Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
Dżana
czyli to, co Oiolose przepisał z umysłu Opowiadaczki, choć nie w pełni zrozumiał

"To, że nie wierzysz, że twój świat istnieje,
nie znaczy, że nie wierzysz w niego."
- Lech Kwieciński

2. Opowieść Tirina


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Nie wiem, który już raz nie dotrzymuję słowa. W każdym razie, znowu piszę ciąg dalszy. To Aśka, którą dziś nazywam już przyjaciółką, a nie koleżanką, miała rację, nie ja.
Nowa historia powstała sama, ale nie od razu chciałam ją napisać. To Pierre mnie o to poprosił po przeczytaniu „I tylko Las się przed nim pokłoni”. „Pisz dalej” – powiedział, a jak tu nie posłuchać mężczyzny swojego życia. Zresztą, przez ostatnie pół roku przydarzyło nam się tyle, że muszę coś z tym zrobić na stronach „Dżany”, bo dziś poprzednie zakończenie, tak jak zwykle, może mnie tylko śmieszyć. Pisałam, że jestem wreszcie spokojna i szczęśliwa, ale mój świat zawirował i okazało się, że tych słów nie należy nigdy wypowiadać. Tym zajmę się jednak później.
Ta nowa opowieść powstała w Izbach, w małej wiosce w Beskidzie Niskim, gdzie odbyłam swoją trzecia i ostatnią praktykę studencką. Zainspirował mnie widok małej stajenki przy starej bacówce, w której nocowałam. Zobaczyłam w niej Tröstare’a i tak to się zaczęło. Kiedy trzeba pościelić stajnię na sto dwadzieścia koni, ma się dużo czasu na myślenie, więc kiedy wróciłam z Izb, historia była już gotowa.

Dziewczyna oparła się o framugę drzwi i przyglądała wędrowcowi oporządzającemu swojego konia. On jej jeszcze nie spostrzegł, więc mogła spokojnie na niego patrzeć. Był młody. Na oko oceniała jego wiek na jakieś siedemnaście – osiemnaście lat. Wysoki i przystojny, o twarzy wysmaganej wiatrem i czarnych, długich, zebranych w warkocz włosach, wykonywał czynności przy koniu szybko i sprawnie. Od razu rozpoznała, że zna się na koniach i że naprawdę lubi swojego wierzchowca.
- Masz piękne zwierze – powiedziała w końcu.
On poderwał głowę. Spojrzał na nią oczami błękitnymi jak niebo. Na jego twarzy odmalował się wyraz bezgranicznego zdziwienia. Odpowiedziała mu jasnym uśmiechem.
- Tak – przyznał, poklepując konia po szui. – To Przemierzający Drogę. Był mój od dnia, kiedy się urodził. Sam go ujeździłem.
Przemierzający Drogę rzeczywiście był piękny, karotarantowaty z cętkami jedynie na zadzie, wysoki i smukły. Jego szlachetny pysk zdobiła strzałka, a przednią lewą nogę skarpetka sięgająca prawie po łokieć.
- Znasz się więc na koniach? – Dziewczyna podeszła do niego bliżej, weszła do przegrody i teraz tylko grzbiet zwierzęcia oddzielał ich od siebie.
- Tak – odparł. – W mojej rodzinie od pokoleń hoduje się konie.
- Nie wybrałeś jednak życia hodowcy?
- Jestem młody. – Roześmiał się. – Chcę zobaczyć kawałek świata i może pokonać jakiegoś potwora. To też rodzinna tradycja. Wszystkich nas gdzieś ciągnie.
- Nie jesteście więc tylko hodowcami?
- Och, nie. W moich żyłach płynie krew Ludzi Lasu.
Dziewczyna przyjrzała mu się uważnie. Potem skinęła głową na znak, że mu wierzy. Miał szpiczaste uszy.
- Pewnie więc możesz opowiedzieć mi wiele niezwykłych historii. Ja lubię niezwykłe historie – powiedziała. – Jeśli będziesz opowiadał ciekawie, pozwolę ci jeść i spać za darmo. Jestem córką karczmarza – dodała. – Na imię mi Dżana.
Chłopak na chwilę zaniemówił.
- Nosisz imię legendarnej wojowniczki? – wydusił w końcu.
- Tak – przyznała. – Mówiono mi, że jestem do niej podobna. – Była wysoka i chuda, ale mocna, obdarzona niezbyt piękną twarzą, długimi, płowymi włosami i oczami w kolorze nieba. Rzeczywiście przypominała tą, o której snuto jeszcze opowieści. W jej twarzy brakowało jednak melancholii kobiety pozbawionej wieku, a w ruchach stanowczości, by można było pomylić ją z jej legendarną imienniczką. – Mój dziadek znał Dżanę – dodała. – Opowiadał o niej mojemu ojcu, a on mnie. Ojciec wciąż ją podziwia, choć nie potrafi wybaczyć, że nie wzięła udziału w ostatniej bitwie z szarymi ludźmi ze Świata Dyktującego.
Chłopak zagryzł wargi tak, jakby słowa młodej Dżany zadały mu ból.
- Ja jestem Tirin. Po prostu Tirin. Więcej dowiesz się, kiedy wysłuchasz mojej historii.

- Nie znałem swoich rodziców – zaczął opowiadać po tym, jak córka karczmarza postawiła przed nim pieczeń z zająca i sam uporał się już z jej połową. – Mój ojciec umarł zanim się urodziłem. Wiem tylko, że był wojownikiem. Moja matka zginęła, gdy miałem trzy lata. Nie pamiętam jej. Wychował mnie wuj. Powiedział mi, że nie była ładna, ale, że była bardzo dzielna, nosiła u pasa miecz, dosiadała konia i kochała mnie ponad wszystko. Pierwsze co pamiętam z dzieciństwa, to jak wuj zabierał mnie do stajni, pokazać mi Tröstare’a. Tröstare to był koń szlachetnej rasy, tarant o różnobarwnych oczach. Niektórzy mówili, że był piękny, inni, że nigdy w życiu nie widzieli tak brzydkiego zwierzęcia. Ja myślę, że był po prostu jedyny w swoim rodzaju. Tkwiła w nim duma, mądrość i spokój. „Tröstare nie jest zwyczajnym koniem” – powtarzał mi zawsze wuj. – „On rozumie każde twoje słowo, a pewnego dnia ty też nauczysz się słyszeć jego myśli.”
- I nauczyłeś się? – spytała młoda Dżana. Na jej twarzy tańczył kpiący uśmiech.
- Nauczyłem się – przyznał Tirin. – Tröstare ocalił mi życie i był moim pierwszym wierzchowcem. Sam tego chciał. Wuj powtarzał mi: „Pamiętaj, że Tröstare, choć jest wyjątkowy, jest też koniem, tak jak wszystkie inne konie. Nie chcę, żebyś go szanował dlatego, że myśli używając ludzkich słów. Wszystkim bowiem koniom winien jesteś taki sam szacunek i taką samą opiekę.”
- Twój wuj był filozofem? – Dziewczyna kpiła z niego.
- Nie. – Tirin miał swój plan. Chciał opowiedzieć jej wszystko od początku do końca. – Mój wuj jest wojownikiem. Wiele przeszedł. Wiele razy był ciężko ranny. Wiele widział śmierci i swoje wie. Mój wuj ma w sobie krew Ludzi Lasu i Małych Ludzi, którzy tu, w twoich stronach, ponoć jeszcze żyją, najczęściej służąc większym od siebie ludziom, a którzy z moich stron odeszli przed laty. W sumie nie wiem, jak to jest. Nigdy w życiu nie spotkałem Małego Człowieka.
- Jesteś ze Świata zza Morza Ognia i Krwi?
- Tak.
- A więc pochodzisz ze świata wielkiej Dżany…
- Jesteś dobrze zorientowana w na naszych sprawach – zauważył.
- Mówiłam ci, że mój dziadek znał Dżanę.
- No tak – skinął głową i kontynuował opowieść. – Mój wuj jest niski, a wypadek z przed lat sprawił, że utyka. Nie przeszkadza mu to jednak zbytnio. Nie znam nikogo, kto mógłby równać się z nim w walce, kto tak posługuje się mieczem. Niedawno skończył siedemdziesiąt trzy lata, ale wygląda, jak mężczyzna w sile wieku. Być może jest nieśmiertelny, ale on sam tego nie wie.
Dziewczyna skrzywiła się, jakby nie chciała mu wierzyć.
- A ciotka? Masz jakąś ciotkę?
- Tak. – Tirin na wszystkie pytania odpowiadał cierpliwie. – Ale ona jest Wojowniczką Nocy. Wiesz co to znaczy? – Dziewczyna potrząsnęła głową. – Ona poluje na demon. Nie sypia i nie starzeje się, może zabić siłą umysłu. Zawsze się jej bałem. Nie była zła, ale nigdy nie staliśmy się sobie bliscy.
- Byłeś szczęśliwy jako dziecko?
- Tak. – Tirin uśmiechnął się. – Nie wiem, czy można mieć lepszego ojca, niż mój wuj, no i lepszego pierwszego wierzchowca, niż Tröstare.
- Jak on uratował ci życie?
- To właśnie początek historii, którą chcę ci opowiedzieć. Gdy byłem mały, razem z matką mieszkałem w twierdzy będącej przejściem między światami. Moja matka pełniła straż na granicy Świata Dyktującego. Tak, jak wcześniej Dżana. Wiesz o tym? – Dziewczyna skinęła głową, więc ciągnął dalej. - Razem z nami mieszkała też moja wujeczna siostra, już wtedy dorosła.
- Córka twojego wuja, tego, który cię wychował?
- Tak, jego córka – przyznał Tirin – jego i kobiety, która umarła, zanim ja się urodziłem. Tröstare należał wtedy do mojej matki. Nigdy go nie wiązała. Po co miała wiązać konia, który sam umiał o siebie zadbać. Tak więc i tej pamiętnej nocy spał nie uwiązany w swojej przegrodzie. Zbudziły go krzyki i tupot nóg. Poczuł zapach dymu, a potem zobaczył ogień. Wiedział, że nie ma czasu. Bał się. Końska część jego duszy wpadła w panikę, ale ludzka wiedziała, że musi działać. Bo on, tak jakby miał w sobie trochę człowieka. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, jak to dokładnie się stało, ale po tym, jak zginął jego pierwszy właściciel, w Tröstare’ze zostało jakby trochę z niego. Tamtej nocy, Tröstare powypuszczał swoich stajennych towarzyszy z boksów, ale konie bały się przejść przez ogień, nawet jeśli tylko w ten sposób mogły uratować życie. Tröstare próbował wyprowadzać jednego po drugim i tak ocalił kilka z nich. Miał jednak coraz mniej czasu, a przecież wiedział, że gdzieś w głębi twierdzy są jeszcze kobiety i dziecko, ludzie, o których powinien dbać, bo oni dbali o niego, ludzie należący do rodziny mężczyzny, który dał mu nowe, szczęśliwe życie.
Mój wuj zdobył Tröstare’a, wygrywając zakład. Koń miał być jego, jeśli tylko uda mu się go dosiąść. W ten sposób wyrwał to wspaniałe zwierze z ciemnej, wilgotnej stajni, gdzie brudny i zły na cały świat był więźniem. Przez pewien czas Tröstare służył mojemu wujowi, ale potem chciał zostać z jego siostrą i stać się moim nauczycielem jeździectwa. Nie był już młody i chciał spokoju, a mój wuj nie znalazł wtedy jeszcze dla siebie miejsca na świecie.
Tröstare wypadł w końcu ze stajni, pozostawiając resztę koni samym sobie. Nie wiedział, co się potem z nimi stało, czy uciekły, czy spłonęły żywcem. Zobaczył żołnierzy w szarych mundurach. To oni podpalili twierdzę. Dom stał w ogniu i końska część duszy Tröstare’a krzyczała w nim: „uciekaj!” On jednak poszedł w ogień. Wiedział, że musi odnaleźć moją matkę i mnie. Poszedł w ogień, choć panicznie się bał. W jego głowie odżył obraz jasnego światła, w którym utracił pierwszego pana.
(Gdybym dłużej popracowała nad tą opowieścią, może znalazłabym w sobie w końcu przeszłość Tröstare’a, ale zabrakło mi może cierpliwości, a może fantazji. W każdym razie, ta scena powstała po to, żebym mogła odnaleźć przeszłość, ale ta znowu mi się wymknęła.)
- Tröstare wbiegł po kamiennych schodach na górę. Odnalazł moją matkę, mnie i moją wujeczną siostrę Ranyę – mówił Tirin. - Obudził je, choć to wcale nie było łatwe, nawdychały się już bowiem dymu. Wyniósł potem nas wszystkich poprzez ogień i zastępy ludzi w szarych mundurach. Ranya złapała i dosiadła innego konia, a Tröstare poniósł matkę i mnie, galopując bez wytchnienia w sobie tylko znanym kierunku.
Co stało się z Ranyą, nie wiem. Pewnie zginęła, choć Tröstare tego nie widział. W każdym razie, nie spotkaliśmy jej już nigdy potem.
Jak Tröstare znalazł drogę do domu mojego wuja, tego nawet on sam nie wie. Może pomógł mu instynkt. W każdym razie, wtedy pokonał tę drogę po raz pierwszy w życiu, ani przez moment się nie wahając. Zatrzymał się dopiero przed domem wuja. On wybiegł nas powitać. Był blady z przerażenia. Tak potem mówił Tröstare, a wuj dodawał, że po prostu wiedział już, co się za chwilę stanie. Matka podała mnie wujowi. Ich oczy spotkały się na moment. Ona poprosiła o pomoc, o opiekę nade mną, a on ją jej obiecał. Na słowa było już za późno. Gdy tylko znalazłem się w ramionach wuja, ona zwaliła się z konia. Była martwa. Z jej pleców sterczały strzały. Musiała zostać trafiona pod twierdzą. Całą tę drogę jechała ze mną w ramionach właściwie już nieżywa. Zmusiła jednak swoje ciało, by jej słuchało, póki ja nie znalazłem się w bezpiecznym miejscu. Naprawdę musiała mnie kochać. – Tirin zamilkł na moment. Nie mógł mówić dalej. On też kochał tę dzielną kobietę, chociaż nie zdążył jej poznać.

Dlaczego w pewnym momencie na stronach „Dżany” zagościło tyle śmierci? Może i dlatego, że w moim życiu pojawiło się dużo śmierci. Nie jest to jednak tak prosta analogia jak w „I tylko Las się przed nim pokłoni”, kiedy kazałam Meremu cierpieć tylko dlatego, że sama cierpiałam. Bohaterowie tacy jak Arcest, Las, Szeva, Anjia, czy Ranya byli dobrymi bohaterami na zakończenie historii, ale czegoś im brakowało, by mogli sami nieść historię. Musieli zginąć, by tejże historii coś jeszcze z siebie ofiarować. Czego im zabrakło? Nie wiem. Nie wiem też dlaczego. Może wynika to z niedoróbki technicznej, a może z faktu, że nie udało mi się ich pokochać, a może jedno jest następstwem drugiego.
Co stało się ze mną? Czemu mówię o śmierci? W „Pocieszycielach” napisałam, że jestem spokojna, że umiem sobie radzić ze złymi rzeczami, jakie mogą mnie spotkać, a znajomemu powiedziałam, że nie muszę już pisać wierszy, że ich nie potrzebuję, bo wreszcie jestem szczęśliwa (nigdy nie traktowałam swoich wierszy, jako prawdziwej poezji, a raczej stanowiły dla mnie sposób odreagowania), ale tak naprawdę nie wiedziałam, co mówię. Wydawało mi się wtedy, że szczęście, które odnalazłam, jest czymś trwałym. Było mi dobrze z Pierre’em. Galopowałam na Dino. Aśka uczyła mnie znowu wierzyć w ludzi. Nieszczęścia były dla mnie abstrakcją, czymś co może mi się przytrafić tylko w teorii. Los chciał jednak inaczej. W dwa tygodnie po tym, jak skończyłam pisać „Pocieszycieli”, spadła na mnie straszliwa wiadomość.
- Mam raka węzłów chłonnych – powiedział Pierre do słuchawki telefonu, a ja nie wiedziałam, co ze sobą począć. Dla mnie rak znaczył tylko jedno – śmierć.
To co przeszliśmy potem, to już inna historia. W każdym razie, była to droga długa i trudna. Wciąż zresztą nie pokonaliśmy jej do końca. Okazało się jednak, że jego ciało i moja dusza są mocniejsze, niż można się było tego spodziewać. Raczej wyjdziemy z tego wszystkiego bez szwanku, tylko znowu mądrzejsi. Przetrwaliśmy, ale nie dzięki mądrością, które wyczytałam we wspaniałych książkach i które sama napisałam. W praktyce wszystko wygląda inaczej i żadne teorie nie dodają tak naprawdę otuchy, ją trzeba znaleźć w sobie.
To jednak nie wszystko. Wraga, mój dzielny, bułany konik, nie żyje. Teraz straciłam ją naprawdę. Wolę nie myśleć o tym, jak umarła, bo dotarła do mnie plotka, że była to straszne śmierć.
Dino i Cynia zostały za nami chore, być może na granicy życia. Opuściliśmy nasz klub jeździecki. Tam nikt nie mógł być naprawdę szczęśliwy, ani ludzie, ani konie. Odeszliśmy, bo nie mogliśmy niczego zmienić, odeszliśmy i nie mogliśmy zabrać ich ze sobą.
Wszystkie te wydarzenia musiały coś we mnie zmienić i zmieniły. Muszę się znowu zastanowić, jak to jest ze szczęściem. Sama jednak „Opowieść Tirina” nie ma z tym wszystkim nic wspólnego i powstała od tak, sama, dając mi odrobinę radości z obcowania z moimi starymi, kochanymi bohaterami.
Jak można czerpać radość ze smutnej historii? Nie wiem. Nie wiem też, czemu w dobrych czasach mogłam wymyślić tak smutną opowieść jak „Pocieszyciele” i także czerpać z niej radość. Nie wiem, ale tak było i tak jest.

- Moja ciotka pojechała do swojej matki władającej Zieloną Twierdzą na Półwyspie, a wuj do Jedynego Miasta – opowiadał dalej Tirin. – Musieli działać, musieli poruszyć cały nasz świat, by jego armie raz jeszcze stanęły do walki z najeźdźcami ze Świata Dyktującego. Piecze nade mną pełnili wtedy Tröstare i Sara...
- Kto to jest Sara? – zapytała córka karczmarza. – Nie mówiłeś o niej jeszcze.
- Sara była zieloną oswojoną przez mojego wuja – wyjaśnił Tirin.
- Zielone to krwiożercze bestie – rzuciła młoda Dżana. Znowu wątpiła w słowa chłopaka.
- Nie, jeśli się je oswoi i nauczy ludzkiej mowy. Sara była dla mnie jak starsza siostra. Myślała i mówiła jak młoda, naiwna kobieta. Należała do rodziny. Kochała nas i myśmy ją kochali.
Młoda Dżana tylko patrzyła. Czekała na dalszy ciąg opowieści. Szczątki pieczonego zająca, stojące przed chłopakiem, dawno już wystygły.
- Mój wuj stanął przed obliczem władcy Jedynego Miasta, opowiedział mu o najeździe. Chociaż ciotka wraz ze swą matką poprowadziła armie Półwyspu, a i z Jedynego Miasta wyruszyła do boju ogromna armia, mój wuj nie poszedł na jej czele, a w jej szeregu. Nie on także odbudował twierdzę będącą przejściem między światami i nie on objął w niej straż. Nikt też nie spostrzegł, jak mężnie walczył. O samej bitwie nie muszę ci opowiadać. Było to ostatnie starcie, o którym mówią wszyscy, ostatnie starcie z szarymi ludźmi ze Świata Dyktującego. Wygraliśmy je. Dlaczego sądzę, że to mój wuj powinien iść na czele wojowników? Był synem Dżany, tylko władca Jedynego Miasta w to nie uwierzył.
- Kłamiesz! – krzyknęła młoda Dżana, uderzając pięścią w stół. Szczątki zająca podskoczyły na talerzu Tirina. – Wielka Dżana nie miała syna!
- Miała – zapewnił.
- Ona miała tylko córkę Gill!
- Nie. – Tirin wciąż był spokojny. – Miała dwie córki i syna, Gill, Merego i Szevę i każde z nich miało innego ojca. Ojcami Gill i Szevy byli ludzie, a mojego wuja, Merego, Mały Człowiek.
- Mały Człowiek? – Córce karczmarza nie mieściło się to w głowie. – Jak wielka Dżana mogłaby żyć z Małym Człowiekiem?
Tirin balansował między wściekłością a rozpaczą, doskonale pojmując przy tym, jak ciężkie musiało być życie jego wuja. Wciąż jednak chciał wszystko spokojnie wytłumaczyć. Nie wiedział czemu, ale uważał, że skoro już zaczął opowiadać swoją historię, powinien opowiedzieć ją do końca i postarać się, żeby dziewczyna ją zrozumiała.
- Musisz chyba wiedzieć, że kiedyś towarzyszyli Dżanie Mali Ludzie.
- Tak, wiem to – przyznała córka karczmarza. – Ale...
- Ferro był wojownikiem. – W głosie Tirina zaczynał pobrzmiewać gniew. – Wiele przeszedł. Stracił władze w prawej ręce, jego ciało pokrywały blizny, ale on nigdy się nie skarżył i nie poddawał. Wiele razy ocalił Dżanie życie. Nie raz odniosła zwycięstwo tylko dlatego, że był przy niej. Z początku byli tylko towarzyszami broni, potem przyjaciółmi, kochankami i w końcu towarzyszami życia. Bronili się przed tą miłością oboje, ale nie byli w stanie pokonać uczucia. To była wielka miłość, taka, jakiej doświadcza się tylko raz. Jedno spojrzenie Dżany w jego oczy sprawiło, że całe jej życie stanęło na głowie.
Nie wiem dlaczego, ale nigdy nie napisałam, jak Ferro znalazł się w takim stanie, w jakim przyniesiono go Dżanie. Może bałam się, że Ty, mój Czytelniku, uznasz za zbyt nieprawdopodobne, że przeżył, lub po prostu to przeoczyłam. Teraz to naprawię.
Kiedy przyniesiono Ferro Dżanie, właściwie wydawało się, że nie sposób go ocalić. Konał, stratowany przez konie. Jak to się stało? Dokładnie nie pamiętam. Gdy opowiadałam sobie tę historię, miałam osiem lat. Co wiem na pewno? Ferro wybrano wtedy do wypełnienia misji. Miał ocalić świat, miał powędrować z przyjaciółmi nad Morze Ognia i Krwi, by zniszczyć pierścień, miecz i zbroję, wraz z zaklętym w nich złem. Za każdy z tych przedmiotów odpowiedzialne było inne dziecko ze Świata Prawdziwego, ja i moje dwie przyjaciółki: Bożena i Beata. Ferro natomiast miał pełnić funkcję naszego obrońcy. Jak został wybrany i przez kogo? Tego nie wiedziałam chyba nigdy.
Został zmuszony do wzięcia udziału w wyścigu konnym. Nie pamiętam, jak do tego doszło. Wiem za to, że nie miał wyboru. To wszystko było zaplanowane przez kogoś, kto wiedział o świecie więcej, niż Ferro, przez kogoś, kto miał władzę. Ferro wygrałby, ale spadł z konia. Miał spaść. Ktoś tego chciał, ktoś służący siłą zła. Wszyscy pozostali jeźdźcy przegalopowali po nim.
Tak wygląda historia, którą pamiętam, a którą nie podzieliłam się z Tobą, Czytelniku. Wiesz już, że Dżana go ocaliła, że zakochała się w nim. Wtedy też, na samym początku historii, zaatakowały go glumy. Był jeszcze młody, kiedy to wszystko się stało. Bohaterem stał się dopiero potem, już jednoręki, z ciałem pełnym blizn pozostałych po ranach, które powinny go zabić. Nikt nie był tak dzielny, ani tak twardy, jak on i Tirin to wiedział, bo Mery pojął to po latach. Tirin szanował tak Merego, jak i Ferro, którego nigdy nie poznał.
Dlaczego tak było? Dlaczego nie wstydził się swojego opiekuna, jak przed laty Mery wstydził się swojego ojca? Nie sądzę, żeby stało się to dzięki wychowaniu. Mery był dobrym opiekunem, ale nie lepszym, nie bardziej rozważnym, niż Ferro. Dlaczego więc? Może Tirin był rozsądniejszym, niż młody, rozpieszczony Mery? Może nie musiał mieć kompleksów? Sam był przecież taki, jak zwyczajni ludzie, a nie odmienny, jak Mery. Może to ja dorosłam i zmądrzałam od czasu, gdy pisałam „Odmieńca”? A może wszystko to na raz? Nie wiem, tak w każdym razie było.
- No dobrze – powiedziała córka karczmarza. – Powiedzmy, że ci wierzę, a raczej uznaję, że twoje słowa są prawdą, bo nie mieści mi się to w głowie. W końcu mój dziadek znał Dżanę. Dlaczego nie opowiadał nikomu o jej miłości i o jej synu?
- Skąd mogę to wiedzieć? – Tirin miał już dość. – Może nie chciał. Może nie uznał tego za ważne. A może twój ojciec zapomniał część jego opowieści.
- W porządku. Zadam ci już tylko jedno pytanie. – Dziewczyna uśmiechała się zupełnie nie speszona przebiegiem ich rozmowy. – Powiedz mi, dlaczego Dżana nie wzięła udziału w ostatnim starciu z ludźmi ze Świata Dyktującego, skoro wziął w nim udział jej syn? Dlaczego jej nie wezwał?
- Nie chciał.
- A może nie mógł, bo to wszystko nie jest prawdą?
- Zapłacę za królika – zdecydował Tirin. – To za długa historia na teraz i zbyt skomplikowana. W każdym razie, wuj miał swoje powody, żeby nie chcieć, a Dżana miała swoje, żeby nie ruszać już do walki.

Spotkali się na targu w Jedynym Mieście. Dżana była tam z końmi, Mery przed chwilą widział się z władcą. Całkiem przypadkiem wypatrzył matkę w tłumie. Podjechał do niej. Był sam, tylko z Rudzikiem. Małego Tirina, zieloną Sarę i Tröstare’a Las po Burzy zabrała z sobą na Półwysep. Tam było najbezpieczniej, bo i najdalej od Świata Dyktującego.
- Co cię sprowadza do miasta? – spytała Dżana. Z jego twarzy mogła wyczytać, że coś jest nie tak.
Zsunął się z grzbietu Rudzika i stojąc na ruchliwym targowisku, opowiedział jej o wszystkim tak, jakby w ogóle nie było ludzi wokół nich, chociaż oni oglądali konie Dżany i nawet jednego udało jej się sprzedać, zanim Mery doszedł do końca swojej historii.
- Poradzisz sobie z tym sam, czy chcesz, żebym ruszyła w pole? – zapytała po wysłuchaniu go.
- Nie – odparł. – Widzę, że już cię do tego nie ciągnie...
- O tak. – Dżana uśmiechnęła się. – Dobrze mi z glumami i z końmi. Wreszcie znalazłam się na właściwym miejscu. – Mogło się wydawać, że wiadomość o śmierci Szevy i Ranyi nie zrobiła na niej wrażenia, ale tak nie było. Z trudem powstrzymała drżenie warg, żeby się uśmiechnąć, a ruchem tak szybkim, że trudno było go spostrzec, otarła z twarzy pojedynczą strużkę łez. Kochała Szevę i Ranyę, bo jak mogła nie kochać swojej córki i wnuczki. Była jednak nieśmiertelna i od wielu lat przemierzała rozliczne światy. Wiedziała, że wszyscy będą umierać, a ona nie i pogodziła się z tym tak, jak zwyczajni ludzie godzą się ze zmiennością pór roku.
- Ja jeszcze nie – powiedział Mery. On wciąż zmagał się z rzeczywistością, choć wiedział już, że nie może jej zmienić. – Zostań nad Morzem Ognia i Krwi, jeśli nie chcesz już ruszać do walki. Po naszej stronie staną siły Półwyspu. Na pewno wygramy tę wojnę. Chciałbym zresztą pojechać do boju sam, bez ciebie. Wiem, że nikt nie zapamięta mojego imienia, że tak zostało przepowiedziane. Chciałbym jednak przekonać się, sam sobie udowodnić, że jestem w stanie coś zdziałać samodzielnie, samemu sobie poradzić. Jak na to, że jestem wojownikiem, zbyt często inni musieli ratować mnie z opresji.
- W porządku – zgodziła się. – Ale nie wstydź się swojego życia. To ty wyzwoliłeś duszę Axii i ty pokonałeś Władcę Chmur.
Skinął głową, po czym spróbował się uśmiechnąć.
- Powodzenia – wyszeptała Dżana, a potem objęła swojego dziwacznego syna na środku ruchliwego targowiska. Już wtedy wiedziała, że z czasem stanie się podobny do ojca nie tylko z wyglądu i szlachetności serca, że kiedyś nauczy się pokory wobec losu, wyzbędzie goryczy i będzie naprawdę mądrym człowiekiem. Już wiedziała także, że jak ona jest nieśmiertelny. Ja pojęłam to wszystko jeszcze wcześniej, zanim w Izbach, w stajni przy bacówce, zobaczyłam Tróstare’a.

Tirin i młoda Dżana siedzieli naprzeciwko siebie nad szczątkami pieczeni z zająca. Milczeli oboje, zaczynając żałować, on, że w ogóle jej coś opowiedział, ona, że nie wierzyła.
- Jeśli chcesz – wydusił Tirin w końcu – zabiorę cię do mojego wuja, a potem nawet i do Dżany. Może wtedy mi uwierzysz.
Dziewczyna spuściła wzrok. Było jej wstyd i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Czuła jednak, że nie chce, by ten przystojny młodzieniec i jego piękny koń opuścili gospodę jej ojca i nie powrócili już nigdy więcej.

Co odpowie młoda Dżana? Nie wiem, zresztą nie bardzo mnie to interesuje. Uznałam, że jeśli naprawdę uda mi się zakończyć opowieść w tym miejscu, będzie to piękne zakończenie. Ile w nim bowiem jest niepewności, ile nadziei, ile obietnic. Może Tirin i młoda Dżana rozstaną się bez słowa, a może uczucie połączy ich na zawsze. Czemuż by nie? Ile można stworzyć jeszcze opowieści o Dżanie, co za różnica o której, po prostu o kobiecie poszukiwaczce, takiej jak my wszyscy.
W mojej głowie kłębi się wiele myśli. Te dwie ostatnie opowieści powstały właściwie dla zabawy, ale wiem już, że zawierają też coś więcej, niż tylko opis przygód moich starych, kochanych bohaterów. Zmierzyłam się w nich z problemem, z którym musiałam się w końcu zmierzyć, z cierpieniem nieśmiertelnych, gdy wszystko oprócz nich mija.
Powiesz mi, Czytelniku, że to problem abstrakcyjny, ale ja wiem już, że nie, nie do końca. My, ludzie, nie jesteśmy nieśmiertelni, ale żyjemy długo, dużo dłużej, niż konie, psy, czy koty, a przecież nie raz te mijające szybciej, niż my, istoty obdarzamy miłością. To, że pogodziłam się ze starością Akryla, że przeszłam do porządku dziennego nad śmiercią Wragi, nie znaczy, że moje serce twardnieje. Choć, gdy jako dwunastoletnia dziewczynka utraciłam jednego ze swoich pierwszych wierzchowców, Maćka, rozpaczałam całymi miesiącami. Ja po prostu uczę się, uczę się wciąż. Co będzie z podsumowaniem? Postaram się nie powtarzać.
Pierre jeszcze się leczy, ale właściwie jest już po wszystkim. Jeszcze kilka miesięcy i znów będzie taki, jaki był. Oboje jeździmy konno, ale w tym momencie, nie ma takiego wierzchowca, którego byśmy kochali. Nie martwię się tym jednak, bo wiem, że kiedyś jeszcze będzie.
Co wiem o życiu? Ważne są chwile i drgnienia serca. Wszystko jest ulotne i kruche, trwa krócej, niż byśmy chcieli, ale to nie jest zły świat. Jest po prostu taki, jaki musi być. Właściwie to samo napisałam w „Pocieszycielach”, ale wtedy to była tylko teoria wysnuta na podstawie zdarzeń z Gładyszowa. Gładyszów był co prawda ciężką życiową próbą, w której się sprawdziłam, ale bardziej przypominał eksperyment naukowy, niż prawdziwe życie. W końcu, przez cały czas wiedziałam, że tego i tego dnia wyjadę stamtąd, wracając do domu i zostawię gładyszowskie problemy za sobą. Przez chorobę Pierre’a zwątpiłam we wszystko. Od niej nie było sposobu uciec i przez moment dalsze życie wydawało się ponad moje siły. Z czasem jednak raz jeszcze nauczyłam się tego samego i poczułam spokój wewnątrz siebie, który jednak nie ma nic wspólnego ze spokojem wokół mnie. Och, wokół mnie go nie ma. Czy wiem wszystko? Nie. Muszę nauczyć się jeszcze wiele, o wierności, odpowiedzialności, przyjaźni, miłości i szczęściu i uczę się tego cały czas przy Pierre’że, Aśce i koniach. Uczyć będę się już chyba zawsze i nigdy nie będę wiedzieć wszystkiego, choć kiedyś myślałam, że to możliwe. Jestem szczęśliwa, tu i teraz, pisząc te słowa. Były złe dni i jeszcze będą, ale tego co sobie daliśmy, uśmiechów, dotknięć i obietnic, niezależnie od tego, czy zostały dotrzymane, czy nie, nikt nam nie odbierze.

13.10.2000 – Warszawa

C.D.N.

Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...