Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
"Riauk"




4. Pamięć i poświęcenie


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Słońce stało wysoko na niebie, grzejąc mocno. Siedzieli na ławce przed chatą korzystając z jednej z rzadkich chwil spokoju. Nie znali pojęcia świąt czy dni wolnych od pracy. Gdy było coś do zrobienia, robili to. Pracowali tak długo, jak było trzeba, lub póki starczało im sił. Rzadko pozwalali sobie na odpoczynek. Była wiosna. Trzeba było obsiać pola, oporządzić zwierzęta. Niedawno dopiero skończyli remont chaty, w której wciąż mieszkali razem z karczmarzem, jego żoną i córką. Pomagali przy odbudowie gospody, którą całkowicie zniszczył pożar. Dzieci także wymagały uwagi, opieki i wspólnych zabaw, były jeszcze małe.
Teena miała zamknięte oczy, twarz wystawiła do słońca. Riauk siedział z wyciągniętymi przed siebie nogami i głową zwieszoną na piersi. Pilnował, by nie wystawić spod kaptura choćby czubka nosa. Promienie słońca były niczym ogień dla jego białej skóry. Właściwie powinien nienawidzić słońca, ale teraz, gdy ogrzewało jego szczelnie okryte ramiona i wypełniało całe ciało przyjemnym ciepłem, czerpał z tego przyjemność. Jego ciało i umysł osiągnęły nieczęsty stan bezgranicznego spokoju.
Gdy niewielki obłok rzucił na nich blady cień, Teena otworzyła oczy i zaczęła przyglądać się dzieciom bawiącym się na podwórzu. Najmłodsi z rodzeństwa Bluszcz i Loravandil przepychali się i przewracali wzajemnie, ku dezaprobacie szukających dżdżownic kur. Teena nie rozumiała ich zabawy, ale rudowłosi chłopcy wyglądali na zadowolonych.
Ciekawe, co robią teraz Dżana, Ferro i Kit. Trójka jej starszych dzieci poszła na łąkę, gdzie pasła się krowa karczmarza. Zabrały ze sobą kucyki. Ferro zapewne galopuje w tym momencie na Demonie. Karego konika rozpierała energia i potrzebował dużo ruchu. Teena nieraz zastanawiała się już, czy ten kucyk nie jest zbyt ostry dla sześciolatka. Ferro jednak sobie z nim radził.
Dżana miała uczyć Kita jeździć konno na swojej pięknej Gwieździe. Kit coraz częściej przypominał, że niedługo skończy sześć lat i on również, jak jego starsze rodzeństwo, powinien mieć kucyka.
Spróbowała sobie wyobrazić, jaki będzie ten jego konik. To, jakie wierzchowce wybrały sobie starsze dzieci, wiele mówiło o ich osobowości.
Na przykład klacz najstarszego Oiolose była łagodna i spokojna, zupełnie jak on. Otulony płaszczem chłopiec, dotknięty tymi samymi przypadłościami, co jego ojciec, nie poszedł tego dnia na łąkę. Bawił się teraz z Sasanką, córką karczmarza. Razem układali fantazyjne wzory z szyszek i kamieni.
- Czym byłoby ich dziecko?
- Co? - Riauk nie zrozumiał pytania.
- Jak myślisz? Gdyby Oiolose i Sasanka zostali parą, czym byłoby ich dziecko? Żadne z nich nie jest normalne.
- Ja też nie jestem. - W głosie Riauka słychać było lekką urazę.
- Oj, daj spokój. - Teena obróciła się w jego stronę. – Po prostu myślę tylko o przyszłości naszych dzieci. Chciałabym, żeby były szczęśliwe.
- Czy nie zbyt wcześnie na takie rozważania? Oiolose lubi Sasankę, ale to ośmio-, no, prawie dziewięciolatek. Może kiedyś zostaną parą, a może nie. Może zakocha się w niej, jak będzie miał dwanaście lat, a potem mu przejdzie. To chyba jeszcze nie czas, żeby się martwić. A i potem niekoniecznie będzie taka potrzeba. Być może nasze wnuki nie będą się różnić od innych miejscowych. Tutaj ciężko stwierdzić, kto jest normalny.
- Pewnie masz rację. Chyba bym jednak wolała, żeby moje wnuki nie miały ogonów ani rogów.
- Czy to takie ważne?
- Nie - przyznała i przytuliła się do niego.
Objął ją ramieniem. Przez moment trwali w bezruchu wtuleni w siebie. Czerpali siłę z ciepła swoich ciał.
- Wiesz - szepnęła - kiedy tak tu siedzimy, czuję się, jakbyśmy byli zupełnie zwyczajni. Zapominam o mocy, o nieśmiertelności, jakbyśmy od zawsze byli zwykłymi rolnikami.
Riauk pocałował ją w czoło. Nie umiał nic powiedzieć. W gardle czuł rosnącą gulę. On też na moment uległ urokowi chwili.
Ich życie nie było proste, a on nie potrafił zapomnieć o mocy na dłużej niż kilka chwil. Choćby dlatego, że cały czas musiał podtrzymywać swoje ciało przy życiu.
Nagle zakasłał, mącąc ciszę. Teena objęła go mocniej. Chciała powiedzieć, że go kocha, ale nie była to odpowiednia pora.

Powszechny zaciąg do armii. Wojna. Informacje te przeszły przez wioskę jak burza. Nie rozumieli ich, bo wojna była czymś, co znali tylko ze starych opowieści. Kiedy jednak do wioski zawitał oddział zbrojnych w ciemnogranatowych mundurach, wszyscy zrozumieli, że sprawa jest poważna, i poczuli strach.
- Wszyscy mężczyźni między piętnastym a pięćdziesiątym rokiem życia mają zgłosić się do obozu wojskowego przy wjeździe do wioski - ogłoszono.
- Co to za wojna? - spytał szef w zaciszu swojego gabinetu. On nie wybierał się do wojskowego obozu, choć nie wyglądał na kogoś, kto ukończył już pięćdziesiąt lat.
- Nie mogę tego powiedzieć, nawet, gdybym chciał. Nic nie wiem - odparł dowódca oddziału. Gdyby ktoś był świadkiem tej sceny, musiałby stwierdzić, że szef traktowany jest przez rozmówcę zadziwiająco grzecznie.
- Zupełnie nic nie wiesz?
- Tyle tylko, że imperator zdecydował się na podbój jakiegoś odległego kraju.
A więc nie musimy się bać - przebiegło przez głowę szefa. Ale przeczucie mówiło mu co innego.

Wojskowi ustawili wszystkich w równym rzędzie na polu przed wioską. Riauk i karczmarz stali obok siebie.
- Źle wyglądasz - wyszeptał karczmarz.
- To nic - odparł Riauk.
Przez kilka ostatnich dni sam robił wszystko, by wyglądać jak najgorzej. Używał mocy, by zwiększyć efekty swojej choroby, a nie by je łagodzić. Biała skóra przybrała żółtawy odcień, żółte stały się również białka oczu. Oddychanie przychodziło mu z wyraźnym trudem.
Nie zamierzał trafić do armii. Dominium nie było jego światem i nie chciał przelewać krwi w imię niezrozumiałych interesów imperatora. Nie chciał też opuszczać Teeny i dzieci. Ciągle miał nadzieje, że przez kilkanaście najbliższych lat będzie mógł wieść życie rolnika, a okoliczne światy o nim zapomną.
- Rozbierzcie się do naga - nakazał jeden z umundurowanych mężczyzn.
- Ty też! - Ktoś szturchnął chłopaka niekwapiącego się do wykonania polecania.
- Nie - zaprotestował głos zbyt piskliwy, by należeć do mężczyzny.
- Dalej! – Żołnierz szarpnął go za koszulę, rozdzierając ją.
- Nie!
Tym, którzy zwrócili głowy w jego stronę, przez moment wydawało się, że dostrzegli małe piersi. Chłopak odskoczył w tył, odwrócił się na pięcie i uciekł. Żegnał go gromki śmiech wojskowych. Nikt go nie gonił.
Żołnierze przechodzili wzdłuż rzędu nagich mężczyzn i oglądali ich dokładnie, by wybrać tych, którzy stanowili dobry materiał dla armii.
Słońce stało wysoko. Riauk zmrużył oczy, ale i tak światło go raziło. Promienie słońca paliły jego skórę.
Niech to się już wreszcie skończy. - To była jedyna myśl, która kołatała mu się po głowie.
- Ten? - Wojskowi zatrzymali się przy karczmarzu.
- Za gruby. Nie bierzemy.
- A ten? Niby chudy, ale spójrzcie na jego muskuły.
Ktoś złapał Riauka za ramię. Zachwiał się. Było mu niedobrze.
- Ale co to za twarz?
- To awanturnik. Jeśli go utemperujemy, może się nam przydać.
Słowa przepływały obok Riauka. Nie rozumiał ich.
- Nie sądzę. Coś z nim jest nie tak. Co on taki żółty?
- Chłopcy, on ma chorą wątrobę, nie pociągnie długo.
- Skąd wiesz?
- Wiem. Widzę.
Silna, szorstka dłoń pchnęła Riauka w brzuch idealnie trafiając w miejsce, gdzie pod skórą rysowała się powiększona wątroba. Jęknął i zwalił się na kolana. Ból go na moment zamroczył. Spróbował złapać ustami powietrze, ale nie udało mu się. Zaniósł się kaszlem.
- On umiera, nie zawracajmy sobie nim głowy.
Riauk kasłał przez chwilę. Kiedy w końcu udało mu się złapać oddech, przewrócił się na bok i zwinął w kłębek, przyciskając dłonie do brzucha. W oczach stanęły mu łzy. Czas przestał istnieć. Był tylko ból.

- Już poszli. Dasz radę wstać? – Karczmarz przykucnął przy nim. Dotknął jego ramienia. To pokrzepiło, ale znowu zadało ból. Skóra paliła go od oparzeń.
Wokół panował gwar. Jedni wracali do domów zawiedzeni, inni uradowani, a każdy miał inne powody. Byli tacy, którzy żałowali, że nie zostali wytypowani, i tacy, którzy nie chcieli wstąpić do armii, ale musieli i teraz została im tylko chwila, by zabrać najpotrzebniejsze rzeczy i ostatni raz uściskać swoich bliskich. Innych cieszyło, że zostają. Byli też szaleńcy zadowoleni z tego, że wyruszą w świat, często najmłodsi z rodzeństwa, bez nadziei na ojcowiznę.
- Czego chcesz? – Głos Riauka był chrapliwy. Nie zrozumiał słów karczmarza.
- Dasz radę wstać?
- Nie.
Karczmarz okrył nagie ciało Riauka płaszczem i podniósł go z ziemi.
Białowłosy resztką świadomości zdawał sobie sprawę, że przesadził, że zbyt silnie sforsował swój organizm. Potrzebował snu, który przywróciłby mu siły potrzebne do uleczenia ciała. Teraz jednak musiał przejść przez ból.
Wtulił się w masywnego mężczyznę, jakby ten był mu kimś bliskim. Ramiona karczmarza dawały mu nie do końca zrozumiałe poczucie bezpieczeństwa. Dzięki nim czuł się odrobinę lepiej, jakby to, że jest niesiony na rękach, sprawiało, że ktoś inny po ojcowsku zdejmuje z niego całą odpowiedzialność za wszystko i wszystkich.

- Czy w gospodarstwie są jakieś konie? – spytał jeden z trzech umundurowanych mężczyzn.
- A co wam do tego? – Głos Teeny brzmiał hardo.
- Z rozkazu imperatora rekwirujemy konie dla armii – odparł mężczyzna. – Prawo jest po naszej stronie. Otworzysz nam stajnie, czy mamy cię aresztować?
Teena skapitulowała.
Wojskowi nie zwrócili uwagi na kuce ani na konie zimnokrwiste. Ich wzrok przyciągnął rosły deresz szlachetnej rasy, Kväl należący do Riauka.
- Bierzemy tego – orzekł mężczyzna, którego mundur wskazywał, że był ze wszystkich najwyższy rangą.
- Ależ on ma ponad dwadzieścia lat! – krzyknęła Teena.
Jeden z umundurowanych mężczyzn podszedł do Kväla i rozwarł mu szczęki. Ogier szarpnął w tył głową. Mężczyzna zaklął i uderzył konia w łopatkę. Był to błąd, bo ogier naparł na niego bokiem.
- Kväl! - skarciła go głosem Teena i koń przesunął się w drugą stronę uwalniając mężczyznę. Żołnierz odskoczył od zwierzęcia.
- Wredne bydlę – rzucił. - Nie sprawdziłem mu zębów, tylko na nie zerknąłem, ale kobieta może mieć rację. On jest stary. Zostawmy go.
- Nie. Będzie mój - zarządził najwyższy stopniem. - Wyprowadźcie go.
Tym razem dwóch mężczyzn zbliżyło się do konia. Deresz szarpał się i stawał dęba, gdy go wyprowadzali. Teena stała przy drzwiach stajni. Dzikie rżenie ogiera docierało do niej jakby z oddali. Kväl wiele znaczył dla Riauka, a teraz ich drogi na dobre miały się rozejść.
Riauk? Teena zobaczyła karczmarza niosącego jej mężczyznę. Co mu się stało? No tak, ostatnio źle wyglądał. „Nie martw się o mnie” - powiedział tylko, gdy szedł do obozu zbrojnych. O poborze nie rozmawiali. W ich umysłach strach i gniew mieszały się ze sobą.
Rżenie konia na moment przywróciło Riauka do rzeczywistości.
- Kväl - wyszeptał.
Koń chyba go usłyszał, bo zarżał potężnie i wspiął się na tylne nogi. Nie udało mu się jednak wyrwać mężczyznom. Głowa Riauka znowu opadła. Karczmarz wniósł go do chaty. Teena nadal stała przy stajni, patrzyła za odchodzącymi żołnierzami. Kväl skapitulował, już nie walczył.
W Teenę nagle jakby uderzył piorun. Ruszyła do chaty.
Drzwi izby trzasnęły za nią.
- Co z nim?!
- Nie wiem - odparł karczmarz. - Upadł i nie miał już siły wstać. Kasłał.
Żona karczmarza i dzieci patrzyły na Teenę z przerażeniem. Brakowało im odwagi, by zapytać, co się dzieje. Oczy rudowłosej kobiety płonęły gniewem.
- Ty przeklęty idioto!
Przypadła do Riauka. Złapała go za ramiona i potrząsnęła nim. Zajęczał, potem wyszeptał:
- Zostaw mnie.
- Nie ma mowy! – wykrzyknęła, ale już go nie szarpała. Znieruchomiała na chwilę.
- Coś ty zrobiła? - Usiadł na łóżku. Nie czuł już bólu, ani ciężaru w piersi.
- A co ty zrobiłeś?!
Riauk znajdował się w zbyt kiepskiej formie, by się uleczyć. Ona mogła jednak użyć mocy, by ulżyć mu w cierpieniu. Nie lubił tego, chciał być samowystarczalny. Teena wiedziała o tym doskonale.
Spuścił nogi na ziemię i szczelnie owinął się płaszczem, by ukryć swoją nagość.
- Zrobiłem wszystko, by wyglądać jak najgorzej. Może przesadziłem, ale osiągnąłem zamierzony cel. Nie wzięto mnie do armii. Nie chciałem zabijać w imię spraw, które są mi obce. Chciałem zostać z tobą i dziećmi, żyć spokojnie, jak...
- Jak uległy tchórz - syknęła Teena. – Myślałeś, że doprowadzając się do takiego stanu nas ochronisz? Otóż nie, w ten sposób ochroniłeś wyłącznie siebie. Kiedy ty na własne życzenie wypluwałeś płuca, oni mogli zrobić z nami co tylko by chcieli. Pozwoliłeś żołnierzom zabrać Kväla, choć ponoć tak go kochasz. A gdyby ktoś zażądał od ciebie oddania mnie, lub któregoś z dzieci? Zgodziłbyś się?
- Nie.
- Nieprawda. Nie podjąłbyś żadnej decyzji. Umierałbyś sobie półprzytomny, upajając się własnym bólem i nieszczęściem.
Riauk zamknął oczy. Słowa Teeny raniły go do żywego. Tak, kochał Kväla. Dereszowaty ogier należał do niego od ponad dwudziestu lat. To on go ujeździł, on wyszkolił go na konia bojowego.
Naprawdę chciał mieć spokój, żyć prostym, codziennym życiem, uprawiać pole i uczyć dzieci korzystania z mocy. Chciał mieć miejsce, które mógłby nazwać swoim. Już raz, w innym świecie, wydawało mu się, że je znalazł. I nadeszły dni, gdy poczuł, że Świat zza Morza Ognia i Krwi jest jego domem. Ale musiał go opuścić, bo ludzie z Półwyspu uważali go za zabójcę ich władcy. Nawet nie był wtedy winny. To nie on zabił. Jak miał to jednak wytłumaczyć?
Wioski, w której zamieszkali, nie pokochał. Tym bardziej nie kochał Dominium. Chciał tylko trzymać się swojego cichego, spokojnego kąta.
Ale Kväl był jego przyjacielem.
- Co według ciebie powinienem zrobić? - spytał.
- Nie wiem. - Głos Teeny załamał się. Była bliska histerii. - Może powinieneś zgłosić się do armii i wyruszyć w jej szeregach dosiadając Kväla? To byłoby w stylu twojego ojca, prawda?
- On walczył za nasz świat. Ale ten nie jest nasz. - Riauk nie uniósł głowy. Cały czas patrzył w podłogę.
- Może więc nie powinieneś podporządkowywać się jego prawom?
- Może. - Wciągnął spodnie i założył buty. Z bluzą w ręku wyszedł. Zabrał ze sobą miecz.

Podążył za oddziałem, dosiadając na oklep zimnokrwistego Maćka. Wojsko nie spieszyło się.
Obóz rozbili tuż po zmierzchu, przytulając go jednym bokiem do ściany lasu. Riauk z daleka zobaczył światła ognisk. Zszedł wtedy z drogi i łukiem, przedzierając się przez zarośla, zbliżył się do obozu. W czasie podróży nie myślał wiele. W jego sercu kipiał gniew. Był zły na Teenę, na siebie, na wojsko i cały świat.
Uwiązał Maćka przy drzewie i podkradł się do granicy obozu. Obserwował żołnierzy, szukał Kväla. Dopiero tutaj, siedząc w krzakach, zaczął w miarę trzeźwo myśleć. I uświadomił sobie, że tak naprawdę niewiele może zrobić. Być może nocą uda mu się niepostrzeżenie wejść do obozu i odnaleźć swojego wierzchowca, a potem uciec na jego grzbiecie. Nie mógł liczyć na moc. Brakowało mu sił, żeby się nią posłużyć.
Usłyszał donośne rżenie. Wzdrygnął się. To musiał być Kväl. Nie mógł go jednak zobaczyć.
Sięgnął do umysłu konia. Tyle był w stanie zrobić.
Myśli konia zawsze oszałamiały go. W umysłach zwierząt nigdy nie pojawiały się słowa, rzadko też gościły w nich obrazy. Były jednak tak naładowane emocjami, że kontakt z nimi trudno było znieść. Z tego, co wiedział Riauk, ani jego rodzice, ani Teena nigdy nie próbowali czytać w myślach zwierząt. Owszem, Mery, ojciec Riauka, porozumiewał się w myślomowie z niektórymi ze swoich koni, ale tylko z tymi, w których ciałach uwięzione były ludzkie umysły. Mery w swoim długim życiu trafił na dwa takie zwierzęta, ofiary okrutnego demona.
Riauka zaatakował strach ogiera. Mężczyzna skulił się w sobie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Obce miejsce, obcy ludzie. Brutalna ręka wepchnęła koniowi wędzidło do pyska. Zimny metal rozdarł wargi. Ktoś zamierzał go dosiąść, ale Kväl nie chciał się na to zgodzić. Walczył. Razy bata spadały na jego ciało.
Białowłosy odruchowo osłonił ręką głowę. Czuł ból, który czuł jego wierzchowiec. Powinien odciąć się od myśli konia i zastanowić, co począć, ale nie był w stanie. Ktoś dosiadł Kväla, ale ogier nie potrafił zaakceptować obcego człowieka na grzbiecie. Wpadł w panikę. Wierzgał, skakał, chciał się uwolnić, uciec, wrócić do pana.
Riauk nie potrafił ogarnąć chaosu w jego głowie, gdyby jednak był w stanie przekazać ogierowi na odległość jakieś polecenie, nie doradziłby mu niczego lepszego niż to, na co Kväl wpadł sam. A jednak bolało go, że mógł być tylko widzem. Musiał czekać. Mimo, że tu był, nie mógł pomóc swojemu koniowi. Nie dałby przecież rady stanąć do walki przeciwko całej armii. Był też zbyt słaby, by wymknąć się z koniem przy użyciu mocy.
W końcu Kvälowi udało się osiągnąć zamierzony cel. Potężnym strzałem z zadu zrzucił jeźdźca i runął galopem w stronę domu. Nikt nie był w stanie go pochwycić. Riauk wstał z ziemi. Teraz pozostało mu tylko odnaleźć konia. Problem rozwiązał się sam. Nie musiał z nikim walczyć, nikomu się narażać, by odzyskać przyjaciela.
Teena pewnie by jednak wolała, żeby dokonał jakiegoś bohaterskiego czynu, pomyślał kwaśno i zaraz złajał się za te myśli. Ale nadal był na nią zły.
Zaczął się wycofywać w stronę uwiązanego w ukryciu Maćka.

Dużo dalej na północny zachód od miejsca, w którym Riauk był świadkiem ucieczki Kväla, sześciu jeźdźców zbliżało się o zmierzchu do innego obozu wojska.
Byli młodzi i wyglądali na awanturników. U pasów nosili wąskie miecze, a ich ciała wydawały się mocne i nawykłe do walki. Jadący na czele chłopak był najdrobniejszy, ale jego twarz zdradzała ogromną determinację. Dosiadał wyglądającej dość karykaturalnie wielkiej, tarantowatej klaczy o grzywie zgolonej na łyso i równie łysym ogonie.
Jeźdźcy podjechali do wartowników i zeskoczyli z koni. Stojący na straży żołnierze sięgnęli po broń.
- Czego chcecie? – warknęli.
- Spokojnie – zawołał drobny chłopak i na znak pokojowych zamiarów uniósł do góry obie dłonie. – Nazywam się Virg, a to moi przyjaciele. Jesteśmy z Krohn, to niedaleko stąd. Słyszeliśmy, że nadchodzą ciekawe czasy. Chcieliśmy się zaciągnąć.
Wartownicy spojrzeli po sobie. Ich oddział specjalnie rozbił obóz z dala od ludzkich domostw. Chcieli jak najmniej rzucać się w oczy. Nie mogli jednak zupełnie unikać ludzi, bo potrzebowali ich pomocy. Nie znali celu swojej wyprawy. Wszędzie pytali o tego, którego mieli zgładzić, musieli więc pytać także w Krohn. W ten sposób ta szóstka musiała się o nich dowiedzieć. Lepiej było pozwolić im zostać, niż kazać odejść. Zawiedzeni młodzieńcy mogli za dużo opowiedzieć każdemu, kto chciałby posłuchać. Pozostawało jeszcze trzecie, dość brutalne rozwiązanie. Ale o tym niech zadecyduje już ktoś ważniejszy.
- Powinniście porozmawiać z naszym dowódcą – powiedział jeden z wartowników. – Zaprowadzę was. Ale broń zostawcie tutaj.

Było późne popołudnie i słońce stało już nisko nad horyzontem. Riauk okładał mieczem wypchany sianem worek zawieszony na drzewie za chatą. Od powrotu z wyprawy po Kväla wciąż był niespokojny i zły. Dużo ćwiczył, tak walkę wręcz, jak i w siodle. Wiedział, że czas spokojnego życia minął. Widmo wojny nie opuszczało jego umysłu. A on czuł się słaby. Choroba zawsze ograniczała jego możliwości korzystania z mocy oraz sprawność fechtunku. Zdawał sobie jednak sprawę, że ostatnio wyjątkowo się zaniedbał.
- Zaprzestań tych podrygów, śmieszny człowieku.
Odwrócił się nagle. Przed sobą ujrzał dwie kobiety: blondynkę i brunetkę. Miały na sobie eleganckie sukienki z cienkiego materiału. Ich idealnie wyszczotkowane, długie włosy spadały na ramiona, układając się w fale. Riauk nie musiał się zastanawiać, jak to możliwe, że nie usłyszał ich nadejścia. Od razu pojął, że musiały być Wojowniczkami Nocy.
- Powiedz nam – zaczęła brunetka – jak to w ogóle możliwe, że mężczyzna posiada moc równą naszej.
- Moja matka była Wojowniczką Nocy – rzucił bez zastanowienia. Był zbyt zaskoczony, by zebrać myśli.
- Wojowniczki Nocy nie rodzą synów – padło w odpowiedzi.
- Moja matka jednak mnie urodziła – odparł. – Urodziłem się, żyję, władam mocą. To moja sprawa. – Gdy wypowiadał te słowa, głos zadrżał mu lekko.
Jego matka, Las po Burzy, marzyła, by swemu mężczyźnie dać nieśmiertelnego syna. Dlatego przeciwstawiła się prawom natury.
Za decyzję matki Riauk zapłacił pozbawioną pigmentu skórą i chorobą osłabiającą jego ciało. Był jednak pierwszym synem Wojowniczki Nocy, jaki w ogóle przeżył wiek niemowlęcy. Być może było tak dlatego, że był też pierwszym w dziejach dzieckiem Wojowniczki z nieśmiertelnym mężczyzną.
- Twoje istnienie zakłóca pola energii – oznajmiła blondynka.
- Co zakłóca?
- Wyczułyśmy twój umysł. Teraz nie możemy przestać o tobie myśleć. To nas rozprasza – wyjaśniła brunetka.
- Widzimy tylko jedno rozwiązanie – dodała blondynka. – Nie powinieneś się urodzić, naprawimy więc pomyłkę natury i zabijemy cię.
- Co?! – Riauk oniemiał. – Wojowniczki Nocy istnieją po to, by walczyć ze złem. Nie wolno wam zabijać niewinnych.
Teena zatrzymała się przy ścianie domu. Zabijać? Wyszła z chaty, bo usłyszała głosy. Nie rozumiała, co się dzieje. Dlaczego te kobiety miały chcieć zabić jej mężczyznę?
- Twoje istnienie jest złem.
- Najstarsza z was, Nana – Riauk nadal próbował bronić się słowami – powiedziała mi, że być może kiedyś musiała powstać istota taka, jak ja. Że być może żyję po to, by zmienić porządek rzeczy. – Na co dzień wolał o tym nie pamiętać. Teraz to jednak był dobry argument. – Nie możecie tak po prostu mnie zabić. Poza tym, Nana przekazała mi całą swoją wiedzę. Zapewne jestem więc potężniejszy, niż wy.
- Nie znamy nikogo o tym imieniu.
No tak, to był największy problem Wojowniczek Nocy. Zresztą wiedział o tym od Nany. Było ich mało i rzadko która znała więcej Wojowniczek, niż dwie czy trzy siostry. Skąd się wzięły? Po co istniały? Zagubiły tę wiedzę, tak jak i zagubiły wiele tajników korzystania z mocy. Większość z nich walczyła z demonami nocy, ingerując w ludzkie sny. Podróżowały między światami, od jednego zadania do drugiego. Duchy przynosiły im wieści, gdzie są potrzebne. Taki sposób życia nazywano drogą Wojowniczek Nocy, nikt już jednak nie pamiętał, czy nieśmiertelne kobiety faktycznie powstały w tym celu. Nawet Nana dysponowała tylko skrawkiem wiedzy, która była oczywista dla pierwszych spośród nich.
Nieznajome kobiety zaatakowały znienacka umysł Riauka, próbując zabić go myślą. W porę zdążył odeprzeć ich atak. Tak rozpoczął się pojedynek na moc.
Wszyscy troje stali zupełnie bez ruchu. Nikomu nie drgnął nawet jeden mięsień, na ich twarzach malowało się skupienie. Kobiety nacierały, a Riauk odpierał ich ataki. Tak jak powiedział, potrafił więcej, niż one. Jednak choroba pochłaniała jego energię, a one były dwie. Pojął, że w końcu zabraknie mu sił, że ulegnie.
Jestem tu. Widzę was. Ale nie wiem, co zrobić. – Głos Teeny odezwał się w jego umyśle. Sama także była Wojowniczką Nocy, ale nigdy nie podążała wyznaczoną jej drogą i nie nauczyła się o korzystaniu z mocy tyle, ile powinna.
Teraz stanowiła jedyną nadzieję Riauka. Dysponowała energią zdrowego ciała i mógł z niej tę energię czerpać. Ich też było dwoje. Mając koło siebie Teenę był niepokonany. Kobiety poddały się i zaprzestały ataku.
- Jeszcze kiedyś cię dopadniemy – rzuciła brunetka gniewnie. Była wyraźnie zmęczona.
- Zaczekamy, aż będziesz sam – dodała blondynka i obie znikły, przenosząc się gdzieś w przestrzeni.
Teena podeszła do Riauka. Drżał.
- Co się stało?
- To były Wojowniczki Nocy.
- Wiem.
- Chciały mnie zabić. Tylko za to, że istnieję. Jakby moje istnienie nie było samo w sobie wystarczającą karą! – Cały czas zaciskał dłoń na rękojeści miecza. – Dlaczego muszę być taki słaby? Dlaczego życie nie może być proste?
Co by nie robił, jak daleko by nie uciekał, problemy i tak go znajdowały. Czy był zwyczajną anomalią, którą należało wyeliminować, czy też tym, którego istnienie miało nadać światom nową formę? Jak by nie brzmiała odpowiedź na to pytanie, nudne życie rolnika nie było dla niego.
Teena wyjęła miecz z jego dłoni i rzuciła na ziemię. Objęła go. Przytuliła. Nie umiała znaleźć słów. Nie umiała dać mu pocieszenia.

Wojowniczki Nocy nie pojawiły się więcej. Stało się jednak coś znacznie gorszego. Szef zwołał wszystkich mieszkańców wioski na tym samym placu, gdzie przed kilkunastoma dniami wojsko robiło przegląd mężczyzn zdolnych do noszenia broni.
- Posłuchajcie – zaczął. – I postarajcie się zachować spokój. Nadchodzą ciężkie czasy. Niedawno stacjonowała u nas armia. Ich dowódca powiedział mi wtedy, że Dominium chce wypowiedzieć wojnę jakiemuś światu leżącemu daleko od stolicy. Nie martwiło mnie to. Dominium jest przecież wielkie i ten odległy świat mógł być gdziekolwiek. Ostatnio doszły mnie jednak słuchy o oddziale zbliżającym się w naszą stronę. Jak wszyscy wiecie, przez naszą wioskę prowadzi jedyna droga do Świata zza Morza Ognia i Krwi oraz innych światów południa. Armia będzie musiała tędy przejść. Nasza wioska na jakiś czas przestanie być bezpiecznym miejscem. Niniejszym więc nakazuję, żeby kobiety i dzieci ukryły się w górach. Poprowadzi je moja córka, najdzielniejszy mężczyzna wśród naszych kobiet.
Pomimo powagi sytuacji dało się słyszeć kilka nerwowych chichotów. Wszyscy spojrzeli na córkę szefa. Dąs na jej twarzy towarzyszył jej od dłuższego czasu i nie mógł być efektem tej drobnej drwiny. Wcześniej zapewne ojciec odbył z nią długą rozmowę pełną dziewczęcych protestów i błagań oraz nieprzejednanej rodzicielskiej stanowczości.
- Wyślijcie do górskich kryjówek także konie i cenniejsze sztuki inwentarza – kontynuował szef. – Inaczej z pewnością wszystko zarekwiruje wojsko.

Dwa dni zajęło mieszkańcom przygotowanie do wymarszu. Pakowanie dobytku odbywało się w grobowej atmosferze, przebiegało jednak sprawnie. Riauk i Teena także zdecydowali się odesłać dzieci w góry.
- Pamiętajcie, gdyby przydarzyło się wam coś złego, nie próbujcie radzić sobie z tym sami, ale wezwijcie nas w myślach – przypomniała Teena po raz niewiadomo który.
- Oiolose, gdybyś miał problemy ze swoją chorobą, zawołaj mnie bez wahania - dodał Riauk. - Mam do was jeszcze jedną prośbę. - Kit, niedługo skończysz sześć lat. Kiedy złe armie odejdą, kupimy ci kucyka. Teraz chciałbym, żebyś zaopiekował się Kluską...
- Ale Kluska jest moja! - zaprotestował gwałtownie Oiolose.
- Wiem, synu. - uspokoił go Riauk. - Ale dla ciebie mam bardziej odpowiedzialne zadanie. Ty zaopiekujesz się Kvälem.
- Dobrze - zgodził się jego najstarszy syn. Wiedział, że spotkał go zaszczyt. A jednak trudno było mu się pogodzić z myślą, że ktoś inny będzie dosiadał jego klaczy. – Kit na ten czas będzie mógł opiekować się Kluską. Ale będę miał cię na oku – zwrócił się do brata.
Kobiety wraz z dziećmi wyruszyły następnego dnia rano, jak kto mógł – konno, na wozach i pieszo. Prowadziła córka szefa. Była blada i poruszała się jak we śnie. Po jej twarzy widać było, że w ostatnich dniach dużo płakała.
Teena także pociągała nosem, żegnając dzieci. Riauk stanowczo zabronił jej udzielać jakichkolwiek rad i wskazówek żonie karczmarza, która miała się nimi opiekować. Teena myślała, że rozsadzi ją to od środka.
Młodsze dzieci nie przejmowały się niczym i traktowały nadchodzące wydarzenia jak wielką przygodę. Kit był z siebie bardzo dumny, wyruszając w drogę na Klusce.
- Tata nie jest zbyt mądry - złościła się Dżana. - Kit jest jeszcze za mały, żeby samodzielnie jeździć konno. Ty, Oiolose, też jesteś za mały, żeby opiekować się dużym koniem.
- Denerwujesz się, bo mu zazdrościsz - zauważył Ferro.
- Nie zazdroszczę mu - zaperzyła się Dżana. - Po prostu uważam, że ojciec jest nieodpowiedzialny i niesprawiedliwy. Zawsze faworyzuje Oiolose i tylko o niego dba, tylko nim się przejmuje. To, że pozwala ci jeździć na Demonie, a Kitowi powierzył Kluskę świadczy o tym, że go nie obchodzicie. Możecie przecież zabić się na tych koniach.
- Odczep się ode mnie - głos Oiolose drżał. - Ja się nie prosiłem o opiekę nad Kvälem.
- Mogłabyś próbować radzić sobie ze strachem inaczej, niż obrażając nas wszystkich – podsumował Ferro. Był dumny, że udało mu się powiedzieć coś tak mądrego.

Dla małej wioski na pograniczu światów nadeszły ciężkie dni. Mężczyźni nadal pracowali na swoich polach, nadal trwały też prace przy odbudowie karczmy. Wszyscy jednak byli podenerwowani i źli. Czekali na nadejście imperialnej armii. Co mogło im ono przynieść? Nowe zaciągi do wojska? Może walki na ich terenie? Nie wiedzieli, co się wydarzy i to przerażało ich najbardziej. Często wybuchały kłótnie. Nieraz szły w ruch pięści.
Wyraźnie dawało się odczuć brak kobiet. W góry nie wyruszyła tylko Teena, ją jednak mieszkańcy wioski traktowali jak mężczyznę, mimo że była matką sześciorga dzieci. Brak urody, postawa i duma byłej najemniczki czyniły z niej raczej kompana do wypitki, niż obiekt westchnień. A westchnień do pięknych dziewczyn bardzo mieszkańcom wioski brakowało.

Blisko stuosobowy oddział zmierzał na południowy-wschód. Poruszali się szybko. Już znali cel swojej wędrówki. Nie musieli o nic więcej pytać ludzi. Pewnej nocy przybył goniec z wiadomością. Nie był to człowiek, a poruszający się na czworakach stwór o psim pysku. Nikt nie wiedział, czemu wartownicy go nie zabili i czemu dowódca oddziału go wysłuchał. Wojskowi nieraz przecież likwidowali półludzi.
Młody jeździec o imieniu Virg dużo o tym myślał wędrując wraz z oddziałem, do którego został przydzielony. Dziwił go i zastanawiał cel marszu. Mieli odnaleźć i pojmać jednego człowieka. Czy ktoś mógł być aż tak potężny, by potrzeba było aż tylu ludzi? Virgowi trudno było w to uwierzyć, choć sporo o poszukiwanym wiedział. Polowali na nieśmiertelnego najemnika zwanego Białym Płomieniem. Virg znał jego prawdziwe imię - Riauk. Znał je, choć nie zdradzał się z tą wiedzą. Nie rozmawiał zresztą prawie z nikim. Miał swój własny cel, niezgodny z dążeniami imperatora, miał też swoją własną tajemnicę. Jego prawdziwe imię nie brzmiało Virg. Młody jeździec miał na imię Virginia.
Kiedyś, w innym przebraniu, walczyła z wojskami zarządcy Najdalszej Prowincji, teraz wraz z oddziałem Dominium szła pod dowództwem mężczyzny o bardzo pospolitej, lecz jednak niepokojąco znajomej twarzy. Dowódca był bowiem podobny właśnie do byłego zarządcy, do człowieka, którego miał dla niej zabić Biały Płomień.

Człekopies wspiął się po drabinie na dach gospody, który powstawał powoli, zbijany z drobnych deseczek zachodzących na siebie tak, by nie przepuszczały do środka wilgoci. Zajmował się tym Riauk. Był dobry w czynnościach nie wymagających siły, a za to cierpliwości i precyzji.
- Twoja kobieta przygotowała dla nas posiłek - powiedział człekopies. - Zejdź na dół.
Riauk odłożył gwoździe i młotek. Spojrzał na człekopsa.
- Dawno cię tu nie było. Obijałeś się - rzucił.
- Trochę - przyznał człekopies. - Polowałem. Lubię się włóczyć, taką mam naturę.
Białowłosy uśmiechnął się do niego.
- Twoje ręce - zauważył człekopies. Chciał odciągnąć uwagę Riauka od tego, co powiedział przed chwilą. - To musi cię boleć.
Riauk spojrzał na swoje dłonie. Jak zwykle pokrywały je oparzenia spowodowane przez promienie słońca.
- Ach to. - Wzruszył ramionami i usunął oparzenia używając mocy. - Ból to moja codzienność. Przyzwyczaiłem się - rzucił lekko. - Chodźmy na obiad, zamiast gadać o głupotach.

W końcu nadszedł ten dzień. Imperialne wojsko rozbiło obóz na polach przed wioską. Nie wyjaśnili niczego. Nawet szefa nie poinformowali, co zamierzają. Żołnierze weszli do wioski i trójkami chodzili po domach. Mówili, że zbierają żywność dla oddziału. Wydawało się jednak, że kogoś szukają, bo bardzo uważnie przyglądali się wszystkim. Póki co wydawali się zupełnie nieprzejęci tym, że w wiosce brakuje dzieci i ich matek.

Wieczorami Riauk i Teena czuli się bardzo samotni. Dom bez dzieci był pusty i cichy. Nie było dla kogo przygotowywać jedzenia. Nie było kogo zmuszać do mycia i zapędzać do łóżek. Nawet porozmawiać nie było za bardzo z kim. Karczmarz od dłuższego czasu był mrukliwy i skryty. Czasem w ich wspólnym domu nocował człekopies, ale nie spędzał za dużo czasu z Riaukiem i Teeną. Za to niejednej nocy długo szeptał o czymś z karczmarzem.
- Coś jest nie tak z naszym życiem - powiedziała któregoś dnia Teena. - Ta wioska, to powinien być nasz dom, ale nim nie jest.
- Coś jest nie tak. Rzeczywiście, coś jest bardzo nie tak... – wykrztusił Riauk.
Siedział na krawędzi łóżka. Czuł w gardle gulę, której nie mógł odkrztusić. Spróbował usunąć ją przy użyciu mocy, ale to również mu się nie udało. Czuł się tak, jakby wyczerpywał cały swój zasób energii. Był pusty, pusty i jałowy, niezdolny do żadnej akcji. Nie mógł nawet sięgnąć myślą do umysłu Teeny. Przeraził się.
- Czy możesz użyć mocy?
- Co? - Nie zrozumiała jego pytania. Jeszcze przed chwilą myślała o czymś innym.
- Użyć mocy – powtórzył. - Czy możesz powiedzieć coś w myślomowie?
Na początku pytanie Riauka wydawało jej się niedorzeczne, ale potem spróbowała.
Wzdrygnęła się. Nawet po odurzających ziołach czy dużej ilości alkoholu nie traciła całkowicie swoich skąpych umiejętności. Jeszcze nigdy nie czuła się tak bezradna i słaba. A przecież na pozór nic się nie wydarzyło.
- Dzieje się coś złego.
- Chodź! - Riauk zerwał się gwałtownie z łóżka.
- Dokąd?
- Chodź! - Chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.
Wypadli na dwór. Drzwi trzasnęły za nimi. Człekopies obejrzał się zdziwiony, a przez twarz karczmarza przebiegł skurcz bólu.
Riauk biegł w stronę pól, ciągnąc za sobą Teenę. Nie wiedział, co pcha go w tę stronę. Instynkt? Podświadomość? Cokolwiek miał znaleźć, przeczuwał, że to jest gdzieś tutaj.
Zatrzymał się nagle. Księżyc jeszcze nie wzeszedł. Powinien otaczać ich półmrok. Powinno być szaro.
Spojrzał na swoje dłonie. Były różowe. Uniósł głowę. Drogę w stronę pól zasnuwała różowa mgła. Jeśli to była mgła. Znów rzucił się przed siebie. Przebiegł jednak tylko kilka kroków. Mgła nie rzedniała, kiedy się do niej zbliżał. Wyciągnął więc rękę w jej stronę. Natrafił na zimną, gładką powierzchnię, jak gdyby szklaną ścianę. Dotknął jej drugą ręką. Zaczął wodzić dłońmi po zagradzającej mu drogę barierze w górę i w dół. Jak wysoko sięgała? A może znaleźli się pod kopułą? Jego mózg błyskawicznie łączył fakty. Być może to faktycznie była kopuła, kopuła blokująca możliwość użycia mocy. Czy coś takiego w ogóle mogło istnieć? Nie wiedział, ale jeśli tak było...
- Co to jest, Riauku? - spytała Teena. Stała na środku drogi. Sama nie podeszła do szklanej ściany. Wyglądała na bliską paniki. Nie musiała używać mocy, żeby znać jego myśli.
- Musimy się stąd wydostać - wyszeptał. Wargi mu drżały.
- A jeśli się nam nie uda?
- To umrę.
- Ile masz czasu?
- Nie wiem. - Riauk był przerażony. – Może kilkanaście dni. Może rok. Wiem tylko, że będę czuł się coraz gorzej. - Oparł się plecami o szklaną barierę i osunął się na ziemię. - Żebym ja chociaż wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. - Wcisnął głowę między kolana. Teena patrzyła na niego oszołomiona. Oto nagle ten porywczy, dumny, może nawet nieco agresywny mężczyzna zdawał się był słaby jak dziecko. Przez moment bała się do niego podejść, przemogła jednak strach. Przykucnęła przy nim, objęła. Riauk wtulił twarz w jej ramię.

Podróż przez góry, do miejsca znanego tylko córce szefa, była ciężkim wyzwaniem dla kobiet i dzieci z wioski. Spośród starszych osób chyba tylko żona karczmarza nie narzekała. Nie doskwierały jej trudy wędrówki, to żal sprawiał jej ból. Wraz z mężem i córeczką już kiedyś wyruszyła w drogę, by szukać spokojnego i w miarę bezpiecznego miejsca do osiedlenia. Jak pokazały wydarzenia ostatnich miesięcy, nie udało im się. Najpierw pożar domu, potem łowca nagród, przez którego musiała ujawnić swą nieludzką naturę, wreszcie imperialne wojsko, przed którym uchodziła teraz pozostawiwszy męża we wsi. Miała prawo do żalu.
Dzieci Riauka i Teeny także były przyzwyczajone do wędrówek i choć zdawały sobie sprawę z niebezpieczeństwa, z którym ich rodzice być może będą musieli się zmierzyć, traktowały tę wyprawę jak zabawę. Mogły całe dnie spędzać na grzbiecie swoich walecznych kucyków. Kłóciły się przy tym o ich zalety i przekomarzały. Małego Kita rozpierała duma, że w końcu mógł podróżować na grzbiecie konia, a nie na wozie. Tylko najstarszy Oiolose był poważny i smutny. Miał prawie dziewięć lat. Raz już zabił w obronie swojego życia. Rozumiał z tego, co się działo, najwięcej, a coś w zakamarkach jego podświadomości podszeptywało mu, że może już nigdy nie ujrzeć rodziców. Miał też inny powód do smutku. „Ciebie ojciec kocha najbardziej!” – te słowa ciągle kołatały się w jego głowie.
Czy to, że dał mi swojego konia pod opiekę, to dowód, że kocha mnie najbardziej? – myślał. – Jestem najstarszy. Najwięcej umiem. A nawet, jeśli to prawda, że ojciec najbardziej się o mnie martwi i poświęca mi najwięcej uwagi, to co z tego? Jestem przecież chory. Cierpię. I tylko ojciec zna moje cierpienie. Może to nas łączy?
Oiolose czuł się odrzucony przez rodzeństwo. Bardzo tęsknił za rodzicami. Nawet jeśli nie było prawdą, że ojciec kochał go najbardziej, to na pewno z całego rodzeństwa on kochał go najmocniej i najbardziej go potrzebował.
Długo wstrzymywał się, zanim zdobył się na próbę myślowego kontaktu z ojcem. Wiedział, że będzie go to kosztować sporo energii. Poza tym nie chciał by, reszta się z niego śmiała, a zdawał sobie sprawę, że mogliby wyczuć jego próby. W końcu jednak nie wytrzymał. Spróbował odnaleźć umysł ojca. Nie udało mu się. Było tak, jakby ten w ogóle nie istniał. Tak samo było z matką. To go zaniepokoiło. Czyżby nie był w stanie korzystać z myślomowy na odległość? A może rodzicom coś się stało? Rodzeństwu nie powiedział ani słowa, ale spróbował skontaktować się z dziadkiem. Nie można powiedzieć, że znał go dobrze. Nie widywał dziadków zbyt często. Zawsze też wyczuwał jakieś tajemnicze napięcie między Riaukiem a jego rodzicami. U kogo innego mógł jednak szukać pomocy?

Jestem poza wioską. Nie mogę skontaktować się w myślomowie z ojcem. Jest tak, jakby nie istniał. - Myśl chłopca zaatakowała Merego, gdy ten krzątał się po obejściu. Nie zaskoczyła go jednak samym swoim pojawieniem się, a treścią.
Sprawdzę, co się dzieję. – Mery błyskawicznie odpowiedział wnukowi, po czym spróbował skontaktować się z Riaukiem.
Nie odnalazł umysłu syna. Postanowił przenieść się w przestrzeni do wioski, gdzie ostatnio mieszkał Riauk, lecz i ta próba nie powiodła się. Było tak, jakby miejsce, do którego chciał się udać, nie istniało. Nie rozumiał, co to mogło znaczyć, podjął jednak jeszcze jedną próbę. Znał wioskę na pograniczu światów jeszcze z czasów, gdy podróżował konno, a nie przy użyciu mocy. Przeniósł się więc w przestrzeni na górską drogę między światami i pieszo ruszył w dalszą drogę. Poruszał się szybkim marszem, więc nie minęło wiele czasu, gdy wyszedł spomiędzy gór na równinę. To, co zobaczył, zaskoczyło go i przeraziło, choć widział już niejedno. Tam, gdzie powinna być wioska i otaczające ją pola, wznosiła się ogromna różowa kopuła, być może z gęstej mgły, być może ze szkła. Mery nie wiedział, co to może oznaczać, ani co powinien zrobić. Jedyna rzecz, jaka przyszła mu do głowy, to podejrzenie, że ma do czynienia z magią. O czarach wiedział jednak niewiele ponad to, że istniały i mogły być potężniejsze od jego mocy.

Początkowa panika szybko zaczęła przeradzać się w agresję skierowaną ku imperialnym żołnierzom. Nastroje te szybko ulotniły się po tym, jak wojskowi brutalnie poturbowali największych podżegaczy. Szef był im w duchu wdzięczny, że nikogo nie zabili.
Kilkanaście dni po pojawieniu się kopuły wieś z pozoru wyglądała bardzo spokojnie. Co prawda wojskowi stale patrolowali okolicę, wchodzili też do chałup i robili rewizje, niczego jednak nie niszczyli i nie zabierali. Zdawało się, że na coś czekają. Nie przejmowali się kopułą, pod którą oni również byli uwięzieni.
Co poniektórzy mężczyźni starali się, jak niby nigdy nic, żyć dalej swoim życiem, choć nie potrafili zapomnieć o lęku, o tym, że być może nigdy już nie zobaczą swoich żon i dzieci. Doglądali zwierząt, próbowali uprawiać rolę. Zboże marnie wschodziło pod mdłym różowym słońcem, w suchej ziemi pozbawionej deszczu.
Coraz częściej jednak można było napotkać ludzi pijanych w sztok. Nawet ci, którzy nie mieli już serca do innych prac, pędzili wino, jeśli tylko znaleźli coś, co mogło sfermentować.
Czasem dało się słyszeć dzikie wycie w środku nocy. W stodole szefa powiesił się jego parobek. Jeden z półludzi o byczym łbie dotąd tłukł nim w szklaną ścianę, aż połamał rogi. Umarł od zakażenia, które dostało się do ran na skroniach.
Niektórzy rozpaczliwie próbowali znaleźć sobie zajęcie. Nadal trwały prace przy odbudowie karczmy, ale Riauk już w nich nie uczestniczył. Mimo naparów z ziół, w których wyszukiwaniu pomagali mu Teena i człekopies, czuł się coraz gorzej. Ból brzucha był jego stałym towarzyszem. Dużo kasłał i miewał problemy ze złapaniem oddechu. Szybko się męczył. Nie było mowy o tym, by mógł pracować w obejściu, a już na pewno nie był w stanie kontynuować ćwiczeń w szermierce.
- Co on robi? – spytał człekopies, kiedy wpadł jak zwykle na kolację i rozmowy z karczmarzem.
Riauk siedział pochylony na krawędzi łóżka z głową przykrytą płaszczem.
- On to nazywa inhalacją – wyjaśniła Teena. – Wrzuca zioła do miski z wrzątkiem i wdycha ich zapach. Mówi, że to pomaga mu oddychać.
- A naprawdę tak jest? – Człekopies wyglądał na zatroskanego.
- Nie wiem – wyszeptała Teena. Wargi jej drżały. – Choć to i tak bez znaczenia, on... – Odwróciła się twarzą do ściany. Do oczu nabiegły jej łzy, ale wiedziała, że nie może się rozpłakać.

Virginia, tak jak wszyscy żołnierze, chodziła na patrole. Przyzwyczaiła się już do znienawidzonego munduru Dominium.
Mieli zaglądać do chłopskich zagród, do stajni, obór i na strychy. Oczywiście, gdyby wszyscy ruszyli do pracy, można by przeszukać całą wioskę jednego dnia. Dowódca nie chciał jednak, by ich poczynania wzbudziły niepokój, a może i bunt, do którego już prawie doszło w pierwszych dniach po powstaniu kopuły.
Nie spieszyli się więc. Odwiedzali jedną, dwie chałupy dziennie. Wszyscy szukali człowieka o białej skórze i czerwonych oczach. Nie wolno było jednak o niego pytać. Gdyby już został znaleziony, wiadomość o tym fakcie miała dotrzeć do dowódcy. Nie wolno było jednak zrobić krzywdy albinosowi.
Virginia żywiła nadzieję, że odnajdzie go pierwsza. Oczywiście nie zamierzała wykonać rozkazów dowódcy.
- Wpuść mnie. Mam rozkaz przeszukać ten budynek – powiedziała twardo do rudowłosej kobiety, która otworzyła jej drzwi stojącej na uboczu chaty.
- Nie ma mowy – usłyszała burkliwą odpowiedź.
- Mam użyć siły?
- Co się stało? – spytał z głębi chałupy słaby głos.
- Żołnierzom mało, że otoczyli wioskę, chcą nam jeszcze do chałup włazić! – krzyknęła w głąb izby rudowłosa.
Virginia rzuciła spojrzenie ponad jej ramieniem. Nie dostrzegła wiele, ale to co zobaczyła, w zupełności jej wystarczyło. Na łóżku leżał człowiek o białych włosach. Czy wielu ludzi mogło mieć białe włosy?
- Riauk? – szepnęła podniecona.
- Kim ty jesteś? – spytała kobieta ostro, nadal zagradzając jej przejście.
- Jeśli to Riauk, będzie wiedział – odparła Virginia hardo, a jej głos zabrzmiał wyraźnie niemęsko.
Rudowłosa obejrzała się na swojego mężczyznę.
- Mam go wpuścić? – rzuciła za siebie pytanie.
- Tak.

Teena przepuściła żołnierza, który wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Riauk uniósł się na łokciu. Zmierzył wzrokiem człowieka w mundurze. Skądś znał tę twarz, sylwetkę, głos. Ciału białowłosego brakowało już sił, jednak jego oczy wciąż pozostały czujne. Odbijała się w nich też złość.
- Dżana? – zapytał, szokując tym Teenę jeszcze bardziej.
- Już nie podszywam się pod wielką wojowniczkę – odparła dziewczyna.
- Teraz podszywasz się pod żołnierza Dominium? – Z trudem zsunął nogi z łóżka i usiadł pochylając się do przodu. – W co ty pogrywasz? Dlaczego nie mogłaś zostać z bratem we młynie?
- Mam niespokojnego ducha. – Virginia gniewnie wydęła wargi. – Tym razem jednak opuściłam dom ze względu na ciebie. Nie znam cię dobrze, ale wydawało mi się, że jesteś szlachetny i prawy. Zgodziłeś się dla mnie, dla mojego dobra, zabić zarządcę prowincji. Kiedy w okolicy mojej wioski pojawiło się wojsko Dominium szukające białego wojownika, czy mogłam siedzieć bezczynnie? Podejrzewałam, że chodzi o ciebie. Bo o kogo innego? Przebrałam się więc za mężczyznę i wraz z moimi jeźdźcami zaciągnęłam się do armii. Przybyliśmy tu wraz z nią.
Riauk potarł ręką skronie.
- Chcesz powiedzieć, że wojsko przyszło tu z mojego powodu?
- Tak. Zresztą, na jego czele stoi ten, którego miałeś zabić.
- Zarządca? – zdziwił się Riauk. Nie mógł powiedzieć więcej, bo zaniósł się kaszlem. Pochylił się wprzód. Uderzył pięścią w pierś. Nie mógł odkrztusić śluzu.
- Co ci jest?
- On umiera – wyszeptała Teena.
Riauk nie mógł odpowiedzieć. Z trudem łapał ustami oddech.
- Dlaczego? – W oczach żołnierza zagościł zupełnie niemęski strach.
- To ty powinnaś wiedzieć – rzuciła Teena gniewnie. – Ty przyszłaś z wojskiem. Czy to nie wy stworzyliście kopułę blokującą użycie mocy? Znasz go, wiesz, że jest chory, że gdyby nie moc, którą włada, umarłby już dawno.
Virginia zmarszczyła czoło. Faktycznie, coś takiego jej powiedział.
- A więc jest tu zarządca? – zapytał Riauk, gdy atak minął.
- Tak – odparła Virginia. – On nami dowodzi. On też chyba stworzył kopułę. Nie wiedziałam, dlaczego powstała, ale to zaczyna mieć sens.
- Zarządca chce zabić Riauka bez walki. – Teena pojęła to od razu.
- Dlaczego ty go nie zabiłeś? – zapytała Virginia. – Miałeś go zabić i w stolicy prowincji wszyscy mówili, że zrobiłeś.
- On uciekł – przyznał Riauk. – Wystraszył się mojego miecza i uciekł używając magii. – Dla niego też już wszystko nabrało sensu. – Powiedział, że przygotuje się do spotkania ze mną. Użył podstępu... Gdybym wiedział wcześniej...
- Stań z nim do walki teraz, skoro już wiesz – krzyknęła zapalczywie Virginia.
- Teraz jest za późno. Teena powiedziała ci prawdę. Ja umieram. Nie mogę już walczyć.

Człekopies uskoczył i przywarł do ściany, gdy drzwi się otworzyły. Nie chciał, żeby ktoś odkrył, że podsłuchiwał. Człowiek w mundurze jednak w ogóle nie rozglądał się wokół. Ocierał ręką oczy i pociągał nosem. Czyżby płakał? Człekopies gubił się w tym, co się działo. Na początku sam chciał śmierci Riauka. Bał się przybysza ze Świata zza Morza Ognia i Krwi. Wiedział, że mieszkańcy tego małego świata zawsze polowali na demony, a przecież sam uważał się za demona. Riauk nie okazał się jednak niebezpieczny. Tak zwyczajnie, po prostu, był dobrym sąsiadem, na którym można było polegać. A teraz cierpiał, powoli konał i człekopies mu współczuł. Czy jednak sam nie był winny takiemu stanowi rzeczy? To on zaniósł byłemu zarządcy prowincji wiadomość, że Riauk mieszka w ich wiosce. Karczmarz powiedział mu, że tak trzeba, że zarządca jest z takich jak oni, podczas gdy Riauk to obcy. Powiedział to ten sam karczmarz, który bał się zabić Riauka, gdy człekopies chciał jego śmierci, ten karczmarz, któremu Riauk uratował córkę z pożaru. Człekopies nie był zbyt inteligentny, ale coś mu się w tym wszystkim nie zgadzało. Riauk był dla niego zawsze miły, choć wiedział, że ten próbował go zabić, a syn Riauka uratował mu życie. Dlaczego teraz on miał skrzywdzić tego, który okazał mu litość i zrozumienie?

W nocy Riauk nie mógł spać. Męczył go kaszel. Teena siedziała przy nim. Po twarzy ciekły jej łzy. Najbardziej nienawidziła bezsilności. Nienawidziła też siebie i całego świata za to, że w żaden sposób nie była w stanie ulżyć Riaukowi.
Rano biały wojownik z trudem zwlókł się z łóżka i zaczął ubierać.
- Co robisz? – spytała zdziwiona.
- Tamta dziewczyna miała rację – odparł słabo. – Pomyśl, nie wiem ile zostało mi czasu, ale to, że umrę jest pewne. Zarządca przybył tu, żeby mnie zabić i po to też stworzył kopułę. Jeśli chodzi mu o coś więcej, i tak tego się nie dowiemy. Nie zdołamy też uciec. Przecież próbowaliśmy.
Kiedy jeszcze czuł się lepiej, okrążył wioskę, wędrując wzdłuż podstawy kopuły. Nie znalazł żadnej luki. Sprawdził też, czy kopuły nie da się rozbić lub pod nią przekopać. Musiała jednak wbijać się głęboko w ziemię, lub na bieżąco formować tak, by zamykać każdy wykop.
Środek wioski przecinała rzeka. Riauk nie umiał pływać na tyle dobrze, by sprawdzić, czy nurkując da się przepłynąć pod kopułą. Ale poprosił o to człekopsa, choć przeczuwał, jaki będzie tego rezultat, gdyż wody rzeki stały nieruchome i mętne, pozbawione nurtu. Ta droga również była zamknięta.
- Co mam zrobić? Zgadzać się na taki stan rzeczy? To by znaczyło tyle, co się poddać, a ja... – Zaniósł się kaszlem, a potem nie wrócił już do tej myśli. Była zbyt bolesna. – Dosiądę Maćka i spróbuję zaszarżować na namiot zarządcy. Może mi się powiedzie, może nie. Nawet, jeśli zginę, czy to ma jeszcze znaczenie? A być może, kiedy go zabiję, kopuła się rozwieje.
Teena na jego słowa zareagowała zupełnie niespodziewanie. Przypadła do niego, potrząsnęła nim za ramiona.
- Ty głupku! – krzyknęła. – Nie dość, że chcesz się sam zabić, to jeszcze chcesz narazić na śmierć mojego konia?!
- Przepraszam – wyszeptał Riauk i znowu zaniósł się kaszlem.
Kiedy przestał kasłać, Teena przygarnęła go do siebie, objęła. Niższy od niej, makabrycznie chudy i wyniszczony chorobą wydał jej się tak kruchy, że mocniejszy uścisk ramion mógłby go zgnieść.
- Idź, Riauku – powiedziała. Po jej policzkach płynęły łzy. – Idź, wiem, że masz rację. Idź.
Uniósł głowę. Musną wargami jej wargi. Już nie umiał całować tak, jak robił to do tej pory.
- Nie mogę znieść tego bólu – poskarżył się. Ona dotknęła jego policzka.
- Kocham cię – wyszeptała.
- Wiem. – Ujął jej dłoń w swoją i ścisnął na pożegnanie. Na więcej nie mógł się zdobyć.

Na dosiadanym na oklep zimnokrwistym Maćku powoli zbliżał się w stronę obozu wojska. Nie miał żadnego planu. Po prostu zaszarżuje na namiot zarządcy i stanie się to, co ma się stać.
Utrzymanie się na grzbiecie konia stanowiło dla niego nie lada wysiłek. Każdy ruch wierzchowca wzbudzał nowe fale bólu w brzuchu. Każdy oddech rozdzierał pierś i wydawał się ostatnim. Riauk przedzierał się przez rzeczywistość, jak przez ostatni koszmar przed śmiercią. Być może dlatego nie spostrzegł, że nie wszystko jest tak, jak być powinno. Wieśniacy coś do siebie krzyczeli. Przekazywali sobie wieści. Wychodzili z chałup i ruszali w tą samą, co i on, stronę. Za jego plecami powstał niewielki pochód, w którego szeregach byli też człekopies, karczmarz, a nawet Teena.
Na granicy obozu wojska Riauk zatrzymał się. Na początku nie uwierzył w to, co zobaczył. Zamrugał oczami. Wszędzie wokół leżały ciała ludzi i koni. Większość z nich już nie żyła. Niektórymi wstrząsały jeszcze drgawki. Były zarządca prowincji stał samotnie pośrodku tego wszystkiego, przyglądając się swojemu umierającemu wojsku. Jego twarz zdawała się nie wyrażać żadnych emocji. Spojrzał na Riauka i pochód ludzi za nim.
- Użyłem podstępu, ale ty także zaatakowałeś w podstępny sposób – powiedział bezbarwnym głosem.
- Je tego nie zrobiłem. – Riauk był zupełnie zbity z tropu, nie potrafił odnaleźć się w tym, co się działo.
- Nie ty? A więc masz potężnych i sprytnych przyjaciół w tej wiosce. Nie ma to jednak znaczenia. Być może zginiemy razem. Moja śmierć napawa mnie smutkiem, ale po mnie przyjdą moi bracia. Twój koniec jednak będzie wielkim ciosem dla światów, bo jesteś ostatnim, który będzie nosił miecz wybrańca.
Riauk zrozumiał, co zaraz się zdarzy. Spiął konia i dobył miecza. Rzucił się w stronę zarządcy. Ten jednak był szybszy. Z jego dłoni trysnął snop światła. Riauk uchylił się i światło, zamiast przejść przez pierś, musnęło tylko ramię. Poczuł paraliżujący ból. Stracił równowagę i zwalił się z konia. Maciek przegalopował jeszcze parę kroków w stronę znajdującej się tuż za obozem rzeki i zatrzymał się. Riauk spróbował wstać, ale udało mu się tylko uklęknąć. Nie mógł złapać oddechu. Zarządca podszedł do niego. Na jego twarzy zatańczył uśmiech.
- Może niepotrzebnie baliśmy się mieszkańców Świata zza Morza Ognia i Krwi, skoro ty, który nosisz miecz wybrańca, jesteś tak słaby?
Riauk nie do końca pojął słowa zarządcy, poczuł się jednak przez nie upokorzony. Zagryzł zęby. Oparł się na mieczu i powoli dźwignął z klęczek. Czy to jednak mogło coś zmienić? Zarządca podszedł do niego i stał teraz na wyciągnięcie ręki. Mógł w każdej chwili zadać mu śmierć światłem strzelającym z jego dłoni, a on nie miał wystarczająco dużo siły, żeby poderwać w górę miecz i zadać cios. Zresztą i tak by nie zdążył. Co mu pozostało? Zaraz umrze. Może to i lepiej, w końcu zapomni o bólu. Łapał ustami powietrze. Nie uniósł głowy, nie spojrzał w twarz zarządcy. Brakowało mu sił i... Czuł się przegrany, zgnębiony. Nie widmo śmierci było najgorsze, a uczucie porażki.
Gdyby ten drań miał jakąś słabość, którą dałoby się wykorzystać! Ktoś... Ktoś kiedyś mu powiedział, że każda istota ma słaby punkt, coś, co ją zabije, choć na pozór nie powinno. Kto to powiedział? Kit! Tę wiedzę przekazał mu Kit, po którym imię nosi jego syn.
Kit był potężną istotą znającą wiele światów. Poza czasem i przestrzenią spędzili razem wieczność, której nie było, zastanawiając się, jak pokonać smoka. Riauk prawie uśmiechnął się, przypominając sobie siebie z przeszłości, szalonego i gniewnego awanturnika.
- Będziemy tak stać naprzeciwko siebie? – zakpił zarządca. – Czy może chcesz, żebym już skończył twoją udrękę?
Nie miał czasu na rozmyślania. Nie znał słabego punktu zarządcy, nie w takim znaczeniu, o jakim mówił mu Kit. Wiedział jednak, że każdego człowieka można zabić, jeśli uderzy się w odpowiednie miejsce, gdzieś w okolice splotu słonecznego. Gdzie dokładnie? Nie mógł się nad tym zastanawiać. Musiał spróbować.
Nagle wyrzucił w przód lewą rękę. Prawa wciąż opierała się na mieczu. Uderzył zarządcę pięścią pod żebra. Ten zachwiał się. Ani trochę nie był przygotowany na taki cios. Rozwarł usta. Nie mógł złapać oddechu. Kopuła zaczęła się rozwiewać. Wieśniacy unieśli głowy patrząc w niebo. Na plac wpadł pojedynczy promień słońca. Riauk znowu poczuł w sobie moc. Mógł jej użyć, żeby się uzdrowić. Wtedy jednak zarządca zdążyłby dojść do siebie. Cios Riauka go nie zabił, a tylko na moment pozbawił oddechu. Moment, który trzeba wykorzystać. Riauk całą dostępną mu energię włożył w zwiększenie siły ciosu. Pchnął rękę dalej w przód, przebijając ciało zarządcy. Zgromadzeni wokół obozu wojska wieśniacy jęknęli z przerażenia. Ciepła krew obryzgała Riaukowi twarz. Charkot wypełnił uszy. Udało mu się. Czy to mogło być aż tak łatwe?
Łatwe? Teraz i on nie mógł złapać oddechu. Nie miał już jednak energii, którą mógłby wykorzystać.
Umieram – przebiegło mu przez głowę. – Jednak umieram.
Osunął się na kolana. Jego ciało jeszcze rozpaczliwie walczyło o oddech.
Bolało. W jakiś sposób chciał, żeby to się już skończyło, ale też czuł przepełniający go ogromny żal, że tak mało jeszcze w życiu dokonał, tak wielu rzeczy jeszcze nie doświadczył.
Wydawało mu się, że konanie trwa całą wieczność, było jednak inaczej. Uczucia i myśli gnały po prostu przez niego w zawrotnym tempie.
Teeno! Ojcze! Kit! – jego umysł nadał jeszcze jedno rozpaczliwe wołanie. Może prośbę o pomoc, a może pożegnanie. Potem ogarnął go spokój.

Gdy tylko dostrzegła promień słońca, podjęła rozpaczliwe próby leczenia jego ciała. Przez kilka uderzeń serca była przekonana, że jej się uda.
Ale wszystko potoczyło się błyskawicznie. Znienacka straciła kontakt z Riaukiem. Zgubiła jego umysł.
Przedarła się przez tłum gapiów i pognała ku niemu.
Inni stali jak wmurowani. Kopuła rozwiała się zupełnie i nad wioską znów widać było błękit nieba. Maciek, pasąc się spokojnie, wędrował w stronę rzeki.
Teena przypadła do Riauka. Runęła przy nim na kolana.
- Odezwij się! – wyszeptała.
- Co tu się stało? – spytał grobowym głosem szef, który dopiero w tym momencie zjawił się w obozie.
Wieśniacy zaczęli mu coś nieskładnie tłumaczyć.
- Co się stało? – pytała także kobieta o ciemnej, czerwonawej skórze, która nagle pojawiła się na pobojowisku. To była Las po Burzy, matka Riauka.
- Zginął. I dobrze, że tak się stało – odparła blondwłosa Wojowniczka Nocy.
Gdyby Teena poświęciła jej choć odrobinę uwagi, poznałaby w niej kobietę, która niedługo przed pojawieniem się kopuły próbowała zabić Riauka.
- To mój syn! On nie mógł zginąć!
- Mógł. I nie próbuj cofać czasu, by go ocalić – włączyła się do rozmowy kolejna z Wojowniczek Nocy. – Ktoś taki jak on, nie powinien istnieć.
- Co wy w ogóle tu robicie? – Las po Burzy zmierzyła wzrokiem obie nieznajome. Bezwiednie zacisnęła pięści.
- Każda nieśmiertelna istota musiała poczuć tak potężne zaburzenie Mocy – powiedział niski, złotowłosy mężczyzna.
- Nie wtrącaj się, Mery.
- A to pewnie ojciec tej aberracji? – spytała jadowicie Wojowniczka. Jej blondwłosa towarzyszka wzruszyła ramionami. Zdawała się być mniej bojowo nastawiona, widocznie w jej mniemaniu problem się rozwiązał.
Wieśniacy gapili się na pobojowisko i na ludzi, którzy nagle pojawili się znikąd. Byli zbyt oszołomieni, by zrobić cokolwiek.
Teena ułożyła sobie głowę Riauka na kolanach. Dłonią gładziła go po policzku. Z jej oczu płynęły łzy. Spędzili ze sobą dwanaście lat, ledwie mgnienie. Teena żyła już bardzo długo. Cała jej egzystencja nie miała jednak sensu, była tylko pasmem potyczek i libacji. Dopiero przy Riauku zaczęła czuć wartość swojego życia.
Pasący się Maciek zbliżał się coraz bardziej do rzeki. W końcu uniósł głowę znad trawy. Popatrzył na wodę. Wyglądał, jakby się namyślał, czy faktycznie chce mu się pić.
- Nie! – wrzasnął człekopies i popędził na czworakach w stronę konia. Odciągnął jego głowę od wody.
Mery podszedł do płaczącej Teeny. Spojrzał na zastygłą w bezruchu brzydką twarz syna. Riauk wydawał się pogrążony w spokojnym śnie, jakiego nie zaznał za życia. Serce Merego ścisnął żal. Nie ubolewał w sumie nad śmiercią syna jako taką, a nad tym, że całe jego życie było pasmem cierpień i skończyło się tak bezsensownie. Położył Teenie rękę na ramieniu.
Podskoczyła nerwowo.
- Nie płacz – powiedział cicho. – Może dla niego tak jest lepiej. Wreszcie nie czuje bólu.
- Lepiej?! O czym ty mówisz?! On chciał żyć! – Odepchnęła od siebie jego rękę. – Ja go kochałam! Rozumiesz?!
Mery zwiesił głowę. Nic nie powiedział. Wiedział, że z czasem ból mija. Wiedział, że jedno uczucie w końcu zastępuje inne. Kiedy żyje się setki lat, wie się takie rzeczy, ale też jest to wiedza, której nikt w chwili bólu nie zechce przyjąć.
Teena znowu pochyliła się nad Riaukiem. Mery jeszcze przez chwilę stał przy niej, potem odwrócił się i odszedł.
- Nie pij tej wody. – Człekopies starał się odciągnąć konia od rzeki.
- Dlaczego ma nie pić? – Karczmarz wyrósł przy nim jak spod ziemi.
- Bo... bo...
- Bo woda jest zatruta i dlatego oni umarli – skończył za niego karczmarz.
- Być może – odparł człekopies. Nie patrzył na niego. Wciąż walczył z koniem.
- A ty? Skąd o tym wiesz? – Karczmarz nadal drążył sprawę.
- Ja...
- Zatrułeś rzekę, prawda?
- Ja... – Człekopies nie umiał się bronić, ani wymyślać kłamstw na poczekaniu.
- Zatrułeś?!
- Tak.
- Czy zupełnie odjęło ci rozum?! – zaczął krzyczeć karczmarz. – Jak mogłeś zrobić coś takiego?! Jak mogłeś stanąć przeciwko naszym, przeciwko wojsku Dominium?! Jak mogłeś zabić tylu ludzi?!
- O czym wy mówicie? – zapytał szef. Za placami miał swoich ochroniarzy.
- Podejmując decyzję, nie będę pytać o zgodę jakiś pomylonych dziewuch! – krzyczała Las po Burzy. – To jest mój syn! Jak mogłabym nie cofnąć dla niego czasu?!
- Władamy mocą i po prostu nie pozwolimy ci tego zrobić.
- Ja też władam mocą! Nie zapominajcie o tym!
- Nie krzyczcie – poprosił spokojnie Mery. Wziął Las po Burzy za rękę. – Wasza dyskusja nie ma sensu. Riauk nie zostanie przywrócony do życia. Śmierć, to śmierć. Tylko dlatego, że władamy mocą, nie możemy formować rzeczywistości wedle własnego widzimisię.

Szef położył ciało Riauka w swoim salonie na kanapie. Teena poszła po wodę, żeby je umyć. Poruszała się po domu szefa bez słowa. On nie powstrzymywał jej i o nic nie pytał. Potrafił uszanować jej cierpienie. Sam zajął się dziwaczną bandą, którą zebrał z pobojowiska.
- Chyba jesteśmy sobie winni wiele wyjaśnień – zaczął powoli. – Wiem, co zaszło, nie rozumiem jednak dlaczego. Nie znam też was wszystkich.
- My nie mamy nic wspólnego z tym, co się zdarzyło – powiedziała blondwłosa Wojowniczka Nocy. Wiedzieli już, że ma na imię Mistral.
- Chciałyśmy, żeby Riauk umarł – dodała brunetka Tika, druga z Wojowniczek Nocy. – Ale nas przy tym zajściu nie było.
- Dlaczego chciałyście jego śmierci? – spytał szef.
- Jego istnienie zakłócało pola energii – wyjaśniła Tika. – Był mężczyzną, a władał mocą przeznaczoną tylko kobietom. Tak nie powinno być. Kiedy umarł, przybyłyśmy się upewnić, czy nikt nie wróci go do życia. Wiedziałyśmy, że jego kobieta również włada mocą, a poczułyśmy obecność kogoś jeszcze potężniejszego. Teraz zakończyłyśmy tu swoje sprawy. Czy możemy już sobie iść?
- Nie. – Szef pokręcił głową. – Wasze umiejętności i wiedza mogą się nam przydać.
Mistral i Tika wymieniły między sobą gniewne spojrzenia, nie sprzeciwiły się jednak.
Teena wróciła z miską wody i gąbką. Powoli zaczęła rozbierać Riauka.
- Teraz ty. – Szef wskazał człekopsa. – Karczmarz twierdził, że zatrułeś rzekę. Dlaczego to zrobiłeś?
Człekopies wiercił się nerwowo na podłodze i z wielkim przejęciem przyglądał się swoim rękom.
- Zrobiłem to dla Riauka – wyjąkał w końcu.
- Jak to?
- Podsłuchałem rozmowę. – Człekopies nadal patrzył w ziemię. – Dowiedziałem się, że ta kopuła nad wioską go zabijała. On podejrzewał, że jeśli dowódca armii zginie, kopuła się rozwieje. Tak zresztą się stało.
- Stało się, ale Riauk i tak nie żyje – powiedział szef zimno. – Nie żyje też cała armia i paru niewinnych wieśniaków. A ile osób jeszcze napije się z tej rzeki gdzieś dalej? I jak długo nie będziemy mogli czerpać z niej wody? Myślałeś w ogóle o tym? – Człekopies milczał patrząc w ziemię. – Co mamy z tobą zrobić?
- Ukarać – rzucił karczmarz.
- Mówisz tak, bo chcesz się mnie pozbyć! – Człekopies gwałtownie poderwał się z ziemi i obrócił się w stronę karczmarza. – Nie chcesz, żebym cię wydał!
- Milcz! – Karczmarz zerwał się z krzesła.
- Spokój! – Szef uniósł dłoń w górę. – O czym wy mówicie?
- On chciał, żeby armia tu przyszła. – Człekopies oskarżycielsko wyciągnął rękę w stronę karczmarza. – Kazał mi zanieść wiadomość, że Riauk tu jest. Oni na niego polowali.
- To prawda? – Szef spojrzał na karczmarza.
- Tak – padła cicha odpowiedź.
- Dlaczego?
Oczy niemal wszystkich wyrażały to samo pytanie. Tylko do Teeny nie docierały wypowiadane słowa. Powolnymi ruchami myła ciało tego, którego kochała.
Karczmarz milczał.
- On nie musi nic mówić – odezwała się Las po Burzy. Wargi jej drżały. – Tak ja, jak i Mery, Teena czy te wariatki – ruchem głowy wskazała Mistral i Tikę – potrafimy czytać w myślach. Wiem, co nim powodowało.
- Wolałbym to jednak usłyszeć od niego – powiedział szef. – Skoro już jednak się odezwałaś, powiedz proszę, kim ty jesteś?
- Matką... Riauka. – Imię syna z trudem przeszło jej przez gardło. Ona tak go nie nazwała. Dla niej był Oiolose, co w zapomnianym języku Ludzi Lasu znaczyło „śnieżnobiały”. To on sam przedstawiał się jako Riauk – „umierający”. Wszystkim, a zwłaszcza Las po Burzy, jak się jej zdawało, wciąż chciał tym imieniem przypominać o swoim cierpieniu, o swojej chorobie. Mery przez wiele lat uparcie nazywał go Oiolose. Po tym, jak Riauk oddał swoje imię synowi, uzgodnili, że nie powinien tego więcej robić. Las po Burzy trudno było jednak nazywać go Riaukiem. Nie umiała uwolnić się od poczucia winy.
Tylko Teena potrafiła doszukać się piękna w jego imieniu. Dla niej był tym, który każdego dnia umierał i każdego dnia pokonywał śmierć. Śmierć, która go w końcu dopadła.
- Czy w Świecie zza Morza Ognia i Krwi wszyscy jesteście potworami? – spytał szeptem karczmarz.
- A to nie ty jesteś potworem? – syknęła Las po Burzy.
- Ja – przyznał.
Ugiął się pod wizją mocy tej groźniej kobiety, a także pod wpływem odbijającego się na jej twarzy cierpienia. Była matką tego, który przez niego zginął, tego, który ocalił jego córkę. Pogubił się we wszystkim. Zbłądził. Teraz nie pozostawało mu nic, jak wyznać całą prawdę.
- Powtarzałem swoim współplemieńcom, że przybyliśmy tu, bo to spokojne, bezpieczne miejsce. Ale to nie była cała prawda. Imperator obiecał, że nie będzie na nas polował, jeśli oddamy mu pewne usługi. Mieliśmy dostarczyć jego sługom wiadomość, gdyby zjawił się w okolicy wojownik ze Świata zza Morza Ognia i Krwi. To wydawało się proste. Zawsze baliśmy się ludzi stamtąd, byliśmy przekonani, że są straszni, że wszyscy polują na demony. Potem pojawił się Riauk...
- I uratował twoją córkę. – Las po Burzy nie mogła powstrzymać się od czytania w jego myślach. – Póki mogłeś, nie zawiadamiałeś nikogo, ale potem armia wyruszyła, a ciebie obleciał strach.
- Przestań! – skarcił ją szef. – A od ciebie chcę usłyszeć, czemu innym nie mówiłeś prawdy i jak to się stało, że służysz imperatorowi – zwrócił się do karczmarza.
- Nie chciałem, żeby ktokolwiek zadawał zbyt wiele pytań, choćby takich jak teraz – wyznał karczmarz patrząc w podłogę. – To za trudne, zbyt bolesne.
- Bo imperator sam jest demonem. – Las po Burzy znowu odczytała na głos jego myśli. – A wy nimi nie jesteście.
- Przestań! – znowu upomniał ją szef.
- Jak to nie jesteśmy demonami?! – Człekopies zerwał się z ziemi. – Mówiłeś mi, że muszę zanieść wiadomość, bo to sprawy dotyczące takich jak my! Mówiłeś, że musimy trzymać ze swoimi!
- Spokój! – Człekopies zamilkł, a karczmarz skulił się w sobie. Szef wioski nadal panował nad sytuacją. – Skoro nie jesteście demonami, to czym?
- Niczym. Jesteśmy wynikiem eksperymentów szalonych ludzi, którzy chcieli dorównać mocą demonom. Jesteśmy mieszańcami, trochę demonami, trochę ludźmi, a trochę zwierzętami.
- Jak ktoś mógł być tak okrutny, by nas stworzyć? – zaskomlił człekopies i zwinął się na ziemi w kłębek.
- No to wiemy już o wiele więcej, choć wszystko robi się coraz bardziej skomplikowane – powiedział, jakby sam do siebie, szef. – Zostałeś mi jeszcze ty – zwrócił się do Merego. - Kim jesteś? Twoja twarz wydaje mi się znajoma.
- Jestem ojcem Riauka, na imię mi Mery.
- Mery – powtórzył szef. – Czy to możliwe? Byłeś tu kiedyś, prawda?
- Od tamtej pory minęło ponad trzysta lat. – Złotowłosy mężczyzna urwał nagle. – Ja też znam twoją twarz – powiedział powoli. – Już wtedy byłeś tu najważniejszą osobą.
- Tak – przyznał szef.
Jego słowa na nikim nie zrobiły szczególnego wrażenia. Nikt w tym gronie nie był człowiekiem. Wszyscy też mieli zbyt dużo własnych trosk, by zastanawiać się nad sprawami, które ich nie dotyczyły.
- Dziwnie schodzą się nasze drogi – powiedział szef po chwili milczenia. – Pamiętam, jaki byłeś. Pewny siebie kruchy dzieciak. – Wydawało się, że te wspomnienia sprawiały szefowi przyjemność.
- Tak, byłem wtedy dzieciakiem – przyznał Mery.
- Towarzyszyła ci ruda dziewczyna. Co się z nią stało?
- Umarła. Była śmiertelna.
- Szkoda. – Słowa szefa zaskoczyły Merego. – Była odważna i waleczna. Pamiętam, jak przyniosła cię tutaj rannego. Pokazała mi coś, o czym przedtem niewiele wiedziałem, miłość.
Las po Burzy poczuła w piersi ukłucie zazdrości. Znała, co prawda, historię związku Merego z poprzednią Las, ale zabolało ją, że myśli Merego uciekają teraz do niej.
Złotowłosy mężczyzna spojrzał w stronę kanapy, na której spoczywało wyniszczone chorobą ciało jego syna. Nienaturalnie jasna skóra ostro kontrastowała z ciemnym obiciem mebla. Riauk był upiornie chudy. Bez trudu można było policzyć jego żebra. Tylko brzuch miał wzdęty, z powiększoną do ogromnych rozmiarów wątrobą. Teena już go nie myła, a siedziała bez ruchu gapiąc się na blade ciało. Kiedyś, być może na tej samej kanapie, leżał Mery, wtedy młodzieniec. Pochylała się nad nim rudowłosa śmiertelniczka. Co to znaczy, że pokazała szefowi miłość? Dlaczego Mery teraz o tym myślał? Może też się pogubił? Może tylko Teena wiedziała, o co chodzi w życiu? Kiedy jest się nieśmiertelnym, ogląda się zbyt wiele śmierci. A potem nie można znaleźć łez nawet nad ciałem syna. Mery ukrył twarz w dłoniach.
- Ja wiem, że jego serce nie bije. – powiedziała Teena, ni to do siebie, ni do nich. Jej głos, po długim płaczu i równie długim milczeniu, brzmiał chrapliwie i obco. – Ale jego ciało powinno już stężeć. A ono nawet nie zrobiło się wiotkie, gdy upadł.
Wszyscy spojrzeli w stronę ciała.
- Czy krew nie powinna wypływać z jego ran?
Teena przeciągnęła dłonią po bruździe na prawym ramieniu Riauka. Na jej ręce nie pozostała nawet kropla krwi, choć wszyscy widzieli, że dotknęła odartego ze skóry kawałka ciała.

Riaukowi wróciła świadomość. Czuł się jednak oszołomiony. Powinien nie żyć. Czy na pewno więc żył?
Może znalazł się w jednym z wielu światów umarłych? Mógł swobodnie oddychać. Nie czuł ani bólu wątroby, ani zadanej mu przez zarządcę rany. Nie czuł też w sobie obecności mocy, zupełnie jakby wciąż znajdował się pod kopułą. Powoli otworzył oczy.
- Gdzie ja jestem? Co się ze mną dzieje?
Zaledwie chwilę trwała konsternacja. Riauk bardzo szybko uświadomił sobie, że to nie on wypowiedział te słowa.
- To ty – stwierdził. – Jak długo myśmy się nie widzieli?
- Niedługo, w stosunku do wieczności.
– Muszę przyznać, że cieszę się, że cię widzę.
Spoglądały na niego złośliwie przymrużone, osłonięte okrągłymi szybkami oczy osadzone w łysej głowie, pochylonej tuż nad jego twarzą.
Obecność Kita na moment dodała mu otuchy. Jednak żył. Znalazł się zapewne na Magistrali, lub w jakimś innym miejscu poza normalnie dostępnymi mu światami. Jak jednak do tego doszło? I kim był dla niego ten osobnik?
Zawołał go na chwilę przed odpłynięciem w niebyt. Dlaczego? Bo Kit był jego przyjacielem? Dlaczego więc na lata zapomniał o emocjach z nieistniejącej wieczności? I czemu one teraz do niego wracały?
- Nie nabieraj fałszywej otuchy. Chyba tylko cud sprawił, że cię usłyszałem. Nie zmienia to faktu, że właśnie sobie umierasz.
- Jak to, umieram? – Umysł Riauka nie potrafił uporządkować tego, co się działo. Było tego za dużo i jak zwykle, wiele z tego, co ważne, musiało mu umknąć. – Przecież jestem tu i czuję się dobrze.
- Czujesz się wprost paskudnie i nie ma cię tutaj. To znaczy, tutaj znajduje się tylko twój wiecznie naburmuszony łeb. A przynajmniej jego mniej materialna zawartość. Ale reszta... Reszta umiera i trzeba by coś na to poradzić.
- Dzięki – warknął Riauk. Przez moment był gotów wszcząć kłótnię i upierać się, że wcale nie jest naburmuszony. Potem zachciało mu się śmiać z samego siebie. Czy nie o tym myślał, zanim zadał ostateczny cios zarządcy? Myślał o sobie z młodości, wciąż skorym do awantur. Może to dobrze, że przypomniał sobie dawnego siebie. A może tak po prostu działo się z ludźmi tuż przed śmiercią. – Wytłumaczysz mi to dokładniej? – poprosił już spokojniej. – Dlaczego mnie tu nie ma?
- Od czego by tu zacząć, by po drodze niczego nie pominąć... Twoja jaźń znajduje się teraz w stworzonym naprędce malutkim, kieszonkowym niebycie. Mały umysł, mały niebycik.
Riauk chciał przypomnieć, że umysł Kita również się tu zmieścił. Chwilę ze sobą walczył i ostatecznie postanowił nic nie mówić.
- Natomiast twoje ciało – kontynuował Kit – leży pozbawione lokatora, zastygłe w chwili agonii. Jeśli ktoś spróbuje obciąć ci dłoń, ugniesz się pod nożem, jak galaretka. Całkiem elegancki, ale mało praktyczny sposób na niezniszczalność.
- Co to jest galaretka?
- Mało ważne w tym momencie. Sprawa wygląda tak: udało mi się dla ciebie jednego zatrzymać czas. Nie pytaj mnie jak. Długo by tłumaczyć. To nie jest łatwe i w sumie dziwię się, że tak dobrze poszło. Problem leży w tym, że nie mam chwilowo bladego pojęcia, jak cię naprawić.
- Naprawić?
- Poskładać do kupy. Jeśli tylko znów wprawimy w ruch twój osobisty czas, umrzesz gwałtownie i efektownie w przeciągu chwili.
- Jeśli tylko moc, którą władasz, umożliwia ci ingerencję w moje ciało, sprawa będzie naprawdę prosta. Zaraz ci wszystko wytłumaczę...
- „... moc, którą władasz, umożliwia ci ingerencję...” Czy ty zawsze musisz być taki oficjalny i patetyczny?
Łysy mężczyzna uniósł się nagle. Odpłynął nieco na tle smolistej czerni, po czym zawirował z gracją wokół własnej osi. Wirując oddalał się stopniowo od Riauka, ale wkrótce gwałtownie się zatrzymał. To był naprawdę mały niebyt.

- Ja wiem, że jego serce nie bije. – powiedziała Teena, ni to do siebie, ni do nich. Jej głos, po długim płaczu i równie długim milczeniu, brzmiał chrapliwie i obco. – Ale jego ciało powinno już stężeć. A ono nawet nie zrobiło się wiotkie, gdy upadł.
Wszyscy spojrzeli w stronę ciała.
- Czy krew nie powinna wypływać z jego ran?
Teena przeciągnęła dłonią po bruździe na prawym ramieniu Riauka. Na jej ręce nie pozostała nawet kropla krwi, choć wszyscy widzieli, że dotknęła odartego ze skóry kawałka ciała.
- Wydaje mi się, że krew krzepnie po jakimś czasie – powiedział Kit.
Gwałtownie odwrócili się w kierunku postaci siedzącej na skrzyni przy ścianie. Łysy mężczyzna opatulony płaszczem koloru zgniłej zieleni nie dotykał nogami ziemi. Machał na przemian stopami, stukając przy tym w ściankę skrzyni. Co mogłyby robić jego dłonie, nie dało się dostrzec. Skrywały je zbyt długie rękawy.
- Ale nie w ten sposób – odpowiedział nerwowo Mery jakby w ogóle nie spostrzegł, że zdarzyło się coś nadzwyczajnego. – Tam nie powstał żaden skrzep.
- Kim ty jesteś? – spytał gniewnie szef.
- To Kit – odpowiedziała za przybysza Teena. Jej serce zabiło przez moment mocniej. Ten dziwaczny przybysz już raz sprawił, że jej mężczyzna wyśliznął się śmierci.
- Jeszcze jeden dziwak – rzuciła Tika.
- Normą jest ogół, moja droga. Nie margines. Być może w tym gronie jesteś najbardziej normalna, ale poza nim...
Przybysz stanął na podłodze. Prawa dłoń wysunęła się z długiego rękawa zielonego płaszcza. Palce zakończone były czymś, co przypominało ssawki pijawek. Każda miała pośrodku wyraźnie widoczny czarny otwór. Ciemne jamki pulsowały niczym gwałtownie oddychające usta.
- Kim jesteś? – powtórzył szef.
Obcy nie odpowiedział. Podszedł do leżącego ciała i złapał zdecydowanym ruchem za żuchwę Riauka. Odchylił ją mocno. Drugą ręką, pozbawioną ssawek, przytrzymał czoło. Włożył trzy palce głęboko do otwartych ust.
- Zostaw go! – warknęła Las po Burzy, zrywając się z krzesła. Była gotowa zaatakować go mocą, ale powstrzymała ją myśl Teeny: „Czekaj”.
Palce łysego mężczyzny zapulsowały gwałtownie. Przypominały małe węże, które znalazły żer głęboko w ustach białoskórego. Z kącika ust Riauka pociekła strużka lepkiej flegmy. Po chwili zmieszało się z nią to, co zaczęło wydobywać się z obu dziurek nosa. Ciało Riauka drgnęło.
- Zostaw go – raz jeszcze poprosiła Las po Burzy, ale teraz jej głos nie brzmiał już pewnie, a przypominał cichy skowyt.
Mery chwycił ją za rękę. Mężczyzna, którego uznali za martwego, przekręcił się na bok. Jedną ręką odepchnął od siebie upiorną dłoń łysego mężczyzny, drugą przycisnął do piersi. Zaniósł się kaszlem. Z jego gardła wyrwały się brunatne strzępki. W kącikach ust i na obiciu kanapy pozostały plamy krwi. Zmaltretowane ciało Riauka drżało. Z rany na prawym ramieniu popłynęła wąziutka stróżka krwi. Teena szybko zarzuciła na niego płaszcz.
- Coś ty mu zrobił! – warknęła.
- On nie może żyć! – zaprotestowała Mistral.
Z oczu Riauka płynęły łzy bólu.
- Chyba rozerwałem mu płuca – powiedział łysy mężczyzna. – Macie wszyscy swoje cudowne siły, więc może ktoś spróbowałby mi pomóc? Usunąłem z niego całe to paskudztwo, ale robiłem to pierwszy raz i nie poszło chyba najdelikatniej.
Riauk zacharczał, chyba próbował coś powiedzieć. Z jego ust pociekła stróżka krwi.
- Zdaje mi się, że powinniście się pośpieszyć.
Teenie w oczach stanęły łzy. Radość, którą odczuwała przed chwilą, ustąpiła rozpaczy. Obrażenia, jakich doznał Riauk były zbyt poważne, by sama mogła sobie z nimi poradzić.
- Dobijmy go – zaproponowała Mistral.
- Nie waż się! – warknęła Las po Burzy.
- Teeno, nie martw się już – powiedział łagodnie Mery. Zrobił to, co zrobić powinien. On jeden o tym pomyślał.
Rudowłosa kobieta spojrzała na swojego mężczyznę. Riauk już nie kasłał. Przez moment leżał spokojnie, jakby bał się poruszyć. Potem powoli spróbował usiąść. Wciąż wyglądał na bardzo słabego.
- Kit, tym razem przesadziłeś – powiedział, w jego głosie nie słychać było jednak gniewu, tylko ulgę.
- Teraz jesteś oszołomiony, więc ci daruję. Ale gdy następnym razem nazwiesz mnie Kitem, zepsuję ci jakiś organ ot tak, bez powodu.
- Dobrze, Kit.
Zapadła chwila ciszy.
- No co? Przecież nie zepsuję mu czegoś od razu teraz. Muszę najpierw wyjść z szoku. Nie co dzień słyszy się żart z tych ust.
- To w końcu masz na imię Kit czy nie? – zapytał Mery.
- Nie ma – odpowiedział szef. On nie potrzebował wyjaśnień w tej kwestii.
Znowu przez chwilę milczeli.
- Skąd wzięliście się tu wszyscy? – chciał wiedzieć Riauk. Czuł się bardzo nieswojo. Dopiero co wrócił z niebytu, dosłownie. Doświadczył straszliwego bólu. Pod płaszczem był nagi. Nie pomagały mu też obecność matki i dybiących na jego życie Wojowniczek Nocy.
Teena postarała się w miarę szybko zrelacjonować to, co się wydarzyło w wiosce, i to, co zostało powiedziane w tym pomieszczeniu. O dziwo, wszystko zarejestrowała. Jej wyjaśnieniom towarzyszył lament człekopsa i gniewne krzyki Tiki i Mistral domagających się, żeby Riauka uśmiercić, zamiast cokolwiek mu wyjaśniać. Właściwie powinny nastawać także na życie Merego, ale jego istnienie zbyt je przerażało. Złotowłosy mężczyzna władał tą samą mocą, co one, czynił to natomiast w zupełnie inny sposób, a siłą swego umysłu znacznie je przerastał. Nie zakłócał przy tym pól energii i nie odbierały go jako anomalii.
Inni też krzyczeli, próbując uciszyć człekopsa i Wojowniczki Nocy, powodując tym tylko większy harmider. Łysy mężczyzna kontemplował w milczeniu obrazy na ścianach. Kiedy wszystko zostało już wyjaśnione, nadeszła pora, żeby zastanowić się, co teraz począć z martwą armią i zatrutą rzeką.
- To musi mieć jakiś sens i powinno składać się w całość – zauważył Riauk. – Karczmarz miał czatować na wojownika ze Świata zza Morza Ognia i Krwi. Może przypadek sprawił, że to byłem ja. A może nie. Wiem na pewno, że dowódca tej armii bał się mnie i mojego miecza. Zjawił się też tu z mojego powodu. – Mówiąc to, myślał o dziewczynie, którą poznał jako Dżanę. O dziewczynie, przez którą po raz pierwszy spotkał zarządcę i która potem go przed nim ostrzegła. Teraz była martwa, jak cały oddział, z którym przyszła. Była już drugą śmiertelną dziewczyną, która umarła ratując mu życie. Obie w jakiś sposób mu współczuły, co budziło w nim żal i gniew.
- Za wszystkim stoi imperator. Po jednym oddziale przyjdzie następny. Albo i cała armia – powiedział cicho karczmarz.
- A my nie wiemy, o co chodzi – zauważył szef. W jego głosie brzmiał smutek, jakby sam był winien takiemu stanowi rzeczy.
- Proponuję przesłuchać martwego – odezwała się Mistral.
- Dlaczego to powiedziałaś? – zapytała jej towarzyszka.
- Sama nie wiem. – Była to szczera odpowiedź. Mistral nie potrafiła określić momentu, w którym zaczęła myśleć o sobie jako o części tej grupy.
- Przesłuchanie martwego, jak powinnaś wiedzieć, jest niewykonalne – zauważyła kwaśno Las po Burzy. Dlatego, że pomysł ten wyszedł od jednej z Wojowniczek Nocy nastających na życie jej syna, w ogóle go nie przemyślała.
- To nie jest niewykonalne – zaprotestował Mery. – Zawsze można cofnąć się w czasie do momentu, kiedy on jeszcze żył... – Propozycja ta z trudem przeszła przez gardło złotowłosego mężczyzny. Z jednej strony wydawała się jedyną sensowną, z drugiej, była czymś niedopuszczalnym. Mery już dawno nauczył się, że nie powinno się zmieniać rzeczywistości, że co się zdarzyło, najwidoczniej powinno się zdarzyć i należało się z tym pogodzić. Czy jednak w obliczu poważnego zagrożenia nie można było tej zasady pominąć? Jeśli oczywiście istniało poważne zagrożenie. Coś mu jednak mówiło, że chodzi o coś więcej, niż życie jego syna.
- Rozumiem, że potrafisz to zrobić? – zapytał szef.
- Nie tylko ja – odpowiedział Mery, wciąż niepewny słuszności swojej propozycji.
- Właśnie, nie tylko on - dodała Mistral, znów zadziwiając tym swoją towarzyszkę.
- Gdybyś cofnął czas, rozwiązalibyśmy też problem zatrutej rzeki – zauważył szef.
I Dżana by żyła – przemknęło Riaukowi przez głowę. Już po chwili zdał sobie jednak sprawę, że istnieje jeszcze jeden problem.
- Wszystko dobrze – powiedział. – Możemy cofnąć czas i zarządca znów będzie żył. Ale jak chcecie go przesłuchać? Nie zdajecie sobie sprawy z jego potęgi. Nie damy rady go uwięzić. Zabójcze światło z jego dłoni to najmniejszy problem. Jest w stanie zablokować działanie naszej mocy i nie sposób sięgnąć do jego umysłu.
- Dziwi mnie – wtrącił Kit – że akurat ty to rozważasz.
Riauk zmarszczył czoło.
- No przecież! – uśmiechnął się. Kit mógł wyrwać z ciała jaźń zarządcy i umieścić w stworzonym naprędce świecie, jak to dopiero co uczynił z Riaukiem.
- Zatem bierzemy się do roboty, panie i panowie. – Łysy mężczyzna zatarł ręce. – Nie patrzcie na mnie w ten sposób. Uciekniemy się do bardzo sprytnego fortelu. Poradzicie sobie. Jestem tego pewien.
- A ja? – zaskomlił człekopies.
- Właśnie – przypomniał sobie szef. – Nie postanowiliśmy, co z nimi zrobimy.
- Najlepiej nic – zaproponował Riauk. – Pójdą z nami. Są częścią tego, co się tu dzieje. A ich winy... Chyba wszyscy mamy coś na sumieniu. – Na te słowa karczmarz skulił się w sobie. Z trudem przyjął przebaczenie białoskórego. Już i tak za dużo mu zawdzięczał. – Ale... – zawahał się Riauk. – Czy nie moglibyśmy jednak z tym chwilę zaczekać? Muszę się wyspać, żebym do czegoś mógł się przydać.
- Nie martw się. Z cofnięciem czasu poradzę sobie sam – powiedział Mery – a kiedy już tego dokonam, ty również odzyskasz siły. – Jego słowa bynajmniej jednak nie pocieszyły Riauka. Nie lubił korzystać z niczyjej pomocy, zwłaszcza bliskich. Gdyby się wyspał, sam poradziłby sobie z cofnięciem czasu, musiałby to tylko potem odchorować.
- A my? Możemy już iść? – zapytała Tika.
Mistral już specjalnie na tym nie zależało.
- Nie – powiedział szef tylko.
- Ja będę mieć na was oko – dodała Las po Burzy.

Tego ranka oddział zmierzający ku granicy Świata zza Morza Ognia i Krwi nie pomaszerował dalej. Adiutant dowódcy odnalazł go leżącego na pryczy z szeroko rozwartymi oczami. Dowódca nie oddychał, jego ciało pozostało jednak ciepłe. Wszyscy, którzy go zobaczyli, byli przekonani, że umarł zaledwie przed chwilą. Pozostawione bez zwierzchnika wojsko stanęło przed poważnym problemem. Co teraz powinni zrobić? Czy mają maszerować dalej w poszukiwaniu białego wojownika? I co zrobią, gdy już go znajdą? Zabiją? A może już teraz zawrócić? Tylko co zrobić z ciałem dowódcy? Pochować tutaj, czy zabrać do stolicy? Nad tym ostatnim rozwiązaniem zastanawiano się w sumie najdłużej, zwłaszcza gdy odkryto, że ciało nie stygnie i że nie następuje stężenie pośmiertne.
Młody Virg patrzył w dal. Rwał się do drogi i nie mógł spokojnie usiedzieć w miejscu. Czuł, że powinien się spieszyć, odnaleźć białego wojownika i ostrzec go. Z drugiej strony, zastanawiał się, czy to w ogóle ma sens. Może to nie była jego sprawa? Może powinien wrócić do domu? Codzienna egzystencja wydawała mu się zawsze bardzo nudna, ale może to lepsze niż śmierć.

Znajdowali się w ciasnym, nieistniejącym dotąd wszechświecie. Człekopies i karczmarz czuli się oszołomieni i zdezorientowani podróżą w czasie i przestrzeni. Doskwierała im zwłaszcza podwójna pamięć o świecie, w którym wioska została przykryta kopułą i drugim mniej wyraźnym, lecz teraz prawdziwym, w którym nigdy to nie nastąpiło. Ten, którego Riauk nazywał zarządcą, stanął przed nimi z wytrzeszczonymi oczyma. Oderwany od ciała, odcięty od swoich nadprzyrodzonych zdolności, poczuł się słaby i chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę się bał.
- Gdzie jestem? Co ze mną zrobiliście? – zapytał, choć wiedział, że zdradzał w ten sposób swoją słabość. Poczuł niesmak na myśl o tym, jak bardzo jest bezradny.
Czy ktoś, kto wygląda tak zwyczajnie, może być niebezpieczny? – przebiegło przez głowę Merego.
Zarządca faktycznie nie wyglądał na potężną istotę. Był niski, krępy, o zupełnie zwyczajnej, czy wręcz lekko prostackiej twarzy.
- Jesteś w potrzasku, marny draniu. W miejscu, gdzie śmiechu warte są twoje kuglarskie sztuczki.
Niech tylko Kit nie przeszarżuje w tych obelgach – pomyślał Riauk. Nie do końca mógł wyzbyć się obaw, że być może jakimś cudem zarządca jest w stanie korzystać tutaj ze swojej potęgi. Tymczasem łysy mężczyzna kontynuował:
- Tacy jak wy są najgorsi. Włóczycie się po światach i wymiarach bez żadnej idei, nastawieni na pochłanianie. Czysty hedonizm.
To samo mógłby powiedzieć o sobie – stwierdził Riauk i nagle coś go tknęło. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, kim naprawdę był Kit. Traktował jego istnienie w sposób naturalny. Razem przeżyta wieczność, której nie było, sprawiła, że po prostu się do jego istnienia przyzwyczaił.
- Ty wiesz, o nim coś, czego my nie wiemy! – zawołał bez zastanowienia. W tej chwili to, kim był Kit, interesowało go dużo bardziej, niż sprawa zarządcy. Być może ten, któremu dotąd tak ufał, również mógł być niebezpieczny. Teraz znajdowali się przecież w jego mocy.
- Zamknij się – syknął szef.
Łysy mężczyzna poczuł, że cały sztywnieje, mimo że jak wszyscy był tu obecny jedynie duchem. Miał nadzieję, że nie dał nic po sobie poznać przed więźniem. Ci głupcy wszystko tak łatwo mogli zepsuć. I w ogóle, po co on się w to wmieszał? Przecież to ani trochę nie jego sprawa. Był po prostu miękki. Zbyt łatwo i zbyt mocno przywiązywał się do przyjaciół. Taki już jego feler.
- Pytasz, czy coś o nim wiem? Wymiary roją się od takich, jak on. Bezimienne typy, dla których znalezienie celu egzystencji jest tak trudne, że nigdy nie porywają się na coś naprawdę ambitnego. Sam kiedyś, bardzo dawno temu, taki byłem. Ale nie po to żyje się tysiące lat, żeby pozostać na poziomie pierwszego lepszego plemiennego watażki.
Bezimienne typy? – umysł Riauka pracował bardzo szybko. Faktycznie o pojmanym myślał wciąż jako o zarządcy. Nie pamiętał też imienia karczmarza, nie przypominał sobie nawet, czy kiedykolwiek je słyszał. Człekopies był przekonany, że jest demonem i sam pewnie nie wiedział, że może mieć imię. A szef? No i Kit, który upierał się, żeby tak go nie nazywać.
- Obaj jesteście demonami – wyszeptał Riauk. Miał przy tym świadomość, że powinien domyślić się tego wcześniej.
- Wszyscy sprawujący władzę w Dominium są demonami – powiedział szef spokojnie. – Może powinienem wam powiedzieć, ale wydawało mi się, że istoty tak potężne jak wy wiedzą takie rzeczy.
- A więc ty też – zauważył Riauk.
- Je też – przyznał szef.
Ten, który w świadomości innych był zarządcą, uspakajał się powoli. Wiedział, że fizycznie został wyeliminowany z gry, którą dotąd prowadził. Jego umysł pozostał jednak sprawny, a przeciwnicy sprawiali wrażenie nieporadnych. Uśmiechnął się pod nosem.
- Miło mi wiedzieć, że ten, który nosi miecz wybrańca, jest zupełnym głupcem i nie wie nawet, kogo uważa za przyjaciela. To mnie uspakaja. Dzięki temu wiem, że co by się nie stało, zwycięstwo będzie po naszej stronie.
Łysy mężczyzna parsknął pogardliwie.
- Nie podniecaj się tak. Czym chcesz wygrać? Odkryciem, że przyjaciele miewają swoje tajemnice? Nie jest ważne, co właściciel miecza chwilowo wie o naturze wszechświata. Ważne jest to, co potrafi. Ważne jest, co potrafią i wiedzą jego towarzysze. Ważne, kim są jego towarzysze.
- Niestety, nie masz racji. Tym razem ani miecz, ani moc nie zdołają wam pomóc. Potrzebna będzie właśnie wiedza, to, co zostało zapomniane. Chcecie wiedzieć, co się dzieje i dlaczego polowałem na tego chłystka o białej skórze? Powiem wam to, ale nawet, gdy dowiecie się, co ma się zdarzyć, nie zdołacie temu zaradzić.
- Ocenę zostaw nam – zawyrokował Mery. – A teraz mów. – Potrafił zachować spokój nawet po tym, co usłyszał. Od setek lat walczył z demonami, a jednak nie odczuwał wobec swoich odwiecznych wrogów strachu ani nienawiści. Wiedział, że nic nie musi być tak oczywiste, jak się wydaje.
- Dominium chce zająć Świat zza Morza Ognia i Krwi i zrobi to – powiedział zarządca. – To mały, jałowy świat, ale bardzo szczególny, o czym wy pewnie już zapomnieliście, tak jak zapomnieliście, że należy go chronić. To najlepsza pora na atak, właśnie teraz, gdy Światu zza Morza Ognia i Krwi zabrakło obrońców. Ludzie Lasu ze swą wiedzą odeszli, wybraniec od dawna nie żyje, zabrakło też szalonej Dżany. Zostałeś tylko ty – tu zarządca spojrzał na skonsternowanego Riauka. – Nosisz miecz wybrańca, więc potencjalnie mógłbyś być niebezpieczny. Chciałem cię odszukać i zabić, ale teraz widzę, że niepotrzebnie robiłem sobie tyle zachodu. Nie wiesz, czym jesteśmy, nie możesz więc też wiedzieć, jak nas powstrzymać.
Lecz ja to powinienem wiedzieć – przemknęło Meremu przez głowę. – Przecież podróżowałem z Dżaną. Razem z nią walczyłem właśnie w obronie Świata zza Morza Ognia i Krwi. Powinienem rozumieć, o czym on mówi.
- Ale ty wiesz, jaka jest natura tych demonów u władzy? – Riauk spojrzał na szefa z nadzieją. Zadanie tego pytania kosztowało go wiele trudu. Najpierw musiał przemóc wypełniające go wstręt i żal. Z opowieści ojca, których wysłuchał w dzieciństwie, wyniósł przekonanie, że prawdziwi bohaterowie polują na demony. Przez lata sam z tego żył. Przedstawiał się innym jako łowca demonów. A teraz stał się pionkiem w ich grze. I jeszcze dał się zwieść jednemu z nich i uznał go za przyjaciela. Przez moment nie pamiętał, że Kit ocalił mu życie, więcej niż raz. Ani o rozważaniach, którym zdarzało mu się oddawać, że nic nie jest oczywiste i tak, jak istnieją okrutni ludzie, tak pewnie mogą też istnieć dobre demony.
- I tak, i nie – odparł ten ze smutkiem. – Wielu spośród takich jak my pragnie władzy, bezwzględnego posłuchu. Większość czerpie przyjemność z zadawania cierpienia. To jednak i wy wiecie. Moja droga była inna. Nie dysponuję równą imperatorowi potęgą. Nie znam też jego planów. Ja zajmowałem się małymi sprawami, on wielkimi.
- Nie mamy wiedzy, ale możemy ją z ciebie wyciągnąć – teraz Las po Burzy zwróciła się do zarządcy.
- Niby jak?
- Bądź co bądź, jesteś naszym więźniem i nie wypuścimy cię, dopóki nie powiesz nam tego, co chcemy wiedzieć.
- Więc będziecie na to czekać całą wieczność – zawyrokował zarządca. – Zadajcie sobie sami pytanie, kto z nas wytrzyma dłużej? Kto po wiekach czekania zachowa zdrowe zmysły?
On ma rację – przyznała Las po Burzy. Wiedziała przecież, że jej matkę zbyt długie życie przyprawiło w końcu o szaleństwo.
Zarządca spostrzegł cień smutku na jej twarzy i dodał:
- Nie martwcie się jednak. Parę rzeczy wam powiem. Chcę zobaczyć jak ten, który nosi miecz wybrańca, łamie sobie głowę, próbując analizować moje słowa.
- Postaraj się, snując swoją opowieść – powiedział łysy mężczyzna. – Miej na uwadze, że my nie musimy martwić się o nasze zmysły. Zawsze możemy zostawić cię tu samego na zawsze.
- Świat zza Morza Ognia i Krwi jest jedynym miejscem, poprzez które można kontaktować się z ludźmi ze Świata Prawdziwego – zaczął zarządca. – Oczywiście wy, Wojowniczki Nocy, dzięki swoim zdolnościom, możecie dotrzeć do Świata Prawdziwego skądkolwiek. Ingerujecie w sny ludzi. Po to istniejecie. Dla innych jednak taka droga jest niedostępna. Zostało tu powiedziane, że my, demony, chcemy pochłaniać inne byty. To prawda. A pochłonięcie duszy prawdziwego człowieka to najwspanialsza rzecz, jakiej możemy pragnąć. W umysłach prawdziwych ludzi kryje się ogromna moc, o jakiej żadne z was nie może nawet marzyć. Umysł człowieka może bowiem powoływać do życia i niszczyć światy. Właśnie takim powołanym do życia przez ludzki umysł światem jest Świat zza Morza Ognia i Krwi. Wciąż potrzebuje on ludzkiej uwagi, by nie stać się po prostu jałowym pustkowiem. – Dla niektórych słowa zarządcy były zupełnie niezrozumiałe. Dla Merego i Riauka jak na razie nie były niczym nowym. Obaj spotkali już tą, której umysł powołał ich do życia, kobietę ze Świata Prawdziwego. – Musicie się starać – mówił dalej zarządca – by ludzie o was nie zapomnieli. Wy, mieszkańcy Świata zza Morza Ognia i Krwi, nie możecie żyć bez wsparcia prawdziwych ludzi. Ale czy jeszcze o tym pamiętacie? My, demony, nie potrzebujemy ludzi, by istnieć, ale prawdziwi ludzie mogą być dla nas użyteczni. Przed setkami lat dostępu do Świata zza Morza Ognia i Krwi broniła nam prastara rasa, Ludzie Lasu.
Zarządca zmierzył wzrokiem Merego i Riauka. Obaj mieli szpiczaste uszy, tak, jak Ludzie Lasu, a Mery miał też charakterystyczne dla nich niebieskie oczy i złote włosy.
– Widzę, że płynie w was ich krew, jakkolwiek raczej popłuczyny – zauważył zarządca. – Wszyscy prawdziwi przedstawiciele leśnego ludu byli piękni – przy tych słowach Riauk zacisnął szczęki – wysocy, szczupli, szpiczastousi i złotowłosi, bardzo silni i bardzo mądrzy. Byli też nieśmiertelni i to nieśmiertelność stała się ich przekleństwem. Świat się zmieniał, oni nie. To napełniało ich serca żalem. Wiedzieli, że w końcu nadejdzie dzień, kiedy nie zniosą takiego stanu rzeczy. Wiedzieli, że kiedyś wszyscy odejdą szukać czegoś, co, tak jak oni, będzie niezmienne. My byliśmy zbyt słabi, by z nimi walczyć, mogliśmy jednak ich kusić i zwodzić. To dzięki nam powstał mały świat, tuż obok Świata zza Morza Ognia i Krwi, a właściwie namiastka świata zakończona morzem. Nie dysponowaliśmy tak wielką potęgą, by stworzyć coś tak wielkiego i wspaniałego, jak morze. Ono zawsze tam było i Ludzie Lasu je znali, ale za naszą sprawą podróż ku morzu stała się dużo trudniejsza. Ale nasza narośl, Świat Dyktujący, wcisnęła się pomiędzy morze a Świat zza Morza Ognia i Krwi. Liczyliśmy, że kiedyś go pochłonie, częściowo przejmując jego właściwości. Wcześniej niż Ludzie Lasu odkryliśmy, że tylko morze jest do nich podobne. Tak, to morze, niezmienny, nieskończony bezmiar wód, coś, czego w ich świecie nie było, zawładnęło ich umysłami i coraz częściej zamiast zajmować się swoimi obowiązkami śnili o falach widocznych aż po horyzont.
Morze... Mery, który urodził się i wychował nad jego brzegiem, znał tęsknotę, która nieraz rządziła decyzjami podejmowanymi przez jego matkę. Teraz dowiedział się, że nie była ona czymś naturalnym, a wulgarną sztuczką demonów. Zabolało go to.
Riauk nie podzielał już tej tęsknoty. On spędził z Kitem setki lat, których nie było, uwięziony nad morzem i miał szczerze dosyć słonej wody, szumu fal i horyzontu, na którym błękit spotyka się z błękitem. Jedynym pozytywnym nibywspomnieniem znad morza była obecność Kita. Teraz ta myśl bolała.
– Ludzie Lasu wiedzieli, że kiedyś wszyscy wyruszą ku morzu, musieli więc zrobić coś, co na trwałe zabezpieczy ich świat przed demonami. Użyli pełni swej wiedzy i udało im się zamknąć całe zło istniejące w Świecie zza Morza Ognia i Krwi w trzech magicznych przedmiotach: pierścieniu, mieczu i zbroi. Byli przekonani, że jeśli przedmioty te zostaną zniszczone, to zło już nigdy nie będzie miało wstępu do ich świata. Mylili się, bo nawet gdyby się im udało, to Świat zza Morza Ognia i Krwi zostałby przed nami zabezpieczony na setki lat, ale nie na wieczność. Nam i tak się to nie uśmiechało. Wracając do przedmiotów, Ludzie Lasu nie zniszczyli ich sami. Dlaczego tak się stało? Może zabrakło im już siły woli. Może nie myśleli trzeźwo opętani wizją bezmiaru wód, a może wiedzieli o czymś, o czym my nie mieliśmy pojęcia. Mnie wydaje się, że gdyby wzięli się za to sami, nie byłoby sposobu, żeby im przeszkodzić. Być może jednak w ich poczynaniach krył się sens. Ludzie Lasu umieli przepowiadać przyszłość, często jednak sami nie rozumieli swoich przepowiedni. W każdym razie zniszczenie pierścienia, miecza i zbroi powierzone zostało Wybrańcowi, dla którego wykuto miecz ze stopu, którego dziś nikt już nie potrafi wytworzyć. Był to długi, ale bardzo lekki miecz, cały połyskujący srebrno, miał przynosić szczęście w walce swojemu właścicielowi. – Riauk bezwiednie zacisnął dłoń na rękojeści swego oręża. – Tak. Znasz tę broń, choć nie znasz jej historii. – Zarządca uśmiechnął się drwiąco. – Kim był Wybraniec? Nie pochodził ze Świata zza Morza Ognia i Krwi, a z Dominium i był Małym Człowiekiem. Był też rycerzem, czy może raczej awanturnikiem, młodym, pewnym siebie, dumnym. Był też wspaniałym szermierzem. Na imię miał Ferro. Dlaczego wybrano właśnie jego? Zapewne byli lepsi kandydaci. Wybraniec, mimo swych przymiotów, nieraz budził uśmiech na ustach ludzi, którzy nie widzieli go jeszcze w walce.
Młody awanturnik? Pewny siebie i dumny? Czy zarządca faktycznie mówił o jego ojcu? Meremu trudno było go sobie takim wyobrazić. Sięgnął do boku, ale nie znalazł tam miecza ojca. Jego palce natrafiły na osadzony w rękojeści rubin. Nosił u pasa miecz matki. Nigdy nie chciał go nosić, bo nie uważał się za wystarczająco godnego. Przypasał go tylko dlatego, że nie mógł oddać Riaukowi miecza rzucającego w słońcu krwawy blask. Riauk, a wtedy jeszcze Oiolose, uznał tę propozycję za kpinę, bo przecież nie mógł skutecznie walczyć w promieniach słońca. Mery pamiętał dzień, kiedy Dżana pokazała mu srebrny miecz ojca. „Nie wiem skąd go miał” – powiedziała. – „Na pewno go nie ukradł, tak jak ja”. Nawet ona nie wiedziała, że Ferro był Wybrańcem, choć sama wspomogła go w jego misji.
- Wybrańca w wypełnieniu zadania mieli wesprzeć jego dwaj przyjaciele i dzieci ze Świata Prawdziwego, a my usilnie próbowaliśmy im w tym przeszkodzić. Napadliśmy na wędrowców. Wiedzieliśmy, że nie mamy szansy w walce z Wybrańcem. Wtedy nie byliśmy jeszcze tak potężni jak teraz. Nie próbowaliśmy więc nikogo zabić. Zrabowaliśmy tylko ich zapasy i konie. Nie udało nam się ukraść jedynie kuca należącego do Wybrańca, który, wyszkolony na konia bojowego, sam potrafił się bronić. To, że Wybraniec zachował swojego kuca, okazało się nam jednak na rękę. Nasi agenci władali we wsi, do której zbliżył się Wybraniec i jego towarzysze. Specjalnie dla nich zorganizowano w tej wsi wyścig konny z dużą nagrodą dla zwycięzcy. Wygrana w tym wyścigu była jedyną szansą na zdobycie prowiantu dla Wybrańca i jego towarzyszy, dlatego musiał wystartować. To było szaleństwo wierzyć, że nawet najlepszy kuc wygra z dużymi końmi. Wybraniec nie miał jednak wyboru. Ale inni zawodnicy byli przez nas podstawieni i pozwolili kucowi Wybrańca wyjść na prowadzenie. W poprzek drogi, na której rozgrywał się wyścig, przeciągnęliśmy linę. Miała odciąć wybrańcowi głowę. Źle jednak wyliczyliśmy wysokość. Wybraniec okazał się wyższy, niż sądziliśmy. Uderzył w linę piersią, a nie szyją. Nie zginął, spadł jednak z konia. Jadący za nim jeźdźcy tak poprowadzili wierzchowce, by go stratowały. Ale i to jakimś cudem przeżył. Przyjaciele zabrali go z drogi. Nikt nie chciał udzielić im pomocy bez stosownej opłaty, a oni przecież nie mieli pieniędzy. Nie stało się tak, jak chcieliśmy, ale byliśmy pewni, że śmierć Wybrańca to już tylko kwestia czasu. I wtedy zjawiła się szalona znachorka Dżana, w której żyłach płynęła krew Ludzi Lasu. Ona zajęła się Wybrańcem. Ale znowu odbiegłem opowieścią od trzech przedmiotów. Dzięki zdradzie jednego z dzieci ze Świata Prawdziwego weszliśmy w posiadanie magicznej zbroi. Pierścień i miecz zostały jednak zniszczone. Wybraniec bowiem przeżył i choć stał się cieniem dawnego siebie, wciąż miał swój miecz, a na dodatek we wszystkich poczynaniach zaczęła wspierać go Dżana, która okazała się nie tylko znachorką, ale i potężną wojowniczką.
Mery z trudem powstrzymywał drżenie rąk. To wszystko nie mieściło mu się w głowie. Jego ojciec został pokonany podstępem. Jego ojciec był Wybrańcem, dumnym wojownikiem. Gdyby wiedział to wszystko jako dziecko, nie wstydziłby się go. Mógłby go lepiej poznać. Mogliby być prawdziwą rodziną. Czy jednak naprawdę potrzebował tej wiedzy, by móc czuć szacunek do własnego ojca? Z obrzydzeniem pomyślał o głupim, rozwydrzonym dzieciaku, jakim był w przeszłości.
- Wybraniec poniósł klęskę, a my wzrośliśmy w siłę – mówił dalej zarządca. – Zbroja przemieniła się w klacz o stalowej sierści, która nosiła imię Jedyna. Z jej kału wyrósł Ich Wielmożność Ciemność, który w naszym imieniu objął panowanie nad Światem Dyktującym. Tak jak tego chcieliśmy. Z resztek drzemiącej jeszcze w Jedynej mocy powstało potężne, złe berło, które zaginęło przed laty.
Ja je zniszczyłem, ja – przebiegło przez głowę Riauka. Jego palce wciąż zaciskały się na rękojeści miecza. – Może wszystko to ma jakiś sens – myślał dalej. – Wybraniec nie ocalił świata, ale był moim dziadkiem. Może mnie to się uda.
- Nasze panowanie nad Światem zza Morza Ognia i Krwi było coraz bliższe. Zwłaszcza, że większość Ludzi Lasu nie dowiedziała się o klęsce Wybrańca. Odeszli tuż po tym, jak wyprawili go w drogę. Tych nielicznych, którzy pozostali, jego klęska zdruzgotała. Nic nie potrafili już uczynić. Wyśpiewali ostatnie przepowiednie i także odeszli, a Świat zza Morza Ognia i Krwi pogrążył się w chaosie. Ale nie przewidzieliśmy zaciętości, ani potęgi Dżany. To ona, z pomocą Wybrańca i dzieci ze Świata Prawdziwego, obaliła Ich Wielmożność Ciemność i osadziła na tronie Ich Wielmożność Jasność, który wyrósł z kału Ducha, konia będącego uosobieniem doskonałości, a należącego do jednego z dzieci. Tak dostęp do Świata zza Morza Ognia i Krwi został dla nas zamknięty. Nie na długo jednak. Jak już mówiłem, Dżana była szalona. Sama obaliła Jasność i osadziła na tronie Ich Wielmożność Szarość, który wyrósł z kału jej klaczy bojowej. Tak odzyskaliśmy możliwość wstępu do Świata zza Morza Ognia i Krwi. Całą pracę musieliśmy jednak zacząć od nowa.
Mery przypomniał sobie dzień, kiedy Dżana pokazała mu zamek Ich Wielmożności Szarości. Była spięta i mówienie przychodziła jej z trudem. On miał piętnaście lat i niewiele jeszcze rozumiał.
- Kiedy nie było zła na zewnątrz, pojawiło się wewnątrz, w ludziach – powiedziała Dżana w pamięci Merego, może tamtego dnia, a może dużo później.
- Od tamtej pory pozostawaliśmy w ukryciu i obserwowaliśmy – mówił dalej zarządca. – Świat Dyktujący żył własnym życiem, kreując nowy wymiar obojętności i miernoty, a Świat zza Morza Ognia i Krwi powoli tracił siły. Najpierw przestały przybywać dzieci ze Świata Prawdziwego, potem Dżana złożyła broń, a w końcu umarła. Niektórzy twierdzą, że zabiła ją tęsknota za Wybrańcem, który był jej kochankiem, ale nie wiem, czy to prawda. W każdym razie Światu zza Morza Ognia i Krwi zabrakło obrońców, a jego mieszkańcy zapomnieli, że istnieje jakiekolwiek zagrożenie. Odczekaliśmy jeszcze jakiś czas. Nie chcieliśmy działać pochopnie. Świat zza Morza Ognia i Krwi w końcu miał być nasz. Co prawda pojawiłeś się ty, z mieczem wybrańca u boku – zarządca spojrzał na Riauka. – Wystraszyliśmy się i planowaliśmy cię zabić, ale jak widzę, okazało się to niepotrzebne. Nawet teraz nie dysponujesz wiedzą, którą mógłbyś nam zagrozić, a ode mnie, chłystku, więcej się nie dowiesz.
- W sumie i tak wystarczy już tych opowieści – powiedział Mery prostując się dumnie. – Jestem synem Wybrańca. – Gdy wypowiadał te słowa głos zadrżał mu lekko. Prawda o jego ojcu była dla niego trudna i bolesna w konfrontacji z tym, jak dotychczas go postrzegał. – Wiem już wystarczająco dużo. Nie słyszałeś o mnie, bo zostało przepowiedziane, że nikt nigdy nie zapamięta mojego imienia i nie będzie o mnie pieśni. Jak jednak powiedziałem, dość już historii. Ruszajmy stąd.

Szef stał przy oknie, patrząc na maszerujących przez środek wioski chłopów. Kazał wszystkim odejść, dołączyć do ukrywających się w górach kobiet. Sam nie zdecydował się na opuszczenie domu, który służył mu za schronienie przez setki lat. Jego miejsce było na ziemi, którą pokochał. Zagryzł wargi. Pierś ścisnął mu żal. Żył długo, bardzo długo, ale czuł się tak, jakby wszystkiego dostał za mało. Pamiętał dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczył białego wojownika. Już wtedy przeczuwał, że nad tereny pogranicza nadciągnie burza. Spodziewał się wojny. Nie potrafił przewidywać przyszłości, jednak w jakiś sposób przeczuwał, co się zdarzy. W jego umyśle nie pojawiały się obrazy przyszłych zdarzeń, ale uczucia i emocje, których nie rozumiał, lecz z którymi nauczył się żyć. Na ich podstawie podejmował decyzje, jak dotąd prowadzące jego wioskę do dobrobytu.
Jego wioskę? Kiedy odejdą ostatni ludzie, nie będzie już wioski. Zwinął dłoń w pięść. Dlaczego biały wojownik w ogóle stanął na jego drodze? Od początku podejrzewał, że Riauk odegra znaczącą rolę w nadciągającej wojnie. Szef miał nadzieję, że pomoże mu ocalić tych, nad którymi roztoczył opiekę. Poniekąd tak właśnie się stało. Jednak nie to okazało się przeznaczeniem białego wojownika. Riauk miał stanąć w tej wojnie w obronie własnego świata przeciwko takim jak on.
Riauk miał swój świat, nawet, jeśli ten świat go nie chciał. Szef nie mógł tego powiedzieć o sobie, on miał tylko tę wioskę. Przez moment zastanawiał się nawet, czy nie zrobił źle, pozwalając Riaukowi zostać. Zdawał sobie jednak sprawę, że to, co się stało, musiało się stać. Światy nie przewidziały w sobie miejsca dla niego, był zresztą tylko pyłkiem, którego istnienie nie miało być pamiętane.
Władający mocą odeszli pierwsi. Zabrali ze sobą karczmarza i człekopsa. Mery i Riauk mieli wyruszyć do Świata Dyktującego.
Mery. Szef uśmiechnął się sam do siebie. Pamiętał tego złotowłosego mężczyznę jako naiwnego, narwanego dzieciaka, którego ciało było słabsze niż wola. Wciąż nie mógł się nadziwić, że wyrósł na tak potężną i mądrą istotę. Czy syn Merego też kiedyś mógł taki być? W głębi umysłu widział wąskie, gniewne oczy Riauka, tak upiornie czerwone. Z jednej strony szef odczuwał do niego silną niechęć jako do tego, który ściągnął nieszczęście na jego wioskę, z drugiej, musiał się sam przed sobą przyznać, że go lubił.
- Zaopiekuj się moimi ludźmi – powiedział Riaukowi, gdy się żegnali.

- Zaopiekuj się moimi ludźmi – powiedział szef i położył mu dłoń na ramieniu. – Znajdź dla nich dobre miejsce do osiedlenia się i dopilnuj, by spośród siebie wybrali nowego szefa. Powiedz też mojej córce to, czego nie ośmieliłem się powiedzieć jej sam. Proszę ją o wybaczenie i niech nie boi się, jeśli pewnego dnia ktoś nada jej imię. Ja też przez chwilę je nosiłem.
Riauk tylko skinął głową, choć nie do końca rozumiał to, co usłyszał. Nie wiedział, co powiedzieć. Dziwnie się czuł. Dotyk szefa ciążył nie jego ciału, lecz duszy. Coś w jego wnętrzu krzyczało, że wszystko jest nie tak, jak być powinno. Szef był demonem. Czemu więc troszczył się o ludzi? Czemu wciąż ufał komuś takiemu jak on, obcemu, który ściągnął na wioskę zagładę, obcemu, który bał się i nienawidził demonów.
- Dlaczego ty z nami nie wyruszysz? – To Teena o to zapytała. Cały czas zachowywała się tak, jakby nie wiedziała, co powinny robić Wojowniczki Nocy.
Kochana, naiwna kobieta. Podobnie, jak do białowłosego, do niej szef również czuł sympatię. Żyła niewiele krócej niż Mery, a mimo to jej umysł pozostał tak wzruszająco prosty.
- Moje miejsce jest tutaj – odpowiedział jej.
- Kiedy wszyscy odejdą, tutaj niczego już nie będzie.
- Będzie moja ziemia, której nie będzie nigdzie indziej.
- Nie naciskaj na niego. Sposoby funkcjonowania umysłów są czasem niepojęte – powiedział Kit. Sam nie rozumiał motywów postępowania szefa, a jego decyzje uważał za głupią. Wiedział jednak, że nie należy próbować go od niej odwieźć. Jeśli nawet jego rozum uważał działania szefa za błędne, serce było po jego stronie. On sam przez pewien czas miał coś swojego, miał las. Musiał się go wyrzec, by ratować życie tego białoskórego narwańca, który wszędzie musiał namieszać. Nie żałował swoich decyzji, mimo że wiedział co teraz dzieje się w sercu i umyśle Riauka.
Co szef miał na myśli, mówiąc o imieniu córki, nikt nie zapytał. Teena zapytała o to bowiem zaraz po tym, jak skończyli przesłuchanie tego, którego Riauk nazywał zarządcą prowincji.

- Powiedzieliście, że demony nie mają imion – zauważyła Teena. – Powiedzieliście też, że karczmarz i jego znajomi nie są demonami. Jednak nawet oni sami uważali się za demony, a przecież córka karczmarza ma imię. Wszyscy znamy ją jako Sasankę.
- To chyba żadna tajemnica – powiedział karczmarz cicho. – Ten, kto patrzy na demona z miłością, może nadać mu imię. Pewnie sami tego nie wiecie, ale to dzięki wam Sasanka może być Sasanką.
- Więc w sumie Kita też możemy nazywać Kitem – zauważyła Teena.
- Skąd mogę mieć pewność, że zarządca myśli o mnie z miłością? – zauważył z przekąsem łysy mężczyzna.

Głosy tych wszystkich, właściwie mu obcych istot rozbrzmiewały w jego głowie. Wiedział, że nigdy ich już nie usłyszy i bolało go to. Złapał się na tym, że tęskni za nimi wszystkimi, bez wyjątku. Tak jednak musiało być i godził się z tym. Wiedział, że nadchodzą wielkie zmiany, taki był jego dar. Innym jego darem były cechy charakteru, które mogły by te zmiany powstrzymać. A to nie byłoby dobre. Nie odnalazłby się w nowym miejscu, w nowym świecie. Był tego pewien.
Jego wzrok błądził po pustej drodze, przy której stał jego dom.
Oprócz niego w wiosce nie pozostał nikt. Szef wiedział jednak, że niedługo będzie dręczyła go samotność. Jego przeznaczenie szybko miało się wypełnić.

Żeby dotrzeć do ukrywających się w górach dzieci i kobiet użyli mocy. Ale w dalszą drogę Mery i Riauk wyruszyli wierzchem.
- Nie ma potrzeby stresować koni – powiedział Mery. – Przejście między światami jest blisko. Dotrzemy tam w jeden dzień.
Nie powiedział dokładnie, co zamierza zrobić w Świecie Dyktującym.
- Nie chcę budzić waszej nadziei. – To było jego jedyne usprawiedliwienie. – Najpierw muszę zobaczyć, jak tam teraz wszystko wygląda.
- Uważajcie na siebie i wróćcie cali – powiedziała Teena na pożegnanie.
Dla Las po Burzy była to jeszcze jedna misja, którą miał wykonać jej mężczyzna. Może martwiła się o syna, ale nie musiała bać się o siebie. Dla niej, tak samo jak dla Mistral i Tiki, wszystko, w czym od pewnego czasu brali udział, było, co prawda fascynującą i poruszającą, ale jednak grą. Wszyscy ci, którzy mogli podróżować między światami, nie musieli obawiać się władzy demonów. Oni zawsze mogli po prostu odejść. Tymczasem karczmarz, jego żona i człekopies pogrążyli się w wyrzutach sumienia i rozpaczy. Córka szefa opłakiwała ojca. Zrozumiała, że zdecydował się na samobójstwo. Nie mogła tylko pojąć, dlaczego. Myśli Kita pozostawały nieodgadnione, ale wydawał się nieco przejmować tym, co musiało dziać się w sercu Riauka. Nigdy by się jednak do tego nie przyznał.

Mery i Riauk jechali wąską ścieżką między górskimi szczytami. Obaj przemierzali ją już nieraz, u obu budziła wspomnienia. Tą drogą opuszczali Świat zza Morza Ognia i Krwi, szukając przygód i ukojenia dla swoich skołatanych dusz.
- Jesteś pewny swojego wierzchowca? – spytał Mery. Sam dosiadał karego Demona, pożyczonego od Ferro.
- Co przez to rozumiesz? – odpowiedział pytaniem na pytanie Riauk.
- Twój koń jest stary i nerwowy. – Posiadanie wierzchowca, którego dzielności i kondycji można było w pełni zaufać, było bardzo ważne, jeśli chciało się dostać do Świata Dyktującego. Był to jedyny ze znanych im światów, do którego nie dało się przenieść przy użyciu mocy.
- Kväl? – Riauk poklepał rosłego ogiera po szyi. – Nie jest już najmłodszy, ale wciąż jest w dobrej formie. Poza tym, on wie, kiedy jak powinien się zachować. Ufa mi i ja mu ufam. – Nie wiedział, czy to, co mówił, było prawdą, ale chciał, żeby było. Kväl był doskonale wyszkolonym wierzchowcem. Uciekł przecież od wojskowych, którzy go skonfiskowali i wrócił do domu. Ale co tak naprawdę czuł do swojego pana?
Riauk natomiast wiele razy wyciągał z tarapatów swojego konia, nawet ryzykując życiem. Nie potrafił inaczej. Nie był jednak pewny, czy koń rozumie jego uczucia względem niego i czy je odwzajemnia.
- W porządku – powiedział Mery. – Skoro tak mówisz. – Wiedział, że nie powinien naciskać na syna. Kiedy on po raz pierwszy miał przeskoczyć między światami, a potem samotnie wyruszyć na Pustkowie, matka również krytykowała jego wierzchowca. Róża, mimo wątpliwości matki, nigdy go nie zawiodła. Jego Róża. Wspomnienie o kasztanowatej klaczy przypominało odległy i prawie już zapomniany sen.
- A ty? Ty jesteś pewien swojego wierzchowca?
- Jestem pewny swoich umiejętności. Zresztą, wybrałem najlepsze ze zwierząt, jakie ma twoja rodzina. – Kary kuc tańczył pod Merym i mogłoby się wydawać, że drobny, złotowłosy mężczyzna nie będzie w stanie nad nim zapanować. Zwierzę szło jednak dokładnie tam, gdzie chciał jego jeździec.
Skupiony na swojej urażonej dumie Riauk nawet przez moment nie zastanowił się nad tym, o czym często myślała Teena. Jak mogli być tak nieodpowiedzialni i kupić dziecku tak narowiste zwierzę?

- Jak mogło przyjść ci do głowy, żeby urodzić syna? – zapytała Tika Las po Burzy. Wszystkie Wojowniczki Nocy prawie cały czas spędzały razem. Las po Burzy i Teena wciąż bały się spuścić z oka Mistral i Tikę.
- Oskarżasz mnie?
- W sumie... tak – zgodziła się Tika.
- To wiedz, że zdaję sobie sprawę ze swojego błędu, ale zrobiłabym to jeszcze raz.
- Dlaczego?
- Widziałam, jak Mery wychowuje śmiertelnego chłopca i chciałam dać mu jego własnego syna. To chyba naturalne uczucie. Zrozumiesz to, kiedy kogoś pokochasz.
- Wojowniczki Nocy nie są po to, by kochać.
- Ile ty masz lat? – Teena po raz pierwszy włączyła się do rozmowy.
- Jakieś sto pięćdziesiąt z kawałkiem, ale co to ma za znaczenie?
- Niezła jesteś. – Teena z pogardą wydęła wargi. – Od tylu lat przemierzasz dostępne ci światy, a nigdy nie odczułaś ciężaru samotności? Nigdy nie marzyłaś o tym, by śnić? Nie chciałaś być taka jak ludzie?
- Słaba jak ludzie? Nie. – Tika potrząsnęła głową.
- W takim razie nie zrozumiesz, czemu urodziłam syna – zawyrokowała Las po Burzy.
- Wybacz, ale dla mnie on jest zakłóceniem energii – powiedziała Tika. – No i jest nieszczęsnym, słabym stworzeniem. Walczyłam z nim i gdyby nie wsparcie tego niewyszkolonego umysłu – wskazała na Teenę – zabiłabym go.
- A dla mnie jest wspaniałym mężczyzną! – zaperzyła się Teena. – Jest twardy. I jest dobry. Potrafi pokonać słabość swojego ciała i sprawdzić się jako wojownik i jako ojciec.
Las po Burzy przymknęła oczy. Żałowała, że sama nie umiała tak żarliwie mówić o swoim synu. Ona wciąż czuła wyrzuty sumienia, że skazała go na życie pełne bólu. Właściwie tylko tak umiała o nim myśleć, jako o tym, który cierpi.
- Ja też urodziłam synów, pięciu. I zupełnie tego nie żałuję – dorzuciła Teena.
- Jesteś chora na umyśle – prychnęła Tika. – Ale czego można się było spodziewać po kimś, kto nigdy nie poddał się szkoleniu.
- Twoje dzieci są inne niż Riauk – zauważyła cicho Mistral.
- Co przez to rozumiesz? – spytała Teena, udając, że nie usłyszała uwagi Tiki.
- W stosunku do nich nie czuję tego, co do Riauka. Nie odbieram ich istnienia, jako zakłócenia. To chłopcy, ale pozazmysłowo postrzegam ich, jakby byli małymi Wojowniczkami Nocy.
- Nie wiem, dlaczego tak jest. – Teena wzruszyła ramionami. – Ale to chyba dobrze. Riauk opowiadał mi, że spotkał najstarszą spośród nas, Nanę...
Tika wzruszyła ramionami.
- Nigdy nie słyszałam o kimś takim.
- ... Ona go uczyła i powiedziała, że być może to dobrze, że się urodził. I że może to wreszcie pora, by coś zmienić – ciągnęła dalej Teena. – Riauk wykombinował sobie, że powinien mieć wielu synów. Liczył, że mogą urodzić się zdrowi. No i w końcu nauczyliśmy się płodzić zdrowych synów.
- Kosztem Oiolose – powiedziała Las po Burzy. Teena nie wiedziała, czy słyszy w jej głosie tylko żal, czy też nutkę nagany. Żyła z kimś, kto nie powinien się urodzić. Czy miała prawo raz jeszcze popełniać ten sam błąd i dawać życie kolejnemu odmieńcowi?
- Tak – przyznała. – Za pierwszym razem się nam nie powiodło. W każdym razie – jej głos znów zabrzmiał mocniej – Riauk chciał dać Wojowniczkom Nocy nieśmiertelnych partnerów. Chciał, żeby nie musiały być samotne.
- To naprawdę chore! – zawyrokowała Tika.
Mistral potrząsnęła głową. Nie zgadzała się z nią.
- To... – wyjąkała. – Nie wiem, jak to wyrazić. To taka wielka i szlachetna myśl. Jak przyszło mu to do głowy?
- Zwłaszcza, że nam nie są potrzebni mężczyźni.
Teena znowu udała, że nie słyszy słów Tiki i odpowiedziała na pytanie Mistral.
- On zna swoją samotność.

Przejście między światami trudno było wypatrzyć. Ze stojącej tam niegdyś twierdzy pozostały tylko fundamenty. Serce Merego ścisnął żal. Z opowieści matki pamiętał, że przed setkami lat twierdza ta służyła za jedną z siedzib podwładnych Ich Wielmożności Ciemności. Kto ją zbudował? W jakim celu? Tego Dżana nie wiedziała. Z własnych wspomnień znał ją jako ponure, opuszczone zamczysko, a potem jako rodzinny dom. Dżana tu mieszkała, on również, przez jakiś czas. Mieszkały tu też jego siostra Szeva i córka Ranya. Obu nie było dane dożyć starości. Zginęły, kiedy na Świat zza Morza Ognia i Krwi napadli szarzy ludzie ze Świata Dyktującego, którzy pojawili się, gdy władzę przejął Ich Wielmożność Szarość. Wspomnienia sprzed setek lat, wygrzebane z zakamarków pamięci, nadal bolały.
Mery wychował Tirina, syna Szevy. Co stało się z Tirinem? Poszedł swoją drogą. Ożenił się, miał dzieci, w końcu umarł. Mery nie mieszał się do jego spraw. Nie mógł dzielić życia ze śmiertelnymi. To zbyt bolało. To nadal bolało.
Spróbował skupić myśli na sprawie Ich Wielmożność Szarości. Gdyby można było go obalić i zastąpić innym Ich Wielmożnością? Tylko jak? Ich Wielmożność Szarość już nie istniał. Pozostał tylko jako idea. Pozostali też szarzy ludzie. Nie istniał również zamek, który Ich Wielmożność Szarość przejął po swoich poprzednikach, Ich Wielmożności Ciemności i Ich Wielmożności Jasności. Mery liczył jednak, że uda mu się znaleźć ruiny tego zamku. Liczył na to, że uda im się stworzyć nowego Ich Wielmożność Jasność. Jak? Tego nie wiedział. Koń, który był chodzącą doskonałością, a z którego kału wyrósł Ich Wielmożność Jasność, dawno już nie żył. Może coś lub ktoś mogło go jednak zastąpić?
- Tu przedostaniemy się do Świata Dyktującego – Mery poinformował Riauka. – Przeskok między światami jest niebezpieczny, ale niespecjalnie trudny. Jedź za mną. Zepniemy konie do galopu. Kiedy miniemy ruiny bramy, przeskoczymy na Międzybagno. Tam ani tobie, ani koniowi nie wolno się zawahać. Jeśli zwolnicie, lub się zatrzymacie, zostaniecie na Międzybagnie na zawsze. Za nim jest Miejsce Gdzie Nie Istnieje Czas, a za nim już Świat Dyktujący. Cały przeskok będzie trwał tylko chwilę. Poradzisz sobie?
- Tak – burknął Riauk.
- Po drugiej stronie zachowaj spokój. Jedź za mną i nie rób niczego pochopnie. Ludzie stamtąd mogą być niebezpieczni. Są nietolerancyjni, lękliwi i mają broń miotającą ogień.
- Znaczy, broń palną? – Białowłosy próbował pohamować kipiący w mim gniew. Ojciec traktował go jak dziecko i bolało go to. Chciał, żeby walka, którą podjęli, była jego walką. Nie chciał być pionkiem kierowanym przez ojca.
- Jesteś gotowy? – spytał Mery.
- Tak.
Spięli konie. Ich wierzchowce ruszyły z miejsca galopem. W pędzie minęli ruiny bramy. Rozum podpowiadał Riaukowi, że nic nie może się wydarzyć, że po prostu pogalopują ścieżką wiodącą przez wiekową puszczę wyrastającą ni stąd, ni zowąd na granicy Pustkowia. Nagle otoczyła go jednak ciemność. To było Międzybagno. Zwarł łydki na bokach Kväla.
- Biegnij. Biegnij – szeptały jego usta.
To wszystko faktycznie trwało krótką chwilę. Zanim na dobre przeraziły go ciemność i chłód Międzybagna, w oczy wdarło się jasne światło. Wrzasnął tak z bólu, jak i pod wpływem szoku.
Byli po drugiej stronie. Mery ściągnął wodze kuca. Kväl wyhamował wpadając na zad Demona. Riauk zamrugał oczami, próbując przywrócić sobie ostrość widzenia.
Znaleźli się na szarej ulicy pośród szarych sześciennych domów. Nad ich głowami wisiało ciężkie, szare niebo. Paru ludzi w szarych strojach zwróciło ku nim szare, pozbawione wyrazu twarze. Nic jednak nie powiedzieli, a po chwili wrócili do swoich szarych spraw.
- Ja również za pierwszym razem się bałem – powiedział Mery, interpretując krzyk syna, jako oznakę strachu.
- Ruszajmy – mruknął Riauk. Nie chciał współczucia ojca.

Wieczorem rozbili obóz poza granicami szarego miasta, w ruinach, które Mery uznał za pozostałości po zamku Ich Wielmożności Szarości. Zdziwiło ich trochę, że odnalezienie tych ruin poszło tak łatwo. Mery wypatrzył nawet spękaną, kamienną płytę, która kiedyś stanowiła tron Ich Wielmożności.
Nie rozpalili ognia. Mery uważał, że bezpieczniej będzie, jeśli ludzie z szarego miasta nadal będą ignorować ich istnienie. Dla Riauka nie wyglądali groźnie, ich apatia była wręcz irytująca. Mery widocznie miał swoje powody, by sądzić inaczej, ale Riauk nie miał ochoty go o to pytać, choć rozsądniejsza część jego natury mówiła mu, że powinien.
Usiedli blisko siebie z podwiniętymi pod brody kolanami, obejmując je ramionami. W ten sposób próbowali się ogrzać. Plecami opierali się o siodła. Puszczone luzem konie pasły się obok.
- Teraz spróbujemy sprowadzić tu dziecko – powiedział Mery. – Małe dziecko będzie chyba najbardziej niewinną istotą, jaką możemy znaleźć?
Riauk tylko skinął głową.
- Czyje dziecko jest najmłodsze w waszej wiosce?
- Moje. Loravandil.
- Jutro rano pojadę po niego. Wrócę szybko, od przejścia między światami będę podróżować przy użyciu mocy.
- Dlaczego ty masz jechać? – zapytał Riauk stanowczo za głośno, prostując się. – Dlaczego nie ja? Przecież to jest mój syn!
- Dla mnie ta podróż jest łatwiejsza i bezpieczniejsza – odparł Mery cicho.
- Ale to moja wojna! Wszystko zaczęło się przecież od tego, że pokazałem się zarządcy.
- Wojna nie jest twoja, dotyczy wszystkich – upomniał go Mery. – Chcemy ocalić Świat zza Morza Ognia i Krwi.
- Ale dlaczego ty masz decydować?! Czemu nie mogę zrobić czegoś sam?!
- Czyś ty oszalał? – Mery wstał. – Opanuj się i zastanów, czego naprawdę chcesz.
- Ja...?! – Riauk poderwał się z miejsca. Dłonie mu drżały.
Na moment obaj zastygli w bezruchu.
- Popatrz na mnie – wykrztusił w końcu Riauk. – Kim jestem? Odmieńcem? Kaleką? Mam wiedzę i moc, ale nie mogę ich użyć. Chciałbym chociaż móc zasłużyć się jako wojownik, ale ty nie dajesz mi szansy. Traktujesz mnie jak dziecko. Komenderujesz mną. Ochraniasz mnie. Nie chcę tego. Chcę być samowystarczalny.
- Naprawdę oszalałeś. – Mery podszedł do niego i złapał za ramiona. – Weź się w garść i pomyśl. Mówisz, że masz wiedzę, więc skorzystaj z niej. Jestem twoim ojcem. Kocham cię. To naturalne, że chcę cię chronić. Pomóc jednak mogę ci tylko w walce. Potem zacznie się twoje dzieło. Musisz odbudować wioskę. Pomóc ludziom rozpocząć nowe życie w obcym dla nich świecie.
- To nie jest moje zadanie – zaprotestował Riauk.
- A czyje? – Teraz błękitne oczy Merego pałały gniewem. – Szefa już nie ma. A ty, z jakich powodów chcesz walczyć? Dla sławy, czy dlatego, że czujesz się odpowiedzialny za nasz świat i tamtych ludzi?
- Ja...? – Riauk strząsnął z siebie ręce ojca i z powrotem opadł na ziemię. – Czuję się odpowiedzialny – wyszeptał. – Przepraszam.

Mery przespał parę godzin, a potem wyruszył z powrotem. Koło południa wrócił razem z Loravandilem. Chłopiec nie płakał, ale wyglądał na przerażonego. Kiedy tylko Mery postawił go na ziemi, pobiegł do ojca i przylgnął do jego nogi. Riauk wziął go na ręce i przytulił.
- Nie bój się. Będzie dobrze – wyszeptał. – Przez chwilę tu pobędziemy. Zrobimy coś ważnego, a potem wrócimy do mamy, jako bohaterowie. – Obecność chłopca koiła jego nerwy. Był ojcem i chyba w tej roli się sprawdzał.
Kiedy Loravandil się uspokoił, Riauk nakłonił go, żeby wszedł na spękaną płytę dawnego tronu Ich Wielmożności.
Jednak z kału chłopca nic nie wyrosło.
- Gdyby nam się udało, to chyba byłoby zbyt proste – powiedział Riauk. – Dobrze, że Kit tego nie widzi. Szydziłby z nas długo i wymyślał głupoty o chorych zabawach z dzieckiem.
Na każde wspomnienie o Kicie bolesne drzazgi wciąż odzywały się gdzieś w jego sercu, ale ciepła było w nim znacznie więcej. Kit nieraz ratował mu życie. Wiele dla niego poświęcił. Czy go przy tym wykorzystał? A niby jaką odnieść miałby z tego korzyść? Czy go kiedykolwiek okłamał? W wieczności, której nie było, nie rozmawiali wiele o tym, kim byli. To nie miało wielkiego znaczenia. Niczego jednak przed sobą nie ukrywali. Cały problem w tym, że Riauk bardzo dużo z ich rozmów zapomniał. Zbyt się śpieszył, gdy w końcu powrócił do utraconej rzeczywistości. Ale Kit naprawdę był jego przyjacielem. Tylko czy on był przyjacielem Kita?
- Kiedyś tak to działało. – Mery w duchu zgadzał się ze swoim synem, czuł się jednak zawiedziony.
- Kiedyś... – Riauk chciał chyba rozpocząć kolejną kłótnię, ale nagle coś go tknęło. – Ale świat się zmienił, prawda? – zapytał bez gniewu w głosie.
Mery spojrzał na niego zaskoczony. O co też Riaukowi chodziło? Świat się zmienił, to oczywiste. Skinął głową.
- A co się zmieniło? – Riauk nie potrzebował już odpowiedzi, to było pytanie retoryczne. – Zapomnieliśmy. To się zmieniło. Zapomnieliśmy jak funkcjonuje świat, zapomnieliśmy o starych opowieściach, bohaterach. Może teraz, żeby pojawił się Ich Wielmożność, potrzeba prawdziwego poświęcenia.
- Czyli? – Słowa Riauka brzmiały sensownie.
- Nie wiem. – Biały wojownik wzruszył ramionami. – Może teraz nie wystarczy kał. Bo co to niby ma być za poświęcenie? Jakiś dawny rytuał, konie w różnych kolorach... Może to musi być koń i tyle, a poświęcenie to w tym przypadku puste słowo. Albo i nie. Może teraz trzeba na przykład krwi?
Loravandil zadrżał w jego ramionach.
- Chcesz kogoś zabić, tato?
- Nie. – Pochylił się nad chłopcem i pocałował go w czoło. – Nie bój się. Zabijanie nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem. Chcę tylko, żeby ktoś bardzo dobry i niewinny pokropił ten kamień swoją krwią. To będzie ofiara, dar tego kogoś dla nas wszystkich. Może to zadziała.
- To będzie twoja krew? – spytał chłopiec.
- Nie. – Riauk pokręcił głową. – Ja nie jestem wystarczająco dobry.
- Jesteś, dla mnie jesteś – upierał się Loravandil.
- Tak. – Zgodził się biały wojownik. – Ale zanim się urodziłeś, zanim poznałem twoją mamę, dawno, dawno temu robiłem złe rzeczy.
Mery patrzył na swojego syna rozmawiającego z chłopcem. Czy ten czuły i mądry rodzic mógł być tym samym narwanym, gniewnym Riaukiem, którego on znał? I czy ta oszpecona, upiornie blada twarz nie powinna budzić w dziecku strachu? Mery znał gniew drzemiący w czerwonych oczach Riauka, ale na chłopca te oczy patrzyły z miłością. Próbował przypomnieć sobie, jaki był Riauk w wieku kilku lat, ale nie mógł. Pamiętał go jako źródło wyrzutów sumienia Las po Burzy, jako powód kłótni, który stanął między nimi. Ale nie pamiętał go jako chłopca.
- A dziadek?
- Dziadek też. Nie ma dorosłych, którzy w życiu nie zrobili czegoś złego. Tylko dzieci są dobre.
Mery bardzo chciał przytulić Riauka i przeprosić go za to wszystko, co z Las po Burzy mu zrobili. Zabrakło mu jednak odwagi. Bał się reakcji syna na taki gest.
Chłopiec pozwolił, by ojciec zaciął go nożem w palec. Nie płakał, ale z jego krwi nadal nic nie wyrosło.
- Płyta jest uszkodzona, może to dlatego – powiedział Mery. Jego własne słowa nie wydały mu się sensowne, ale opuściła go już wszelka nadzieja.
- Albo dlatego, że zbrukaliśmy ją ludzkim kałem. Albo to musi być koń. Ale... Ale myślę, że warto spróbować jeszcze jednaj rzeczy. Może powinniśmy zdobyć się na większe poświęcenie. Gdybyśmy zebrali się tu wszyscy, gdybyśmy skropili tę płytę krwią, jednocześnie obiecując tu sobie, że nie będziemy z sobą walczyć i wybaczając sobie...
- Kogo masz na myśli, mówiąc: wszyscy? – W sercu Merego znów ożyło ziarenko nadziei.
- Wszystkich zamieszanych w ostatnie wydarzenia, ciebie, siebie, matkę, Teenę, te Wojowniczki Nocy, karczmarza, człekopsa, córkę szefa, Kita...
- To brzmi sensownie, ale... – Mery coś sobie nagle przypomniał. – My chcemy zamknąć demonom wstęp do Świata zza Morza Ognia i Krwi, a córka szefa i Kit są demonami.
- Może to i lepiej. – Myśli Riauka galopowały z ogromną prędkością. Wypowiadał słowa, ale jeszcze nie do końca rozumiał ich sens. Potrząsnął głową. - Wiesz, nie pojmuję tego, czym jest Kit. Nawet nie wiem, co mnie z nim łączy, ale jestem przekonany, że on jest moim przyjacielem. O to chodzi. Ten świat nie może być dla niego zamknięty. A córka szefa? Dokąd ona pójdzie? Nie może przecież wrócić do Dominium. Jej ludzie pewnie zbudują nową wioskę na Pustkowiu Świata zza Morza Ognia i Krwi, ale co z nią? Nasz świat musi być też jej światem. I, być może, jeśli naprawdę będziemy tego chcieli, będzie. Może jeśli niektóre demony będą po naszej stronie, nasza moc będzie większa? Może to dzięki nim wyrośnie nowy Ich Wielmożność?
- Spróbujmy więc.
Mery znowu wyruszył w drogę. Używając mocy sprowadził wszystkich na granicę puszczy. Ich poczynaniom nie towarzyszyła zbytnia nadzieja. Teenie wszystko wydawało się daremne. Karczmarz i człekopies przygotowywali się na śmierć. Córka szefa była zupełnie otępiała. Powoli uświadamiała sobie kim jest i co powinna robić, ale jeszcze nie była gotowa się temu poddać. Przyszła pora zapomnieć o zabawach i naiwnych mrzonkach. Nie była człowiekiem. Została sama, być może na wieczność. To wszystko przyprawiało o otępiający ból. Dla Wojowniczek Nocy wydarzenia, które były ich udziałem, wciąż stanowiły grę. Brały w niej udział, nie będąc jej częścią. Mistral, co prawda, całym sercem była już po stronie Riauka i jego towarzyszy, ale Tika wciąż jeszcze miała wątpliwości, czy powinny im pomagać. Owszem, obrona świata przed zmasowanym atakiem demonów była czymś słusznym i choć nie należała do powszechnych zajęć Wojowniczek Nocy, powinna spotkać się z ich poparciem. Jednak to, że staje po stronie mężczyzny, który nie powinien był się narodzić, wciąż budziło jej wątpliwości.
Teena zabrała ze sobą Maćka, mieli więc trzy konie, by przeprawić wszystkich przez Międzybagno. Las po Burzy i córka szefa potrafiły jeździć konno, mogły więc same pokonać przeskok między światami. Mery posłużył im tylko jako przewodnik. Resztę on, Riauk i Teena przewieźli, biorąc na grzbiety swoich wierzchowców dodatkowych jeźdźców. W sumie Mery musiał dokonać przeskoku w obie strony cztery razy, a Riauk i Teena – trzy. Przeskoki przerażały Riauka, a światło Miejsca Gdzie Nie Istnieje Czas za każdym razem zadawało ból jego oczom. Przy Wojowniczkach Nocy i Kicie starał się jednak nie okazywać słabości.
Ich pojawienie się w Świecie Dyktującym tym razem wzbudziło nieco większe zainteresowanie. Szarzy ludzie przyglądali się im, ale wydawało się, że teraz również nie podejmą żadnej akcji.
Bez przeszkód dotarli do ruin zamku Ich Wielmożności. Riauk wyłożył wszystkim swój pomysł, który spotkał się z burzliwą krytyką. Było wiele wątpliwości, ale nie było nikogo, kto umiałby udzielić jakichś wyjaśnień. Co oznacza zamknięcie świata dla demonów? Czy tylko to, że przejście przez góry będzie dla nich niedostępne, jeśli będą próbowały przedostać się z Dominium do Świata zza Morza Ognia i Krwi? Czy też nie będą mogły również wyjść? Riauk sądził, że nawet gdyby przejście zostało zamknięte z obu stron, Kit mógłby wydostać się stąd, idąc dostatecznie długo przed siebie. Gdzieś tam Świat Dyktujący traci podobno swoje właściwości i można przenieść się gdzie indziej przy użyciu mocy czy magii, a nie poprzez konkretne przejście. Setki lat temu obie babki Riauka, Dżana i Axia, odeszły stąd w ten sposób.
Były to jednak czyste spekulacje. Istniała też możliwość, że demony znajdujące się w Świecie Dyktującym lub w Świecie zza Morza Ognia i Krwi zginą. Same demony zdawały się tym jednak zupełnie nie przejmować.
- Mnie jest wszystko jedno, ja i tak nie mam dokąd pójść – powiedziała córka szefa. – Spróbujmy więc z tą krwią.
- Wszyscy jesteście porąbani – zawyrokował Kit. – Nawet, jeśli naprawdę możemy stworzyć jakiegoś tam Ich Wielmożność, wasze pomysły nie mają sensu. Utoczenie paru kropel posoki nie jest żadnym poświęceniem. Poszczypie i się zagoi. Wzajemne obietnice, że będziemy dla siebie mniej niedobrzy, też niewiele dadzą. Zazwyczaj nie jesteście chyba dla siebie aż tak podli, a ja większość z was dopiero co poznałem. Poświęcenie wiąże się ze stratą, po której zostaje żal. Ale oddam trochę swojej krwi, skoro tak bardzo chcecie. Kału też mogę trochę dać. Łupieżu niestety nie mam. Może za poświęcenie wystarczy ryzyko, które ponoszę, skoro być może nie będę mógł się potem stąd wydostać. Jednak w to wątpię.
Riauk przeczuwał, że w tym, co mówi Kit jest sporo racji, nie miał już jednak innych pomysłów.
- Bierzemy się do dzieła – zarządził.
Niczego nie zdążyli jednak zrobić.
- Patrzcie! – zawołał człekopies, wyciągając rękę w stronę, z której przybyli.
Wszyscy zwrócili twarze w tym kierunku. Przez moment nie bardzo wiedzieli, co się dzieje. Zdawało się, jakby szare domy zaczynały się ku nim zbliżać. Nie domy jednak ku nim maszerowały, a tłum szarych ludzi.
- Uciekajmy! – jęknął człekopies.
- Nie uda nam się. – Karczmarz pokręcił głową.
- Nie mamy dokąd. To ich świat. – Głos Merego był zupełnie spokojny, choć słowa temu przeczyły.
Teena otuliła ramionami Loravandila. Wszyscy czekali w bezruchu, co się zdarzy.
Szarzy ludzie nie podeszli do nich blisko. Zatrzymali się nieopodal ruin. Niczego nie powiedzieli. O nic nie spytali. Stanowili szarą masę, która przyszła oczyścić swój świat z dziwacznych intruzów, a nie zadawać pytania. Unieśli w górę swoją broń – rury miotające śmierć.
- Ludziom, którzy posługują się taką bronią, nie sposób się przeciwstawić – powiedział Mery. Jego głos wciąż był zupełnie spokojny. Z godnością przyjął swoją klęskę. Znał broń szarych ludzi. Już kiedyś z nimi walczył. Był wtedy bardzo młody.
Riauk, choć także zdawał sobie sprawę z ich położenia, nie zamierzał poddać się bez walki. Jednym susem dosiadł Kväla i pchnął ogiera w przód, wzniósł miecz nad głowę.
Zanim światem wstrząsnęła pierwsza salwa, Teena runęła na ziemię, osłaniając swoim ciałem Loravandila. Do ziemi przypadli też człekopies, karczmarz i córka szefa, która nie mogła zrozumieć, czemu jej ciało odruchowo ratuje życie, na którym jej zupełnie nie zależy. Spłoszone Maciek i Demon skoczyły w tył i popędziły galopem w głąb Świata Dyktującego, w stronę skrytego za horyzontem morza.
Kule przeszły przez ciała Las po Burzy, Merego, Mistral i Tiki. Tylko na moment na ich twarzach gościł grymas bólu. W chwilę później, używając mocy, wygoili swoje rany. Zrobili to odruchowo, praktycznie bez użycia świadomości. Tak funkcjonowały ich ciała. Kita nie dosięgła żadna kula. Był w stanie pochwycić je w dłonie.
Riauk kątem oka spostrzegł, że kule nie są w stanie zranić jego towarzyszy. Nie mógł jednak pojąć, czemu nie atakowali. Gdyby użyli mocy, mogliby chyba zabić myślą wszystkich szarych ludzi. On by mógł. I tak jednak przepłaciłby to życiem. Po takim wyczynie jego słabemu ciału zabrakłoby energii. Właśnie. Dlaczego przypuścił szarżę. Bo miecz był uczciwszy?
Poczuł ból w boku. Kula prześlizgnęła mu się po żebrach. Jego szarża była po prostu straceńcza. Więc co, tak po prostu, znienacka zginie z rąk szarych ludzi?
Kolejna salwa. Kule znów przeszły przez ciała Wojowniczek Nocy i Merego, nie czyniąc im szkody. Kit ziewnął.
Paraliżujący ból przeszył nadgarstek Riauka. Dłoń bez udziału woli rozwarła się, wypuszczając miecz. Poczuł, że ciało Kväla unosi się w górę. Czemu ten durny koń nie galopuje w ich ostatniej szarży, a postanowił stanąć dęba?
Białowłosy był zbyt oszołomiony bólem, by prawidłowo zareagować i zewrzeć nogi na bokach konia, ratując się przed upadkiem. Runął w tył. Nie potrafił używać mocy tak odruchowo, jak jego towarzysze i leczyć się w wirze walki. On przecież zawsze, aż do ostatniej chwili starał się nie sięgać do mocy. Oszczędzał energię nawet w tych czarnych momentach, na które ją przechowywał.
Jeszcze jeden strzał. Kule przeszły przez szyję, pierś i bok Kväla. Ciepła krew zbryzgała włosy i twarz Riauka. Stary ogier zarżał dziko. Przez moment stał jeszcze wzniesiony na tylnych nogach. Wydawał się bardzo majestatyczny. Chyba wszyscy, poza Riaukiem, zdali sobie nagle sprawę, że spośród nich tylko jeden Kväl zrobił coś sensownego. Stanął dęba, by osłonić swego pana własnym ciałem.
Kväl zwalił się nagle w bok. Zachrapał jeszcze i przewrócił oczami. Potem jego wielkie ciało znieruchomiało. Tak samo znieruchomiało wszystko wokół. Ogarnęła ich cisza.

Riauk z trudem usiadł. Twarz miał uwalaną ziemią i krwią. Lewą dłoń zaciskał na strzaskanym prawym nadgarstku, wciąż jeszcze nie był zdolny, by zebrać myśli i użyć mocy. Spojrzał na ciało ogromnego ogiera.
- Kväl – wyszeptał i wyciągnął ku niemu rękę. Musnął palcami szarą sierść. Wiele razy w swoim życiu wyciągał ogiera z przeróżnych tarapatów. Kochał go. Nie sądził jednak, że zwierzę rozumie jego uczucia i wie, co on dla niego robi. Teraz jednak Kväl oddał za niego życie.
Coś podobnego już się kiedyś stało. Śmiertelna dziewczyna osłoniła go swoją piersią i za niego zginęła. Mógł uratować ją mocą, tak jak i pewnie mógł uratować Kväla. Nie potrafił jednak działać tak szybko.
Nagle się zreflektował. Dlaczego szarzy ludzie już nie strzelali? Dlaczego nikt nic nie mówił?
Uniósł głowę i spojrzał na szarych ludzi. Stali jak wmurowani, wpatrując się w coś za nim. On też się odwrócił. Na płycie tronu, która nie była już spękana, a scaliła się w jedno, zaczął formować się jakiś kształt. Na początku była to bliżej nieokreślona czerwona masa, wciąż pulsująca i rosnąca. Potem wyodrębniła się z niej głowa i ręce. Narodził się nowy Ich Wielmożność. Z czego wyrósł? Z krwi Kväla?
Z czerwonej masy ukształtowała się twarz. Otworzyły się w niej usta i oczy z tęczówkami o barwie krwi. Riauk spojrzał w te upiorne oczy i zadrżał. Krył się w nich głęboki smutek, ale też kipiała determinacja i może gniew. Czy dla innych ludzi oczy Riauka były tak straszne, jak oczy Ich Wielmożności dla niego? Nie zniósł tego spojrzenia. Stracił przytomność.

Nie wiedział, co stało się potem z szarymi ludźmi, ani jak ich grupa wydostała się ze Świata Dyktującego. W przebłysku świadomości zdał sobie tylko sprawę, że płacze i że obejmują go czyjeś ramiona. Z początku nie poznał jednak ich dotyku. To była matka. Tuliła go tak, jak nie tuliła nigdy w dzieciństwie. Czy w końcu pogodziła się z tym, jaki był? Nie rozmawiał z nią o tym później. Wstydził się swoich łez. Dlatego, kiedy już odzyskał świadomość, wolał udawać, że niczego nie pamięta. Ale pamiętał. Nawet coś więcej prócz jej ramion i swoich łez. Pamiętał głosy.
- Jaki on jest słaby. To straszne, że moc może kryć się w tak słabym ciele.
Czy to mówiła Tika?
- Jest słaby, ale będzie silny – odpowiedział spokojny męski głos. Ojciec? Ojciec w niego wierzył, a matka w końcu go przytuliła. Nie sądził, że kiedyś ich obecność zapewni mu spokój, ale tak się stało. Nie musiał się bać.

Przez moment Riauk zastanawiał się, czy się nie pomylił, ale pomyłka przecież nie wchodziła w grę. Znajdował się na terenie Dominium, niedaleko Stolicy Najdalszej Południowej Prowincji. Powinien trafić na farmę dziewczyny, która podszywała się kiedyś pod Dżanę, a która w przebraniu młodego żołnierza Virga ostrzegła go przed zarządcą. Chciał z nią porozmawiać. Chciał dowiedzieć się, co się z nią stało w rzeczywistości, w której nie spotkali się w wiosce.
Podróż w przestrzeni umożliwił mu Mery, użyczając swej mocy. Riauk sam jeszcze długo nie byłby do takiej podróży zdolny. Po narodzinach Ich Wielmożności Poświęcenia przez kilka dni był nieprzytomny. Jego ciało trawiła choroba, której nikt nie potrafił opanować mocą. Kiedy odzyskał świadomość, jeszcze przez jakiś czas męczyła go gorączka.
- Nikt z nas nie wie, co naprawdę się wydarzyło, bo nikt z nas nie ma już wystarczającej wiedzy – powiedział Mery. – Ale wydaje mi się, że Ich Wielmożność Poświęcenie narodził się jakby dla ciebie. Twój koń cię kochał i chyba właśnie ta miłość jest kluczem do wszystkiego, co się wydarzyło. Teraz ten świat nosi twoje znamię. Czy bowiem wszystko nie ułożyło się tak, jak ty tego chciałeś? Dla demonów dostęp do Świata zza Morza Ognia i Krwi został zamknięty, a jednak ta bariera nie dotyczy Kita ani córki szefa.
- Przecież wszyscy tego chcieli, nie tylko ja – zaprotestował Riauk.
Mery pokręcił głową.
- Ja mogłem tego chcieć, choćby dla ciebie, ale nie byłem w stanie tego rozumieć i czuć tak, jak ty. Dla większości z nas to sprawa abstrakcyjna. Ratujemy świat. Ale ty chciałeś walczyć za konkretnych ludzi. Oni byli ci bliscy, tak jak ty byłeś bliski Kvälowi. Poza tym, patrzyłem w oczy Ich Wielmożności Poświęcenia. Te oczy... – Mery urwał, a Riaukowi po plecach przeszedł dreszcz. Chyba wiedział, co ojciec zaraz powie, ale bał się to usłyszeć. – Jego oczy są twoimi oczami, być może Ich Wielmożność Poświęcenie zabrał sobie coś z ciebie. Może skorzystał z twojej mocy, by się narodzić i tym samym ściągnął na ciebie chorobę. Może narodził się nie tylko z poświęcenia Kväla, ale i twojego. Ty jeden byłeś gotowy walczyć. Ty jeden czułeś coś poza rezygnacją lub strachem.
- Nie zapominaj o Kicie. Dla niego to była zabawa. Zapewne uzdrowiłby nas jednym skinieniem, a drugim roztarł szarych ludzi na miazgę.
- Całkiem możliwe. Ale nie zrobił tego i pozwolił nam na chwilę zapomnieć, że byłby w stanie. Nie byłoby mowy o poświęceniu, gdybyśmy mieli świadomość, że za naszymi plecami stoi ktoś, kto czyni nas niepokonanymi.
- Myślisz, że taki był jego plan? Muszę go o to zapytać.
- Może lepiej nie – powiedział ojciec.
- Ale... Dlaczego wy nie walczyliście? Dlaczego pozwoliliście mi na tę durną szarżę? Dlaczego pozwoliliście na śmierć Kväla?
Mimo odniesionego zwycięstwa Riauk wciąż czuł straszliwy żal. Pochował konia, płakał, chorował. Wszyscy widzieli go słabym. Wciąż nie miał na koncie żadnego bohaterskiego czynu. Po raz kolejny ktoś przelał za niego krew.
- A ty? Czemu nie użyłeś mocy? – głos Merego przybrał rzeczowy ton. Nie pierwszy raz uważał zachowanie syna za zbyt histeryczne. Chciał zmusić go do opanowania się i myślenia.
- Jestem zbyt słaby.
- Czy miało to znaczenie? I tak myślałeś, że zginiesz.
Tak. Wiedziałem. – Olśnienie przyszło nagle.
- To byłaby masakra.
- Właśnie. Dlatego nie walczyliśmy mocą. Szarzy ludzie zagrażali nam, a w przeszłości zagrażali naszemu światu. To jednak nie ich wina. Narodzili się z szarości, z przeciętności i obojętności. Nie mogli być inni. Czy mogliśmy ich jednak wszystkich wybić, broniąc naszych spraw? Nasze życie niczym nie różni się od ich życia. Byliśmy zresztą w ich świecie, ich domu.
Riauk skinął głową. Przez chwilę milczał, potem jego zbolały umysł znalazł kolejną nieścisłość w słowach Merego.
- Co się z nimi stało?
- Kiedy zaczął się formować zamek Ich Wielmożności Poświęcenia, miasto runęło w gruzach. Wtedy przestali obserwować, co się dzieje i zostawili nas samym sobie. Pognali ratować swój dobytek. Może czegoś ich to nauczy, może staną się lepsi.
- Może. – Riaukowi wcale nie podobały się konsekwencje ich czynów. Były okupione cierpieniem zbyt wielu istot, zwłaszcza, że sprawy w Dominium również nie potoczyły się tak pomyślnie, jak sądzili.
Teraz stał wśród zgliszczy. Z chałupy, stajni, stodoły i wiatraka nie zostało prawie nic.
- Czego chcesz?!
Riauk podskoczył zaskoczony. Ktoś tam wciąż był - dziewczyna o krótko obciętych włosach, ta, którą poznał najpierw jako Dżanę, a potem jako Virga. W rogu dawnego podwórka dymiło małe ognisko. Stały tam trzy konie, w tym tarantowata klacz o zgolonej grzywie.
- Przyszedłem z tobą porozmawiać.
- Po co? Już za późno. Na wszystko. – Dziewczyna odwróciła się do niego plecami. Głos zadrżał jej, jakby próbowała opanować wybuch płaczu.
- Co się stało? – Chciał wiedzieć, ale wszystko, co mówił, wydawało mu się zupełnie nie na miejscu.
- Zaciągnęłam się do oddziału, który wyruszył na polowanie na ciebie. Dowodził nim człowiek, którego podobno zabiłeś. Chciałam to zrozumieć, może cię ostrzec – mówiła wciąż stojąc do Riauka placami. – Dostaliśmy wiadomość, gdzie jesteś, ale nie dotarliśmy tam. Coś stało się dowódcy. Przez kilka dni zdawał się być martwy. Zanim jednak zdecydowano się, gdzie go pochować, zupełnie zdrowy podniósł się z łóżka...
- Co?! – wyrwało się z gardła Riauka.
- To, co powiedziałam! – Dziewczyna odwróciła się do niego. Jej mokre od płaczu oczy pałały gniewem. – Wyruszyliśmy dalej i odnaleźliśmy wioskę u podnóża gór. Była opuszczona. Zabiliśmy jej jedynego mieszkańca, który niczego nie chciał nam powiedzieć. Potem spaliliśmy tę wioskę i poszliśmy dalej, ale nie udało nam się przejść przez góry. Jak długo byśmy nie szli, wciąż znajdowaliśmy się w tym samym miejscu. Nie wiem, jak to możliwe. Ale nasz dowódca chyba wiedział. Zawróciliśmy. Dowódca był wściekły, wszyscy byli wściekli. Palili każdą wieś, jaką napotkali po drodze. Wojsko Dominium niszczyło wioski Dominium. Nie bali się nikogo i niczego. Słusznie zresztą, bo nikt nie próbował ich zatrzymać, ja też nie. Spalili mój dom i zabili mojego brata, a ja na to patrzyłam. – Rozszlochała się nagle.
Riauk podszedł do niej. Niepewnie wyciągnął rękę, chciał ją objąć, pocieszyć. Odepchnęła go.
- To twoja wina! – krzyknęła. – Miałeś go zabić!
- Ale nie zdołałem – wyszeptał. Nie była to do końca prawda. Raz go zabił, raz mu się powiodło, ale potem cofnęli czas. Potrzebowali wiedzy zarządcy. Brat dziewczyny zapłacił za to życiem. Wszystko miało swoją cenę.
- Ty nie zrobiłeś tego, co obiecałeś, więc ja też nie muszę – wycedziła przez zęby. – Teraz, kiedy niczego już nie mam, co mi pozostaje, oprócz złapania za miecz i walki z niesprawiedliwościami targającymi Dominium?
- Nie wyrzekłaś się miecza nawet na moment – zauważył Riauk. – Przecież zaciągnęłaś się do wojska. A teraz lepiej odbuduj młyn. Ja zabiję zarządcę. Obiecuję ci to raz jeszcze. Zajmie to jednak sporo czasu, on jest silniejszy, niż ja. Chyba sama już to rozumiesz. – Dziewczyna nic nie powiedziała, patrzyła tylko na niego. – Chcę, żebyś o czymś wiedziała – dodał. – Właściwie po to tu przyszedłem. Zrobiłaś bardzo wiele. Gdyby nie ty, zarządca by mnie zabił, a potem przeszedł przez góry i zajął Świat zza Morza Ognia i Krwi. Tak naprawdę to ty go zatrzymałaś. Nie masz o tym pojęcia, bo musieliśmy, ja i moi przyjaciele, cofnąć czas, tak, że w rzeczywistości, którą ty pamiętasz, nie spotkaliśmy się w wiosce u podnóża gór. Chcę ci podziękować za to, co dla mnie zrobiłaś w rzeczywistości, którą ja pamiętam, a która dla ciebie nie zaistniała.
- Nie obchodzi mnie to – powiedziała dziewczyna. – Odejdź.

A więc zarządca się wydostał! Jak to się stało? Dlaczego? Dlaczego?! – Umysł Riauka krzyczał. Słowa formułowały się w myślomowie bez udziału jego woli. Zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że przelewa swój gniew do świadomości tego, którego uważał za winnego zaistniałym zdarzeniom.
Nie wydostał się. Takiego więzienia nikt nie może opuścić samodzielnie. – To nie była myśl Riauka, choć nie od razu pojął, że Kit nawiązał z nim kontakt.
Nie mógł opuścić samodzielnie? Ty go wypuściłeś?
Odpokutował swoje grzechy. Cokolwiek zrobił, czegokolwiek się dopuścił. Nawet, jeśli miałoby się okazać, że obaj nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie ogromu jego zbrodni. Zapłacił za wszystko, niezależnie od definicja dobra i zła, jakie względem niego zastosujemy. Choćby każdy oddech policzyć mu jako najcięższy grzech, zapłacił. Rozumiemy się?
- Nie! Ja nie rozumiem! – wrzasnął Riauk. Nie mógł zrozumieć. Przed oczami wciąż miał twarz zapłakanej dziewczyny. Wszystko straciła przez niego. A on nawet nie znał jej imienia. Złość i żal nie pozwalały mu myśleć racjonalnie. Chciał śmierci zarządcy, nie obchodziło go przy tym, czy ten będzie przed śmiercią cierpiał i jak wielkie będzie to cierpienie.
Gdy został sam, czas w tym małym bąblu rzeczywistości gwałtownie przyśpieszył. Jak ci się podoba wizja milionów lat samotności? Widziałem innych, którzy przeszli przez coś takiego. Wśród nich widziałem kogoś, kto był mną, w pewnym sensie. Jasne, nie mieliśmy wyboru. Ale to nie zmienia faktu, że zgotowałem mu los, którego nie życzę nikomu.
Gniew Riauka ostygł. Zwiesił głowę. Wiedział, że Kit ma rację. Nie mógł tylko zaakceptować ceny, jaką musieli zapłacić za wszystko, co osiągnęli. Chciał powiedzieć: „Mogłeś chwilę zaczekać, dać mi szansę stanąć z nim do walki”. Powstrzymał się jednak. To było głupie. Zapewne wciąż nie był w stanie pokonać zarządcy i chyba nigdy nie będzie, mimo że złożył taką obietnicę.
- Riauku, co z tobą?
Nie zrozumiał pytania, a dotyk Teeny przeraził go. Odskoczył w tył.
- Co z tobą? – powtórzyła. – Od kiedy Mery przeniósł cię z powrotem, stoisz tu bez ruchu. Krzyczałeś. Czy wszystko jest w porządku?
- Nie – odparł. – To znaczy, ze mną tak – poprawił się, kiedy spostrzegł przerażenie w oczach Teeny. – Źle się dzieje w Dominium. To wszystko. A ja rozmawiałem z Kitem w myślomowie.
- Nie mogłeś normalnie? On tu jeszcze jest.
- Tak jakoś wyszło. – Riauk uśmiechnął się słabo. Był zakłopotany.

Życie powoli wracało do normy, na tyle, na ile to było możliwe. Mistral i Tika pomogły ludziom z wioski i pobratymcom karczmarza przedostać się do Świata zza Morza Ognia i Krwi. Niedaleko przejścia do Świata Dyktującego miała powstać nowa wioska. Mężczyźni zaczęli już wycinać drzewa pod budowę domów. Mistral i Tika zostały i pomagały im w pracy. Obiecały też uczyć Teenę. Na razie nie miały nic lepszego do zrobienia, chciały też mieć Riauka i jego rodzinę na oku. Doceniały jego czyny, ale wciąż miały wątpliwości, czy Riauk powinien się w ogóle urodzić i czy ma prawo zmieniać porządek świata, tak, jak to robił do tej pory. Teenie nie całkiem podobało się, że te dwie Wojowniczki Nocy miały być jej nauczycielkami. Przez niedostatki swojej wiedzy czuła się od nich gorsza. I choć to utrudniało ich wzajemne stosunki, to również motywowało ją do nauki. Wiedziała, że w końcu musi zapanować nad swoją mocą, choćby po to, by dorównać tym wariatkom.
Kit wrócił do swoich spraw i sobie tylko znanych światów. Do własnych spraw mieli też wrócić Mery i Las po Burzy. Ale Mery wyruszył jeszcze z Riaukiem i małym Kitem do Jedynego Miasta Świata zza Morza Ognia i Krwi. Przenieśli się tam korzystając z mocy Merego. Riauk i Kit mieli wrócić wierzchem po nabyciu koni. Mały Kit był z siebie bardzo dumny. W końcu miał dostać swojego pierwszego wierzchowca, własnego kucyka. Riauk nie był pewien, czy chłopiec da radę spędzić w siodle kilka dni podróży powrotnej, ale sam Kit zupełnie o tym nie myślał. Wreszcie miał stać się jeźdźcem.
- Czy to rozsądne, że pozwalasz dziecku samodzielnie wybrać sobie kucyka? – spytał Mery. Stali na skraju targowiska. Wokół nich rozbrzmiewał gwar głosów i parskanie koni.
- Tak. – Riauk był tego pewny. – Jeśli wybierze trudnego konia, będzie musiał nauczyć się więcej. A jeśli nie podoła temu zadaniu i zniechęci się do koni, to może to i lepiej. Nie musi przecież być jeźdźcem. Konie są śmiertelne, a ich śmierć boli.
- Brakuje ci Kväla?
- Tak. – Riauk skinął okrytą kapturem głową. – Chyba już zawsze będzie mi go brakowało.
- Zawsze będziesz go pamiętał – poprawił go Mery.
- Tak, ty to wiesz. – Usta Riauka skrzywiły się w śmiechu. Mery miał już wiele koni.
- Co zamierzasz teraz zrobić?
- Tato!
- Nie wiem. – Byli zbyt zajęci rozmową, by usłyszeć wołanie chłopca. – Powinienem zapolować na zarządcę. Wiem, że teraz już nam nie zagraża, ale obiecałem, że to zrobię i chciałbym dotrzymać obietnicy. Jednak przy mojej obecnej formie, nie miałbym szans w walce z nim. Ale czy mogę stać się silniejszy? Nie wiem. Muszę o tym pomyśleć...
- Tato!
- Muszę też jakoś znaleźć sobie miejsce w tym świecie, skoro teraz ma być również moim światem.
- Wiesz, że nie mogę ci pomóc, choćbym chciał – powiedział Mery cicho.
- Wiem, teraz to moja walka i tak jest dobrze. Nie przejmuj się mną, ja... Na razie czuję się bardzo zagubiony, ale jakoś wszystko ułożę.
Mery uśmiechnął się i poklepał Riauka po plecach.
Tato! – Kit musiał użyć myślomowy, żeby ojciec zwrócił na niego uwagę.
Riauk rozejrzał się, szukając wzrokiem syna. Chłopiec stał przy pierwszym handlarzu końmi, obok kudłatego, wiśniowogniadego kucyka, który z niewinną miną przeżuwał rękaw jego bluzy.
Riauk podszedł do syna.
- Już wybrałeś sobie konia? – spytał.
- Tak.
- A oglądałeś inne?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo chcę tego. Nazwę go Łobuz.
Riauk krytycznie przyjrzał się zwierzęciu. Kucyk wyglądał na zdrowego, nie miał też rażących wad budowy. Trudno było jednak powiedzieć, żeby był urodziwy. Riauk podejrzewał, że starsze rodzeństwo będzie śmiało się z wyboru małego Kita.
- A dlaczego chcesz tego?
- On jest śliczny i słodki – oczy chłopca płonęły z podniecenia. – Będę go kochał i będę o niego dbał.
- Dobrze – zgodził się Riauk. – Będzie twój. – Urzekła go wola chłopca, chęć dostrzeżenia doskonałości w zupełnie zwyczajnym koniku. Może słuszne życiowe wybory są prostsze, niż sądził.
- Ciekawe, czy ty też tak szybko wybierzesz sobie konia – zaśmiał się Mery.

21.11.2005 – Warszawa

C.D.N. Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...