Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
"Riauk"




25. - Wyrzeczenia


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Było ich kilkudziesięciu. Mieli szybkie konie. Na lufy karabinów założyli bagnety. Wydawało im się, że nikt ich nie zatrzyma. Chcieli gnać poprzez światy, mordować ludzi, przejmować ich ziemię, rozprzestrzeniać się. Chcieli być wolni.
Wypadli z przejścia między światami w sercu wsi. Na co dzień nikt nie pamiętał o tym przejściu, choć było oznaczone dwoma wkopanymi w ziemię i pomalowanymi na czerwono słupami. Dla młodego pokolenia mieszkańców wioski grube, drewniane słupy były zresztą tylko częścią starych opowieści, nie mającą nic wspólnego z ich życiem. Od dziesiątków lat nikt z tego przejścia nie korzystał.
Zaskoczenie działało na korzyść najeźdźców. Wierzyli, że pierwszą wioskę zajmą bez większych problemów. Mieli wypaść na ciągnące się ku południu pustkowie, rozdzielić się tam i natrzeć jednocześnie z dwóch stron.
Nagle drogę zastąpił im wysoki, szczupły mężczyzna. Przed chwilą jeszcze go tam nie było, ale teraz był. Wiatr szarpał jego długie, rude włosy zebrane w luźny kucyk. U pasa miał długi miecz. Nie dobył go jednak. Rozłożył tylko szeroko ramiona, jakby chciał zagrodzić im drogę. Nie wstrzymali jednak koni. Dlaczego mieliby to zrobić? Mężczyzna był sam. Nie mógł ich powstrzymać. Mieli rozgnieść go na miazgę kopytami swoich wierzchowców.
Za plecami mężczyzny jakby znikąd pojawiło się dwoje wojowników. Drobny mężczyzna i wysoka kobieta o szerokich ramionach. Może zaskoczyli i zadziwili jeźdźców swoim niespodziewanym przybyciem, ale nie wzbudzili w nich lęku. Mgnienie oka później pojawiło się dwóch kolejnych mężczyzn. Ci byli masywni i szerocy w barach, jeden blondyn, drugi rudy. Po nich zjawiły się dwie kobiety w zwiewnych sukienkach i bez broni. Potem jeszcze dwóch mężczyzn i dwie kobiety, jedna z nich zjawiskowo piękna o blond włosach i ciemnej skórze. Wciąż było ich zbyt mało, by mogli zatrzymać najeźdźców. Wydawali się dziecinnie naiwni w swojej wierze, że zdziałają coś gołymi rękami. Nawet ci, którzy mieli broń, nie sięgnęli po nią. Najeźdźcy nie wstrzymali więc koni. Pędzili.
Rudowłosy mężczyzna niewzruszony stał z rozpostartymi ramionami. Nie nabili go jednak na bagnety. Nagle pierwsze rzędy jeźdźców zwaliły się na ziemię. Ich krew obryzgała jadących za nimi towarzyszy. Rozpędzone zwierzęta minęły rudowłosego mężczyznę, który nadal nie sięgnął po miecz.
Z głębi wsi nadbiegli z krzykiem ludzie. Niektórzy mieli miecze, większość dzierżyła kosy i cepy. Z pomiędzy domostw ktoś szył z łuku. Pochód chwały, jaki jeźdźcy sobie zaplanowali przerodził się w krwawą rzeź. Ci którzy wyszli z niej cało i zdołali wycofać się do swojego świata, nie potrafili potem powiedzieć, co dokładnie się wydarzyło. Było ich wielu. Mieli broń palną, a jednak zwycięstwo w tym starciu miało należeć do wieśniaków ze Świata zza Morza Ognia i Krwi. Stare opowieści musiały mówić prawdę, a zwiadowcy nie przyłożyli się do swojej pracy. Te ziemie zamieszkiwali straszni ludzie, nawet jeśli na pozór wyglądali na zwykłych prostaków.

- Czy ktoś wie, co się tu stało? – spytał Riauk.
- Raczej wszyscy dysponujemy taką samą wiedzą – odparł Loravandil. Wciąż miał na ubraniu plamy krwi.
W starciu nikt nie zginął, wiele osób odniosło jednak rany. Ci, którzy władali mocą, mieli dużo do zrobienia, zanim mogli zastanowić się, co i dlaczego się wydarzyło. Jeszcze przed chwilą uzdrawiali poszkodowanych. Teraz zebrali się w domu córki szefa, żeby przedyskutować, co robić dalej. Uprzątnięcie zwłok najeźdźców i wyłapanie ich koni pozostawili tym, którzy mniej wiedzieli o istocie światów.
- Jeźdźcy przybyli ze Świata Dyktującego. Czego chcieli, moglibyśmy dowiedzieć się tylko od nich.
- Ale ty wiedziałeś, że uderzą. – Czerwone oczy Riauka przypatrywały mu się uważnie, skóra wokół nich napięła się zdradzając skupienie. Białowłosy wojownik czegoś nie potrafił zrozumieć.
- Nie. – Loravandil potrząsnął głową. – Gdybym wiedział, przygotowałbym was na to.
- Jak więc udało ci się zorientować tak szybko?
Na twarzy rudowłosego mężczyzny na moment zagościł uśmiech.
- Nauczyłem się badać umysłem przestrzeń wioski - powiedział. Ćwicząc z Truggenem sam także wciąż się uczył. Poznał w okolicy strukturę każdego budynku i rośliny. Czuł kiedy cieliły się krowy i kiedy pojawiali się obcy. – Bycie mężem kobiety, która rządzi okolicą do czegoś zobowiązuje – dodał.
- Więc, gdyby zaatakowali znowu, zdążysz nas w porę ostrzec? – O to zapytał Ferro patrząc z uznaniem na swojego najmłodszego brata.
- Tak – przyznał Loravandil.
- Można więc powiedzieć, że nie grozi nam większe niebezpieczeństwo.
- Nie – zaprotestował Riauk gwałtownie. – Następnym razem może być ich więcej. Mogą mieć lepszą broń. A nawet jeśli nie… Mamy ich znowu powyrzynać? To ludzie. Musimy to rozwiązać jakoś inaczej.
- Dokładnie – przyznał Loravandil. – Poza tym, teraz też coś musiałem przegapić. Jeśli się nad tym zastanowić, wydaje mi się, że ostatnio czułem w okolicy więcej obcych, niż zwykle. Nie skojarzyłem tego jednak z niebezpieczeństwem. Pojawiają się tu przecież kupcy i poszukiwacze przygód. Nie mogę i nie powinienem śledzić wszystkich ludzi w tej okolicy.
- A może jednak powinieneś. – Głos Virgida był zimny. – Dlaczego nikt nie wiedział, co potrafisz?
- Morel wiedziała – zaprotestował Loravandil. – Zresztą, każdy z tu obecnych może się tego nauczyć.
- Czy przejście między światami można zablokować? – spytała córka szefa, przerywając nie prowadzący do nikąd spór.
- Nie sądzę – powiedziała Tika.
- Skoro kiedyś zostało stworzone, zapewne można je zniszczyć – stwierdził Truggen.
- I wy powinniście wiedzieć jak – zauważył kwaśno Virgid, najstarszy spośród Ludzi Lasu.
- Ale nie wiemy – burknęła córka szefa.
- A gdyby po prostu zbudować mur? – zaproponował Dröm, który od jakiegoś czasu znowu mieszkał w rodzinnej wiosce.
- Najpierw kilka koni skręci sobie o niego kark, a ich jeźdźcy zagubią się na Międzybagnie. Potem znajdą sposób, żeby go rozbić. Pod względem technologii potrafią więcej, niż my – zauważył Riauk.
- Więc może i my powinniśmy zacząć się uczyć? – spytał kwaśno Virgid. Przemawiała przez niego gorycz. To nie była przecież prawda, że niczego się nie uczyli. Wojowniczki Nocy podróżując między światami zdobywały wiedzę, poznawały nowe przedmioty i technologie, które potem próbowali zastosować w wiosce. Powstał więc u nich młyn wodny, jakiego nie powstydzono by się w Dominium, a także system kanałów nawadniających pola. Najbardziej jednak niezwykła była kosiarka konna Riauka. Jego ojciec, Mery, sprezentował mu pochodzące ze Świata Prawdziwego rysunki, według których Riauk ją zbudował. Prosił zresztą Virgida, żeby wykonał dla niego całą masę metalowych elementów, z których miała się składać kosiarka. Teraz jednak najstarszy spośród Ludzi Lasu był zbyt zdenerwowany, żeby o tym pamiętać.
- Nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś się uczył.
- Co proponujesz? – Córka szefa patrzyła na Riauka.
- Dokładnie się przygotować. Ktoś z nas powinien udać się do Jedynego Miasta, poinformować króla o zagrożeniu. Ja wyruszę do Świata Dyktującego. Przydałoby mi się kilku towarzyszy. Może uda nam się tam z kimś porozumieć, albo w najgorszym wypadku pojmać jeńców i potem coś z nich wycisnąć.
- Ty będziesz dowodził tą grupą? – Virgid znowu miał wątpliwości.
- Tak.
- Dlaczego akurat ty?
Czerwone oczy uderzyły w Virgida, ale Riauk nic nie powiedział. Był zbyt zaskoczony.
- Mamy za dużo kłopotów, żeby teraz dyskutować o takich sprawach – powiedziała córka szefa. – Ale mnie wydaje się to oczywiste. Mój ojciec prosił Riauka, żeby opiekował się ludźmi z jego wioski i on to robi.
- A może powinniście pomyśleć, że w tej wiosce są osoby rozważniejsze i o większym życiowym doświadczeniu. – Virgid wciąż był niezadowolony. – Może powinniście w końcu zauważyć, że macie tu też nas.
Kiedy poznał dziwaków mieszkających na pograniczu Świata zza Morza Ognia i Krwi bardzo mu się podobali. Byli nieśmiertelni i niektórzy już niemłodzi, a mimo to nie wydawali się zmęczeni życiem, działali, z nadzieją patrzyli w przyszłość. To dlatego zdecydował się namówić swoich pobratymców, by przenieśli się w te strony. Nie wszystko odbyło się jednak, jak tego chciał. Większość Ludzi Lasu nawet w nowym miejscu nie potrafiła otrząsnąć się z marazmu. A jemu i przywodzącemu ich ludowi Stigowi zaczynało przeszkadzać, że miejscowi nic sobie nie robą z ich wieku, doświadczenia i zajmowanych dotąd pozycji. Stiga nawet na tym spotkaniu nie było, a on znalazł się na nim tylko dlatego, że dzielił życie z córką Riauka.
Tak widział to sam Virgid, nie taka była jednak prawda. Istoty, które zebrały się, by dyskutować co robić, spotkały się dlatego, że czuły się odpowiedzialne za zapewnienie bezpieczeństwa wiosce i jej mieszkańcom. Nikt z nikim się nie umawiał. Nikt nikogo do tego grona nie zapraszam, ani z niego nie wykluczał.
- Daj spokój – rzuciła Dżana. – Co cię dzisiaj ugryzło? – Nie chciała, żeby ten, którego kochała wchodził w spór z jej ojcem, zwłaszcza, że ojciec nieraz mówił więcej, niż powinien.
- To nie jest sprawa na teraz. – Głos córki szefa był zimny i rzeczowy. – Poza tym, to wy sprowadziliście się do naszej wioski. – Wyraźnie zaakcentowała słowo naszej.
- A może moglibyśmy spróbować czegoś mniej niebezpiecznego. – Ten pomysł wysunął Truggen. – Może moglibyśmy poszukać Milczącego Księcia i od niego dowiedzieć się, co się tu dzieje i co możemy z tym zrobić.
- Kit ci o nim opowiadał? – spytał Riauk
- Tak.
- To powinieneś pamiętać, że nikt nigdy nie wie gdzie jest Książe. Może szukalibyśmy go kilka dni, a może całe lata. Przypominam, że w Świecie Dyktującym czas płynie szybciej, niż w naszym. Poza tym, nie powinniśmy odsyłać z wioski nikogo, kto może skutecznie walczyć w jej obronie.
- Ale można by wysłać kogoś, kto nie na wiele przyda się w walce.
- Czyli?
- Mnie.
- To nie jest pora, żebyś znowu się nad sobą użalał! – Riauk podniósł głos. – Poza tym powinieneś wiedzieć, że taka wyprawa jest dla ciebie zbyt niebezpieczna.
Młodzieniec nic nie powiedział, spuścił tylko głowę. Kosmyki czarnych włosów wysuwające się z kucyka spadły mu na twarz.
- Kogo wyślemy do Jedynego Miasta? I ile osób zabierzesz z sobą na wyprawę? – Córka szefa pozostała spokojna i rzeczowa.
- Do jedynego Masta pojedzie Teena – zdecydował Riauk. Rudowłosa kobieta nie zaprotestowała. Gdyby zapytała, czemu ona ma to zrobić, zapewne powiedziałby, że najmniej wprawnie z nich włada mocą. To już nie była jednak prawda. Wiedziała, że Riauk odsuwał ją od bezpośredniej walki, żeby ją chronić. Była też pewna, że nigdy by się do tego przyznał. – A ja zabiorę z sobą czterech-pięciu chętnych. Kto jedzie?
- Tak się nie dowodzi – zauważył Virgid, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
- Ja pojadę – pierwszy zgłosił się Ferro.
- I ja – odezwał się Dröm.
- Jadę – powiedział także Bluszcz.
- Dobrze, w czwórkę też sobie poradzimy – stwierdził Riauk. Nie chciał na nikogo naciskać. Choć dziś Loravandil jako pierwszy stanął do walki, to jednak nie odnajdywał się w roli wojownika. On był bardem, poetą.
Truggen uniósł głowę.
- A ja? – spytał niepewnie. – Czy ja mógłbym jechać z wami?

Nie poczynili szczególnych przygotowań do wyprawy. Co oczywiście nie mogło spodobać się Virgidowi. Po prostu osiodłali konie. Riauk uważał, że muszą się śpieszyć. Nie było więc też wylewnych pożegnań. Kobiety życzyły swoim mężczyzną szczęścia obejmując ich na moment lub pośpiesznie całując. Dröm był sam. Jego mogła pożegnać tylko matka.
- Uważaj na siebie – powiedziała cicho, próbując przytulić do piersi jego głowę, choć był od niej wyższy. – Nie rób głupstw i wróć do nas cały. – Wypowiadając te słowa miała w oczach łzy. Martwiła się, że syn może zbytnio szarżować, nie troszcząc się o własne życie. Miała wrażenie, że wciąż nie doszedł do siebie, po tym, co przeżył w ciągu ostatnich lat, że wciąż nie był sobą.
Jakiś czas spędził z Wojowniczką Nocy Leillą w odległym, obcym świecie. Został ojcem dwóch synów. Kiedy wrócił, niewiele jednak o nich mówił. Nikt nie wiedział, czy się z nimi widywał. Nigdy w każdym razie nie przedstawił ich rodzinie.
- Nie miałem szczęścia. – Tyle tylko usłyszeli jego rodzice. – Takie życie, jakie tam wiodłem, nie jest dla mnie.
Jego wujeczni bracia Rolf i Ringulf, którzy także związali się z Wojowniczkami Nocy, przyjaciółkami Leilli, nigdy nie komentowali tego co przeżył, ani wyborów, których dokonał. Sami zresztą rzadko pokazywali się na spotkaniach rodzinnych, a ich towarzyszki życia zjawiły się w wiosce na pograniczu Świata zza Morza Ognia i Krwi tylko dwa razy.

- Myślisz, że on sobie poradzi? – spytała Teena, przyglądając się jak Riauk siodłał konia. Sama zamierzała wyruszyć do Jedynego Miasta, gdy tylko jego wyprawi w drogę. Pytanie, które zadała, nie miało sensu. Niezależnie od tego, czy ogier naprawdę był godny zaufania, czy też nie, Riauk po prostu chciał mu ufać. A jej nie było wolno ubrać w słowa swoich prawdziwych lęków.
- Szczur? – zdziwił się teraz. – Oczywiście.
Jego poprzedni wierzchowiec Cień żył bardzo długo, choć pod koniec swoich dni przemieniony w szkapę o sterczących kościach był w stanie poruszać się tylko stępa. Przez jego grzbiet przewinęły się wszystkie dzieci i wnuki Riauka, choć ostatnią osobą, którą naprawdę nauczył jazdy konnej, była Guld. Jeszcze, gdy miała kilkanaście lat, dosiadała go na oklep wyruszając na spacery wokół wioski. Po śmierci Cienia, przez jakiś czas Riauk nie miał wierzchowca. Teena czuła się nieswojo sprzątając stajnię, w której stało tylko jedno zwierzę – zimnokrwisty jasnogniady Gilbert następca Gucia, następcy Maćka. Konia roboczego musieli posiadać.
- Wchodzenie do pustej stajni jest jak patrzenie na okaleczone ciało – powiedziała kiedyś.
Riauk nie skomentował tego.
- Ty też nie możesz się już zdobyć, żeby kupić następnego – powiedział Mery, kiedy wpadł do nich z wizytą.
Wtedy po raz pierwszy wydał się Teenie stary. Tak naprawdę był niewiele starszy od niej, a jednak jego oczy przygasły.
Riauk i tym razem nic nie powiedział. A potem pewnego dnia znikł. Przekazał jej w myślomowie, że wróci za dwa dni. Wrócił za trzy dosiadając wielkiego, kościstego konia. Nie dało się ukryć, że jego myszaty wierzchowiec był zwierzęciem szlachetnej rasy. Od dawna jednak musiał jeść znacznie mniej, niż powinien.
- Czemu nie było cię tak długo? – spytała Teena tylko.
- Mieliśmy pewne problemy po drodze – odpowiedział ze śmiechem zeskakując z konia. – Za słabo go spętałem i mi czmychnął. Poganialiśmy się trochę po Pustkowiu. On jeszcze nie wie, że teraz będzie mu lepiej.
Teena nie skomentowała tego.
- Jak go nazwałeś? – spytała.
- Szczur.
- Dlaczego?
- Bo się szczurzy. – Riauk wyciągnął rękę w stronę pyska konia. Ogier nie pozwolił mu się dotknąć. Cofnął głowę i wyszczerzył zęby. Położył po sobie uszy mocno przyciskając je do czaszki, co sprawiło, że jego głowa faktycznie upodobniła się do pyska gigantycznego szczura.
- To nie jest dobre imię.
- Już za późno, żeby to zmienić – stwierdził Riauk i poklepał ogiera po szyi. – Już dobrze, mały – powiedział do niego, a na użytek Teeny dodał. – On już wie, że jest Szczurem.
Teraz wielki koń bez protestów pozwalał dotykać się Riaukowi, ale tylko jemu. Kiedy Teena widziała, jak białowłosy mężczyzna pieści chrapy ogromnego konia w jej sercu rodziło się ciepło. Ciągle nosiła w sobie wspomnienia o swoim wierzchowcu z przed lat. To, że narowisty Arkus od dawna nie żył, już nie bolało. Sam fakt, że kiedyś istniał ogrzewał jej serce.
Żywiła gorącą nadzieję, że wspólna droga Riauka i Szczura nie okaże się bardzo krótka.

- Nie zrób niczego głupiego – powiedział Loravandil zaciskając palce lewej dłoni na ramieniu syna. Ten uścisk zmroził Truggena. Podejrzewał, że w tym samym momencie, w innej rzeczywistości, inny Loravandil zaciska na ramieniu syna metalową dłoń ukrytą w skórzanej rękawiczce. Od bardzo dawna znał historię, jak tamten Loravandil stracił kończyny. Teoretycznie wiedział, jaką cenę płaci się za błędy. Uświadamiał sobie, że ojciec wie, co mówi, kiedy go ostrzega. A mimo to, chciał zrobić coś, co mogło się dla niego źle skończyć.
Skinął głową. Nic nie powiedział. Nie umiał okłamać ojca, ale nie zamierzał też zrezygnować ze swojego planu.

- Co by się nie działo, nie wstrzymujcie koni – ostrzegł wszystkich Riauk, choć zupełnie nie było to potrzebne. – Ruszamy galopem.
Konie z łatwością pokonały przejście między światami. Otoczył ich chłód i mrok Międzybagna. Nagła zmiana krajobrazu oszołomiła Truggena. Do końca nie był pewny, czy starczy mu odwagi na to, co zaplanował.
Kiedy tylko znalazł się na grzbiecie Szyszki, zanim jeszcze sformowali szyk i pognali w stronę przejścia między światami, czuł już jak drżą mu mięśnie nóg, co zdarzało się, gdy był bardzo zestresowany. Miał też zupełnie sucho w ustach, a serce zdawało się ciążyć mu w piersi.
Guld znała jego myśli i emocje. Nie wyszła na drogę, żeby go pożegnać.
- Nie zrobisz tego. Nie zgadzam się – powiedziała wcześniej.
- Wrócę w chwale – zapewnił ją. Z trudem przyszło mu opanowanie drżenia głosu.
Ona więcej się nie odezwała.
W ostatniej chwili, gdy niewiele już brakowało, żeby klacz przeskoczyła do Miejsce Gdzie Nie Istnieje Czas ściągnął wodze. Szyszka zatrzymała się. Tryggen i jego klacz stali się więźniami Międzybagna.
Czy to było to, czego chciał młody demon? Nie. On wybierał się na Magistralę. Mógł ją otworzyć także tu. Jeśli w ogóle mógł. Nie próbował tego od lat, od niefortunnej przygody, gdy zagubił się w obcym mu świecie. Choć nie, potem jeszcze kilka razy próbował, ale już nie zdołał. Może teraz też mu się nie uda. Może wydał na siebie wyrok.
Klacz nerwowo przestąpiła z nogi na nogę. Uniosła głowę i zarżała donośnie. Nie mogła zrozumieć, czemu jej pobratymcy, którzy jeszcze przed chwilą galopowali przy jej boku, nagle znikli. Zarżała raz jeszcze, z całych sił. Jej boki zadrgały. Nikt jednak nie odpowiedział na jej wołanie. Międzybagno pozostało ciche, zupełnie nie czułe na jej skargę.
Truggen pamiętał jak długie palce ojca bardziej nawykłe do strun cytry, niż do miecza, zacisnęły się na jego ramieniu.
- Nie zrób niczego głupiego – powiedział ojciec patrząc na niego przenikliwymi jasnozielonymi oczami.
Dlaczego nie mógł go posłuchać? Dlaczego musiał być takim upartym głupcem? Przede wszystkim był tchórzem, ale właśnie próbował coś z tym zrobić. Gdyby został w domu, zabrakłoby mu odwagi, żeby otworzyć Magistralę. Był przekonany, że to strach uniemożliwił mu otwarcie jej, gdy próbował po raz ostatni. Teraz nie miał wyboru. Teraz musiał to zrobić, jeśli nie chciał przez wieczność błąkać się po Międzybagnie.
Coś ty zrobił, głupku?
Gdzie jesteś?
Truggen, gdzie jesteś?
Odezwij się, Truggen.
Nagle zaatakowało go myślowe wołanie dziadka, wujów i wujecznego brata.
Szyszka znowu zarżała wysoko unosząc głowę. Przysiadła przy tym na zadzie. Truggen odruchowo poklepał ją po szyi. Nie odezwał się do niej. Nie mógł zebrać myśli.
Czy ci odebrało rozum?
Odezwij się.
Spróbujemy coś wymyślić.
Odezwij się.
Powiedz coś w końcu.
Odezwij się.
Nie jesteś ranny, więc możesz się odezwać.
Musimy współpracować, odezwij się.
Zapewne myśleli, że utknął na Międzybagnie i nie potrafi się stamtąd wydostać. Zdenerwowani mogli zapomnieć o Magistrali i że jako domen mógł bez trudu się na nią dostać. A przecież dziadek wiedział o niej coś niecoś.
Truggen przez moment poczuł się lepszy od innych. Nawet sam się do siebie uśmiechnął. Po chwili przypomniał sobie, że przecież wciąż nie wie, czy naprawdę nie utknął. Nie miał jednak jeszcze odwagi tego sprawdzić.
Odezwij się w końcu.
Odezwij się.
Postaraj się i się odezwij.
Odezwij się.
Ich myśli nie dawały mu spokoju. Nie pozwalały się skupić, ani podjąć żadnej decyzji. Jeśli chciał działać, musiał się od nich uwolnić. Najgorsze było to, że tamci mieli rację. Nie powinien ryzykować. Nie powinien przysparzać im zmartwień. Nie powinien, a jednak czuł, że dla niego nie było innej drogi.
Szyszka już nie rżała. Zaniepokojona wietrzyła jednak szeroko rozwartymi chrapami. Truggen wyraźnie słyszał jej oddech.
Odezwij się głupku!
Żyje. Wszystko ze mną dobrze – przekazał, ale nie dziadkowi, a Drömowi. – Nie martwcie się o mnie. Ruszam na poszukiwanie Milczącego Księcia.
Taki sam przekaz wysłał też do Guld. Potem zamknął umysł przed wszystkimi członkami rodziny, nawet przed nią. To co miał zrobić, musiał zrobić zupełnie sam. A w każdym razie bez nich.

Wyskoczyli z Miejsca Gdzie Nie Istnieje Czas. Nie było tego w planach, ale wcześniej się tam zatrzymali.
- Stać! – krzyknął Dröm. To on pierwszy zauważył, że Truggena z nimi nie ma.
- Stać! – powtórzył polecenie Riauk, wstrzymując rwącego w przód Szczura. Ogier bryknął prężąc grzbiet, ale zwolnił na tyle, żeby pozostać w Miejscu Gdzie Nie Istnieje Czas.
- Co jest? – spytał Ferro ostro.
Nikt mu nie odpowiedział, ale nie była to potrzebne. Przez chwilę, wszyscy na raz, zupełnie chaotycznie, próbowali dowiedzieć się co, a raczej dlaczego, stało się z Truggenem. Ich rodzinna kronika pełna była ostrzeżeń przed zagubieniem się na Międzybagnie, Riauka ostrzegał przed tym także ojciec, więc on sam później wszystkim powtarzał to ostrzeżenie, nie potrafił sobie jednak przypomnieć, żeby komukolwiek się to przytrafiła. Co ten dzieciak znowu wykombinował?
- Truggen się ze mną skontaktował – odezwał się w końcu Dröm. – Żyje i uważa, że jest w stanie wydostać się z Międzybagna. Wydaje mi się, że zgubił się tam specjalnie, że chciał nam nawiać.
- Głupek – rzucił Riauk tylko.
- Nie mógł zrobić tego normalniej? – burknął Ferro.
- Chyba nie… - Drömowi wydawało się, całkiem słusznie zresztą, że wie, czemu jego młodociany kuzyn postąpił właśnie w ten sposób.
- Nieważne. Róbmy swoje – zdecydował Riauk. – Nikt go za rękę prowadził nie będzie. A jeśli przeliczył swoje możliwości, zawsze zdążymy wymyślić, jak wyciągnąć go z Międzybagna. To mysi być wykonalne. A na razie, tam przynajmniej nic mu nie zagraża.
- Powiesz to w ten sposób Loravandilowi? – upewnił się Ferro.
- On zrozumie. Ustawcie się znowu ławą – zarządził Riauk.
- Oby – burknął Ferro.
Bluszcz jak zwykle milczał.
Sformowali szyk. Ruszyli galopem i przeskoczyli do Świata Dyktującego. Pod nogami koni rozpoczynała się droga. Wciąż tu była, choć od setek lat nikt nią nie wędrował. Na jej końcu znajdowało się morze. Riauk wiedział o tym, ale nie miało to dla niego znaczenia. Na horyzoncie majaczył malutki z tej odległości zamek Ich Wielmożności Poświęcenia, czerwona plamka na tle nieba.
- Stać! – nakazał ktoś zimnym głosem.
Wstrzymali konie. Szczur znowu nie chciał się zatrzymać. Hamując włożył głowę między nogi i oddał kilka baranich skoków. Riauk jednak odchylił się w tył i bez trudu utrzymał na grzbiecie ogiera. W chwilę później obrócił ogromne zwierzę. Inni zdołali zrobić to wcześniej.
Teraz bezkresne równiny znalazły się za ich placami. Przed sobą mieli bramę prowadzącą do ogrodzonego murem, ogromnego, szarego miasta.
- Rzućcie broń! – polecił mężczyzna mierząc do nich z broni palnej. Stał w budce strażniczej znajdującej się powyżej bramy, po jej lewej stronie. Wysoka balustrada zasłaniała mu nogi i pierś.
- Nie mamy broni! – Faktycznie nie mieli. Riauk uznał, że jeśli zdarzy się taka potrzeba, zawsze będą mogli walczyć mocą. Virgid oczywiście go za to skrytykował, ale Riauk tłumaczył sobie, że tym razem nie był to jeden z bezpodstawnych ataków, a po prostu najstarszy spośród Ludzi Lasu zapomniał o ich zdolnościach. - Przyszliśmy rozmawiać!
- Rzućcie broń!
- Nie mamy broni.
Riauk uniósł w górę lewą ręką, prawą wciąż trzymał wodze. Wykonał ten ruch chyba zbyt szybko, bo strażnik jednak nacisnął spust. Huk wstrząsnął światem. Szczur skoczył w bok. Mimo to Riauk zdołał zmienić w pył tak wystrzelony w jego stronę pocisk, jak i samą broń strażnika, wciąż też pewnie siedział na grzbiecie konia, wyprostowany i lekko odchylony w biodrach do tył. Teraz był w stanie to zrobić. Uczucie deja vu przyszło, gdy był już bezpieczny. Kiedyś na tej ziemi już do niego strzelano. Wtedy nie potrafił sam się obronić. Jego koń, piękny Kväl, osłonił go własną piersią, oddał za niego życie. Szalejący pod nim w tej chwili Szczur nie był jeszcze na to coś takiego gotowy. Ale może kiedyś, jeśli da mu się szansę, będzie. Przecież Kväla za życia też nie doceniał.
- Potwory! – darł się strażnik z wieżyczki.

Szyszka powolutku szła stępa przed siebie. Z trudem wyciągała kopyta z błota i niepewnie stawiała je z powrotem. To, że parła przed siebie, nie miało żadnego sensu, poza tym, że ruch ją uspokajał. Powolny stęp dobrze robił też Truggenowi. Pozwolił mu wyrównać oddech i zebrać myśli. Wciąż jeszcze nie podejmował prób otwarcia Magistrali. Najpierw chciał się czegoś dowiedzieć, a może po prostu odroczyć w czasie konfrontację ze strachem.
Jak odnaleźć Milczącego Księcia? – jego przekaz skierowany do Kita był prosty. Nie zawierał słów pozdrowienia. Zabrakło w nim też tonu prośby.
Spadaj.
Co? – Takiej odpowiedzi chłopak się nie spodziewał. Ale czego tak naprawdę oczekiwał, że od razu dostanie podane na tacy rozwiązanie, a potem wejdzie na Magistralę, porozmawia z Księciem i szybko wróci do domu? Chyba tak. – Ale my potrzebujemy pomocy!
My, czyli kto? Rodzina, która umiera ze strachu, bo dwudziestoletni mężczyzna, zamiast kończyć budowę domu i płodzić drugie dziecko, korzysta z faktu, że jest wieśniakiem nieśmiertelnym i w związku z tym może zachowywać się jak samolubny gówniarz?
Ja nie mam dzieci – zaprotestował Truggen. Potok myśli Kita tak go oszołomił, że nawet nie zapytał, skąd ten wiedział, co zaszło. Zawsze tak reagował na przemowy swojego byłego nauczyciela. Chyba dlatego wiele się od niego nie nauczył. Chciał też zauważył, że budowa jego chaty już dawno zastała zakończona. Tej myśli nie ubrał jednak w słowa. Nie zbudował jej własnymi rękami, więc może lepiej było o tym nie mówić.
Rodzina już wie, że żyję – przekazał w końcu Kitowi. – Musiałem zrobić coś na własną rękę, bo nie chcieli mnie słuchać. Myślę, że nie poradzą sobie z tym, co się dzieje bez… No właśnie nie wiem bez czego. Bez ingerencji nieznanej nam siły. Bez dodatkowej wiedzy. Dlatego chcę znaleźć Księcia.
I w związku z tym postanowiłeś rozpieprzyć plany innych, znikając w momencie zagrożenia i powodując, że zamiast na działaniu, musieli skupić się na tobie. Twój ojciec, dziad, pradziad i reszta rodziny nieraz zmagali się z siłami, które zdawały się być niepojęte i zwyciężali. Co każe ci sądzić, że tym razem będzie inaczej? Dlaczego nikomu innemu nie przyszedł do głowy Milczący Książe?
Truggen już po raz kolejny przypomniał sobie palce ojca zaciśnięte na jego ramieniu. Nie, nie zawsze zwyciężali. Ale to nie było coś, o czym chciał, czy umiał rozmawiać. Zresztą to, że Kit wspomniał o jego ojcu stanowiło raczej figurę retoryczną. Ojciec chyba nigdy nie stawał do walki z potężnymi przeciwnikami, co nie znaczyło, że nie był dzielniejszy i mądrzejszy od niego.
Nie wiem – odpowiedział tylko. – Może mam przeczucie. Matka mówiła, że jej ojciec je miewał. Może o tym wiesz, ty go chyba znałeś. – Chciał jeszcze coś dodać, ale poczuł, że nie powinien. – Nasza rozmowa nie ma sensu – stwierdził. – Może powiesz mi, jak szukać Księcia. Czym szybciej to zrobisz, tym szybciej wrócę do domu.
Przeczucie… Niech będzie. Zdarza się, że niedoświadczony umysł potrafi działać poza schematem, w który wpadli ci, którzy owo doświadczenie zdobyli. Ale co do szybkiego powrotu do domu, to kiedyś już tłumaczyłem twojemu dziadkowi, że to nie jest takie proste. Powiedz mi: co wiesz o Milczącym Księciu?
To prastara istota, która zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Ty dowiedziałeś się od niej, jak zabija się smoki.
Tak właśnie było. Jak myślisz, dlaczego nikt, kogo znasz, nie próbował już potem odnaleźć Księcia? Zastanów się dobrze nad odpowiedzią. Jesteś mądrym chłopakiem. Nie mów mi więc nic o wiedzy i umiejętnościach.
Dziadek jest zbyt zadufany w sobie – wypalił. To było to, czego nie chciał powiedzieć wcześniej. – Inni też zawsze wierzą, że on sobie ze wszystkim poradzi.
W Truggena uderzyła myślowa fala bez wyraźnych słów. Gdzieś tam Kit śmiał się długo i szczerze.
Twój dziadek jest jedną z najmniej pewnych siebie istot, jakie dane mi było poznać. Czasami, rzeczywiście robi coś głupiego, żeby udowodnić innym, że sam potrafi sobie radzić. I być może niektórzy wierzą w niego bezkrytycznie, ale nie wszyscy. Chociażby Mery i Virgid, którzy siłą rzeczy nigdy nie byli od niego zależni. A jednak nie rozmawiali z Milczącym Księciem. Rozczarowała mnie twoja odpowiedź. Spróbuj jeszcze raz.
Myśli chłopaka zakłębiły się. To co usłyszał zbyt go zaskoczyło, by mógł teraz trzeźwo myśleć. Jakoś nie chciał uwierzyć w to, co Kit mówił o jego dziadku. Ale Kit musiał wiedzieć lepiej, jak było. Znali się z Riaukiem od lat.
Nie mam pojęcia – stwierdził po dłuższej chwili. – Może tak naprawdę nigdy dotąd nie potrzebowali.
Czego nie potrzebowali? Łatwo dostępnego źródła informacji, które w prosty sposób wyjaśni im przyczynę każdego problemu?
Truggen znowu się gubił.
Jeśli samemu da się znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu, po co szukać odpowiedzi w innych światach – stwierdził. – Ale jeśli znowu nie wpadłem na to, na co powinienem, załóżmy, że nie znam odpowiedzi na twoje pytanie.
Postanowiłeś wziąć na siebie rozwiązanie problemu, który według ciebie przerasta twoją rodzinę, a w sprawie tak błahej, jak nasza dyskusja, poddajesz się po chwili i próbujesz zdać na mnie? Jeszcze raz właśnie powiedziałeś, że wszystkie problemy, jakie dotychczas was nękały, były na tyle drobne, że w mig sobie z nimi radziliście. Obaj wiem, że to nieprawda. Powiedziałem ci też, że twój dziadek nie jest na tyle zadufany, by odmówić oferowanej mu pomocy, jeśli w grę wchodzi życie bliskich mu osób. Ponadto są wśród was tacy, którzy sceptycznie podchodzą do jego zdolności. Co więc powstrzymuje wszystkich, włącznie ze mną, przed korzystaniem z cudownego środka, który kiedyś odkryłem?
W słowach Kita kryła się prawda, której Truggen nie potrafił uchwycić. Zaczynał jednak zdawać sobie sprawę, że za wszystko zabrał się inaczej, niż powinien. Jak zwykle zresztą. Zamiast jednak szukać właściwego rozwiązania, teraz zaczął w myślach użalać się nad sobą. Było to jego specjalnością. Coś jednak musiał odpowiedzieć Kitowi.
Kiedy szukałeś Księcia z jednej strony byłeś zdesperowany, z drugiej miałeś nieskończenie dużo czasu. To raczej rzadkie połączenie. Ja teraz nie mam czasu. I gdybym był jedynym obrońcą naszej wioski, nie mógłbym jej opuścić. Ale mogę, bo tam na nic się nie przydam. Taka jest prawda, niezależnie od tego co dziadek o tym myśli.
Tak, czasu miałem w bród. Odkryłem, jak dostać się do Milczącego Księcia. A przynajmniej, jak ja mogę się do niego dostać. Jak wtedy, dokładnie wtedy, mogłem to zrobić. Rozumiesz?
Chcesz mi powiedzieć, że sposób jest zawsze inny?
Myślałem, że wszystko to wiesz. Powinieneś to wiedzieć. Ale skoro zapomniałeś, przypomnę ci kilka oczywistości. Tak, za każdym razem sposób jest inny. Musisz sam z siebie poświęcić wiele, bez pewności, że ci się powiedzie, bez możliwości uzyskania łatwych wskazówek. A jeśli wreszcie staniesz przed obliczem Milczącego Księcia, zrozumiesz, że najtrudniejsze dopiero przed tobą. Książe zażąda zapłaty za udzieloną ci odpowiedź. Będziesz gotów na przykład oddać życie matki?
Znowu tego co usłyszał, było dla Truggena za dużo.
Jak dobra istota mogłaby zażądać takiej ceny?
Skąd mam wiedzieć? Może w celu zachowania równowagi? Może też Milczący Książe jest po prostu złośliwym draniem, w co jednak wątpię.
Czego zażądał od ciebie?
Wszystkiego, co posiadałem. Nie było tego wiele. Zazwyczaj nie przywiązuję wagi do materii. Ale wtedy była to dla mnie bardzo bolesna strata. Podejrzewam jednak, że w moim przypadku cena była naprawdę niewielka.
Wszystkiego? Chłopak z trudem przełknął ślinę.
Ale ja niczego nie mam – przebiegło mu przez głowę.
Dziękuję. – Kitowi przekazał tylko tyle.
Nie ma za co.
Truggen zagryzł wargi. Lekkie kołysanie w stępie było jedynym uczuciem, które na długo zawładnęło jego umysłem. Na jak długo? Nie wiedział. Nie miało to też żadnego znaczenia dopóki przebywał na Międzybagnie.
W końcu ściągnął wodze. Głęboko wciągnął w płuca powietrze. Szyszka zastrzygła uszami zaciekawiona. Zastanawiała się, co się za chwilę wydarzy. Truggen wziął wodze w lewą rękę, prawą wyciągnął przed siebie i wykonał gest, jakby chciał otworzyć nieistniejące drzwi.
Klacz przestąpiła z nogi na nogę. Chciała iść dalej. Nie chciała stać, jeśli to nie mogło odmienić jej losu, a chyba nie mogło, skoro nic się nie wydarzyło.
Truggen spróbował otworzyć Magistralę raz jeszcze, ale i tym razem mu się nie powiodło.
Klacz uskoczyła w bok i przysiadła na zadzie. Truggen pochylił się w przód mocniej ściągając wodze. Miało to jednak zupełnie przeciwne działanie, niż tego chciał. Klacz zakręciła się w koło. Tracąc równowagę oparł się dłonią o szyję Szyszki. Nie tylko ona była spięta i przerażona, on także. Czuł jak dygoczą mu nogi. Jeśli chciał przeżyć, musiał się uspokoić.
- Jeśli panuje się nad swoim ciałem, można ukryć przed koniem emocje – powiedział mu kiedyś dziadek. – One myślą, że jesteśmy od nich odważniejsi. I w sumie mają rację. Kiedy my się boimy, one wpadają w panikę.
- No tak – powiedział sam do siebie.
Klacz wzdrygnęła się słysząc jego drżący głos.
- Skoro demon się boi, jak ma nie bać się koń.
Wyprostował się. Usiadł głębiej w siodle. Spróbował rozluźnić mięśnie. Odetchnął głęboko. Raz jeszcze wyciągnął przed siebie rękę. Zwinął palce, a kiedy je rozwinął były pięcioma lśniącymi ostrzami. Znów zwinął i rozwinął palce. Teraz na ich końcach rozkwitły kwiaty. Po kolejnym ruchu z jego dłoni wyrastało pięć wijących się dżdżownic. Uśmiechnął się sam do siebie.
Klacz potrząsnęła grzywą i parsknęła.

Na wieżyczce strażniczej, za wysoką balustradą kuliło się kilku mężczyzn z głowami osłoniętymi przez hełmy.
- Nie jesteście ludźmi. – Głos tego, który przemawiał, lekko drżał.
- Oczywiście, że nie! Ale to nie ma znaczenia. – Riauk pewnie patrzył w górę. Już przywykł do tego, że nie musiał ocieniać oczu ręką, żeby cokolwiek zobaczyć w ciągu dnia. Od lat nie osłaniał też już twarzy kapturem.
- Ludzie nie mogą bez lęku chodzić po ziemi, po której teraz stąpają wasze konie. – Mężczyzna na wieżyczce strażniczej mówił dalej, jakby nie usłyszał słów, które padły. – Te konie boją się, bo to normalne zwierzęta. – Faktycznie, wierzchowce kręciły się nerwowo. Z szybko unoszących się boków odrywały się płaty piany. To jednak nie miejsce, w którym się znalazły, je przerażało, a powtarzające się salwy strzałów, mające zdmuchnąć z siodeł ich jeźdźców. Przynoszona na wieżyczkę broń, gdy tylko znalazła się powyżej balustrady, rozpadała się w pył. Nie zniechęcało to jednak mężczyzn przed sięganiem po kolejne egzemplarze. - Wy nie jesteście normalni. Tej ziemi nie boją się tylko czarownicy i demony. Myśleliśmy, że w Świecie Zewnętrznym, z którego przybywacie, są też normalni, słabi ludzie. Ale myliliśmy się. Tam wszyscy są potworami.
- I próbowaliście pozabijać tych słabych ludzi.
- Nie wpuścimy potworów za te mury. – Mężczyzna nie słuchał. - Odstąpcie. Może się was boimy, ale my też potrafimy niejedno. Odstąpcie, jeśli chcecie zachować życie.
- Jak do tej pory, nie udało się wam, nas nawet zranić – zauważył spokojnie Riauk. – Naprawdę jednak nie musicie się nas bać. Przyszliśmy rozmawiać, nie przelewać krew. Chcielibyśmy zobaczyć się z kimś, kto włada tym miastem.
- Nie ma takiej możliwości. Odstąpcie.

Przemierzał Magistralę wlokąc za sobą zdenerwowaną Szyszkę.
Trzecia próba dostania się na tę drogę między światami zakończyła się powodzeniem. Przez moment był niesamowicie z siebie dumny, tak, jakby już został bohaterem. Potem przyszło opamiętanie. Jak na razie uratował życie swoje i klaczy. Uratował życia, które wcześniej sam wystawił na niebezpieczeństwo.
Chwilę później przeklął się w duchu. Po co wpakował w swoją przygodę to nieszczęsne zwierze? Jakby klacz nie była głupia i jakby jej życie nie było krótkie i kruche, teraz żyła i czuła, a on nie zafundował jej niczego miłego.
Trochę myślał o tym, co usłyszał od Kita. Zastanawiał się, czego Milczący Książe mógłby od niego zażądać i wciąż dochodził do wniosku, że niczego nie posiada.
Czym było wszystko, co posiadał Kit? Nie zapytał o to. Czuł, że nie powinien. Wydawało mu się też, że ta informacja kryje się gdzieś w jego głowie. Czy nie było o tym mowy w rodzinnej kronice i w pieśniach jego ojca? Może było, ale on nigdy nie przykładał wagi do historii. Opowieści z przeszłości były najeżone bohaterskimi czynami jego przodków, o których nie chciał pamiętać. Gdyby jednak wiedział, czego wyrzekł się Kit, może pomogłoby mu się to przygotować na to, co czekało jego samego. Wciąż nie wierzył, że Milczący Książe mógłby zażądać od niego czyjegoś życia. Nie wierzył, żeby ten mógłby być zły.
Jakie miał jednak podstawy, żeby tak myśleć? Co wiedział o Księciu? Był istotą, która wyrzekła się swojego życia za cenę mądrości wszystkich światów i przemieniła się w posąg o żywych oczach. Czy zanim to się stało, Milczący Książe był człowiekiem? Chyba musiał być czymś potężniejszym. Demonem? Jeśli tak, mógł być nieobliczalny.
To było dziwne. Z jednej strony Truggen sam był demonem. Traktował to jako ułomność. Demonem był też Kit, o czym jakoś wszyscy zapominali. Z drugiej strony nauczono go bać się demonów i traktować je jako istoty nieprzewidywalne i bardzo niebezpieczne, jako swoich naturalnych wrogów. Dziadek wciąż tak postrzegał imperatora, mimo że regularnie się z nim spotykał na partię szachów.
O dziadku Truggen myślał więcej, niż o Milczącym Księciu. Kit powiedział, że Riauk jest jedną z najmniej pewnych siebie istot, jakie w życiu spotkał. A Kit musiał przecież spotkać wiele istot w niezliczonych światach, które znał. Czyżby więc, gdyby dziadek mówił „wiem co czujesz”, nie wygłaszał utartych sloganów nadętych dorosłych, a naprawdę wiedział?

Chyba będziemy musieli trochę posiedzieć pod tymi murami – zawyrokował Riauk w myślach. – Musimy więc odpoczywać. Teraz dwóch z nas zsiądzie z koni, spęta je, poszuka chrustu na ognisko, a potem chwilę się prześpi. Dwaj pozostali będą w tym czasie ich osłaniać. Potem zmiana.
Mężczyźni skinęli głowami.
Najpierw spać idziemy ja i Dröm.
Ja jeszcze nie muszę – zaprotestował młodzieniec. – Mogę odstąpić swoją kolej komuś innemu.
Ale ja muszę. – Myśli Riauka towarzyszyła fala gniewu. – Chcę też, żeby w każdej parze była osoba biegła w posługiwaniu się mocą. Bluszcz korzysta z niej na co dzień. Dlatego on będzie w parze z Ferro, który tego nie robi. Ja mam tysiące lat doświadczeń z nieistniejącej wieczności. Co z tobą, nie wiem. Nie chciałeś nam powiedzieć, czym się zajmowałeś przez ostatnie lata. A teraz chyba głównie włóczysz się i polujesz. Mam rację?
Dröm nie odpowiedział.
To do roboty – zarządził Riauk, zeskakując z siodła.
Na galeryjce nad murem pojawił się kolejny człowiek.
- Odstąpcie! – krzyknął.
- Jest nas tylko czterech i chyba nikomu nic się nie stanie, jeśli sobie tu posiedzimy – powiedział Bluszcz, gdy Riauk pochylił się, żeby spętać Szczura.
- Czego naprawdę chcecie?
- Chcemy porozmawiać z kimś, kto może wydawać wiążące was decyzje. Chcemy, żebyście więcej nie najeżdżali naszych ziem. – Głos Bluszcza był stanowczy i spokojny.
- Istnieje jednak spory problem z wprowadzeniem w życie waszych żądań – powiedział człowiek z galeryjki też dość spokojnie. – Jesteście zbyt niebezpieczni, by wpuścić was za mury. A my nie możemy obradować na ziemi poza nimi, bo jak już usłyszeliście, prawdziwych ludzi ta ziemia od siebie odpycha, przyprawia o szaleństwo.
- Możemy zaprosić was na nasze ziemie po drugiej stronie przejścia – zaproponował Bluszcz.
Riauk znieruchomiał z równym zaskoczeniem słuchając słów syna, co człowiek z galeryjki.
- I wciągnąć w pułapkę?
- Jeśli część z was zdecyduje się przekroczyć przejście między światami pojedziemy z wami. Jeden na przedzie, a reszta pomiędzy wami. Gdyby po drugiej stronie czekała jakakolwiek zasadzka, sami w nią wpadniemy.

Po kolei odwiedzał przeróżne światy, jakby wierzył, że w ten sposób zdoła odnaleźć Milczącego Księcia, choć tak naprawdę myślał, że wszystko, co robi, jest daremne. Do każdego ze światów tylko zaglądał, poznawał stok wzgórza, leśną polanę, czy brzeg jeziora. A przecież Milczący Książe mógł kryć się za każdą gęstwiną, czy skałą. Nie było szansy, żeby go odnalazł nie poświęcając na to tysięcy lat. Uświadomił to sobie już w czasie myślowej rozmowy z Kitem. Czuł jednak, że nie wolno mu się zatrzymać. Zaczął coś i powinien to zakończyć.
Umysł wciąż pozostawiał zamknięty przed rodziną. Wystarczyło mu, że musiał zmagać się ze swoim zwątpieniem. Nie chciał słuchać jeszcze ich krytyki.
Oglądał światy pod błękitnym, fioletowym i różowym niebem, gorące i skute lodem. W tych porośniętych lasem polował przemieniony w ogromnego, czarnego kota, choć w tej postaci niezmiennie przerażał Szyszkę. Musiał pamiętać, by zawsze przed przemianą mocno ją uwiązać i spętać. A ona zawsze rżała przerażona, wzywając pomocy i wybałuszała oczy, aż widać jej było białka. Niestety uciekając rodzinie nie pomyślał, by zabrać z sobą łuk, nie mógł więc polować w bardziej cywilizowany sposób.
Nie wiedział, jak długo był poza domem. W różnych światach czas płynął w różnym tempie, nie mógł więc utrzymać rachuby dni. Mimo to liczył ile razy kładł się spać. Pięć. Siedem. Dziesięć. Potem pogubił się w liczeniu. Coraz częściej kasłał, a we wnętrzu jego brzucha zrodził się ćmiący ból, od którego nie potrafił uciec. Choroba zaczynała dawać o sobie znać, ale jeszcze nie było najgorzej. Właściwie było zadziwiająco dobrze. Kiedy przed kilku laty został uwięziony przez Wojowniczki Nocy wystarczyły dwa dni, by miał problemy ze złapaniem oddechu. Czyżby z wiekiem stawał się silniejszy? Czy może jego marne próby czyszczenia sobie dróg oddechowych jednak kończyły się choć częściowym sukcesem? Jaka nie byłaby odpowiedź, napawało go to optymizmem. Na moment. Póki ból brzucha znów nie sprawiał, że musiał się na moment skulić.
Mówił sobie, że kiedy będzie z nim bardzo źle, wezwie Guld na pomoc. Ale jeszcze nie teraz – dodawał za każdym razem. Ani przez moment nie pomyślał, że Guld się o niego martwi. Gdyby dopuścił do siebie taką myśl, zapewne by się załamał.
Tak. Niczego nie potrafię, tylko krzywdzić innych – musiałby powiedzieć sam sobie. – Jestem do niczego. Nigdy niczego nie potrafiłem i nie będę potrafił.
Nie mówił jednak nic. Wciąż parł naprzód oglądając kolejne światy, a ból we wnętrzu brzucha wzbierał na sile. Zaczynało zdarzać się, że musiał zwymiotować to, co zjadł.

Znalazł się na wąskiej drodze wśród zboczy obcych gór, obcego, dalekiego świata o odległym, bladobłękitnym niebie. Był to kolejny ze światów, do którego zajrzał, w czasie swoich bezsensownych, chaotycznych poszukiwań. Podejrzewał też, że był to jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni świat, który odwiedzi. Brakowało mu już sił.
Z pomiędzy skał wyrastały potężne drzewa, do objęcia których potrzeba było kilku mężczyzn. Drzewa o ogromnych liściach powiewających na wietrze jak chorągwie i równie wielkich krwistoczerwonych kwiatach. Gdyby nie choroba trawiąca jego ciało, pewnie by go zachwyciły.
Dojdę tylko do zakrętu – powiedział sobie, wlokąc się noga za nogą. – Przekonam się, co tam jest i wracam.
Nagle się zatrzymał. Przed sobą miał skałę inną niż wszystkie, skałę tak czarną, jak bezgwiezdne nocne niebo, uformowaną na kształt gigantycznego, siedzącego psa. Czyżby odnalazł Milczącego Księcia?
Zadarł głowę i napotkał spokojne złote oczy jarzące się w kamieniu. Jedną ręką trzymał wodze klaczy, drugą przyciskał do brzucha, jakby w ten sposób naprawdę mógł uwolnić się od bólu. Zafascynowany przyglądał się posągowi. Czy ciało Księcia zawsze miało ten kształt, czy nabrało go dopiero, gdy stał się tym, kim był od wieków? Tego legendy nie mówiły. I czy to faktycznie był on?
- Jesteś Milczącym Księciem? – spytał skały.
Tak - potężny głos rozbrzmiał we wnętrzu głowy Truggena.
Chłopak wzdrygnął się, mimo że od dziecka znał myślomowę. Nie mógł uwierzyć, że naprawdę udało mu się osiągnąć cel poszukiwań. Z trudem łapał oddech. Był bardzo zmęczony i obolały, a jednak wydawało mu się, że wszystko poszło zbyt łatwo, dużo łatwiej, niż się spodziewał. Kit szukał setki lat, a on zaledwie kilkadziesiąt dni.
Każdy szuka tak długo, jak musi – oznajmiła głos wewnątrz jego głowy. – Każdy znajduje mnie, kiedy jest gotowy zmierzyć się z prawdą.
- Milczący Książe – wyszeptał. Głos drżał mu lekko, a on sam nie wiedział, czy z wysiłku, czy ze strachu. – Przyszedłem prosić cię...
Zanim odpowiem na twoje pytanie, musisz mi zapłacić za odpowiedź – przerwał mu Książe.
Truggen obejrzał się na klacz. Stała z zadartą wysoko głową, sztywno wyprostowaną szyją i wytrzeszczonymi oczami.
- Ja niczego nie mam – powiedział cicho. Nie patrzył już w oczy posągu. Spuścił głowę i zaczął przyglądać się czubkom swoich zakurzonych, jeździeckich butów.
Pomyślał przy tym, że dla jego dziadka oddanie wierzchowca byłoby zapewne wyrzeczeniem. On mógłby oddać Szyszkę bez wahania, gdyby tylko wiedział, że nie zostanie zabita.
Każdy coś ma – odpowiedział mu w myślach Milczący Książe i zanim chłopak zdążył zaprotestować, stwierdził – ty masz swoją zakazaną miłość.
Truggen stał zupełnie bez ruchu, jakby sam skamieniał. Miłość. A więc tego zażądał od niego Książe. Jednak był okrutny. Z drugiej strony, może to nie była zła cena. Czy jego życie nie byłoby łatwiejsze, gdyby potrafił zapomnieć o Guld? Gdyby jej ciało nie zaprzątało jego myśli? Gdyby nie miał wrażenia, że tylko z nią we wszystkich światach potrafi rozmawiać? Czy teraz, kiedy uciekł od swoich bliskich, nie uciekł też on niej? I czy na swój sposób nie było mu dobrze, kiedy parł w przód, myśląc tylko o misji, którą sobie wyznaczył? Wszystko było takie proste. Był sam i tylko o siebie samego musiał się troszczyć. Nie musiał się zastanawiać, co czują i myślą inni, ani tym bardziej, co wypada robić, a czego nie.
Nie zapomnisz o miłości, jeśli zdecydujesz się nią mi zapłacić – oznajmił milczące Książe we wnętrzu jego głowy. – Cóż by to było za wyrzeczenie, gdybyś mógł z łatwością zapomnieć o tym, czego się wyrzekłeś? Nigdy nie zapomnisz pocałunków Guld, ani zapachu jej ciała, a jednak nie dotkniesz jej więcej. Czy zgadzasz się, zapłacić taką cenę za odpowiedź na pytanie, które tak bardzo chcesz mi zadać?
- A jeśli się zgodzę, a potem złamię przyrzeczenie?
Nie ośmielisz się.
- A jeśli?
Udowodnisz tym, że jesteś głupcem.
- Ale nic się nie stanie?
Nie powiedziałem tego.
Truggen wciąż tkwił bez ruchu. Myślał o Guld. Myślał o niej po raz pierwszy, od kiedy wyruszył na swoją wyprawę. Wiedział, że się o niego martwiła i że była teraz na niego zła. Właściwie nie dziwiło go ani jedno, ani drugie. Całe życie troszczyła się o niego i na niego złościła. Był przecież słaby i chory, a przy tym zupełnie nieodpowiedzialny. Kiedy pierwszy raz chciał ją pocałować, odepchnęła go. Ale potem to ona zaproponowała, że będzie go uczyć, że będzie z nim dzielić życie. Pierwszej nocy w ich wspólnej nowej chacie płakała. Objął ją, a ona nie potrafiła mu powiedzieć, co sprawia, że z jej oczu płyną łzy. Nie była z nim szczęśliwa. Powodów mogło być wiele. Byli spokrewnieni. On był od niej młodszy. Był demonem. Niczego nie umiał dobrze robić. Wymagał jej opieki. Nie mógł zostać ojcem jej dzieci. Ale mimo tego wszystkiego była z nim. Nie zostawiła go. Nie przestała go uczyć. A przecież każdy chyba byłby zadowolony, gdyby to zrobiła. Musiała go kochać, tak jak on ją kochał. Kochała go, nawet jeśli on nie rozumiał z jakiego powodu.
- Nie mogę wyrzec się miłości – powiedział w końcu drżącym głosem i uniósł głowę znów spoglądając w żywe oczy posągu. – Miłość nie należy tylko do mnie. Należy też do Guld.
W takim razie, ja nie mogę odpowiedzieć na twoje pytanie – zawyrokował Milczący Książe.
- Ale moja rodzina potrzebuje pomocy. Moja wioska potrzebuje pomocy.
Znasz cenę.
- Nie masz serca? – jęknął Truggen. Przed chwilą mówił i myślał jeszcze jak rozsądny mężczyzna, teraz do głosu doszedł tkwiący w nim histeryczny, rozpieszczony dzieciak.
To ty, nie ja, podjąłeś decyzję. – Milczący Książe był niewzruszony.
- Może cały mój świat potrzebuje pomocy! – krzyknął Truggen, głos mu się załamał.
Jesteś demonem. Żaden świat nie jest twoim światem.
Truggen odwrócił się wlokąc za sobą klacz. Z oczu płynęły mu łzy. Wyciągnął przed siebie drżącą rękę i otworzył Magistralę. Przynajmniej to zaczęło mu wychodzić za każdym razem, kiedy tego chciał.

Leżał na plecach, z rozrzuconymi na boki ramionami. Pod sobą miał świetlistą nitkę jednej z bocznych arterii Magistrali. Znajdujące się nieopodal wejścia do nieznanych światów prezentowały zupełnie obojętne mu obrazy. Puszczona luzem klacz odeszła od niego tylko na kilka kroków. Potem się zatrzymała. Nie wiedziała, co z sobą począć w zupełnie obcym miejscu. Węszyła i strzygła uszami. Gdyby trafiła choćby na kępkę trawy, zapewne poczułaby się pewniej. Na Magistrali jej normalnie lśniąca, czarna sierść stała się złota, wyraźnie widoczna w otaczającej ich wszechobecnej szarości. Długie włosy Truggena posklejały się w strąki. Jego to tutaj spotykało.
Co miał robić? Zamknął oczy. Wyraźnie czuł ból trawiący jego wnętrzności. Powinien skontaktować się z rodziną. Miał nadzieję, że wszyscy wciąż byli cali i zdrowi, choć to nie było takie oczywiste. Powinien przyznać, że postąpił głupio i egoistycznie. Dopiero teraz zrozumiał, co chciał mu powiedzieć Kit. Powinien skontaktować się z rodziną, ale ciągle tego nie robił. Bał się. Bał się z jednej strony złych wieści od nich, a z drugiej tego, jak go potraktują. Zasłużył przecież na karę.
Wcześniej kulił się leżąc na boku i płakał, tak z rozpaczy, jak i z bólu. Był mały i słaby. Bardzo chciał, żeby mógł zdarzyć się cud. Żeby mógł stać się kimś innym. Chciał nie czuć bólu. Chciał coś znaczyć. Chciał dokonywać bohaterskich czynów. Chciał zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim. Wciąż się bał, że okazali się zbyt beztroscy i pewni siebie. Bał się, że ściągnęli na siebie nieszczęście. Był gotowy modlić się i prosić o łaskę dla nich i dla siebie. Niestety jednak wiedział, że nie istnieją żadni bogowie. A nawet jeśli by istnieli, nie musiał wstydzić się tego marzenia, skoro dziadek mógł mówić o nim otwarcie, bogowie nie wysłuchaliby jego próśb. Był demonem, istotą bez przeznaczenia, istotą bez swojego miejsca. Był czymś, co nigdy nie powinno zaistnieć.
A więc umrę tu. Tak może będzie dla wszystkich lepiej – powiedział sam do siebie. Potem jednak pomyślał, że nie może zostawić Szyszki na Magistrali bez opieki. Przypomniał sobie też, że Guld powiedziała o nim kiedyś, że jest dzieckiem miłości. Jakie to miało znaczenie, czym był? Może jednak miało. Może powinien żyć dla miłości.
To na czym leżał nie było ani miękkie ani twarde. Nie należało do żadnego ze światów. Ale było pomiędzy światami, a on miał wrażenie, że jeśli się skupi, będzie mógł poczuć ich istnienie właśnie pod swoimi plecami. Wszystkie światy były teraz bardzo blisko niego, jakby na wyciągnięcie ręki. Przepływały obok. Wydawało mu się, że bez trudu mógłby je ugniatać i formować według swojej woli. Świat Dyktujący, dziwaczną narośl na Świecie zza Morza Ognia i Krwi stworzyły demony. Kit na swoje potrzeby regularnie stwarzał małe światy, wszechświaty czy niebyty. On też mógłby to robić. Tak jak przekształcał swoje ciało, gdy przemieniał palce w noże lub gdy, by polować, stawał się wielkim kotem, tak też mógł formować rzeczywistość. Według swoich potrzeb mógł stwarzać jałowe pseudo światy. Prawdziwe życie mogli dawać im tylko Opowiadacze. To też wiedział, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Mógł zaginać czas. Teoretycznie mógł. Kit kiedyś powiedział mu, jak to robić, a on nigdy nie spróbował.
Otworzył oczy. Wyciągnął do góry prawą rękę. Zwinął i rozwinął palce wpatrując się w nie uważnie. Przemieniły się w błyszczące ostrza tak, jak powinny. Potrafił się więc uspokoić i skoncentrować. Było dobrze. Znowu zwinął i rozwinął palce. Tym razem na każdym rozkwitł kwiat dzikiej róży. Nieźle. Raz jeszcze poruszył palcami przywracając im normalny wygląd. Potem spróbował otoczyć siebie i Szyszkę małym, bezpiecznym światem.

Nie poinformował nikogo, że wraca. Przeniósł się przed swoją chatę, jak mu się wydawało dzień po tym, jak zniknął. Odstawił klacz do stajni, rozsiodłał i sypnął jej do żłobu trochę owsa. Guld nie było w domu, ani w obejściu. Kury grzebały spokojnie w poszukiwaniu robaków. Kaczki dopominały się wypuszczenia nad rzekę. Klacz głośno przeżuwała. Poza tym panowała cisza. W powietrzu dało się wyczuć dziwne napięcie. Truggen przestał blokować myśli przed rodziną.
Gdzie jesteś, Guld? – spytał. – Wróciłem.
Rychło w czas. – Tak jak się spodziewał, była na niego zła.
Przecież nie było mnie tylko jeden dzień.
Jeden dzień tu – poprawiła go. – W Świecie Dyktującym czas płynie szybciej.
Nie skomentował tego. Okazało się, że znowu coś przeoczył.
Znalazłem sposób, jak rozwiązać nasz problem – pochwalił się. Nie próbował przepraszać. Wiedział, że to nie miało sensu.
Inni też – odpowiedziała. – Przyjdź na ugór przed domem Riauka. – Tylko niczego nie narozrabiaj. I pośpiesz się.
Posłuchał jej. O nic więcej nie pytał. Nie kontaktował się też z nikim z rodziny. Poszedł, gdzie mu kazała. Szybko zrozumiał napięcie i ciszę, które go przywitały. Wszyscy mieszkańcy wioski zmierzali w tę samą stronę. A raczej zmierzali tam ci, którzy jak on byli spóźnieni, bo większość już tam była.
- Dawno się nie pokazywałeś – zagadnął go stary prawie-człowiek, a trochę-koń o owłosionych, ruchliwych uszach, który mieszkał w sąsiedztwie. – Gdzie byłeś?
- Uczyłem się – burknął. Nie wiedział, co powinien powiedzieć.
- Zły sobie wybrałeś moment.
- Chyba tak.
Na ugorze przed chatą Riauka było tłoczno. Po stronie wioski ramie przy ramieniu stali zwyczajni śmiertelnicy, pół-ludzie, ci w których żyłach płynęła krew demonów, Ludzie Lasu, Wojowniczki Nocy i ci dla których brakowało właściwych określeń. Naprzeciwko nich stały równo ustawione dwa oddziały wojska. Jeden pochodził z Jedynego Miasta, drugi musiał być oddziałem wroga przybyłym z Jakiegoś Miejsca. Obcy wyraźnie różnili się strojami i uzbrojeniem. Nie nosili kolczug, a jakby kanciaste, ciemnozielone uniformy. Wszyscy byli wyposażeni w długą broń palną, z umocowanymi na niej lśniącymi szpikulcami, a u pasów nosili długie noże. Mieli ciemne włosy i surowe spojrzenia. I choć zamierzali za chwilę przystąpić do rokowań, wciąż wydawali się groźni i nieprzystępni.
Na środku ugoru ustawiono stół, a przy nim trzy krzesła, dwa od strony wioski i jedno do strony Pustkowia. Po stronie wioski, siedział już starszy mężczyzna w ciężkim, purpurowym płaszczu. Truggen go nie znał. Pomyślał, że to dostojnik z Jedynego Miasta.
W tłumie zobaczył swoich rodziców. Ojciec założył srebrzystą kolczugę i przypasał miecz z ogromnym rubinem oprawionym w rękojeści. Ubierał się tak tylko na szczególne okazje. Matka stała obrócona plecami do stołu. Rozmawiała jeszcze o czymś z dziadkiem.
Jesteś już? – spytała Guld. Stała obok dziadka. Ją też zobaczył.
Tak. Co się tu dzieje?
Będą rokować.
Jak do tego doszło?
Postraszyliśmy ich. Przecież jesteśmy groźni.
Z szeregów obcych wyszedł wysoki mężczyzna o szerokich ramionach, ubrany tak samo, jak pozostali i ruszył w stronę stołu. On też miał tam usiąść? Tylko dlaczego niósł w ręku tę długą broń? Jak ona się właściwie nazywała? Karabin?
Matka odwróciła się. Ona też miała wziąć udział w rokowaniach. Mężczyzna z karabinem zatrzymał się. Truggen zrozumiał, co za chwilę się wydarzy. Nie było czasu, żeby zrobić coś sensownego. Przemienił się w ogromnego, czarnego kota i rzucił się w przód.
Światem wstrząsnął wystrzał. Pierś Truggena rozdarł ból.
- Nie! - To był głos matki.
Padł kolejny strzał. Zanim upadł, pocisk przeorał jeszcze sierść na jego grzbiecie. Ktoś jęknął. Nie wiedział jednak kto. Usłyszał huk jeszcze jednego strzału. Nie mógł złapać oddechu. Nie mógł się poruszyć. Mocno zacisnął oczy. Myślał, że umiera.

Nie umarł, a jeśli był nieprzytomny, to tylko przez krótką chwilę. Jego ciało zdążyło już jednak się zregenerować. Otworzył oczy.
Ostatni wystrzał trafił w niebo. Ktoś podbił w górę końcówkę karabinu. Przed obcym stał szczupły, rudowłosy mężczyzna. Na sobie miał srebrzystą kolczugę. Czy to naprawdę mógł być jego ojciec? Zaatakował mężczyznę z karabinem, ale nie dobył broni. Ojciec nosił miecz u boku, ale nigdy go nie dobywał. Obcy wypuścił z ręki broń i osunął się na kolana, a potem zwalił na bok. Objął rękami głowę. Zawył. Loravandil musiał zadać mu ból mocą.
- Co się tu dzieje?! – spytała stanowczym głosem Morel.
Z pomiędzy żołnierzy wyszedł kolejny barczysty mężczyzna. Wydawał się bliźniaczą kopią tego, który teraz leżał na ziemi.
- Co to było? – spytał i wyciągnął rękę wskazując na Truggena.
Chłopak wrócił już do swojej postaci i dał radę wstać. Na ubraniu miał krew.
- To mój syn – odpowiedziała Morel pewnie. – Słyszeliście już co nieco o naszych możliwościach. Teraz mieliście ich kolejny pokaz.
- Ale on kogoś osłonił.
- Tak. Mnie. – Riauk postąpił krok naprzód. Na lewym rękawie jego białej koszuli wyraźnie widoczna była plama krwi.
Barczysty mężczyzna wzdrygnął się. Spojrzał na swojego towarzysza leżącego na ziemi.
- Czy on da radę odpowiadać na pytania?
- Już tak. – Loravandil cofnął się o krok. Obcy nie podniósł się z ziemi. Przestał tylko obejmować rękami głowę.
- Gozul – zwrócił się do leżącego jego pobratymiec – strzelałeś do niego, bo pomyślałeś, że to czerwonooki demon?
- Tak – powiedział leżący. – Ten tam, jeszcze pod murami naszego miasta przyznał, że nie jest człowiekiem.
- Chciałeś go zabić teraz, gdy nikt nie spodziewał się ataku?
- Tak.
- I pewnie nie sądziłeś, że przeżyjesz?
- Byłem gotowy oddać życie.
- Rozumiem twoje pobudki. Skalałeś jednak swój honor. Przyszliśmy tu rokować, kim on by nie był. – Mężczyzna zwrócił się twarzą w stronę pozostałych żołnierzy. – Teraz ja Wizgut przejmuję dowództwo – oznajmił. Odpowiedział mu pomruk aprobaty. Podszedł do leżącego. Wyjął zza pasa krótszą wersje ich straszliwej broni. Wycelował w głowę leżącego.
Krew i strzępki ciała obryzgały buty i nogawki spodni Loravandila. Rudowłosy mężczyzna wyraźnie pobladł, nie cofnął się jednak.
Dostojnik z Jedynego Miasta wzdrygnął się, a na jego twarzy zagościł grymas z odrazy.
Ciałem Truggena wstrząsnął kaszel. Zasłonił dłonią usta. Na palcach poczuł ciepłą, lepką, swoją własną krew.
Wszystko w porządku? - zapytała w myślach Guld.
Nie – odpowiedział. – Czuję się paskudnie. Ale nic mi nie będzie. Po wszystkim ktoś się tym zajmie.
- Tak trzeba – powiedział Wizgut patrząc na leżące u jego stóp zwłoki. – Teraz ja mogę usiąść do rokowań – oznajmił unosząc głowę.
- W porządku – zgodziła się Morel zupełnie nieporuszona tym, co zaszło. – Ale zanim przejdziemy do konkretów, chcę usłyszeć tą waszą legendę o demonie. Zbyt wiele razy powtarzaliście, że mieszkańcy tych ziem to potwory. Chcemy was zrozumieć.
Dostojnik z Jedynego Miasta zwrócił ku niej głowę. W jego oczach czaiły się niewypowiedziane pytania. Mimo to milczał. Może nie potrafił odnaleźć się w zdarzeniu, którego stał się częścią.
Wizgut spojrzał na Riauka. Jego oczy spotkały się z wąskimi, czerwonymi oczami. Żaden z mężczyzn nie spuścił spojrzenia.
- On jest demonem? – spytał Wizgut.
- On nie – zaprzeczyła Morel. – Ale nie jest też człowiekiem. Te ziemie zamieszkuje wiele ras. Usiądźmy i porozmawiajmy – zaproponowała, po czym sama zajęła miejsce przy stole obok dostojnika z Jedynego Miasta.
Wizgut także usiadł. Chrząknął.
- Byliśmy spokojnym ludem – zaczął swoją opowieść. – Uprawialiśmy pola. Budowaliśmy domy. W naszym świecie było dla nas dość miejsca, dlatego nie interesowały nas inne światy.
To nie całkiem prawda. Może nie wszystko pamiętam, ale czy oni jeszcze za czasów wojowniczki Dżany nie najeżdżali naszego świata? – pomyślał Truggen.
Ale może już tego nie pamiętają – odpowiedziała mu Guld. – U nich szybciej płynie czas, a i u nas od tamtych zdarzeń minęły setki lat. Mogą nie pamiętać. Mogą też kłamać. Nie komentuj tego głośno. Prawda nie jest teraz najważniejsza. Najważniejszy jest pokój.
- Pewnego dnia wszystko się zmieniło - powiedział Wizgut. – Nie wiedzieć skąd przybyli do naszego świata magowie i demony, a wśród nich najstraszniejszy demon o białej skórze i czerwonych oczach. Wtedy jeszcze nie potrafiliśmy podróżować między światami. Nauczyła nas tego dopiera pani Centra.
Widzisz, nie pamiętają – zauważyła w myślach Guld.
Bo to chyba nie było całkiem tak. – Truggen coś sobie przypomniał. – Oni sami chyba faktycznie nie podróżowali między światami. Współpracowali tylko z jeźdźcami w czerni, którzy na nas napadali. To mogły być dwa różne ludy i ci tu też mogli być ofiarami.
- Próbowaliśmy ich przepędzić, ale nie chcieli odejść. Nie bali się nas, bo nie mieli powodu się bać. Nie sposób było ich zranić. Kule przechodziły przez ich ciała nie wyrządzając im szkody. – Przy tych słowach głos Wizguta zadrżał. Obejrzał się na Truggena. Chłopak zaniósł się kaszlem. Choć zasłonił usta ręką i tak dało się zauważyć, że pluł krwią. To Wizguta uspokoiło. Może tamten był wyjątkowo odporny i umiał przemieniać się w zwierze, nie był jednak niezniszczalny. – Obcy wywołali trzęsienie ziemi. Sprawili, że zawaliły się nasze domy. Sprawili, że w jednej chwili z ziemi wyrósł zamek o czerwonych murach. Ponoć zamkiem tym władał jakiś sługa czerwonookiego demona. Tak mówiła pani Centra. Mówiła też, że zabiłoby nas samo jego spojrzenie. Ją także, a przecież potrafiła niejedno i była potężną istotą. Ale nawet z jej pomocą nie mogliśmy odbudować zburzonych domów. Kiedy tylko próbowaliśmy, waliły się z powrotem. Pani Centra opowiedziała nam o przejściach między światami. Powiedziała skąd pochodzi czerwonooki demon i że zna sposób, jak go dopaść. Długo się nami opiekowała. Wielu rzeczy nas nauczyła. A potem wyruszyła na polowanie na czerwonookiego demona i już nie wróciła. Przypuszczamy, że okazał się potężniejszy, niż myślała.
Przez chwilę wszyscy milczeli. Potem Riauk postąpił krok do przodu. Mimo wyraźnego śladu krwi na ubraniu, wydawał się nic sobie nie robić z postrzału. Wizgut wzdrygnął się. A dostojnik z Jedynego Miasta otrząsnął, jakby coś chodziło mu po plecach.
- A więc to tak wyglądało z waszej strony – powiedział Riauk cicho.
- To ja powinnam im to wyjaśnić. Cofnij się – nakazała mu córka szefa stanowczo.
- Nie. – Riauk potrząsnął głową. Mówił spokojnie i cicho, jak ktoś uległy, ale nie zamierzał jej ustąpić. – Centra była moją prababką, a ja jestem demonem o czerwonych oczach.
- Co?! – Wizgut nerwowo obejrzał się na ciało swojego pobratymca. – Mówiłaś…
- On nie jest demonem – zaprzeczyła córka szefa raz jeszcze. – To gorycz przez niego przemawia. Uspokój się, a wszystkiego się dowiesz.
Wizgut spróbował się rozluźnić. Przyszło mu to jednak z trudem. Jego ciało chciało działać, nie wiedział jednak, czy powinien podjąć walkę, czy uciekać.
- My jednak także chcemy dowiedzieć się trochę więcej – ciągnęła dalej córka szefa. – Kiedy zaatakowaliście naszą wieś, nie szukaliście czerwonookiego demona, ani nikogo innego. Chcieliście nas wybić i przejąć naszą ziemię.
- Brakowało nam miejsca, by wznosić nowe domy, by zapewnić godziwe warunki do życia naszym dzieciom. – Słowa Wizguta brzmiały rozbrajająco szczerze. – Istoty z waszej strony sprawiły, że ziemia naszego świata zbuntowała się przeciwko nam. Więc postanowiliśmy zagarnąć sobie trochę ziemi z tej strony. Uznaliśmy to za uczciwe. My przynajmniej korzystalibyśmy z przejętego terenu.
- Rozumiem. – Córka szefa skinęła głową. – Teraz ty Riauku, mów, skoro już zacząłeś.
- Nasz świat zawsze chciały opanować demony – zaczął cicho. – Nasi dziadowie i pradziadowie walczyli z nimi jak mogli. Demony były jednak silniejsze i sprytniejsze. Stworzyły świat, jakby narośl na naszym świecie. Nazwały go Światem Dyktującym. To teraz wasz świat. Jak go nazywacie?
- Po prostu światem. – Odparł zaskoczony Wizgut. – Ale my nie jesteśmy dziećmi demonów.
- Wiem – uspokoił go Riauk. – Posłuchaj dalej. Demony powierzyły władzę nad ty światem straszliwemu stworowi Ich Wielmożności Ciemności. Świat Dyktujący wpływał na nasz świat. W lasach mnożyły się potwory, ludzie wariowali. W końcu znaleźli się śmiałkowie, którzy zabili Ich Wielmożność Ciemność. Byli wśród nich moi przodkowie, ale nie Centra. Za ich sprawą w Świecie Dyktującym zapanował Ich Wielmożność Jasność. Wstęp do naszego świata został zamknięty dla demonów. Ludzi przestały spotykać nieszczęścia. Skąd wtedy wiedziano co zrobić? Z przepowiedni, które wyśpiewał Lud Lasu. Nie pytajcie mnie jak to działa, bo nie wiem. Ale są wśród nas potomkowie leśnego ludu. Może będą umieli to wytłumaczyć. W naszym świecie mimo wszystko nie zaczęło dziać się dobrze. Ludzi nie spotykało nic złego, więc zaczęli walczyć między sobą, zaczęli sami dla siebie być źli. Dlatego Ich Wielmożność Jasność też został obalony. Jego miejsce zajął Ich Wielmożność Szarość. Potem zapomnieliśmy o Świecie Dyktującym. Wy się tam sprowadziliście, a Ich Wielmożność Szarość przestał istnieć. Dlaczego, tego nie wiemy.
- Gdy nasi praojcowie zajmowali ziemię, które teraz nazywamy domem, nie było tam żadnego Wielmożności – przerwał mu Wizgut.
- Możliwe – zgodził się Riauk. – W tamtych czasach tu u nas nikt o tym nie myślał. Nie wiemy więc, co się dokładnie wydarzyło w Świecie Dyktującym. Minęły setki lat. Naszemu światu znowu zagroziły demony. Wtedy przypomnieliśmy sobie o Ich Wielmożności. Chcieliśmy stworzyć nowego, choć nie wiedzieliśmy jak. Chcieliśmy znowu zabezpieczyć nasz świat przed demonami. Nie pomyśleliśmy, że możemy komuś w ten sposób zagrozić. Wyruszyliśmy do Świata Dyktującego, do waszego świata. Wyruszyliśmy, ja i moi przyjaciele.
- Więc jednak to byłeś ty! – Wizgut uderzył pięścią w stół.
- Daj mu skończyć – upomniała go córka szefa. – Ja zresztą też tam byłam – dodała.
- Ty też jesteś demonem? – Wizgutowi zaczęły drżeć dłonie. Dostojnik z Jedynego Miasta coś pośpiesznie notował.
Morel nie odpowiedziała.
- Nie wiedzieliśmy jak stworzyć nowego Ich Wielmożność – ciągnął dalej Riauk. – Nic by się nie zdarzyło, ale przybyli wasi ludzie. Mieli straszną broń. Podobną do tej, którą wy macie tu teraz. Większości z nas ta broń nie była jednak w stanie zagrozić. I nadal nie jest. Widzieliście, co działo się pod waszymi murami i że ten chłopak – wskazał na Truggena – podniósł się, choć dostał w pierś. Długo by trzeba tłumaczyć dlaczego. Ale kiedyś wszystko wam wyjaśnimy. Teraz mówię, co najważniejsze. Większość z nas ta broń nie mogła skrzywdzić, ale nie wszystkich. Mnie mogła. Wtedy tak. Wasi ludzie nie próbowali z nami rozmawiać. Zaczęli strzelać.
- Chcesz mi powiedzieć, że to nasza wina! – Wizgut podniósł głos.
- Nie. – Riauk potrząsnął głową. – Winę biorę na siebie. Chcę jednak opowiedzieć, co się dokładnie wydarzyło. Mój koń mnie wtedy osłonił. To on zginął zamiast mnie. To z jego krwi narodził się Ich Wielmożność Poświęcenie, ten, którego uznaliście za sługę czerwonookiego demona. Jego narodziny wywołały trzęsienie ziemi, które zburzyło wasze domu. Nikt z nas nie rozumiał dlaczego stało się tak, jak się stało. Ale przyznaję, nie zastanawialiśmy się nad tym. Ja chorowałem. Musieliśmy odbudować wioskę. Wiele się wtedy wydarzyło też po naszej stronie. Uważaliśmy, że odnieśliśmy sukces z Ich Wielmożnością. Demony znów nie miały wstępu do naszego świata. To wszystko.
Zapadła długa cisza, zakłócana tylko atakami kaszlu Truggena.
- Zapewne chcesz, żebym darował ci życie? – odezwał się w końcu Wizgut. – A wy wszyscy chcecie, żebyśmy zaprzestali podboju waszych ziem? Co jednak proponujecie dać nam w zamian?
Córka szefa spojrzała na Riauka. Chyba ten jeden raz nie wiedziała co powiedzieć.
- Oddamy wam to, co straciliście, ziemie, do których nie macie teraz dostępu – powiedział Riauk spokojnie.
- Jak?
- Zabiję Ich Wielmożność Poświęcenie. To powinno wystarczyć.
Przez tłum przeszedł szmer.
- A demony?
- One już nam nie zagrażają.
- A jeśli? To jednak demony - szeptali mieszkańcy wioski.
- Wśród nas też żyją demony. Można im ufać tak, jak ludziom.
- Czyli wcale.
- Tym też nie ma co ufać.
- Córka szefa wie co robi.
- Ale jak można zabić Ich Wielmożność?
- Tego nie powinno się robić.
- Cisza! – nakazała córka szefa licząc w duchu, że Wizgut nie usłyszał ani słowa z tego, co szeptali między sobą mieszkańcy wioski. Potem spojrzała na człowieka ze Świata Dyktującego. – Co powiesz na naszą propozycję?
- Jeśli wszystko, co usłyszałem, to prawda, jak teraz zamierzacie bronić się przed demonami?
- Od lat nie atakowały – odparł Morel. – Zresztą, to nasz problem. Inni nie mogą cierpieć ze względu na nasze bezpieczeństwo. Zawsze powinniśmy o tym pamiętać. Przepraszamy, że w przeszłości o tym zapomnieliśmy.
- Niemniej jednak, jeśli demony pochłoną wasz świat, mogą też zagrozić nam.
- Nie pochłoną. – Morel starała się zachować kamienną twarz. – Przekonaliśmy się, że demony to po prostu inny rodzaj istot. Nauczyliśmy się z nimi rokować. Pozwoliliśmy niektórym z nich zamieszkać na tej ziemi.
- Nie powinniście podejmować takich decyzji bez wiedzy władcy – dostojnik w końcu się odezwał.
- W tej kwestii widać lepiej znam prawo, niż ty. – Głos Morel był lodowato zimny. – Nikt nie musi prosić o zgodę, gdy chce się osiedlić na Pustkowiu. A gdy jego obecność nikomu nie przeszkadza, tym bardziej nie ma o co pytać.
- Ale on nie jest demonem? – Wizgut wskazał na Riauka, raz jeszcze zadając to samo pytanie. Zupełnie nie interesowało go to, co córka szefa i dostojnik mieli sobie do powiedzenia.
- Nie – zapewniła Morel, po czym znowu zwróciła się do dostojnika. – Przyszliśmy tu rokować, a nie kłócić się między sobą. Pozwoliłeś mi załatwić tę sprawę, więc się nie wtrącaj. Tym bardziej, że lepiej rozumiem, co się tu dzieje.
- I nie zabił pani Centry? – Wizgut wciąż myślał o czymś innym.
Riauk głośno przełknął ślinę.
- Nic mi o tym nie wiadomo – powiedziała Morel dobitnie.
- Przyjmuję więc jego propozycję – zgodził się Wizgut.
Wojsko z Jakiegoś Miejsca ryknęło radośnie aprobując decyzję swojego nowego dowódcy.
Wszyscy kłamią – pomyślał Truggen.
Tak trzeba – zapewniła Guld. - Poza tym nie kłamią. Tylko nieco naginają prawdę.

Teena weszła za Riaukiem do stajni. Nie zamierzała jednak się z nim pożegnać. Przypasała miecz. Zaczęła siodłać zimnokrwistego Gilberta.
- Jadę z tobą – powiedziała.
Ile lat minęło, od kiedy ostatni raz ruszali gdzieś we dwoje? To było zanim jeszcze przyszedł na świat najstarszy z ich synów. Potem, gdy Riauk wyruszał na bardziej lub mniej sensowne wyprawy, ona zostawała w domu z dziećmi. Ktoś musiał się nimi opiekować. Ktoś musiał być w stanie je ochronić, gdyby jego zabrakło. Teraz, gdy dzieci były już samodzielne, mogła opuścić dom. Czy tylko o to chodziło? Nie.
Wyczuł, że się o niego bała. Czyżby nie wierzyła w jego możliwości? Powinno go to zdenerwować. On jednak też odczuwał we wnętrzu brzucha dziwny niepokój.
- Dobrze - powiedział więc tylko.

- W Jedynym Mieście słyszeliśmy o obrońcy granic, który ma odpierać ataki demonów. – Głos dostojnika drżał lekko, gdy zwrócił się do Morel. Przed chwilą wstał od stojącego na ugorze stołu i teraz szedł wraz z nią do jej domu. - Zresztą, na jego wezwanie tu przybyłem.
- W czym więc problem? – Córka szefa była wyniosła i oschła.
Ani ona, ani dostojnik nie zwrócili uwagi, że szło za nimi jeszcze dwóch mężczyzn.
- Nie przeszkadzaj teraz matce. – Loravandil położył synowi rękę na ramieniu, żeby spowolnić nieco jego kroki.
- Muszę powiedzieć jej coś ważnego.
- Ale nie teraz. Nie teraz.
- Tak. Owszem, widziałem najeźdźców – przyznał dostojnik. – Widziałem, że są niebezpieczni. W starych opowieściach musi kryć się ziarno prawdy, bo przecież przybyli z innego świata. Jednak… Nasz dobrodusznie panujący władca, traktuje tego waszego, jak mu tam, Riauka, jak nieszkodliwego szaleńca, może swoją maskotkę. Nigdy nie wierzył, że w dzisiejszych czasach demony naprawdę mogę jeszcze atakować. Jeśli kiedykolwiek atakowały, bo uczeni podejrzewają, że nigdy ich nie było, a dawni kronikarze nazywali demonami niezrozumiałe dla nich zjawiska. Skoro jednak mówiło o nich tyle osób…
- Tak. Demony istnieją.
- Jeśli tak więc jest i demony naprawdę zagrażają naszemu światu, to nie wy powinniście z nimi rokować. Zrobiliście to samowolnie. A przecież gra toczy się nie tylko o tą wieś, a o cały nasz świat.
- Myślę, że nikt nie popełnił błędu. – Córka szefa mówiła głośno i pewnie. – Robimy to, co potrafimy i świat na tym nie ucierpiał. Uważamy też, że nadal nie ucierpi. Jeśli jednak władca ma wątpliwości, niech przyśle tu kogoś, komu przekażemy naszą wiedzę i kto będzie mógł ocenić nasze działania. Nie mamy nic przeciwko temu.

Dwoje jeźdźców przeskoczyło poprzez mrok Międzybagna i Miejsce Gdzie Nie Istnieje Czas do Świata Dyktującego. Przed nimi rozpostarł się widok na rozległą równinę. Jechali lekkim galopem. Nikt ich nie powstrzymywał. Świat, który nie zgadzał się, by na jego ziemi budowali domu ludzie z Jakiegoś Miejsca i który ich przerażał, Riaukowi i Teenie wydawał się spokojny i zupełnie bezpieczny. A mimo to oboje czuli lęk przed tym, co miało się zdarzyć. Z początku, stanowiący jedynie punkcik po lewej stronie drogi, zamek Ich Wielmożności Poświęcenia rósł w oczach z każdym skokiem koni.
Nic nie może się nam stać – mówiła sobie w duchu Teena. – To co mamy zrobić jest bardzo proste.
Czym jednak byli bliżej krwistoczerwonych murów bała się bardziej.
Przed niestrzeżoną bramą zeskoczyli z koni. Spętali je pośpiesznie.
Do wnętrza weszli ramię przy ramieniu. Ich kroki odbiły się echem w pustych salach zamku i na wąskich, ciemnych schodach. Nikt ich nie zatrzymywał. Bez trudu odnaleźli salę tronową, gdzie na kamiennej płycie spoczywała czerwona, bezkształtna masa. Płonęły w niej oczy, czerwone i wąskie, takie jak oczy Riauka. Teena wzdrygnęła się. Riauk dobył miecza, ale nie zadał ciosu. Poniżej oczu pojawił się kpiący uśmiech. Przedziwna beznoga i bezręka istota zakołysała się lekko. Tylko do takiego ruchu była zdolna.
- Musisz pamiętać, jak się narodziłem i jakie noszę imię – zagrzmiał głęboki głos.
Riauk pamiętał. Ich Wielmożność Poświęcenie wyrósł z krwi jego wierzchowca Kväla, z niego samego czerpiąc energię. Pamiętał jak potem chorował i jak był słaby. Wtedy ręce matki po raz pierwszy dotknęły go czule. Nie mógł czegoś takiego zapomnieć.
- Właściwie jestem częścią ciebie – przypomniał mu Ich Wielmożność Poświęcenie. – Nie można od tak, po prostu, zniszczyć części siebie i nie ucierpieć z tego powodu. Jeśli mnie zabijesz, będziesz musiał za to zapłacić. Narodziłem się za sprawą poświęcenia, także moje odejście będzie wymagało poświęceń.
Teena wstrzymała oddech. Marzyła o tym, by Riauk odwrócił się na pięcie i opuścił to miejsce.
- Jeśli zapłata będzie dotyczyła tylko mnie, jestem gotów do poświęceń – powiedział pewnie. Musiał to powiedzieć, choć Teena bardzo chciała, żeby milczał.
- Tak. Tylko ciebie. – Zapewnił go Ich Wielmożność.
Riauk uniósł miecz.
- Dlaczego to robisz? – zapytał jeszcze Ich Wielmożność Poświęcenie.
- Bo to musi być zrobione.
Zadał cios. Miecz lekko przeszedł przez czerwoną masę, która obryzgała Riaukowi twarz. Przez jedno uderzenie serca, nic się nie wydarzyło. Potem Riauk schował miecz. Mury zatrzęsły się, a on runął na kolana.
Teena przypadła do niego. Zarzuciła sobie jego rękę na szyję. Pozwolił się jej postawić na nogi, ale nie był w stanie zrobić kroku. Mury wokół nich trzęsły się i pękały. Teena wzięła Riauka na ręce. Nie wiedzieć, który raz w życiu pomyślała, że jego ciało jest bardzo lekkie. Niosąc go wybiegła przed zamek.
Konie z położonymi po sobie uszami i oczami wybałuszonymi tak, że widać im było białka szarpały się, próbując zerwać pęta. Szczur pomagał sobie też zębami. Jego działania przyniosły jednak zupełnie przeciwny efekt, sznur obtarł mu skórę na nadpęciach.
Teena podsadziła Riauka na grzbiet ogiera. Miał tyle siły, żeby przytrzymać się siodła. Teena jednak nie wierzyła, że sam da radę pokonać przejście między światami. Złapała wodze Gilberta. Postarała się najszybciej, jak to było możliwe uwolnić konie z pęt, choć nie było to proste, gdy wierciły się, a Szczur kłapał jej zębami nad głową. Potem poklepała ogiera po szyi.
- Wybacz. Dziś będziesz musiał nieść nas oboje.
Myszaty ogier chyba zrozumiał powagę sytuacji, bo pozwolił się jej dosiąść. W prawej ręce trzymała wodze obu koni, lewą objęła Riauka. Spięła ogiera. Ostrym galopem ruszyli w stronę przejścia między światami. Czerwone mury za ich plecami runęły. Zamek Ich Wielmożności obracał się w ruinę. Głowa bezwładnie opadła Riaukowi na piersi. Stracił przytomność. Gdyby nie podtrzymywało go ramię Teeny, runąłby z konia. Kobieta czuła jak energia z niego ucieka, a wraz z nią życie. Słabł z każdą chwilą. To była cena jaką przyszło mu zapłacić za podniesienie ręki na Ich Wielmożność Poświęcenie. Czy mieli odejść razem?
Teena zaczęła przeładowywać w ciało Riauka swoją energię, w nadziei, że będzie szybsza, niż przemożna siła pochłaniająca jej mężczyznę. Jak to dobrze, że teraz umiała więcej, niż wtedy, gdy się poznali.
Szczur dzikim galopem niósł ją w stronę domu. Podświadomie liczyła, że kiedy znów znajdą się w Świecie zza Morza Ognia i Krwi, Riauk poczuje się lepiej. Była jednak pewna, że to złudna nadzieja. Przeskoczyli przez Miejsce Gdzie Nie Istnieje Czas i Międzybagno. Wstrzymała ogiera dopiero przed drzwiami własnego domu. Zeskoczyła na ziemię. Zdjęła Riauka z konia i wniosła do chaty. Nie interesowała się więcej zwierzętami. Liczyła, że ktoś je rozsiodła i wytrze z potu. Położyła Riauka na łóżku. Nic się nie zmieniło. Jej mężczyzna wciąż był nieprzytomny. Wciąż też uchodziła z niego energia.

Pomocy! – jej umysł umiał przekazać tylko tyle. Wojowniczki Nocy zjawiły się jednak błyskawicznie.
- Odpocznij – poprosiła Mistral kładąc jej dłoń na ramieniu.
Teena upewniła się, że teraz Tika przeładowuje w Riauka energię i sama przestała to robić.
- Co się stało? – spytała córka szefa wchodząc bez pukania. Towarzyszył jej Truggen z dłonią przyciśniętą do ust. Z pomiędzy palców wciąż ciekła mu krew.
Po co on tutaj przyszedł?
Chyba sama Morel, nie rozumiała czemu pozwalała synowi za sobą łazić. Coś jej chciał powiedzieć, ale to nie była na to pora. Mógłby zająć się swoim zdrowiem i cierpliwie poczekać. Ale on nigdy nie umiał się właściwie zachowywać i tylko przysparzał kłopotów.
- Ich Wielmożność powiedział, że Riauk zapłaci, za zabicie go – wyjaśniła Teena. – Wydaje mi się, że będą musieli umrzeć razem – powiedziała, dziwiąc się, że znalazła odwagę na sformułowanie takiej myśli. – Kiedy zamek Ich Wielmożności zaczął się walić, z Riauka zaczęła też uchodzić energia.
- Wiecie co zrobić? – Głos córki szefa pozostał rzeczowy.
- Nie – powiedziała Mistral.
- Ale ja może wiem. – Truggen odsunął rękę od ust.
- Ty? – syknęła Teena.
- Pozwól mu mówić – nakazała córka szefa. Może chłopak naprawdę coś wiedział, skoro z takim uporem za nią łaził, nawet w chwili takiej jak ta. Loravandil wyczuł, że wydarzyło się coś złego. To dlatego teraz byli tam, gdzie byli.
- Świata Dyktującego kiedyś nie istniał, powstał jako narośl na Świecie zza Morza Ognia i Krwi, obcy twór. – Kobiety patrzyły na Truggena zniecierpliwione. To co powiedziały, było dla nich oczywiste. Nie wiedziały jednak, jakie to w tej chwili mogło mieć znaczenie. – Świat Dyktujący stworzyły demony. – To też było oczywiste i powszechnie wiadome. – Skoro demony go stworzyły, zapewne też mogą go zniszczyć. A ja jestem demonem. – O tym faktycznie nikt wcześniej nie pomyślał.
- Naprawdę możesz to zrobić? – zdziwiła się Mistral. Nie do końca zrozumiała słowa chłopaka. Zbyt ją zaskoczył ton pewności w jego głosie. Ten dzieciak mówił, że cokolwiek potrafi. Było to czymś zupełnie nowym dla nich wszystkich.
Tylko Teena nie wyglądała na zdziwioną. Ale ona myślała o czymś innym. Nie interesował jej Truggen i jego sprawy.
- A w czym może nam to pomóc?
Chłopak rozkasłał się zasłaniając usta dłonią. Kiedy doszedł do siebie i znowu zaczął mówić, na wargach miał krew.
- Nie jestem na tyle potężny, żeby tak zupełnie zniszczyć świat. Ale myślę, że dałbym radę zniszczyć przejście, zerwać połączenie pomiędzy naszym światem, a Światem Dyktującym. Chciałem w ten sposób rozwiązać problem najazdów. – O czym ten chłopak w ogóle mówił? On chciał rozwiązać jakiś problem? On był źródłem problemów. – Teraz to już nie ma znaczenia. Ale może, kiedy zniszczy się połączenie między światami, z dziadka przestanie uchodzić energia. On i Ich Wielmożność Poświęcenie są ze sobą związani, ale dziadek należy do tego świata, a Ich Wielmożność do Świata Dyktującego.
- Naprawdę mógłbyś to zrobić? – spytała córka szefa tracąc opanowanie naczelnika wioski. Teraz była z jednej strony dumną matką, z drugiej przerażoną kobietą, która mogła stracić kogoś bliskiego. Żałowała też, że nie wysłuchała Truggena wcześniej. Teraz uświadamiała sobie, że nie chciała z synem rozmawiać, żeby go ukarać. Kiedy w grę wchodziły uczucia, przestawała być racjonalna, a tak nie powinien postępować ktoś, od kogo zależało życie innych.
- Chyba tak.
- Więc zrób to – powiedziała Teena szybko.
- A czy nie powinniśmy spytać, co o tym myślą inni mieszkańcy wioski? – przypomniała Tika. – Ludzie Lasu stracą w ten sposób drogę nad morze. Poza tym, mamy tu ciągle żołnierzy z tamtej strony. Nie będą mogli wrócić do domu. Nie możemy od tak dla własnej sprawy zniszczyć kawałka świata.
- Powiedziałabyś mu to, gdyby był przytomny? – spytała Mistral wskazując na Riauka. W jej oczach lśniły łzy.
- Tak. On by to zrozumiał – stwierdziła Tika pewnie, a Teena wiedziała, że miała rację.
Truggen znowu kasłał i pluł krwią.
- Mógłbym przeprowadzić tych obcych przez Magistralę, żeby wrócili do domu – stwierdził, gdy znowu był w stanie coś powiedzieć.
- Naprawdę? – upewniła się córka szefa. – Do nich można się dostać w ten sposób?
- Wszędzie można się dostać z Magistrali – powiedział Truggen pewnie. – A jeśli sam będę miał z tym problem, Kit na pewno mi pomorze.
- A więc zniszcz przejście między światami.
- Nie będziemy innych pytać o zdanie? – zdziwiła się choć i jednocześnie ucieszyła Mistral.
- Nie. Biorę to na siebie. Chyba, że wy mi się sprzeciwicie – powiedziała córka szefa pewnie.
Pozostałe kobiety milczały.
Truggen zamknął oczy. Nie miał przy tym pojęcia, że kiedy jego dziadek chciał się skupić i odciąć od otaczającej go rzeczywistości, robił tak samo. Wydawało się, że nic się nie dzieje.

Szczur kłapał zębami próbując chwycić rękę, która rozcierała go wiechciem słomy. Wcześniej, kiedy Loravandil oprowadzał go wkoło na oczach zdenerwowanych żołnierz z dwóch wrogich oddziałów, próbował także uderzyć go zębami w dłoń. Był niezadowolony, że zajmował się nim ktoś inny, niż jego pan. Był tylko koniem, nie mógł zrozumieć, co się działo.
Nie uspakajała go nawet obecność stępującego obok stajennego sąsiada Gilberta, którym zajęła się Guld.
Teraz w mroku stajni Loravandil znieruchomiał nagle wplatając palce w ciemną grzywę ogiera. Doznał właśnie dziwnego deja vu. Kiedyś szczotkując końską grzywę odczuł ból i strach ojca, które go przeraziły, ale i uświadomiły, że nie tylko on się boi. Teraz Riauk był nieprzytomny, nie czuł więc już niczego. Ale Loravandil po latach ćwiczeń był w stanie zarejestrować wszelkie zmiany w natężeniu energii we wsi i jej okolicach. Wiedział, co działo się teraz z jego ojcem. Nie o nim jednak myślał, a o matce. Co zrobi Teena, jeśli zostanie sama? Jak poradzi sobie z rzeczywistością? Jak szybko podąży za ojcem, na drugą stronę bytu? Jak wielka pustka pozostanie po nich w granicach tej wioski? Jak wielką pustkę będzie nosił w sercu on sam? I jak długo? Przez wieczność?
Nagle coś się zmieniło. Miał wrażenie, jakby obszar wsi się skurczył. Wysyłając myśl z dala od małej stajenki odkrył, że przejście między światami przestało istnieć. Ale to niczego nie zmieniło. Energia wciąż uchodziła z jego ojca. Dlaczego miałaby przestać? Nie wiedział. Po prostu liczył na cud.
Szczur ni stąd ni zowąd nagle spróbował odgryźć mu policzek, zmuszając do przerwania rozmyślań i wykonania uniku. Potężne zęby zamknęły się z trzaskiem tuż koło jego twarzy. Mimo to Loravianil był już pewny, że jeśli ojciec umrze, to on zaopiekuje się ogierem. Nawet jeśli nie miał już być szczęśliwy, chciał ocalić tę odrobinę nadziei, jaką ojciec pokładał w tym nieznośnym koniu.

- Już – powiedział Truggen.
Kobiety milczały. Czy były zawiedzione, że nic się nie wydarzyło? I czy naprawdę nic się nie wydarzyło?
- Energia już z niego nie uchodzi – powiedziała nagle Tika, a pozostałym wydawało się, że nie zrozumieli jej słów. – Dzieciak miał rację.
I faktycznie Riauk otworzył oczy. Spróbował usiąść, ale nie dał rady. Skulił się więc w sobie. Drżał.
Teena podbiegła do niego. Szubko zarzuciła na niego koc.
- Nie podnoś się. Wszystko będzie dobrze – zapewniła. W oczach miała łzy.
- Co się stało? – zapytał słabym głosem.
- Truggen cię uratował.
- Ale dlaczego on pluje krwią?
Chłopak faktycznie znowu kasłał.
- Coś mi utkwiło w płucu – wydusił. – To czym strzelali ludzie stamtąd. Dlatego nie mogę się zregenerować.
- Pomóżcie mu – poprosił Riauk. Sam był zbyt słaby, żeby sięgnąć do mocy.
Truggen wrzasnął i przycisnął umazaną krwią rękę do boku. Pogorszył tym stan swojego i tak sfatygowanego ubrania, spod którego wypadła powyginana grudka metalu. W oczach chłopaka stanęły łzy.
- To się dało zrobić inaczej – powiedział Riauk słabo. On jeden od dawna nie był już na Truggena zły. Rozumiał, co popychało go do robienia głupstw.
Tika wzruszyła ramionami.
Truggen się nie poskarżył. Rana w jego boku już się zresztą zasklepiły. Pozostała tylko krew na ubraniu.

Riauk siedział przy jednym z długich stołów. Patrzył na tańczących. Tego dnia sam nie mógł do nich dołączyć. Choć od zniszczenia przejścia między światami minęło ponad trzydzieści dni, wciąż jeszcze był bardzo słaby. Wolałby, żeby nieco poczekano z weselem Truggena i Gud. Takiego samego zdania byli też kapłani. Według nich dobre obyczaje nakazywały, by okres narzeczeństwa potrwał przynajmniej rok. Córka szefa uważała jednak, że nie należy na nic czekać i jeśli ci kiedykolwiek naprawdę mają się pobrać, to powinno zdarzyć się teraz. W tej chwili Truggen był bohaterem i mieszkańcy wioski byli mu w stanie darować nawet to, że żenił się z własną praciotką.
- To demon – mówili tylko. - One są inne.
Pamiętali jednak, że osłonił Riauka własną piersią. Pamiętali jak potem kasłał i pluł krwią. Usłyszeli, że uratował Riauka raz jeszcze, choć to trudno było im zrozumieć. Doskonale zrozumieli jednak informację, że to Truggen zniszczył przejście między światami. Najeźdźcy nie mieli już do nich przybyć. Takie rozwiązanie było lepsze, niż nawet pozytywne zakończenie rokowań, dawało większe poczucie bezpieczeństwa.
Mieszkańcy wioski nie dowiedzieli się, czy Riauk faktycznie zabił Ich Wielmożność Poświęcenie. Sądzili, że nie. Gdyby mu się powiodło, nie trzeba by go było ratować. Nikt nie wyprowadzał ich z błędu, choć Riaukowi nie podobała się rola narwanego słabeusza. Rozumiał jednak, że czasem lepiej jest, żeby nie wszyscy wszystko wiedzieli.
Teraz siedział przy stole, patrząc jak roześmiany Truggen tańczy z Guld. Ona też się śmiała. Może to właśnie te ich uśmiechy, a może odświętne stroje sprawiły, że biło od nich światło. Być może wszystko nie wyglądałoby tak dobrze, gdyby oficjalnie ogłosili, co naprawdę się wydarzyło.
I gdyby jeszcze byli pewni, co się wydarzyło. Czy Truggen naprawdę uratował Riauk niszcząc przejście między światami? Czy może energia sama przestałaby w końcu z niego uchodzić? Może tak się stało. Gdyby to roztrząsali, mogłoby się okazać, że niepotrzebnie zniszczyli przejście. To, co chłopak zrobił wcześniej, było szlachetne, ale niemądre. Gdyby nie osłonił Riauka, a tym samym nie zasłonił mu widoku na strzelającego mężczyznę, ten mógłby rozłożyć w pył pocisk, jak już to parę razy robił. Im obu oszczędziłoby to bólu postrzału.
Cholerny dzieciak – pomyślał. Truggen miał zostać bohaterem, a on przegranym, by ta chwila mogła nastąpić, by Truggen mógł urzeczywistnić swoje chore plany. Ale czy tak właśnie nie wyglądało mniejsze zło? Nikomu nie działa się przecież krzywda.
- Chyba nie bawisz się dziś dobrze?
Riauk podskoczył nerwowo. Nie zauważył momentu, kiedy ktoś usiadł obok niego na ławie. To był młody mężczyzna o złotych włosach. Znał jego głos i jego twarz, nie potrafił połączyć ich jednak z żadnym imieniem.
- Nie czuję się dobrze – wyznał mimo to.
- Wciąż porywasz się na rzeczy dla ciebie zbyt wielkie?
- Wszystko jest dla mnie zbyt wielkie – rzucił lekko. Już kiedyś to w życiu powiedział, dawno, dawno temu. – Jesteś imperatorem? – skojarzył w końcu.
Młody mężczyzna uśmiechnął się.
- Tak. Jestem imperatorem i jego kolejnym następcom. Jakoś nie wyglądasz na przerażonego moją wizytą. Zniszczyliście barierę. Teraz i ja i moi podwładni będziemy mogli swobodnie przekraczać granicę waszego świata.
- Obiecałeś mi, że nas nie zaatakujesz.
- I ufasz mi?
- Tak.
- Mimo, że jestem demonem?
- Mój najlepszy przyjaciel jest demonem, demonem jest moja synowa i mój wnuk. Dlaczego miałbym nie ufać demonowi?
- Może dlatego, że nikomu nie należy przesadnie ufać.
- Straszysz mnie?
- Nie. – Imperator roześmiał się. – Zbyt się już do ciebie przyzwyczaiłem, żeby zrobić ci krzywdę. Zresztą, obserwując cię doszedłem do wniosku, że w słabości, może kryć się siła. Jest wiele rzeczy, które przez ciebie muszę przemyśleć na nowo. Ten wasz dzieciak, to podrzędny demon niewart splunięcia, a jednak potrafi realizować swoje plany, jakby nie były niedorzeczne i ma coś, czego nie ma żaden z nas. Ma prawdziwe imię, które sam może wypowiedzieć. – Imperator wstał. – Już pójdę. Nie będę cię dziś męczył. – Klepnął Riauka w plecy. – Kiedyś musisz wpaść do mnie z tym dzieciakiem – powiedział jeszcze, po czym znikł.
Riauk znowu przyglądał się tańczącym. Brakowało wśród nich jego najstarszego syna. Oiolose pracował właśnie nad kopią kroniki. Chciał by ta jak najszybciej trafiła do ludzi z Jakiegoś Miejsca. Nawet jeśli nie zagrażali już Światu zza Morza Ognia i Krwi, a nawet sami nie byli w stanie się z nim skomunikować, oni obiecali im wszystko wyjaśnić i Oiolose zamierzał dotrzymać obietnicy. Musiał się spieszyć. W Jakimś Miejscu przecież szybciej płynął czas.
Wśród tańczących zabrakło jednak też Dröma. Zanim Riauk zaczął rozmawiać z imperatorem, Dröm tańczył z dziewczyną z wioski, jedną z tych, które miały w sobie krew demonów i pod ubraniem skrywały anomalia budowy. Teraz ona także nie tańczyła. Riauk rozejrzał się. Nie wypatrzył jednak ani dziewczyny, ani Dröma przy żadnym ze stołów. Może byli teraz razem w jakiś krzakach, albo stodole. Może Dröm w końcu ułoży sobie życie i przestanie się gryźć tym, co było.
- Z kim rozmawiałeś?
- Co? - Znowu się zamyślił i nie zauważył, kiedy ktoś koło niego usiadł. Tym razem był to jego ojciec.
- Z kim rozmawiałeś?
- To znajomy.
- Nigdy go nie widziałem.
- Nie znasz wszystkich moich znajomych – odpowiedź Riauka nie zabrzmiała dobrze, ale nie chciał teraz rozmawiać o imperatorze.
- Tak. Ty masz prawdziwe życie. – Mery nie patrzył na syna, a gdzieś w przestrzeń. – Cała ta wioska… Narobiłeś tu niezłego bałaganu.
- To nie ja – zaprotestował Riauk, choć nie zrozumiał do końca słów ojca.
- Ty. – Mery wciąż na niego nie patrzył. – Gdyby nie ty, te wszystkie istoty nie mieszkałyby obok siebie i nie bawiły się razem. Dopasowujesz świat do siebie. Zmieniasz go, czynisz jakim nie był, żeby tobie się lepiej w nim żyło.
- Nawet jeśli, czy to źle? – Riauk miał wrażenie, że kiedyś słyszał już podobne stwierdzenie. Tak. Od imperatora. Dla tamtego to był skierowany w jego stronę komplement. Sam uznał go za zarzut. Teena wytłumaczyła mu jednak, że wszyscy tak robią, także zwierzęta, że na tym właśnie polega życie. Uwierzył jej. Chciał jej uwierzyć.
- Ja zawsze trzymałem się na uboczu – ciągnął dalej Mery, jakby nie usłyszał pytania syna. – Byłem odmieńcem, który nie powinien się urodzić. Starałem nie rzucać się w oczy. Oddałem swoje życie innym. Nie chciałem dla siebie wiele.
- To twój wybór – zauważył Riauk. – Ja dokonałem innego.
- Zachowaliście się bardzo egoistycznie niszcząc przejście między światami. Powinniście to przynajmniej skonsultować z Ludźmi Lasu. Pozbawiliście ich drogi nad morze. Czy nie dlatego tak niewielu z nich teraz tutaj świętuje.
- Nie. – Oszołomiony Riauk potrząsnął głową. – Oni w ogóle rzadko bawią się razem z innymi. Mają swój rytm życia, swoje zwyczaje. Zdecydowali się mieszkać koło nas, ale nie umieją żyć tak, jak my. – Zamilkł. Zmarszczył czoło. Chyba nie o Ludziach Lasu powinni teraz rozmawiać. Ale też nie o przejściu między światami. Czy ojcu przeszkadzało, że je zniszczyli? I dlaczego mówił o tym dopiero teraz, gdy alkohol zaczął szumieć mu w głowie? – Są inne morza – dodał. – I nie, nie mogliśmy zrobić nic innego. Gdyby Truggen nie zniszczył przejścia, pewnie już bym nie żył.
- Kiedyś trzeba umrzeć.
- Mnie jeszcze nie śpieszy się na tamtą stronę! – oburzył się Riauk.
- A ja czuję się już zmęczony moim życiem.
- A więc o to ci chodziło? – Riauk wciąż był zły. – Myślisz o śmierci.
- Tak – przyznał Mery. – I chciałbym jeszcze raz zobaczyć morze, nad którym się wychowałem. Może chciałbym też odejść w morze, jak kiedyś odeszli Ludzie Lasu.
- I chciałbyś, żeby twój syn umarł, żebyś tylko ty mógł jeszcze raz zobaczyć świat swojego dzieciństwa?
- Nie jesteś już dzieckiem. Powinieneś to zrozumieć. Żyłeś długo. Dokonałeś wielkich czynów. Odchowałeś dzieci i wnuki. Śmierć jest czymś naturalnym, nawet dla nieśmiertelnych. Nie powinniśmy tak kurczowo trzymać się życia, zwłaszcza jeśli to aż tyle ma kosztować.
- Nigdy nie powinieneś czegoś takiego powiedzieć, a zwłaszcza na weselu swojej córki! – Riauk znowu podniósł głos.
- Z jej prabratankiem? Ten ślub jest chory.
- Ale nikomu nie szkodzi! – Riauk uderzył pięścią w stół.
Mery tego nie skomentował, nie spojrzał też na syna.
- Co powiedziałeś Guld? – spytał Riauk już spokojniej.
- Że życzę jej szczęścia – powiedział Mery cicho. – Spędzała z tobą za dużo czasu. Miałeś na nią zły wpływ. Ale to i nasza wina.
- Tak. To dobrze, że Guld nie patrzy na świat tak, jak ty. – Riauk prychnął. – Zamierzam żyć i zmieniać świat, tak długo, jak zdołam! – powiedział głośniej, niż powinien.
Muszę tu zostać dla Truggena, Kita i wszystkich innych, dla których po śmierci niczego już nie ma – pomyślał. – Śmierć to wygodna droga ucieczki, jeśli się wie, co jest po drugiej stronie. – Nie powiedział jednak tego Meremu. W obecnym stanie ducha ojciec i tak by go nie zrozumiał.
- Masz w sobie siłę mojego ojca i naiwność matki. A do tego potrafisz być szczęśliwy. Właśnie ty. Czy to nie dziwne?
Riaukowi wydawało się, że dostrzegł w oczach ojca łzy, ale nie umiał teraz mu współczuć.
- Jeśli będziesz chciał, przeprowadzę cię przez Magistralę nad to twoje morze. Wiesz, że to potrafię. Albo zabiorę cię nad inne morze, które poznałem – powiedział jednak już spokojniej.
Mery machnął ręką zbywając go i wstał. W myślach przemierzał Świat Dyktujący na grzbiecie Róży pędząc w stronę morza. Ale to nie za morzem tak naprawdę tęsknił, a za swoją młodością, za nadzieją, którą wtedy nosił w piersi.

Kit przysiadł na krawędzi ławy.
- Twoja matka całkiem nieźle tańczy.
- Naprawdę? - Riauk oderwał wzrok od resztek na półmisku.
- Nie wiem. Tak się chyba mówi, ale w tym temacie mam akurat małe rozeznanie. Kręciliśmy się wokół siebie, nie deptaliśmy sobie po palcach i na nikogo nie wpadliśmy. To chyba dobrze.
Riauk przyłapał się na tym, że się uśmiecha.
- Chyba miała się tego gdzie nauczyć, dorastając w wielkim zamku… - Zamyślił się na moment. - Kit i moja matka tańczą sobie razem na weselu we wsi, w której mieszkam. Gdyby ktoś mi zasugerował coś takiego w czasach, gdy walczyłem z Nimrunem i odebrałem jego zwłokom berło… - urwał.
Robię się sentymentalny, jak mój ojciec – skarcił sam siebie. – A mimo to łatwiej mi się dogadać z demonami, niż z nim. Może o to chodzi – zreflektował się po chwili. Ojciec nigdy nie miał prawdziwych przyjaciół. A ja mam. Dlatego się nie rozumiemy. Będę musiał z nim porozmawiać jeszcze raz, spokojnie. Może uda mu się otrząsnąć. To oczywiście nie sprawa na dziś.
- Wiele rzeczy wydaje się zbyt niesamowitych, by mogły być prawdziwe. – Kit podchwycił wywód, o którym on zdążył już zapomnieć. – Ty osiadłeś i jako senior rodu doczekałeś się wnuków. Ja jak dobry wujek wpadam do was, gdy tylko trafi się okazja, choć mam całą Magistralę pełną światów. No i imperator. Pojawia się w środku wsi, jakby nigdy nic, a ty cieszysz się na jego widok.
- Wcale się nie cieszę.
- Oczywiście, że nie. A teraz wykrzesz z siebie odrobinę siły, bo obiecałem pannie młodej, że zaraz z nią zatańczysz.
- Nieźle mnie wkopałeś. – Riauk wstał podpierając się ręką o krawędź stołu. – Ale w sumie dobrze, że kazałeś mi się ruszyć. – Uśmiechał się do Kita. – Myślę, że dam radę dotrzymać złożonej przez ciebie obietnicy.

28.10.2011 – Warszawa

C.D.N. Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...