Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
"Riauk"




27. Macki


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

Posłuchaj mnie teraz. Nie zadawaj pytań, tylko odpowiadaj na moje.
Riauk zesztywniał z uniesioną w górę łyżką, której nie doniósł do ust.
Jeśli zobaczysz jakieś miejsce czyimiś oczami, będziesz mógł się do niego przenieść?
Tak.
A więc do południowo-wschodniej granicy Dominium zbliża się niebezpieczna horda. To ludzie. Nigdy nie sądziłem, że ludzie mogą zagrozić granicom Dominium, ale zaczynam zmieniać zdanie. Jeźdźcy palą i rabują wszystko, co jest na ich drodze i jak na razie nikt nie zdołał ich zatrzymać. A przecież ludzie ze wschodu są twardzi i zaprawieni w bojach. Jeśli horda będzie dalej poruszać się w tym tempie, jutro przekroczy naszą granicę.
Ale co ja mam z tym wspólnego?
Liczę, że znajdziesz jeszcze kilku sobie podobnych i mi pomożesz.
Hej! Chcesz mnie prosić, żebym bronił granicy Dominium? Przecież nie jestem twoim poddanym. Powiem ci więcej, obecnie jestem Strażnikiem Granicy Świata zza Morza Ognia i Krwi i nawet pobieram pensję z tego tytułu. Ale ty przecież powinieneś o tym pamiętać.
Proszę cię o pomoc jako przyjaciel. Potem załatwię to oficjalnie z twoim władcą. Jeśli będzie trzeba. Teraz patrz.
Riauk wrzasnął. Przechylił przy tym łyżkę i wylał jej zawartość na stół.
- Co się stało? – spytała zaniepokojona Teena.
Riauk przez chwilę nie wiedział, co widzi. Obrazy migały przed jego oczami dużo szybciej, niż gdyby pędził cwałem. Sporo czasu zajęło mu uświadomienie sobie, że pomarszczone, szare kształty, to szczyty gór widziane z ogromnej wysokości.
Czyimi oczami patrzę?
Smoka.
Riauk wzdrygnął się.
- Co się stało?
Nie jesteśmy w złej sytuacji. – Imperator kontynuował swoją myśl. – Naszą granicę na południowym-wschodzie można przebyć tylko przez jedną wąską przełęcz. Wiedziałem gdzie się zatrzymać z podbojem. Chciałbym, żebyś przerzucił tam moich strzelców i wspomógł ich w walce.
Dlaczego nie zrobisz tego sam?
Jest jeszcze za wcześnie, żebym ujawnił swoje możliwości. A armia poruszająca się w normalny sposób, nie zdąży tam w porę dotrzeć.
W porę? Czy czas się liczy, skoro nikt tam nie mieszka? I czy smok nie może zatrzymać najeźdźców? Skoro pozwala ci korzystać ze swoich oczu, nie będzie walczył dla ciebie?
Nie mogę użyć smoka. Nie chcę, żeby ktoś go zobaczył. To też jeszcze nie czas na to. Ludzie zechcieliby na niego polować. To budziłoby niepokój. Nie chcę, żeby mieszkańcy Dominium się bali. Większość z nich uważa, że smoki nie istnieją i niech tak zostanie.
Dbasz o takie rzeczy, kiedy chodzi o ludzkie życie?
Na tym polega polityka. Nie znasz się na tym. Uwierz. Moi poddani nie mogą zobaczyć smoka. I to nie prawda, że tam nikt nie mieszka. Patrz.
Riauk zobaczył brązowo-żółte klocki, otoczone szarymi nitkami.
Co to jest?
Wieś. Chcę, żebyście zatrzymali hordę na przełęczy tak długo, żeby ci ludzie zdążyli się ewakuować. Potem może wkroczyć smok. Oczywiście pomożecie mi też wysłać tam gońca z wiadomością.
Czyli musimy wytrzymać kilka dni.
Wystarczy jeden. Potem możecie uciekać. Masz czas do świtu na organizację. Wtedy się z tobą skontaktuję i pokażę ci, gdzie masz się przenieść.
Poczekaj.
Nie marudź.
Dlaczego to my mamy tam walczyć? Nie masz żadnych wojskowych magów? – Riauk przypomniał sobie, że kiedyś poznał kogoś, kto piastował takie stanowisko.
Mam magów. I jako takich was zresztą przedstawię. Mogowie bywają użyteczni, ale głównie do leczenia rannych i wysadzania murów. Ich ogniste kule są za mało precyzyjne. Nie wybierają, kogo parzą. Niestety, nikt nie walczy tak skutecznie, jak wy, którzy nazwaliście się Wojownikami Nocy i nie jest przy tym tak niepozorny.
A co z pudełkiem, które kiedyś u ciebie zostawiłem? Czy ktoś nie mógłby go użyć?
Nie. Bo już go nie mam.
Jak to?
Zniszczyłem je. Tak. To było możliwe. Ty też dałbyś radę to zrobić, gdybyś posłuchał tego, którego nazywasz Kitem. Nie sądziłeś chyba, że trzymałbym na dworze coś tak niebezpiecznego. A teraz szykuj się do walki.
- Co się stało?
Riauk po raz pierwszy spojrzał na Teenę. Opuścił też rękę, wkładając łyżkę do talerza. Nie odpowiedział. Przeniósł wzrok na dwóch małych chłopców bawiących się drewnianymi figurkami zwierząt w kącie chaty. Jego okrzyki przy zupie najwidoczniej nie zrobiły na nich wrażenia. Znów spojrzał na Teenę.
Imperator prosi, żebyśmy pomogli mu bronić wschodniej granicy – przekazał w myślomowie, nie tylko jej, ale też wszystkim swoim dorosłym dzieciom i wnukom. – Kto może, niech natychmiast się u nas stawi.
Ja nie mogę – myśl Truggena odpowiedziała błyskawicznie. – To nie jest pora, żeby coś wyjaśniać. Ale to ważne.
W porządku. Ty i tak nie władasz mocą. – Riauk nie pomyślał, że jego odpowiedź może zranić młodego mężczyznę. Nie miał teraz czasu, żeby dbać o takie szczegóły.
Drzwi otworzyły się. W progu stanęli Loravandil i Morel. Mgnienie oka później pojawił się za nimi Dröm.
- O co chodzi?
Młodszy Kit jak zwykle przeniósł się do wnętrza chaty.
- Od kiedy to my pomagamy imperatorowi? – Nikt nie skomentował nowej fryzury Kita. Nie był to odpowiedni moment. Zresztą, za każdym razem, gdy go widzieli, wyglądał inaczej. W tej chwili nosił pokaźne dredy zebrane w kucyk.
- A czy to ważne? Zanim będziemy oceniać, możemy wysłuchać, co ojciec ma do powiedzenia. – Na miejscu byli już Bluszcz i Cedra.
- Mama! – Jeden z rudych chłopców, zaniepokojony gwarem, podbiegł do Teeny. Jego trzyletni umysł potrafił już właściwie zinterpretować emocje dorosłych, a także zauważyć niecodzienny pośpiech. Kobieta podniosła go z ziemi i posadziła sobie na kolanach.
- Nie martw się Baldwinie. Wszystko będzie dobrze.
Oiolose, Sasanka, Dżana i Virgid przyszli na piechotę, ale to i tak Ferro i Njala zjawili się jako ostatni. Barczysty mężczyzna wydawał się zdenerwowany.
- Rolf i Ringulf nie pojawią się. Powiedzieli, że nic nie obchodzą ich problemy obcego państwa – rzucił.
- Mają prawo tak uważać – stwierdził Riauk. Ton jego głosu wskazywał jednak, że to, co podszeptywał mu rozum, nie było zgodne z tym, co czuło jego serce. – Moimi decyzjami kieruje zapewne nie tylko dbałość o bezpieczeństwo naszego świata i nas samych, ale też sympatia do Imperatora. – Po tym wstępie dokładnie wyłożył prośbę tamtego.
- Chłopcy mają rację, że to nie nasza sprawa – zauważył kwaśno Virgid. – A w każdym razie na pewno nie moja i nie mojego ludu. Nie władam mocą i niczego Imperatorowi nie zawdzięczam, może poza latami przeżytymi w strachu.
Dżana zagryzła wargi. Nie skomentowała jego słów.
- Virgid ma rację – powiedział Riauk, zadziwiając wszystkich tym stwierdzeniem. – Nie mamy interesu w tym, żeby pomóc Imperatorowi. Owszem, może moglibyśmy obawiać się jego zemsty. Ale nie sądzę, żeby do czegoś takiego się posunął. Ja pomogę mu jako przyjaciel.
Przez chwilę wszyscy milczeli.
- Ile osób potrzeba? – spytała po chwili córka szefa.
- Jak najwięcej.
- Więc nie ma o czym dyskutować – stwierdził Ferro. – Pójdą z tobą wszyscy, którzy mogą.
- Ja na pewno – zgłosił się Dröm.
Sasanka wyciągnęła rękę i dotknęła dłoni syna. Nic nie powiedziała, ale wszyscy zrozumieli ten gest. Bała się o niego i prosiła, żeby był ostrożny. Z jego planów żeniaczki nic nie wyszło. Dröm nie powiedział nikomu dlaczego, ale było widać, że go to gryzło.
- A więc Ferro, Dröm, ja – zaczął liczyć Kit. – Bluszcz... - Jego młodszy brat nie zaprotestował. – Piątka nas starczy.
- Ja też wezmę w tym udział. – Słowa Loravandila zaskoczyły ich. Było to widać, choć starali się ukryć zdziwienie. Zastanawiali się, czy ten wrażliwy mężczyzna naprawdę w końcu znalazł w sobie tyle odwagi, by stanąć do boju, czy po prostu chciał, żeby zapomnieli, że jego syn w ogóle nie zjawił się na tym spotkaniu.
- Ja też nie zamierzam zostać w domu – powiedziała Teena szybko, może po to, by rozproszyć ciszę, a może dlatego, że postanowiła tak na samym początku rozmowy.
- A dzieci? – spytał Riauk.
- Njala się nimi zajmie – oznajmiła Teena, choć wcześniej tego nie ustalały. Mimo to piękna kobieta z Ludu Lasu, błyskawicznie wyciągnęła ręce, by przejąć Baldwina z kolan Teeny. Malec nie zaprotestował. Wiedział, że pobyt u Njali równał się jedzeniu pysznych ciasteczek o przedziwnych kształtach, jakich nie umiała piec jego mama, ani nawet ciocia Róża. Njala uwielbiała opiekować się dziećmi. Nigdy jednak nie zdecydowała się ponownie zostać matką. Może bała się, że znów popełni jakiś błąd. Nie miała powodu do dumy ze swoich synów i chyba ją to gryzło.
- Oczywiście – powiedziała, szukając wzrokiem, gdzie podział się Erlend. Drugi chłopiec zawędrował tym czasem pod stół, śledząc wzory, w jakie układały się słoje na deskach podłogi. Nie dało się ukryć, że Njala, choć urodziła się mężczyzną, była dużo bardziej kobieca, niż Teena, matka ośmiorga dzieci.
- To wszystko ustalone. Możemy szykować się do drogi. Broń, ani konie, nie będą nam potrzebne.
- Pójdę z wami – dodała Dżana.
- Ty też zgłupiałaś? – rzucił zaskoczony Virgid.
- Tak, i to już dawno.

Teena nie lubiła być w ciąży. I chociaż, jako Wojowniczka Nocy, potrafiła skutecznie radzić sobie z takimi dolegliwościami jak mdłości, czy puchnące nogi, to jednak samo chodzenie z ogromnym brzuchem uważała za bardzo uciążliwe. Wcześniej upierała się, że sześcioro dzieci w zupełności wystarczy. To jednak ona zaproponowała, że może mogliby mieć kolejne. Czas tak szybko płynął, zbyt szybko. Miała wrażenie, że niedostatecznie nacieszyła się swoimi dziećmi, gdy były małe. Zresztą, wtedy, przy szalejącym z powodu wyrzutów sumienia Riauku, trudno było się cieszyć.
- Naprawdę chciałabyś? – Riauk spojrzał na nią, jakby postradała zmysły, kiedy po raz pierwszy napomknęła o tym w trakcie jakiegoś posiłku.
Jemu jeszcze nie ciążył czas wiecznego życia. Był przecież od Teeny dużo młodszy. Jego umysł pochłaniały też coraz to nowe namiętności. W ciągu ostatnich lat, najpierw zorganizował Straż Pogranicza, na której czele stanął. Musiał w tym celu odbyć kilka rozmów z władcą z Jedynego Miasta i jego urzędnikami, a także z wieloma mieszkańcami Małego Dominium, ustalić, kto miałby zasilić jej szeregi. Straż pobierała niewielki żołd i nawet wyposażono ją w mundury, jednak nie miała wiele do roboty. Nie spodziewali się żadnych ataków ze strony Dominium, a przejście między światami przestało istnieć, choć oznaczające je słupki pozostały jako pomnik przeszłości. Najeźdźcy mogli więc przyjść albo z poza Dominium, przedzierając się najpierw przez jego ziemię, albo zza puszczy, o ile za poszczą w ogóle coś było. Straż nie miała więc właściwie roboty, czasem tylko doprowadzając do porządku awanturujących się włóczęgów, których los rzucił w ich strony. Poza tym Riauk zajmował się unowocześnianiem wioski. Próbował w te prace wciągnąć Virgida, ale choć kowal wykonywał wszelkie zamawiane u niego części, to bardziej nie chciał się w nic angażować. Coraz więcej osób korzystało z konnych kosiarek. Przy kilku chatach powstały też kabiny z prysznicami. Pierwsza o czymś takim zamarzyła Anna. Truggen w ramach prezentu ślubnego zorganizował jej i Nedowi wycieczkę po Świecie Prawdziwym. Annie ze wszystkiego, co tam zobaczyła, najbardziej podobały się właśnie prysznice. I okazało się, że nawet bez wodociągów da się coś takiego urządzić. Kiedy Riauk montował jej prysznic, uśmiechała się do niego promiennie, choć wcześniej właściwie zawsze patrzyła tylko z wyrzutem. W ogóle, od ślubu Anna bardzo się zmieniła. Znacznie więcej mówiła, częściej się śmiała, zaczęła tańczyć i marzyć. Ned musiał mieć jakieś zalety.
Kolejnym dziełem Riauka była Szkoła Posługiwania się Mocą. Tym razem to mąż Anny wyszedł z takim pomysłem.
- Chciałbym od życia jeszcze czegoś więcej – poskarżył się kiedyś Truggenowi bardzo go tym zaskakując. Naprawdę trudno było uwierzyć, że w głowie Neda pojawiały się inne dylematy, niż czy ludziom spodobają się nowe zdobienia naczyń. – Tylko nie wiem czego. Na pewno nie chcę podróżować. Już kiedyś o tym myślałem. To nawet mogłoby być ciekawe, zobaczyć góry, morze, inne rośliny i zwierzęta. Ale w sumie, gdzie by się nie żyło, życie garncarza wszędzie musi być takie samo. Kiedyś, kiedy trudno mi było przedrzeć się przez każdy dzień, nie miałem siły myśleć o niczym, poza pracą. – To też Truggenowi nigdy nie przyszło do głowy, a przecież obserwował jak z biegiem lat otyłość po kolei odbierała Nedowi możliwość wykonywania kolejnych czynności. Przestał dosiadać koni, bo nie dawał rady się na nie wdrapać i pływać, bo rzeka była za daleko, żeby mógł dojść na brzeg. W końcu nawet poruszanie się w okolicy domu rodziców stanowiło dla niego wyzwanie. Zresztą, sam Ned nigdy nie powiedział o tym ani słowa, dopóki nie było naprawę źle. – Teraz jest inaczej. I przyszło mi do głowy, że może kiedyś, nie koniecznie teraz, chciałbym robić to, co ty robisz, walczyć w snach – a jednak myślał nawet o czymś takim. – Ty przecież też nie urodziłeś się obdarzony mocą. No, mógłbym też poznawać niezbadane dotąd krainy. Ale do tego też za mało umiem.
Wielu młodych demonoludzi borykało się z podobnymi myślami, gdy starszym, tym, którzy przywędrowali z Dominium i nie jedno już widzieli, wystarczało, że są wolni i żyją. Sporo spośród tych, którzy byli w stanie ukryć swoje pochodzenie, opuściło wioskę, by poznać większy kawałek świata.
- Ja sam ciągle nie umiem dobrze korzystać z mocy – stwierdził Truggen, szybko się jednak zreflektował, że nie powinien zaczynać użalać się nad sobą. – Ale tak, jeśli pożyję wystarczająco długo, będę to kiedyś mógł robić. Więc ty też i każdy nieśmiertelny.
- Tylko potrzebna by mi była jakaś Wojowniczka Nocy.
- Pogadam o tym z dziadkiem – obiecał Truggen i tak to się zaczęło.
Okazało się, że chętnych do nauki jest więcej, niż tylko Ned i Anna. Tak szkoła zaczęła działalność, początkowo z dziewięcioma uczniami, a w końcu z trzydziestoma sześcioma, choć po drodze trzy osoby zrezygnowały. Naukę podjął nawet jeden Człowiek Lasu. Riauk liczył, że większość z uczniów zajmie się dbaniem o zdrowie mieszkańców wioski i ich zwierząt, ale część rozpoczęła naukę ze zwyczajnej ciekawości, a niektórym marzyło się, że kiedyś będą żyć jak Wojowniczki Nocy. Lekcje prowadzili Riauk, Mistral, Tika, Dżana, Cedra, Bluszcz i Loravandil, a czasem także Oiolose.
Jednak szkoła posługiwanie się mocą nie była ich jedynym przedsięwzięciem. Okazało się, że wiele osób, zwłaszcza śmiertelni, chce się uczyć też spraw bardziej przyziemnych, ale także bardzo pożytecznych jak czytanie i pisanie, geografia i historia, a także szermierka. Prawie wszystko to wziął na siebie Oiolose, ale lekcje szermierki nie mogły odbywać się bez udziału Riauka.
- To tylko taki luźny pomysł – Teena za pierwszym razem szybko wycofała się ze swojej propozycji posiadania większej liczby dzieci.
- Ale to nie jest zły pomysł – stwierdził poniewczasie Riauk.
Musiało jednak minąć kilka dni, zanim Teena wróciła do tematu. Tym razem był już na niego przygotowany. I oczywiście się zgodził, bo przecież nie miał nic przeciwko.
To także Teena podjęła decyzję, że urodzi bliźnięta. Stwierdziła, że dzieci w podobnym wieku powinno się mieć przynajmniej dwójkę, a mimo wszystko, chciała mieć to szybko z głowy. W ostatnich miesiącach ciąży, kiedy brzuch urósł jej tak bardzo, że z trudem wstawała z łóżka, przeklinała jednak swój pomysł. Na szczęście tym razem mogła liczyć na wsparcie ze strony Riauka, który ze spokojem się nią zajmował i praktycznie sam prowadził całe gospodarstwo. Aż trudno było jej uwierzyć, że to ten sam mężczyzna, który był ojcem także jej starszych dzieci.

Dżana szła do domu obok Virgida. Jeszcze raz. Ten jeden na pewno. Jeszcze raz. Wokół tego stwierdzenia koncentrowały się jej myśli. Zaraz przebierze się w myśliwski skórzany strój bardziej odpowiedni na polu walki. Wciąż go miała, choć od lat nie polowała. Czy dopnie się na piersiach? Powinna. Potem podąży za chorymi mrzonkami ojca. W końcu urodziła się po to, żeby być częścią jego chorych mrzonek. Może zginie. To będzie najprostsze rozwiązanie. Ale jeśli przeżyje, będzie musiała podjąć jakąś decyzję.
- Rozumiem, że to twój ojciec...
- Nie rozumiesz – przerwała Virgidowi. – To nie ma znaczenia, że on mnie spłodził. – Dżana mówiła zbyt głośno i zbyt szybko. W ton jej głosu wdarła się gorycz. – Mój ojciec to naiwny szaleniec. Często popełnia błędy, nawet dość poważne, powiedziałabym bolesne. Ale jest coś, czym różni się od ciebie. On czuje. Rozumiesz? To serce stoi za podejmowanymi przez niego decyzjami.
- Jest zbyt młody, by myśleć racjonalnie.
- Ja jestem młodsza, czuję się więc usprawiedliwiona, jeśli zrobię coś głupiego.
- Dżano...
- Ale to nie tak. – Nie słuchała go. Kiedy już zaczęła mówić, chciała wyrzucić z siebie wszystko, co czuła. – Moja matka nie jest już młoda. Może jest głupia. Nie wiem. Wiele osób tak o niej myśli. Ale Kit, potężny, prastary demon? On też wie, czym są uczucia. Może dlatego czas twojej rasy przeminął? Zawsze chcieliście stagnacji i spokoju, nie potrafiliście akceptować zmian, a tym bardziej stać się ich częścią. Może czasem próbowaliście, ale zawsze bez przekonania. Nie dbaliście przy tym, jak wasze decyzje wpływają na losy innych. Czy nie tak było?
Virgid milczał. Z jednej strony wiedział, że Dżana miała rację. Z drugiej czuł, że właśnie dlatego już się nie zmieni. We wnętrzu swojej głowy widział małą, jasnowłosą dziewczynkę, inną Dżanę, która kuliła się w rogu jego kuźni. Patrzyła na sypiące się spod młota skry. Marzyła. Tęskniła za czymś, co było nie do pochwycenia. Czy kiedykolwiek zaznała szczęścia? Na pewno rozpętała otaczający go teraz chaos. Uczyniła też jednak świat lepszym, a w każdym razie bezpieczniejszym. Na setki lat powstrzymała wojnę między mieszkańcami Świata zza Morza Ognia i Krwi i demonami. Może na zawsze. Tego nie dało się ukryć.
Dżana bezwiednym ruchem dotknęła brzucha. W jej pamięci ożyły wspomnienia sprzed paru miesięcy.

- Za rzadko się spotykamy – stwierdziła Cedra, po tym, jak postawiła przed swoim gościem kawę i sama z kubkiem w ręku usiadła za stołem.
- I to jedyny powód, dla którego mnie zaprosiłaś? – spytała Dżana.
- Nie do końca. – Cedra uśmiechnęła się. – Ale powiedz, my Wojowniczki Nocy, te które podążają drogą Wojowniczek Nocy, czy nie jesteśmy zbyt zajęte, by mieć normalne życie, rodziny i przyjaciół?
- A mimo to obie zawiodłyśmy Nanę. – Dżana westchnęła ciężko.
- Jeśli chodzi o to, to chyba nie całkiem tak – zaprotestowała Cedra. – To prawda, że obie opuszczałyśmy lekcje, żeby mieć czas dla naszych mężczyzn, ale to ona zadecydowała, że nie będzie już nas więcej uczyć. Zrezygnowała z wyszkolenia swojej następczyni. Rozumiesz, po jej śmierci, już nikt nie będzie wiedział ile nas jest i gdzie przebywamy. A jak na osobę tak starą i nieśmiertelną, jak dla mnie, poddała się zbyt szybko. Chyba, że zmieniła zdanie.
- Czy ona w ogóle jeszcze żyje?
- Nie wiem. – Cedra potrząsnęła głową. – Ale podejrzewałabym, że nie. Jakiś czas temu próbowałam się z nią skontaktować, ale mi się nie udało.
- A co miałaś na myśli mówiąc, że zmieniła zdanie?
- Widzisz, ona liczyła, że Riauk da początek nowej rasie, że nieśmiertelni mężczyźni, Wojownicy Nocy, będą towarzyszyć Wojowniczką Nocy, że wszystkim będzie łatwiej. Ale to nie tak. Mamy zbyt niezależnego ducha, by nas do czegoś zmuszać. Część z nas chce być sama, inne, jak ja, nie chcą mieć dzieci. Pojawiły się też związki między istotami naszego rodzaju a demonami. To musiało przerosnąć Nanę. Porzuciła kontrolę nad światem. Pozwoliła sprawą toczyć się tak, jak mają się potoczyć.
- Naprawdę nie chcesz mieć dzieci? – spytała Dżana.
- Na pewno nie teraz. – Cedra potrząsnęła głową. – Ale wydawało mi się, że ty kiedyś o tym myślałaś. I w sumie dlatego chciałam z tobą porozmawiać. Guld coś wymyśliła. Ona bardzo chciałaby zostać matką. Jej to i tak nie pomoże, ale innym, to co wymyśliła, może.
- Słucham więc. – Głos Dżany niespodziewanie stał się zimny. Cedry jednak to nie zraziło.
- Widzisz, ona czytała w Świecie Prawdziwym o genach. Orientujesz się w tym?
- Trochę.
- Więc jest coś takiego jak chromosom Y. Coś, co ojciec daje z siebie synowi, żeby on też był mężczyzną. Ten, który Riauk dostał od ojca, należał do Małego Człowieka. Guld uważa, że właśnie ze względu na to Riauk przeżył. Ona myśli, że dla dziecka zabójcze jest spotkanie ludzkiego chromosomu Y z genami Wojowniczki Nocy. A spotkanie innych genów człowieka z genami Wojowniczek Nocy wywołuje chorobę, ale daje szansę na przeżycie. Riauk ma w sobie geny człowieka, bo jego babka w połowie była człowiekiem. Przekazał je też Oiolose, a innym synom nie. Według Guld on czuł słabość w niektórych swoich plemnikach, a w innych nie. Nie wiedział jednak dlaczego, a powodem mogły być geny człowieka. Dröm urodził się zdrowy, bo być może chłopcy obdarzeni mocą chorują tylko wtedy, gdy rozwijają się w ciele Wojowniczki Nocy, a może on nie ma w sobie genów człowieka. I być może Riauk, w tej innej rzeczywistości, którą Nana chciała dla niego stworzyć, też nie miał w sobie genów człowieka i dlatego mógł być zdrowy. W każdym razie, Virgid nie jest człowiekiem, więc najprawdopodobniej możesz mieć z nim zdrowych synów.
Przez chwilę obie milczały.
- Swoją drogą, podziwiam odwagę Riauka i Teeny, że zdecydowali się na kolejne dzieci – powiedziała Cedra, żeby tylko coś powiedzieć. – Przecież wciąż tak mało wiedzą o dziedziczeniu jego choroby.
- To nie jest odwaga, tylko głupota – burknęła Dżana.
Znów na chwilę zamilkły.
- Myślę, że w przypadku Dröma zadziałało to pierwsze – powiedziała w końcu Dżana, głos drżał jej lekko. – Gdyby cząstki ludzi zawsze szkodziły, to on musiałby od matki dostać tylko elementy zwierzęce, bo przecież spotkanie genów demona, z genami Wojowniczki Nocy też szkodzi, w każdym układzie. Dlatego przecież Truggen jest chory.
- Zmieniłaś temat – zauważyła Cedra. – Jeśli nie chcesz mieć dzieci...
- Ja chyba nie chcę mieć dzieci z Virgidem.
- Dlaczego? - spytała Cedra bezmyślnie. Po czym złapała się za usta. – Przepraszam.
- Między nami nie dzieje się dobrze. Nie rozumiemy się. Jesteśmy z sobą chyba tylko dlatego, że ja nie chcę zostać sama. – W oczach Dżany stanęły łzy. – A nie umiałabym związać się z kimś z rodziny, tak jak Guld.
- Przepraszam – powiedziała Cedra raz jeszcze. Nic mądrzejszego nie przyszło jej do głowy.

Teraz Dżana szła do swojego dotychczasowego domu u boku Virgida. Oboje milczeli. Nie rozumieli się i chyba nie mogli się zrozumieć. Jej dłoń coraz mocniej przyciskała się do brzucha. Jeszcze niczego nie czuła, ale dzięki mocy wiedziała, że tworzący się w jej wnętrzu zlepek komórek będzie kiedyś małym chłopcem, zdrowym i obdarzonym mocą, zapewne szpiczastouchym. Po rozmowie z Cedrą postanowiła dać szansę Virgidowi i sobie. To był błąd. Jeden z wielu jakie w życiu popełniła.

- Co ty robisz?
Imperator zamarł z pionem w ręku. Z lekkim niedowierzaniem spojrzał w bladą, nakrapianą piegami twarz rudobrodego mężczyzny, który przed chwilą go ofuknął. Potem spojrzał na szachownicę. Odstawił pion tam, skąd go podniósł. Zamiast niego przestawił konia.
- Grasz coraz gorzej – powiedział rudobrody z wyraźną naganą w głosie. – Czy to nie obcowanie z nim, źle na ciebie wpływa? Obniżasz swoje standardy do jego poziomu?
Imperator skrzywił się.
- Nie podoba mi się, że mówisz do mnie takim tonem.
- Jak mi się zdaję, po to zastałem twoim doradcą, żeby wytykać ci błędy i zauważać, kiedy zaczynasz zachowywać się lekkomyślnie, czy wręcz głupio.
- Więc powiedz mi wprost, o co ci naprawdę chodzi?
- Nie wiesz?
- Jak na razie zarzuciłeś mi, że przez spotkania z Riaukiem gorzej gram w szachy.
- Zarzuciłem? Nie zgodzisz się, że tak naprawdę jest?
- Może przestałem przykładać aż taką wagę do taktycznych zwycięstw. Może uczę się, że istnieje coś więcej, niż inteligencja.
- A nie wydaje ci się, że dałeś się wciągnąć w pułapkę, omamić?
- Riauk nie...
- Nie on. – Rudzielec przerwał Imperatorowi. – Ty sam to sobie zrobiłeś. Już raz miał miejsce bunt przeciwko tobie. Mogą być następne...
- Pamiętasz czemu to ja zostałem imperatorem? – Głos władcy brzmiał zimno. – Byłem najmądrzejszy i najpotężniejszy z nas. Wszyscy to przyznali. Nie mieli zresztą wyboru. – Jego uśmiech przywodził na myśl prezentację zębów drapieżnika szykującego się do ataku. – Nawet jeśli mój umysł zaczął szwankować, wciąż pozostaję najpotężniejszym.
- Dlatego zapewne nikt już nie stanie z tobą do otwartej walki. Ale mogą zostawić cię samego.
- To groźba?
- Nie. To fakt. Choć... Lubię cię. Wygodnie mi się żyję u twojego boku, ale jeśli wszyscy odejdą, pójdę z nimi. Zastanów się, czy naprawdę kiedyś chcieliśmy tego, co teraz mamy?
- Chcieliśmy potęgi. – Imperator był tego pewny.
- Chcieliśmy też swobody i dobrej zabawy, które ty sukcesywnie nam odbierasz.
Imperator przyjrzał mu się uważnie.
- Dlaczego tak bardzo nie lubisz Kita? – zapytał go kiedyś Riauk.
- Bo to głupiec – odparł. – Oczywiście zabił też kilka moich smoków, ale za to nie żywię już do niego urazy. Ten, którego nazywasz Kitem, to potężny demon. Nie tak potężny jak ja, ale na pewno należy do pierwszej ligi.
- Co to jest liga?
- To znaczy, że jest najlepszy z najlepszych. Ale czym on się zajmuje? Włóczy się i obija. Czasem narozrabia tu, albo tam. Choć ty byś powiedział, że ostatnimi czasy raczej naprawia światy. Robi to jednak zawsze na małą skalę. Zajmuje się nieważnymi szczegółami.
- Co w tym złego, skoro nikomu nie szkodzi?
- Marnuje swoje możliwości. Mógłby stworzyć coś wielkiego.
- Jak Dominium?
- Właśnie. Spójrz na mnie. Żyję wygodnie, mieszkam w luksusach, jem i piję co chcę, mogę podziwiać dzieła sztuki, polować, zabawiać się z kobietami, czy tak jak teraz grać w szachy. Ale stworzyłem też ogromne państwo. Zapewniam życie w pokoju milionom ludzi i kilkuset demonom. To jest naprawdę coś, a przy tym wciąż mogę mieć więcej.
- Nie każdy musi chcieć mieć władzę nad innymi – zauważył Riauk.
- Posiadanie władzy brzmi pięknie, ale naprawdę chodzi o coś innego – wyjaśnił Imperator. – O przyjęcie odpowiedzialności za innych. Włóczędzy, tacy jak twój Kit, nawet jeśli zrobią coś znaczącego, nie dbają o to, co później inni uczynią z ich czynem i tylko pławią się w samozadowoleniu.
Riauk nie odpowiedział, choć pomyślał, że nawet jeśli kiedyś Kit taki był, to już nie jest. Imperator nie musiał zresztą tego od niego usłyszeć. Sam wiedział, jak było. Tak włóczęga zwany Kitem, jak i białowłosy głupiec byli w stanie zrozumieć, czym było jego dzieło. Nie pojmowali tego jednak jego bracia.
- Poradzę sobie bez was – powiedział rudobrodemu. – Oczywiście jeśli taka jest wasza wola. Jeśli będziecie chcieli odejść, idźcie. Nikogo nie będę zatrzymywał. Ale jeśli jeszcze raz podniesiecie na mnie rękę, strzeżcie się mojego gniewu!

- Mama jest trochę zestresowana, ale ona też bardzo cię kocha – mówił Truggen do niekształtnego, szarawego stwora, który spoczywał mu na kolanach. Młody mężczyzna siedział na szerokim miękkim łóżku oparty plecami o ozdobioną kilimem ścianę, w swojej komnacie, w pałacu Imperatora. Wyposażona w macki istota patrzyła na niego oczami na szypułkach. To ze względu na nią nie mógł wziąć udziału w nagle zwołanym spotkaniu rodzinnym. – Z kobietami już tak jest. Zresztą... Najczęściej, zanim kobieta postanowi zostać matką, a nią zostanie, mija dziewięć miesięcy. Guld została mamą natychmiast. Dlatego jest trochę zestresowana. Ale zobaczysz, kiedy wróci z pracy, będzie bardzo szczęśliwa, że tu na nią czekamy. – Miał nadzieję, że to, co mówi, jest prawdą. W końcu, poprzedniego dnia, zupełnie niespodziewanie zostali rodzicami.
- Puk, puk. – Kit nie zapukał, bo przecież nie musiał.
Kiedy się zjawił, był ubrany nietypowo dla siebie, w ciężki, długi, futrzany płaszcz, sięgający kostek. Poprzez jego materiał trzymał coś przy piersi.
- Nie mogłeś nas chociaż poinformować, że przybywasz? – spytał Truggen, bo to wtargnięcie niezbyt mu się spodobało.
- Nie. Nie chciałem, by twój niedorozwinięty pracodawca mnie tu zobaczył. Mówiąc to, Kit delikatnie rozchylił poły płaszcza. Ich oczom ukazała się oślizgła kula, z której wyrastały niemrawo wijące się macki. Truggen naliczył osiem.
- Co to jest?
- Wasz syn.
- Syn? – Truggen niepewnie wyciągnął ręce w stronę stwora. W jego kierunku wystrzeliła para oczu na szypułkach.
- W porządku – powiedział Kit łagodnie i stwór pozwolił Truggenowi wziąć się na ręce. Oszołomiona Guld stała jak skamieniała, wpatrując się w to coś, co teraz trzymał jej mąż. Stwór zaskomlał, zupełnie jak mały piesek. Truggen obejrzał się na Guld. Wciąż nie ruszyła się z miejsca. Czyżby się pomylił? Wydawało mu się, że od dawna doskwiera jej, że nie mogą mieć z sobą dzieci. Ale Kit chyba też o tym pomyślał. Czy on także się pomylił? A może to, że przyniósł im to coś, stanowiło zupełny przypadek?
- Skąd go wytrzasnąłeś? – zapytał Kita.
- Z pewnego mroźnego świata. Dużo śniegu i wiatru, nie ma o czym opowiadać. Przypadkiem natknąłem się na tego małego. Jak to demon, narodził się z niczego. Wiecie. Nie jest z rodzaju tych, co na dzień dobry rozwalają okolicę, chyba da się wychować. No, ale za dużo gadam. Powinienem zostawić was samych. Pierwsza chwila z dzieckiem to dla rodziców magiczny moment.
- Ale... - Truggen sam nie wiedział, czy chce jeszcze o coś zapytać, czy też coś zanegować. Nie miało to jednak znaczenia. Kita już nie było. Truggen spojrzał na swoją żonę. Nie wyglądała na szczęśliwą. Pocieszał się jednak myślą, że wszystko musi się ułożyć. Kit działał na pozór bardzo pochopnie, a przy tym zupełnie nieobliczalnie, ale w ważnych spawach nigdy się nie mylił. Jak dotąd, w każdym razie. Nadawali się więc na rodziców demona.
- Praca mamy jest bardzo ważna. Dlatego musisz się przyzwyczaić, że będzie często znikać – tłumaczył teraz leżącemu mu na kolanach stworowi. – Moja praca też jest ważna, ale ja pracuję tutaj. Nigdy nie będziesz musiał być długo sam. – Truggen nie wiedział, czy stwór rozumiał choć jedno z wypowiadanych do niego słów. Nie był w stanie tego sprawdzić, zaglądając do jego myśli. Mógł mieć tylko nadzieję, że to, co robi, ma sens. Czy zresztą tak nie było ze wszystkimi dziećmi, niezależnie od tego, czy były ludźmi, czy demonami? Na początku nigdy się nie wie, ile rozumieją i co z nich wyrośnie.
- Wiesz, Väner, mam pomysł, jak możemy sprawić mamie przyjemność. – Truggen nadał już swojemu synowi imię. Nie dbał o to, że to demon. On sam był demonem, który nosił prawdziwe imię, choć przecież nie powinien. Miał tylko nadzieję, że to imię będzie trafne. Väner w jednym z języków Świata Prawdziwego znaczyło „przyjaciel”.
- Popatrz. – Pokazał stworowi swoją prawą dłoń – Teraz pomyślę, że chciałbym, żeby moje palce stały się grzechotkami, poruszę nimi i tak będzie. – Faktycznie zwinął palce w pięść, a gdy je rozwinął, na końcu każdego z nich była grzechocząca banieczka wypełniona drobnymi ziarenkami. Stwór na jego kolanach zakołysał się. Truggen zinterpretował to jako wyraz zadowolenia.
- Ty sam możesz zrobić sobie taką grzechotkę – powiedział. – Spróbuj.
Stwór niósł w górę jedną z macek i poruszył nią parę razy.
Truggen wstrzymał na moment oddech. A więc mały go rozumiał. Macki niestety jednak w nic się nie przemieniły, a stwór zatrząsł się nerwowo.
- Tak – Truggen pochwalił go mimo to. – Dobrze. Próbuj dalej. Mnie też to od razu nie wychodziło.
Stwór spróbował raz jeszcze i tym razem na końcu macki pojawiła się malutka grzechotka.
- Świetnie – ucieszył się Truggen i pocałował stwora między szypułki oczu. – Jesteś wspaniały.

Wstawał świt. Znajdowali się na przełęczy za wałem usypanym z worków z piaskiem. Wał sięgał do piersi stojącym za nim strzelcom. Nabijane prochem, strzelające rury stanowiły nową broń Imperatora, z której był bardzo dumny i która po raz pierwszy miała zostać użyta w walce. On nazywał ją arkebuzami. Za pierwszym rzędem strzelców stał drugi. Ci stojący za wałem po strzale mieli robić krok w tył, by nabić broń i zostawić miejsce do wykonania kolejnego strzału swoim towarzyszom. Za nimi stali obdarzeni mocą – Dżana, Riauk, Ferro, Dröm, Bluszcz, Teena i Kit. Za nimi znajdował się jeszcze oddział łuczników. Loravandil był wśród nich. Riauk, ustawiając go tam, przez moment pomyślał co prawda, że syn mógłby czmychnąć z pola walki, gdyby zobaczył za dużo krwi, ale to nie była główna przyczyna dla której znalazł się na tyłach. Nie licząc samego Riauka, najbieglej posługiwał się mocą. I gdyby coś poszło nie tak, miał pozostać cały i zając się ewakuacją walczących. Zadaniem stojącego nieco z boku Kita miało być na bieżąco dostarczanie kolejnych skrzyń z prochem dla strzelców. Wcześniej przetransportowali na przełęcz żołnierzy, worki z piaskiem, a także gońca, który mieszkającym u podnóża gór wieśniakom zaniósł rozkaz ewakuacji. Niektórzy z młodych strzelców, po zaznaniu pierwszej w życiu podróży w przestrzeni, wymiotowali, inni wpadali w panikę i próbowali uciekać przed siebie na oślep. Jednak groźny głos dowódcy skutecznie przywrócił ich rzeczywistości i postawił do pionu. Riauk przez moment zastanawiał się, czy wąsaty mężczyzna jest demonem, czy po prostu widział już w życiu nie jedno. Z najbliższego miasta Dominium szło im na odsiecz wojsko. A gdzieś nad nimi był smok. Wszystko powinno się udać. Strzelcom i ich dowódcy zostali przedstawieni jako potężni magowie ze Świata zza Morza Ognia i Krwi służący Imperatorowi. Riauk nie protestował i nawet nie krzywił się, słysząc to określenie. Wiedział, że Imperator ma swój plan. Skoro więc uważał, że jest za wcześnie, żeby mówić, kim naprawdę są, to widać tak było.
Nieraz już zastanawiał się, czy nie stał się zabawką w rękach Imperatora. Wierzył jednak, że nie, że obaj robią dla siebie tyle, ile mogą i chcą, że nie ma w tym żadnego przymusu. Czy zresztą potęga Imperatora, jako władcy ogromnego państwa, byłaby mniejsza, gdyby był człowiekiem? Nie. Łatwiej byłoby go tylko ukatrupić.
Czekali. Nie wiedzieli jak długo. Chwile przed bitwą ciągnęły się w nieskończoność.
W końcu dostrzegli ruch poniżej przełęczy.
- Wszyscy na stanowiskach! Nie strzelać! – krzyknął dowódca ludzi.
Jeszcze przez chwilę czekali. Coś zbliżyło się ku nim w ogromnym pędzie, coś wyglądającego, jak barwna lawina pędząca pod górę, zamiast w dół. Nie była to jednak żadna nadprzyrodzona siła, a uzbrojeni w łuki jeźdźcy na krzepkich kucach o różnobarwnej sierści.
Komuś nie wytrzymały nerwy. Pojedyncza strzała wyleciała w górę. A w chwilę po niej jeszcze trzy.
- Cholera! Nie strzelać! – krzyknął dowódca. Żadna ze strzał nie mogła jeszcze osiągnąć celu. Wbiły się w ziemię, dając informację o zasięgu łuczników.
Jeźdźcy pędzili.
- Teraz!
Huknęły arkebuzy. Zajęczały cięciwy łuków. Jeźdźcy z pierwszego rzędu runęli na ziemię, wciąż jednak pozostało ich bardzo wielu. Po kolejnym skoku koni byli już na tyle blisko, że władający mocą mogli zobaczyć ich twarze, szerokie, płaskie, o żółtobrunatnej skórze. Zaatakowali myślą. Głowy jeźdźców zaczęły eksplodować. Bez rozkazów wiedzieli, co robić. Zresztą, strzelcy, gdy wpadli we właściwy rytm, też nie musieli już słyszeć ginącego w tumulcie walki głosu dowódcy. W tył. Ładuj. W przód. Strzelaj. W tył.
Część koni zatrzymała się, tarasując innym jeźdźcom drogę, ale większość podjęła próbę przesadzenia barykady. Wpadły między obrońców przełęczy. Niektóre się przewróciły, ale już w chwilę później były z powrotem na nogach i pędzić dalej. Roztrącały ludzi na boki.
Niestety nie tylko konie wyrządzały obrońcom krzywdę. Niejedna strzała dosięgła celu. Loravandil nie dzierżył już w rękach łuku. Błyskawicznie szybko, ale planowo i z opanowaniem wyrywał strzały z ciął trafionych żołnierzy i leczył ich mocą. Nie uciekł, ani nawet nie zwymiotował, choć ręce i ubranie miał uwalane krwią.
Riauk klepnął Dżanę w ramię.
- Idź. Pomóż bratu. Ratuj ludzi – nakazał jej. Wyczuł, że po pierwszym mentalnym ataku nie ośmieliła się więcej zadać śmierci mocą. To było dla niej zbyt wiele. Owszem, walczyła już kiedyś myślą, ale wtedy broniła swojej ziemi, znajomych i sąsiadów.
Posłuchała go i wycofała się zza barykady. Miał wrażenie, że przyjęła jego polecenie z ulgą.
Żołnierze robili swoje. Strzelaj. W tył. Ładuj. W przód. Strzelaj.
Przyszedł moment, kiedy zabrakło szarżujących jeźdźców. Zostały leżące na drodze ciała. Zapanowała cisza.
Ale to nie był koniec walki. W dole, za daleko, by mogła dosięgnąć ich jakakolwiek broń, szykowali się do szarży kolejni napastnicy.
Ruszyli. Wszystko powtórzyło się raz jeszcze. Strzelaj. W tył. Ładuj. W przód. Strzelaj. Żołnierze jeszcze dawali sobie radę, choć mimo wysiłków Loravandila i Dżany ich szeregi przerzedziły się.
Jak długo musimy utrzymać przełęcz, żeby wieśniacy zdołali się ewakuować? – O tym myślał Loravandil. – Są wśród nich starcy i dzieci. Będą pędzić z sobą krowy. Nie ma szansy, by ci upiorni jeźdźcy ich nie dogonili. Chyba, że między wieśniaków a jeźdźców zdąży wejść regularna armia. Jej potrzeba jednak przynajmniej doby, na przybycie. Imperator natomiast kazał utrzymać przełęcz tylko do nastania nocy, by w ciemnościach smok mógł zrobić swoje, nie rzucając się w oczy. Tylko do nocy. I tak nie damy rady.
Znowu nastała cisza. Zastępy jeźdźców w dole, pod przełęczą, wydawały się jednak niewyczerpane.
Kit pojawiał się i zanikał, dostarczając kolejne skrzynie z prochem.
Jeźdźcy zaszarżowali po raz kolejny. Dröm wrzasnął przeraźliwie i runął na kolana, unosząc jednocześnie ręce do twarzy. Z jego lewego oka sterczała strzała.
- Nie ruszaj się! – krzyknęła Teena. Przypadła do niego, unieruchomiła mu ręce. Musiała rozłożyć znajdujący się we wnętrzu czaszki grot strzały i naprawić mózg chłopaka, nie dopuszczając przy tym, żeby sam zrobił sobie większą krzywdę. Nie była w stanie jednocześnie zająć się szczątkami oka cieknącymi mu po policzku.
Chłopak wył opętańczo i próbował wyrwać jej ręce.
Kit zniknął, wyruszając po kolejną porcję prochu.
Wielu żołnierzy miało jednak wrażenie, że magowie ich opuszczają, że są zbyt słabi, by przeciwstawić się atakującej hordzie.
- Zabierzcie nas stąd! – krzyczeli, porzucając arkebuzy i odskakując w tył. To byli młodzi, naprędce przeszkoleni chłopcy, a nie zaprawieni w bojach wojacy. Imperator nie miał czasu na przygotowania. Siła i szybkość hordy zupełnie go zaskoczyły. Nie spodziewał się, że śmiertelni i ich konie mogą być aż tak niebezpieczni.
- Zabierzcie nas stąd! – Ci, których obleciał strach, szukali Loravandila. Pamiętali, że to on ma zająć się ewakuacją. Rudowłosego mężczyzny zabrakło jednak na posterunku.
Jednak uciekł – pomyślał z żalem Riauk. – Jak ja to wytłumaczę Imperatorowi?
Dröm wciąż wył.
Kilku z atakujących jeźdźców skorzystało z zamieszania w szeregach obrońców przełęczy. Na grzbietach swoich małych, kudłatych koników przesadzili barykadę.
Chwilę później runęli z siodeł pozbawieni głów, ale to i tak wzmogło tylko panikę.
Ten atak, mimo wszystko, zdołali jeszcze odeprzeć. Kit wrócił z kolejnym transportem prochu. Większość strzelców, w dosadnych słowach obruganych przez dowódcę, ponownie zajęła swoje stanowiska. Dröm zdołał się podnieść.
- Przepraszam za oko – wyszeptała Teena.
- Uratowałaś mi życie.
- W innych światach...
- Wiem.

- Popatrzy. – Truggen rozłożył na łóżku bestiariusz. Z pałacowej biblioteki kazał przynieść sobie wiele bogato ilustrowanych książek. – To jest pantera – pokazał obrazek. Oczy na szypułkach podążyły za jego palcem. – Demony mogą zmieniać kształt. Ja teraz wyglądam jak człowiek. Najbezpieczniej jest wyglądać jak człowiek. Ale czasem inna postać też się przydaje. Ja lubię wyglądać jak pantera. – Truggen jeszcze raz wskazał na obrazek. Stwór powoli uniósł jedną z macek. Truggenowi wydawało się, że wygiął ją tak, żeby ułożyła się na kształt grzbietu pantery.
- Tak – pochwalił stwora. – To jest pantera. Pokazałem ci ją, żebyś się nie wystraszył, kiedy się przemienię. Popatrz teraz na mnie.
Truggen wstał i powoli wyszedł na środek komnaty. Odwrócił się twarzą do stwora.
- Teraz patrz.
Oczy na szypułkach zwróciły się w jego stronę. Kiedy młody mężczyzna stał się wielkim czarnym kotem, stwór wzdrygnął się. Truggen natychmiast wrócił do ludzkiej postaci. Podszedł do stwora. Pogłaskał go za oczami.
- Ty też możesz zmienić kształt – powiedział. – A mama bardzo się ucieszy, kiedy będziesz wyglądał jak człowiek. Bo mama może wyglądać tylko jak człowiek. Popatrz. – Sięgnął po inną książkę. – Ludzie, jak są młodzi, a ty teraz jesteś młody, wyglądają trochę inaczej, niż ja. Mają krótkie nogi i ręce. O takie, jak ten chłopiec na obrazku. – Wskazał palcem. – Ja jestem dorosły. Dlatego wyglądam inaczej. O tu, na obrazku jest dorosły człowiek. To pewnie tata tego chłopca. Chociaż dzieci wyglądają inaczej, to zawsze są trochę podobne do rodziców. Popatrz, ten chłopiec ma jasne włosy, jak jego tata. – Truggen dotknął palcem obrazka, wskazując najpierw na chłopca, a potem na mężczyznę. Stwór powoli wyciągnął mackę i powtórzył ruch swojego opiekuna.
- Bardzo dobrze – pochwalił go Truggen. – Obaj mają jasne włosy. A tu – znowu wskazał na obrazek – to pewnie mama chłopca. Ma bardzo jasną skórę i on też taką ma. – Teraz dotknął palcem twarzy najpierw kobiety, a potem chłopca. Stwór znowu powtórzył jego ruch.

Loravandil nie mógł przenieść się bezpośrednio do wioski. Widział ją oczami ojca, który zobaczył ją z bardzo wysoka oczami smoka. Brakowało mu danych. Przeniósł się najbliżej, jak mógł, żeby to było jeszcze bezpieczne, na pustkowie u podnóża gór. Je też widział tylko z góry, ale tam brakowało obiektów, w które mógłby się wpakować. Potem, opierając się już na własnym wzroku, wykonał skok bliżej pierwszych zabudowań. Ostatni kawałek drogi przebył biegiem.
Kiedy wypadł zza rogu domu, zobaczył już stający na drodze zaprzęgnięty wóz. Żylasty mężczyzna układał na nim bagaże. Chudy, stary koń beznamiętnie patrzył w przestrzeń. Między domem a wozem kursowały dzieci, trójka, albo czwórka, donosząc nowe rzeczy.
Bez broni, potargany i z ubraniem poplamionym krwią, nie mógł budzić zaufania. Loravandil od razu o tym pomyślał. Wciąż też wyglądał dość młodo, a teraz pewnie na jego twarzy malował się wyraz przerażenia. Gdyby jeszcze miejscowy spojrzał na niego z góry, chyba nie dałby rady się odezwać. Ale na szczęście był od chłopa wyższy.
- Jestem wojskowym... magiem – wyjąkał. – Nie damy rady utrzymać granicy – wskazał ręką pobliskie góry. – Dlatego ewakuacje trzeba przyśpieszyć. Zawołaj swoją rodzinę.
Mężczyzna o nic nie zapytał. Huknął tylko:
- Jan! Wil! Jana! Sor! Lila! Migiem!
Chwilę później przy wozie stawiło się trzech chłopców i dziewczynka. Żadne z dzieci nie nosiło butów. Na żonę żylastego mężczyzny trzeba było chwilę poczekać. Lewą ręką przyciskała do piersi wzorzysty koc, pod prawą pachą taszczyła tłustą gęś.
- Czy twoje dzieci mogłyby pobiec do innych gospodarzy, poprosić, żeby wszyscy ustawili się przed domami? – spytał Loravandil.
- Lećcie – rzucił tylko gospodarz. Chyba zrozumiał, że sytuacja jest bardzo zła. Był twardym człowiekiem, mieszkającym na krańcu cywilizowanego świata i pewnie dlatego musiał umieć mierzyć się z przeciwnościami losu.
- Ewakuuje was w sposób... magiczny – oznajmił Loravandil. – Traficie do koszar. Daleko stąd. To może być nieprzyjemne, może się wam zrobić niedobrze. Ale nie ruszajcie się. Przede wszystkim nie odchodźcie od wozu, dopóki ja się nie zjawię. Nie będziecie musieli czekać długo – obiecał.
- Co z dziećmi? – spytała kobieta.
- Trafią do was, o nic się nie martwcie.

Wszystko nie odbyło się jednak tak bezproblemowo, jak Loravandil tego chciał. Biegł od chaty do chaty, gdzie tylko się dało dokonując skoków w przestrzeni przy użyciu mocy. Nie wszyscy miejscowi byli jednak tak spokojni, jak pierwszy napotkany gospodarz.
- Nie zdążyliśmy się spakować!
- Jaki masz dowód, na to, co mówisz?
Usłyszał takie protesty, jak i wiele innych. Ustawienie wszystkich po kolei na drodze i przeniesienie w przestrzeni zajęło mu znacznie więcej czasu, niż planował. Wysyłał rodziny z ich dobytkiem na ślepo do koszar, z których rano zabrali żołnierzy. Nie wiedział, co tam się teraz dzieje. Liczył na szczęście. Starał się umieszczać kolejne wozy w sporych odstępach od siebie, żeby nie doszło do żadnych wypadków. Nie zdołał ich jednak uniknąć.
Kiedy sam przeniósł się na plac we wnętrzu koszar, zastał tam straszliwy bałagan. Mężczyźni krzyczeli i próbowali rozdzielić kopiące się konie. Kobiety szlochały. Dwa wozy częściowo się scaliły, a ułożone na nich rzeczy uległy zniszczeniu, rozpadając się na kawałki. Kilka innych rzeczy pozrzucały i stratowały konie. Jedna kobieta straciła dłoń, bo ta próbowała zmaterializować się we wnętrzu czyjegoś bagażu. Jakieś dziecko spadło ze sterty rzeczy i straciło przytomność. Trzy konie połamały sobie nogi. Wiele osób wymiotowało. Jakiś zdenerwowany mężczyzna chwycił Loravandila za koszulę i chciał uderzyć pięścią w twarz.
- To twoja wina!
Napastnik upadł na ziemię wyjąc z bólu. Chwilę później potłuczone dziecko odzyskało przytomność i zaczęło płakać. Nogi koni zrosły się, a scalone wozy oddzieliły od siebie i odsunęły.
- Mówiłem, żeby się nie ruszać i zachować spokój! – krzyknął Loravandil.
Tym razem go posłuchali, a on po kolei zaczął leczył wszystkich poszkodowanych i naprawiać uszkodzone rzeczy. Tylko dla kobiety bez dłoni nie mógł zrobić więcej, niż tylko wygoić kikut. Jej dłoń we wnętrzu bagażu rozpadła się na drobne kawałeczki.
- Co to ma być? – Nagle ktoś chwycił go za ramię.
Odwrócił się błyskawicznie. Naprzeciwko niego stał młody mężczyzna w oficerskim mundurze, choć wydawało się, że jeszcze przed chwilą go tam nie było. Słysząc ton jego głosu, Loravandil był pewny, że ma przed sobą nie jakiegoś tam żołnierza, a samego Imperatora.
- Ewakuowani ludzie – jego głos zabrzmiał pewne.
- Oni mieli ewakuować się sami! Nie mieliście się im pokazywać! A na pewno nie transportować ich w przestrzeni, ujawniając potęgę mocy. Przecież dlatego wysłaliśmy do nich gońca!
- Niestety nie jesteśmy w stanie utrzymać przełęczy wystarczająco długo.
- Pewnie. Jeśli uciekacie z pola walki i myślicie o innych sprawach, niż wykonywanie rozkazów.
- Nie jestem twoim podwładnym, żebym musiał wykonywać rozkazy.
- Znalazł się syn swojego ojca! Kolejny pomyleniec! – Oficer chwycił go za ramię i zacisnął na nim palce z ogromną siłą. Loravandil zagryzł zęby, żeby nie jęknąć. – Zrozum, niektórych rzeczy nie można robić za szybko. To jest niebezpieczne. Jeszcze nie pora, by po wsiach szeptano, że Imperator brata się z mocarnymi magami jakich nikt jeszcze nigdy nie widział.
- Żołnierze nas widzieli. Oni też mogą o nas opowiadać – zauważył Loravandil.
- Żołnierze – fuknął oficer. – Kto wierzy żołnierzom? Oni zawsze opowiadają niestworzone historie. W swoich opowieściach wychwalaliby zresztą swoje zasługi, a umniejszali wasze. Można też ich wysłać na dalekie północne placówki. Tak wielkie państwo, jak Dominium, powinno być w stanie obronić się samo. Jeśli nie jest, nie funkcjonuje prawidłowo. Takie plotki budzą strach i zamęt. Są więc niebezpieczne dla nas wszystkich. Dlatego teraz, przez ciebie, ci ludzie nie mogą wrócić na swoją ziemię. Gdzie się podzieją? Co im powiesz?
- Z tym nie ma problemu – oznajmił Loravandil. Wciąż stał sztywno wyprostowany, zachowując dumną postawę. – Moja żona zarządza sporym kawałem lasu i pustkowia. Możemy dać im ziemię.
- Twoja żona... - Oficer prychnął, jakby powstrzymywał śmiech i puścił ramię Loravandila. – To miejsce kiedyś się wam skończy.
- Ale teraz jest.
- Trzymaj więc tych ludzi z dala od Dominium.

Jeźdźcy wciąż szarżowali. Przerzedzone zastępy obrońców przełęczy nie były już w stanie zatrzymać ich wszystkich. Trzech przedarło się przez barykadę. Strzelcy, widząc skaczące w ich stronę konie, nie umieli zachować zimnej krwi, rzucili broń i skulili, osłaniając rękami głowy. Znowu ktoś krzyczał – zabierzcie nas stąd!
- Spokój! – odezwał się głos na tyłach. – Ewakuujemy się! Już można! Zaraz wszyscy będą bezpieczni!
Riauk zerknął za siebie, nie wierząc w to, co usłyszał. Loravandil znowu był wśród nich.

Guld bała się powrotu ze Świata Prawdziwego. Bała się znów zostać w czterech ścianach ze swoim mężem i z tym czymś, co przyniósł im Kit.
Jej umysł przez większość czasu pozostawał w stałym kontakcie z umysłem Truggena. Musiała przecież czuwać nad jego bezpieczeństwem. Jednak, gdy pracowała, ich umysły rozłączały się. Ciało Truggena było w stanie wytrzymać kilka, czy nawet kilkanaście dni bez napraw. A oboje potrzebowali prywatności.
Guld nie raz znajdowała w Świecie Prawdziwym ustronne miejsce, z dala od oczu ludzi, takie jak choćby kabina w publicznej toalecie i pozwalała sobie na chwilę płaczu. To było coś, o czym Truggen nie mógł wiedzieć. A tym bardziej nie mógł się dowiedzieć, co wywoływało jej płacz. Przerażało ją, że w jej życiu nic się już nie zmieni. Długo nie potrafiła powiedzieć, jakich chciała zmian. Wiedziała tylko, że potrzeba jej czegoś więcej, niż tylko pracy Wojowniczki Nocy i udziału w misternych knowaniach Imperatora.
Może chciała mieć dziecko? Niestety, Truggen nie mógł być jego ojcem. Lektura tekstów ze Świata Prawdziwego o genetyce, jak i jej własne rozważania, utwierdziły ją w przekonaniu, że nie może mieć dzieci z demonem, a tym bardziej ze swoim prabratankiem. Może nigdy nie powinna się z nim wiązać? Ale przecież go kochała.
A potem, tak nagle, zjawił się Kit ze stworem o ośmiu mackach. Zaproponował, żeby została dla niego matką. I okazało się, że może być jeszcze gorzej. Chciała być matką, ale nie czegoś takiego. Przecież ten stwór mógł być niebezpieczny.
Czemu nie bała się Truggena, Kita, czy nawet Imperatora? Ze względu na ich ludzkie kształty? Czy dlatego, że znała ich do dawna? Jej brat nieraz powtarzał, że każdy tak naprawdę może być niebezpieczny, a mimo to, nie należy bać się tych, którzy są od nas inni. W duchu przyznawała mu rację, ale łatwo jest przytakiwać teoretycznym banałom. Zresztą... Dziecko powinno być małą, bezbronną istotą. Nie powinno mieć macek, którymi mogłaby udusić swoją matkę.
Wykonała powierzone jej przez duchy zadanie. Potem długo siedziała zamknięta w publicznej toalecie. Najpierw płakała. Potem tempo gapiła się na swoje stopy. Wyszła po tym, jak ktoś trzy razy, bardzo stanowczo, zapukał w drzwi. Wtedy ruszyła przed siebie poprzez ogromne, obce miasto. Pogoda była ładna, jak rzadko w Świecie Prawdziwym. Słońce przyjemnie rozgrzewało kości, odległe niebo było intensywnie niebieskie. A ona była mała i bardzo samotna. Zatrzymała się, kiedy dotarła na skraj parku. Zapatrzyła na rachityczne drzewa rosnące na wypielęgnowanych trawnikach. Były żałosne i wyrwane z miejsc, do których należały, jak ona w tej chwili. Nie mogła uciec do Świata Prawdziwego na zawsze. Nie mogła uciec od Truggena. Potrzebował jej. Przemogła strach. Wróciła, bo kiedyś przecież musiała wrócić. Spróbowała się uśmiechnąć, pojawiając się na środku ich wspólnej komnaty.
Truggen siedział na łóżku, pochylony nad książkami. Obok siebie miał małego chłopca o czarnych włosach i czerwonawej skórze.
- Och – wyrwało się z jej piersi. Uniosła dłoń do ust. – Już jestem – powiedziała podchodząc do nich.
Zwrócili ku niej głowy. Oczy chłopca okazały się tak intensywnie zielone, jak oczy Truggena. Wyciągnęła ramiona. Wzięła chłopca na ręce. Malec nie zaprotestował.
Nagle w komnacie pojawił się ktoś jeszcze. Imperator.
- Do czego to podobne! – ryknął.
Przerażony chłopiec pisnął i przylgnął mocno do piersi Guld, jednocześnie tracąc kształt i na powrót stając się stworem z mackami i oczami na szypułkach. Mimo to Guld odruchowo przytuliła go i zapewniła – będzie dobrze.
- Dobrze! – krzyknął Imperator. – Wasza rodzina łamie moje rozkazy i wprowadza zamęt w Dominium! Jednak, w słusznej sprawie, jakby nie było. A wy mi tu jakąś dywersję w pałacu uprawiacie i sprowadzacie tu demona!
- Ty i ja też jesteśmy demonami – zauważył Truggen.
- Ale umiemy się zachować i wyglądać jak ludzie. On – Imperator wyciągnął rękę w stronę stwora – będzie potężniejszy, niż ty. Nie poradzisz sobie z nim. Nie dasz rady go okiełznać. Tego wam ten przeklęty włóczęga nie powiedział?
Truggen wzruszył ramionami.
- Ale teraz to tylko małe, przestraszone dziecko – powiedziała Guld drżącym głosem, sama siebie zadziwiając. – I Truggen świetnie sobie z nim radzi.
- Banda nieodpowiedzialnych wariatów! – ryknął Imperator. – Jeśli tylko ktoś zobaczy go w tej postaci, żadne z was tego nie przeżyje. – Dodał i znikł tak samo nagle, jak się pojawił.
- On dużo krzyczy, ale nie trzeba się go bać – powiedziała Guld do stwora, gładząc go między oczami. Malec dygotał i ona też nie potrafiła powstrzymać drżenia nóg.
Imperator pojawił się ponownie.
- Zapomniałem, o co tak naprawdę mi chodziło – oznajmił. – Chcę, żebyś znalazła mi kilka Wojowniczek Nocy zainteresowanych objęciem stanowisk na moim dworze i w prowincjach – zwrócił się do Guld, wciąż mówiąc podniesionym głosem. – Nie dostaną ich od razu, ale kiedyś na pewno. Chcę, żeby się do tego przygotowały.
Guld nie odpowiedziała, ale Imperator nie czekał na odpowiedź. Znowu znikł. Guld usiadła na łóżku obok Truggena. Młody mężczyzna oplótł ramionami i ją i stwora. Oparł policzek na jej ramieniu.
- Kocham was obu – wyszeptała Guld. Taka była prawda, nawet jeśli to było trudne.
- Łaskawie ci więc wybaczam – powiedział Truggen cicho.
- Co? – Spróbowała się obrócić, żeby spojrzeć mu w twarz, ale w pozycji, w jakiej się znajdowali, nie było to możliwe.
- Miałem się na ciebie obrazić, bo Väner musiał przybrać ludzki kształt, żebyś go przytuliła – wyjaśnił.
Guld pogładziła stwora między oczami.
- Miłość jest trudna – wyszeptała, przypominając sobie co przed laty zobaczyła w umyśle Riauka. – Przepraszam.

Kiedy, w niewiadomy sposób, obrońcy przełęczy znikli, jeźdźcy ze wschodu tylko przez chwilę cieszyli się, że droga ku nowym, być może żyznym i bogatym światom stoi przed nimi otworem. Nie zdążyli też zastanowić się, czemu ich własne konie, te, które straciły jeźdźców, także znikły. Ogromny smok, którego głowę zdobiły czerwone łuski, uderzył na nich z góry, zadając śmierć szybko i precyzyjnie. Choćby jeden człowiek, czy koń, nie opuścił tych gór żywy. Nikt nigdy nie dowiedział się, kto naprawdę zatrzymał hordę. Mieszkańcy wschodnich ziem długo mieli jednak pamiętać, że granice Dominium są nie do pokonania.

Rodzice, Loravandil, Ferro, Kit i Bluszcz zostali w Dominium, żeby przygotować pozbawionych domów wieśniaków do dalszej podróży w przestrzeni. Teraz panicznie się tego bali, przy czym nie było się czemu dziwić. Dżana miała wrażenie, że jej to już nie dotyczy. I faktycznie nikt jej nie zatrzymywał. Zresztą, Dröm po walce też od razu wrócił do wioski.
Przeniosła się pod dom Virgida, który jeszcze poprzedniego dnia był też jej domem. Wyciągnęła wiadro ze studni. Obmyła twarz i dłonie. Woda była lodowato zimna, ale w tej chwili jej to nie przeszkadzało. Przede wszystkim chciała zmyć z siebie krew i kurz. Potem wspięła się po drabinie na górę. Wszyscy Ludzie Lasu pobudowali swoje nowe domy na potężnych drzewach, tak jak mieli to w zwyczaju. Ona uważała, że wspinanie się po drabinie nie jest zbyt praktyczne. Wychodząc najczęściej używała mocy.
Czy mogłabym wprowadzić się do twojej chaty? – spytała w myślach Truggena. Nie dodała do tego przekazu żadnych wyjaśnień. Nawet się nie przywitała.
Co? – spytał zaskoczony.
Czy mogłabym...
Tak. – Sens pytania dotarł do niego z opóźnieniem.
... wprowadzić się do twojej chaty?
Tak – powtórzył. – Raczej już tam nie wrócę. A jak będę wpadał do wioski, mogę przespać się u dziadka, albo u Neda.
Ja też chyba nie zostanę tam długo. Nie wiem. Ale jakby co, zmieścimy się wszyscy.
Co się stało?
Odchodzę od Virgida.
Ale...
Długo by opowiadać. Kiedyś trzeba to skończyć. Mieliśmy spięcie z powodu zagrożenia granicy Dominium, ale przecież nie o to chodzi.
Więc dlatego Imperator od trzech dni nie wychodzi ze swoich komnat – stwierdził Truggen.
Wcale go tam nie ma – oznajmiła Dżana. – Dyskutuje teraz z twoim ojcem i z moim też.
Dlatego dziadek nas wzywał? Jest źle?
Właściwie to... – chciała użyć sformułowania „już po wszystkim”, ale nie mogła. Nie taka była prawda. Podejrzewała, że długo będzie się mówiło o tym, co zrobił Loravandil. Jedni będą go chwalić, inni krytykować. Dröm też szybko nie zapomni starcia na przełęczy, nie mówiąc już o wieśniakach z Dominium. – Niebezpieczeństwo zażegnane.
To dobrze. Ja naprawdę nie mogłem.
Wierzę.
Rozmawiając z Treggenem zdjęła skórzany strój i przebrała się na wieśniacką modłę w białą bluzkę i pasiastą spódnicę. Nie próbowała sczyszczać ze skóry ciemnych plam. Kiedyś się tym zajmie, ale nie teraz. Ściągnęła z łóżka koc i rozłożyła go na podłodze. Potem zaczęła układać na nim swoje rzeczy – ubrania, przybory do malowania twarzy, szczotki do włosów, błyskotki, pominęła przy tym te, które Virgid zrobił własnoręcznie. Nie spakowała żadnych naczyń, stwierdziła, że w chacie Truggena na pewno coś znajdzie. Przecież do pałacu nie musiał raczej zabierać garnków. Zawiązała rogi koca, tworząc z niego tobół. Jeszcze raz spojrzała na izbę, w której spędziła wiele lat, jak teraz uważała pustych i samotnych. Ale chyba kiedyś coś było między nią a Virgidem. Chyba. Nie potrafiła sobie tego przypomnieć.
Przeniosła się na dół. W tym właśnie momencie Virgid wyszedł z kuźni. Pomyślała wtedy – i tak miałam szczęście, że nie wpadłam na niego wcześniej.
- Co ty robisz? – spytał ostro.
- Odchodzę – wydusiła z trudem.
Siwowłosy mężczyzna przez chwilę przyglądał się jej zaskoczony.
- Dlaczego?
Potrząsnęła głową.
- Powinieneś wiedzieć – wyszeptała. Słowa z trudem przeszły przez jej zaciśnięte gardło.
- Bo nie lubię twojego ojca? – spytał Virgid.
- Potrafisz wymyślić tylko tyle? – W oczach Dżany stanęły łzy. – Mój ojciec wiele rzeczy zrobił źle. Ale on przynajmniej próbuje uczynić światy lepszymi, a nie obraża się na rzeczywistość.
Virgid tylko stał i patrzył, jakby zupełnie nie rozumiał, co Dżana do niego mówi.
- Bo to przecież nie jest tak, że ktokolwiek od czegokolwiek cię odsuwał – kiedy już zaczęła wyrzucać z siebie słowa, nie mogła przestać. – Tylko ty zawsze marudziłeś, ale nigdy niczego sam nie próbowałeś zrobić. Choć nie, próbowałeś. Odciąć się od innych. W stawianiu granic jesteś dobry. Teraz też. Powinieneś powiedzieć, że mnie kochasz i prosić, żebym została! – odwróciła się do niego plecami i ruszyła przed siebie. Nie użyła mocy, dając mu szansę, żeby ją zatrzymał. Ale nie zrobił tego.

Drzwi malutkiej chaty Dröma nagle skrzypnęły. Mężczyzna siedzący na ławie z twarzą ukrytą w dłoniach powoli się wyprostował. Kobieta, która stanęła na progu, krzyknęła i podbiegła do niego. Miała krótkie, szare włosy przypominające wilczą sierść, a pod szeroką, pasiastą spódnicą ukrywała wilczy ogon.
- A więc to prawda, co mówili – wyszeptała przelęknięta. – Straciłeś oko.
- To nic. – Spróbował się uśmiechnąć, ale mu się nie udało. Ojciec zabierze mnie do tego świata, gdzie wymienili mu wnętrzności. Zrobią mi nowe oko. Bess... – urwał. Nie potrafił powiedzieć tego, co chciał.
Oplotła go ramionami. Przytuliła jego głowę do piersi. Przez cienki materiał białej bluzki wyczuwał twardość jej sutków, wszystkich ośmiu. Kształty młodej kobiety, choć dziwaczne, podobały mu się. Nie z ich powodu się z nią rozstał. Ani nawet nie z powodu jej charakteru. Bess była dobrą dziewczyną. Zostawił ją dlatego, że będąc córką pół-kobiety i człowiekodemona nie wiedziała, czy będzie nieśmiertelna, a on nie chciał oglądać jak odchodzi.
- Przelaliśmy tyle krwi – zaczął szeptać, a z jego jedynego oka pociekły łzy. – A byłoby jej jeszcze więcej, gdyby nie Loravandil. Nie doceniamy go, a on jest chyba najmądrzejszy z nas wszystkich. Ja rozumiem, że było trzeba. Nie rozumiem tylko, dlaczego we wszystkich jest tyle zła. Dlaczego trzeba się bronić. Dlaczego nie można po prostu żyć. A przecież życie jest takie kruche. Nawet nasze.
- We dwoje jest lżej – zapewniła go. – A przecież nikt nie wie, co się może zdarzyć.
- Och, Bess... - objął ją mocno w pasie. Jego łzy moczyły jej cienką bluzkę.

Truggen wyglądał na zakłopotanego, gdy przekroczył próg domu dziadka. Na odwiedziny wybrał moment, kiedy Teena z maluchami była u żony karczmarza. Nie był jeszcze gotowy stawić czoła większej liczbie swoich bliskich. Na ręku taszczył osłonięty chustą tłumok.
- Przyszedłem się wytłumaczyć – powiedział. – Chodzi o to, że nie mogłem wziąć udziału w tym, co działo się w Dominium, pomóc wam.
- W porządku. – Teraz, kiedy było już po wszystkim, Riauk potrafił zachować spokój.
- Nie. – Truggen pokręcił głową. – Powinienem wziąć w tym udział, ale musiałem zająć się dzieckiem.
- Jakim dzieckiem? – Riauk zbaraniał. – Guld nie była w ciąży. Czy była? Czy wy...
- Nie. – Chłopak czuł się coraz bardziej niepewnie. – To nie nasze dziecko. To znaczy już nasze. Przygarnęliśmy je.
- Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? – Riauk uśmiechnął się.
- Bo... - Truggen się zaciął.
- Co jest z nim nie tak?
- To demon. Taki prawdziwy – wyksztusił chłopak w końcu. – Kit go znalazł. Mały jest anomalią, czymś co nie powinno powstać. Naprawdę nie miał rodziców. Ale teraz ma. To jest Väner.
Rozwinął chustę. Oczom Riauka ukazał się bezkształtny, bury stwór z oczami na szypułkach i długimi mackami, z których dwie oplatały Truggena w pasie.
- Väner, to Riauk, mój dziadek – powiedział Truggen, nachylając się nad stworem.
Oczy na szypułkach obróciły się ku Riaukowi. Stwór wzdrygnął się. Macki mocniej zacisnęły się na pasie Truggena.
- Nie bój się – powiedział przybrany ojciec. – Dziadek dziwnie wygląda, ale jest dobry i silny. Może nas obronić przed niebezpieczeństwami. – Spojrzał na Riauka. – Kiedyś Väner nauczy się na stałe utrzymywać ludzką postać. Już umie to zrobić przez chwilę. On będzie potężny. Dlatego Imperator bardzo się zdenerwował, że go przygarnęliśmy...
- Nie. – Riauk przerwał mu ze śmiechem. – Gdyby naprawdę się na ciebie zdenerwował, to już byś nie żył. On musiał trochę na ciebie pokrzyczeć. Wyobraża sobie, że tego wymaga powaga jego urzędu. Ale gdyby nie zaakceptował twojej decyzji, Vänera nie byłoby już na dworze.
- Ale powiedział...
- Naprawdę się tym nie przejmuj. – Zeszpecona blizną twarz Riauka pozostała pogodna.
- Co to jest? – Truggen zmienił temat. Nie chciał dyskutować z dziadkiem. Podszedł do wiszącego na ścianie obrazka, przedstawiającego masywnego, dereszowatego ogiera w galopie. Obrazek dziwnie błyszczał. Był też wykonany bardzo szczegółowo.
- W Świecie Prawdziwym nazywają to zdjęciem – oznajmił Riauk z lekką dumą w głosie. – Ale nawet tam, nikt nie ma takiego, jak to moje.
- Ja to? – zdziwił się chłopak.
- Mery przyniósł mi opis, jak to jest, że powstają zdjęcia i materiały potrzebne do ich wykonania. Ale na zdjęciach można uwiecznić tylko to, na co się patrzy. Ja posłużyłem się mocą i zrobiłem zdjęcie moich wspomnień.
- To jest ten koń, który oddał za ciebie życie – zrozumiał Truggen.
- Tak. Kväll – przytaknął Riauk.
Truggen podniósł Vänera, żeby ten mógł dokładnie przyjrzeć się zdjęciu.
- To jest koń – powiedział. – Konie są piękne i szlachetne. Niestety krótko żyją. Dlatego trzeba je mocno kochać, póki są z nami.
Väner uniósł w górę jedną z macek i wygiął ją tak, żeby utworzyć zarys głowy i szyi konia.
- Tak. Bardzo ładnie – pochwalił go Truggen. – Pokazałeś jak wygląda koń.
- Będziesz dobrym ojcem - zawyrokował Riauk.
- Ty pierwszy tak uważasz.
- A komu już przedstawiłeś syna?
- Rodzicom. Jak zareagował Imperator wiesz. No i Guld też na początku miała wątpliwości. Bała się.
Riauk skinął głową.
- Jak ci mówiłem, Imperator musiał pokrzyczeć. Taki już jest. A rodzice zawsze mają dużo wątpliwości. To wynika z ich troski. Jakoś nie potrafią zrozumieć, ile ta troska może zadać bólu. Ale taka jest kolej rzeczy. Ty też będziesz popełniał błędy.
Teraz Truggen pokiwał głową na znak, że to przyjmuje.

- Do niczego się nie nadajecie – powiedział Imperator po tym, jak zbił Riaukowi gońca. – Niczego nie sposób z wami ustalić.
- Może – zgodził się Riauk. – Nie jesteśmy ulegli. Ale przecież wszystko dobrze się skończyło.
- I myślisz, że dzięki wam? Sprawę zakończył smok.
- Tak miało być od początku – stwierdził Riauk, przesuwając wieżę.
- Oczywiście. – Zgodził się Imperator, zbijając mu drugiego gońca. – Ale twój niemądry syn pozbawił Dominium całej wioski.
- Ludzie przeżyli, a to najważniejsze – powiedział Riauk i zbił Imperatorowi królową. – Podpuściłem cię i dałeś się złapać w pułapkę. – Uśmiechnął się. – To dlatego, że za dużo się denerwujesz.
- A ty dla odmiany niczym się nie przejmujesz. Ty? Nikt nie uderzył cię w głowę?
- Polityką nigdy się nie przejmowałem. Poza tym, naprawdę uważam, że wszystko dobrze się skończyło – powtórzył. – Horda została zatrzymana. Nikt, spośród wieśniaków nie zginął. Choć to, czego podjął się Loravandil, było bardzo ryzykowne. – Riauk zamilkł na chwilę. Zagryzł wargi. Pomyślał o kobiecie, która straciła dłoń. Tego nic już nie zmieni. Oczywiście, mogło być gorzej. Połowa z wieśniaków mogła zginąć, albo stracić kończyny. – Nikt nie widział smoka – wrócił do swojej myśli. – Nikt też, spośród tych, którzy pozostali w Dominium, oprócz wojskowych oczywiście, nas nie widział. Jest dobrze. A dodatkowo zyskaliśmy świetne konie.
- Wy zyskaliście – sprecyzował Imperator.
- Ty ich nie chciałeś – zauważył Riauk.
- Bo na co mi kuce? Mało to w Dominium dobrych koni?
- Na wielu rzeczach się znasz, ale na koniach nie. – Riauk znowu się uśmiechnął. – Konie ze Świata zza Morza Ognia i Krwi są lepsze, niż wasze. A te kuce ze wschodu mogą jeszcze udoskonalić nasze pogłowie. W stosunku do swojego wzrostu są niesamowicie skoczne. A przy tym bardzo waleczne. To dzięki nim horda była tak szybka.
- Tak... – Imperator nie patrzył na szachownicę, a w przestrzeń, gdzieś ponad ramieniem Riauka. – Może powinieneś zająć się hodowlą koni, a nie mieszać do polityki.
- Ja się nie mieszam. Ty mnie w to wciągasz.
- Tak... I mam z tobą problem. Byłoby mi znacznie wygodniej, gdybyś był moim poddanym.
- Gdyby tak było, nie mielibyśmy gdzie zabrać tych ludzi, których wygnałeś.
- Tam wygnałem. – Imperator wydął wargi. – Co im powiedzieliście?
- Że horda zniszczyła wieś i że w naszych stronach, wśród istot władających nadprzyrodzonymi mocami, łatwiej im będzie zacząć od zera.
- Całkiem nieźle – zgodził się Imperator. – Gdybyście jednak byli moimi poddanymi, wtedy nie musiałbym ukrywać, że byliście na przełęczy. A wasze istnienie oswoiłoby innych moich poddanych z istnieniem dziwnych istot.
- Słusznie – zgodził się Riauk. – Ale ja na pewno się nie przeprowadzę. Mam swój świat. Musi wystarczyć ci, że masz tu Truggena i Guld.
- Z nimi też są problemy. – Imperator prychnął.
- Wiem. Truggen skarżył się, że mu groziłeś.
- I naprawdę się wystraszył? – zdziwił się Imperator. – Powinien rozumieć, że sprowadzenie na dwór potężnego demona, który jeszcze nie panuje nad swoimi mocami, jest ryzykowne. Do tego nie można podchodzić tak lekko. Ale skoro już jest, jak tylko nauczy się utrzymywać ludzką postać, przedstawię go oficjalnie jako dziecko Truggena. Muszę powiedzieć Guld, żeby zaczęła udawać, że jest w ciąży.
- Nie wiem, czy jej się to spodoba.
- Nie musi. Ma po prostu wykonywać rozkazy.
- Ale...
- Takie jest życie na dworze. – Imperator nie pozwolił Riaukowi skończyć zdania.
Białowłosy zrozumiał, że nie powinien drążyć tematu. Nawet jeśli Imperator złagodniał, wciąż był władcą trzymającym swoje państwo mocną ręką.
- Wracając do naszej sprawy, mówiłeś, że załatwisz oficjalnie nasz udział w tej akcji na przełęczy. Mógłbyś zawrzeć jakiś układ z naszym władcą. Chyba o tym myślałeś?
- Myślałem, ale przypomniałem sobie, że kiedyś twierdziłeś, że ludzie z twojego świata nie zaakceptują zależności od Dominium.
- Zależności nie – zgodził się Riauk. – Ale jakiś układ handlowy przy zachowaniu autonomii, to zupełnie co innego. Za użyczenie nas czasem mógłbyś płacić surowcami. Choćby wełna to coś, czego nam brakuje. Taką wymianę dałoby się zapewne załatwić. Ostatnio wiele się u nas zmieniło. Ty byś pewnie powiedział, że się ucywilizowało. Wiele spraw zostało prawnie unormowanych. Przecież wiesz. Nie możesz tylko próbować zmieniać naszego sposobu bycia. Musisz pamiętać, że nawet nasz król jest na bakier z etykietą.
- Ty mi nie dajesz o tym zapomnieć.
Riauk roześmiał się.
- Ale i bez ciebie o tym wiem. Problem leży w tym, że się zagalopowałem. Może blefowałem, a może marzyłem. Zajęcie waszego świata teraz byłoby dla mnie bardzo łatwe. Ale proszenie o współpracę... Niby dlaczego takie mocarstwo, jak Dominium, miałoby prosić o współpracę małe, biedne państewko? Ja wiem. Ale jak przekonać do tego moich poddanych?
- W sumie nie musiałeś nikomu mówić, że nie jesteśmy z Dominium – powiedział Riauk. Czuł się bardzo zawiedziony tym, co przed chwilą usłyszał. – Mógłbyś z punktu widzenia Świata zza Morza Ognia i Krwi nas oficjalnie wypożyczać, a u siebie twierdzić, że jesteśmy miejscowi.
- Nie mógłbym. – Imperator potrząsnął głową. – Nikt nigdzie nie potrafi tego, co wy. Jesteście wyjątkowi. Gdyby przedstawiać was, jako lokalnych magów, rozeszłyby się plotki, że opracowano nowe, wyjątkowo potężne zaklęcia. I być może jeszcze, że armii ma na nie monopol. Prostaczkowie zaczęliby jeszcze bardziej bać się magów. A magowie usilnie próbowaliby znaleźć kogoś, kto nauczy ich tej nowej magii. Ogólnie mogłoby to wszystko doprowadzić do sporego bałaganu. Jeśli macie się kiedyś gdzieś pojawić, to tylko jako prawdziwi wy. – Imperator przerwał swój wywód i spojrzał na szachownicę. – W następnym ruchu wygrasz.
Riauk skinął głową.
- Trudno jest być dobrym – powiedział Imperator.
- Trudno jest być dobrym demonem, który nie chce nikogo nastraszyć, ale pragnie utrzymać w swoich rękach ogromne państwo – poprawił go Riauk.
- Nie powinieneś traktować tego tak lekko – upomniał go Imperator. – Moja władza w Dominium gwarantuje także pokój waszemu małemu światu. Kiedy mnie zabraknie, nikt nie wie, co będzie.
- Masz rację – zgodził się Riauk.
- Skoro ty tak łatwo o tym zapominasz, jak mogę liczyć, że zrozumieją to śmiertelni – westchnął Imperator.
- Przepraszam.
Imperator potrząsnął głową.
- Twoja córka jest piękną kobietą – powiedział nagle, zupełnie zaskakując tym Riauka. – A kiedy na mnie patrzyła, w jej oczach był smutek, ale i pożądanie.
- Wydawało ci się – zaprotestował Riauk nieco głośniej, niż powinien. – Byliśmy zmęczeni po bitwie. Pożądanie zapewne nie było jej w głowie. Poza tym, ona nie jest wolna.
- A czy gdybym ja ją o to zapytał, odpowiedziałaby tak samo?
- Możesz spróbować – rzucił zapalczywie Riauk. Chciał wierzyć w to, co mówił. Po bitwie Dżana zaczęła nocować w nieużywanej od dawna chacie Truggena. Widywała się jednak z Virgidem, a Loravandil twierdził, że była w ciąży. Sama Dżana nikomu się do tego nie przyznała. – Ale nie jesteś dla niej właściwym mężczyzną. Nie mógłbyś jej dać tego, czego ona pragnie.
- Zobaczymy, co ona powie, gdy powtórzę jej to, co tobie. – Imperator uśmiechnął się. – Ale oczywiście nie będę jej do niczego zmuszał. Niemniej jednak, gdybym poślubił córkę stróża pogranicza miałbym pretekst do kontaktów z wami. Oczywiście byłby to ogromny mezalians, ale biorąc pod uwagę jej moc i urodę wybaczalny. Dzieciak Truggena mógłby udawać naszego syna. A potem ja sam bym go udawał i ktoś nieśmiertelny zasiadłby oficjalnie na tronie. To byłoby wygodne. - Nie wiem. Jeszcze nigdy o tym nie myślałem – przyznał Imperator.
- Więc dopóki nie będziesz wiedział, nie chcę, żebyś wprowadził swoje plany w życie.
- Ty nie masz tu nic do gadania.
- Myślę, że mam. Sądzę, że Opowiadaczka chciałaby, żebym był zadowolony. A teraz nie jestem.
- W porządku – skapitulował Imperator.

25.06.2013 – Warszawa

C.D.N. Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...