nam się pieniądze, to przestaniesz się tak cieszyć – sprowadzał go na ziemię Mat. On jednak też nie potrafił się długo martwić. Otaczające ich krajobrazy były piękne i oszałamiały go, każąc swoim urokiem zapomnieć o pustej sakiewce i innych smutkach. Z pomiędzy lasów i pól wyjechali na step porośnięty wysokimi, spalonymi słońcem trawami. Przemierzyli go. Odnaleźli wioskę u podnóża gór, a potem wkroczyli na wąską ścieżkę biegnącą pomiędzy skalnymi ścianami.

Kasia nie wiedziała, gdzie jest. Nie czuła jednak lęku. Nie była sama. Na ramieniu miała lisią skórę. Towarzyszyły jej także przyjaciółki: Bożena i Beata. Były tu, ale także ich nie było. Były, bo Kasia chciała je zabrać ze sobą, chciała podzielić się z nimi tym, co przeżywała. Ale także ich nie było, bo tego konkretnego dnia nie bawiły się razem z nią.
Wszystko przypominało sen, choć też diametralnie różniło się od snu. Kasia bowiem kontrolowała swoje ruchy i myśli. Wydawało jej się zresztą, że nie tylko swoje.
Na szyi miała zawieszony pierścień na złotym łańcuszku. Sama go tam zawiesiła? A może zrobili to Ludzie Lasu? Nie pamiętała. On się po prostu tam znalazł. Ukryła go w dłoni. Nie była w stanie wyczuć drzemiącej w nim mocy, ale wiedziała, że trzyma w ręce przyszłość świata.
- Gdzie jesteśmy? – spytała Bożena rozglądając się wokół.
Stały na skraju drogi u podnóża gór. Przed sobą miały porośniętą wysokimi, spalonymi przez słońce trawami przestrzeń, a za placami las pełen wiekowych drzew.
- Tu zaczyna się Świat zza Morza Ognia i Krwi – powiedziała Kasia pewnie.
- O! Mam u pasa magiczny miecz – odkryła Bożena. W ich zabawach z reguły to Kasia była przewodniczką po światach fantazji, ale Bożena zawsze szybko umiała się w nich odnaleźć.
- Tak. Trzeba go zniszczyć. Jest w nim zaklęte zło tego świata.
- A ja? – Beata przyglądała się sobie uważnie. – Ja mam magiczną zbroję?
- Tak. Ją też trzeba zniszczyć.
Mówiły „zbroja”, ale był to tylko napierśnik tak mały, że akurat pasował na ośmioletnią dziewczynkę.

Przejechali przez góry także bez żadnych problemów. Gdy zjechali na równinę z daleka spostrzegli trzy drobne postaci. Czy były to te dzieci, które miały na nich czekać? Gdy podjechali bliżej, odkryli, że były to same dziewczynki. Wtedy Ferro po raz pierwszy pomyślał, że coś jest nie tak. W niebezpieczną podróż nie powinno wysyłać się dzieci, a jeśli już, to chłopców.
Podjechali do nich. Nie wiedzieli, co powiedzieć. Więc to jedna z dziewczynek odezwała się pierwsza. Była pulchna. Miała okrągłą buzię, ogromne, niebieskie oczy i jasne, długie włosy. Z części z nich splotła po bokach twarzy cieniutkie warkoczyki. Przez ramię miała przewieszoną lisią skórę.
- Witajcie. Jestem Kasia, a ty pewnie jesteś Ferro?
Mały Człowiek był zbyt zaskoczony, żeby odpowiedzieć, więc to ona mówiła dalej.
- To moje przyjaciółki: Bożena i Beata.
Bożena była z nich najwyższa i najszczuplejsza. Włosy miała ciemne, ale oczy niebieskie. Beata także miała jasne oczy. Słomkowożółte włosy spadały jej na ramiona i czoło.
- Musimy dotrzeć nad Morze Ognia i Krwi.
- Wiem. – Ferro w końcu zdołał się odezwać. – Mam wam w tym pomóc.

Mieli tylko trzy konie, a teraz było ich sześcioro. Każdy z mężczyzn wziął jedną z dziewczynek przed siebie na siodło. Wzrostem były prawie równe Małym Ludziom, więc nie jechało się im wygodnie. Na szczęście dziewczynki same umiały dostać się na grzbiety wierzchowców. Na pytanie, czy potrafią jeździć konno, Kasia odpowiedziała - tutaj tak.
Kiedy było ich już sześcioro, a nie troje, wszystko się nagle zmieniło. Przedtem świat wokół wydawał się aż nienaturalnie cichy. Teraz słyszeli szepty i szmery. Mieli wrażenie, że cały czas są obserwowani. Czasem wśród drzew mignął jakiś cień. Czasem skulona postać przecięła drogę, by zniknąć wśród zarośli. Dziewczynki zaczęły się bać.
Ferro też się bał, nie mógł jednak dać tego po sobie poznać. Był już pewny, że zadanie, którego się podjął, nie było proste. Czemu Ludzie Lasu nie mogli zniszczyć tych swoich przedmiotów sami? Ta myśl nie dawała mu spokoju. Czemu musieli wciągać w to dzieci i jego samego? Przecież jeśli to, co usłyszał od Sigurta, było prawdą, Ludzie Lasu musieli dysponować niepojętymi dla niego mocami.
Nie miał czasu jednak długo tego roztrząsać. Z lasu wypadły na nich dziwne stwory porośnięte czarną, szczeciniastą sierścią, stanowiące jakby karykaturę wilków. Miały długie pyski pełne ostrych zębów, rozdęte baryłkowate brzuchy i długie, cienkie kończyny. Rzuciły się do nóg kuców.
Konie zakwiczały przerażone i przeszły w galop, próbując ucieczki. Niosąc jednak po dwóch jeźdźców, nie były w stanie rozwinąć dużej prędkości.
- Masz! – Ferro rzucił Kasi wodze. Dobył miecza, tego miecza, który dostał od Sigurta i który nosił teraz na plecach. Wtedy użył go po raz pierwszy. Srebrzysta klinga zalśniła.
Zdawało się, że atakujące stwory na moment znieruchomiały.
Potem rozległ się przeciągły skowyt. To pierwszy z nich stracił życie.

Wieczorem rozpalili ogromne ognisko na skraju drogi.
- Większość tajemniczych stworów boi się ognia – powiedział Ferro. Przyjrzał się przy tym uważnie dziewczynkom. Były blade i bardzo zmęczone, ale nie aż na tyle przerażone, jak według niego powinny być. Widziały tego dnia dużo krwi, słyszały odgłosy agonii upiornych istot. Żadna jednak nie wpadła w histerię, żadna nie płakała i nie prosiła, żeby odesłać ją do domu. Ferro nie wiedział wiele o dzieciach, był jednak przekonany, że nawet najdzielniejsze dziecko Małych Ludzi nie zachowywałoby się w ten sposób.
Chociaż, może faktycznie nie było czym aż tak bardzo się przejmować. Ze starcia ze straszydłami, jak nazwali wilkopodobne istoty, wyszli zwycięsko i tylko kuc Pepo miał niegroźną ranę na nodze.
- Czy wy wiecie, o co w tym wszystkim chodzi? – Ferro skierował swoje pytanie do dziewczynek.
- Oczywiście – powiedziała Kasia. – Musimy zniszczyć magiczne przedmioty. A kiedy to zrobimy, w Świecie zza Morza Ognia i Krwi już nigdy więcej nie będzie zła. Nie będzie też takich straszydeł.
Dziewczynka była zupełnie pewna swoich słów, Ferro wciąż jednak niewiele z nich rozumiał.
- Ale dlaczego my?
- Tak wyszło. Ty nadajesz się na bohatera.
- A my na jego świtę? – spytał Pepo podnosząc głowę z nad oprawianego królika, którego upolował dla nich na kolację. – Trochę nie podoba mi się ta rola.
Dziewczynka nie odpowiedziała.
- Co to znaczy, że się nadaję?
- Jesteś silny. Tak silny, jak nikt inny.
Mat parsknął śmiechem.
- Dlaczego to tak wygląda? - Ferro pytał dalej.
- Bo tak to powinno wyglądać w opowieściach. – Kasia wzruszyła ramionami. Jej nic nie dziwiło. Według niej wszystko odbywało się tak, jak powinno, było przecież treścią jej zabawy.
- Jaki jest ten wasz Świat Prawdziwy? – O to zapytał Mat.
- Inny – powiedziała Kasia. – Mamy wielkie miasta z szarymi blokami...
- Co to jest blok?
- Taki wielki dom, w którym mieszkają dziesiątki rodzin.
- Dlaczego tyle osób mieszka w jednym domu?
- Żeby wszyscy się zmieścili.
- Brakuje wam miejsca?
W ten sposób rozmawiali do późna.

Nocą nie wszyscy położyli się spać. Mali Ludzie mieli na zmianę czuwać, gdyby straszydłom przyszło do głowy zaatakować. Mieli też całą noc dokładać do ognia.
Pierwszą wartę wziął Mat, druga przypadła Ferro. Właśnie w momencie, gdy mieli się zmienić, z lasu runęła na nich fala czarnych, kosmatych stworzeń. Tym razem nie były jednak same. Towarzyszyły im przygarbione istoty nieco przypominające ludzi, lecz porośnięte burą sierścią.
- Pobudka! Do broni! – Donośny głos Ferro zbudził pozostałych.
W mroku nocy rozbłysło srebrzyste ostrze. Rozległ się też skowyt śmiertelnie ranionego straszydła.
- Dziewczynki do ognia! Weście w ręce polana!
Tylko Bożena miała miecz. Ale to był magiczny miecz i zapewne lepiej było się nim nie posługiwać. Ferro nie podejrzewał zresztą, żeby dziewczynki mogły mieć pojęcie o walce wręcz. Posłuchały jednak jego polecenia. Schwyciły palące się grube gałęzie i zaczęły nimi wywijać tak, jakby robiły to nie pierwszy raz w życiu.
Ferro nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Straszydła otaczały go ze wszystkich stron. Słyszał kwik koni. Nie mógł im pomóc. Nikomu nie mógł pomóc. Walczył o własne życie.
Kątem oka dostrzegł jednak poczynania swojego kuca. Karosrokaty Klusek położył po sobie uszy. Kąsał wrogów i tłukł ich kopytami. Ferro mógł być z niego dumny. Przydało się to, czego go uczył, a co nawet na twarzy Mata, jego najlepszego przyjaciela, budziło kpiący uśmiech.

W końcu nie było już przeciwników, z którymi mogliby walczyć – polegli lub czmychnęli w las. Ferro otaczały ciała maszkar. Zabił ich kilkanaście.
- Wszyscy cali?
- Tak, ale straciliśmy konie – powiedział Mat.
- I cały dobytek.
Ferro spojrzał w stronę, gdzie do niedawna stały ich kuce. Na miejscu pozostał tylko Klusek. Konik był spocony, jego boki pokrywała piana. Drżał. Dwa pozostałe wierzchowce znikły.
Ferro wytarł o trawę klingę miecza, po czym podszedł do kuca. Poklepał go po szyi.
- Byłeś dzielny – powiedział.
- Utykasz – zauważyła Bożena.
- Jedno z tych straszydeł ugryzło mnie w stopę. To nic groźnego. – Wzruszył ramionami. Schylił się i zaczął garściami zrywać wysoką suchą trawę.
- To nie straszydło, to byłem ja. – Porzucona w ferworze walki lisia skóra uniosła głowę z ziemi.
Ferro znieruchomiał na wpół pochylony.
- Co to jest? – spytał.
- Rudy – odpowiedziała Kasia. Podniosła lisią skórę. Pogłaskała ją czule i położyła sobie na ramieniu. – On nas tu przyprowadził.
- Przepraszam – dodała Rudy. – Pomyliłem cię z tamtymi.
- W porządku. – Ferro nie znalazł sensowniejszej odpowiedzi.
Dla dziewczynek wszystko było proste i oczywiste, on czuł się, jakby postradał zmysły, albo jakby śnił sen na jawie. Nie wiedział, co było gorsze.
Skręcił wiecheć trawy i szybkimi, wprawnymi ruchami zaczął rozcierać boki kuca.
- Spokojnie, mały – mówił przy tym.
Zęby straszydeł pozostawiły ślady na bokach zwierzęcia. Jego rany nie były groźne, musiały jednak boleć, bo kuc kulił się w sobie, gdy Ferro go dotykał.
- Co teraz zrobimy? – spytał Pepo.
- Po prostu pójdziemy dalej – powiedział Ferro. – Czy mamy inny wybór?
Owszem, teoretycznie wciąż mógł odwrócić się na pięcie i wrócić do podupadłego gospodarstwa, które odziedziczył po śmierci ojca. Może sąsiedzi nie przejęli jeszcze jego ziemi. Nie. Na to nie mógł liczyć. Choć pewnie, po ciągnących się w nieskończoność procesach, w końcu odzyskałby to, co mu się należało. Nie mógł jednak zapomnieć, że szalony starzec nazwał go Wybrańcem. Dla tamtego to naprawdę coś znaczyło. W końcu dał mu miecz z nieznanego Ferro stopu. To musiała być cenna broń. Była doskonale wywarzona, bardzo lekka, jak na swoją długość, a przy tym, mimo prostoty zdobień, piękna. Nie to było jednak najważniejsze. Nie mógł przecież zostawić na pastwę losu tych trzech dziewczynek.
Zgasili ognisko i ruszyli tam, dokąd prowadziła ich droga. Nie chcieli pozostawać ani chwili dłużej wśród sterty ciał straszydeł. Wszyscy szli na piechotę. Ferro prowadził w ręku obolałego kuca. Przed świtem zatrzymali się. Znowu rozpalili ogień. Dziewczynki przytulone do siebie zasnęły. Mężczyźni nie mogli spać. Nie odpoczywali długo. Rankiem znowu byli w drodze.
- Zostaje nam wędrówka na własnych nogach. Ciężkie dni przed nami – marudził Pepo.
- Może nie musimy iść daleko – próbowała pocieszyć go Bożena.
- Oj musimy. Konno podróż z miejsca, z którego wyruszyliśmy miała zająć trzydzieści dni. Jesteśmy w drodze od dwudziestu jeden, zostało więc dziewięć. Ale konno. Na piechotę to będzie przynajmniej cztery razy tyle.
- Kupimy konie. Albo wóz – powiedział Ferro pewnie. – Piesza podróż jest zbyt niebezpieczna.
- A niby skąd weźmiesz pieniądze? – Mat jak zwykle był konkretny. – Ledwo nam starczy na coś do jedzenia.
- Nie wiem skąd. – Ferro wzruszył ramionami. – Jakoś je zdobędziemy. Nigdy nie jest tak, żeby nie dało się czegoś wymyślić.

Tuż po południu dotarli do sporej wioski. Wydawało się, że szczęście się do nich uśmiechnęło. Od kiedy w zasięgu wzroku pojawiły się pierwsze ludzkie siedziby, opuściło ich wrażenie, że są obserwowani. To jednak nie było wszystko. Trafili na dzień targowy. Szybko dowiedzieli się, że oznaczało to nie tylko, że będą mogli dość tanio kupić potrzebne im produkty spożywcze. Targowi towarzyszyły różnego rodzaju gry i zabawy. Na późne popołudnie planowany był wyścig, szumnie nazywany wielkim.
- Kto chce zmierzyć się z rywalami? Kto uważa, że ma najszybszego wierzchowca? Zapraszamy! Weście udział w wyścigu! Pokażcie, co potraficie! – krzyczał potargamy bosy chłopiec. – Dla zwycięzcy dwadzieścia sztuk złota! Tylko raz w roku taka okazja! Szybko można się wzbogacić.
- No to mamy rozwiązanie naszych kłopotów – stwierdził Ferro.
- Twój koń jest ranny i zmęczony – zauważył Mat.
- Więc najwyżej nie zwyciężę. Co mi szkodzi spróbować? Trzeba próbować. Inaczej niczego się nie osiągnie.
Nikt nie protestował. Musieli uznać, że Ferro ma rację. Co innego mogli zresztą zrobić? Usiąść i płakać?

Ludzie z ogromną uwagą przyglądali się Ferro, gdy poszedł zgłosić się do wyścigu. Zresztą zerkali na nich też wcześniej. Mali mężczyźni przywykli do tego, że się im przyglądano. Ich pobratymcy rzadko otwarcie nosili broń, a jeszcze rzadziej dołączali do grup poszukiwaczy przygód. Ludzi ze Świata zza Morza Ognia i Krwi nie dziwiły chyba jednak ich stroje, ani uzbrojenie. Oni patrzyli na ich porośnięte gęstym włosiem stopy. To te stopy pokazywali sobie palcami i o nich mówili.
Czyżbyśmy byli pierwszymi Małymi Ludźmi, którzy przybyli do tego świata? – pomyślał Ferro i na moment poczuł rozpierającą go dumę. Znalazł się w miejscu, w którym nie był nikt z jego rasy.
- Nie masz szans, karzełku – powiedział ktoś. – Jeśli nie chcesz się ośmieszyć, nie ścigaj się z nami.
- Nie mówilibyście tego, gdybyście nie bali się ze mną przegrać – odpowiedział Ferro. – Bo to wy, a nie ja, będziecie mieć czego się wstydzić. Gdybym w ogóle nie miał szans, nie proponowalibyście mi, żebym się wycofał. Przynajmniej mielibyście się z kogo śmiać.
- Ma koleś gadane – powiedział ktoś z uznaniem.
- Nie wygłupiaj się knypku i znikaj stąd – zdenerwował się ktoś inny.
- Wystartuję w wyścigu. Tak postanowiłem i tak będzie. – Głos Ferro był zimny, a ciemne oczy patrzyły gniewnie. Równie gniewnie patrzył jego koń. Położył też po sobie uszy. I choć okrągły kuc o krótkich nogach wyglądał dość zabawnie, nie przypominał wyścigowego zwierzęcia, ani bojowego rumaka, mężczyźni woleli się odsunąć, czując przed nim respekt.
Ferro w myślach planował, jak wyda wygrane złoto. Widział wierzchowce swoich przeciwników. Większość z nich nie była już młoda i sporą część życia spędziła pracując w polu, a nie mierząc się w gonitwach.

Konie ruszyły, a wieśniacy zaczęli się drzeć dopingując swoich krewnych i znajomych. Dziewczynki trzymały kciuki za Ferro i śledziły wzrokiem galopującego Kluska wstrzymując oddech. Matowi znowu się wydawało, że widział jedno z tych porośniętych sierścią stworzeń, które napadły ich nocą. Majstrowało coś obok trasy, którą miały przebiegać konie. Spróbował przecisnąć się przez tłum w tamtą stronę.
Karosrokaty kuc ku zaskoczeniu wszystkich wyszedł na prowadzenie i przebierając krótkimi nogami w szaleńczym tempie powiększał przewagę.
Ferro próbował uciec rywalom tak, żeby ci nie zdążyli dojść go na finiszu. Wiedział, że choć jego wierzchowiec był mu oddany i bardzo dzielny, był też, jak słusznie zauważył Mat, zmęczony i ranny. Klusek mógł nie wytrzymać zaciętej walki na ostatnich metrach.
I faktycznie siły konia wyczerpywały się. Klusek już nie przyśpieszał. Jeszcze przez chwilę utrzymywał tempo. Potem odległość między nimi i resztą zaczęła się powolutku zmniejszać. Meta była jednak coraz bliżej. Ciągle jeszcze mieli szansę na zwycięstwo.
- Hamuj! – To był głos Mata. To co krzyczał nie miało jednak sensu. Ferro chciał zwyciężyć.
- Hamuj!
Popędził jeszcze kuca.
- Och – wyrwało się nagle z piersi Beaty.
Klusek wciąż galopował. Nie miał już jednak na grzbiecie jeźdźca. Ferro coś jakby zdmuchnęło z siodła. Runął w tył wprost pod kopyta goniących go koni. Niektóre zwierzęta próbowały skakać nad jego ciałem. Inne były zbyt rozpędzone, by zmienić już cokolwiek w swoim ruchu. Ciężkie kopyta spadły na jego ramiona i pierś. Kilka koni zachwiało się tracąc równowagę. Dwa upadły. Jeden zgubił jeźdźca. Wszystko zakłębiło się. Na prowizoryczny tor wpadli ludzie. Mat też był wśród nich. Dziewczynki stały jak skamieniałe. Pepo również nie był w stanie ruszyć się z miejsca.
Mat przypadł do Ferro. Jego przyjaciel leżał na plecach. Był nieprzytomny lub martwy. Ubranie miał podarte i uwalane ziemią. Z ust i nosa ciekła mu krew. Nikt się nim nie zainteresował. Wieśniacy spieszyli z pomocą innym poszkodowanym jeźdźcom.
Mat przykucnął przy towarzyszu. Wyjął nóż. Zbliżył ostrze do ust Ferro. Pokryło się mgiełką. Jego przyjaciel wciąż więc żył. Mat zerwał się na nogi.
- Medyka! – krzyknął. – Jemu potrzeba medyka!
- Lepiej poszukaj grabarza – powiedział mu ktoś. Ktoś inny wyjaśnił jednak, jak trafić do lekarza.
Mat z trudem dźwignął ciało Ferro z ziemi. Nieprzytomny mężczyzna przelewał mu się przez ręce. Powoli ruszył we wskazanym kierunku. Na razie nie interesowało go, co działo się z resztą. Inni podążyli za nim jak cienie. Nic nie mówili. O spienionym Klusku pamiętała tylko Beata. To ona go złapała i poprowadziła za pozostałymi.

Medyk nie chciał zająć się Ferro.
- Ten człowiek umiera – powiedział tylko rzuciwszy na niego okiem. Nie wpuścił ich nawet do wnętrza swojego domu. – A wy nie jesteście mi w stanie zapłacić. Nie mamy o czym z sobą rozmawiać – dodał i zamknął im drzwi przed nosem.
- Możecie iść do znachorki – zaproponowała stara kobieta przystając koło nich. – Zatrzymała się na wschód od wsi. Czasem leczy za darmo. Bądźcie jednak ostrożni. Ona nie jest człowiekiem i hoduje dzikie bestie.
- Dziękuję – powiedział Mat tylko i ruszył na wschód. Nie interesowało go, kim była znachorka. Mogłaby go poćwiartować, czy życzyć sobie, by jako zapłatę oddał jej swoją duszę. On chciał ratować przyjaciela.
Po drodze Mat pytał jeszcze kilku osób, jak trafić do znachorki. Usłyszał, że zmierza we właściwą stronę i że ta dziwna, niebezpieczna kobieta podróżuje ogromnym, żółtym wozem, do którego nie zaprzęga koni.
Kiedy wyszli spomiędzy zabudowań, od razu dostrzegli coś dziwnego. Za ugorem, pod lasem stał jakby dom na kołach pomalowany na jaskrawy żółty kolor. Czy ten wóz mógł być aż tak wielki? Wokół kręciły się dziwne, bardzo niskie stworzenia nieco przypominające krępych ludzi, porośnięte jednak żółtym futrem. Miały krótkie ręce i krótkie nogi. Ich głowy otaczały grzywy złożone z żółtych, czerwonych i zielonych włosów. Z pomiędzy grubych warg sterczały potężne zęby. Dziewczynki obleciał strach, ale i tym razem nie panikowały. Ukucie strachu poczuł też Pepo. Mat jednak zupełnie nie przejął się wyglądem stworów. On myślał o Ferro.
- Czy znajdę tu znachorkę? – zapytał, kiedy podszedł bliżej.

Siedzieli na ziemi koło autobusu, już wiedzieli, że ogromny żółty wóz nie potrzebujący koni tak się właśnie nazywa. Beata im powiedziała. Dodała też, że w Świecie Prawdziwym jest ich wiele. Ona jedna była w stanie coś mówić. Pepo rozsiodłał Kluska i roztarł jego boki wiechciem ukręconym z trawy. Potem zastygli w bezruchu.
Glumy przyglądały się im uważnie, ale nie podchodziły. Glumy to były te małe, porośnięte sierścią istoty. Znachorka zdążyła im to powiedzieć. Dodała też, że nie są niebezpieczne. Potem znikła w środku żółtego wozu razem z Ferro. Bardzo długo była już wewnątrz.
W końcu drzwi się otworzyły. Wszyscy zwrócili głowy w ich stronę. Znowu zobaczyli wysoką kobietą o rozpuszczonych, długich włosach w kolorze piasku. Nie potrafili odgadnąć jej wieku. Nie była piękna. Nie była też zgrabna. Owszem, wysoka i szczupła, ale budową przypominała mężczyznę. Miała szerokie, mocne ramiona. Brakowało jej tali. A jednak tkwiło w niej coś, co przyciągało wzrok i budziło zachwyt nawet teraz, gdy ich myśli zdominowała obawa o Ferro. Nosiła na sobie strój z białego płótna w ogromne, niebieskie kwiaty, który chyba można było nazwać sukienką. Był jednak znacznie prostszy i mniej ozdobny, niż stroje, które zakładały kobiety z miast. Znachorka nie miała na sobie żadnych koronek, ani falbanek. Nie nosiła ozdób i nie pudrowała twarzy. Natomiast ubiory wieśniaczek w porównaniu z tym, co miała na sobie, były znacznie skromniejsze i mniej krzykliwe, choć z reguły złożone ze znacznie większej liczby elementów.
- Niczego nie mogę obiecać – powiedziała cicho. – Uszkodzenia skóry, których doznał wasz towarzysz są bolesne, ale niegroźne. To samo mogę powiedzieć o połamanych żebrach. Uszkodzone są jednak także organy wewnętrzne. Jego przyszłość będzie zależeć od tego, jak rozległe są te uszkodzenia i jak silny jest jego organizm. Ja, ze swojej strony, zrobię wszystko, co potrafię, żeby przeżył.
- Ale my nie mamy ci czym zapłacić – wyjąkał Mat. Wcześniej nie było czasu, żeby o tym mówić. Znachorka, gdy ich zobaczyła, kazała szybko wnieść Ferro do środka, a potem prosiła, żeby zostawili ją samą.
- Nie szkodzi – odpowiedziała. – I tak nie mogłabym przyjąć od was zapłaty. Niczego nie mogę przecież zagwarantować.

Istniał tylko bólu, który trawił jego brzuch, pierś, ramiona i uda. Wewnątrz brzucha był najsilniejszy. Choć nie. Nie był tego pewny. Niczego nie był pewny, zbyt cierpiał. Nie mógł się poruszyć. Nie wiedział jednak, czy brakowało mu sił, czy powstrzymywał go strach, że ból zaatakuje z nową siłą. Jeśli to oczywiście było możliwe. Jeśli jednak było, ból mógłby go chyba zabić.
A może z jego ciałem stało się tak, że już nigdy nie będzie mógł się poruszyć? Coś takiego spotkało chłopaka z jego wioski. Spadł z kuca, a potem nigdy nie wstał już z łóżka. Umarł zresztą w kilka lat później. Chyba dlatego ojciec Ferro krzywo patrzył na to, co jego syn wyczyniał na grzbietach kuców.
- One są po to, żeby ciągnęły pług, a my po to, żebyśmy chodzili za pługiem – mówił. – Nie zostaliśmy stworzeni do miecza i siodła.
Ferro go nie słuchał. Chciał być kimś więcej. Był naiwnym głupcem. Chyba tak.
Brakowało mu sił, nawet żeby myśleć. Zapadał się w niebycie. Tak było dobrze. Mógł zapomnieć o bólu. Ten uderzał jednak z nową siłą. Jak długo był nieprzytomny? Chwilę? Wiele dni? Nie wiedział. Nie miało to zresztą znaczenia. Wszystko było stracone, co by się nie wydarzyło. Wciąż nie mógł się poruszyć. Czuł, że coś cieknie mu po twarzy. Bardzo chciał otrzeć policzek i usta. Nie mógł jednak poruszyć ręką. A może się tylko bał?
Dotykały go czyjeś ręce. Starały się robić to delikatnie, powodowały jednak, że ból ożywał z nową siłą. Ktoś coś do niego mówił cichym, spokojnym głosem – kobieta. Nie znał jej. Tego był pewny. Nie rozumiał wypowiadanych przez nią słów. Docierały do niego ze zbyt wielkiej dali.
Co się właściwie wydarzyło? Galopował. Miał wygrać wyścig. Wygrałby, gdyby coś nie zmiotło go z siodła. Czego nie zauważył? Co przegapił?
Kobieta próbowała przekręcić go na bok. Myślał, że ból odbierze mu zmysły. Tak się jednak nie stało. Wciąż słyszał jej głos.
Znowu zapadł się w ciemność. Przez jakiś czas nie istniał. Potem wraz ze świadomością wrócił ból. Nic się nie zmieniło. Dłonie kobiety znowu go dotykały. Sprawiały, że ból potęgował się, ale potem przygasał. Co ona robiła? I co mówiła? Tym razem rozumiał jej słowa.
- Jesteś silny, tak silny, jak nikt inny. Już dawno powinieneś umrzeć. A ty wciąż żyjesz, mimo, że tak niewiele mogę dla ciebie zrobić.
Otworzył oczy i spojrzał na nią. Nie była ładna, coś jednak odróżniało ją od wszystkich kobiet, jakie w życiu widział. Może nieokreślony wiek, a może nieznana mu dotąd swoboda. Jasne włosy w kolorze piasku niczym nie związane spadały jej na twarz, odsłaniając szpiczasto zakończone uszy.
Jeszcze przed chwilą przemywała mu rany na piersi. Układała na nich liście nie znanej mu rośliny. Teraz znieruchomiała. Patrzyła mu w twarz.
- Co się stało? – wycharczał. Nie wiedział, że wypowiadanie słów porusza tyle mięśni i że może sprawić taki ból. Coś lepkiego znowu ciekło mu z kącika ust.
Kobieta wyciągnęła rękę. Miękką chustką otarła mu policzek.
- Nic nie mów – poprosiła łagodnie. – Konie cię stratowały, a twój przyjaciel przyniósł cię do mnie. Mam na imię Dżana i jestem znachorką. Staram się ci pomóc, na tyle, na ile potrafię.
Otworzył usta. Chciał o coś zapytać. Zaczął się bać.
Kobieta uniosła dłoń.
- Nic nie mów – poprosiła. – To jeszcze za dużo dla ciebie.
- Ale... – Znowu coś pociekło po jego twarzy.
- Mówiłam ci. – Raz jeszcze otarła jego policzek. – Nie musisz się bać. Twoje kości, poza żebrami, są całe. Jeśli przeżyjesz, wstaniesz z łóżka, dosiądziesz konia, weźmiesz do ręki miecz. Wszystko będzie dobrze. Jeśli przeżyjesz. Ale ty przeżyjesz. Jesteś silny, tak silny, jak nikt inny.
Już raz to słyszał i wcale mu się to nie podobało. Został Wybrańcem. Miał ocalić świat. To miało być łatwe. Może było? Może faktycznie miał wyzdrowieć i ruszyć w dalszą drogę? Co jednak ze straszydłami? Czy znowu ich nie zaatakują? Czy nie zabiją jego towarzyszy, tej kobiety i jego samego? A nawet jeśli nie, czy czas w jakim wypełnią zadanie nie ma znaczenia? Może ma? Może dotrą do celu zbyt późno? Co wtedy się stanie?
- Musisz tylko być cierpliwy. – Kobieta wciąż do niego mówiła, ale chyba stracił część z jej wypowiedzi. – Nie możesz się śpieszyć. Jeśli zbyt wcześnie będziesz chciał się podnieść, możesz sam siebie zabić. Teraz uniosę cię trochę i dam ci coś do jedzenia.
Zrobiła to. Podparła mu głowę zwiniętym w rulon kocem.
- Połykaj powoli – powiedziała wsuwając mu do ust łyżkę szarawej papki.
Nie poczuł smaku. Odkrył jednak, że jedzenie też może boleć i to bardzo. Nie poskarżył się. Nie kazał jej przestać. Wiedział, że musi jeść. Wiedział, że musi przeżyć i wypełnić swoje zadanie, na tyle, na ile zdoła, wtedy, kiedy zdoła.

Podeszła do drzwi, ale nie wyszła na dwór. Zatrzymała się osłonięta przez framugę. Towarzysze Ferro wciąż siedzieli w tym samym miejscu, tuż przy autobusie.
Kiedy do nich mówiła, słuchali jej uważnie, jakby z nabożną czcią.
Mat zdobył się na to, żeby zapytać, jaka siła porusza jej pojazdem i skąd go wzięła. Wzruszyła wtedy ramionami.
- Znalazłam go. I jakoś wymyśliłam, jak nim sterować. Dlaczego jednak w ogóle się porusza, tego nie wiem.
- Do samochodów, bo autobus to rodzaj samochodu, trzeba wlewać benzynę, żeby jeździły – powiedziała Beata.
- Nie wiem. – Dżana wzruszyła ramionami. – Ja nic do niego nie wlewam.
Towarzysze Ferro odpowiadali też na jej pytania. Powiedzieli jej dokąd i po co zmierzają. To była dziwna opowieść. Choć nie, nie zaskoczyła Dżany. Wiedziała, że decyzje ludu jej matki z reguły pozostawały dla śmiertelnych niezrozumiałe. Ona też niewiele rozumiała z ich pieśni. A może nie chciała rozumieć?
Towarzysze Ferro tkwili w bezruchu. Tylko Beata nie siedziała z nimi. Pomagała glumom w gromadzeniu chrustu. Kasia i Bożena obejmowały się i popłakiwały. Na zmianę pocieszały się i zalewały łzami. Mat i Pepo byli cisi, jakby nieobecni. Przez większość czasu tak się zachowywali. Kiedy kazała im coś zrobić, robili to. Nocą kładli się spać z tyłu autobusu, w miejscu, które im wskazała. Kiedy zostawiała ich samym sobie, zawsze siadali przy tylnym kole. Przez ile dni wracali w to samo miejsce, żeby czekać? A ona nie miała dla nich dobrych wieści. Wciąż ich nie miała i chyba nie miała już mieć.
Rany na powierzchni ciała Ferro zaczynały się zasklepiać. Nie spadała mu jednak gorączka, a krew wciąż płynęła z jego ust. I nie tylko z ust. To co znajdowało się wewnątrz jego ciała, musiało być w strzępach. On jednak na przekór wszystkiemu wciąż żył. Miał w sobie siłę, z jaką nigdy się nie spotkała. Siła ta nie miała się już jednak do niczego przydać, ani jemu, ani światom. Przedłużała tylko agonię, kazała mu cierpieć. Kazała cierpieć też jej. On otworzył oczy. Był przytomny i najzupełniej świadom tego, co się z nim działo. Patrzył na nią. Oczy miał niezwykłe, tak ciemne, że prawie nie widać było mu źrenic. A przy tym najzupełniej spokojne. Czy były piwne, czy może fioletowe?
Po policzku Dżany spłynęła pojedyncza łza. Otarła ją szybko. Nerwowym ruchem założyła włosy za ucho. Dłonie jej drżały.

- Gdzie jest Beata? – spytała Bożena nagle.
- Zbierała chrust z glumami – odpowiedziała Kasia bez przekonania.
- Kiedy? – O to spytał Mat.
Przez chwilę wszyscy milczeli. Znali już odpowiedź i przeraziła ich.
- Wczoraj – wyszeptała Kasia.
- Nie spała z nami? – Mat był zaskoczony i zły.
- Nie wiem.
- Nikt nie zwrócił na to uwagi?
- Ty też mogłeś! – Pepo podniósł głos. – Ale to nie my mieliśmy się nimi opiekować!
- Tak, nie wy, tylko Ferro – zesztywnieli wszyscy słysząc głos Beaty.
Dziewczynka wyjechała z lasu na chudej klaczy o stalowoszarej sierści i zatrzymała się tuż przy nich. Wodze trzymała w prawej ręce, w lewej dzierżyła złote berło. W pewnej odległości za nią podążał korowód straszydeł i człekopodobnych stworów porośniętych burą sierścią.
- Biedny, umierający Ferro, bez którego nic już nie potraficie zrobić. Ferro nieudacznik. Ferro, Wybraniec, który zawiódł.
- Co ty mówisz!? – Kasia poderwała się z miejsca.
- Co? – Beata zaśmiała się głośno. – Prawdę. Jesteście słabi i naiwni. Ja poznałam prawdziwą siłę.
Dopiero wtedy Kasia spostrzegła, że dziewczynka nie ma już na sobie złocistego napierśnika.
- Co zrobiłaś ze zbroją?
- Zbroja już nie istnieje. – Beata znowu się zaśmiała. – Nie. Nie zniszczyłam jej. Ci, którzy mają siłę, o jakiej się wam nie śniło, przemienili ją w tę klacz. To jest Jedyna. Zostało też jeszcze trochę materiału na mą oznakę władzę – mówiąc to potrząsnęła berłem. - Ci, których podziwiam, stworzyli też Świat Dyktujący, świat, którego wcześniej nie było. Z kupy tej oto klaczy, w Świecie Dyktującym narodził się Ich Wielmożność Ciemność i objął we władanie wasz nędzny świat. Mnie uczyniono jego namiestniczką. Nie zdołacie go obalić. Ale jeszcze możecie uznać jego zwierzchnictwo. Możecie poznać prawdziwą siłę. Możecie mi się pokłonić.
- Nie tędy droga – powiedziała Kasia cicho i bez przekonania. Głos się jej łamał. – Miałyśmy ocalić ten świat, a nie przejąć nad nim władzę.
- Ocalić świat głupców i słabeuszy? Po co? Kaśka, zabawy, które wymyślasz są głupie, tak samo jak ty.
Beata obróciła konia i odjechała w las. Korowód straszydeł i dziwnych stworów podążył za nią.
Kasia upadła na kolana. Płakała. Beata zdradziła. Nie była już jej przyjaciółką, a ona nie rozumiała dlaczego.

Stali na brzegu Morza Ognia i Krwi. Płomienie wystrzelały wysoko. Bił od nich żar. Pęcherze wrzącej, buzującej krwi unosiły się w górę i pękały z hukiem. Rozsiewały wokół smród.
Dotarli do celu i faktycznie okazało się to bardzo proste. Kiedy Ferro poczuł się lepiej, a Dżana uznała, że wstrząsy już mu nie zaszkodzą, po prostu zawiozła ich nad brzeg morza swoim autobusem. Cała podróż przez porośnięte wysokimi, spalonymi słońcem trawami Pustkowie trwała zaledwie dwa dni.
Dżana nie wiedziała, jak to było możliwe, że Ferro poczuł się lepiej. Teraz, wciąż bardzo słaby i obolały, stał razem ze wszystkimi nad brzegiem morza złożonego z ognia i krwi, morza, które nie powinno istnieć, a jednak istniało. Było przerażające i bardzo groźne, ale na swój sposób piękne.
- Za nim jest Świat Prawdziwy – powiedziała Dżana.
- Jak tam dotrzemy? Jak wrócimy do domu? – spytała Bożena, je głos był pełen lęku.
- Nie tędy – powiedział Rudy. – Nie martw się tym teraz. Są różne drogi.
- Wiesz wszystko? – spytała Kasia, choć to ona wkładała słowa w jego pysk.
- Zmarli sporo wiedzą – odpowiedział Rudy enigmatycznie. – Ale teraz wrzućcie w końcu pierścień i miecz w płomienie.
Kasia zdjęła z szyi łańcuszek. Ukryła jednak tylko pierścień w dłoni.
- Czy to jeszcze ma sens?
- Ma – zapewnił Rudy. – Owszem, za sprawą Beaty narodził się Ich Wielmożność Ciemność. Ale to nie prawda, że nie sposób go obalić. Jest to tylko bardzo trudne i niebezpieczne. Dopiero gdyby posiadł pierścień i miecz, stałby się tak silny, że nic nie mogłoby mu już zagrozić.
Kasia zamachnęła się i rzuciła pierścień daleko w płomienie. Chwilę później Bożena odpasała miecz i także rzuciła go w ogień. Ich zadanie zostało wypełnione.
- Co dalej? – spytała Kasia.
- Dalej? – zdziwił się Rudy. – Wrócicie do domu.
- A więc to już wszystko?
- Tak.
- A co ze mną? – spytał Ferro.
- Twoje zadanie też jest już skończone.
- Jak to skończone? – zaprotestował. – Mieliśmy sprawić, żeby zło znikło z tego świata. Tymczasem, kiedy tu jechaliśmy, widzieliśmy płonące wsie atakowane przez straszydła. Ty też musiałeś je widzieć. Chcesz mi powiedzieć, że gdy te przedmioty zostały wrzucone w płomienie, straszydła nagle znikły? Czy może teraz, mam o tym zapomnieć?
- Jeśli chcesz, możesz zapomnieć – zgodził się Rudy. – Gdyby została zniszczona także zbroja, straszydła faktycznie by znikły. Tak się jednak nie stało. Ale ty zrobiłeś tyle, ile zdołałeś. Nie ciąży już na tobie żadna odpowiedzialność.
Ferro zagryzł wargi. Nie odpowiedział. Wydawało mu się, że w ustach nadal czuje smak krwi.
- A co z Beatą? – przypomniała sobie Kasia. – Mamy ją tu zostawić?
- Tak. Nie dacie rady jej odnaleźć, ani stąd zabrać – stwierdził Rudy. – Beatę spotkało najgorsze, co może spotkać tu istotę ze Świata Prawdziwego. Siły zła opętały jej umysł.
- To znaczy, że niczego nie da się już dla niej zrobić? – spytała Kasia.
- To znaczy, że wy już nie zdołacie tego zrobić.
- Ale dla Beaty jest jeszcze nadzieja?
- Tak – powiedział Rudy. – Istnieją moce, które mogą jej pomóc. Niektórzy ludzie ze Świata Prawdziwego mają zresztą w sobie tyle siły, żeby bez niczyjej pomocy otrząsnąć się z szaleństwa.
- Wiesz dlaczego ją to spotkało? – spytał Mat. Miał wyrzuty sumienia, że nie poświęcił dziewczynce wystarczającej uwagi.
- Nie. Nikt nie wie, jak to działa, ale niektórzy ludzie ze Świata Prawdziwego noszą w sobie szaleństwo i drobnostka może sprawić, żeby zaczęło kiełkować.
- Jesteśmy więc winni temu, co się stało – zawyrokował Mat.
- Może tak, może nie – powiedział Rudy. – Powód tego, co się stało, może, choć nie musi, leżeć poza tym światem.
- A nie uważasz, że powinnyśmy zostać i choć trochę pomóc ludziom stąd? – spytała Kasia, mimo że nie miała pojęcia, jak miałaby to uczynić. Czy mogła bronić wiosek pustoszonych przez dziwne stwory z mieczem w dłoni? Czy by potrafiła? Nie wiedziała, ale chciała tego.
- Nie – zaprzeczył Rudy. – Ty i Bożena nie możecie tu teraz zostać.
- Dlaczego?
- Istoty ze Świata Prawdziwego nie mogą zostawać tu zbyt długo, bo prędzej czy później ogarnie je szaleństwo. – Rudy spostrzegł, że miny obu dziewczynek zaczęły się wyciągać. – Możecie tu jednak wracać. – Dodał. – Możecie wracać przez długie lata.

Rudy przyprowadził dziewczynki do Świata zza Morza Ognia i Krwi, on też wskazał im drogę powrotną. Wrócić było łatwo, bardzo łatwo. Wystarczyło chcieć i iść przed siebie. Tak trafiało się na Rozdroże. Jego lewe odgałęzienie prowadziło do Świata Prawdziwego, a prawe z powrotem do Świata zza Morza Ognia i Krwi. Droga ta otwierała się jednak tylko przed mieszkańcami Świata Prawdziwego.
Zanim dziewczynki wyruszyły, Rudy poprosił:
- Czy mógłbym z wami nie wracać?
Kasia spojrzała na niego z żalem. Chciała powiedzieć, że będzie jej go brakowało, ale Rudy dodał:
- Tam będę po prostu martwym lisem. Tu, w pewien sposób, mogę żyć dalej.
- W porządku – powiedziała Kasia. – Kto jednak będzie się tobą opiekował?
Rudy nie musiał jeść. Nie był jednak w stanie samodzielnie się poruszać. Mógł tylko unosić głowę i przekręcać ją na boki.
- Ja mogę się nim zająć – zaoferowała się Dżana.
- A więc zostań – zgodziła się Kasia. Przytuliła policzek do jego sierści. – Żegnaj – wyszeptała, po czym podała skórę Dżanie. Kobieta z Ludu Lasu położyła ją sobie na ramieniu.
- Dziękuję – powiedziała Kasia do Dżany. – Za Rudego i za wszystko.
Potem obie dziewczynki pożegnały się z Małymi Ludźmi. Wszyscy byli cisi i smutni.
- Wrócimy – obiecały i ruszyły przed siebie. I choć na Pustkowiu Świata zza Morza Ognia i Krwi nie było dróg, przed nimi pojawiła się piaszczysta droga rozdzielająca się na dwie odnogi.
Postąpiły po niej kilka kroków. Zatrzymały się. Obejrzały. Uniosły ręce w geście pożegnania. Dżana także uniosła rękę. Dziewczynki nie doczekały się jednak, żeby pomachał im również Ferro. Ruszyły przed siebie. Skręciły w lewo. Jeszcze przez chwilę były w Świecie zza Morza Ognia i Krwi, a potem znikły z oczu Dżanie i Małym Ludziom, a wraz z nimi także piaszczysta droga. Pozostały tylko wysokie, spalone słońcem trawy Pustkowia.
Dziewczynki znalazły się z powrotem w swoich pokojach w Świecie Prawdziwym, w mieście Warszawa. Miały za sobą dziwną, smutną zabawę. Nie rozumiały dobrze, co je spotkało i czego częścią się stały. Ku swojemu zaskoczeniu Kasia znowu trzymała w rękach lisią skórę. Rudy był z nią, ale i go nie było. Pozostała jej skóra martwego lisa. Jego dusza stała się jednak częścią Świata zza Moza Ognia i Krwi.
- Kim one tak naprawdę były? – spytał Pepo. Chyba nie liczył, że ktoś udzieli mu odpowiedzi. Po prostu głośno wypowiadał trapiące go wątpliwości.
- Nikim szczególnym – powiedział jednak Rudy. – To po prostu dziewczynki lubiące niesamowite historie. Ale jedna z nich będzie kiedyś Opowiadaczką.
- Kim? – zdziwił się Mat.
- Opowiadaczką – powtórzył Rudy. – Opowiadacze to potężne istoty, które stwarzają światy, powołują nas do życia i sprawiają, że nie rozpływamy się w niebycie. Ten świat jest dziełem Kasi.
- Czego innego zawsze mnie uczono – zauważył Pepo. – U nas mówi się, że świat stworzyli bogowie. Choć to prawda, że my wierzymy w innych bogów, niż duzi ludzie. – Nikt nie zwrócił uwagi na jego słowa.
- Czyli wszystko, co nas spotkało, stało się za ich sprawą? To one to wymyśliły? – pytał dalej Mat. – Wszystko, co robiliśmy, było z góry skazane na klęskę?
- To nie jest takie proste. – Rudy pokręcił głową. – To nigdy nie jest takie proste i oczywiste. Mamy wolną wolę, wpływamy na swój los. Poza tym, ona jest jeszcze bardzo młoda. Nie rozumie swojej mocy i nie panuje nad nią. To przyjdzie z czasem.

Ferro stał na brzegu Morza Ognia i Krwi. Patrzył w płomienie. Czuł na policzkach bijący od nich żar. Nozdrza wypełnił mu zapach krwi. W sumie, dało się z czasem do niego przyzwyczaić.
Wciąż nie czuł się najlepiej. Oddychanie sprawiało mu ból. Jedzenie zresztą też. Zrobienie kilku kroków męczyło go i powodowało, że czoło i plecy zlewał pot. Nie było jednak na tyle źle, żeby musiał zostawać z Dżaną nad tym obcym morzem, które nie powinno istnieć.
Dosiadając konia mógł wyruszyć w drogę. Oczywiście musiałby jechać stępa. Kłus sprawiał, że miał wrażenie, że jego obolałe ciało rozpadnie się na części. Dokąd miał jednak wyruszyć? Co powinien zrobić? Wciąż mógł wrócić do domu. Tam nikt nie musiał wiedzieć, że był Wybrańcem, który zawiódł. Z ciałem naznaczonym bliznami mógł wieść życie otoczony sławą niewyobrażalnie wytrzymałego dziwaka, tego, który przeżył coś, co nie było do przeżycia. To nie było jednak dla niego. W rodzinnej wsi nie umiałby nigdy uwolnić się od goryczy klęski. Jeśli w ogóle mógł się od niej uwolnić. Był tym, który miał uczynić ten dziwny świat lepszym. I to wcale nie było trudne. Żeby chociaż przegrał w walce z silniejszym, ale on po prostu spadł z konia. Przegrał wyścig i życie, przez jakąś głupią linę, której nie zauważył, linę rozciągniętą przez porośnięte sierścią stwory. Czy polowały właśnie na niego? Skąd wiedziały, że wyjdzie na prowadzenie? Mat dostrzegł, co się dzieje. Nie zdążył dobiec do stwora i przeciąć liny, ale krzyczał do niego, żeby hamował. Czemu go nie posłuchał? Czemu?
Przed oczami stawały mu obrazy płonących wiosek i prostych chłopów mordowanych przez porośnięte sierścią stwory. Napatrzyli się na te obrazy pędząc przez Pustkowie autobusem Dżany. Wtedy nie mogli się zatrzymać i czegoś z tym zrobić. Teraz był na to czas. Ferro czuł się tak, jakby ponosił winę, za śmierć każdego zabitego przez te stwory człowieka. Gdyby udało im się zniszczyć wszystkie trzy magiczne przedmioty, w tym świecie nie byłoby już więcej zła i nikt by nie zginął. Myśl, że winę za obecny stan rzeczy ponosi Beata, ani na moment nie zagościła w jego głowie. On to widział inaczej. Gdyby nie był ranny, dziewczynka nie miałaby powodu, żeby zwątpić w ich sprawę. Gdyby nie on, wszystko skończyłoby się dobrze.
- O czym myślisz Ferro? – spytała Dżana.
Nie zauważył, kiedy do niego podeszła. Zadarł głowę i spojrzał jej w twarz.
- Zastanawiam się, co powinien teraz zrobić.
- Gryzie cię to, co się stało?
- Tak.
- Nie powinno.
- Powinno. – Odwrócił wzrok, znowu patrzył na to, co z jakichś przyczyn nazwano morzem. Ogień wydawał się nie mieć końca, chyba tylko to łączyło go z bezmiarem wód. – Nazwano mnie Wybrańcem. Miałem dopilnować, żeby całe zło tego świata zostało zniszczone. A stało się to, co się stało. Może dlatego, że wszystko traktowałem zbyt mało poważnie?
- Powiedziano ci, że jesteś Wybrańcem. – Głos Dżany brzmiał lekko.
- Ponoć zostało to przepowiedziane.
- Ale ty nawet nie słyszałeś tej przepowiedni.
- Według niej wykuto miecz, który idealnie pasuje do mojej ręki. To mi wystarczy.
- Przepowiednie Ludzi Lasu nie są jednak dosłowne. Czasem nie spełniają się wprost, a czasem chyba nie spełniają się wcale. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem i mieszkałam jeszcze w nadrzewnym mieście mojego ludu, śpiewaliśmy pieśń, która zaczynała się od słów „Tylko jeden może świat ocalić”. Mówiono, że to także przepowiednia. Nie pamiętam już jej całej. Pamiętam jednak, że ten jeden miał się urodzić z martwego ciała, przejść przez lód i ogień, być bardzo samotnym i przyjaźnić się tylko z krwiożerczymi bestiami. To raczej nie ty.
- Nie.
- Widzisz. Tym czasem, jak mi się zdaje, ten jeden jeszcze nie przyszedł i nie ocalił świata. Może przyjdzie teraz i zrobi coś z tym całym bałaganem. A może nie przyjdzie nigdy. Tak to jest z przepowiedniami.
- Ja jednak myślę, że powinienem wziąć na siebie odpowiedzialność za to, co się wydarzyło i wspomóc mieszkańców tego świata na tyle, na ile zdołam.
- Ferro... – Podeszła do niego. Ukucnęła, położyła mu dłoń na ramieniu.
Spojrzał na nią. Wyczuł, że się o niego bała. Tak, ta kobieta też stanowiła powód, przez który jeszcze nie opuścił brzegu Morza Ognia i Krwi. Nie była piękna, a jednak go fascynowała, inna niż wszystkie kobiety, jakie w życiu spotkał. Pamiętał, jak na niego patrzyła, gdy leżał bliski śmierci na podłodze autobusu. W jej spojrzeniu było tyle emocji, troska, współczucie, ale i podziw. Tak mu się wydawało. Pamiętał też, jak go dotykała. Jej dłonie były delikatne, a jednak silne, o długich, szczupłych palcach. Nie mógł być z nią. To byłoby szaleństwo. Byli innych ras. Zresztą, teraz on nie mógł już myśleć o osobistym szczęściu. A jednak trudno mu było się z nią rozstać. Chciał być, jeśli nie z nią, to w jej pobliżu.
- To, na co się porywasz, jest naprawdę wielkie – powiedziała. – A ty jesteś jeden...
- Mam nadzieję, że Mat i Pepo mi pomogą.
- Ja też ci pomogę – zapewniła. – Na tyle, na ile zdołam. Ale nie o to mi chodziło. Chciałam ci tylko powiedzieć, że naprawdę nie musisz. Rudy twierdzi, że twoje zadanie jest skończone. Jeśli chcesz coś zrobić dla tego świata, to dobrze, ale nie musisz się tym zadręczać.
- Może. – Nie potrafił myśleć jasno. Twarz Dżany znajdowała się zbyt blisko jego twarzy. Chciał ją pocałować i naprawdę o wszystkim zapomnieć. – Wydaje mi się, że teraz jest jeszcze za wcześnie, żebym mógł przestać czuć się winnym.
Nagle coś odepchnęło go od Dżany. To była kula żółto-czerwonej sierści. Z trudem utrzymał się na nogach. Poczuł ból w prawym ramieniu. Lewą ręką wyszarpnął z pochwy miecz i chlasnął nim na odlew. Chyba trafił w coś twardego, bo usłyszał szczęk klingi. Glum puścił jego ramię. Poderwał dłonie do ust. Spomiędzy jego palców pociekła krew. Stracił jeden z potężnych przednich zębów.
- Jak mogłeś! – krzyknęła Dżana.
- On cię nam zabierze – wybełkotał stwór.
- Nie ma takiej możliwości! – Dżana wciąż mówiła podniesionym głosem. – Za chwilę chcę widzieć was wszystkich przy autobusie! – zarządziła. – Mam coś bardzo ważnego do powiedzenia. – Potem spojrzała na Ferro. Złapała go za przegub lewej ręki. – Choć. Szybko. – Pociągnęła go zza sobą.
Poszedł za nią bez słowa. Czuł mrowienie rozchodzące się od rany po ramieniu. Jego ręka robiła się ciężka i obca. Dżana powiedziała im kiedyś, że przednie zęby glumów służą do wpuszczania w ciało ofiary powodującego paraliżu jadu. Jeszcze niedawno wydawało mu się, że gorzej być już nie może. Ale mogło. Mógł stracić władzę w prawej ręce. Mógł już nigdy nie unieść miecza. Dżana wprowadziła go do wnętrza autobusu. Wyciągnęła skądś naczynie z przejrzystym płynem. Wrzuciła do niego małą, białą grudkę nieznanej Ferro substancji. Mały Człowiek obserwował poczynania znachorki bez słowa. Płyn zaczął buzować. Dżana poczekała aż przestanie.
- Udało mi się stworzyć antidotum na truciznę glumów – powiedziała.
Ferro wciąż milczał.
Dżana wyciągnęła jakiś przedmiot, którego nazwy nie znał. Napełniła go przejrzystym płynem, po czym uniosła w górę. Przedmiot był zakończony długą igłą. Na jej końcu zawisła przejrzysta kropla.
- Zrobię ci zastrzyk. – Podeszła do Ferro. Wbiła mu igłę w ramię i wpompowała w jego ciało bezbarwny płyn. Prawie tego nie poczuł.
Przez chwilę trwali w bezruchu. Ferro zdawało się, że życie znów wstępuje w jego ramie. A może tylko miał nadzieję, że tak się dzieje.
- Zwiń dłoń w pięść – poprosiła Dżana.
Zrobił to, choć z trudem. Palce go posłuchały. Na twarzy Dżany zatańczył uśmiech.
- A teraz podnieś rękę do góry.
Spróbował. Uniósł dłoń na wysokość piersi. Wyżej nie mógł. Zebrał się w sobie. Jego palce zadygotały. Ramie jednak nie uniosło się wyżej. Ręka bezsilnie opadła w dół.
- Ferro... – Dżana nie wiedziała, co powiedzieć i co zrobić. – Nie wiem, dlaczego tak się stało. Choć tak, czasem antidotum nie działa od razu. No i zawsze trzeba podać następną porcję. Może jutro będzie lepiej. Właściwie jeszcze nigdy nie spotkałam się z czymś takim. – Bezładnie wyrzucała z siebie słowa. – Może twój organizm tak zareagował, bo jesteś jeszcze ciągle bardzo osłabiony.
- W porządku – wydusił Ferro tylko.
- Wybacz mi – poprosiła Dżana.
- To nie twoja wina.
- To, co dziś się stało, nigdy nie powinno mieć miejsca. To było okrutne, niecywilizowane i głupie! – powiedziała tego dnia Dżana do glumów. – Nie wolno wam gryźć ludzi. Nie wolno wam też we mnie wątpić. Obiecałam, że będę was uczyć i chronić. I tak będzie, niezależnie od tego, jakie jeszcze obowiązki na siebie wezmę.

Kasia siedziała w klasie w ostatniej ławce w rzędzie pod oknem. Obok siebie miała Bożenę. Przed nimi siedziały Beata i Iwona. To było dziwne. Iwona czasem się z nimi bawiła. Beata jednak nie odzywała się ani słowem. Kasia zupełnie tego nie rozumiała. Czy Beacie nie podobało się coś w niej, czy w wymyślanych przez nią zabawach? A może przyczyna leżała zupełnie gdzie indziej? Jakby nie było, to bolało. Przez dwa lata były przyjaciółkami. Dwa lata to bardzo długo, gdy ma się ich tylko dziewięć.
Cała klasa śpiewała chórem jakąś piosenkę. Kasia nie wiedziała jaką. Otwierała i zamykała usta udając, że także śpiewa. Myślami była w innym świecie. Bożena doskonale o tym wiedziała. Przed jej przyjaciółką nie leżała książka do muzyki, a brudnopis ze stronnicami pokrytymi rysunkami fantastycznych zwierząt.

Dżana otoczona przez straszydła broniła się ostatkiem sił. Kiedy dobyła długiego miecza o srebrzystej klindze i pozłacanej rękojeści z oprawionym w niej ogromnym rubinem, napastnicy cofnęli się i na chwilę zamarli. Miecz Dżany rzucał krwawe blaski, które budziły we wrogach strach. Kobiecie jednak tylko na moment udało się zyskać przewagę. Potem zalało ją morze straszydeł.
Nie była już tą Dżaną, do której kiedyś Mat przyniósł ciężko rannego Ferro. Od dawna nie nosiła sukienek, a skórzany strój bardziej odpowiedni dla mężczyzny, wojownika i jeźdźca. Nikt już nie nazywał jej znachorką. Teraz była wojowniczką, a ludzie mówili o niej „ostatnia z Ludu Lasu”. Była ostatnia. Jej pobratymcy wyśpiewali przepowiednie, które pozostały jeszcze do wyśpiewania i odeszli drogą ku prawdziwemu morzu.
Jej starszy brat Paul przybył by jej o tym powiedzieć. Zdziwiło ją to, bo nigdy nie byli sobie bliscy. Paul był czystej krwi. Mieli innych ojców. A jednak zaproponował jej, żeby odeszła z innymi. Większość Ludzi Lasu była już bardzo stara. Oglądali jak ich świat się zmieniał, ale sami się nie zmieniali. Próbowali powstrzymać zmiany. Próbowali uczynić swój świat krainą szczęśliwości. Nie udało się. Wybraniec zawiódł. Zabrakło im sił, żeby raz jeszcze podjąć walkę ze złem.
- Ja zostanę – powiedziała Dżana. Była młoda. Wieczne życie nie zdążyło jej zmęczyć. – Obiecałam chronić glumy. Obiecałam też pomóc Ferro. – Dżana wierzyła w swoje słowa, choć nie rozumiała ich znaczenia.
- W czym chcesz pomóc Wybrańcowi, który zawiódł? Jego zadanie jest już zakończone. – Paul zadał pytanie, ale nie czekał na odpowiedź. Mimo to Dżana mu jej udzieliła.
- On chce pomóc mieszkańcom naszego świata.
- To za duże zadanie dla niego i dla ciebie także. Niewiele umiesz. Nie jesteś nawet czystej rasy.
Mimo tego, co usłyszała, a może właśnie przez to, Dżana nie odeszła z innymi. Nie długo już jednak zajmowała się glumami. Ten, który powiedział, że Ferro ją im zabierze, miał rację, choć stało się to w inny sposób, niż sądził. Myśli o walce za ludzi ze Świata zza Morza Ognia i Krwi zbyt zaprzątnęły umysł Dżany. Niewiele myślała o glumach. Coraz częściej zostawiała je same. W końcu usłyszała od nich, żeby już nie wracała. A że poparły swoje słowa wyszczerzonymi zębami, musiała ich posłuchać.
Straszydła wciąż napierały. Matowi i Pepo brakowało sił, a jednak wciąż dzielnie się bronili. Nie potrafili powiedzieć, kiedy po raz ostatni dzień minął im bez krwawej potyczki. Świat zza Morza Ognia i Krwi pogrążył się w chaosie. Zastępy straszydeł i porośniętych sierścią stworów wydawały się nie mieć końca. Coraz częściej stwory te nosiły broń. Ramię w ramię z nimi zaczynali walczy też ubrani na czarno szaleni ludzie. Z dnia na dzień było coraz gorzej.
Szczęknęła stal. Z lewej dłoni Ferro wypadł miecz. Czy wypadłby także, gdyby dzierżył go prawą ręką? Nie było się nad czym zastanawiać. Jego prawe ramie pozostało niesprawne. Nie mógł podnieść ręki w górę. Nie mógł też utrzymać w palcach niczego ciężkiego. Ciągle jednak był szybki. Zrobił krok w tył. Odrzucił płaszcz. Dobył ukrytego na plecach miecza, który bardzo dawno temu, w innym życiu, przed niespełna rokiem, dostał od Sigurta. Srebrzysta klinga zalśniła. Wrogowie na chwilę krótszą niż uderzenie serca zamarli w bezruchu. To jednak wystarczyło, żeby Ferro zyskał przewagę. Zwycięstwo tego dnia także miało należeć do nich. U ich stóp pozostały dziesiątki ciał.
- Dlaczego wcześniej nie użyłeś tego miecza?! – spytał Mat gniewnie. Lewą dłoń przyciskał do rany na boku.
Ciemne oczy Ferro uderzyły w niego.
- To nie twoja sprawa! – rzucił ostro. Na co dzień walczył innym mieczem, choć ten wciąż nosił przy sobie. – Nie pytaj o to nigdy więcej!
Mat nie drążył tematu. Ferro nadal nazywał go przyjacielem, ale zostawiał dla siebie to co myślał i czuł.
Dżana szybko wytarła klingę miecza. Nie zwróciła uwagi na spięcie między towarzyszami broni. Miała inne zmartwienia na głowie. Zobaczyła krew na ubraniu Mata. Wiedziała, że przyszła pora, żeby wykorzystała swoje zdolności znachorki.

21.04.2011 – Kazuń Nowy

C.D.N. Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...