Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
Dżana
czyli to, co Oiolose przepisał z umysłu Opowiadaczki, choć nie w pełni zrozumiał

"To, że nie wierzysz, że twój świat istnieje,
nie znaczy, że nie wierzysz w niego."
- Lech Kwieciński

6. „I tylko Las się przed nim pokłoni”


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Jak zawsze wydawało mi się, że zakończyłam opowieść o Dżanie, że nie będę miała niczego do dodania, że wiem już wszystko i że Dżana wszystko wie. Los chciał, że musiałam wprowadzić pewne zmiany.
W zakończeniu „Najtrudniejszego wyzwania” zajmowałam się sprawą obietnicy. Tym, że pojawia się ktoś, lub coś, a w raz z tym nadzieja na dobrą przyszłość. Taką właśnie obietnicą dla Dżany był Arcest, dla Merego - Sidia, a dla mnie - Wraga, mały, bułany konik z klubu jeździeckiego na Ursynowie.
Śniłam o Wradze całe lato, ale kiedy wpadłam do klubu, jej boks był zajęty przez innego konia. Przeszukałam wszystkie budynki, ale jej nie znalazłam. Poczułam się, jakby ktoś dał mi w łeb.
Czyżby to był koniec? – pomyślałam. - Czyżbym miała już nigdy nie zobaczyć mojego małego, walecznego konika? Czemu zawsze muszę tracić swoje ulubione konie? - zapytałam sama siebie. Maciek został uśpiony, Demoniak padł, Akryl się zestarzał, a teraz zabrakło także jej, klaczy, która pokazało mi, że ponownie można kochać.
Odpowiedziałam - bo tak musi być. - Przyjęłam to jakby z rutyną - ja tracę. Ja tracę, czas płynie - widziałam to wręcz w dotykalny sposób, więc... Obietnica to wspaniała rzecz, ale jak to obietnica, nie zawsze zostaje dotrzymana. Nie mogłam wrócić do Wragi. Czemu więc Mery miałby mieć do kogo wrócić?

Jechali żwawego stępa. Nie rozmawiali, nie potrzebowali słów. Byli spokojni. Swoje przeszli, ale świat znowu wydawał się im piękny. Powoli zbliżali się do miasta szarych ludzi, ale nie bali się. Ich serca rwały się w przód, do Arcesta i do Sidi. Chcieli ich zobaczyć. Chcieli spróbować raz jeszcze, wykorzystać szansę, jaką dało im życie. Chcieli popędzić konie i ruszyć szalonym galopem, ale powstrzymywali zwierzęta i siebie. Oczekiwanie budziło emocje, sprawiało, że ich serca biły coraz szybciej. Nie musieli spieszyć się do szczęścia, skoro wiedzieli, że ono i tak nadejdzie.
Trudno powiedzieć, kiedy spostrzegli zbliżający się ku nim punkt. Po prostu w pewnym momencie już był. Wytężyli wzrok. Z początku nie zobaczyli jednak niczego, poza punktem właśnie. Potem stał się on człowiekiem prowadzącym konia, potężnym mężczyzną z ciężkim koniem. Potrzebowali jeszcze chwili, by rozpoznać powolny, chybotliwy krok Arcesta, a potem jego samego i Betsy. Wtedy spięli konie i podgalopowali do niego. Tuż przed nim osadzili zwierzęta w miejscu. Księżna przysiadła na zadzie. Coś było nie tak. Wyczuli to przez skórę. Wyczytali to z pobladłej, szerokiej twarzy Arcesta.
- Co się stało? - spytała Dżana.
Mery nie musiał pytać, on już wiedział.
- Napadli na Sidię - odparł Arcest bezdźwięcznie.
Dżana zsunęła się z siodła i puściła Księżną wolno. Mery tkwił na grzbiecie Róży bez ruchu. Arcest zdjął z grzbietu siwej klaczy bezwładne ciało dziewczyny i stękając położył na ziemi. Zachwiał się przy tym, był za gruby na takie wygibasy.
- Mówiłaś, że umiesz leczyć - wyjąkał, ale Dżana kucnęła przy Sidi zanim w ogóle doszedł do połowy zdania. - Ludzie z miasta obrzucili ją kamieniami...
Dziewczyna miała na głowie zakrwawiony bandaż. Dżana dotknęła jej ręki, próbowała złapać puls.
- Nie mogłem jej ochronić, byłem na polu z Betsy... - tłumaczył Arcest, ale Dżana nie słuchała. Odciągnęła powiekę Sidi i zarejestrowała fakt, że źrenica nie zareagowała na światło.
- Uratujesz ją...? - Arcest urwał nagle, z przerażeniem spostrzegając, że Dżana dobywa miecza.
Kobieta przytknęła klingę do ust dziewczyny, choć wiedziała już, że to zbędne. Nie wiedziała tylko, jak powiedzieć to Arcestowi i Meremu. Uniosła miecz i przyjrzała się klindze. Nie było na niej nawet śladu typowej mgiełki pozostawianej przez oddech.
- Ona nie żyje - wyszeptała w końcu, w najmniej taktowny sposób, jak to było możliwe.
Arcest otworzył usta. Mery spiął Różę i runął przed siebie galopem. Dżana chciała wskoczyć na konia i ruszyć za nim, gonić go, by go nie zgubić z oczu, by go przypilnować, żeby nie zrobił niczego głupiego. Nie zrobiła tego, nie mogła. Rzuciła się tylko w stronę Księżnej. Napotkała jednak pełne smutku, ciemne oczy Arcesta. Nie mogła zostawić go samego z ciałem Sidi. Nie mogła po prostu wskoczyć na konia i odjechać, nie mogła, tym bardziej, że on nie był w stanie czegoś takiego zrobić. Zamiast gonić syna, czy może raczej uciec, jak on, podeszła do Arcesta i objęła go.
- Przykro mi - wyszeptała.
Wielki mężczyzna płakał jak dziecko.

Przez tydzień chodziłam struta, tęskniąc za swoim małym konikiem. W czasie tego tygodnia powstała scena, którą właśnie opisałam, a potem... Potem pojechałam na pierwszą jazdę i zobaczyłam ją. Wraga stała na swoim miejscu. Z początku co prawda jej nie poznałam, bo ją ostrzyżono, ale to była ona. W oczach stanęły mi łzy. Wróciła.
Nie zawsze musi być źle!
Dopiero dużo później miałam się dowiedzieć, że Wraga nie należała do klubu jeździeckiego na Wolicy, a była tylko przez ten klub dzierżawiona od prywatnego właściciela. Na wakacje jednak właściciel zawsze zabierał ją do siebie.
Niestety, Wraga mogła wrócić na Wolicę, ale Sidia nie mogła zmartwychwstać. Nie wiedziałam, co począć. Nie chciałam, żeby Mery cierpiał. Nie chciałam, żeby był sam, ale obarczyłam go przepowiednią i nie mogłam tego cofnąć, teraz już nie. Zaczęłam za to szukać w niej luki, metody jej obejścia. Ku swemu zdziwieniu znalazłam ją bez trudu, do tego, metoda ta okazała się bardzo prosta. W ten sposób, choć sama tego nie planowałam, początek i koniec otrzymała historia, która powstała dużo wcześniej, ale do tego wrócę za chwilę.

Mery nie ujechał daleko. Był rozbity, ale sam zdołał zrozumieć, że to, co robi, jest nieracjonalne. Zawrócił. Był już wtedy w Świecie zza Morza Ognia i Krwi.
Kiedy dotarł do twierdzy będącej przejściem między światami Dżana już tam była, a Arcest wraz z nią. Po wielu usilnych i rozpaczliwych próbach udało mu się dosiąść Betsy. Czuł się źle, tak z powodu Sidi, jak i tego, jaki był. Na szczęście miał przy sobie Dżanę, a ona wiedziała już, że zawsze przy nim będzie. Gill nie pytała o nic. Wykazała się taktem. Nie była już przecież nieznośnym dzieckiem, a kobietą, która coś niecoś wiedziała o życiu. Dżana opowiedziała o tym, co ich spotkało lakonicznie. Wszyscy wiedzieli, że pora podjąć jakieś decyzje, ale nikt nie wiedział, co powinien robić.
- Czy można uwolnić się od przepowiedni? - Mery spytał w końcu Dżanę.
Arcesta nie było przy tym, nie było nikogo. Byli sami.
- Nie wiem - odpowiedziała ze smutkiem. - Może Axia byłaby w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Ona wie więcej, niż ja.
- Pojadę do niej - zdecydował bez entuzjazmu. – Wiesz… - Chciał coś powiedzieć, ale się wahał. Słowa, które rodziły się w jego głowie, zadawały mu ból. - Wydaje mi się, że Sidia zginęła przeze mnie, przez tę przepowiednie, przez to, że o niej myślałem... - Tu nagle głos mu się załamał.
- Nie mów tak. Nigdy tak nie mów! Tak nie wolno ci myśleć – zaczęła tłumaczyć z pasją Dżana. - Przepowiednia mówi, że zawsze będziesz sam, a nie, że kobiety, które pokochasz umrą. Sidia zginęła, bo było jej to pisane i nie ma to nic wspólnego z tobą.
- Może. – Westchnął. - Chciałbym w to wierzyć.
- Mery... - Dżana nie wiedziała, co mu powiedzieć.
Chłopak podniósł się.
- Pojadę - rzucił bez przekonania.
- Do Axii?
- Nie tylko. Szukać odpowiedzi. Nie wiem. - Potrząsnął głową. - Mówiłem, że jestem silny, że umiem się godzić... Ale to nie jest łatwe. Nie wiem dokąd pójdę, nie wiem tak naprawdę. Będę szukał odpowiedzi jak żyć z przepowiednią, czy jak się jej pozbyć. Nie mogę zostać, chyba bym się udusił, zwłaszcza teraz... - Urwał nagle.
- O co ci chodzi?
- O to, że masz kogoś, a ja nie. - W jego głosie zabrzmiała nutka goryczy.
- Jesteś zazdrosny? - Dżana zaniepokoiła się.
- Nie. - Potrząsnął głową. - Ja... Ty naprawdę go kochasz?
- Och, chyba tak, on jest inny, ale...
- W porządku. Jeśli go kochasz, to dobrze. Chcę żebyś była szczęśliwa. Tylko, że ja też bym chciał.
- Mery... - Postąpiła naprzód. Chciała go objąć, ale nie pozwolił jej na to. Cofnął się.
- Jeśli mi się uda, wrócę. - Już wtedy w jego umyśle zaczęło kiełkować szaleństwo (punkty obłędu, którymi obdarzył mnie Kamil w czasie drugiej sesji gry fabularnej, o czym będzie mowa później, historie nie powstają przecież w sposób liniowy).
Dżana pozwoliła Meremu odejść. Nie miała innego wyboru. Jej syn ją opuścił, porzucił ją i siebie, zły i nieszczęśliwy. Nie mogła mu pomóc. Nocą płakała wtulona w bok Arcesta, na którego ciało wciąż nie mogła patrzeć. To jednak nie było ważne. Przy nim mogła być słaba i mogła płakać. Ich usta w końcu się zetknęły. Połączyło ich wspólne nieszczęście, śmierć jego wychowanki i rozpacz jej syna. Mieli być z sobą szczęśliwi tak długo, jak śmiertelnicy szczęśliwi być mogą, ale zawsze jednak i była to wielka rzecz.

Mery osiodłał Różę i ruszył na Pustkowie. Pojechał do Axii na Półwysep. Raz jeszcze przeszedł przez ogień. Nie dowiedział się jednak niczego.
- Nie umiem uwolnić cię od przepowiedni - powiedziała mu władczyni Zielonej Twierdzy. - Mogłabym tylko cofnąć czas, ale wiem już, że tego robić się nie powinno.
- Nie, ja tego też nie chcę - rzekł.
- Możesz poszukać jakiejś luki - powiedziała Axia, lekko przeciągając słowa. - Możesz szukać - powtórzyła raz jeszcze. - Obawiam się jednak, że jej nie ma. Ja w każdym razie jej nie widzę.
Podziękował jej za te słowa i odszedł. Wiedział, że była zmieszana, że chciała mu pomóc. Jeszcze nie wybaczyła sobie, że go kiedyś okaleczyła, mimo, że przecież udało jej się go uzdrowić.
Pojechał do glumów. Obiecał im, że wróci, choć sam w to nie wierzył. Powiedział, że teraz jednak musi jechać, musi szukać odpowiedzi, swojego przeznaczenia.
- Nie wrócisz - powiedział ciepło glum będący synem przyjaciela Ferro i położył Meremu małą, porośniętą żółtą sierścią rączkę na kolanie. - Ludzie nie wracają. Ludzie tacy są. Ciągle ich gdzieś gna. Nigdy nie mogą długo usiedzieć na miejscu.
- Ale... - Mery chciał zaprotestować. Nie bardzo jednak umiał znaleźć argumenty. Wiedział, że glum miał rację. - Ja wrócę - powtórzył raz jeszcze, głosem pełnym rozpaczy. - Ale teraz bardzo chciałbym być sam. Chciałbym... Dzisiaj czuję, że muszę spróbować poszukać odpowiedzi na parę pytań i że tu ich nie znajdę.
- Tak, Mery - zgodził się glum. - Czujesz tak, bo jesteś człowiekiem. Ludzie mówią „ja muszę”, „ja czuję” i chcą gdzieś gnać. Ludzie nie umieją się cieszyć prostymi rzeczami. Ty i twoja matka wiele nas nauczyliście i dziękujemy wam za to. Nauczyliście nas jak być cywilizowanymi, a to wielka rzecz. Wiemy już jednak, że nie chcemy żyć wśród ludzi. Nam to nie pasuje. Niech ludzie pędzą przed siebie, jeśli chcą. My chcemy żyć powoli. Idź, Mery.
- Ja wrócę - powtórzył chłopak, choć brzmiało to zupełnie bez sensu. Potem dosiadł Róży i ruszył na północ, choćby dlatego, że nigdy tam nie był.

Gier fabularnych spróbowałam tak, jak próbuje się w życiu wielu rzeczy, żeby wiedzieć czym są i czy będą nam pasowały. Namówił mnie Kamil. Byliśmy wtedy nad morzem, w Jastarni, w mieście, w którym powstało już wiele fragmentów tej opowieści, w mieście, w którym zdarzyło się już nie jedno. Było nas pięcioro: Pierre, Paulina, jej chłopak Kamil, Krzyś (stary przyjaciel, który akurat po raz kolejny wrócił) i ja. Krzyś nie chciał tego próbować, uznał, że to nie dla niego. Zostało nas więc czworo.
W grze stałam się Merym, na tym to bowiem polega. Są jakieś reguły, kostki i Mistrz Gry, kreujący świat, w którym poruszają się stwarzani przez graczy bohaterowie, ale głownie jest się tym, kim chce się być. Gry fabularne to coś jak dziecięca zabawa, nazwana grą, by dodać jej powagi i pozwolić brać w niej udział dorosłym.
Stałam się Merym tylko dlatego, że nie mogłam być Dżaną. Jej cechy nie pasowały do zasad gry, a ona przecież nie mogła się zmienić. Nie zakładałam wtedy, że robię to po to, by mieć nową opowieść.
Powiedziałam sobie - jeśli wyjdzie z tego coś fajnego, to może to spiszę - i to było wszystko. Chciałam się po prostu zabawić, wrócić do dzieciństwa. Zagrałam i spodobało mi się, chociaż nie uznałam opowieści, która z tego wyszła za wystarczająco ciekawą, by ją spisać. Dopiero to, co zdarzyło się później, sprawiło, że opowieść ta okazała się potrzebna. Pisząc oczywiście zmieniałam fakty tak, jak mi to pasowało. Niektórych jednak nie dało się zmienić, choć bardzo tego chciałam. I nie chodzi tu o sensowność opowieści, a o to, co mnie spotkało.

Mery spotkał Antera i Tajranta na gościńcu, tak jak to czasem spotyka się ludzi. Anter był wysoki i dobrze zbudowany. Trochę postawą onieśmielał Merego. Miał piwne oczy o ciepłym, spokojnym wejrzeniu i ciemne, lekko falujące włosy. Tajrant był za to dziwną istotą, jakiej Mery dotąd nie widział, bardzo niski, prawie o jedną trzecią niższy od niego, bardzo gruby, choć mimo to sprawny.
Zaczęli rozmawiać, tak jak to się ludziom nieraz zdarz.
- Dokąd zmierzasz? - spytał Anter.
- Do nikąd - odparł Mery. - Chciałbym zrozumieć swoje przeznaczenie. To wszystko.
Anter roześmiał się lekko.
- Mógłbyś więc pójść z nami. - Tu Tajrant skrzywił się. - My też zmierzamy do nikąd. Po prostu szukamy przygód.
- Raczej pieniędzy - poprawił Antera Tajrant, a Mery już wtedy zrozumiał, że nigdy Tajranta nie polubi, choć jeszcze nie wiedział dlaczego. Poszedł jednak z nimi. Była to tak samo dobra decyzja, jak każda inna. Meremu tylko wydawało się, że wyruszył przed siebie, żeby uwolnić się od przepowiedni. Tak naprawdę tylko uciekał tak od swojego świata, jak i od tego, kim był.

Razem dotarli do pachnącego wilgocią, złowrogiego miasta. Mery czuł się jak we śnie. Nie miał odwagi pytać gdzie jest, ale podejrzewał, że opuścił już Świat zza Morza Ognia i Krwi. Tam przecież było tylko jedno miast.
Zapadał zmierzch. Szli piechotą, bo Anter i Tajrant nie mieli koni. Mery prowadził Różę. Przemierzali ciemne, pozbawione świateł ulice. Anter i Tajrant uparli się, żeby spać w gospodzie. Mery wolałby ominąć miasto i ułożyć się na nocleg na gołej ziemi, biorąc siodło pod głowę, ale nie powiedział im tego. Z jakiś, zupełnie nie zrozumiałych dla siebie przyczyn, postanowił trzymać się tych dwóch mężczyzn i pozwalać unosić się wirowi wydarzeń. Często był sam, ale chyba wciąż nie przywykł do samotności. Chyba tylko tak, poza zupełnym zaćmieniem umysłowym mógł tłumaczyć swoje postępowanie. Nie mógł wiedzieć, że stał się częścią gry, która tego od niego wymagała.
Nagle mijający ich mężczyźni wyciągnęli pałki.
- Wyskakujcie z kasy – rzucił najwyższy z nich.
- Chyba śnisz! – Krzyknął Anter i to on zaatakował pierwszy.
Mery uznał, że nie ma wyboru i też dobył broni.
Tajrant cofnął się o krok i załadował procę.
Miecze spotkały się w powietrzu z pałkami, dwa miecze z czterema pałkami.
Pod Merym ugięły się nogi. Napastnicy byli od niego więksi i silniejsi, a on nie miał praktyki w walce z ziemi. Poza pojedynkami najczęściej nie rozgrywanymi zresztą na serio, rzadko zdarzało mu się walczyć nie dosiadając konia. Przez chwilę myślał, że sobie nie poradzi, że zginie na tej mrocznej ulicy, tocząc bezsensowną walkę.
Kamień wystrzelony przez Tajranta z procy powalił jednego z napastników, od razu wyeliminowują go ze starcia.
Róża próbował odskoczyć w tył, szarpiąc Merego. Kiedy sięgał po miecz, nie puścił wodzy, a tylko przerzucił je przez ramię. Ale panika klaczy o dziwo zadziałał na jego korzyść. Odciągnięty przez konia nieco w tył uniknął ciosu zmierzającego w stronę jego głowy. Chwilę potem ciął napastnika w brzuch, zadając śmierć jednemu z mężczyzn. Czy naprawdę musiał zabijać?,br> Kolejny wystrzelony przez Tajranta kamień nie trafić w cel.
Dwóch pozostałych napastników padło pod razami Antera, ten miał jednak mniej szczęścia, niż złotowłosy młodzieniec. Kilka ciosów spadło na jego ramię i bark. Teraz stał jęcząc cicho i rozcierał obolałe miejsca.
Mały grubas rzucił się, żeby obszukać znieruchomiałe ciała napastników. Mery patrzył na to półprzytomnie, niezupełnie rozumiejąc, w czym bierze udział. Anter zdawał się nie przejmować niczym, poza swoim ramieniem. A przecież zabili cztery obce osoby, na ulicy obcego miasta. To nie miało sensu. Czy to dla takich ludzi jak on Dżana, Ferro i Mery ratowali świat? Czy Mery czuł się lepszy? Nie. Czuł się inny, po prostu inny.
- Sami się prosili - powiedział Anter. Chodźmy – popędził Tajranta i poszli.

Jakiś czas szukali gospody, w której byłoby wolne miejsce. Okazało się to niełatwym zadaniem. W czterech, czy pięciu miejscach usłyszeli, że nie ma już wolnych pokoi, zanim gdzieś zgodzono się ich przenocować. Zasiedli do kolacji w tłocznej sali, pomiędzy pijanymi w sztok ludźmi. Wnętrze było ciemne, paliło się niewiele świec i chyba tak było lepiej. Przynajmniej nie rzucało się w oczy, jak było tam brudno. Gwar głosów ogłuszył Merego tak, że nie bardzo zdawał sobie sprawę, co dzieje się wokół niego. Tym czasem jego towarzysze też nie zachowywali się cicho. Ktoś popchnął Tajranta, gdy ten szedł za potrzebą, a on wpadł na jeden ze stołów i zrzucił na ziemię kilka kufli. Teraz kłócił się z karczmarzem, który żądał od niego, by zapłacił za straty.
Mery nie wiedział na czym ten spór się skończył, nie zamierzał nocować w pokoju z niedawno poznanymi mężczyznami. Wymknął się do stajni. Wolał spać z klaczą, niż z nimi. W stajni czuł się bardziej swojsko, poza tym, nie chciał zostawić Róży samej. Nie ufał mieszkańcom tego miasta.
Objął ogromny łeb klaczy i pogładził jej chrapy.
- Różyczko, gdzie też rzucił nas los - wyszeptał do niej. Nie podobało mu się ani miejsce, ani towarzystwo, w którym się znalazł. Mimo to, choć mógł odejść, został.
Myślał - być może nigdzie nie jest lepiej. Może nigdzie nie ma innych ludzi. Nie miał przecież w tych kwestiach dużego doświadczenia.

Śnił o Sidi. Widział jej twarz w mroku stajni, za plecami miała łeb Betsy.
- Powiedziałeś, że nauczyłeś się godzić z losem - powiedziała śpiewnie. - Co to znaczy?
Opowiedział jej wtedy o tym, co stało się z jego dłońmi i stopami.
- Ale zostałeś uleczony - powiedziała lekko, jakby z niego drwiła. - Masz szczęście.
- Nie. - Potrząsnął głową i opowiedział jej o Julii i o tym, jak ją stracił.
- Masz szczęście - uparła się jednak Sidia. - Miałeś ją...
Przerwał jej i opowiedział o przepowiedni.
- Miałeś ją - kontynuowała, jakby w ogóle nie usłyszała jego słów. - To jest coś. Ja nigdy nikogo nie będę mieć. Kto mnie zechce? - Tu głos Sidi załamał się, z trudem powstrzymała łzy.
Chciał krzyknąć - ja cię zechcę! - Ale pojął, że zabrzmi to bezsensownie. Bał się, że Sidia pomyśli, że chce ją z litości, lub dlatego tylko, że jest samotny. Czy tak nie było?
Obudził się zlany potem. W oczach miał łzy.

Rano spotkali się na śniadaniu.
- Dobrze zrobiłeś, młody, że położyłeś się w stajni - powiedział mu na powitanie Anter.
- Czemu? - spytał Mery, który nadal nie mógł wrócić do siebie po tym, co mu się śniło.
- W nocy ktoś włamał się do naszego pokoju - oświadczył Tajrant.
- I próbował nas obrabować - dodał Anter. – Dobre sobie, nas obrabować. Teraz mamy trupa na górze.
- Co zrobicie? - spytał Mery bez zainteresowania.
- Nic. - Anter nawet się uśmiechnął. - Karczmarz nas przeprosił i obiecał uprzątnąć zwłoki. Niezłe co?
- Niezłe - zgodził się Mery. Był oszołomiony. Nie potrafił tak lekko mówić o śmierci, nawet przestępców.
- To wy spaliście pod szóstką? – spytał nagle elegancko ubrany mężczyzna, stając przy ich stole. Miał ciemne, lśniące włosy, zaczesane do tyłu, a na jego wąskich wargach tańczył szelmowski uśmiech. Mery uświadomił sobie, że widział go wcześniej rozmawiającego z karczmarzem. O dziwo przybysz nie wyglądał ani na stróża prawa, ani na zabijakę.
- My – oznajmił Tajrant z lekkim wahaniem. – A co?
- Miało być was dwóch.
- Spało nas tam dwóch, ale młody jest z nami. – Anter wskazał na Merego.
Poco on mnie w to miesza? – pomyślał zdezorientowany młodzieniec, ale okazało się, że Anter wiedział, co robi.
- W porządku. Miałbym dla was propozycję pracy. – Elegancki mężczyzna przysiadł się do nich. – Jesteście zdaje się dość twardzi i bezwzględni, by jej podołać. Nie śmierdzicie też, jak widzę, groszem, a hrabia Winterlich jest gotów dużo zapłacić.
- Skąd wiesz, że nie doniesiemy o tej propozycji? – zapytał Tajrant.
Mężczyzna uśmiechnął się.
- Akurat wiem, że wy tego nie zrobicie. Praca jest niebezpieczna, ale powinno wam pójść szybko. Przemyślcie to. A jeśli chcecie usłyszeć więcej, przyjdźcie po południu do rezydencji hrabiego. Możecie powiedzieć, że Viktor was zaprosił.

- Idziemy do hrabiego – zadecydował Tajrant, gdy elegancki mężczyzna zostawił ich samych.
- Pewnie. – Antera nie trzeba było przekonywać.
Mery nie powiedział niczego. Był całej sprawie przeciwny, a jednak poszedł z nimi.
- Fajnie będzie trochę zarobić - gorączkował się Tajrent. Miejski targ pobudził jego umysł do marzeń o tym, co mógłby nabyć.
- Zarobić zawsze jest fajnie - zgadzał się Anter z uśmiechem kogoś, kto nikogo nocą nie zamordował.
Mery milczał. Wolał im nie mówić, że jemu pieniądze nie są do szczęścia potrzebne. Żeby się wyżywić mógł polować.
Męczył go gwar targu, otaczający ich tłum ludzi, a przede wszystkim męczyli go jego towarzysze. Mimo to nie zawrócił, nie dosiadł Róży i nie pogalopował przed siebie, tak jakby liczył, że cud odmiany losu może spotkać go tam, gdzie nikt by się go nie spodziewał.
Ale tak naprawdę to nie Mery podejmował decyzje, a ja. Musiałam iść tam, gdzie szła moja drużyna. Tego wymagała ode mnie formuła gry.
Szybko dotarli do celu. Siedziba Winterlicha znajdowało się w samym sercu miasta. Przy bramie stały straże.
- Czy moglibyśmy widzieć się z hrabią? - spytał Anter jednego ze strażników.
- A po co takie obdartusy miałyby stanąć przed obliczem wielmożnego pana? - odpowiedział pytaniem na pytanie strażnik, nawet nie próbując być uprzejmym.
- Viktor nas zaprosił.
- To co innego - zgodził się strażnik, ale jego głos wciąż brzmiał ostro i nieprzyjaźnie. - Jeśli chcecie wejść, musicie zostawić broń.
Zrobili to, choć niezbyt chętnie. Jeden ze strażników złożył ich miecze we wnęce przy drzwiach, drugi powiedział: „chodźcie” i poszli. Zagłębili się w labiryncie mrocznych korytarzy wionących dziwaczną wonią dostojeństwa i bogactwa.
Mery rozglądał się uważnie po ścianach pełnych broni zdobionej rodowymi herbami. Wszystko to było dla niego nowe i niezrozumiała. Jego świat miał jeden, jedyny prawdziwy zamek, co prawda większy niż ten, ale on nigdy nie widział go od wewnątrz. On był tylko w murach surowej twierdzy Półwyspu najpierw czarnej, a potem zielonej. Czuł się teraz oszołomiony i przytłoczony ogromem i przepychem otaczających go przedmiotów. To co widział, wydawało mu się nadęte, wrogie światom, wrogie więc i jemu samemu.
Hrabia Winterlich był postawnym mężczyzną z ciemną, gęstą brodą. Nosił długie, ozdobne szaty, purpurowo-białe i to właśnie w nie wpatrzył się Mery, zamiast uważnie słuchać jego słów.
- Jesteście nieco zbyt porywczy. – To usłyszeli na samym początku. – Nie musieliście zabijać moich ludzi. Oni was tylko testowali, jak to mają w zwyczaju testować obiecująco się prezentujących włóczęgów. Ale cóż… Okazaliście się lepsi od nich. Takie jest życie.
Nie! Nie takie! – krzyczała dusza Merego.
Hrabia chciał, żeby zeszli dla niego do kanałów pod miastem. Podejrzewał, że mogą znajdować się tam siedziby rabusiów stanowiących miejscową plagę. Gdyby miało im to w czymś pomóc, podał hasło, jakim według jego informatorów mogła posługiwać się jedna z gnieżdżących się tam szajek –„szczurżynka”. Mery nie zapamiętał, jak miałby rozpoznać rzezimieszków posługujących się tym właśnie hasłem. To, że w mieście w ogóle działały jakieś szajki nie bardzo jednak samo w sobie obchodziło hrabiego. Takie postawienie sprawy wywołało u Merego odrazę, ale w sumie nie mógł spodziewać się niczego innego, po pierwszych słowach Winterlicha.
Hrabiego interesował czerwony klejnot. Wcześniej wynajął kogoś, żeby ten drogocenny kamień dla niego zdobył. Skąd, tego Mery chyba nie dosłyszał. Człowiek ten, choć wydawał się zaufany, znikł. Winterlich podał jego imię, ale Mery go nie zapamiętał. Hrabia sądził, że tamten mógł ukryć się wśród przestępców. Mery uważał jednak, że każdy przy zdrowych zmysłach, niezależnie od tego, czy był dobry, czy zły, powinien uciekać jak najdalej od tego miasta.
Słowa hrabiego docierały do złotowłosego młodzieńca z coraz większej dali, bo i tak docierały do mnie. Była noc. Siedzieliśmy ściśnięci w namiocie. Bardziej interesował mnie drink, niż to, co mówił Kamila - Mistrza Gry. Słów było za dużo, akcji za mało, pozytywnych emocji jeszcze mnie.
Ponoć ten czerwony kamień przyprawiał o szaleństwo tych, którzy w niego spojrzeli. Hrabia powiedział: „tak to już jest z tymi czerwonymi klejnotami”. Mery uznał, że to brednie. Winterlich ani razu nie użył słowa „rubin”, ale Mery od razu pomyślał, że chodzi właśnie o ogromny rubin. Przypomniał sobie miecz matki i tkwiące w jego rękojeści krwawe oko. Jego błysk zawsze dodawał odwagi i sił, kazał porzucić zwątpienie. Nie mogło być tak, że wszystkie czerwone klejnoty były złe.
Mery nagle zatęsknił za matką. Pomyślał, że zawróci. Potem przypomniał sobie jednak o Arceście i wzdrygnął się. To było chore. Nie złościł go sam fakt, że tamten zajął miejsce jego ojca, a że jego matka nie musiała być sama, a on tak.
Hrabia dał im woreczek, który miał neutralizować pokusę, by spojrzeć w klejnot i tym samym chronić ich przed szaleństwem. Tajrant go wziął. Był najszybszy. Potem padła suma, która miała stanowić wynagrodzenie.
- To za mało - rzucił Tajrant.
Obaj, Tajrant i Anter, targowali się, choć bez większych rezultatów. W końcu jednak byli ze swojego osiągnięcia zadowoleni.
Meremu nie zależało na pieniądzach, chciał przeżyć, a coś w nim krzyczało - nie tędy droga!
- Dziś o zmroku mój człowiek wskaże wam wejście do kanałów - zakończył swoje instrukcje hrabia Winterlich.

Popołudnie Mery spędził śpiąc w przegrodzie Róży. Wszyscy trzej, tym razem zgodnie, uznali, że przed nocną wyprawą należy się wyspać.
Tym razem w świadomości Merego zjawiła się Julia, nie Sidia. Nie byli nigdzie, w żadnym istniejącym miejscu. Otaczał ich mrok i tylko twarz Julii jaśniała. Jaka ona była blada. Czy to była trupia bladość? Nie. Julia zawsze była blada. Pamiętał to. Pamiętał też, jak miękką i jedwabistą miała skórę. Pamiętał każdy kawałek jej ciała, ale najlepiej melancholijne, ciemne oczy, zawsze takie odległe.
- Pamiętasz, jak to było? - spytała.
- Co?
- Jak doszło do tego, że ze sobą zastaliśmy?
- Byłem samotny, a ty byłaś piękna i dobra - wyszeptał, w oczach miał łzy.
- Ja też byłam samotna, a ty byłeś przystojny, szlachetny i taki dzielny. Podziwiałam cię. Czy wydaje ci się, że to było złe?
- Teraz już nie wiem.
- A jak byś chciał, żeby było?
- Bez żadnych powodów dających się wyrazić słowami. Chyba tylko tak jest uczciwie...
- Czy ktoś to przeżył?
- Moi rodzice.
- Być może masz rację. Ale czy było nam źle?
- Do czego dążysz? - spytał, choć już wiedział. Łzy płynęły po jego policzkach.
- Chcę ci powiedzieć, żebyś się nie dręczył. Dałbyś Sidi szczęście. Jesteś dobry.
- Julio… - Chciał krzyknąć, ale z jego gardła wydostał się tylko szept. Oddalała się od niego, a on nie chciał jej znowu stracić. Wyciągnął ku niej rękę. Chciał pochwycić ją za nadgarstek, ale mu się to nie udało. Jego palce zwarły się na pustce. Nie poczuł niczego, zupełnie tak, jak w czasach, gdy jego dłonie były pozbawione czucia.
- Julio… - Raz jeszcze spróbował ją zawołać, ale jej już nie było. Został tylko mrok.
Obudził się płacząc.

Wyruszyli o zmierzchu, pozostawiając Różę w gospodzie.
- Co to właściwie są te kanały? – spytał Mery.
- Służą do odprowadzania ścieków z miasta – wyjaśnił mu Anter.
- Czyli…?
- Kiedy wylewasz wodę po myciu, czy sikasz, ta wilgoć musi się gdzieś podziać.
- On i tak nie zrozumie – zarechotał Tajrant. – To wieśniak. Jak on sika, to wsiąka w ziemię.
Mery poczuł się urażony, ale właściwie Tajrant miał rację. Nie zrozumiał do końca, czym są kanały.
Przewodnik przeprowadził ich przez miasto. Razem z nim dotarli nad brzeg rzeki wzmocniony kamieniami i przypominający wgniecioną w ziemię twierdzę.
- To tu. - Przewodnik pokazał im czarną, półokrągłą dziurę w jednej z kamiennych ścian. Wypływał z niej wąski, cuchnący strumień i cicho szumiąc wpadał do rzeki. – Pośpieszcie się. - Zabrzmiało to przerażająco.
Nie wchodź tam, nie wchodź! - krzyczało coś w Merym, ale wszedł drugi za Tajrantem. Ustawili się według wzrostu. Anter uznał, że tak będzie bezpieczniej.
Zagłębili się w wąskim, długim tunelu. Nie widzieli niczego. Sunęli dłońmi po wilgotnych ścianach. Meremu serce podchodziło do gardła. Jego stopy obmywała chłodna, cuchnąca ciecz.
Co ja tu robię? Czego szukam? - pytał sam siebie. - Tak przecież nie znajdę dziewczyny. Czy ja chcę zginąć? Nie chcę. Przecież nie chcę. - Nie był tchórzem, ale jak dotąd pod ziemią był tylko w lochach Czarnej Twierdzy. Teraz znowu stał się więźniem. Nie mógł odskoczyć w bok, dosiąść konia, pogalopować do boju, czy choćby nawet uciec.
Nagle dłoń Merego natrafiła na zarys drzwi.
- Tu coś jest – oznajmił głośno, a potem, nie zastanawiając się nad tym, co robi, przekręcił gałkę na której w ciemności spoczęła jego dłoń.
Krótki krzyk wyrwał się z jego piersi. Potem rozległo się głuche pacnięcie.
- Co się stało?
- Nie wiem! - odkrzyknął Mery, gramoląc się na nogi i sprawdzając, czy niczego sobie nie zrobił. – Gdzieś wpadłem!
Kiedy cuchnąca ciecz zaczęła lać mu się na ramiona i głowę, pojął, że jest w kiepskim położeniu i że jeśli szybko nie wydostanie się z dziury, może pożegnać się z życiem.
- Ja mam linę! – krzyknął Anter z góry.
Tajrant gniewnie fuknął. Anter wydobył linę z plecaka, z którym się nigdy nie rozstawał i rzucił ją Meremu.
- Obwiąż się w pasie, młody. - Wciąż tak do niego mówił. Na początku Merego to drażniło. Chciał ciągle mu przypominać, że ma imię. Potem zrozumiał, że w głosie Antera brzmi nutka sympatii i nie miał już do niego pretensji.
Wykonał polecenie.
- Gotowe! Ciągnij!
Anter zaczął ciągnąć, a Mery próbował mu pomóc, opierając się stopami i dłońmi o śliskie ściany. Niestety pułapka okazała się głębsza, a Mery cięższy, niż Anter sądził. Lina na moment wysunęła mu się z rąk. Mery znowu poleciał w dół. Z jego piersi i tym razem wyrwał się krzyk przerażenia. Lina wbiła mu się pod żebra. Anter zareagował na szczęście wystarczająco szybko i tym razem Mery nie wylądował na dole.
- Dziękuję - powiedział, gdy wreszcie z powrotem znalazł się przed wciąż zamkniętymi drzwiami.
- Nie ma za co, młody - odparł Anter.
- Przestańcie się cackać. - Teraz Tajrant podszedł do zamkniętych drzwi. - W którą stronę przekręciłeś gałkę? - spytał.
- W lewo.
Tajrant przekręcił więc w prawo i drzwi otworzyły się.
Wkroczyli do ciemnego korytarza. Wciąż niczego nie widzieli. Nagle idący przodem Tajrant przeklął siarczyście, a po chwili zakomunikował:
- Potknąłem się o trupa.
Szybko odkryli, że w korytarzu leżało ich jeszcze kilka.
- Było tu wesoło - oświadczył Anter i poszli dalej.
Minęli kilka zakrętów, zanim nie natrafili na kolejne drzwi w ścianie. Te udało się otworzyć bez żadnych przygód. Znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu, gdzie udało im się w końcu coś zobaczyć. Na ścianie wciąż paliła się pochodnia. Trzy inne dawno już zgasły. Po podłodze zasłanej zniszczonym, brudnym kobiercem walały się szczątki porozbijanych skrzyń. Na stojącym pod ścianą łóżku leżało ciało dobrze ubranego mężczyzny.
- Czyżby ktoś nas ubiegł? - powiedział Anter.
- Przecież to nie mogło być takie proste – burknął Mery.
Przez moment tkwili w bezruchu. Potem Tajrant podszedł do trupa, i zaczął przetrząsać jego kieszenie i wpychać mu ręce za pazuchę i pasek od spodni.
Mery wzdrygnął się. Brzydził się Tajrantem.
- Chodźmy – ponaglił Anter. – Trzeba iść dalej.
Wrócili do wąskiego korytarza zabierając z sobą pochodnie.
Powoli ruszyli naprzód przestępując nad kolejnymi ciałami.
Mery rozglądał się i zastanawiał, co mogło stać się w podziemiach. Niestety więcej się zastanawiał, niż rozglądał i dopiero, gdy rwący ból przeszył mu udo, zrozumiał, że coś jest nie tak. Skulił się, łapiąc za nogę, ale jednocześnie spojrzał przed siebie, a nie w dół, na ranę. Jeden z leżących na ziemi mężczyzn jeszcze żył. Strzelił do niego z kuszy, a teraz próbował ją przeładować. Nie zdążył tego jednak zrobić. Tajrant odciął bowiem tamtemu głowę. Fuknął przy tym. Nie powiedział, co myślał, ale dał do zrozumienia. Nie wiedział, po co ciągnęli z sobą Merego. Nie widział z niego żadnego pożytku.
Anter znowu sięgnął do plecaka, w którym miał chyba wszystko, co tylko może się przydać i wyciągnął z niego płócienną chustę.
- Obwiąż sobie tym nogę, młody – powiedział, rzucając ją Meremu.
Młodzieniec założył sobie prowizoryczny opatrunek, przeklinając w duchu. Żałował, że nigdy nie poprosił matki, by nauczyła go leczyć. To też była moja wina. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że Meremu mogłoby się to przydać.
Poszli dalej. Mery utykał lekko. Czuł ból, ale dla niego nie było już fizycznego bólu nie do zniesienia.
Korytarz, którym wędrowali skończył się nagle zamkniętymi drzwiami.
- Co teraz? - spytał Mery szeptem.
Z wnętrza, którego nie mogli zobaczyć, dobiegały głosy, grube, miękkie, lekko zapijaczone.
- Zapukamy - oświadczył Tajrant.
- I...? - Mery chciał uciekać. Zadanie wydawało mu się za trudne.
- Podamy hasło i zobaczymy, co się stanie - odparł Anter.
- A jeśli to nie jest ich hasło? - Meremu beztroska jego towarzyszy bardzo się nie podobała.
- Zobaczy się później - burknął Tajrant i zapukał.
- Hasło - rzucił głos zza ściany.
- Szczurżynka.
Zgrzytnął zamek.
- Wejdźcie. Już otwarte.
Weszli do małej salki, gdzie przy stole trzech drabów grało w karty. Jeden z nich podniósł głowę i spojrzał na przybyszy marszcząc czoło.
- Nie znam was - rzucił.
- Ani my ciebie - odparł Tajrant. - Jesteś nowy?
- Nie taki nowy - odpowiedział tamten zbity z tropu.
Tajrantowi udało się dobrze trafić.
- Wybacz, dawno nas tu nie było. Co stało się przy wejściu?
- Spóźniliście się na niezłą zabawę. Struże prawa urządzili obławę na jednego narwańca. A my wykończyliśmy jego i ich, zresztą przy nie małym moim udziale - pochwalił się opryszek. - Skoro nie było was przy walce, pomóżcie chociaż w pakowaniu - dodał po chwili. - Musimy wynieść się z tej części podziemi, skoro już nie tylko my wiemy jak tu wejść.
- W porządku – zgodził się Tajrant i poszli dalej, z własnej woli zagłębiając się do jaskini lwa.
Przekroczyli kolejne drzwi i znaleźli się w ogromnej pieczarze pełnej ludzi i przedmiotów. Każdy coś robił, coś nosił, coś pakował. Bez trudu wmieszali się w ten tłum. Im też wręczono jakieś przedmioty. Oni też coś nieśli i pakowali. Zaczęli zadawać pytania i o dziwo otrzymywali odpowiedzi. Bez trudu dowiedzieli się, że przywódca bandy wszedł w posiadanie czerwony klejnot, który przyniósł do podziemi zadufany w sobie narwaniec. Myśl o wartości kamienia osładzała zbirom konieczność porzucenia wygodnej kryjówki. Tajrantowi udało się nawet zdobyć informację, w którą stronę trzeba pójść, żeby zobaczyć się z przywódcą bandy. Ktoś bezmyślny wskazał właściwe drzwi. Przemknęli się do nich. Nikt tego nie spostrzegł. W pieczarze był za duży tłok i gwar, żeby ktoś zwrócił uwagę na trzy postaci, z których dwie były bardzo niepozorne.
Trafili do drzwi, które tarasował swoim ciałem opasły mężczyzna, siedząc na krześle z wyciągniętymi przed siebie nogami. Bawił się pistoletem.
Kusze i pistolety były dla Merego czymś nowym. Poznał je dopiero na terenach, na które wkroczył z Anterem i Tajrantem. Przekonał się już o ich skuteczności, odkrywając jak proste było życie w jego rodzinnym, zacofanym świecie.
- Czego chcecie? - spytał niechętnie grubas.
- Widzieć się z szefem - oznajmił Tajrant.
- Po co?
- Musimy mu coś powiedzieć.
- Co?
- Że kamień, który zdobył jest przeklęty.
- W porządku - rzekł opasły mężczyzna. - Nie musicie mówić tego szefowi osobiście. Teraz ja to wiem i ja mogę mu to powiedzieć. Zresztą szef zapewne już sam o tym wie. Całe miasto mówi o czerwonym kamieniu, który przyprawia o szaleństwo, gdy tylko się na niego zerknie. Jeśli to wszystko, co macie do powiedzenia, to nie zawracajcie głowy i zmiatajcie stąd.
- Ale mamy coś, co chroni przed szaleństwem - zakomunikował Tajrant.
- To dajcie mi to.
- Chcielibyśmy dać szefowi osobiście - uparł się Tajrant.
- Nie ma takiej konieczności. - Drab był nieugięty.
- Jest. – Tajrant też nie był gotowy tak łatwo się poddać.
To, co się potem zdarzyło, zajęło czas najwyżej kilku uderzeń serca. Tajrant dobył miecza, a drab uniósł pistolet. Mały grubas w porę zorientował się, że czy jego miecz osiągnie cel, czy nie, drab i tak w niego trafi. Mery też to spostrzegł i dobył miecza, a potem...
Pistolet wypalił. Tajrant odskoczył, a miecz Merego spadł na czaszkę draba. Krew obryzgała twarz tego, którego serce było dotąd bez skazy. Mery jęknął. Zabił, a przecież nie musiał. Najgorsze jednak było to, że to, co zrobił, nie wywarło żadnego wrażenia na jego towarzyszach. Przestąpili nad trupem i otworzyli drzwi, które dotąd tarasował drab.
- Choć, młody - rzucił Anter. - Dobra robota.
Mery wzdrygnął się, ale poszedł za nimi.
Weszli do małego, dobrze oświetlonego pomieszczenia. Stało tam miękkie łóżko i kilka skrzyń. Podłogę zaściełam kobierzec i to wcale nie w takim złym stanie. Anter szybko zamknął drzwi.
- I co dalej? Gdzie ten szef?
- Musi być stąd inne wyjście – stwierdził Mary.
Tajrant szarpnął za róg kobierca odrzucając go na bok. Ich oczom ukazał się otwór w podłodze.
- To wiemy, jak stąd wyszedł.
- Ale jak zasłonił przejście? – zastanowił się Anter.
- Nie ważne. Trzeba iść dalej.
Tajrant sapiąc przysunął jedną ze skrzyń do ściany i wspiął się na nią, żeby zdjąć pochodnie. Potem stanął nad otworem.
- Nie jest głęboko – stwierdził i skoczył. – Ląduje się na trupach! Miękko! – krzyknął z dołu.
Mery miał wszystkiego dość. Chciał, żeby ich zadanie wreszcie dobiegło końca, wszystko jedno w jaki sposób. Teraz jednak nie dało się już z niego wycofać. Może więc powinien zginąć? Skoczył za Tajrantem. Przez moment zastanawiał się, czemu nikt nie zauważył, że zabili grubasa tarasującego drzwi i czemu nikt ich nie goni. Widać Mistrz Gry, tak jak ja sączący kolejnego drinka, już o tym zapomniał.
Ruszyli, gdzie prowadził ich korytarz, bo nie mieli innego wyboru. Korytarz kilka razy rozgałęział się, ale jego boczne odnogi były węższe, niż część, którą szli. Mogli więc być prawie pewni, że droga, którą zmierzają, jest właściwa. Korytarz wiódł ich do nieznanego celu. Raz tylko po ich lewej ręce zabrakło sporego kawałka ściany, jej miejsce zastąpiło podziemne jezioro o czarnych, spokojnych wodach.
Każdy z nich słyszał w dzieciństwie mrożące krew w żyłach opowieści o czających się w podziemnych wodach monstrach. Wszyscy też nagle przypomnieli sobie te historie. Tajrant zbadał mieczem głębokość wody przy brzegu jeziora, jakby chciał sprawdzić, czy potwór mógłby się tam zmieścić. Mógłby. Koniec klingi nie sięgnął dna. Ciągnący z nad wody chłód przeszył ich dreszczem.
Długo szli, zanim nie natrafili na kolejne ciało. Mężczyzna leżał na brzuchu, coś z całych sił przyciskając do piersi. Z pleców sterczał mu bełt.
- Czyżbyśmy trafili na ich szefa? – Tajrant trącił ciało nogą. – Nie żyje.
- Tu naprawdę nie dzieje się nic dobrego – stwierdził Anter.
A czego się spodziewaliście, miłej wycieczki? - chciał powiedzieć Mery, ale powstrzymał się.
Światło pochodni padło na przedmiot trzymany przez nieboszczyka. Ogromny kamień zabłyszczał rozchybotanym czerwonym blaskiem.
- Jeśli to ich szef – gdybał Tajrant – to może ci zabici pod otworem byli jego zaufanymi ludźmi. Jakoś pomogli mu zakryć wejście, a on ich potem zabił i uciekł.
- Ale jeden z nich, przed śmiercią do niego strzelił – podchwycił myśl Anter. – Twardy był, doszedł aż tutaj.
- Tylko po co miałby to robić?
Mery ich nie słuchał. Pochylił się i wyjął z dłoni martwego mężczyzny ciężki, zimny kamień. Wyprostował się. Nie myślał o przekleństwie, złej mocy, czy jak tam ludzie chcieli to nazywać. Spojrzał w klejnot. To była wyjątkowa chwila, kiedy nic nie istniało, ani trup, ani jego towarzysze, ani nawet kamienie i ziemia nad jego głową. Kamień błyskający odbitym, krwawym światłem przypomniał mu matkę. W jego wnętrzu zobaczył ją pędzącą do boju z mieczem wzniesionym nad głową. Zobaczył refleksy światła rzucane przez rubinowe oko jej miecza. Zobaczył Marzenie o ogonie czerwonym jak krew i usłyszał tętent jej ciężkich kopyt.
A więc to wszystko zdarzyło się, żebym znalazł się tu i teraz i robił rzeczy bez żadnego sensu? - zapytał sam siebie.
Nie udzielił sobie jednak odpowiedzi. Nie zdążył. Tajrant wyrwał mu klejnot i zapakował do woreczka. Oszołomiony Mery otrząsnął się, wracając do rzeczywistości. Chciał zapytać, czemu to akurat dziwny, mały grubas ma nieść rubin. Przewidział jednak, że wybuchnie z tego powodu kłótnia, która różnie może się skończyć. Nie był to przecież dobry czas, ani dobre miejsce na kłótnie. Opanował się.
- Idziemy! – rozkazał Tajrant. – Teraz trzeba znaleźć wyjście.

Nagle się zatrzymali. Znaleźli się bowiem w potrzasku. Gdzieś tam, daleko za sobą, mieli zbirów, do których nie mogli już wrócić. Kogo mieli przed sobą? Zobaczyli plecy pięciu mężczyzn. Wszyscy trzymali w rękach kusze, a u pasów mieli wąskie miecze. Ich jednakowe, ciemne ubrania świadczyły, że byli stróżami prawa. Czaili się przykucnięci wyglądając zza zakrętu tunelu na coś, czego oni nie mogli zobaczyć.
Tajrant wyciągnął rękę przed siebie, jakby dawał znak do ataku. Zanim jednak sięgnęli po broń, jeden z mężczyzn odwrócił się, a po nim dwóch następnych.
- Kim jesteście?! – spytał ostro. – Należycie do szajki?
- Nie! - rzucił Tajrant, który umiał znaleźć się w każdej sytuacji. – Uciekamy przed nimi.
- A skąd się tu wzięliście?
- Mieliśmy swoje zlecenie.
- Jesteście poszukiwaczami przygód? – W głosie mężczyzny zabrzmiał ton pogardy.
Mimo to Tajrant odpowiedział - tak.
- Czy da się zawrócić i pójść drogą, którą tu przyszliście?
- Nie, jeśli chcecie przeżyć. Wielu waszych tam poległo.
- To jednak musimy się przebić.
- A co jest przed nami?
- Jakiś szalony mag, który domaga się zwrotu swojej własności i nic sobie z nas nie robi.
- Jest sam?
- Nie. Ma jeszcze pomagierów.
- Ale skoro nie mamy innego wyjścia, musimy zaryzykować stanięcie z nim do walki.
- No to biegiem!
Wypadli zza zakrętu tunelu i po chwili znaleźli się w hali obszerniejszej, niż wszystkie, które dotąd widzieli. Wysoki, wykuty w kamieniu strop tonął w mroku, bardzo od nich odległy. Przednia ściana pieczary otwierała się na ciemne wody rzeki, ale nie wpuszczała za wiele światła. Nad światem wciąż panowała noc. Na wodzie kołysała się łódź, a tuż przy niej stało sześciu mężczyzn.
- Wróciliście szczury! – krzyknął jeden z tamtych. Był wysoki, miał rzadkie, siwe włosy, a połowę jego twarzy pokrywała błoniasta blizna. – Oddajcie mój klejnot!
Jedyną odpowiedz stanowiły bełty. Jeden z mężczyzn, trafiony w pierś, osunął się na kolana.
Siwowłosy mężczyzna machnął w ich stronę ręką, z której wystrzeliła ognista kula. Trafiła w twarz mężczyznę, który jeszcze przed chwilą rozmawiał z Tajrantem. Ten drąc się przeraźliwie runął na ziemię.
Tajrant nie biegł z innymi. Zatrzymał się przy wejściu do pieczary i załadował procę.
- Oddajcie mój klejnot, a przeżyjecie! – raz jeszcze wrzasnął siwowłosy mężczyzna.
- My go nie mamy! – odkrzyknął Mery, ale tamten nie zwrócił na to uwagi.
- Oddajcie mój klejnot!
Kolejny stróż prawa zwalił się na ziemię, powalony ognistą kulą. Inni odrzucili kusze. Udało im się zewrzeć w starciu z towarzyszami siwowłosego.
Anter zaatakował maga. Siwowłosy sięgnął po miecz. Umiał się nim posługiwać. Nie był uzależniony tylko od siły swojego umysłu.
Mery przez moment nie miał przeciwnika, ale o dziwo człowiek ze strzałą w piersi podniósł się i ruszył na niego. Młodzieniec sieknął go w brzuch i to powaliło tamtego na dobre. Za dużo było krwi, za dużo okrucieństwa. A przecież nie musiało do tego dojść. Mogli porozmawiać. Mogli też oddać rubin. Mery nie był na właściwej drodze. Wiedział to doskonale.
Siwowłosy uderzył Antera w ramię. Nogi ugięły się pod rosłym mężczyzną i ten osunął się na kolana. Mag zadał jeszcze jeden cios, tym razem w bok. Anter przewrócił się. Miecz wypadł mu z ręki.
Mery zaatakował maga tnąc go w udo. Walka wreszcie miała sens. Teraz bronił czyjegoś życia.
Siwowłosy okazał się twardym przeciwnikiem. Był silny, dużo silniejszy od Merego. Ale mimo to młodzieniec go powalił. Zrobił to sam jeden, niski i drobny. Zrobił to, bo musiał.
Nagle zapadła cisza. Nie było już przeciwników.
- No to szybko, odpływamy - rzucił Tajrant.
- A Anter? - Mery pochylił się nad nieprzytomnym mężczyzną. Sprawdził, czy żyje. Żył. - Nie możemy go zostawić.
Tajrant zaburczał coś pod nosem. Mery wyczuł, że Tajrantowi wcale nie zależy na tym, by Antera stamtąd zabrać. Na szczęście byli z nimi jeszcze struże prawa. Trzech z nich wyszło z tego starcia żywych i prawie całych. Jeden tylko lekko ranny w ramię. Podźwignęli ciało Antera i załadowali do łodzi.

To był właściwie koniec naszej gry. Struże prawa pomogli jeszcze Meremu i Tajrantowi dotransportować Antera do gospody. Został wezwany medyk, a kiedy było już wiadomo, że Anter nie umrze, Tajrant i Mery poszli do Winterlicha, chociaż Tajrant zastanawiał się, czy nie mogliby zatrzymać kamienia, a potem go komuś sprzedać. Meremu było właściwie wszystko jedno. Cieszył się, że wreszcie wyszedł z podziemi, że mógł patrzeć w słońce. Nie zależało mu na pieniądzach. Poszedł jednak z Tajrantem, żeby dopilnować, by ten nie zatrzymał sobie części nagrody należącej do Antera. Winterlich powiedział im, że gdyby chcieli zarobić więcej, mogliby jeszcze coś dla niego zrobić i tenże kamień gdzieś przetransportować. Tajrant chciał, Mery nie.
Tu skończyliśmy na dobre, bo skończył się też nasz pobyt nad morzem. Obiecaliśmy sobie jednak, że będziemy grać dalej, już w domu, regularnie spotykając się na sesje. Choć Meremu nie podobało się to, co przeżył, mnie spodobało się granie, więc i spodobała mi się ta obietnica. To było coś wspaniałego. Obiecaliśmy sobie, że coś będzie trwało, że będzie miało ciąg dalszy. Takie obietnice są najpiękniejsze spośród wszystkich, jakie można składać, lecz jak to obietnice nie muszą zostać dotrzymane.

Właściwie wszystko było w porządku. To była miłość i oboje o tym wiedzieli, Dżana i Arcest. On jednak z dnia na dzień coraz dotkliwiej czuł, że nie należy do jej świata. Chyba po raz pierwszy w życiu zaczęło mu przeszkadzać, że jest gruby i niezdarny. Ze smutkiem spoglądał na Zygfryda, siadając wraz z nim do stołu. Chciał być taki jak on, ale jeszcze bardziej chciał dorównać mężczyźnie, który odszedł, mężczyźnie, którego odbiciem był Mery.
Dżana czytała w jego myślach, patrząc mu w oczy, błękitne, lekko rozwodnione, bezgranicznie smutne.
- Jeśli chcesz, nauczę cię posługiwać się bronią - powiedziała kiedyś, gdy byli sami.
Arcest zasępił się. Zagryzł wargi. Nie wiedział, czy chce. Może lepiej było nie władać mieczem, niż robić to słabo. Nie wierzył w swoje możliwości.
- A ty mógłbyś nauczyć mnie uprawiać ziemię - dodała.
- Właściwie… - zgodził się, choć nie był do końca przekonany. - Ale nie ucz mnie tu. Nie chcę, żeby oni na to patrzyli.
- W porządku - powiedziała Dżana i następnego dnia powędrowali w głąb puszczy, rosnącej wokół twierdzy stanowiącej przejście między światami.
Zatrzymali się na dużej polanie.
- Weź, teraz będzie twój. - Dżana podała mu szeroki, krótki miecz.
- Czyj był przedtem?
- Ferro.
- On jest wszędzie.
- Tak - zgodziła się Dżana. - Przeżyliśmy w końcu razem przeszło trzydzieści lat. Wiele przeszliśmy.
- Nigdy o nim nie zapomnisz, prawda?
- Jak mogłabym zapomnieć? Kochaliśmy się. Urodziłam mu syna. Nie raz ocalił mi życie...
- Ale ja nie będę taki, jak on, nawet jeśli nauczysz mnie walczyć. Musisz to wiedzieć.
- Ja to wiem. - Uśmiechnęła się słabo, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Jesteś inny. To dobrze, że tak jest, ale z tobą też będę się kochać, też urodzę ci dziecko, a ty zapewne ocalisz mi życie. To naturalne. Tak musi być. Ja nigdy nie przestanę kochać Ferro. Nie mogę. On jednak nie żyje, a ja tak. Jeśli ci to w czymś pomoże, powiem ci, że kiedyś, jakiś inny mężczyzna, będzie zazdrosny o ciebie, bo ty umrzesz, a ja będę żyć. Ja jestem nieśmiertelna.
- Jesteś okrutna.
- Nie. Tylko nauczyłam się już czegoś o świecie. - Na chwilę zamilkła. - Nie musisz się uczyć, jeśli nie chcesz.
- Chcę - odpowiedział, choć przyszło mu to z trudem.
Objęła go, a on złożył jej głowę na ramieniu. Długo tak trwali, tuląc się do siebie. Kochali się, ale miłość nie mogła im wiele pomóc. Nie mogła osłodzić cierpienia, bo ona właśnie była jego powodem. Nigdy tak się zresztą nie zdarzyło, żeby miłość nie powodowała cierpienia.

Kiedy Anter odzyskał przytomność, Mery zdał mu relacje ze wszystkiego, co zdarzyło się od chwili, gdy tamten został ranny. Oddał mu też pieniądze. Stoczył przedtem o nie długą, słowną bitwę z Tajrantem.
- Dlaczego ze mną zostałeś? - To Antera interesowało najbardziej. - Mogłeś przecież zarobić.
- Nie obchodzą mnie pieniądze - odpowiedział po prostu. - Ludzie bardziej.
- Dziwny jesteś.
- Ludzie z moich stron tacy są - skwitował to Mery, a Anter spostrzegł w nim coś, z czego nie zdawał sobie wcześniej sprawy. Były to stanowczość i siła. Złotowłosy młodzieniec, który do tej pory pozwalał nieść się losowi, potrafił być też nieugięty i wiedział, jak chce żyć.
Jak on znalazł się między nami? - zastanowił się Anter. - On nie jest przecież taki, jak inni poszukiwacze przygód i awanturnicy. - Nie zapytał o to jednak.

To była nasza pierwsza sesja w Warszawie, na dzień przed rozpoczęciem roku akademickiego. Do drużyny z Jastarni dołączyło jeszcze trzech kolegów Kamila – Ziółek, Zięciu i Ryży. Może to właśnie wszystko zepsuło, w każdym razie tak wtedy myślałam. Dzisiaj wiem, że to, co się stało, musiało się stać prędzej czy później. Dzisiaj to wiem, wtedy wiedział to tylko Mery. Możesz powiedzieć mi, Czytelniku, że bohater, którego stworzyłam, nie mógł wiedzieć więcej ode mnie. Tak jednak było. Świat gry był bowiem jego światem. On miał tylko jedną, swoją, rzeczywistość. Ja święcie wierzyłam, że to, co działo się w czasie sesji było tylko konwencją zabawy i nie miało nic wspólnego z naszą rzeczywistością. Było jednak inaczej.
Tajrant wrócił ze swojej wyprawy razem z małym wilczkiem, na którego wołał Klif. Mówił coś o niesamowitych przygodach, jakie przeżył i o tym, że otrzymał to szczenię w darze za uratowanie czyjegoś życia. Ani Mery, ani Anter nie bardzo wierzyli, że Tajrant mógłby kogoś uratować, ale nie wnikali w to. Ruszyli dalej na północ, wprost przed siebie, nie kierując się właściwie do nikąd, póki nie usłyszeli o jakiejś wyjątkowo dobrze płatnej pracy w mieście zwanym Azentoch. Wtedy obrali wreszcie kierunek i zaczęło się im też spieszyć. Na gościńcu spotkali Eltota, Kent i Bajerusa zmierzających w tę samą stronę.
Eltot był mężczyzną niskim i krępym, o długiej, gęstej brodzie i raczej odrażającym wejrzeniu ciemnych oczu. Miał w zwyczaju często poklepywać tkwiący za jego pasem toporek. Kent był wysoki i szczupły. Włosy miał długie, sięgające ramion, prawie białe, co wyglądało dość niezwykle w zestawieniu z ciemnymi tęczówkami. Jego pozbawiona mimiki twarz przypominała maskę. Tak długo, jak wędrowali razem, nie pojawił się na niej ani cień uśmiechu, ani oznaki gniewu. Bajerus za to był człowiekiem zupełnie przeciętnym, niezbyt wysokim i lekko zgarbionym. Uczył się na medyka, ale rzucił to zajęcie. Zapragnął zasmakować przygód. Wyruszył więc przed siebie, chociaż nie miał nawet broni. Meremu nie spodobał się żaden z nich.

Zapadał zmierzch, gdy całą szóstką zbliżyli się ku przytulonej do ściany lasu gospodzie. Mieli nadzieję, że złapią tam dyliżans do Azentoch. Żaden z wędrowców, oprócz Merego, nie posiadał konia. Niestety spóźnili się. Docierali właśnie do bramy prowadzącej na dziedziniec gospody, gdy nie bacząc na wędrowców, wypadł z niej dyliżans zaprzęgnięty w czwórkę gniadych koni.
- A niech to! - burknął pod nosem Eltot.
- Goń ich, zatrzymaj! - rzucił do Merego Kent, którego imały się takie pomysły.
- Nic z tego. - Mery bynajmniej nie miał takiego zamiaru. Nie umiał sobie nawet całej tej akcji wyobrazić. Czy miałby dopędzić pojazd galopem i zajechać mu drogę? Co by wtedy powiedział: „Przepraszam, jeszcze pięć osób chciałoby wsiąść”? Wydawało mu się to zupełnie niedorzeczne. Nie dosiadł więc Róży, a dyliżans szybko zniknął im z oczu, choć wzniecony przez niego tuman kurzu długo unosił się nad drogą.
Nie pozostawało im nic innego, jak zatrzymać się w gospodzie. Weszli więc na podwórze. Stał tam jeszcze jeden dyliżans, ale mniejszy, do którego można było przyprząc tylko dwa konie. Dawało to jakieś nadzieje, że jednak się stamtąd wydostaną. Mery odstawił Różę do stajni, w której faktycznie stały dwa rosłe gniadosze, stanowiące zapewne parę zaprzęgową. Potem weszli do gospody. We wspólnej sali było tłoczno, ale udało im się wypatrzyć dwóch osobników w strojach charakterystycznych dla woźniców. Dosiedli się do nich.
- Kiedy odjeżdża następny dyliżans do Azentoch? - spytał Eltot.
Jeden z mężczyzn obdarzył go nieprzytomnym spojrzeniem, za dużo już tego wieczora wypił.
- Jutro rano - wybełkotał.
- A moglibyśmy nim pojechać?
- Nie. Nie ma już miejsc. Mam komplet.
Eltot chciał pertraktować z woźnicą, ale okazało się to niemożliwe, gdyż ten, zaraz po wypowiedzeniu ostatniego słowa, zasnął z policzkiem wtulonym w niedojedzoną golonkę. Drugi w tej pozycji spał już od jakiegoś czasu.
- Co teraz zrobimy? - Eltot zwrócił się do towarzyszy.
- Możemy zostać do rana i zobaczyć, jak sytuacja będzie wyglądała juto - zaproponował Anter.
- Albo ukraść dyliżans i odjechać - rzucił Tajrant.
- Moglibyśmy nie kraść dyliżansu. - Wpadł na genialny pomysł Kent. - W każdym razie, tak by to wyglądało. Wzięlibyśmy z sobą woźniców. Są pijani. Jak oprzytomnieją, wszystko da się im wmówić.
- Trzeba by ich związać - zauważył Tajrant. - Mogliby oprzytomnieć za wcześnie.
- Żaden problem. Ja mam linę - zaoferował się Anter.
Dyskusja przeciągała się. Padało dużo propozycji, ale nie podjęto żadnych postanowień. Gospodarz zdążył nawet zrealizować ich zamówienia, a oni nadal nie wiedzieli, co zrobią.
Mery miał ich szczerze dość. Zaczynał się nawet zastanawiać, czy zaraz nie wsiądzie na konia i nie odjedzie, nie koniecznie do Azentoch, ale gdziekolwiek, byle dalej od nich. Zaczynał uważać za nieporozumienie, że wciąż z nimi wędruje. Chyba tylko jeden Anter był coś wart, ale i on niewiele.
Ja za nieporozumienie uważałam, że z nimi gram. Zaczynałam myśleć tak samo, jak Mery. Zupełnie jak jego, nudzili mnie i denerwowali, mierzili i przerażali, zepsuci i wyzbyci uczuć. W tamtej chwili nie to było jednak dla Merego najgorsze, a fakt, że uważali się za silnych i wspaniałych, a nie umieli nawet podjąć najprostszej decyzji - co robić wieczorem. Nie umieli działać racjonalnie.
Zniecierpliwienie i gniew narastające tak w Merym, jak i we mnie, przeradzały się w obłęd. Złotowłosy młodzieniec zacisnął szczęki. Jeszcze chwila, a podniesie się i pójdzie ukraść dla nich ten dyliżans, żeby zobaczyli, jak dobrze można sobie w życiu radzić. Tak, to mógł zrobić. Odjechać w swoją stronę nie mógł, bo wtedy gra by się dla mnie skończyła, a ja przecież chciałam grać. Może nie tak, ale chciałam. Wciąż jeszcze miałam nadzieję, że coś się zmieni, że możemy być jeszcze tacy, jak w Jastarni. O ile w Jastarni faktycznie byliśmy inni, a nie tylko mnie się tak wydawało.
Padały kolejne, coraz bardziej bezsensowne propozycje. Tajrant wymyślił, że woźniców można ze sobą zabrać, a potem zabić. Nikt nie wiedział jednak po co. Eltot postanowił propozycję tę zmodyfikować i stwierdził, że woźniców nie trzeba zabijać, a wystarczy porzucić i znowu nikt nie wiedział, dlaczego mieliby to robić. Potem zaczęli zastanawiać się, kiedy ukraść te konie, czy już w tej chwili, czy dopiero tuż przed świtem. To ostatnie było pomysłem Antera. Wciąż jednak do niczego nie doszli, ale wcale im to nie przeszkadzało.
Eltot zaczął wzdychać wpatrzony w kobietę siedzącą przy drzwiach. Była niezbyt szczupła, twarz miała czerwoną, jakby spuchniętą. Jej ramiona otulało ciężkie, długie futro, uszy i szyję zdobiły drogie klejnoty.
- Czy myślicie, że mogłaby się mną zainteresować? - spytał.
- Czyś ty zdurniał? - ryknął Kent.
- Ona jest bogata - oświadczył Eltot stanowczo bardziej oczarowany pieniędzmi nieznajomej, niż nią samą.
Wstał i podszedł do obcej kobiety.
- Mogę postawić pani piwo? - zaproponował.
- Nie - warknęła.
Do ich stolika przysiadł się obcy mężczyzna i wyciągnął z kieszeni talie zgranych kart.
- Zagra ktoś ze mną partyjkę? - spytał.
- Tak - zgodził się Kent.
Mery w końcu nie wytrzymał. Chciał działać, a nie siedzieć i ględzić. Dźgnął Tajranta w bok i spytał szeptem:
- To co, kradniemy te konie?
Tajrant osłupiał, bo nie spodziewał się po Merym takich słów. Osłupiał też Kamil, Mistrz Gry, a gdy oprzytomniał, przyznał mi dwa punkty obłędu za grę niezgodną z charakterem postaci.
Tak, Mery był bliski obłędu i to wcale nie dlatego, że spojrzał w czerwony klejnot. Nie wiedział, dokąd zmierza. Nie wiedział, kim jest, ani czy w jego życiu coś ma sens.
- Dobrze, chodźmy - rzucił Tajrant, gdy i on oprzytomniał.
Poszli, zabierając z sobą jeszcze Antera. Ten ostatni stanął na czatach przed drzwiami stajni. Tajrant i Mery weszli do środka. Mieli nadzieję, że nikogo w stajni nie będzie, ale był – chłopiec stajenny. Mery dobył miecza.
- Jeśli nie będziesz się ruszał, ani krzyczał, nic ci się nie stanie – powiedział. - My zabierzemy tylko konie i sobie pójdziemy.
Tajrant też dobył miecza. Spojrzał na Merego.
- Zabijmy go, nie będzie kłopotów.
- Ani mi się wasz - warknął Mery i wszedł do boksu pierwszego z koni. Niewiele miał w życiu okazji, by zaprzęgać. Wystarczająco dużo czasu spędził jednak z końmi by wpaść, jak ubrać zwierzę w szory. Po chwili wywiódł za sobą ogromnego gniadosza gotowego do założenia do zaprzęgu.
- Nie zabijaj go - rzucił jeszcze raz, wychodząc na dwór, bo widział, jak świecą się oczy Tajranta. Podejrzewał, że ten marzy tylko, by poderżnąć chłopcu stajennemu gardło.
Źle zrobił, zostawiając Tajranta samego. Pojął to, gdy tylko zdążył przyprząc do dyliżansu pierwszego konia. Ze stajni rozległ się krzyk, a potem tupot nóg.
Mery rzucił się ku drzwiom. To co zobaczył, przeraziło go. Chłopiec stajenny leżał martwy. Tajrant zrobił to, o czym marzył, ale i sam znalazł się w tarapatach. Bocznym wejściem wpadło trzech stajennych i powalili go na ziemię przy użyciu wideł.
Mery przez moment zastanawiał się, co zrobić. Potem wszedł do przegrody Róży.
Swojego konia zawsze wolno mi zabrać - pomyślał. Był zupełnie spokojny, aż do przesady. - Nie będę ryzykował dla Tajranta - powiedział sobie w duchu. - Niech go zabiją. Zasłużył na to.
Za to zagranie Kamil obdarzył mnie trzema następnymi punktami obłędu.
Mery założył Róży siodło, a dopiero potem szory, po czym wyprowadził ją, nie zwracając uwagi na rozlegające się za nim krzyki. Życzył Tajrantowi śmierci, bo ja źle życzyłam prowadzącej jego postać Paulinie.
O co poszło? To bez znaczenia. Było wiele słów, drobnych uwag i nietaktów, zachowań pokazujących mi, że mój chłopak Pierre jest niewiele wart, a oboje jesteśmy dziwni i może pomyleni. Szale gorycz przebrał nastrój tego wieczora i nie chodzi tylko o niezdecydowanie i okrucieństwo odgrywanych postaci. Nie, Czytelniku, nie szukałam zemsty. Chciałam coś tylko zamanifestować, zwrócić na siebie uwagę. A może nie chciałam nawet tego. Mery postępował zgodnie ze swoimi uczuciami, bliski obłędu i bardzo nieszczęśliwy.
Zupełnie spokojnie zaprzągł klacz do dyliżansu. Nie przejął się nawet wystrzałem, który wstrząsnął gospodą i sprawił, że Anter wbiegł z powrotem do środka. Dlaczego Anter nie ruszył się ze swojego posterunku wcześniej? Dlaczego nie wbiegł do stajni, nie pomógł Tajrantowi? O to należałoby zapytać samego Antera, którego postać prowadził mój chłopak Pierre. Może czuł w stosunku do Tajranta dokładnie to samo, co Mery. Tym czasem złotowłosy młodzieniec dosiadł Róży i w ten sposób prowadząc dyliżansem, odjechał w las.

Co za wystrzał usłyszeli?
Kent, mimo ciągłych przegranych, prosił karciarza o kolejne rozdania, póki jeszcze miał pieniądze. Gdy już ich nie miał, karciarz podniósł się.
- Przykro mi – powiedział. - Na mnie już czas.
- To nam jest przykro, oszuście! - rzucił Eltot gładząc swój toporek. - Oddawaj pieniądze mojego przyjaciela, bo inaczej pożałujesz! Oszukiwałeś!
- Ja? Nigdy.
- Nigdy?! - Eltot dobył toporka, ale nie zdążył zadać ciosu.
Nagle rozległ się huk. Coś odrzuciło Eltota w tył. Jego bok przeszył ból. Karciarz zerwał się i ruszył biegiem ku tylnemu wyjściu. Kent popędził za nim, ale szuler odwrócił się i strzelił raz jeszcze. Ból w ramieniu zatrzymał Kenta na chwilę. Ta chwila wystarczyła jednak, szuler zniknął.
Kent odwrócił się. Zobaczył Bajerusa pochylonego nad rannym Eltotem i zatrzymującego się w drzwiach gospody Antera.

Mery wjechał w las i ukrył dyliżans w zaroślach przy drodze. Wciąż był najzupełniej spokojny. Nawet nie spodziewał się, że tak łatwo jest zrobić coś złego. Było łatwo, naprawdę. Nie śpiesząc się, wyprzągł Różę, dosiadł jej i pojechał z powrotem do gospody.
Może da się coś jeszcze zrobić - pomyślał.
To była czysta hipokryzja. Chciał uspokoić swoje sumienie, które jednak się odezwało, choć nie tak mocno, jak się spodziewał i nie tak mocno jak powinno. Nie był zły i nie chciał zachowywać się w sposób, do którego zmusiły go okoliczności, drużyna, Kamil i ja. Żałował i ja żałowałam, nie tego jednak, co zrobiliśmy Tajrantowi, a tego, co ja zrobiłam Meremu i co on zrobił sobie sam. Miał być przecież bez skazy. Miał mieć czyste serce. Miał nie błądzić, jak jego matka.
Kiedy dotarł do stajni, było już po wszystkim. Czterej stajenni nie żyli, a Bajerus opatrywał właśnie Tajranta, który niestety, czy może na szczęście, przeżył, choć miał przebity widłami bok. Reszta też znajdowała się w stajni, dywagując, co robić dalej z tak owocnie rozpoczętym wieczorem.
- Czyś ty zdurniał? - spytał go Eltot, gdy tylko wszedł. Rana od postrzału nie okazała się tak poważna, jak to się na początku wydawało. Mógł więc swobodnie się poruszać.
- Ukradłem dla was dyliżans - odparł Mery. - Sami byście tego nigdy nie zrobili.
- Jakie mamy teraz plany? - spytał Tajrant.
Dali Meremu spokój, chociaż wszyscy, może oprócz Antera, byli na niego wściekli.
- Jak to jakie? - burknął Eltot. - Bierzemy tego konia i spływamy.
- Podpalę stajnię. - Przyszło nagle do głowy Kentowi. Jego obrażenia też nie okazały się poważne.
- Daj spokój - rzucił Mery. - Mówiliście, że to ja zdurniałem. - Popełnił już tego dnia jeden błąd, nie chciał przyczynić się do innych złych czynów. - Nikt nie zauważy, jak stąd wyjdziemy.
- Trzeba podpalić - uparł się Kent.
Anter wyprowadził konia.
- Idziemy - zarządził i poszli, a Kent, jak zapowiedział, podpalił stajnie.
Przez chwilę patrzył, czy słoma faktycznie się zajmie, a potem zupełnie spokojnie wyszedł. Wsadził jeszcze głowę do gospody.
- Pali się! - krzyknął i zniknął, dołączając do towarzyszy.

Założyli kradzione konie do kradzionego dyliżansu. Anter powoził. Kent usiadł obok niego na koźle. Mery jechał przodem na Róży. Reszta załadowała się do wnętrza. Tak ruszyli przez uśpiony las. Nie ujechali jednak daleko. Róża zatrzymała się, strzygąc uszami. Przez jej ciało przeszedł dreszcz.
- Co się dzieje? - spytał Antern, który niewiele widział w ciemnościach.
- Drogę tarasuje przewrócony dyliżans - oznajmił Mery. - Kręcą się tam jacyś ludzie.
Informacja ta okazała się zupełnie zbędna, bo obcy szybko wtargnęli w ich życie. Przewrócony dyliżans leżał w sporej odległości od nich, ale właśnie przestrzeń między nimi, a tamtym dyliżansem szybko przemierzał mężczyzna w łachmanach. Choć może to wcale nie był mężczyzna, a jakiś przerażający stwór. Z jego czoła sterczały cztery krótkie rogi. Biegł ku nim jak oszalały z wyciągniętymi przed siebie ramionami, zamiast dłoni miał pokaźnych rozmiarów szczypce.
Róża przysiadła na zadzie, strzygąc uszami.
- Zabijcie mnie! Zabijcie! Wybawcie! – krzyczał dziwny stwór i gnał na oślep.
W końcu wpadł na Różę. Klacz kwiknęła i stanęła dęba. Mery runął w dół. Kiedy zetknął się z ziemią, na moment go zamroczyło. Szybko jednak zerwał się na równe nogi i dobył miecza, bo dziwaczny człowiek zaatakował go, młócąc rękami.
Róży już nie było. Galopowała przed siebie coraz głębiej w las, uciekając od nieznanego niebezpieczeństwa. Brała udział w nie jednym starciu i nigdy dotąd się nie spłoszyła. W obcym tkwiła jednak nieznana, zła moc, która nie pozwoliło jej zachować zimnej krwi.
Mądrze zresztą zrobiła, że uciekła, bo to, co wydarzyło się na drodze, przypominało zajścia z sennego koszmaru. Mery powalił napastnika, ale zjawili się nowi. Nadeszli od strony przewróconego dyliżansu. Było ich czterech i żaden z nich nie wyglądał do końca jak człowiek. Jeden miał łysą głowę pokrytą ciemną łuską, tworzącą nad czołem pokaźny grzebień, drugi – ogromne, szpiczaste uszy porośnięte sierścią, trzeci – zamiast stóp kopyta, a czwarty – zamiast twarzy lisi pysk.
Kent napiął łuk, celując w jednego z nich i strzelił. Trudno powiedzieć jak to zrobił, ale nie trafił żadnego z czterech obcych idących na nich murem, a stojącego po jego lewej stronie, na skraju drogi, Merego. Strzała przeszyła udo złotowłosego młodzieńca, to samo, które nie zdążyło się jeszcze porządnie zagoić po ich przygodach w podziemiach. Nogi złożyły się pod nim. Upadł jęcząc.
Oprócz punktów obłędu dostałam jeszcze to, tak wyglądała zemsta Kamila.
Anter i Kent zeskoczyli z kozła, żeby zmierzyć się z obcymi. Eltot i Tajrant mimo ran wspomogli ich, wyskakując z wnętrza dyliżansu.
Mery spróbował wstać, ale nie dał rady. Noga nie posłuchała go. Spróbował raz jeszcze.
Strachliwy Bajerus, który nie mieszał się nigdy w żadne bójki, przemknął skrajem drogi do Merego. Usunął strzałę z rany i założył mu prowizoryczny opatrunek. Mimo to, Mery wciąż nie był w stanie się ruszyć.
Patrzył na walczących towarzyszy. To co się działo, naprawdę wyglądało jak sen. Czuł ból, ale ból od dawna nie robił na nim wrażenia. Myślał o Róży. O tym, że powinien ją odnaleźć i że nie miał jak tego zrobić. Czuł się mały i słaby. Podejrzewał, że być może pisane mu jest pozostanie na skraju tej drogi do końca jego dni. Tych dni, zresztą, niewiele mu pozostało – tak myślał. Nie to go jednak martwiło. Jego życie nie miało sensu. W każdym razie on go nie widział. Nie widział go, zwłaszcza po tym wszystkim, co zrobił tego wieczora. Coś w nim krzyczało, coś wyło, chciał się zwinąć w kłębek i płakać, ale tylko siedział i patrzył.
Tajrant powalił przeciwnika o głowie pokrytej łuską i pobiegł przeszukiwać przewrócony dyliżans. Anter zabił tego o kopytach zamiast stóp i wspomógł Kenta, który nieźle już oberwał od stwora z długimi uszami. W końcu wszyscy obcy padli martwi, a rozentuzjazmowany Tajrant wrócił od przewróconego dyliżansu.
- Słuchajcie – rzucił. – Oni tam sporo kosztowności wieźli, a wszyscy zginęli.
Informacja była fascynująca, ale na razie nie mieli do niej głowy. Bajerus znowu miał rannych do opatrzenia. Kent nieźle oberwał w bok.
- Jak wyprzęgnie się konie i złoży dyszel, da się to ominąć - stwierdzić Anter, wskazując przewrócony dyliżans.
- Konie zatrzymamy - dodał Eltot.
- Ale jednego dacie mnie - rzucił Mery, na którego nikt dotąd nie zwracał uwagi.
- Niby czemu? - oburzył się Eltot.
- Oddam go - zapewnił Mery. - Ale teraz muszę poszukać Róży.
- Załadujcie go do dyliżansu, niech nie marudzi - rzucił Kent.
- Dajcie mi konia - powtórzył Mery uparcie, choć coraz jaśniej widział, że chyba będzie mu jednak pisane zostać na skraju tej przeklętej drogi.
- Jak będzie podskakiwał, to go dobiję - zaperzył się Eltot.
- Będę się bronił - oświadczył Mery, najzupełniej gotowy na śmierć.
- On będzie się bronił! - W Eltocie aż się zagotowało. - Człowiek chce dla niego dobrze, a ten będzie się bronił, knypek jeden.
- Przestańcie gadać, róbmy coś - zarządził Tajrant. - Niech ktoś idzie po te konie.
Zapomniany Mery zwiesił głowę. Czy to miało sens? Tyle przeszli, on i Róża, by tak zginąć. On się tu wykrwawi. Ją rozszarpią dzikie bestie, których ten las jest zapewne pełny.
Kiedy spostrzegł, że to Anter odprzągł jednego z koni od przewróconego dyliżansu, w jego sercu zakiełkowała nowa nadzieja. Przywołał Antera do siebie. Mimo wszystko lubił go, jako jedynego z resztą z towarzystwa, w jakim się znalazł. Darzył go zaufaniem. Czasem czuł, że Anter traktuje go z góry, ale akurat w jego przypadku mu to nie przeszkadzało. Wciąż jeszcze był bardzo młody i chociaż od paru ładnych lat samodzielnie wędrował po bezdrożach Pustkowia, czasem brakowało mu wsparcia matki, czy ojca. O dziwo właśnie ojca. Nie zdążyli się do siebie zbliżyć i Mery bardzo nad tym ubolewał, tym bardziej, że zdawał sobie sprawę, że wina leżała po jego stronie. Teraz łapał się na tym, że szukał wsparcia u starszego od siebie Antera, jakby ten miał zastąpić mu Ferro.
- Daj mi tego konia - rzucił.
Anter spojrzał najpierw na złotowłosego młodzieńca, którego twarz w tym momencie była prawie zupełnie biała, potem na ciemnogniade zwierz, które wciąż strzygło uszami, nie mogąc uspokoić się po tym, co widziało.
- Młody, czy ty naprawdę wiesz, co chcesz zrobić? – spytał, marszcząc brwi.
- Muszę jechać, szukać Róży - odparł Mery słabo, powtarzając to już któryś raz z kolei.
- Nie dasz rady, młody, wykrwawisz się. - Anter spróbował wytłumaczyć mu to, czego nie udało się wcześniej wytłumaczyć innym i czego Kamil nie był w stanie wytłumaczyć mnie. - Chodź, położysz się w dyliżansie. Musisz odpocząć. Zabierzemy cię stąd.
Mery zagryzł wargi. Wszystko to już słyszał. Przez chwilę się wahał. Wiedział, że w słowach Antera jest wiele sensu. Nie mógł jednak pozostawić Róży na pastwę losu, samej, w nieznanym jej lesie. Może decyzja jaką podjął, była decyzja samobójcy, ale musiał ją odnaleźć. Była jedyną żywą istotą, jaką miał na świecie i jedyną kobietą, jaka była mu pisana. Zresztą, tego dnia popełnił już zbyt wiele błędów, by mógł pozwolić sobie na jeszcze jeden.
- Daj mi tego konia - powtórzył.
- Dobrze. - Uległ w końcu Anter.
- Nie mogę się podnieść - dodał Mery lakonicznie.
Teraz zawahał się Anter. Wiedział, że wszystko zależy od niego i że jeśli Mery umrze, on także będzie za to odpowiedzialny. Spojrzał jednak na zaciętą twarz młodzieńca, w jego bladobłękitne oczy i zrozumiał, że nie może go zatrzymać. Mery wiedział, co robi. Szedł jedyną drogą, jaką mógł iść. Anter wziął więc młodzieńca pod pachy i uniósł w górę jego wątłe, lekkie jak piórko ciało. Usadził go na potężnym wierzchowcu.
Nogi Merego automatycznie zacisnęły się na bokach konia. Udo przeszył ból. Pomyślał, że może Anter miał rację, ale nie mógł się cofnąć. Wykonując powolne, niezdarne ruchy, obwiązał się w pasie końcami uprzęży. Już wtedy trudno mu było utrzymać powieki w górze.
- Uważaj na siebie, młody - powiedział Anter, choć zabrzmiało to zupełnie bez sensu.
Mery skinął głową. Ścisną konia łydkami i zniknął w zaroślach, zjeżdżając z drogi.

Zobaczył ją wreszcie. Nie wiedział, czy długo to trwało, zanim ją odnalazł, czy długo przemierzał ciemny i nienaturalnie cichy las. Był potłuczony, oszołomiony i ranny, ale wszystko co go spotkało, nie tłumaczyło stanu, w jakim się znalazł. Był słaby, bardzo słaby, wciąż krwawił, źle założona przez Bajerusa opaska uciskowa obluzowała się jeszcze od jazdy konnej. To co działo się z Merym, nie było jednak tylko i wyłącznie wynikiem upływu krwi, ale także gniewu Kamila i mojej słabości. Kamil chciał, żebym przestała podchodzić do życia uczuciowo. Złościło go, że kocham Merego i że on kocha Różę. Kamila uważał, że zbędne sentymenty szkodzą. Jeśli chodzi o mnie, łudziłam się, że on i Paulina mogą coś mi dać. Ale nie mogli. Te czasy już minęły.
Róża stała na polanie z uniesioną głową. Strzygła uszami. W jej oczach malował się strach. Mery zbliżył się do niej stępa na swoim ciężkim wierzchowcu. Wyciągnął ku niej rękę. Wzdrygnęła się, nie pozwoliła dotknąć. Spróbował raz jeszcze i tym razem udało mu się pochwycić wodze. Nigdy jeszcze nie widział Róży tak przerażonej. Nie potrafił zrozumieć, co się z nią stało, bo i nie wiedział, kim lub czym były istoty, które jego towarzysze zabili na drodze. Ja tego też nie wiedziałam, ale Róża to czuła. Czuła, że towarzyszyła im potężna, ciemna moc.
Mery powoli tracił świadomość. Ostatkiem sił, wiedziony dziwacznym impulsem, przywiązał wodze Róży do szor swojego wierzchowca. Zawrócił, a raczej tylko wydawało mu się, że zawraca. Tak naprawdę nie wiedział, czy wyrusza w stronę, z której przybył i ja tego też nie wiedziałam. Wiedział to tylko Kamil, który nagle oznajmił, że Mery stracił przytomność i nigdy już jej nie odzyska.
W tym momencie nastąpiła straszliwa awantura, w czasie której Pierre i ja próbowaliśmy przekonać Kamila, że żaden człowiek nie wykrwawi się na śmierć od rany zadanej strzałą w udo (chyba, że dostałby w tętnice udową, ale wtedy wykrwawiłby się znacznie szybciej), a na pewno nie w jedną noc i to na dodatek po tym, jak go opatrzono. Powoływaliśmy się na anatomię, medycynę, fizykę i zdrowy rozsądek, a kiedy to nie pomogło, próbowaliśmy przypomnieć naszemu Mistrzowi Gry, że w świecie fantazji możliwych jest więcej, niż w rzeczywistości. Kamil miał jednak własny plan. On chciał mnie złamać, chciał przerobić mnie na swoją modłę. Nie wiedział, że należę do ludzi, którzy się nie uginają. Doprowadził mnie do łez, ale to było wszystko. Musiał przywrócić Merego do życia i zrobił to, mimo, że był strasznie wściekły.

Kiedy jedli śniadanie w gospodzie po przeciwnej stronie lasu, ujrzeli przez okno, że na podwórze wjechał człowiek prowadzący dwa konie i że do grzbietu jednego z nich przywiązane jest ciało złotowłosego młodzieńca.
Mery żył jeszcze, ale był bardzo wycieńczony. Anter zaniósł go do pokoju, w którym nocowali i wezwał do niego medyka. Ten orzekł, że chłopcu potrzebna jest opieka lekarska co najmniej przez tydzień, a i tak nie wiadomo, czy z tego wyjdzie. Anter prosił go, żeby zajął się „młodym”, ale medykowi nie było to na rękę. On także jechał do Azentoch i chciał tam dotrzeć jak najszybciej. W końcu zgodził się zostać, zażądał za to jednak niebotycznej sumy, której Anter oczywiście nie miał. To co dostał od Winterlicha, wydał na kupno nowego miecza, bo jego oręż został w podziemiach. Mery i Tajrant zapomnieli go stamtąd zabrać. Anter wykazał się jednak zdrowym rozsądkiem. Przeszukał Merego i zapłacił z jego pieniędzy.
Na tym skończyliśmy grę. Rozstaliśmy się w gniewie. Powiecie, że to śmieszne, żeby kłócić się o zwyczajną zabawę, ale wtedy stało się coś więcej. Mogę pominąć, że Paulina pytała mnie, jak robi się grzańca, a potem wypiła go sama z Kamilem, bo „mieli mało piwa”. Mogę darować, że Kamil tłumaczył mi przez telefon, że zabił mnie specjalnie, że chciał mi pokazać, że nie należy przyzwyczajać się do postaci z gry (czy może nawet towarzyszy życia, tego nie powiedział, ale mógł tak myśleć), że trzeba umieć wczuwać się wciąż w nowe role. Powiedziałam „nie zgadzam się”, ale i to bez znaczenia. To co było ważne, nie wiązało się z żadnym konkretnym zdarzeniem, ani słowem. To dało się tylko wyczuć. Nie byliśmy już razem, nie chcieliśmy i nie umieliśmy już siebie słuchać, a tym bardziej rozumieć. Coś w życiu się skończyło. Obietnica nie została dotrzymana.

Mery śnił. Julia stała przed nim. Uśmiechała się lekko.
- Nie powinienem zostawić cię samej - powiedział.
- Nie mogłeś wiedzieć - odparła.
- Mogłem przewidzieć, co się stanie - upierał się. - Ale ja w ogóle o tym nie pomyślałem.
- To nie ważne - powiedziała Julia. - Ja nie żyję, a ty czegoś się nauczyłeś. Ja nie wrócę do życia, ale ty tej wiedzy nie stracisz. Nie oglądaj się. Żyj Mery. Jesteś młody. Możesz być szczęśliwy.
- Szczęśliwy, ja? - rzucił oburzony. - Przecież towarzyszy mi przepowiednia. Przecież los wszystko mi odbiera.
- Nie wszystko, Mery, nie wszystko.
- Przecież ja niczego nie mam! - Złościł się.
- Masz. - Julia była nieugięta. - Masz kochającą matkę. - Tak, to była prawda. Nie wszyscy mieli takie szczęście. - Masz Różę. - Tak, ją też miał. Wiele razem przeszli. Dżana mówiła kiedyś, że to niewystarczająco dobry dla niego koń, ale on stwierdził, że to bez znaczenia, bo on kocha właśnie ją. Kochał Różę, kochał zawsze, a przecież doprowadził do tego, że mógł ją stracić, pchając ich oboje w przygody, w których nie musieli wziąć udziału. O niej i tylko o niej myślał, siedząc na skraju drogi. Czuł, że jest słaby, że jest bezbronny, czuł, że może umrzeć, ale nie miało to znaczenia, dopóki chodziło tylko o niego. Miało znaczenie, gdy chodziło o Różę. Zgadzał się na swoją śmierć, ale nie zgadzał się na to, by ją stracić.
- Masz piękne ciało. - Tego nie powiedziała już Julia, a Sidia siedząca na stercie siana w głębi stajni. Nad sobą miała ogromny, ciężki łeb Betsy.
- Mam - zająknął się. - Sidio...
- Zapomnij. - Podniosła rękę. - Możesz mówić, co chcesz, ale nie mógłbyś żyć ze mną.
- A moja matka i Arcest mogą żyć razem?
- Mogą, mówię ci. - Podniosła się i zbliżyła do niego. - To łatwiejsze. Chcesz zobaczyć to, czego ci nie pokazałam za życia? - Była napastliwa, była zła. – Patrz. - Rozdarła koszulę.
Nie mógł znieść tego, co ukazało się jego oczom. Mocno zacisnął szczęki. Stała przed nim pół naga. Mógł zobaczyć jej piersi, niewielkie, czarne i pomarszczone. To był cud, że przeżyła z takimi oparzeniami. To był cud niepotrzebny. Tak przez moment pomyślał, ale to nie była prawda i sam o tym wiedział. Sidia miała swoją stajnię i zimnokrwistą klacz Betsy, miała Arcesta, a na moment zjawił się nawet on. Może jednak ważniejsze było, że to Arcest miał Sidie i że on, Mery, miał ją przez chwilę.
- Mógłbym nauczyć się kochać twoje ciało - wydusił.
- Może – rzuciła. - Ale nie przykładaj do tego tak wielkiej wagi. Twoje życie nie ma być aż tak trudne. Ja byłam tylko obietnicą.

To był zwyczajny dzień, spokojny i słoneczny. Było popołudnie. Dżana i Arcest siedzieli w pokoju na górze twierdzy, będącej przejściem między światami, ich obecnego mieszkania. O czymś rozmawiali. Kiedy wydarzyło się jednak to, co wydarzyć się nie powinno, nie wiedzieli już, o czym.
Przeżyli szok, bo choć oboje nie jedno już wiedzieli, nigdy nie spotkali się z czymś takim. Coś nagle zerwało dach. Podskoczyli i stanęli zwróceni twarzami w stronę dziury. Ich oczy spotkały się z szarymi, pozbawionymi uczuć oczami ogromnej istoty.
To był człowiek. W każdym razie, to coś wyglądało jak człowiek. Było jednak wyższe od twierdzy, w której zamieszkali. Za plecami miało równie ogromną i tak samo niewzruszenie szarooką samicę swojego gatunku.
To coś uniosło rękę uzbrojoną w długie, szponiaste pazury. Nie śpieszyło się. Powoli złożyło dłoń, tak jakby chciało wskazać coś palcem. Potem błyskawicznie zadało cios.
Dżana nie zdążyła zareagować, stała bez ruchu jak skamieniała. To Arcest wykazał się refleksem. Od razu pojął, co zamierza zrobić olbrzym, w co, a raczej w kogo celuje. Rzucił się w bok i osłonił Dżanę swoim ciałem. Jęknął cicho, gdy przeszył go pazur dziwacznego stwora i wtedy znów stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Napastnik cofnął rękę i krzyknął tak, jakby to jemu ktoś zadał cios. Potem, tak samo niespodziewanie jak się zjawił, zniknął.
Arcest osunął się na ziemię, przyciskając ręce do brzucha. Dżana uklękła przy nim, obejmując go.
- Nie umieraj - rzuciła, jakby to mogło w czymś pomóc. - Proszę cię, nie umieraj. Wstań, spróbuj, ja cię nie podniosę.
Gill i Zygfryd stali już od jakiegoś czasu w drzwiach, ale byli zbyt zszokowani, by podjąć jakieś działania.
Arcest dźwignął się z trudem. Myślał, że to nie możliwe, ale udało mu się, gdy wsparł się na ramieniu Dżany. Nie umierał. Czuł to, już to czuł. Ona miała to odkryć za chwilę, gdy doprowadziła go do łóżka i obejrzała ranę.
- Nie umrzesz - stwierdziła z lekkim uśmiechem. Kiedy emocje opadły, mogła się uśmiechnąć. Była jeszcze zbyt oszołomiona, by myśleć o olbrzymach. Myślała więc tylko o sobie i o Arceście. - Rana jest głęboka i normalnego człowieka by zabiła, ale nie ciebie. Naruszony jest tylko tłuszcz, pazur nie sięgnął do wnętrzności.
- Więc to, że jestem gruby, raz się na coś przydało? - spytał Arcest słabo. Nie umierał, ale nie czuł się bynajmniej dobrze.
- To cię ocaliło - odparła Dżana, potem go objęła. - Uratowałeś mi życie - powiedziała, składając pocałunek na jego wargach. - Nie musisz stać się wojownikiem, ty nim jesteś - dodała i pocałowała go raz jeszcze. Kochała znowu, kochała tak samo mocno, jak kiedyś Ferro, tak samo mocno, ale zupełnie w inny sposób. Nigdy przedtem nie była tak kobieca, tak czuła.
Czego to dowodzi? A tego choćby, że gdy kocha się po raz drugi, nie robi się tego, by zapełnić pustkę. Wszystko jest tak samo ważne, ale jest jednocześnie zupełnie inne, znowu rozwija i uczy.

Kim, lub czym były olbrzymy? Dlaczego przyszły? Dlaczego chciały zabić Dżanę i dlaczego tak łatwo odstąpiły od swojego postanowienia?
Dżana nie miała się tego dowiedzieć, ale ja wiem. To byli Kamil i Paulina, a raczej demony, które za ich sprawą zaatakowały mój świat. Nie chcieli mnie słuchać. Nie chcieli przyjąć mojej historii i ofiarować mi swojej. Nie chcieli się dzielić. Chcieli dominować. Chcieli mieć nade mną władzę, ale ja się nie ugięłam, ani ja, ani Dżana się nie uginamy.

Wkroczyła do gospody szybkim, stanowczym krokiem. Była wysoka i szczupła, ale mocna. Długie, kasztanowe, rozpuszczone włosy spadały jej na plecy. Oczy miała zielone i dzikie jak zwierzęta, na które polowała. Była piękna i silna. Wiosną skończyła dziewiętnaście lat, ale nawet starzy zabijacy z okolicy czuli, przed nią respekt. Potrafiła strzelać z łuku i wywijać mieczem jak nikt. Skąd przyszła? Dokąd zmierzała? Mówiła, że gna ją w przód przepowiednia, że szuka mężczyzny, który jest jej pisany. Ludzie śmiali się z niej, gdy tego nie widziała. W oczy nikt nie ośmieliłby się jej zaśmiać. Na imię miała Las, wśród ostępów i zarośli czuła się jak w domu, ale mówiła, że imię nie ma z tym nic wspólnego. Mówiła, że to imię po prostu takie musiało być, że otworzy jej ono drogę do przyszłości.
Podeszła do lady. Zdjęła z ramienia pięć zajęczych ciałek i zainkasowała za nie zapłatę.
- Jak czuje się ten chłopak, którego znalazłam w lesie? - zapytała gospodarza.
- Chyba dobrze. Odjechał.
- Jak to? - Nie mogła w to uwierzyć.
- Normalnie - oświadczył karczmarz. - Był ciężko ranny i sądziłem, że z tego nie wyjdzie. Wydawał mi się słaby, w ogóle dziwiłem się, co takie chucherko robiło w leśnych ostępach. On jednak okazał się silniejszy, niż na to wyglądał. Wstał, osiodłał konia i odjechał. Trochę utykał, ale uśmiechał się. Nie wyglądał jak ktoś, kogo coś boli.
- Oł - wytrwało się z piersi dziewczyny. Była jednocześnie zaskoczona, uradowana i zawiedziona. Ona też nie dawała mu szans na przeżycie, ale on przeżył, wsiadł na konia i odjechał. Był silny. Był inny. Kiedy go tylko zobaczyła, pojęła, że miał w sobie coś niezwykłego i nie chodziło tu wcale o szpiczaste uszy, takie jak u istot ze starych legend i fantastycznych opowieści snutych przez babcie przy kominku, ani o owłosione stopy Małych Ludzi. Nie dawała mu szansy na przeżycie, ale jednocześnie miała nadzieję, że on się ocknie, a ona będzie mogła z nim porozmawiać. W końcu przepowiednia kazała jej szukać mężczyzny, który będzie inny od wszystkich, mężczyzny, który będzie piękny nie po męsku i będzie miał dobre serce. Te dwa pierwsze warunki spełniał. Czy spełniał też trzeci, nie dowiedziała się. Nie zdążyła. On odjechał.
Nagle pojęła, że powinna go gonić. Przecież nic jej nie trzymało w tej okolicy. To nie były nawet jej rodzinne strony. Nie miała tam też nikogo bliskiego.
Na moment odrzuciła myśli o sobie i zaczęła myśleć o nim. Zmarszczyła czoło.
- Osiodłał konia?
- Tak. Też nie wiem, jak tego dokonał. To cholerne bydle rzucało się z zębami na wszystkich. Wejść się do niej nie dało, jak stała w naszej stajni, a na pozór to była taka słodka kasztanka - relacjonował gospodarz.
- Pewnie dlatego nikt jej nie ukradł - rzuciła Las. - On miał przecież dwa konie, kiedy go znalazłam.
- Ja tam nie wiem. - Gospodarz wzruszył ramionami. - Mnie wstawiono do stajni tylko tę kobyłę.
- Dokąd pojechał? - Las nie obchodziła już sprawa konia.
- W stronę Azentoch. Gnał galopem, jakby mu się bardzo spieszyło.
- To ja pognam za nim - zawyrokowała.
- Nie dogonisz go. Odjechał przed dwoma dniami. Zresztą, po co miałabyś to robić? Za wszystko zapłacił.
- Czuję, że powinnam - odparła, odwracając się na pięcie.

Raz jeszcze razem graliśmy. Dałam Kamilowi i Paulinie szansę. Nie chciałam postępować pochopnie. Miałam nadzieję, że to nie prawda, że między nami wszystko się skończyło. Chciałam, ją mieć. Czemu? Nie lubię zmian i przywiązuje się do ludzi. To chyba proste. A my, zanim wszystko się popsuło, spędziliśmy z sobą kilka wspaniałych lat. Sesja okazała się jednak koszmarem. Kamil cały czas robił złośliwe uwagi pod moim adresem, a Paulina gadała na Pierre’a za jego plecami, choć oficjalnie się do niego uśmiechała. Miesiąc wcześniej byliśmy jeszcze paczką, ale to minęło. Taka była prawda i chyba nikt nie umiał powiedzieć, jak to się stało.

Mery odnalazł swoich dotychczasowych towarzyszy w jednej z gospód na przedmieściach Azentoch. Nie wiedział, po co ich gonił. Może po prostu ciągle jeszcze nie wiedział, co począć ze swoim życiem. Nikt nie ucieszył się z jego przybycia, nikt, może poza Anterem. Mery także nie cieszył się, znów mogąc ich widzieć, a jednak wciąż się ich trzymał. Załatwiali jakieś interesy. Mery nie wiedział, o co chodziło. Nikt go nie poinformował. Zdążył zorientować się tylko, że dobrze płatna praca z ogłoszenia nie wypaliła. W towarzystwie pojawił się jeszcze jeden brodaty mężczyzna, niski i krępy i smukła dziewczyna imieniem Isztar. Kiedy jedli kolacje, wciąż szeptała o czymś z Tajrantem. Musiała mieć do niego słabość i to w oczach Merego skreśliło ją od razu.
Po kolacji poszli na barkę nowego brodacza. Mery wiedział już, że ten zajmuje się handlem winem. Bez udziału Merego zapadła decyzja, że przez jakiś czas będą pomagać w transporcie jako tragarze i trochę zarobią. Spać mieli na łodzi, więc wygodnie rozlokowali się pod pokładem. Róża została sama, przywiązana do nabrzeża.
Mery nie zdążył jeszcze na dobre zasnąć, kiedy usłyszał dzikie rżenie klaczy i ostre ludzkie głosy. Poderwał się najszybciej, jak to było możliwe. Wybiegł na pokład i zobaczył dwóch rosłych mężczyzn w długich płaszczach, którzy odwiązali Róże i próbowali ją uprowadzić. Klacz broniła się jak mogła, stając dęba i młócąc kopytami powietrze. W jej oczach malował się strach. Jasna grzywa wyraźnie rysowała się w ciemnościach.
Mery nie zauważył, czy złodzieje byli uzbrojeni. Nie dbał o to. Wiedział tylko, że nie może pozwolić im zabrać klaczy. Potrzebował jej, a ona potrzebowała jego. Zobaczył to w oczach Róży. Obrzuciła go spojrzeniem pełnym paniki, jakby mówiła: „Nie pozwól im mnie zabrać. Pomóż mi.”
Dobył miecza.
- Zostawcie tego konia! - krzyknął.
- Czemu? - rzucił jeden ze złodziei.
- Bo on należy do mnie.
- Masz na to jakiś dowód, knypku?
- Mam świadków.
- To nic nie znaczy, zresztą, nie ma ich tu.
- Prawda, ale mam jeszcze broń.
- Ludzie, kradną nam konia! - wrzasnął drugi mężczyzna, gdy Mery ruszył do ataku. Chciał zwabić kogoś, kto mógłby stanąć w ich obronie, ale w nocy, na szczęście dla Merego, po nabrzeżu nie chodziło zbyt wiele osób. Mężczyzna nie mógł już ponowić wołania. Musiał odeprzeć atak.
- Dobra - powiedział Kamil. Siedzieliśmy w jego dużej, z lekka zrujnowanej kuchni, przy stole, na którym jego młodsza siostra namalowała kwiaty czerwoną i żółtą farbą olejną. Byliśmy sami. Inni gracze nie mogli przecież wiedzieć, co dzieło się z Merym, skoro ich przy tym nie było. - Nie musimy rzucać kostkami.
- Czemu? - zdziwiłam się.
- Bo jesteś nieśmiertelna.
Otworzyłam usta, nie wiedząc, co powiedzieć. Kamil niczego nie zrozumiał. Mery nie był nieśmiertelny, tylko, że to ja chciałam zadecydować, kiedy umrze. Nie próbowałam tego jednak Kamilowi wytłumaczyć. Pojęłam, że i tak nie zrozumie.
Teraz, kiedy dokładnie znam już zasady tamtej gry, których wtedy nie znałam, bo jak twierdził Kamil, gracze nie powinni ich znać, tylko Mistrz Gry i kiedy patrzę na wszystko z dystansu czasu, zdaje sobie sprawę, że oboje nie mieliśmy racji. Skoro gra miała jakieś reguły, a o niektórych wydarzeniach decydował wynik rzutu kostką, nie mogłam sobie od tak decydować, że mój bohater nie umrze. Właśnie dlatego to była gra, a nie zabawa. O przeżyciu bohatera decydowały moje poczynania i łut szczęścia. A w każdym razie tak powinno być. Gry są jednak po to, żeby miło przy nich spędzać czas. Tak więc ja miałam niewłaściwe oczekiwania, a Kamil nie powinien poprzez grę próbować mnie zmieniać. Ludzie mogą swoim przyjaciołom wytykać błędy, ale nie powinni próbować uczynić z nich ludzi, którymi ci nie są.
- Rzucać i tak można - powiedziałam i rzucaliśmy.
Żeby ustalić obrażenia, jakich doznał Mery, Kamil użył kostki dziesięciościennej, zamiast sześciościennej, jak kazały reguły gry. Nie chciało mu się przynieść z pokoju tej właściwej. Tym samym Mery znowu doznał poważniejszych ran, niż powinien.
Na chwilę wpadła do kuchni Paulina. Przyniosła brudne naczynia.
- Chodźcie już – powiedziała. - Nie mogę znieść opowieści Pierre’a o Pakierze. - Pakier to był chłopak z naszej klasy, niezły świr, którego fascynowały fekalia. Jeśli chodziło o Paulinę, wiedziałam, że wolałaby, żeby Pierre się nie odzywał. Drażnił ją i nudził jednocześnie. Wiedziałam o tym, ale nie chciałam, by mi przypominała. To bolało. Pierre był w końcu mężczyzną mojego życia.

Mery wygrał walkę, wygrał, bo nie mogło być inaczej, bo przecież „mnie” nie można było zabić, bo bym płakała - jak uważał Kamil, bo tylko takie rozwiązanie miało sens, jeśli ta opowieść miała go w ogóle mieć.
Jeden z napastników zginął pchnięty w brzuch, drugi uciekł, ale sam Mery też oberwał w ramię, w bok i w tę nieszczęsną nogę, której znowu nie dane było się zagoić. Zachwiał się. Żeby nie upaść przytrzymał się wodzy. Wędzidło rozdarło pysk klaczy. Róża spięła się w sobie, ale nie odskoczyła w tył. Wiedziała, że jej pan nie chciał wyrządzić jej krzywdy. Mery dużo mógł znieść, ale tym razem naprawdę było z nim źle.
- Normalny człowiek, w takim stanie, cztery razy by umarł - powiedział Kamil, gdy wróciliśmy do pokoju. Chciał zniechęcić do mnie resztę graczy. - No, ale Kejti - tak mnie w tym towarzystwie nazywano - jest nieśmiertelna.
Zagryzłam tylko zęby i Mery też zagryzł zęby. Tylko, że ja ze złości, a on z bólu.
Dowlókł się do barki, choć nogi uginały się pod nim, a powieki opadały, zmniejszając pole widzenia. Jedną ręką opierał się na mieczu, drugą wieszał na wodzach klaczy, wciąż zadając jej ból wędzidłem cisnącym na dziąsła. Obficie krwawił. Znowu przywiązał Różę do nabrzeża i wszedł na trap, gdzie stanął twarzą w twarz z zaspanym Anterem.
- Co się stało? - spytał tamten, ziewając. - Obudził mnie hałas.
- Nic - odpowiedział Mery, który ledwo już stał na nogach. - Pilnuj Róży. Chcieli ją ukraść.
Minęli się na trapie, choć nie było to łatwe. Anter był jeszcze zbyt nieprzytomny, by o coś więcej zapytać. Mery zwlókł się pod pokład i odnalazł łóżko Bajerusa. Potrząsnął niedoszłym medykiem.
Bajerus otworzył jedno oko.
- Daj mi spać - wymamrotał, nie odzyskując pełnej przytomności.
Mery potrząsnął nim raz jeszcze.
- Pomóż mi - nie poprosił, zażądał.
Bajerus uniósł się na łokciu, wciąż jeszcze nie całkiem przytomny. Spojrzał na Merego. Spojrzał na zakrwawione schody. Zamrugał oczami. Jakoś nie mógł wszystkiego, co widział, złożyć w logiczną całość.
- Co się stało?
- Nie ważne. Pomórz mi - powtórzył Mery raz jeszcze i wtedy nogi złożyły się pod nim. Runął na kolana. W jego błękitnych oczach zabłysło przerażenie.
„Czy to koniec?” - spytał spojrzeniem. - „Czy pozwolisz mi umrzeć?”
Bajerus jakby dopiero wtedy przypomniał sobie, co robi się z rannymi. Pomógł Meremu wciągnąć się na swoje łóżko, a potem opatrzył mu rany. Jego pacjent był już wtedy nieprzytomny. Bajerus uważnie przyjrzał się złotowłosemu młodzieńcowi. Mery coś w sobie miał, coś, czego niedoszły medyk nie pojmował, biły od niego światło i siła. Nie wiedzieć tylko czemu, ciągle pchał się w kłopoty. Żył według swoich zasad, dla Bajerusa niepojętych. Niedoszły medyk potrząsnął głową. Przede wszystkim Mery był kłopotliwym kompanem.

Wszyscy myśleli, że tym razem nadszedł już koniec Merego. Jednak on zjawił się na pokładzie, gdy kończyli jeść śniadanie. Bajerus ciągle ziewał. Anter popatrywał na Różę, której w ciągu nocy nikt już nie próbował ukraść.
- Co te zwłoki robią pod moim pokładem? - próbował dowiedzieć się brodaty właściciel barki.
- Plączą się za nami - zażartował Kent. - Mamy tylko problemy z tym knypkiem.
- Ja to bym je szybko rozwiązał - oznajmił Eltot, uderzając zwiniętą w pięść dłonią w drugą dłoń.
Anter tylko zagryzł wargi. Wiedział, że mówienie czegokolwiek nie ma sensu, z punktu widzenia Eltota, Kenta i Tajranta z dziwacznym młodzieńcem o owłosionych stopach faktycznie były same problemy i lepiej było się go pozbyć.
Mery słyszał wszystko, co zostało powiedziane. Stał w drzwiach, przytrzymując się ręką framugi. Nogi pod nim drżały. Wciąż jeszcze był bliższy śmierci, niż życia. Przez dziury w jego ubraniu widać było napęczniałe od krwi bandaże. Nie bolało go to, co usłyszał. Nie mogło zaboleć. Wiedział, że jest inny, że do tych ludzi nie pasuje, że chce od życia czegoś innego.
- Nie martwcie się - powiedział głosem słabym, lecz pewnym. - Nie mam zamiaru z wami nigdzie płynąć. Pojadę w swoją stronę.
Zaskoczeni wytrzeszczyli na niego oczy.
- Ale ty... - wydusił Bajerus, któremu wydawało się, że widzi ducha. Chciał nawet pobiec na dół i sprawdzić, czy ciało młodzieńca nie leży tam ciągle jeszcze.
- Ja też zostanę - powiedział Anter.
Mery nie zwrócił na to uwagi, kierując kroki ku trapowi. Idąc, utykał ciężko i chwiał się, opierając na mieczu.
- A róbcie, co chcecie. - Eltot wzruszył ramionami.
- ... ale ty możesz umrzeć - skończył wreszcie zdanie Bajerus.
Mery już go nie słyszał, Anter odpowiedział więc za niego:
- Dopilnuję, żeby przeżył. Zajmę się nim.
- Jak chcesz - rzucił za nim Eltot.
Antera też nikt nie zatrzymywał. Kiedy stanął na nabrzeżu, nikt z osób pozostałych na barce już się nim nie interesował. Kent wciągnął na pokład trap, a Eltot zaczął zdejmować cumy. Za chwilę zamierzali odbić.
- Dlaczego zszedłeś na ląd? - spytał Mery, nie patrząc na rosłego mężczyznę.
- Ty zostałeś ze mną, ja zostałem z tobą. To chyba proste.
- Już nie wiem - odpowiedział Mery. Chciał wzruszyć ramionami, ale ból mu nie pozwolił. - Raczej zwątpiłem w ludzi, podróżując w waszym towarzystwie.
- A to błąd. - Anter uśmiechnął się. - Nie każdy zabijaka i poszukiwacz przygód musi być taką hieną, jak Tajrant.
- Co to jest hiena?
- Taki wredny, brzydki zwierz.
Teraz i Mery się uśmiechnął, ale tylko na chwilę. Spojrzał na Różę, potem na Antera i jeszcze raz na Różę.
- Nie dam rady wsiąść - oznajmił.
- Co byś beze mnie zrobił, młody? - Anter nie kpił, on naprawdę się o niego troszczył. Polubił w końcu dziwacznego młodzieńca. Podsadził Merego na siodło, raz jeszcze czując, jak kruche jest jego ciało.
Jak przeżył przemierzając światy? Jak przeżył to, co zdarzyło się poprzedniej nocy? Anter nie mógł tego pojąć.
- Dokąd teraz? - spytał.
- Do domu - oświadczył Mery.
- Tchórzysz, młody?
- Czy tak wygląda ktoś, kto tchórzy? - Uśmiechnął się słabo. - Po prostu coś do mnie dotarło. Wyruszyłem szukać szczęścia. Znalazłem tylko ból i złych ludzi. No, może nie tylko złych. Dwa razy jednak mogłem stracić Różę, a przecież tak naprawdę nie mam na świecie nikogo, poza nią i matką. W sumie, to nie jest mało. Powinienem się tym cieszyć, a nie próbować stracić więcej, niż już straciłem.
Anter zamyślił się.
- Ciągle mnie zadziwiasz - stwierdził w końcu.

Co zdarzyło się potem? A co się nie zdarzyło? Nie graliśmy już więcej z Pauliną, Kamilem i jego kolegami. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy. Próbowaliśmy rozmawiać, ale coś się między nami skończyło. Czy była to wina nieudanych sesji? Nie wiem. Na pewno w czasie gry czegoś się o sobie dowiedzieliśmy, czegoś, czego nie chcieliśmy się dowiedzieć. Koniec pewnie jednak nadszedłby i bez tego, może tylko później. Przecież tak naprawdę nigdy nie umieliśmy z sobą rozmawiać.
Samych gier fabularnych nie uznaliśmy za złe. Graliśmy jeszcze później z innymi ludźmi i zamierzamy grać nadal. Dobrze prowadzona sesja pozwala znowu odczuwać wszystko tak, jak wtedy, gdy było się dzieckiem, a przecież chciałam do tego powrócić.
Jeśli chodzi o Merego i Antera ktoś zawołał za nimi pewnego dnia:
- Mery!
Odwrócili się i stanęli oko w oko z dziewczyną o kasztanowych włosach, dosiadającą pięknego, gniadego wierzchowca.
- Mery, ja jestem Las - rzuciła, a on zamrugał oczami. Nie poznał jej, bo przecież nie mógł jej poznać.
- To ja znalazłam cię w lesie. Chciałam z tobą porozmawiać, ale nie zdążyłam. Coś mnie tknęło. - Wyrzucała z siebie słowa w zawrotnym tempie. - Pomyślałam, że możesz być tym, który został mi przepowiedziany.
- Ja zawsze będę sam - oświadczył zimno.
- Mylisz się. Zostało powiedziane: „i tylko las się przed nim pokłoni.”
- Skąd wiesz?
- Spotkałam mężczyznę, on miał na imię Billa. Pytałam wszystkich, czy nie widzieli kogoś takiego, jak ty. Tak trafiłam na niego. Prowadzi karczmę niedaleko stąd. Nie widział cię od lat, ale powiedział, że cię zna i że masz na imię Mery. Powiedział, co zostało ci przepowiedziane. - Powoli traciła tempo. - „I tylko las się przed nim pokłoni”. Ja jestem Las. Dostałam takie imię, bo miało mi otworzyć drogę do tego jedynego mężczyzny. Miał być piękny. Miał być szlachetny. Bill powiedział mi, czego dokonałeś. To ty. To musisz być ty.
Mery nie odpowiedział, był zbyt oszołomiony.

Razem ruszyli w dalszą drogę Mery, Anter i Las ze swoim pięknym Galopantem. Mery patrzył ukradkiem na Las. Była piękna i była silna. To go przerażało. Przed oczami stawały mu na zmianę drobna, subtelna Julia i okaleczona Sidia ukrywająca się przed światem. Tamte potrzebowały jego ochrony, ta sama mogłaby go bronić. Pomyślał, że jej nigdy nie będzie potrzebny. Nie mógł pojąć, czemu się go uczepiła. Jej obecność drażniła go. Czuł się zagrożony. Miał być sam. Tak zostało przepowiedziane. Widział ciało Julii i widział ciało Sidi. Nie chciał przeżywać tego znowu. Nie mógł uwierzyć w to, co mówiła, że był jej pisany. Wydawało mu się to śmieszne. Cóż to zresztą było za imię - Las?

Mery usiadł bardzo blisko ognia, podciągając nogi pod brodę. Patrzył w ogień, na wystrzelające w górę czerwone i żółte płomienie. Może ból, sam, jako taki, nie robił na nim wrażenia, ale brakowało mu sił i trzęsły nim dreszcze.
- Wszystko w porządku, młody? - Anter kucnął przy nim i delikatnie położył mu dłoń na plecach. Wiedział już, że złotowłosy młodzieniec może znieść więcej, niż nie jeden mężczyzna, ale wiedział też, że wytrzymałość każdego, kiedyś się wyczerpie.
- W porządku - odparł Mery słabo, niezupełnie przytomnie.
Antera wcale to nie uspokoiło, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. Wrócił do oprawiania złowionego przez siebie zająca.
Las przycupnęła po przeciwnej stronie ogniska i uważnie przypatrywała się Meremu. Chciał o niej zapomnieć.
- Często obrywasz? - spytała nagle.
- Czemu o to pytasz? - rzucił Mery w odpowiedzi.
Anter zmierzył dziewczynę gniewnym spojrzeniem.
- Kiedy widziałam cię poprzednim razem, byłeś nieprzytomny i myślałam, że umrzesz, a teraz znowu jesteś ranny.
- Często pcham się nie tam, gdzie trzeba - oświadczył smutno, sam sobie się dziwiąc, czemu z nią w ogóle rozmawia.
Anter umieścił królika nad ogniem, zasłaniając tym samym Las widok na młodzieńca. Dziewczyna musiała przenieść się nieco bliżej Merego.
- Opowiedz mi coś o sobie - poprosiła.
- Bill nie opowiedział ci już wszystkiego?
- Od niego poznałam fakty z twojego życia, a chciałabym wiedzieć, kim naprawdę jesteś.
- Chodzi ci o to, co czuję?
- Tak. - Las przysunęła się jeszcze bliżej.
Przez moment chciał jej naprawdę powiedzieć, co drzemało w jego sercu. Przypomniał sobie, jak był szczęśliwy, rozmawiając w stajni z Sidią. Może to jednak mogło się powtórzyć?
Tak, przeżyją jeden dobry dzień, lub rok, a potem ona zginie. Coś w nim krzyczało. Nie chciał być sam, nie chciał być sam na zawsze. Nie powiedział jej jednak niczego. Coś mu nie pozwoliło. Ona była szalona, a on był dumny.
- Jestem wojownikiem – stwierdził. - Wojownicy nie mówią o takich rzeczach.
- Jak będzie chciał coś ci powiedzieć, to zrobi to. - Anterowi nie podobało się zachowanie Las. Drażniła go. - On chodzi własnymi drogami.

Dotarli do pasma gór, nie przejmując się, że dziwacznie wyglądają razem podróżując. Anter szedł piechotą, piechotą szła też Las i prowadziła swojego wierzchowca, by nie wyprzedzać Antera. Tylko obolały Mery bujał się w stępie na grzbiecie ogromnej Róży.
U podnóży gór, tam, gdzie zaczynały się już skalne rumowiska, zatrzymali się na popas. Anter rozpalił ognisko i oprawił złapanego przez Las zająca. Zjedli pieczone mięso milcząc.
- Przed tobą jeszcze parę wiosek. A po drugiej stronie tych gór - powiedział nagle Anter, wyciągając rękę w kierunku szczytów - zaczyna się już twój świat, młody. - Złotowłosy młodzieniec skinął głową na znak, że przyjmuje tę informację do wiadomości.
Skąd Anter wiedział to, co powinien wiedzieć Mery? Choć nie, Mery też nie powinien tego wiedzieć. Nie miał przecież pojęcia, gdzie przebiega granica Świata zza Morza Ognia i Krwi. To wiedziałam tylko ja. A jednak bez tej informacji wypowiedzianej przez Antera, nie mogłaby się wydarzyć ta scena, a więc i historia nie mogłaby potoczyć się tak, jak tego chciałam. Znów zbyt się śpieszyłam, by logicznie poskładać fakty. Wiedziałam już bowiem, jak mają zakończyć się przygody Merego i bardzo chciałam to napisać.
- Ja już tam z tobą nie pójdę - oznajmił Anter. - Pożegnamy się tutaj.
- Dlaczego?
- Wiesz, młody… - Anter uśmiechnął się pod nosem. - Nie jestem taki, jak Tajrant, czy Eltot, ale lubię awanturnicze życie, a z tego co mi opowiadałeś, twój świat jest dla mnie zbyt spokojny.
Mery przyjął to, bo cóż innego miał zrobić. Następnego dnia rano rozstali się. Mery i Las odjechali konno ku górskim szczytom, a Anter zawrócił w stronę, z której przybyli.
- Trzymaj się, młody - powiedział jeszcze na pożegnanie. - I weź to, przyda ci się, choć nie jest tego dużo - oznajmił i wsunął w dłoń Merego swoją sakiewkę.
- Nie mogę tego przyjąć - zaprotestował Mery.
- Możesz i powinieneś - uparł się Anter. - W końcu to ja wydałem większość twoich pieniędzy.
Na takie dictum Mery uległ. Do tej pory nie wiedział, co stało się z jego pieniędzmi. Wiedział tylko, że znikły, gdy był nieprzytomny i podejrzewał, że to Tajrant je zabrał. Las z pogardą wydęła wargi. Widziała mięczaka w tym, który był jej pisany i wcale jej się to nie podobało.
- Dziękuję - powiedział Mery cicho, przyjmując pieniądze. Bardzo chciał powiedzieć Anterowi, ile znaczyło dla niego ich spotkanie i to, co razem przeszli. Tajrant, Eltot i Kent zachwiali jego wiarę w ludzi, ale Anter ją odbudował. Świat wciąż warto było ratować, jeśli był na nim choć jeden taki człowiek. Mery bardzo chciał to Anterowi powiedzieć, ale nie umiał zrobić tego w godny sposób, po męsku, stał więc tylko i patrzył wojownikowi w twarz.
- No, na mnie już czas, młody - powiedział Anter.
Mery zagryzł wargi. Jeszcze miał chwilę, w czasie której mógł przemówić, ale nie zrobił tego i wtedy. Tak to już jest w chwilach rozstań. Ludzie nie mówią, co czują, ale moją nadzieję, że ta druga strona zrozumie ich bez słów. Jeśli zaś chodzi o tę drugą stronę, ona rozumie, lub nie. Anter chyba zrozumiał.
- Powodzenia, mały.
- Tobie też.
Tak się rozstali i nikt, nawet ja, nie wiedział, czy jeszcze się kiedyś spotkają.

Ciąg dalszy tej opowieści powstał na podstawie sesji, którą Pierre poprowadził specjalnie dla mnie i w której tylko my dwoje wzięliśmy udział. Oczywiście jak zawsze, opowiadając sobie o losach Merego, zaczęłam zmieniać fakty.

Powoli zapadał zmierzch. Jechali wąską ścieżką, po jednej ręce mając skalną ścianę, po drugiej zarośla. Mery prowadził. Las trzymała się za nim. Milczeli.
Mery powtarzał sobie w duchu: „Czemu ona nie da mi spokoju?”
Las pytała samą siebie: „Dlaczego to musi być on? Dlaczego ten mięczak i fujara jest mi pisany?” Oczarował ją swoją urodą, gdy leżał nieprzytomny, goniła za nim, ale kiedy spędziła z nim trochę czasu, poczuła się zawiedziona.
Nagle Mery zobaczył blask ogniska daleko przed sobą, ale nie wstrzymał konia. Mimo tego, co dotąd przeszedł, nie nauczył się bać ludzi. Róża szła pewnie przed siebie energicznym stępem. Mery widział coraz więcej. Przy rozpalonym na skraju drogi ognisku siedziało czterech mężczyzn.
Kiedy zbliżył się do nich, podnieśli się i zastąpili mu drogę. Wszyscy byli zarośnięci. Wszyscy nosili długie, ciężkie płaszcze, a u boków miecze. Mery musiał wstrzymać konia.
- Czego tu chcesz, knypku? - spytał jeden z nich.
- Przejść - odpowiedział Mery pewnie.
- Przejść? - Mężczyźni zaśmieli się. - My pilnujemy tej drogi. Żeby przejść, musisz nam zapłacić.
- Ile?
- Dobrze się z tobą rozmawia. Musisz oddać nam konia.
- Nie - rzucił Mery tylko. Wiedział już, że bez walki się nie obejdzie, ale spróbował jeszcze innej drogi ratunku. Spiął Różę, pchnął ją go galopu. Chciał przedrzeć się między mężczyznami.
Oni okazali się jednak sprytniejsi. Jeden z nich pochwycił Różę za wodze i osadził ogromne zwierze w miejscu. Mery dobył miecza. Nagle wszystko zaczęło dziać się bardzo szybko. Zanim zdążył uderzyć, mężczyzna trzymający wodze runął przeszyty strzałą. Mery nie zdążył zastanowić się, co się stało. Trzech pozostałych rzuciło się na niego. Bronił się dzielnie, ale sam położył tylko jednego. Dwaj pozostali padli od strzał, które świsnęły tuż obok niego. Zadrżał. Przypomniał sobie, jak został postrzelony przez Kenta na drodze w lesie, gdy zaatakowali ich zdeformowani ludzie. Wręcz się zdziwił, że tym razem nie ugodziła go żadna zbłąkana strzała.
Nie miał jednak czasu myśleć o strzałach. Róża rżała i stawała dęba, szarpiąc wodze, na których zawarła się dłoń martwego mężczyzny. Mery rozgiął jego palce. Dotknął szyi klaczy.
- Spokojnie, mała. Już po wszystkim - powiedział, dopiero potem się obejrzał.
Na drodze, za nim, stała Las z łukiem w ręku. Zimno, bez emocji podeszła do całej sprawy. Kiedy Mery próbował negocjować, zsunęła się z konia, przywiązała Galopanta wybierając krzew o dość grubych gałęziach, napięła łuk i czekała. Wiedziała, jak całe zajście się skończy.
- Nic ci się nie stało? - spytała.
- Tym razem nie - burknął tylko. Był zły, bo zdawał sobie sprawę, że ocaliła mu życie.
- Przywiąż gdzieś konia - nakazała mu. - Musimy zaciągnąć te ciała w krzaki i zatrzeć ślady po ognisku.
- Po co? - zdziwił się. Jego matka, w jego świecie, nigdy nie chowała zwłok wrogów.
- Żeby nikt ich nie znalazł i nie posądził nas o rozbój. W tych stronach prawo jest po stronie martwych - wyjaśniła.
Mery o nic więcej nie spytał. Przywiązał Różę i pomógł Las uprzątnąć ciała zbirów. Nie było to wcale takie łatwe, bo każdy z nich był o dwie głowy od niego wyższy, a rany na ramieniu, boku i udzie przypominały o sobie.
Kiedy skończyli, kręciło mu się w głowie. Las nie powiedziała niczego, ale patrzyła na niego, marszcząc nos, jakby chciała dać mu do zrozumienia: „zawodzisz mnie.”

Powoli wjechali do wioski u podnóża gór. Prawie nie spotykali ludzi, sunąc drogą między pogrążonymi w popołudniowej drzemce domami i choć byli obserwowani, nie zdawali sobie z tego sprawy.
- To Deret. Bywałam tu kiedyś często - powiedziała Las. - Wszędzie szukałam mężczyzny z mojej przepowiedni.
Mery milczał.
- To dom najbogatszego człowieka w wiosce. - Las wskazała dwupiętrowy, murowany budynek otoczony wysokim ogrodzeniem. - On tu wszystkimi rządzi. Ludzie mówią o nim po prostu szef i jemu się to bardzo podoba.
Mery milczał nadal. Nie uważał, że te informacje były mu do czegoś potrzebne.
- A to dom lekarza. - Wskazała mały domek o zamkniętych okiennicach. - Musiał gdzieś wyjechać. To dziwny facet. Zawsze chadza własnymi drogami.
- Jak my wszyscy. - Mery marzył, żeby się jej pozbyć.
- Nieraz tu spałam. – Las zatrzymała się przed obszernym budynkiem gospody. – Teraz też się chyba tu zatrzymamy?
Mery nie zaprotestował.
Odstawili konie do stajni. Stał tam już jeden gorącokrwisty wierzchowiec i kilka koni pociągowych. Potem wynajęli dwa małe oddzielne pokoje i zamówili posiłek. Mery wolałby spać w przegrodzie Róży, ale miał wrażenie, że Las się to nie spodoba. Gospodarz, poinformował ich, że w cenę pokoju wliczone jest śniadanie. Rozmawiając z nimi cały czas gapił się na Merego. Dziewczyna, która przyniosła im jedzenie, także nie była w stanie ukryć, że mu się przygląda. Z rysów twarzy przypominała gospodarza, więc odgadli, że była jego córką. Na jej wargach tańczył kpiarski uśmieszek, którego nawet nie starała się ukryć.
Las nie mogła znieść tych spojrzeń.
- Wiesz o co im chodzi? - spytała ostro, nieco podnosząc głos.
Mery spojrzał na nią, jakby nie zrozumiał, o co pytała. Wiedział jednak doskonale, o co jej chodziło. Nie chciał tylko o tym myśleć. Był odmieńcem. Wiedział to aż za dobrze. Był jedyny, był dziwny. Jego ojca też nikt nigdy nie traktował poważnie, nawet on sam. Już rozumiał, czemu Ferro zawsze był taki cichy, czemu tak często milczał podczas lat spędzonych nad morzem, zamiast chełpić się jak Max.
- Oni śmieją się z ciebie! - Las sama sobie udzieliła odpowiedzi na pytanie.
- Wiem. - Mery wzruszył ramionami. - Mam ich wszystkich poćwiartować?
Las nie odpowiedziała. Parsknęła tylko gniewnie, a on przypomniał sobie, jaki był, kiedy spotkał Julię. O nie, Las nie zostałaby z nim ani chwili, gdyby wciąż chodził tak niepewnie i miał zniekształcone dłonie. Las nie zostałaby z nim ani chwili, gdyby nie cuda, jakich dokonała Axia.
Tej nocy czuł się bardzo samotny, nie mając przy sobie nikogo bliskiego, ani nawet swojej ogromnej klaczy. Rzadko sypiał w łóżku i nie sprawiło mu to radości. Przypomniał sobie barkę znajomego Eltota i to, co przeżył na nabrzeżu.

Rano markotny i milczący bez protestu zjadł cienką jajecznicę i popił ją mlekiem zaserwowanym przez parskającą śmiechem córkę gospodarza. Oboje z Las podejrzewali, że innym gościom podawano do śniadania piwo. Dziewczyna nie zdążyła przypomnieć mu jednak, że nie dba o swój honor, kiedy nagle rozległ się potworny wrzask.
Oboje z Las poderwali się z miejsc i wypadli przed gospodę.
- Nie żyje! Nie żyje! – krzyczała jakaś stara kobieta.
Ktoś złapał ją już za ramiona i próbował uspakajać.
- Zostawił list! - wyrzuciła z siebie. – Napisał, że się otruł, że nie może dłużej żyć z piętnem zbrodni, jakie ciąży nad jego rodziną, że demony zjawiły się w lesie i nie chce patrzyć na to, czego dokonają, że zostało przelane za dużo krwi. Zwariował, biedak.
- Szef, szef idzie! - krzyknął ktoś z końca tłumu, który zdążył zebrać się przed gospodą.
Ludzie rozstąpili się, by przepuścić trzech jeźdźców na pięknych, rosłych koniach. Dwaj z nich odziani byli w czarne szaty, trzeci w fioletowo-złote. Wszyscy nosili pod płaszczami kolczugi, a przy pasach długie miecze.
- To szef i jego przyboczna gwardia - wyszeptała Las.
Przed gospodą jeźdźcy zsiedli z koni. Wysłuchali relacji kobiety. Mery nie słyszał, co mówiła. Potem weszli do wnętrza wskazanego przez nią domu. Wieśniacy stali na drodze milcząc, niektórzy wstrzymali nawet oddech. Po chwili szef znowu ukazał się ich oczom.
- Rozejść się! - nakazał donośnym głosem. - Nie macie tu czego szukać! Niech ktoś tylko wezwie medyka, żeby zabrał ciało. Rozejdźcie się do swoich zajęć! - powtórzył i dosiadł konia.
Wieśniacy wycofali się z drogi, ale zamiast do swoich zajęć, poszli do gospody. Nagle zrobiło się tam tłoczno. Mery i Las musieli przenieść się w najdalszy kąt sali, żeby nikomu nie przeszkadzać.
- O co tu chodzi? – spytał ktoś.
- To wy nie wiecie? - zdziwiła się stara kobieta uradowana, że nagle znalazła się w centrum uwagi. Otrząsnęła się już z przerażenia, jakie ogarnęło ją, gdy zobaczyła trupa. - On był z Deretwenów. Wiem. Sprzątałam u niego, obiady też mu gotowałam. Nie radził sobie sam, żony nie miał.
Młodym nazwisko, które wymieniła, niczego nie wyjaśniło, a ktoś nawet zauważył, że zmarły nazywał się inaczej. Kobieta miała więc powód, by udzielać dalszych wyjaśnień.
- On po matce był z Deretwenów. Chyba był ich ostatnim potomkiem. Oni mieszkali w tym starym dworze w lesie, co teraz stoi w ruinie. Byli bardzo bogaci, bogatsi nawet, niż jest teraz szef. Szlachcicami w końcu byli, a on nasz jest, z ludu, choć tak się stroi i tyle ma.
- Znam ją - przypomniała sobie Las. - To największa plotkarka we wsi - powiedziała szeptem do Merego.
- Pracowało dla nich wielu ludzi, nie mieli wyboru, bo kiedyś cała ta ziemia należała do Deretwenów. Stąd i nazwa wsi - ciągnęła swoje stara kobieta. - Nie byli dobrymi pracodawcami. Chłostali swoich podwładnych za drobne przewinienia i mało płacili. Nadszedł taki dzień, że ludzie nie mogli już tego znieść. Nie patrzcie tak na mnie. To byli wasi dziadowie. Widziałam to i pamiętam, choć byłam wtedy jeszcze bardzo małą dziewczynką. Poszli na dwór z żagwiami i kosami postawionymi na sztorc. Ale Deretwenowie nie dali sobie w kasze dmuchać. To w końcu szlachcice byli, szkoleni w robieniu mieczem. Rozpędzili wieśniaków. I nawet ten jeden raz, można powiedzieć, że okazali się wyrozumiali. Ogłosili, że jeśli ci, którzy wyszli cało ze starcia, stawią się do pracy, nie zostaną wobec nich wyciągnięte żadne konsekwencje. - Mery i Las słuchali tego oszołomieni. Las nie znała tej historii, mimo, że znała tutejsze domy i drogi. Wiedziała, że stara kobieta lubi przesadzać, ale jej słowa i tak zrobiły na niej wrażenie. Mery natomiast, tak jak i jego matka, wciąż jeszcze nie mógł pojąć, dlaczego ludzie występowali przeciwko ludziom. - Tylko prowodyra buntu zabili batożąc go na śmierć na oczach mieszkańców naszej woski. A jego żonę i dzieci wygnali, odbierając im zagrodę. Kobieta odchodząc mamrotała przekleństwa przeciwko Deretweną, ale i swoim sąsiadom, którzy porzucili broń. Życzyła wszystkim, żeby tutejsze lasy zaroiły się od demonów i wampirów. To jeszcze nie nastąpiło, ale Deretwenom od tamtej pory przestało się wieść. Najpierw zbiednieli, a potem wymarli.
Zapadło głuche milczenie. Młodsi nie znali tej historii, starsi dawno o niej zapomnieli, ale teraz i jednych, i drugich zdjął strach.
Ani Las, ani Mery nie zdążyli przemyśleć tego, co usłyszeli, kiedy z ulicy rozległ się nagle hałas, jakby ktoś uderzał warząchwią w pokrywkę garnka i donośny męski głos zawołał:
- Nadzwyczajny zaciąg do armii! Demony w lasach!
Wieśniacy siedzący w gospodzie pobledli, ale nikt się nie poruszył.
Mery podniósł się.
- Ja idę - rzucił do Las. - Muszę zobaczyć, co się tu dzieje.
- Co, miałeś jeszcze za mało kłopotów? - warknęła dziewczyna przez zęby, ale on zdawał się tego nie słyszeć. Skierował się ku wyjściu. Znowu wstępował na właściwą drogę, znowu był sobą. Otrząsnął się z amoku, jaki ogarnął go, gdy wędrował z Tajrantem, Eltotem i Kentem.
Las myślała szybko. Cherlak i mięczak bez honoru - tak go nazwała - a jednak miesza się w sprawy innych. Albo lubi obrywać po głowie, albo naprawdę jest szlachetnym mężczyzną, z którego los zakpił, dając mu takie ciało.
Też się podniosła i ruszyła za nim. Nie podeszła jednak do niego, tylko zatrzymała się w drzwiach gospody i obserwowała, jak zbliżał się do stojącego na ulicy wysokiego mężczyzny w mundurze i czapce ozdobionej ogromnym piórem. Był to Martinelli, dawny wojskowy, który przeszedł w stan spoczynku, po doznaniu ciężkiego urazu głowy. Tak w każdym razie o nim mówiono. Las nie raz już go spotkała, a jeszcze częściej wysłuchiwała opowieści o jego szalonych pomysłach. Śmiała się z niego cała wioska. Nazywali go dziwakiem, a czasem nawet pomyleńcem. Teraz stał, naprawdę uderzając warząchwią w pokrywę od garnka i wykrzykiwał swoje o zaciągu i demonach. Naprawdę wyglądał jak wariat.
Mery podszedł do niego.
- Jestem - powiedział tylko.
- Kim jesteś? - spytał Martinelli, obrzucając go zdziwionym spojrzeniem.
Las nie była w stanie powstrzymać kpiącego uśmiechu, który wypłynął na jej wargi.
- Nikim szczególnym, mieszańcem, odmieńcem i jedyną osobą, która jak na razie chce walczyć z demonami - wyjaśnił Mery, choć nie miał zielonego pojęcia, w co się pakuje.
- Jeśli tak... - Martinelli zawahał się. Może według niego Mery nie wyglądał na wojaka, ale zawsze taki wojak był lepszy, niż żaden. - Trudno - westchnął.
- A wy znowu burzycie spokój?! - Ubrany na czarno człowiek wyrósł przed Martinellim jak spod ziemi. - Szef chciałby się z wami rozmówić - oznajmił.
- No dobrze - zgodził się Martinelli, na którego głowę na raz spadło chyba zbyt wiele.
- Chodźmy. - Mężczyzna w czerni skierował się w stronę rezydencji szefa, a Mertinelli i zapomniany Mery poszli za nim.
Las stała przez chwilę, patrząc na odchodzących.
Niech sobie idzie, szaleniec - pomyślała. – Głupiec. - Nie umiała nazwać go inaczej. A jednak coś w niej nie zgadzało się na taki porządek rzeczy. Nie mogła pozwolić, żeby tak po prostu odszedł. Dlaczego? Dlatego, że był jej pisany, on, a nie ktokolwiek inny? Nie. Nie dlatego. Wiedziała już, jaka odpowiedź była niewłaściwa, ale właściwej wciąż jeszcze nie znała.
Nagle zerwała się biegiem. Dopadła do nich.
- Ja też chcę się zaciągnąć! - krzyknęła.
Zaskoczony Martinelli odwrócił się i wybałuszył oczy, a ona dodała przez zęby już ciszej i mówiąc tylko do Merego - jesteś stuknięty.

Szef czekał na nich na progu swojego domu. Był przystojnym mężczyzną o bliżej nieokreślonym wielu. Jego twarz porastała gęsta, ale niezbyt długa, ciemnobrązową brodą.
- Co ty wyrabiasz, Martinelli! - krzyknął od razu, nie dbając o żadne formy grzecznościowe. Jego szare oczy pozostały jednak łagodne. - Siejesz tylko panikę! A to co? - spytał spoglądając na Merego i Las.
- Zaciąg - odpowiedział Mery szybko.
- Las znam - rzucił szef, nie mówiąc do Merego, nawet na niego nie patrząc. - A ten mały, to co za jeden?
- Zaciąg - powtórzył Martinelli.
- To znaczy?
- Nie wiem, kim on jest.
- Przybył tu ze mną - wyjaśniła Las szybko.
- Aha. - To szefowi wystarczyło. - Martinelli, chodźcie no do mnie. Muszę wam coś wytłumaczyć. A ty Las, zabierz stąd swojego towarzysza i znikajcie. Zajmijcie się swoimi sprawami - powiedział i odwrócił się na pięcie, kierując się w głąb ogromnej rezydencji. Martinelli i człowiek w czerni poszli za nim. Mery i Las zostali sami.
- I co teraz? - spytała ona, zupełnie tak, jakby nagle zaczęła żałować, że na nic się nie przydadzą. – Jedziemy dalej?
Mery wybałuszył oczy.
Dalej? – pomyślał. - Ja wracam do domu, a ty się do mnie przyczepiłaś. - Nie powiedział tego. Głośno oznajmił:
- Rozejrzymy się po okolicy. Nie możemy odejść, póki nie będziemy pewni, że tu naprawdę nie jesteśmy potrzebni, że nikt nie potrzebuje naszej pomocy.
- Jak chcesz.
- Byłaś tu, więc pewnie wiesz, którędy najbliżej do lasu. Może natrafimy na te demony.
- Jesteś stuknięty - burknęła.
- Może. - Wzruszył ramionami.
- A ty w ogóle wiesz, co to jest demon?
- Chyba tak.
- I sądzisz, że mógłbyś przeżyć spotkanie z którymś z nich.
- Tak.
- Pomylony jesteś, ale jak chcesz, chodźmy do lasu - zadecydowała i ruszyła przed siebie.
Gdy tak szli w ciepły, słoneczny dzień, Meremu nagle przestała ciążyć obecność Las. Gdy tak szli, nie była już dziewczyną, która chciała zawładnąć jego sercem i zająć miejsce Julii. Była po prostu kompanem, którego dobrze było mieć koło siebie, piękna, a jednocześnie bardzo męska. Las była mu równa. Z Las mógł pójść wszędzie. Z Las mógł dokonać wszystkiego.
Nie zdążyli jednak zapuścić się daleko. Nagle Mery zatrzymał się. Jego uszy złowiły nieznany dźwięk, na chwilę wcześniej, niż od strony wioski dobiegł ich potworny krzyk.
- Wracamy!

Przed gospodą znowu kłębił się tłum. Tym razem nie byli to jednak ludzie ciekawi plotek, a paru odważnych wieśniaków stawiających czoła upiornym stworom o zdeformowanych nieco ludzkich, a nieco zwierzęcych ciałach. Stwory walczyły zębami i pazurami wydając przy tym z siebie przerażające dźwięki, ni to warcząc, ni to opętańczo krzycząc. Mery stanął jak wryty. Po plecach przeszedł mu dreszcz. Czy to nie takich stworów przelękła się Róża w dniu, gdy i on, i ona mogli zakończyć życie?
Po chwili na polu walki zjawił się szef ze swoją przyboczną gwardią oraz Martinelli. Mery także dobył miecza.
Nie był to ciężki bój. Stwory walczyły zacięcie, wydawały się jednak zbyt wściekłe, czy też zbyt przerażone, żeby planować swoje poczynania, nie mówiąc o przewidywaniu ruchów przeciwników. Niewiele potrzeba było czasu, by kilkanaście potworów padło martwych. Spośród mieszkańców wioski nikt nie zginął, choć kilka osób doznało drobnych obrażeń. Także ramienia Merym dosięgły zęby jednego z dziwnych stworów, nie rozdarły jednak nawet rękawa jego skórzanej bluzy.
Nie zdążyli jeszcze ochłonąć i oprzytomnieć po walce, gdy nagle od strony, z której przedtem nadbiegli Mery i Las, nadjechał wóz drabiniasty. Otaczała go grupa ludzi, którzy do tej pory nie wiedzieli niczego o wydarzeniach przed gospodą, a którzy jeden przez drugiego krzyczeli coś o pojawieniu się wampirów.
Szef potrząsnął jednym z nich, próbując wyciągnąć od niego jakieś konkretne informacje. To o dziwo podziałało i lamentujący mężczyzna na moment się uspokoił.
- Znaleźliśmy ją w lesie - wydusił wskazując na wóz. - Wampir ją ukąsił. - Na więcej opanowania nie był w stanie się zdobyć i znowu zaczął lamentować.
Na wozie rzeczywiście leżała nieprzytomna dziewczyna, o długich jasnych włosach i pokaźnych piersiach. Szef podszedł do niej.
- Tu, w szyję ją ukąsił - wskazał któryś z ludzi.
- Pokażcie mi ją! - rzucił Mery i zaczął przepychać się przez tłum, który zdążył już szczelnie otoczyć szefa i wóz. - Ja znam się na wampirach! - Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Czy wydawało mu się, że może pomóc dziewczynie? To po prostu był impuls.
Ludzie słysząc jego słowa, zrobili mu przejście. Obrzucili go pytającymi spojrzeniami, w których odbiła się odrobina ciekawości i lęku.
- W moich stronach wiele jest stworzeń podobnych do wampirów - rzucił dla wyjaśnienia i wdrapał się na wóz.
Taka była prawda. Glumy i zielone były spokrewnione z wampirami. Owszem, stały na niższym stopniu rozwoju i miały potężniejsze zęby, ale wywodziły się od tych samych przodków. Nie wspomniałam o tym jak dotąd na kartach opowieści o Dżanie i chyba sama o tym na jakiś czas zapomniałam. Ale kiedyś, w nie spisanych historiach, glumy, zielone i wampiry nazywałam wampirowatymi.
Mery zbadał palcami szyję dziewczyny. To co odkrył, zdziwiło go.
- Jej nie ugryzł żaden wampir – oznajmił. - To co ma na szyi, to na pewno nie ślady ugryzienia. Te rany zadał człowiek tak, by inni myśleli, że był to wampir.
- Skąd to wiesz, mały? - spytał szef ostro.
- Widziałem wiele prawdziwych ugryzień - odparł pewnie.
- Nie słuchajcie go! - krzyknął jeden z wieśniaków. - Szefie, popatrz tylko na niego. On sam nie jest człowiekiem. Skąd mamy wiedzieć, czy też nie jest demonem, lub, że nie kuma się z nimi?
- A dziewczynę trzeba spalić na stosie, żeby już nie mogła zmartwychwstać - dorzucił ktoś inny.
- Opanujcie się! - zawołał błagalnie Mery. - Jestem z krwi i kości, jak wy. Zabijania było w tej wiosce już dosyć.
Nagle wszyscy zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego, napierając na wóz. Pewnie zwlekliby z niego i Merego, i dziewczynę, zadając im śmierć, gdyby szef ich nie uspokoił.
- Rozejdźcie się! - nakazał podniesionym głosem. - Przestańcie pleść brednie i wierzyć w te swoje zabobony. Pozwólcie mi działać. Idźcie stąd. Mnie zostawcie sprawy, o których nie macie pojęcia.
O dziwo przemowa szefa poskutkowała i wieśniacy zaczęli się rozchodzić.
- A co ze mną? - zapytał nieśmiało woźnica.
- Pójdziesz z nami - nakazał mu szef. – Ty, mały, i ty, Las, zostańcie również.
- Ja mam imię - zauważył młodzieniec o złotych włosach. - Jestem Mery. - Szef zdawał się tego w ogóle nie słyszeć.
- Byliście tu, kiedy przybyły te stwory? - spytał.
- Nie - rzucili chórem Mery i Las.
- Szkoda. Chodźcie – nakazał szef. - Nie mamy czasu na pogaduszki.
Razem dotarli pod dom medyka. Woźnica drżał ze strachu, ale nie odzywał się i pozwalał sobą komenderować. Budynek zastali zamknięty na cztery spusty, z oknami osłoniętymi okiennicami.
- Nie wiedziałem, że doktor wyjechał. - Szef nie oznajmił tego faktu, po prostu głośno myślał.
- Ja też nie - przyznał Mertinelli.
- Co teraz? - spytał Mery tak, jakby ktoś w towarzystwie liczył się z tym, co mówił. Nikt się nie liczył, ale tym razem zwrócili uwagę na jego słowa.
- Wyważymy drzwi. - Szef był pewny siebie, poza tym miał prawo do podejmowania takich decyzji. To była jego wioska.
Ludzie z gwardii przybocznej natarli na drzwi barkami. Te zajęczały głucho, ale nie drgnęły. Cztery razy mężczyźni w czarnych strojach musieli ponowić atak na drzwi, żeby zamki ustąpiły. Weszli do środka wszyscy, oprócz przerażonego woźnicy. Jeden z mężczyzn w czerni wniósł ranną.
Dom był ciemny i cichy, a grube pokłady kurzu na meblach i drewnianej podłodze świadczyły o tym, że gospodarza od dawna tam nie było. Dlaczego nikt z mieszkańców wioski tego nie spostrzegł?
- Przysiągłbym, że widziałem go jeszcze przed paroma dniami - powiedział Martinelli. W złowrogiej ciszy domu jego głos zdusiły zasłony pajęczyn. Wnętrze nie zgadzało się, by ktoś w nim hałasował.
Mężczyzna w czerni ułożył dziewczynę na kozetce.
- Rozejrzyjcie się za jakimiś solami trzeźwiącymi i bandażami - rozkazał szef szybko. Na moment zamyślił się i dodał - jeśli jesteście ranni, weźcie czego potrzebujecie spośród lekarstw.
Rozłączyli się i ruszyli między półki grzebać wśród fiolek i puzderek.
Mery nie znalazł soli trzeźwiących, ale znalazł maść na rany. Ściągnął płaszcz i bluzę, chcąc skorzystać z nich od razu. Zdawał sobie sprawę, że wciąż jeszcze nie był w najlepszym stanie.
Las znieruchomiała. Zobaczyła jego ręce, smukłe lecz mocne. Zobaczyła brudne bandaże na jego boku i lewym ramieniu, zobaczyła ciemny siniec na prawym.
Mery nie zwrócił na nią uwagi, w ogóle nie zorientował się, że na niego patrzyła. Zdjął bandaże. Las zobaczyła wtedy jego niedogojone rany. Pojęła, że musiały być głębokie, że dla kogoś tak drobnego, jak on, mogły być śmiertelne. Nie rozumiała, jak zdołał się z tego wylizać, cały czas będąc w drodze, z dala od domu, śpiąc pod gołym niebem, a dnie spędzając na grzbiecie konia. Nie mógł być słabeuszem, za którego go brała. Był mały, był szczupły, ale miał w sobie siłę, której nie potrafiła pojąć, siłę, której nie mieli w sobie niektórzy duzi mężczyźni obnoszący się z bronią po świecie.
Kiedy Mery wrócił do pokoju, gdzie położono dziewczynę, podano jej już sole trzeźwiące i wróciła do przytomności. Powtarzała wciąż, że bardzo boli ją głowa.
- Powiedz nam, co ci się stało? - nakazał jej szef.
- Poszłam z kolegami do lasu tak, na spacer - zabełkotała dziewczyna, unosząc rękę do czoła, jakby w ten sposób miała nadzieję uciec od bólu. - Pokłóciliśmy się i odłączyłam się od nich. Nie wiem, co stało się potem. Chyba ktoś uderzył mnie w głowę i straciłam przytomność.
- Gdzie to było? - Szef chciał wiedzieć jak najwięcej.
- Na polanie, przy spalonym dębie.
Szef zmarszczył czoło. Chciał poskładać fakty. Wiedział jedno, spalony dąb znajdował się niedaleko ruin dworu Deretwenów.
- Znalazłem coś dziwnego. - Mery przerwał milczenie.
- Co? - Szef spojrzał na niego niezupełnie przytomnie.
- Tę księgę - oznajmił Mery i podał opasłe tomisko oprawione w skórę szefowi.
- Umiesz czytać? - To z początku zdziwiło szefa chyba bardziej, niż sama księga.
- Tak. - Dla Merego to było oczywiste.
- Co on znalazł? – spytał Martinelli.
- Traktat o tym jak połączyć człowieka i zwierzę w jedno – powiedział szef z odrazą zaglądając do księgi.
- Czy nasz medyk mógł prowadzić takie doświadczenia? - Teraz głośno myślał Martinelli. – Tylko po co miałby to robić? Gdyby chciał tylko, żeby ludzie uwierzyli w prawdziwość klątwy, nie posunąłby się chyba aż tak daleko?
- Ludzie są czasem szaleni – rzucił w powietrze szef.
- Może trzeba by pojechać do tego dębu i zobaczyć, czy tam się nic nie dzieje - zaproponował Mery.
Szef zmierzył go wzrokiem.
- Właściwie ciebie też trzeba wliczyć w poczet dziwnych rzeczy, które się nam tu przytrafiły – powiedział. - Czym tak naprawdę jesteś i skąd przychodzisz?
- On jest w porządku. - Las odpowiedziała za niego. - Jest mieszańcem starych ras. On chce tylko wrócić do domu. Nie chce mieć problemów.
- W porządku. - Szef przyjął to wyjaśnienie. - Właściwie faktycznie trzeba by tam kogoś wysłać. Swoją gwardię przyboczną wolałbym jednak zostawić w wiosce. Nie wiemy przecież, co jeszcze się zdarzy.
- My możemy pojechać - zaofiarował się Mery.
- Macie konie?
- Tak. Zostały w gospodzie.
- Dobrze. Pójdźcie więc po nie i ruszajcie. Las zna drogę. Ja będę u siebie.

Milczeli sunąc drogą ku gęstwinie drzew. Las czuła lęk, ale nie chciała się do tego przed Merym przyznać. Słyszała w swoim życiu wiele tajemniczych opowieści o polanie ze starym dębem. Żeby odpędzić od siebie strach myślała o Merym. Co gnało go w przód?
- Dlaczego mieszasz się w sprawy tej wioski? - spytała nagle.
- Bo ci ludzie potrzebują pomocy. - Odpowiedź była prosta.
- Zawsze pomagasz tym, którzy potrzebują pomocy?
- Tak. Po to się urodziłem. - Mery nie miał żadnych wątpliwości, już nie miał. Przez całe życie wiodło go przeznaczenie i tak powinno pozostać.
- Nigdy się nie boisz, że jakieś zadanie przekroczy twoje możliwości? - Las miała wątpliwości.
- Już nie – odparł. - Jeśli będę zbyt słaby, zginę. Już raz cudem wyrwałem się śmierci, walcząc z silniejszym przeciwnikiem...
- Wygrałeś?
- Tak. - Uśmiechnął się. - I uodporniłem się na ból. - Już mógł z nią rozmawiać, już go nie drażniła. Nie wlekła się przecież już za nim. Teraz razem działali.

Spalony przez piorun dąb wyglądał dosyć upiornie. Pozostała z niego tylko pusta w środku, sczerniała, dolna część pnia. W jego wnętrzu swobodnie można było ukryć konia.
Las zadrżała, mijając pień. Galopant położył po sobie uszy, także czując lęk. Mery i Róża nie poczuli jednak strachu, nie bali się cieni. Zbyt często stali oko w oko z autentycznym niebezpieczeństwem.
Wyjechali na polanę. To co zobaczyli, wydało się im zbyt proste. Na jej skraju stał mały szałas, a przy nim krzątało się dwóch mężczyzn zbierając chrust na ognisko. Podjechali do nich i wtedy stało się coś, czego żadne z nich się nie spodziewało.
Jeden z mężczyzn zniknął, tak jakby rozwiał się w powietrzu, drugi upadł na kolana i złożył ręce w geście prośby.
- Nie róbcie mi krzywdy - zaskomlił. Wyglądał na nieuzbrojonego, nosił jednak obszerne ubranie z szarego płótna, pod którym mógł ukrywać miecz. - Nie krzywdźcie mnie, wielcy wojownicy, jestem tylko zwykłym włóczęgą.
Mery roześmiał się. Jak miał się nie roześmiać, skoro nazywano go wielkim wojownikiem? Sam najlepiej wiedział, jak wyglądał.
Włóczęga osiągnął zamierzony cel, rozproszył jego uwagę.
Nagle za plecami Merego rozległ się donośny ryk. Młodzieniec obejrzał się. Zobaczył za sobą ogromną, kudłatą istotę o długich zębach i żółtych oczach.
Wykręcił klacz. Dobył miecza. Podejrzewał, że nie ma z tą dziwaczną istotą szans, ale nie chciał oddać życia bez walki.
W tym samym momencie, kiedy on zainteresował się gigantycznym stworem, włóczęga poderwał się z klęczek. Odrzucił płaszcz. Promień światła zalśnił na klindze miecza, który faktycznie nosił ukryty pod ubraniem. Uderzył na Merego z tyłu. Las krzyknęła, w tym momencie zbyt przerażona i zaskoczona, by zrobić coś sensowniejszego.
Mery znowu wykręcił konia, nie pozwalając włóczędze ciąć go przez zad. Zaatakował z góry. Nie myślał już o znajdującym się teraz za nim stworzeniu, które przecież jak dotąd nie podjęło żadnej akcji, a więc być może nie było tak niebezpieczne, jak mu się z początku wydawało. Nie zauważył nawet, kiedy znikło. To zauważyła Las, która dostrzegła także na skraju polany, za szałasem, drugiego z mężczyzn. Zrozumiała wtedy, że padli ofiarą iluzji i już zupełnie spokojna zajęła się drugim przeciwnikiem.
Walka trwała tylko chwilę. Mężczyźni nie byli szczególnie biegli w szermierce, a Mary i Las walcząc z grzbietów koni mieli nad nimi przewagę.
- Połóżcie się twarzą do ziemi - nakazał im Mery, gdy tamtym miecze wypadły z rąk.
Kiedy wykonali polecenie, zeskoczył z konia i szybko związał im ręce pasami materiału odciętymi od ich własnych płaszczy.
- Obszukaj ich - poleciła mu Las.
- Obszukać? - Miał wątpliwości. Nie chciał zachować się jak Tajrant, o którym wciąż nie mógł zapomnieć. Raz ukradł, o raz za dużo. Nie był wtedy sobą, ale to w żaden sposób go nie usprawiedliwiało. Co sprawiło, że oprzytomniał? Chyba Róża i Anter. Nie był pewny, ale to nie było ważne. Liczył się tylko fakt, że to się stało.
- Tak. - Las niecierpliwiła się. - Może mają przy sobie coś dla nas niebezpiecznego, ukrytą broń, czy coś takiego.
To go przekonało. Obszukał więźniów. Broni już jednak nie mieli.
- Kim jesteście? - zapytała Las, strasząc ich mieczem.
- Nikim, włóczęgami, kuglarzami - zaskomlili. Więcej nie chcieli powiedzieć.

Ściemniało się już, choć trudno było powiedzieć, czy z powodu wieczoru, czy nadciągającej burzy. Gdzieś daleko grzmiało. Siedzieli w salonie szefa, oni dwoje, Martinelli no i oczywiście sam szef.
- Wiecie już dużo o tym, co się tu dzieje - zaczął gospodarz. - Myślę więc, że razem możemy przedyskutować sytuację – zwrócił się do Merego i Las. - Ten mężczyzna, który popełnił samobójstwo, był potomkiem Deretwenów. Ktoś go nastraszył, a nawet nie ktoś, tylko ci dwaj. Musiały dręczyć go myśli o przekleństwie. Może komuś o tym opowiedział. W każdym razie, za sprawą sztuczek tych włóczęgów, pomyślał zapewne, że demony naprawdę są w wiosce…
- Ci dwaj, których zatrzymaliście - teraz mówił Martinelli - na przesłuchaniu przyznali się, że zostali wynajęci przez Jonsona.
- Drugiego najbogatszego człowieka w tej wiosce - wyjaśniła Meremu szeptem Las.
- Faktycznie są kuglarzami. To oni upozorowali atak wampira i na inne sposoby straszyli tamtego nieszczęśnika. Jonson ponoć chciał przejąć jego ziemię, którą zresztą faktycznie odziedziczy za sprawą koligacji rodzinnych.
- Raczej jego spadkobiercy, bo jego samego oczywiście aresztujemy i odstawimy do miasta pod sąd - sprecyzował szef. – Ludzie są tacy płytcy – dodał. Na jego twarzy malował się wyraz obrzydzenia.
- Nie wszyscy – zaprotestował Martinelli.
- Być może. Wróćmy jednak do tematu rozmowy. Sądzę, że to nie rozwiązuje całej sprawy. Kiedy was nie było – zwrócił się do Merego i Las - przywieziono do nas kobietę zamordowaną w bestialski sposób. Tego ci dwaj nie mogli zrobić. Ciało było świeże. Zostaje też sprawa tych ludzio-zwierząt. To nie była sztuczka magiczna. Zresztą, to chyba bestia taka jak one, dopuściła się morderstwa.
- Jest jeszcze doktor, który zniknął - dodał Mery. Kiedy kończył zdanie, olśniło go. - Może on jest w to zamieszany!
- To brzmi całkiem rozsądnie - uznał szef.
- Zostaje problem, gdzie jest doktor - zauważył Martinelli.
- Gdzie tu można się ukryć? - spytał Mery.
- Może w ruinach - wyszeptała Las i ją samą przeraził ten pomysł.
- Można by tam pojechać, sprawdzić. - Mery rwał się do drogi. Był ciekawy rozwiązania zagadki.
- To dobry pomysł - uznał szef. - Jedźcie na zwiad. My aresztujemy Jonsona.

Znowu byli w drodze. Las bała się, ale dzielnie prowadziła Merego ku ruinom. Zapadł już zmierzch. Powoli zaczynało kropić. Jasne błyskawice przecinały niebo.
Mery uśmiechał się. Wydawało mu się, że nic złego nie może się zdarzyć, nie jemu. Był z siebie dumny. Usłyszał wiele pochlebnych słów od szefa. Umiał czytać i znał się na ugryzieniach. A Martinelli uważał, że ma wspaniałego konia. Widok jego klaczy bojowej zaparł mu dech w piersiach. „Za takie zwierze można oddać życie” – powiedział Martinelli. Och tak. Mery bardzo dobrze o tym wiedział.
Deszcz lunął nagle, przygniatając ich do ziemi. W ciągu kilku sekund przemoczył ubrania do suchej nitki, przeszywając dreszczem. Piorun uderzył tuż koło nich, na moment ogłuszając. Przerażony Galopant wspiął się na tylne nogi. Jechali jednak dalej.
Stary zamek wyrósł przed nimi nagle, czarny jak dąb, także jak on spalony. Popękanymi, zębatymi murami wgryzał się w ciemne niebo.
Znowu uderzył piorun. Błysk oślepił ich na moment.
Zsunęli się z koni i przywiązali je do drzew. Nie rozmawiali. Nie chcieli przyznać się do swoich lęków. Pioruny cały czas biły w las. Galopant rżał dziko.
Odnaleźli wejście prowadzące do podziemi zamku. Spuścili się w dół, po wąskich, kamiennych schodach. Mery szedł pierwszy, Las za nim. Nie długo jednak mogli wędrować w dół. Drogę zagrodziły im zamknięte drzwi. Były zupełni nowe. Mery natarł na nie ramieniem, ale nie ustąpiły. Dopiero kiedy Las wsparła go swoją siłą, zamek puścił. Huk wstrząsnął murami, nie zagłuszył go piorun.
Znaleźli się w obszernym, pełnym gruzu i rupieci pomieszczeniu, z którego można było wyjść przez jedne z trojga drzwi. Mery podszedł do pierwszych od prawej. Nacisnął klamkę. Przez mgnienie oka wydawało mu się, że to byłoby zbyt proste, gdyby drzwi tak zwyczajnie się otworzyły. Mimo to pociągnął je do siebie. Tylko przez moment wiedział, co się stało. Potem zapadł w ciemność. Nie zdążył nawet krzyknąć.
Las była odwrócona do niego plecami. Rozglądała się przy wejściu. Nie czuła się tak pewnie, jak on. Bała się pchać w głąb starego zamczyska. Nie zobaczyła więc, co się stało. Usłyszała tylko potworny łoskot. Błyskawicznie odwróciła się na pięcie.
Nie zobaczyła Merego, jedynie stertę rupieci, które zgromadzone za drzwiami zwaliły się na niego. Podniosła rękę do ust. Zdjął ją strach. Do tej pory wiedziała, że Mery był jej pisany. Czasem ją drażnił. Nazywała go w myślach mięczakiem, szaleńcem i pyszałkiem. Czasem ją zadziwiał. Nie zdążyła jednak uświadomić sobie, że stał się jej bliski. Upadła na kolana i zaczęła rozgarniać rupiecie. Sądziła, że Mery nie żyje, ale wiedziała już, że go nie zostawi. Rozrzucała połamane kawałki mebli coraz bliższa paniki.
Wreszcie go odnalazła. Najpierw spostrzegła złote włosy, potem odsłoniła twarz, o dziwo bez zadraśnięć, zupełnie spokojną. Przez moment mu się przyglądała. Biła od niego jakaś światłość, której nie spostrzegła wcześniej. Szybko wykopała go całego. Żył, oddychał płytko, ale oddychał. Nie wiedziała, czy podoła, ale spróbowała wziąć go na ręce. Drobny jak dziecko, okazał się bardzo lekki. Przycisnęła go do piersi, przytuliła jego głowę. Nie pomyślała wtedy, że to mężczyźni powinni ratować kobiety z opresji. Wiedziała tylko, że nikt nie był dla niej jeszcze tak ważny i że chciałaby go ocalić. Pogoń za podejrzanym doktorem straciła dla niej znacznie.
Wyniosła Merego na zewnątrz. Gęsty deszcz uderzył ją w twarz, sprawił, że zmrużyła oczy, próbując coś zobaczyć. Pioruny wciąż biły. Jasne błyskawice rozświetlały niebo. Galopant cały spieniony szarpał się i stawał dęba. Nie przestawał rżeć. Róża położyła po sobie uszy, ale była spokojna.
Las przerzuciła Merego przez grzbiet jego olbrzymiej klaczy. To o dziwo też nie okazało się trudne. Potem podeszła do Galopanta, dotknęła jego chrap, uspokoiła głosem. Dosiadła go i prowadząc za sobą Różę, spokojnego stępa ruszyła z powrotem do wioski. Tajemnicze ruiny pozostały za nią, wciąż tak samo złowrogie. Nie spostrzegła już tego. Burza też już jej nie przerażała, stanowiła tylko przeszkodę w drodze powrotnej, coś, co opóźniało podróż, ale nie groziło tajemniczym niebezpieczeństwem.

Grubo po północy zastukała do drzwi domu szefa. Gwardziści wpuścili ją do środka, nie mówiąc niczego, pytając tylko wzrokiem. Szef wybiegł jej na spotkanie, nie kryjąc się przed ulewą. To ona jednak zdjęła Merego z grzbietu klaczy. Stanęła przed szefem, tuląc jego bezwładne ciało. Tragicznie wyglądali razem w przemoczonych ubraniach, z pociemniałymi od wody, lepiącymi się do twarzy włosami.
- Nie wiem, co dzieje się w zamku - oświadczyła szybko. - Wpadliśmy w pułapkę. Mery jest ranny.
- Choć - rzucił tylko szef i wprowadził Las do swojego salonu. Tam położyła Merego na eleganckiej, ozdobnej kanapie. Szef ukląkł przy nim. Odchylił powieki młodzieńca. Przez moment słuchał bicia jego serca, przykładając mu ucho do piersi. Dotknął jego rąk i nóg.
- Znasz się na leczeniu? - spytał Las.
- Nie. - Dziewczyna pokręciła głową.
- To uraz głowy, poważny uraz głowy - oznajmił smutno. - Las, on kona.
Dziewczyna nie była w stanie niczego powiedzieć, ani nawet się poruszyć. Patrzyła tylko na szefa błagalnie, jakby liczyła, że może odmienić rzeczywistość.
Mężczyzna zagryzł dolną wargę. Długo milczał. Chyba coś rozważał.
- Jest coś, co mógłbym zrobić… - powiedział w końcu. – Ale… Nazwijmy to pewną sztuką magiczną. Nie obiecuję jednak, że to go nie zabije.
- A bez tego ma jakieś szanse? – spytała cicho Las.
- Tego nigdy nie wiadomo. - Szef potrząsnął głową. – Ale… Ludzie, którzy doznali takich obrażeń najczęściej umierają.
- On nie jest człowiekiem…
- Więc możesz mieć nadzieję. – Szef wydawał się zupełnie spokojny.
- A jeśli spróbujesz tej sztuki?
- To też będzie tylko próba. Musisz jednak zostawić mnie z nim sam na sam i obiecać, że nikomu nie powiesz, co zrobiłem, niezależnie od tego, co się zdarzy.
- A co się może zdarzyć?
- Wszystko. Ludzkie ciała są słabe.
- Czy…
- Nie pytaj.
- Dlaczego…
- Wybór należy do ciebie.
Las wahała się tylko chwilę.
- Zrób to – zdecydowała. – Obiecuję, co tylko chcesz. Ja... - Tu się zacięła. - Chciałabym, żeby żył.

Nie miała pojęcia, jak długo czekała pod drzwiami salonu. Wydawało jej się, że słyszy przez ścianę nieznane jej głosy. Co się tam działo? Co szef robił z Merym? Czy podjęła słuszną decyzję?
Zapomniała o swoich lękach, gdy drzwi salonu otworzyły się.
- Już możesz wejść. Udało się – powiedział szef. Uśmiechał się przy tym lekko.
Podbiegła do kanapy. Znalazła się przy niej właśnie w chwili, gdy Mery otworzył oczy.
- Och - wyszeptała i pogładziła jego policzek.
Nie wzdrygnął się, nie odepchnął jej. To dotknięcie sprawiło mu chyba przyjemność.
- Co się stało? - zapytał słabo.
- Miałeś wypadek - rzuciła krótko. - Jak się czujesz? - Nie chciała z nimi rozmawiać, chciała wiedzieć.
- W porządku - odparł, potem się zamyślił. - Nawet nie czuje już ran.
- To... – Ugryzła się w język. – Jesteś bardzo wytrzymały – stwierdziła z uśmiechem.
Potem było jeszcze dużo słów, bardzo dużo. Las chciała zapytać o to, co wydarzyło się za zamkniętymi drzwiami, ale czuła, że nie powinna. Miała wrażenie, że szef czymś zaryzykował ratując Merego, może nawet własnym życiem? Rozmawiali tylko o pojmanych mężczyznach, doktorze i zamku. Szef uważał, że powinni odpocząć. Mówił że wszystkim zajmie się teraz z Martinellim. Szybko byli gotowi do drogi. Las i Mery, który podniósł się o własnych siłach i odkrył, że czuję się znacznie lepiej, niż przed wypadkiem, czekali na nich, ale nie myśleli już o doktorze. Patrzyli sobie w oczy i nie pojmowali tego, co się z nimi działo.
Las chciała spotkać wielkiego wojownika o dumnej postawie. Mery szukał dziewczyny wrażliwej i potrzebującej ochrony, takiej jak Julia. Nagle jednak przestało to mieć znaczenie. Tej nocy spotkały się ich dłonie i wargi. Gdy nad ranem powrócili szef i Martinelli, oni nie widzieli już świata poza sobą, tak jakby ulegli urokowi jakiegoś czaru.
- Nie wiemy, co działa się w zamku – powiedział im Martinelli. – To co znaleźliśmy wyglądało jak rzeźnia, chlew i gabinet lekarza w jednym. Nikogo już tam jednak nie było. Jeśli to doktor tam urzędował, zdążył uciec. Miał się czego obawiać. Znaleźliśmy też kilka ciał.
- Ludzie potrafią zachowywać się jak bestie – dorzucił jeszcze szef.
Choć ich poczynania nie zakończyły się pełnym sukcesem, mogli podejrzewać, że wioska i tak jest już bezpieczna. Mogli odpocząć. Szef wysłał Merego i Las do łóżek, przepraszając, że ma już tylko jeden wolny pokój gościny, drugi zajmowała ranna dziewczyna.
- Ależ nam to wcale nie przeszkadza - oświadczył Mery, uśmiechając się płomiennie, a Las skinęła tylko głową dla potwierdzenia jego słów. Byli młodzi. Byli szaleni. Choć zdawało się to nieracjonalne, wiedzieli już, że mogą być ze sobą szczęśliwi.

Miłość przyszła niepostrzeżenie, tak jak to ma w zwyczaju przychodzić. Po prostu w pewnym momencie nie mogli już bez siebie żyć. Mój ojciec uznał, że to tandetne zakończenie, ale chciałam, żeby takie było. Uczę się przecież właśnie, że mimo wielu przeciwieństw losu można być szczęśliwym, że zdarzają się szczęśliwe zakończenia i cuda, które wcale nie są cudami, tylko nam trudno w nie wierzyć, póki się nie wydarzą.
Pierre i ja dosiadamy koni, teraz już naprawdę. Ja wciąż mogę cieszyć się małą, waleczną Wragą, która, jak ja, kocha otwartą przestrzeń, ale w moim życiu pojawił się jeszcze inny wierzchowiec - myszaty kucyk Dino, którego nie sposób było nie pokochać. Kocham więc znowu, to uczucie ma niesamowitą moc odradzania się wciąż pod nowymi postaciami. Pierre tymczasem pokochał rudego hucuła Hrewta i półkrewkę Cynię.
Straciliśmy paru przyjaciół, ale tak w życiu się zdarza. Teraz już wiem, że kiedyś znajdziemy innych. Dotarłam do celu. Wszystko w swojej głowie uporządkowałam. Wiem, że życie jest trudne, ale jest też piękne. Wiem, że nie trzeba się go bać. Wiem, że nie trzeba bać się czasu, który choć odbiera, to przecież i daje. Zawsze są nowe, nie odkryte drogi i cuda, które mogą się zdarzyć.
Opowiadamy sobie przeróżne historie, w tym także i o Dżanie. Opowiadamy sobie historie, które już zostały spisane i takie, które spisane nigdy nie zostaną, bo nie tworzą logicznej całości. Czasem oboje poruszamy się po światach fantazji. To jest jednak możliwe, choć tak bardzo wątpiłam.
To piękne, ale najpiękniejsze jest chyba to, że Pierre nie może się doczekać, kiedy wręczę mu „Dżanę” w formie, w której będzie mógł ją przeczytać. Powoli zabieram się za przepisywanie tego tekstu do komputera. Ale to długa opowieść, więc pewnie zajmie mi to bardzo dużo czasu. Nie będzie to jednak czas zmarnowany. Przepisując, będę mogła przeżyć wszystko, co napisałam, raz jeszcze.

Pewnego dnia para jeźdźców wstrzymała konie przed twierdzą będącą przejściem między światami. To byli Mery i Las, złotowłosy młodzieniec na swej pięknej, wielkiej klaczy i dziewczyna o kasztanowych włosach na muskularnym Galopancie. Zanim zdążyli zeskoczyć z koni, stał już przed nimi komitet powitalny: Dżana, Arcest, Gill i Zygfryd.
Mery podbiegł ku nim. Ze wzruszenia miał łzy w oczach. Długo, bardzo długo nie widział matki, a teraz wracał do niej i to nie sam, a z kobietą, choć kobieta nigdy nie miała mu towarzyszyć.
- Mamo, to jest Las - wydusił przez ściśnięte gardło. - Jesteśmy razem. - Na moment padł w objęcia o głowę wyższej od niego kobiety. Przylgnął do niej jak mały chłopiec. Nie wstydził się tego, kochał ją.
Przez chwilę był w ramionach Dżany zupełnie bezpieczny. Potem wrócił do rzeczywistości, znów był wojownikiem. Wyplątał się z jej objęć.
- Las - teraz jej musiał przedstawić ludzi, do których przybyli - to Dżana, moja matka, Gill - wskazał wysoką kobietę, jak dwie krople wody podobną do tej pierwszej, może tylko mniej naznaczoną przez czas - moja siostra. A to Arcest i Zygfryd. - Nagle znowu spojrzał na matkę. Już kiedy się do niej tulił, wyczuł to, ale dopiero teraz pojął. - Jesteś w ciąży? - Nie był zły, tylko pytał.
- Tak - odparła lekko, a twarz Arcesta rozjaśnił uśmiech.
- Ja też, tylko nieco krócej - pochwaliła się Gill.
- Na moje dzieci będziecie musiały jeszcze jakiś czas poczekać - oznajmił.
Las roześmiała się czysto, perliście, a jej śmiech przypominał szmer górskiego potoku na kamieniach. Dżana też się roześmiała. Chciała, żeby jej syn był szczęśliwy, a przecież aż do tej chwili obawiała się, że nigdy już nie będzie.

To się jeszcze nie zdarzyło, ale się zdarzy. Zdarzy się, bo tego chcę. Być może do tego czasu wszystko się zmieni. Jakiś świat umrze, a jakiś się narodzi, ale to zdarzy się na pewno.
Dżana urodzi córkę, czarnowłosą, niebieskooką dziewczynę o szpiczastych uszach, o długich i smukłych rękach i nogach, o dużych dłoniach i stopach. Nada jej imię Szeva, a raczej pozwoli Arcestowi nadać jej imię pochodzące z jego stron. Gdy Szeva skończy piętnaście lat, dostanie miecz i konia. To będzie czapracznotarantowatogniady koń, potomek Dżumy. Gill też urodzi córkę, złotowłosą i smukłą. Nazwie ją Anjia. Ona też zostanie wojowniczką i obie przeżyją wiele przygód, czasem się wspierając, a czasem z sobą walcząc. Obie też zobaczą i pokochają morze.

18.01.1999 - Łacha

C.D.N.

Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...