Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
"Riauk"




24. Decyzja


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

Siedział na brzegu rzeki w swoim ulubionym miejscu. Przez lata spędził tam bardzo dużo czasu, bezsensownie patrząc w przestrzeń. Teraz też to robił. Podciągnął kolana pod brodę. Objął je ramionami. Chciał się nad czymś zastanowić, ale nie potrafił zebrać myśli. Tracił tylko czas. No i cierpiał. W tym był naprawdę dobry.
Guld stanęła mu za plecami.
- A więc znowu nad czymś dumasz?
- Niedługo będzie kolejna rocznica moich urodzin – powiedział. Nie spojrzał na dziewczynę. Nie wydawał się przy tym zaskoczony jej obecnością. Musiał słyszeć jak nadchodziła, albo po prostu czuć. Był demonem, był inny niż wszyscy.
- Co z tego? – Guld wzruszyła ramionami.
Odwrócił się nagle.
- Siedemnasta.
- I? To żadna wielka sprawa. Czy wiesz, że Riauk nie wie nawet dokładnie, ile ma lat? A tym bardziej mój ojciec.
Truggen znowu spojrzał na wodę. Guld go nie rozumiała, albo celowo ignorowała to, co chciał powiedzieć.
- Wszystko jest zapisane w kronice – zauważył cicho. – Wystarczy, żeby policzyli.
- Musiałoby im najpierw na tym zależeć – odparła Guld. Potem usiadła obok niego. – O co ci chodzi z tą rocznicą? – spytała. Nikt w ich rodzinie nigdy nie świętował urodzin. Dla nieśmiertelnych takie sprawy nie miały większego znaczenia. Zresztą, Riauk poznał coś takiego, jak kalendarz, dopiero wędrując po Dominium. Chyba więc nawet rodzinna kronika nie mogła mu pomóc, w ustaleniu dokładnej daty przyjścia na świat.
- Matka chciała, żebym zdecydował, czy poddam się operacji wymiany wnętrzności, jak skończę dwadzieścia lat. Ojciec twierdził, że wystarczy, żebym miał piętnaście. Targowali się i w końcu stanęło na siedemnastu.
- A ty nie możesz podjąć wyboru. – Guld od razu zgadła.
- Dokładnie tak – przyznał. – Jeśli zrezygnuję z operacji, będę więźniem tej wioski jeszcze przez kilkadziesiąt lat. Albo dłużej. Jeśli się jej poddam... - Urwał. Nie miał odwagi tego tak od razu powiedzieć, choć bardzo chciał. – Boję się, że umrę.
- Dlaczego miałbyś umrzeć?
- Moje ciało się regeneruje, tak jak ciało każdego demona. Wiesz o tym.
- Wiem. – Guld skinęła głową.
- Żeby mnie zranić, trzeba wykonać trzy szybkie, idealnie precyzyjne cięcia. To będzie musiało być dla lekarzy trudne.
- Ale oni znają się na tym, co robią – zauważyła Guld.
- Zapewne, jednak nigdy nie operowali demona. Pewnie nawet nie wierzą w ich istnienie i wytłumaczenie im, jaki jestem, nie będzie proste.
- Myślę, że powinieneś przestać patrzeć na wszystko tak czarno, a zastanowić się, czego naprawdę chcesz.
- Chyba za bardzo wczułaś się w rolę Wojowniczki Nocy – oburzył się. – Nie jestem człowiekiem, któremu trzeba naprostować życie.
Przez chwilę oboje milczeli.
- Naprostować życie – wyszeptał Truggen parę razy, jakby czegoś w tych słowach szukał. - Gdybym urodził się dziewczyną, byłbym Wojowniczką Nocy – stwierdził nagle.
- A chciałbyś tak żyć? – spytała Guld.
- Nie wiem. – Potrząsnął głową. – Skąd mam wiedzieć, czy podobałoby mi się coś, czego nie znam? Ale... Gdyby to było możliwe, chciałbym spróbować. Życie Wojowniczki Nocy ma w sobie jakiś cel. A cel, to coś, czego zawsze mi brakowało. Tylko tam, kiedy nie byłem sobą i tak bardzo chciałem wrócić... - Urwał. – Ale to gdybanie nie ma sensu. Nie jestem Wojowniczką Nocy. Nie władam mocą.
- Ale nauczysz się tego kiedyś – zapewniła go Guld. – A przecież, gdybyś opuścił wioskę razem z Wojowniczką Nocy, mógłbyś uczyć się od niej, a ona mogłaby dbać o to, żebyś nie umarł i nie musiałbyś być więźniem.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – Spojrzał na nią zdziwiony.
- Że mogłabym cię uczyć.
- Myślisz, że jesteś w tym lepsza, niż mój ojciec?
- Nie wiem. Ale nie o to mi chodziło. – Guld potrząsnęła głową. – Loravandil uczy cię, jak posługiwać się mocą w naszym świecie. Ja mogłabym pokazać ci, jak to się robi w snach. No i mogłabym cię stąd zabrać. Jeśli oczywiście to jest to, czego chcesz.
- Na pewno chcę spróbować.

- Czyś ty zdurniała! – Riauk tylko tyle potrafił powiedzieć siostrze, gdy zwierzyła mu się ze swoich planów. Cisnął przy tym na ławę czyszczoną uprząż i zerwał się na nogi.
Guld uniosła tylko wzrok. Jej zgrabne pace nie przerwały pracy nad polerowaniem sprzączek.
- On jest zagubiony – powiedziała na swoje usprawiedliwienie.
- A ty akurat wiesz, co zrobić, żeby poczuł się lepiej. – Riauk fuknął. Usiadł jednak z powrotem. Stanie nie miało sensu. Pochylił się w przód, oparł przedramionami o uda. Uważnie przyjrzał się Guld.
- Wy jakoś nie wymyśliliście do tej pory, jak mu pomóc – powiedziała spokojnie.
- Posłuchaj, to nie jest takie proste – zaczął przekonywać Riauk. – Czasem, mimo najszczerszych chęci, nie można komuś pomóc. Czasem trzeba też do przyjęcia pomocy dorosnąć. Truggen jest młody. On się złości, kiedy tak się mówi. Rozumiem go. Ja też się złościłem. Z tej złości trzeba po prostu wyrosnąć, trzeba coś przeżyć, zobaczyć jak nasze zachowanie odbierają inni...
- Ale tutaj on niczego nie przeżyje – zauważyła.
- Masz rację. – Temu argumentowi siostry musiał ulec. – I twój pomysł, żeby zaczął pomagać w pracy jakiejś Wojowniczce Nocy, nie jest zły. Ale to nie powinnaś być ty. Jeśli będziesz go uczyć, będziecie z sobą bardzo blisko. Będziecie znać swoje myśli i emocje. To może na nowo rozbudzić w nim uczucie do ciebie. Czym dłużej będziesz dawała mu nadzieję na miłość, tym potem trudniej będzie mu o tym zapomnieć. A wy przecież nie powinniście być razem.
- A ty nie powinieneś się urodzić – odparowała Guld.
Riauk wyprostował się. Odczuł słowa siostry jak uderzenie.
- Co przez to rozumiesz? – Jego głos był zimny.
- Nic. – Guld wydawała się lekko zawstydzona tym, co powiedziała. – Tylko tyle, że może to nie jest takie oczywiste, co powinno się zdarzyć, a co nie. Ale nie, nie powiedziałam, że myślę o Truggenie, jak o partnerze. To mój prabratanek, a ja tylko zamierzam go szkolić.

Światu wokół brakowało szczegółów. Był nieostry, mroczny, ale w ciepłych, miłych dla oka kolorach. Truggen siedział na pomalowanej na orzechowo ławce wewnątrz snu małego chłopca ze Świata Prawdziwego.
Sposób, w jaki wchodziło się do snów, przypominał nieco otwieranie Magistrali. Wymagał jednak więcej zachodu. Najpierw trzeba było zajrzeć do myśli śpiącego, zobaczyć co dzieje się w głębi jego umysłu. O dziwo, to Truggen był w stanie zrobić sam. Potem należało wyobrazić sobie drzwi, prowadzące do wnętrza snu. W tym musiała pomagać mu Guld.
We śnie konieczne było zachowanie czujności, żeby być gotowym do ucieczki, gdyby ten zaczynał się rozwiewać. Jeśli ktoś nie zdążył opuścić snu, przed przebudzeniem śpiącego, zostawał na wieczność uwięziony w niebycie. Choć może jemu, jako demonowi, nawet w niebycie udałoby się otworzyć Magistralę. Wolał jednak nie ryzykować. W końcu nie zawsze wychodziło mu z Magistralą, a raczej, z reguły mu nie wychodziło. Nie zdołał jej otworzyć ani razu, od swojej ucieczki w nieznane. Bardzo rzadko też zresztą próbował.
Chłopiec bawił się w piasku. Wykopał dołek małą niebieską łopatką z nieznanego Truggenowi tworzywa. Teraz napełniał wilgotnym piaskiem małe naczynka w intensywnych kolorach. Po tym, jak odwracał je go góry nogami i ostrożnie przyciskał do podłoża, wyrastały wokół niego kupki piasku w kształcie słońc, kwiatów i jabłek. Wydawał się zupełnie spokojny i zadowolony z siebie.
A jednak jego sen nie był do końca bezpieczny. Coś czaiło się w mroku. Truggen to wyczuł. Obejrzał się. Niedaleko ławki rozbłysły zimne, żółte oczy. To był demon, inny demon.
Stwór zawarczał. Był gotowy do skoku na chłopca. Truggen zareagował instynktownie. Okazał się przy tym o mgnienie oka szybszy. W skoku przemienił się w wielkiego, czarnego kota. Dwa upiorne stworzenia o potężnych zębach i długich pazurach zwarły się ze sobą i poturlały po ziemi.
Chłopiec wypuścił z ręki łopatkę. Krzyknął, ale nie był w stanie zerwać się do ucieczki. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w walczące potwory.
Ty głupku! – Krzyk Guld rozsadził czaszkę Truggena.
- Nie wolno ci naprawdę walczyć w czyimś śnie! To może się źle skończyć! Możesz przerwać sen. – Teraz słyszał nie tylko jej myśli, ale i głos. Zabrała go ze snu, przeniosła nad brzeg ich znajomej rzeki.
Zaczęli wspólne lekcje na razie bez opuszczania wioski i bez mówienia o nich komukolwiek. Oboje na początku myśleli, że razem opuszczą rodzinne strony i swój świat. Zabrakło im jednak odwagi. Po tym, jak zareagował Riauk, Guld uznała, że lepiej zachować ich spotkania w tajemnicy. Truggen także nie nalegał, żeby się z tym afiszować. Może bał się reakcji matki. A może tego, że nie podoła zadaniom Wojowniczek Nocy. Sam nie był pewny. Miał jednak wrażenie, że jemu nic nie może się udać.
Już w ludzkiej postaci podniósł się z ziemi i otrzepał.
- Przepraszam – powiedział. – To było silniejsze ode mnie.
- Nie przepraszaj! – krzyczała dalej Guld. – Schrzaniłeś zadanie! Teraz chłopiec będzie się ciebie bał. Nie pomogłeś mu, a mogłeś zginąć.
- Nie nadaję się do tego – jęknął.
- To nie tak. – Guld spuściła z tonu. – Po prostu bałam się o ciebie. A na początku wszyscy popełniają błędy.

Przed chłopakiem leżał rząd drobnych kamyków. Powoli jeden po drugim znikał zmieniając się w kupkę pyły.
- Powiedz mi, co właściwie robisz – poprosił Loravandil.
Kamienie przestały znikać. Truggen spojrzał na ojca. Nie odezwał się.
- Co robisz? – Loravandil powtórzył pytanie.
- Niszczę kamienie. – Na moment zamilkł. – Mocą – dodał.
- Ale chciałem, żebyś spróbował być bardziej precyzyjny. Miałeś je dzielić na połowy.
- Nie potrafię.
- Oczywiście, że nie – przyznał Loravandil. – Ale wciąż jeszcze nie skorzystałeś z pomocy mojego umysłu. A to, co zrobiłeś, zrobiłeś zupełnie sam. Nie sądziłem, że potrafisz już coś takiego. Ostatnio robisz ogromne postępy.
- Dużo ćwiczę.
- To jest to, czym zajmujesz się kiedy znikasz?
- Tak – burknął Truggen. Odwrócił wzrok. Nie patrzył już na ojca.
- Tylko?
Ojciec był sprytny. Zaczął od pochwały, a teraz się go czepiał.
- No nie – przyznał. – Spotykam się z Nedem. – Powiedział to, bo coś musiał powiedzieć. Kłamstwo lekko przeszło przez jego gardło. W piersi poczuł jednak skurcz. Wstydził się, że kręci. Ojciec nie zasługiwał, żeby tak go traktować. Ale gdyby Loravandil dowiedział się o prawdziwych poczynaniach syna, dowiedziałaby się także matka, a potem wszyscy inni.
- Z synem garncarza?
- Tak. Pomagam mu w wydobyciu gliny.
Loravandil skinął głową. Chyba mu nie wierzył, ale już w to nie wnikał. Słowa chłopaka mogły być prawdą. Grubas Ned, jeden z tych mieszkańców wioski, w którego żyłach płynęła krew demonów i zwierząt, zapoznał czternastoletniego wówczas Truggena z napojami wyskokowymi. Dla chłopaka skończyło się to w krzakach, do których dotarł na czworakach. Dziadek znalazł go umazanego wymiocinami. Kiedy Truggen wytrzeźwiał, Morel urządziła mu połajankę, a dziadek uraczył ich wszystkich opowieściami o swoich pijaństwach z młodych lat. Według Loravandila oboje przesadzili. Zresztą, na chłopaka nic nie podziałało. Sam musiał się nauczyć, ile może wypić w czasie wiejskich zabaw, żeby się to źle nie kończyło.
Choć za pierwszym razem, dwa lata starszy od niego Ned, wystraszył się i uciekł, to potem kilka razy przyprowadzał do domu słaniającego się na nogach Truggena.
Loravandil nie rozumiał, czemu jego syn musiał ze wszystkim przesadzać. Sam upił się tylko raz, nie z własnej winy i wciąż tego żałował.
- Czemu ja nie miałem problemów z piciem? – Kiedyś nawet zapytał o to braci.
- Bo byłeś pierdołą – powiedział Ferro szczerząc zęby.
- Po prostu byłeś rozsądny – stwierdził jednak Bluszcz. – Ja i Oiolose też nigdy nie nadużywaliśmy alkoholu.
- A nie zamierzasz przypadkiem sam zostać garncarzem? – spytał teraz syna.
Zaskoczony Truggen znowu na niego spojrzał.
- Skąd ten pomysł?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
- Ja strasznie się bałem powiedzieć ojcu, że zamierzam zostać bardem.
- A co zrobił dziadek, jak już mu powiedziałeś?
- Nic. Zaakceptował mój wybór. To jak, chcesz być garncarzem?
- Nie. – Truggen pokręcił głową.
- A myślałeś już o swojej przyszłości?
Chłopak nie odpowiedział.
- Jesteś już prawie dorosły. Myślałem, że będziesz chciał...
- Wymienić wnętrzności? – Oczy Truggena zabłysły niezdrowym blaskiem.
- Tak. – Przyznał ojciec.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- Boisz się.
Chłopak zagryzł wargi.
- Mężczyźni nie powinni się bać – powiedział cicho.
- A myślisz, że z jakiego powodu twój dziadek nie poddał się operacji? I zapewniam cię, że jego lęk jest dużo bardziej bezpodstawny, niż twój.
Truggen milczał.
- Weźmy się z powrotem za kamienie – zarządził ojciec. Nigdy nie naciskał na niego zbyt mocno. Taki już był. Był w porządku. Bardzo w porządku. - Spróbuj je przepołowić. Zobacz ich strukturę poprzez mój umysł.
Chłopak przez chwilę nie mógł się skupić. Zbyt dręczyły go wyrzuty sumienia.

Obserwował przeciwną stronę ulicy. Oswoił się już z gwarem Świata Prawdziwego. Jego ogrom szybko przestał go oszałamiać. W końcu, w porównaniu z Magistralą i tak był mały i przewidywalny.
Podobały mu się samochody. Miał wrażenie, że tak upiorne, ale i użyteczne twory mogły wyjść tylko z umysłu demona i przez to cieszyła go ich powszechność. Tak, Świat Prawdziwy to było naprawdę coś. Był niesamowicie wdzięczny Guld, że mu go pokazała. A najpiękniejsze we wszystkim było to, że dla jego rodziców wciąż znajdowali się w puszczy za wioską.
Na rogu stał wysoki, chudy mężczyzna o krótko ściętych włosach. W Świecie Prawdziwym większość mężczyzn strzygła się krótko. Guld wyjaśniła mu, że z kucykiem będzie wyglądał ekscentrycznie. Nie zamierzał się go jednak pozbyć. Wystarczyło, że musiał nosić miejscowe ubrania. Przy wszystkich zaletach Świata Prawdziwego ubrania mieli tam niewygodne, sztywne, zawsze gdzieś uwierały. Szczególnie te, które Guld uważała za eleganckie. Musiał jednak przyznać, że w wąskich, nieprzyzwoicie skąpych sukienkach i na obcasach była jeszcze piękniejsza.
Nie podobały mu się jednak pociągi i tramwaje. Budziły złe wspomnienia o świecie, w którym był martwy. Przez to napawały lękiem. Zresztą, Guld powiedziała, że pod ich kołami najprawdopodobniej nawet on by zginął.
Chudy mężczyzna spojrzał na zegarek.
Maże Tatiana nie przyjdzie?
Tatiana była dziewczyną, którą Guld miała się zając na polecenie duchów. Wojowniczki Nocy prawie nigdy same nie decydowały, komu będą pomagać. Mówiły, że dostają swoje zlecenia od duchów. Ale Guld nie potrafiła wyjaśnić, kim lub czym są duchy.
- To nie zmarli – tłumaczyła. – Nie wiadomo, czy mają jakiś swój świat, czy istnieją gdzieś pomiędzy światami. One nie mają ciał. Można je tylko wyczuć. Mówimy, że z nimi rozmawiamy. Ale to nie jest jak prawdziwa rozmowa. To nie jest nawet jak rozmowa w myślomowie. One przekazują nam obrazy, informacje, ale... To trudno wytłumaczyć. Tych rzeczy najpierw nie ma w naszych głowach, potem czujemy duchy i już są.
- Czy ja też będę mógł kiedyś z nimi tak rozmawiać?
- Nie wiem – przyznała Guld. – Nie wiem, czy będą chciały przychodzić do demona. Mogę ci tylko powiedzieć, że z moim ojcem rozmawiają.
- A z Riaukiem?
- Nie. Ale on nigdy nie chciał się otworzyć na ich głos.
Tatiana miała kupić coś od chudego mężczyzny. On był dilerem. Truggen nie do końca rozumiał znaczenie tego słowa. W każdym razie chudy mężczyzna sprzedawał coś, co Guld nazwała narkotykami.
- Narkotyki niszczą umysł i ciało – powiedziała. – Powodują, że ludzie stają się bardziej podatni na wpływy demonów. Zażywanie narkotyków stanowi problem w wielu światach. Choć różnie się nazywają. U nas mówi się raczej o odurzających ziołach. Twoja babcia przez lata je brała, dlatego jest taka brzydka.
Truggen nigdy nie uważał, żeby Teena była brzydka. Myślał o niej raczej jak o twardej kobiecie, którą trudy życia upodobniły do mężczyzny. Określenie twarda jakoś jednak nie pasowało do kogoś, kto miał stać się bardziej podatny na wpływy demonów. Ale może w Świecie Prawdziwym było inaczej. Trudno było mu o tym myśleć, tym bardziej, że w wygłaszanych przez Guld lekcjach słowo demon zawsze pojawiało się w znaczeniu wróg. Sprawiało mu to ból.
- Jest – syknął.
Zobaczył tą, na którą czekali. Dziewczyna o krótkich, ufarbowanych na czarno włosach wyszła zza rogu i szybko zbliżała się w stronę chudego mężczyzny. Miała na sobie za dużą, czarną kurtkę ze skóry, króciutką spódniczkę, ciężkie buty i różowy szalik. Guld wytłumaczyła mu, że tak ubierają się ci, którzy chcą pokazać światu, że mają problemy. Jaki to miało sens? Może jakiś miało. Jego dziadek też nosił na twarzy bliznę, której nie musiał nosić.
- Co robimy? – spytał.
- Nie możemy pozwolić, żeby cokolwiek kupiła – powiedziała Guld. Rozejrzała się na boki, żeby nie wpaść pod koła żadnego samochodu i przebiegła na drugą stronę ulicy.
Truggen pobiegł za nią. Teraz mieli pracować, bezpośrednio kontaktując się z osobą, która, według duchów, potrzebowała ich pomocy. Guld wytłumaczyła mu, że Wojowniczki Nocy wchodzą do snów tych ludzi, których już upatrzył sobie na ofiarę jakiś demon. Ale z tymi, którzy byli tylko zagrożeni atakami ze strony demonów, pracowały kontaktując się bezpośrednio. Udawały wtedy mieszkanki Świata Prawdziwego, przyjmując fikcyjne tożsamości. W ten sposób pracowały dużo rzadziej. Jak wyjaśniła Guld, takimi ludźmi zajmowały się tylko wtedy, gdy duchy uważały ich za potencjalnie ważnych.
- A jak to jest, że ten Świat Prawdziwy i inne światy wciąż jeszcze jakoś funkcjonują, skoro ich mieszkańcy ciągle są atakowani przez demony? – spytał kiedyś Truggen. – Przecież Wojowniczek Nocy nie ma aż tak wiele, żeby mogły zapewnić bezpieczeństwo im wszystkim.
- Pytałam o to Cedry. Uznałam, że skoro pobierała nauki u najstarszej z nas, powinna wiedzieć najlepiej. Obecnie jest nas trzysta osiemdziesiąt jeden. No, może trochę więcej, albo trochę mniej. Czas płynie. To jednak nieważne. Taka liczba oczywiście nie wystarczy, żeby zapewnić bezpieczeństwo ludziom we wszystkich światach, a nawet tylko tym ze Świata Prawdziwego. Zwłaszcza, że nie wszystkie Wojowniczki Nocy wypełniają swoje obowiązki. Choćby Teeena, nie robiła tego nigdy. Nigdy nawet nie otworzyła umysłu na głosy duchów. Ale... My nie jesteśmy po to, żeby rotować światy, a żeby je ulepszać. Niektórzy ludzie ze Świata Prawdziwego sami potrafią obronić się przed demonami, a w światach, takich jak nasz, trafiają się skuteczni łowcy demonów. Więc nawet gdyby nas zabrakło, wszystko jakoś by funkcjonowały.
- Nie jest ci żal, że twoja praca jest tak mało ważna?
- Ona nie jest mało ważna – zaprotestowała wtedy Guld. – Każdy ochroniony człowiek, to wielkie osiągnięcie, to ogromny dar od nas, dla niego. Ale dobrze jest wiedzieć, że nie trzymamy światów na swoich barkach. Taka odpowiedzialność odebrałaby mi siły do działania.
- A jak my się z nimi tam porozumiemy? – Truggen miał wiele wątpliwości, zanim pierwszy raz wyruszyli do Świata Prawdziwego. – Przecież oni mają wiele języków, ojciec mi mówił...
- Nie pytałeś o to, przed zajrzeniem do myśli chłopca.
- Nie wpadłem na to – przyznał. – Ale on myślał w tym samym języku co my.
- Może tak, może nie. – Guld potrząsnęła głową. – Nie wiem, dlaczego tak jest. Chyba nikt nie wie. Ale kiedy przechodzimy do innego świata, nasze umysły przełączają się na język używany właśnie tam, gdzie się znaleźliśmy. Może to wrodzona cecha Wojowniczek Nocy. Bez niej trudno by nam się pracowało.
- A ja odziedziczyłem tę cechę po ojcu?
- Pewnie tak. Albo i nie. – Guld zastanowiła się. – Musiałbyś zapytać Kita, czy on też podróżując między światami zaczyna myśleć w nieznanych sobie językach, czy też musiał się ich nauczyć. Bo coś mi świta, że ta legendarna Dżana też odwiedzała obce światy i nie miała w nich problemów z dogadaniem się.
- Starsze Wojowniczki Nocy nie wiedzą jak z tym jest?
- Och. – Guld westchnęła. – Jest tyle rzeczy, których musimy się uczyć i zawsze tyle do zrobienia. Po co myśleć, jak coś działa, skoro działa i tak jest wygodnie?
Znaleźli się obok chudego mężczyzny pierwsi, przed Tatianą. Spojrzał na nich.
- Chcecie coś?
- Nie – powiedziała Guld.
- To spadajcie.
Dziewczyna w skórze podeszła do niego. Z bliska widać było, że jej stroju dopełniał ostry makijaż. Brew miała przebitą srebrnym kółkiem. W jej nosie tkwił także srebrny ćwiek. Te pseudo ozdoby bardzo ją szpeciły. Mogła przecież być ładna, nie tak ładna jak Guld, ale zawsze.
- Ja czegoś chcę – powiedziała.
Chudy mężczyzna raz jeszcze spojrzał na Guld i Truggena.
- Niczego jej nie sprzedasz – powiedziała Guld.
- Wylaszczyła się i będzie się tu rządzić, mądrala z solarki się znalazła. – Tatiana wydęła wargi.
Truggen wiedział już, że „wylaszczyć się” nie było pochlebnym określeniem. Czym była „solarka” nie wiedział, ale zauważył, że w Świecie Prawdziwym zdarzały się dziewczyny o blond włosach i ciemnej skórze, jak Guld. To o nich mówiło się, że „zrobiły się na solarce” i nie było to przychylne określenie. Nie mógł więc mieć wątpliwości, że Tatiana obraziła Guld.
- Spadajcie – powtórzył chudy mężczyzna.
- To ty spadaj. – Truggenowi nie przyszło nic innego do głowy, uniósł więc prawą dłoń. Zwinął palce, a gdy je rozwinął, stanowiły pięć srebrzystych ostrzy.
- Cholera – wyrwało się chudemu. – Innym razem – rzucił do Tatiany. Odwrócił się i odszedł. Wyglądał, jakby bardzo mu się śpieszyło.
- Czyście ocipieli!? – Tyle potrafiła powiedzieć dziewczyna. – Z takimi ludźmi się nie zadziera. – Nie zauważyła, lub nie chciała sobie uświadomić, że była świadkiem niemożliwego. Jej umysł próbował ją przekonać, że ciemnowłosy chłopak wyciągnął nóż, a ona sama siebie, że jest na tyle silna, że jakby co, da radę go od siebie odepchnąć i uciec.
Truggena w odpowiedzi na jej reakcję wzruszył ramionami.
- I co w ogóle robicie? Bawicie się w herosów ratujących miasto? – wyrzucała dalej z siebie Tatiana. Kipiąca w niej złość była w tej chwili silniejsza, niż rozsądek. – Jacyś pojebańcy z was?
- Nie powinnaś brać narkotyków – powiedziała Guld.
- A teraz udajesz moją starą, czy jak?
- To nie ma sensu – powiedział Truggen do Guld.
- Ale my musimy coś z tym zrobić – odpowiedziała mu.
Dziewczyna wybałuszyła oczy.
- Słuchaj. – Guld położyła jej rękę na ramieniu. – Tam, na rogu, jest kawiarnia. – Wskazała ruchem głowy. – Pójdziemy do niej, porozmawiamy. My za wszystko zapłacimy. Musisz nas tylko do końca wysłuchać.
- A jak...
W dłoni Truggena znowu zabłysły ostrza.
- No dobrze – zgodziła się dziewczyna. Powiedziała sobie, że w kawiarni będzie wielu ludzi, będą mogli udzielić jej pomocy, jeśli ta okaże się potrzebna.

Usiedli w środku przy małym stoliku. Zamówili kawę.
Kawa ze Świata Prawdziwego była zupełnie czymś innym, niż to, co w domu tak określali. Jej intensywny smak oszałamiał, a zapach budził marzenia o wszystkich istniejących światach, jakich jeszcze nie widzieli.
Tatiana wolała herbatę. Skoro oni mieli płacić, zażyczyła sobie też szarlotkę z lodami. Może ludzie ze Świata Prawdziwego nie umieli się ubierać, ale to co jedli, było znacznie lepsze i ciekawsze, niż to, co jadło się w Świecie zza Morza Ognia i Krwi.
- A teraz powiedz nam, po co bierzesz narkotyki – powiedziała Guld.
- Tam, znowu narkotyki – oburzyła się dziewczyna. – Palę trawę. Od przypadku wezmę ecstasy. Wielka mi sprawa. I czemu cię to obchodzi?
- Bo... - Zrozpaczona Gild spojrzała na Truggena, ale on patrzył na nią z równą rozpaczą. Machnęła ręką. – Dobra. Powiemy ci wszystko. Nie jesteśmy z tego świata. Mamy nadprzyrodzona moce. Naszym zadaniem jest pomagać ludziom, którzy w życiu błądzą. Tylko, że jeszcze nie do końca nam to wychodzi. Ale wiemy, że ty błądzisz.
- Naprawdę macie nierówno pod sufitem. – Dziewczyna była gotowa wstać i wyjść.
- Miałaś wysłuchać do końca – upomniał ją Truggen, gdy zaczęła podnosić się z krzesła. Położył przy tym dłoń na blacie stołu. Stuknął palcami, a na jego paznokciach rozwinęły się kwiaty.
- Niezłe – przyznała Tatiana i z powrotem opadła na krzesło.
- Porozmawiajmy więc – wróciła do tematu Guld. – Ja wiem, czemu bierzesz. Ale wolałabym, żebyś ty sama to powiedziała, żebyś to przemyślała.
- To jeszcze mnie śledzicie? – jęknęła Tatiana. – Dobra. Popalam, bo życie jest do dupy. – Podparła głowę dłońmi. – Moi starzy tylko pracują i pracują. A kasy i tak zawsze brakuje. Nie mają dla mnie czasu. Warczą na mnie. Wiem, są zmęczeni. Ja też warczę. Może nie powinnam, ale jestem zła. To i tak nie ma sensu. Zmierzamy donikąd, oni, ja, wszyscy. Zawsze chodzi o kasę. Żeby kupić to, co mają inni. Żeby się nie różnić. Żeby było mniej powodów do... Wiecie, jak czegoś się nie ma, to inni szydzą, albo, co jest jeszcze gorsze, w ogóle cię nie zauważają, traktują jak powietrze. – Urwała. Spojrzała na nich. Zmierzyła ich wzrokiem. – Nie. Wy nie wiecie – zawyrokowała, oceniając ich po strojach. – Wy macie kasę.
- To nie tak – powiedział Truggen cicho, choć pomyślał, że w swoim świecie, też był dość majętny. To znaczy, jego matka była.
- A jak? – spytała Tatiana.
Guld zignorowała jej pytanie.
- To wszystko?
- A nie wystarczy? – Tatiana westchnęła. – To powiem, że chciałabym mieć kogoś bliskiego. Kogoś, kto byłby gotowy mnie wysłuchać, gdybym tego potrzebowała. Kogoś, kto by zrozumiał. Przyjaciółkę, albo chłopaka.
- Przecież możesz kiedyś kogoś takiego spotkać – powiedziała Guld.
- Pierdolenie. Nie w tym świecie – stwierdziła Tatiana.
Nagle kaszel wstrząsnął Truggenem. Chłopak uderzył się pięścią w klatkę piersiową, potrącając przy tym stolik. Filiżanki podskoczyły z brzękiem. Nieco kawy rozlało się na spodeczki. Truggen zgiął się w pół. Nie mógł przestać kasłać.
Obie młode kobiety patrzyły na niego z przerażeniem. Kiedy w końcu udało mu się złapać oddech i wyprostować, na policzkach miał łzy.
- W porządku? – Guld dotknęła jego ramienia. W jej głosie słychać było czułość i troskę.
- Tak. Już w porządku – odpowiedział Truggen słabo, ocierając twarz.
- Co mu jest? – spytała Tatiana, o której istnieniu zdążyli zapomnieć.
- Jest chory na mukowiscydozę – powiedziała Guld.
Tatiana zmarszczyła czoło.
- Na to się umiera?
- Tak - przyznał Truggen.
Dziewczyna wzięła głęboki oddech.
- Wy to macie dopiero przechlapane – stwierdziła. – I... - wstała. – Już rozumiem, że chcecie coś zrobić dobrego dla innych, skoro... - Tego nie mogła powiedzieć. – Tylko po co była ta cała gadka o tajemnych mocach? Chociaż sztuczki z palcami fajne robisz. – Na moment spojrzała na Truggena. – Cholera – wyrwało jej się. Chłopak był przystojny. Teraz jednak dostrzegła jego chorobliwą bladość i nie mogła przestać myśleć o śmierci. – Wymyślcie sobie jakieś sensowniejsze metody naprawiania świata. Ja idę – rzuciła i wyszła, zostawiając niedojedzoną szarlotkę.
- Och – westchnęła Guld. – Byliśmy totalnie nieprofesjonalni, ale mam wrażenie, że dzięki twojemu napadowi kaszlu osiągnęliśmy cel.
- Tak. Pokazaliśmy jej, że ktoś może mieć w życiu gorzej.

Siedzieli na brzegu rzeki. Patrzyli na wodę. Truggen wyciągnął przed siebie nogi. Odchylił głowę w tył i grzał twarz w słońcu. Właśnie dobiegała końca chłodniejsza pora roku. Promienie słońca znowu zaczynały wypełniać członki ciepłem. Guld objęła kolana ramionami.
- Teraz widzisz – powiedziała. – Władam mocą. Doskonale opanowałam teorię. Ale z praktyką jest u mnie znacznie gorzej.
- Więc w sumie wiele się od ciebie nie nauczę – zaśmiał się Truggen w powietrze. Po chwili opuścił jednak głowę. Spojrzał na dziewczynę. - Tak ci było mnie żal, że porwałaś się na coś za dużego dla ciebie? – spytał z niepokojem.
- Nie. – Guld potrząsnęła głową i roześmiała się. – Sporo mogę cię nauczyć o mocy, o Świecie Prawdziwym. A ty... Myślę, że możesz pomóc mi w pracy. Taka jest prawda. Może jesteś trochę nieokrzesany...
- Chodzi ci o tego demona, z którym się pogryzłem?
- Ale ty się wszystkim przejmujesz. – Dźgnęła go łokciem pod żebro.
- Hej! – oburzył się.
- Może jesteś trochę nieokrzesany, ale uważam, że możemy być dobrym zespołem – skończyła swoją myśl Guld.

Znowu siedział na orzechowej ławce. Miał na sobie srebrzystą zbroję. W rzeczywistości zbroja ta nie istniała, ale we śnie mogła. Dobry rycerz powinien mieć taką właśnie zbroję. Chciał, żeby bawiący się w piasku chłopiec przestał się go bać. Ten jednak noc po nocy patrzył na niego z lękiem.
Teraz maluch zrobił dwa kroki w jego stronę.
- Kim jesteś? – spytał.
- Jestem rycerzem – powiedział Truggen.
- Co tu robisz?
- Przyszedłem bronić cię przed potworami.
Chłopiec cofnął się.
- Mama powiedziała, żeby nie słuchać obcych, którzy tak mówią.
- Twoja mama ma rację. Na jawie. We śnie nie musisz się mnie bać.
- Nie byłabym taka pewna. – Nie byli już sami. Obok piaskownicy stała kobieta o kasztanowych, kręconych włosach, piękna i wyniosła, bardzo stara, choć nie naznaczona przez czas, Wojowniczka Nocy.
Chłopiec skulił się w sobie.
- Ja tutaj pracuję – powiedział Truggen cicho.
- Ciebie nie powinno tu być.
- Możemy o tym porozmawiać, ale nie we śnie.
- Pójdziesz ze mną dobrowolnie?
- Tak.

Truggen pozwolił przenieść się do zupełnie obcego mu świata. Znaleźli się w wielkiej, górskiej kotlinie. Koło nich płynął wartki strumień o kamienistym brzegu. Było ciepło. Purpurowe słońce stało wysoko na różowym niebie.
- Czego chciałeś od tego chłopca? – spytała Wojowniczka Nocy.
- W jego snach pojawiał się demon. Chciałem go obronić.
- Ty jesteś demonem.
- Tak – przyznał. – Ale zobacz, przeniosłem się z tobą, do miejsca, którego nie znam. Nie uciekam. Nie atakuję. Nie jestem niebezpieczny.
- Czego więc chciałeś?
- Już mówiłem. Uczę się żyć tak, jak wy, pomagać ludziom, jak Wojowniczka Nocy.
Kobieta roześmiała się głośno, arogancko.
- Długo żyję, ale nie słyszałam jeszcze niczego głupszego.
- Mój ojciec jest jednym z tych mężczyzn, którzy urodzili się obdarzeni mocą. Pewnie wiesz o ich istnieniu?
- Wiem – przyznała.
- Moja matka jest demonem. Ale ona też jest niegroźna. Opiekuje się śmiertelnymi. Dziadek też tak żył.
- Tak. – Wojowniczka Nocy znowu się śmiała. – I pewnie zaraz mi powiesz, że jesteś tak wyjątkowy, że masz imię – kpiła z niego.
- Mam – powiedział i poczuł, że kłamie.
- Przedstaw się więc.
- Jestem... - Nie mógł tego powiedzieć. Po prostu nie mógł.
Od matki wiele razy usłyszał, że demony nie mają imion, że nie mogą ich mieć.
- Nie słuchaj jej – mówił za to ojciec. – Ty masz imię. Ty jesteś Truggen. Kiedy kocha się demona, można nadać mu imię. Ja ci je nadałem. Ja nadałem też imię twojej matce. – I zawsze, gdy to mówił, wyglądał na bardzo dumnego z siebie.
Z matką było jednak inaczej. Tylko ojciec mówił o niej Morel. Inni nazywali ją córką szefa. Ale o nim faktycznie mówili Truggen. Tak go wołali. On sam też tak o sobie mówił: „Ja, Truggen”.
Wydawało mu się, że to, że demony nie mają imion, to rodzaj zwyczaju. Zwłaszcza, że ojciec powtarzał: „matka po prostu wierzy, że tak jest i jest zbyt uparta, żeby przekonać ją, że jest inaczej.” A przyjaciel dziadka przed laty przedstawił mu się jako Kit. Tak w każdym razie zostało zapisane w rodzinnej kronice. Ale co on właściwie powiedział? „Tutaj i tylko tutaj możesz nazywać mnie Kit.” „Możesz nazywać mnie”, a nie „jestem”. „Tylko tutaj”. To było na Magistrali. A na Magistrali w każdym coś się zmieniało. Może na Magistrali i tylko na Magistrali mógł to powiedzieć. On teraz nie mógł. Czuł w sobie pustkę i żal. To było tak, jakby nagle odkrył, że jest kimś innym, niż przez całe życie sądził, tak, jakby w ogóle nie istniał. Zawsze użalał się nad sobą. Był ciężko chory. Nic mu dobrze nie wychodziło. Zdążył już popełnić sporo błędów. Miał na sumieniu zbrodnie. Bezgranicznie kochał kobietę, z którą nie mógł żyć. To wszystko było straszne, ale tak naprawdę to było nic, w porównaniu z nieistnieniem.
- Ja...
Jesteś Truggen – powiedział wewnątrz jego głowy głos Guld.
Zupełnie o tym zapomniał, ale przecież od kiedy wszedł do snu chłopca, cały czas słuchała jego myśli.
- Ja...
Jesteś Truggen. – Ona była tego pewna. W jej myśli tkwiła siła, siła i uczucie. A skoro nazywała go Truggenem w myślomowie, on był Truggenem. W myślomowie nie można było przekazać informacji, która nie była prawdą.
- Jestem Truggen – powiedział w końcu. Czuł się bardzo wyczerpany, tak, jakby stoczył niesamowicie ciężką walkę.
Otworzył usta, żeby złapać powietrze. Zachwiał się. Podtrzymało go ramię Guld. Nie zdziwiło go, że tak nagle znalazła się obok niego. Oparł się na niej. Przeprowadziła go parę kroków i delikatnie posadziła na ziemi. Oparł się plecami o kamień i zamknął oczy. Po chwili już spał. Nie miał nawet siły pomyśleć, że to niebezpieczne. Guld pogładziła go po głowie. Potem wyprostowała się i spojrzała na starszą kobietę.
- Kim jesteś? - spytała tamta.
- Wojowniczką Nocy, to chyba widać – odparła ostro. – Jestem Guld, córka Las po Burzy. Czego chcesz od mojego towarzysza i ucznia?
- Jestem Wezera, córka Weriki – przedstawiła się tamta. – Chcesz powiedzieć, że uczysz demona?
- Tak. Cały czas słuchałam jego myśli, więc wiem, co ci powiedział. Nie skłamał ani jednym słowem.
- Córka Las po Burzy. – Wezera nagle coś sobie przypomniała. – A więc twoja matka to ta szalona kobieta, która urodziła syna? Widziałam go. To stworzenie, którego istnienie urąga porządkowi światów. A teraz ty chcesz tak wytresować demona, żeby pracował za ciebie.
- Nie wytresować, a wyszkolić – poprawiła ją Guld. – Widzę, że jesteś z tych, które mają problem z zaakceptowaniem mężczyzn władających mocą. Ale oni istnieją. Tak samo istnieją niegroźne demony. Truggen to tylko dzieciak, który nie jest winny temu, czym jest jego matka. Ona też nie jest winna. To nie są stwory, które na skutek pomyłek rzeczywistości wychynęły z czeluści. To dzieci miłości. To różnica. – W oczach Guld stanęły łzy.
- Ty też jesteś szalona – powiedziała Wezera, co prawda już ciszej i spokojniej. Ze zdziwieniem i przerażeniem przypatrzyła się Guld walczącej z emocjami. Młoda Wojowniczka Nocy bardzo starała się nie rozpłakać i prawie się jej udało. Na jej policzek wyciekła tylko jedna łza.
- Daj nam szansę – poprosiła. – Możesz śledzić mnie i Truggena myślą, ale pozwól mu w spokoju pracować, póki czegoś bardzo nie spartoli, a ja tego nie poprawię.
- Może tak zrobię – zgodziła się Wezera. – Ale tylko ja. W każdej chwili do akcji może wkroczyć inna z naszych sióstr i może nie być taka łagodna. Świata nie powinno wywracać się do góry nogami.
- Dziękuję – głos Guld brzmiał słabo.
Wezera nie odpowiedziała.
Guld podeszła do Truggena. Dotknęła jego ramienia.
- Wstawaj. Wracamy do naszego świata.

Znowu znaleźli się nad rzeką, którą znali od zawsze. Truggen był blady. Nogi pod nim drżały. Spojrzał na Guld. Ona też wyglądała na zmęczoną. To, co się zdarzyło, dla nich obojga stanowiło ciężką próbę.
- Wszystko jest bez sensu – wyszeptał Truggen.
- Bez sensu? Właśnie odniosłeś ogromne zwycięstwo. Udowodniłeś, że masz imię.
- Udowodniłem? Przecież każdy powinien mieć imię! Przecież to powinno być normalne! – podniósł głos.
- Truggen!
W oczach stanęły mu łzy. Osunął się na kolana. Nabrał w dłonie piasku. Pozwolił by przesypał mu się między palcami.
- Mówię „moja wioska”, „moja rzeka”, „mój świat”. Ale tu nic nie jest moje. Mnie tu nie powinno być. Nie powinienem istnieć. Muszę walczyć o to, co dla innych jest oczywiste. Czy mnie w ogóle coś się należy? Czy ja mogę coś mieć?
Guld przyklękła przy nim. Oplotła go ramionami. Przytuliła.
- Masz mnie – wyszeptała. – Zawsze będziesz mnie miał. Zawsze z tobą będę.
Gwałtownie odwrócił głowę. Chciał spojrzeć w twarz Guld, ale zamiast tego uderzył czołem w jej czoło.
- Au – jęknęła i nieco odsunęła się od niego, ale jej ręce pozostały na jego ramionach.
- Przepraszam – wyszeptał zmieszany. Nagle zapomniał, o co mu jeszcze przed chwilą chodziło. Teraz liczyła się tylko Guld, to, żeby nie sprawić jej przykrości.
- Nie szkodzi – odpowiedziała równie cicho. Przyglądała mu się przez chwilę. Policzki Truggena były mokre od łez. Ciekło mu też z nosa. Otarła kciukiem jego górną wargę. Czuła na twarzy jego urywany oddech.
- Guld...
Pocałowała go nagle. Najpierw nie wiedział, co zrobić. Zesztywniał przerażony. Przez głowę przetoczyła mu się fala myśli. – Nam nie wolno. Jej jest mnie tylko żal. Jak powinno całować się kobietę, żeby sprawić jej przyjemność? Tego też na pewno nie umiem. – Po chwili jednak zapomniał o wątpliwościach i odwzajemnił pocałunek. Wyprostował się. Wsunął jej we włosy oklejone piaskiem palce.

Cedra była zaskoczona, kiedy na progu zobaczyła Guld. Najmłodsza, oszałamiająco piękna Wojowniczka Nocy ostatnimi czasy rzadko pojawiała się w wiosce. Kiedy była dzieckiem, spędzała na pograniczu całe tygodnie. Gdy dorastała, z innymi młodymi dziewczynami z okolicy tańczyła na wiejskich zabawach. Kiedy jednak wkroczyła na przeznaczoną sobie drogę, wpadała już tylko czasem, żeby spotkać się z bratem. Prawie nigdy nie odwiedzała innych członków rodziny. Już nie tańczyła. Wszyscy wiedzieli dlaczego. Teraz jednak Guld stała przed drzwiami jej chaty. Była potargana i wydawała się lekko nieprzytomna.
- Mogę wejść? – spytała.
- Oczywiście. – Cedra zaprosiła ją do środka. – Napijesz się kawy?
- Poproszę.
Guld usiadła przy stole i długo milczała, a potem bez żadnej zapowiedzi, powiedziała nagle:
- Czy mogłabyś skontaktować mnie z najstarszą?
Cedra odwróciła się od kuchni. Spojrzała na Guld z góry.
- Skąd ten pomysł? – spytała.
Dziewczyna przez chwilę milczała, a potem mówiąc powoli, urywanymi zdaniami opowiedziała jej o tym, że od dawna, może nie całkiem w tajemnicy, ale na pewno dyskretnie, spotykała się z Truggenem, że próbowała go pocieszać i wspierać, a ostatnio postanowiła uczyć go zadań Wojowniczek Nocy, opowiedziała też o tym, co ich przy tym spotkało. Cedra nie komentowała jej słów, ani o nic nie pytała. Przyglądała się Guld szeroko rozwartymi oczami. Kiedy dziewczyna skończyła opowiadać, jeszcze przez chwilę milczała.
- To, co zrobiłaś... było szalone – wydukała w końcu.
- Pomożesz mi? – spytała Guld. – Może udałoby się znowu urządzić spotkanie Wojowniczek Nocy? Może Nana zgodziłaby się pokazać Truggena innym, może mogłaby za niego zaświadczyć? Chciałabym ją o to prosić.
- Mogę pokazać ci moje wspomnienia o umyśle najstarszej – zgodziła się Cedra. – Możesz spróbować się z nią skontaktować, ale... Widzisz... Ona od dawna milczy. Krótko się u niej uczyłam. Owszem, marzyło mi się zostanie kimś tak ważnym i potężnym, jak ona, ale chciałam też mieć czas dla Bluszcza. Dżana przykładała się bardziej. Gdybym ja była Naną, jej pozwoliłabym kontynuować naukę. – Guld nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Cedra jej to mówi. – Ale ona pewnego dnia powiedziała nam po prostu, że to nie ma sensu. Powiedziała, że może sprawy muszą się toczyć własnym torem, że być może nie można i nawet nie należy wszystkiego kontrolować. Powiedziała, że tego, co robiła, nikt jej nie nakazał. To był jej pomysł, jej inicjatywa. Niesłuszna, jak to wtedy oceniła. Od tamtej pory już nigdy nie udało mi się z nią porozumieć.
- Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej? – W głosie Guld brzmiał wyrzut.
- Byłaś dzieckiem. A teraz... Myślę, że albo najstarsza już nas nie obserwuje, albo doskonale wie o tym, co robisz z Truggen i nie zamierza w to ingerować tak zresztą, jak prawie zawsze w nic nie ingerowała.
- Ale Riaukowi pomagała – powiedziała Guld naiwnie.
- Przecież wiesz, że nawet ona sama tego do końca nie rozumiała. Może z wiekiem zaczęło jej się mieszać w głowie? – Cedra rozłożyła ręce. – Ja nie ogarniałam jej umysłu.
Przez chwilę obie milczały.
- Słuchaj, ale ty się tak angażujesz w sprawy Truggena, a przecież, on miał chyba o tobie zapomnieć? – przypomniała Cedra.
- Ale ja nie umiem zapomnieć o nim – przyznała się Guld.
- Kochasz go? – Słowa, które sama wypowiedziała, zaskoczyły starszą Wojowniczkę Nocy.
- To dobre pytanie, ja...
Garnek za plecami Cedry zaczął niebezpiecznie podskakiwać i tłuc się o kuchnie.
- Niech to! Zapomniałam o kawie! – krzyknęła. Chwyciła ścierkę i ściągnęła z ognia garnek, z którego woda zdążyła się już wygotować. Napełniła go ponownie. Zasyczał i zaczął dymić.
- Kocham go – powiedziała Guld. – Wiem, że nie powinnam, ale kocham go. Tłumaczyłam sobie, że czuję się za niego odpowiedzialna, że mi go żal. To wszystko prawda. Ale sądzę, że naprawdę go kocham, tak, jak kobieta może kochać mężczyznę, nie syna, czy brata.
Cedra ponownie umieściła garnek na ogniu i odwróciła się do Guld. Wciąż trzymała w ręce ścierkę, mocno zaciskając na niej palce.
- Jeśli naprawdę chcesz się z nim związać, będzie ci trudno – powiedziała. – Przemyśl to dobrze. Wasze życie będzie trwać wiecznie.
- To nie takie łatwe. – Guld uśmiechnęła się smutno. – Nie potępiasz mnie? – zapytała po chwili.
- Na razie nie mam powodu. Ja... Nie myślę tak, jak córka szefa. Róbcie, co chcecie. – Wzruszyła ramionami. – Nie zadajcie sobie jednak bólu. Jesteście tacy młodzi.

- Najstarsza, musisz wiedzieć, co mówię – szeptała Guld w środku nocy, w domu swoich rodziców i jednocześnie próbowała przekazać to w myślomowie. Mery spał. Las po Burzy była w Świecie Prawdziwym. Nie musiała się więc bać, że ktoś ją usłyszy. – Wierzę, że wciąż obserwujesz każdą z nas, słyszysz mnie więc teraz. Potrzebuję pomocy. Truggen jej potrzebuje. Wojowniczki Nocy nie powinny na niego polować. On nie jest zły. On jest taki kruchy i taki samotny. Taki samotny, jak każda z nas. Proszę cię, najstarsza, pomyśl o tym.
Nie było żadnej odpowiedzi.

Truggen stał przed bramą szkoły oparty o filar w nonszalanckiej pozie. Czekał, aż ze środka wypłynie fala młodych ludzi. Przed chwilą usłyszał dzwonek, wiedział więc, że nie będzie już czekał długo. Był ubrany podobnie jak Tatiana, gdy widzieli się poprzednim razem. Miał na sobie wąskie, sztywne, czarne spodnie, luźną, miękką, czarną bluzę, kurtkę z czarnej skóry i ciężkie, czarne buty. Na szczęście Guld nie kazała mu założyć niczego różowego.
- Czego znowu chcesz? – syknęła dziewczyna, odłączając się od rwącego potoku, który nagle szkoła wyrzygnęła na zewnątrz. Tryggen właściwie był przygotowany, że otoczy go ogromny gwar, ale kiedy już się to stało, poczuł się oszołomiony. W Świecie Prawdziwym ludzie żyli w niewyobrażalnie wielkich skupiskach. Nieraz zastanawiał się, jak mogli to znieść.
- Niczego. – Truggen zarzucił Tatianie rękę na ramiona. Przed chwilą Guld zasugerowała mu, że powinien to zrobić. – Pomyślałem sobie, że kiedy inni zobaczą cię z tak przystojnym facetem, jak ja, zaczną ci zazdrościć – powiedział szeptem.
Odejdź z nią spod szkoły – powiedziała Guld we wnętrzu jego głowy, poprowadził więc dziewczynę ku ulicy. O dziwo nie próbowała strząsnąć z siebie jego ręki.
- Przyjdę po ciebie parę razy – oznajmił. – To powinno wystarczyć. A ty możesz opowiadać o mnie, co tylko chcesz. Obdarz mnie tyloma zaletami, ile zdołasz wymyślić.
- Chyba już wam mówiłam, że powinniście znaleźć sobie inny sposób na życie – sarknęła Tatiana, gdy nikt już nie mógł ich usłyszeć.
- Nie możemy się tak łatwo poddawać. Duchy nam nie odpuszczą – oznajmił.
- Ale ja nie chcę cię bliżej poznać. – Tatiana zrzuciła jego rękę ze swojego ramienia.
Zatrzymał się. Położył jej dłonie na ramionach.
Tylko jej nie całuj – syknęła Guld we wnętrzu jago głowy. Zupełnie to zignorował.
- Boisz się mojej choroby. Rozumiem – zapewnił Tatianę. – Ale ponieważ nie jestem człowiekiem, mam z nią większe szanse.
- Znowu te wasze brednie...
- Posłuchaj – przerwał jej. – Teraz zniknę, tylko nie panikuj.
I faktycznie znikł.
Ale ja nie biorę aż tyle, żeby tak mi odbijało – przebiegło Tatianie przez głowę.

Znów siedział na ławce ubrany w srebrzystą zbroję. Chłopiec stał w pewnej odległości od niego, silnie ściskając w ręce niebieską łopatkę. Przyglądał mu się nieufnie.
- Czego chciała od ciebie tamta kobieta? – Na szczęście miał tyle odwagi, żeby o to zapytać.
- Chciała mi powiedzieć, że kiepski ze mnie rycerz.
Chłopiec nie mógł nie zauważyć, że był smutny.
- To znaczy, że nie zdołasz obronić mnie przed potworami?
Truggen otworzył usta, chciał powiedzieć, że będzie starał się ze wszystkich sił, ale niczego nie może obiecać.
- Zdoła – powiedziała złotowłosa kobieta w zwiewnej, białej sukni, która nagle zatrzymała się koło ławki. W śnie chłopca miała jasną skórę, ale Truggen rozpoznał Guld.
- A ty kim jesteś? – spytał malec.
- Księżniczką – na włosach Guld faktycznie lśnił przypominający koronę diadem – której on nie raz uratował życie. To mój najwierniejszy rycerz. Mogę cię zapewnić, że przy nim nie musisz się niczego bać.

- To, co powiedziałaś chłopcu, nie było prawdą – zaprotestował Truggen, gdy wrócili nad swoją rzekę.
- Oczywiście, że nie. – Guld roześmiała się. – To, co mówimy i pokazujemy ludziom, nie musi być prawdą. To ma po prostu działać. Pomóc im.
Truggen skinął głową. Ale skrzywił się przy tym. Nie podobało mu się jej podejście.
- Ślicznie się do mnie uśmiechnąłeś, kiedy nazwałam cię swoim rycerzem – powiedziała nagle, zupełnie go zaskakując.
- Chciałbym nim być. – Truggen zarumienił się lekko.
- My chyba powinniśmy przestać się ukrywać – wypaliła Guld.
Chłopak spojrzał na nią zaskoczony.
- Ale...
- To i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw.
- Że mnie uczysz?
- Nie. Że cię kocham.
- A kochasz?
- Przecież to ja cię pierwsza pocałowałam – przypomniała mu. – Nie zauważyłeś też, że byłam o ciebie zazdrosna, kiedy spotkałeś się z Tatianą?
- Niby tak – przyznał. – Ale... Kiedyś powiedziałaś, że to chore. – W jego głosie brzmiał wyrzut. – Zmieniłaś zdanie?
- Nie. – Potrząsnęła głową. – Widzisz... Teraz myślę, że zawsze cię kochałam, tak jak chyba ty mnie. Ale uważałam też, że nie powinnam. Dalej tak myślę, choć... My się przed tym nie obronimy. Nie zapomnimy o sobie i... Tak, jak to kiedyś mówiłeś, dla nas jest też mało innych rozwiązań. Powinniśmy być razem. I powinniśmy to ujawnić.
Chłopak głośno przełknął ślinę.
- Boisz się? – spytała.
- Pewnie, ale zawsze też miałem nadzieję, że to kiedyś powiesz.
- Jesteśmy szaleni.
- Głupi i niedojrzali – dodał. – Ale tacy jesteśmy.

Weszli do domu. Zatrzymali się tuż za progiem. Stali obok siebie. Trzymali się za ręce.
- Musimy wam coś powiedzieć – odezwał się Truggen. To było jednak wszystko. Więcej z siebie nie wydusił.
- A więc to jest Ned – powiedział Loravandil, uśmiechając się pod nosem.
- Co? – Zaskoczona Morel spojrzała na męża.
- Twierdził, że pomaga Nedowi wydobywać glinę, a tymczasem...
- Zaczęłam go uczyć, jak podążać drogą Wojowniczek Nocy – powiedziała Guld. – Jestem w stanie się nim zaopiekować, zapewnić mu bezpieczeństwo.
Przez moment wszyscy milczeli.
- A więc chcesz podążyć drogą Wojowniczek Nocy? – spytał Loravandil, patrząc na syna. Jego głos brzmiał spokojnie. Nie krytykował Truggena, był tylko ciekawy.
- Tak – powiedział chłopak. – Myślę, że... Nie. Nie jestem w tym dobry. Ale to jest coś...
Loravandil uśmiechnął się tym razem jaśniej.
- Jeśli ci się to podoba, to dobrze.
- Ale ty jesteś demonem. – Głos Morel był zimny. – Nie możesz...
- Tak, to jest dla niego ryzykowne i trudne – powiedziała Guld. – Ale nie niemożliwe. Przerabialiśmy już ten problem i...
- Nie kłóćcie się o to – przerwał im Truggen. – Jest coś ważniejszego, co musimy wam powiedzieć. Guld i ja zdecydowaliśmy, że będziemy razem, będziemy parą.
- Nie możecie! – Morel podniosła głos. – Takich rzeczy się nie robi!
- Ludzie boją się kazirodztwa, bo z takich związków często rodzą się chore dzieci – głos Truggena drżał. Po raz pierwszy w życiu przeciwstawił się matce. – Ale ja będę miał chore dzieci z każdą Wojowniczką Nocy. Wiecie o tym. Więc po prostu nie będę miał dzieci.
- Jesteś młody i nie wiesz jeszcze, co znaczą twoje słowa. Poza tym, to nie wszystko. – Morel była zła. – Nie rozumiecie. Świat jest złożoną całością. Może wam się wydawać, że wolno wam robić wszystko, co nie krzywdzi innych. Ale to nie tak. Istnieją zwyczaje i obyczaje, granice, których się nie przekracza. Ja zarządzam wioską. Daje ludziom rady, co powinni robić, jak żyć. I swoim postępowaniem powinnam dawać przykład. Oni na mnie patrzą. Oceniają mnie. Ciebie też. Jesteś moim synem. Ty też swoim życiem powinieneś dawać przykład. Możemy powiedzieć, jesteśmy demonami, co nas obchodzą normy śmiertelnych. Ale jeśli chcemy żyć wśród nich, jeśli chcemy mieć swoje miejsce w świecie, musimy trzymać się tych norm.
Truggen otworzył usta, ale nie zdążył niczego powiedzieć. Ubiegł go ojciec.
- Nie zgadzam się z tobą. To znaczy, to co powiedziałaś brzmi sensownie, ale nie wydaje mi się, żebyśmy powinni się tego ślepo trzymać. Popatrz. Od czego wszystko się zaczęło? Przed setkami lat, kobieta z Ludu Lasu pokochała Małego Człowieka. Dżana i Ferro nigdy nie powinni być razem, a na pewno nie powinni mieć dziecka. Ale urodził się Mery. Możesz powiedzieć, że to nic. Ale Mery był inny, niż wszyscy, był samotny. Spotkał jednak Las po Burzy. Oni też nigdy nie powinni mieć syna. Ale urodził się mój ojciec. Ja więc też nie powinienem się urodzić. A czy wioską powinien zarządzać demon? Twój ojciec ukrywał, kim jest. Ale ty nie. Pozwoliliśmy zamieszkać tu pół-ludziom, a pół-zwierzętom i tym, którzy nawet nie mają nazwy, choć w Dominium się na nich poluje. Co więcej, krzyżujemy się między rasami. Czy Dröm powinien się urodzić? Czy powinien urodzić się Truggen? A Mistral i Tika? Żyją ze sobą, choć obie są kobietami. Zgadzamy się na rzeczy, na które nie zgadza się nikt inny, nigdzie indziej. Zmieniamy świat. Zmieniamy go tak, żeby był lepszym miejscem dla istot, które nigdy nie powinny zaistnieć. Dlaczego mamy się zatrzymać? Naprawdę, dopóki nasze czyny nie krzywdzą, my nawet nie powinniśmy się zatrzymać.
Nikt się nie odezwał. Wszyscy patrzyli na Loravandila. Nie spodziewali się po nim takich słów.
- Jeśli naprawdę chcecie być ze sobą, powinniście być razem – dodał nadwrażliwy bard, mężczyzna, którego powszechnie uważano za pantoflarza i tchórza.
- Dziękuję – wyszeptała Guld.
- Życie nie jest tak proste, jak byście tego chcieli – powiedziała Morel. – A ty – zwróciła się do męża – jesteś naiwnym idealistą.
- Co byś nie mówiła, mamo, miłość może zmienić świat. – Kiedy Truggen odezwał się, jego głos brzmiał niepewnie, jakby wciąż był dzieckiem. – Guld sprawiła, że zdołałem wymówić swoje imię przy obcych.
- To cudownie. – Loravandil uśmiechnął się do syna. – Zawsze ci mówiłem, że naprawdę możesz je mieć.
Morel potrząsnęła tylko głową z dezaprobatą.

Truggen zatrzymał się przy ścianie stodoły. Nagle zabrakło mu odwagi, żeby iść dalej. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić, że miałby teraz pokazać się rodzicom Neda. Nie wiedzieć który raz w życiu żałował, że przyjaciel nie chciał nauczyć się myślomowy. Kiedy mu to przed laty zaproponował, ten rzucił gniewnie: „tylko spróbuj włazić mi do głowy, a cię obiję.” Na tym się skończyło. Truggen nigdy więcej nie ponowił tej propozycji.
Przez chwilę czekał, irracjonalnie licząc, że przyjaciel akurat teraz wyjdzie na podwórze. Zamiast niego pojawiła się jednak czarnowłosa kobieta. Truggen znał ją z widzenia. Podeszła do studni. Spuściła w dół wiadro. Chwilę po niej na podwórzu pojawił się jednak także Ned, wycierał dłonie o długi fartuch opinający jego pokaźny brzuch. Powoli podszedł do kobiety. Coś do niej powiedział. Przejął korbę przy studni. Ona wróciła do środka. Wtedy Truggen mógł wyjść z cienia stodoły.
- Hej! Masz czas? – rzucił.
Ned obrzucił go uważnym spojrzeniem, już chciał powiedzieć „nie”, ale powstrzymał go niezdrowy blask oczu Truggena.
- Muszę wstawić miski do pieca i mogę gdzieś iść – oznajmił.
- To poczekam.
Grubas zataszczył wiadro do środka. Kiedy wrócił, nie miał już na sobie fartucha.
- Rzeka, czy las? – spytał Truggen.
- Las.
- Ostatnio zawsze wybierasz las.
Ned wzruszył ramionami.
Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu. Truggen dawno przywykł do tego, jak przyjaciel wolno się porusza, ale dziś miał problem z utrzymaniem jego tempa. Energia aż go roznosiła. Chciał pędzić przed siebie.
- Chyba w końcu udało mi się pomóc komuś ze Świata Prawdziwego – oznajmił.
- We śnie?
- Tak. Byłem tam z Guld. Cieszyliśmy się sukcesem i w końcu powiedziała, że mnie kocha – wyrzucił z siebie Truggen.
- A ty? – Ned zaczynał dostawać zadyszki, choć nie wyszli jeszcze poza granice wsi.
- Co ja? Ja też ją przecież kocham. Będziemy ze sobą. Powiedzieliśmy już o tym moim rodzicom.
- I?
- Matka jest wściekła. Ale ojciec zrozumiał.
- No to zazdroszczę.
- A ty wciąż wzdychasz do tej kobiety co u was pracuje?
- Do najpiękniejszej kobiety w wiosce. Niezmiennie.
- To weź jej powiedz.
- Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. – Ned potrząsnął głową. – Na razie przynajmniej mogę z nią rozmawiać. A jak powiem, kto wie, co będzie. Poza tym, musiałbym się chyba spić, żeby mieć odwagę.
Znowu długo milczeli.
Dotarli do polany, na której ostatnio zawsze kończyły się ich spacery. Spocony Ned opadł ciężko na pień zwalonego drzewa. Zbiegiem czasu był coraz grubszy i coraz trudniej było mu się poruszać. Truggen usiadł obok niego. Od dawna martwił się o przyjaciela i kiedyś nawet próbował z nim o tym porozmawiać. Syn garncarza zbył go wtedy jakimiś frazesami, był wyraźnie zakłopotany. Nie wracali więc już do tego tematu.
- Zdajesz sobie sprawę, w co się pakujesz, wiążąc się z Guld? – wydyszał Ned spoglądając na Truggena.
- Kocham ją i jestem gotowy na wszystko, żeby tylko z nią być. Przecież wiesz, próbowaliśmy z tym walczyć.
- Słuchaj, kiedy gdzieś się pojawiam, wszyscy się na mnie gapią – powiedział Ned jakby bez związku. – Niektórzy się śmieją, inni chcą dawać rady. Ale nie jestem tak ciekawy, ani tak odrażający, żeby mówili o mnie, kiedy znikam z oczu. Na ciebie też teraz będą się gapić. I będą o tobie gadać, nawet gdy nie będą cię widzieć. Już zawsze tak będzie. Łamiesz tabu. Chcesz czegoś, co wszystkim, zupełnie wszystkim, wydaje się wstrętne.
- Guld nie jest aż tak blisko ze mną spokrewniona – zaprotestował Truggen.
- Nie o to chodzi. – Ned pokręcił głową. – Inni nie będą tego dokładnie analizować. Ani z kim możesz, a z kim nie możesz mieć dzieci. – Doskonale znał wszystkie argumenty Truggena. Nie raz już rozmawiali o kobietach. – Dla nich jesteście rodziną i to wystarczy, żebyście nie mogli być razem.
- A ty?
- Co ja?
- Co ty sam o tym myślisz?
Grubas wzruszył ramionami.
- Nic mi więcej nie powiesz? – spytał Truggen, chyba lekko zawiedziony, że ta rozmowa tak szybko się skończyła.
- A co tu gadać. Życzę ci szczęścia – powiedział Ned, po czym klepnął Treggena w plecy tak mocno, że ten mało nie spadł z pnia. – Szachownicy pewnie nie masz?
- No gdzie? - Truggen rozłożył ręce pokazując, że nic z sobą nie wziął.
- Ani noża – ciągnął dalej Ned. – Zostaje nam rzucanie szyszkami do celu, ale dziś wygram z tobą we wszystko. – Dźwignął się z pnia i zaczął rozglądać za amunicją.

Córka szefa siedziała na ganku. Był środek nocy. Kiedyś zapalała świece. Lubiła ich blask. Dziś jednak pozostało jej tylko światło gwiazd. Musiała pozostać sama w ciemności, ukryć swój ból przed światem.
Jeszcze pamiętała, jak w stroju myśliwego skradała się po lesie. Miała kilkanaście lat i bawiła się w zwiadowcę. Wypatrzyła białego wojownika i jego rodzinę. Była podniecona. Jej ojciec wierzył, że Riauk ocali ich wioskę. Oboje byli naiwni. Choć nie, tak nie mogła na to patrzeć. Gdyby Riauk nie stanął na ich drodze, musiałaby ukrywać, że jest demonem. Pewnie nigdy nie miałaby też męża. Ani syna.
Mąż. Na pozór bardzo dawno temu siedziała na ganku w blasku świec. Loravandil wyłonił się z mroku. Usiadł koło niej. Patrzył na nią z uwielbieniem. Nazywał ją Mroczną Gwiazdą. Był taki młody, taki naiwny. Bał się świata, a jednak wierzył, że może być szczęśliwy, że może zrealizować swoje marzenia. Kiedy jej o nich opowiadał, wierzyła w jego słowa. Wierzyła, że on może osiągnąć wszystko, co mu się zamarzy. Ale teraz...
Loravandil wciąż pozostał naiwny. Nie potrafiła tego zrozumieć. Dlaczego los go nie złamał? Miał przecież wędrować po Dominium, miał śpiewać swoje pieśni. Dla Truggena odroczył to w czasie o dziesiątki, a może i setki lat, o czas wciąż dla niej niewyobrażalny. A jednak nie czuł żalu i ciągle wierzył w cuda. Miał też tego drugiego, okaleczonego siebie w innej rzeczywistości. Nie tylko potrafił żyć ze świadomością swoich przewin, ale też spotykać się z tamtym sobą i go wspierać.
Marzyła, żeby także tej nocy przyszedł do niej ten piękny, młody idealista, żeby oplótł ją ramionami i pocieszył. Nie mógł jednak tego zrobić. Nie teraz. To on przecież stanowił jej problem, on sprawił jej ból. Nie potrafił zrozumieć, że piastowała ważne stanowisko. Nie potrafił zrozumieć, że nie wszystko było jej wolno.

Dopóki pracowali, było w porządku. Żartowali i śmiali się.
Truggen wybrał do budowy domu miejsce na uboczu, tak, żeby on i Guld nie rzucali się w oczy innym mieszkańcom wioski. To była jedyna rzecz, za którą matka mogła go pochwalić.
Do najcięższych prac, przy wycinaniu drzew i spasowaniu bali zatrudniono specjalistów, tak spośród śmiertelnych, jak i nie będących ludźmi mieszkańców wioski. Niektórzy sarkali, gdy dowiedzieli się, komu stawiają chatę.
- Młodym to się teraz w głowach przewraca. Za łatwe mają życie – powiedział ktoś.
- Obrażają swoim zachowaniem bogów. Wszyscy będziemy mieć przez nich problemy – dodał ktoś inny i splunął.
Ale tylko dwóch cieśli odrzuciło propozycję pracy, oznajmiając, że sami do czegoś takiego ręki nie przyłożą.
W lżejszych robotach majstrom pomogli wszyscy spokrewnienie z Truggenem mężczyźni, znajdujący się akurat w wiosce i sam przyszły gospodarz chaty, choć o stolarce miał marne pojęcie. Jednak, mimo ogólnie panującego zwyczaju, z poza rodziny przyszedł tylko gruby syn garncarza. Kobiety donosiły strawę. A gdy strudzeni robotnicy siadali, żeby się posilić, Loravandil brał cytrę i umilał im odpoczynek muzyką. Grał proste, skoczne melodie, które sam ułożył na wzór przyśpiewek popularnych wśród wieśniaków. Jego piosenki łatwo wpadały w ucho, tak, że nie jeden z robotników podchwycił słowa i śpiewał razem z nimi czasem pod nosem, czasem drąc się na całe gardło.

Tańczcie, tańczcie
wszyscy w kręgu.
Noc ustanie.

Wszyscy w kręgu,
już nie będzie
złego lęku.

Tańczcie, tańczcie
razem w koło.
Jutro będzie znów wesoło.

Z reguły, przy budowie domów, wieczorami naprawdę tańczono. Zwyczaj ten przynieśli z Dominium śmiertelni, którzy potrafili do maksimum wykorzystać swoje krótkie życia. Tym razem zabrakło im jednak werwy. Może myśl, że przykładają rękę do czegoś, co nie powinno się zdarzyć, odbierała siły i chęć do zabawy. A może uczucie odrzucenia i osamotnienia, bo przecież na placu budowy powinno być ich zacznie więcej.
Morel była blada i wydawała się myślami zupełnie nieobecna. Nikomu też niczego nie tłumaczyła, nie próbowała usprawiedliwić decyzji syna. A jednak uczestnicząc w budowie chaty, dawała ciche przyzwolenie na jego związek z praciotką.

Póki chata nie została skończona, Truggen sypiał jeszcze w domu rodziców, a Guld spędzała noce u Riauka. Gdy jednak prace dobiegły końca, gdy w stajence przy domu stanęła klacz Truggena, a we wnętrzu chaty oprócz kaflowego pieca znalazły swoje miejsca łóżko, stół i ławy, a nowi lokatorzy przenieśli tam swoje rzeczy, nadeszła pora, by zostali nocą sami.
Położyli się do łóżka razem, tak jak od lat robili to Riauk i Teena. Truggen wtulił się w Guld. Może marzyło mu się coś więcej, ale był zbyt zmęczony. Zasnął praktycznie natychmiast. Guld słuchała jego oddechu. Był nierówny i chrapliwy. Sięgnęła więc do mocy. Oczyściła Truggenowi drogi oddechowe, by przynieść mu ulgę. Potem przyjrzała się w jakim stanie był jego układ pokarmowy. Nic więcej nie pozostało jej do zrobienia. Sama też mogła zamknąć oczy i odpocząć. Nie umiała jednak odciąć się od napływających do głowy myśli.
Co ja robię? – zapytała samą siebie. Ja i Truggen nie powinniśmy być razem. A do tego wzięłam na siebie zbyt wielką odpowiedzialność. Jestem taka młoda. On jest taki młody. Co my wiemy o życiu?
Wyplątała się z ramion Truggena. Chłopak coś zamamrotał, ale się nie obudził. Wyszła na dwór i usiadła na progu. Skuliła się w sobie, oparła przedramionami o uda. Kiedy powiedziała rodzicom, co planuje zrobić, nie krzyczeli na nią, ani jej tego nie odradzali.
- Mam tylko nadzieję, że podołasz temu, co na siebie bierzesz – powiedziała matka, a jej twarz ściągnął skurcz bólu.
Ojciec milczał. Tylko na nią patrzył oczami, które widziały już niejedno.
Ona fuknęła gniewnie, zupełnie jak jej brat. Nie zrozumiała, a może nie chciała zrozumieć, o co rodzicom chodziło. Nie, ona wiedziała to dobrze, a tylko sama przed sobą nie chciała się do tego przyznać. Czytała rodzinną kronikę. Tych dwoje sporo wiedziało o odpowiedzialności i bólu. Byli w końcu też rodzicami Riauka.
Szloch wstrząsnął nagle jej piersią. Ból ścisnął za serce. Skuliła się jeszcze bardziej, wciskając głowę między kolana.
Co ja zrobiłam? Kim jestem? Dokąd zmierzam?
- Nie płacz. – Truggen podszedł do niej z tyłu, cicho jak kot. Przykucnął. Objął ją. Oparł brodę na jej ramieniu. Pocałował w szyję. – Nie płacz. Jestem z tobą. Wszystko będzie dobrze.
Nie mógł powiedzieć nic głupszego. Przecież właśnie dlatego, że był z nią, płakała. Nie mogła mu tego jednak powiedzieć. Żeby powstrzymać szloch, ugryzła się w rękę. Truggen kołysał ją lekko w ramionach. Nic już nie mówił. Może rozumiał więcej, niż jej się wydawało.

09.06.2011 – Płońsk

C.D.N. Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...