Kejti's Factory - Powieść w odcinkach
Dżana
czyli to, co Oiolose przepisał z umysłu Opowiadaczki, choć nie w pełni zrozumiał

"To, że nie wierzysz, że twój świat istnieje,
nie znaczy, że nie wierzysz w niego."
- Lech Kwieciński

4. Odmieniec


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Ponad trzy lata minęły, zanim znowu pomyślałam o Dżanie. Była noc. Leżałam na łóżku polowym, w domu mojej babci na Łasze, w zupełnej ciemności, zbliżając się do serca nocy. Nie mogłam zasnąć i szukałam czegoś, żeby zająć myśli. Dżanę zobaczyłam najpierw na zwodzonym moście w Trokach, usłyszałam stukot kopyt Marzenia. Obie były wtedy wspaniałe. Zatęskniłam za wielką wojowniczką, zatęskniłam za Pustkowiem, trawami i wiatrem, za galopującymi końmi. Pomyślałam - wiele się zmieniło i ja się zmieniłam, ale mogę tę historię podjąć na nowo.

Po dotarciu do twierdzy będącej przejściem między światami, Dżana porozmawiała z Anną. Przemyślała słowa Lejfa. Nie chciała już cofać czasu, nawet dla niej.
- Wybaczyłam ci już lata temu. Na tyle, na ile umiałam – powiedziała Anna.
Wtedy Dżana oznajmiła Lejfowi, że jego zadanie na terenie dostępnych mu światów jest skończone. Mędrzec uśmiechnął się słabo.
- Myślałem, że ten dzień nigdy nie nadejdzie - powiedział i odszedł drogą bez powrotu, zostawiając im swoje ciało. Pochowali go obok twierdzy.
Ferro złożył dłonie w kształt stożka na wysokości brzucha, choć dla niego nie było to proste. Półgłosem zmówił modlitwę za zmarłych wygrzebując ją z zakamarków pamięci. Mat i Pepo mu zawtórowali. Anna uniosła złożone dłonie na wysokość piersi, ale jej usta pozostały nieruchome. Efna kciukiem wyrysowała jakiś znak na czole. Mieszkańcy Świata zza Morza Ognia i Krwi nie znali żadnych obrzędów. Czasem, komuś udało się porozumieć ze zmarłymi, dzięki temu wiedzieli, że jest życie po śmierci. Nic więcej nie było im potrzebne.
Dżana stojąc nad dołem, miała w oczach łzy i nagle w jej głowie pojawiła się myśl, że nie znajdzie szczęścia nad morzem, że szuka czegoś innego. Odwróciła się i poszła osiodłać Marzenie.
- Co robisz? – spytał Max.
Nie odpowiedziała. Dosiadła klaczy i popędziła do galopu. Długo gnały bez żadnego celu, uciekając od starych towarzyszy i od wcześniejszych planów.
Łzy ciekły jej po twarzy, oczy przybrały kolor nieba. Wiatr szarpał włosy, przyciskał do mokrych policzków, gdzie już zostawały przyklejone. Tak, tego chciała, nie morza. Kochała konie i wiatr, lubiła być sama i wędrować bez celu przed siebie.
Gdzieś, w jakimś miejscu bez nazwy i bez szczególnych znaków rozpoznawczych, pozwalających znaleźć je znowu, zatrzymała się. Zdjęła z klaczy rząd i puściła ją luźno. Sama ułożyła się na ziemi do snu, z głową przytuloną do siodła. Sen przyszedł od razu.
Około południa obudziła się i znowu dosiadła konia. Nie popędzała już klaczy. Teraz jechały stępa. Podziwiała otaczające ją pejzaże. Nie myślała o niczym i może dlatego była szczęśliwa.
Słońce chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo ciepłymi kolorami: pomarańczem i czerwienią, gdy spostrzegła za sobą jeźdźca. Nie poznała go od razu, ale po chwili domyśliła się, kim był. Nie odwróciła konia, ale wstrzymała, zwalniając jeszcze bardziej. Obie z klaczą bujały się w powolnym chodzie, wciąż posuwając się naprzód. Jeździec dopędził je, jadąc wyciągniętym kłusem. To był Ferro, na swoim łaciatym kucu. Dziwnie wyglądały ich konie, gdy wierzchowce zrównały się ze sobą - ogromna klacz i sięgający jej do połowy boku mały konik.
- Czemu za mną jedziesz? - spytała.
- Uciekłaś tak nagle, pomyślałem, że możesz nie wrócić, a ja... - Nie dała mu skończyć.
- Kochasz mnie, a ja kocham ciebie. Od tego uciekam. Zawróć, Ferro.
- Może nie możemy żyć razem wśród ludzi! - Ferro podniósł głos. - Ale tu nikt nas nie widzi! Tu nie musimy trzymać się tych wszystkich zasad.
- Nie - rzuciła tylko. – Z resztą... – dodała po chwili. - Nie o to chodzi. Takie rzeczy po prostu nie wychodzą.
- Daj nam szansę – powiedział Ferro z ogniem w głosie. - Uciekłaś. Ja ucieknę z tobą od wszystkich istot i zasad światów. Będziemy się kochać. Ile lat można to dusić?
Spojrzała na niego, na rozgrzaną emocjami twarz, na ciemne oczy, które zapaliły się nagłym ogniem pożądania. Ściągnęła wodze i zeskoczyła z siodła. Teraz głowa Ferro znajdowała się nad nią, tak, jakby rozmawiała z wysokim mężczyzną. Nie musiała już patrzeć w dół. Szukała czegoś, wodząc oczami po każdym szczególe jego twarzy. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka. Zadrżeli oboje.
- Nie wiem, czy umiem - wyszeptała Dżana. - Zresztą... - Jej głos znów brzmiał mocniej, choć zaczął drżeć. – Nie, Ferro. Nie możemy. Różnica między nami, to różnica między koniem i wilkiem. Zawróć – poprosiła. - Ja chcę jechać w przód, bawić się z wiatrem. Chcę być sama.
- Oszukujesz samą siebie - powiedział poważnie, silnie wpatrzywszy się w nią.
- Tak. - Dłoń Dżany zatrzymała się na jego ramieniu. - Znasz mnie lepiej, niż ja sama, ale nie wiem, czy jeszcze umiem kochać.
- Dla nas obojga minęło wiele czasu - wyszeptał, a potem ich usta połączyły się w pocałunku. Nie zapomnieli, jak to się robi, a lata tęsknoty za drugim ciałem i wstrzemięźliwości sprawiły, że teraz zapłonęli ogromnym pożądaniem.
Połączyli się w jedność na ziemi przy końskich kopytach: ostatnia z Ludu Lasu i Mały Człowiek. Wyzwolili się z ram, w których dotąd żyli. Z dala od oczu innych, splątali się ze sobą, zapominając o dzielących ich różnicach. Tarzali się w trawie, długo, bardzo długo, aż do spełnienia, aż ich połączone w jedność dusze opuściły ciała i wzleciały wysoko ponad Pustkowie, ku chmurą, ku niebu, ponad wszystko co znajome i zrozumiałe.

- Jestem w ciąży - oznajmiła Dżana, kiedy siedzieli razem na szczycie wzgórza, jednego z wielu wznoszących się z ziemi Pustkowia. Słońce zachodziło. Od pogrzebu Lejfa minęło czterdzieści dni.
- Ze mną? - spytał Ferro zdziwiony.
- A z kim innym? Poprzedni raz byłam z mężczyzną, przed urodzeniem Gill. - Zamilkła i zapatrzyła się na czerwoną kulę słońca toczącą się w dół, w stronę widnokręgu. - Boję się – wyszeptała. – Popatrz. - Podciągnęła bluzę i pokazała biegnącą przez brzuch wąską bliznę. - Boję się, że ten szew się rozejdzie. Nie wiem, co wtedy się stanie. - Ferro patrzył na nią zmieszany. Nie mógł sobie darować, że dopuścił do tego, by poczęła jego dziecko. - Zresztą... Jak ono będzie wyglądać? Jesteśmy tacy różni. Jeśli to będzie potwór...
- Co możemy zrobić? - spytał zupełnie bez sensu.
- Nic. - Dżana wzruszyła ramionami. - Czekać, wierzyć, bać się... Ferro, będziesz miał syna. Ciesz się - rzuciła.
- Skąd wiesz, że to będzie syn?
- Chcę urodzić syna.
Ferro przysunął się do niej.
- A więc poszliśmy poza granice dalej, niż planowaliśmy.
- Tak – przyznała. - Nie chciałam tego, ale to będzie coś nowego. Może teraz nadaję się na matkę? Może to będzie to, czego szukam?
- Dla ciebie to eksperyment? - oburzył się.
- Nie, poszukiwanie. Zresztą, to wszystko jedno czego chciałam. To, co się stało, to wynik przypadku.
- Nie mów tak, nigdy tak nie mów - oburzył się. - To dziecko to owoc miłości, nie przypadku.
- A może tęsknoty - wyszeptała Dżana.
Nie powiedzieli już niczego więcej, patrząc, jak czerwień i róż tężeją na niebie w wyraźnie zarysowane smugi pomiędzy granatem chmur. Długo tak siedzieli, patrząc w niebo, tak długo, aż wszystko się nie rozmazało i zatarło pochłonięte przez szarość i czerń nocy, a nawet jeszcze potem, gdy zaczęły rozbłyskiwać pierwsze gwiazdy.

Mimo obaw Dżany szew się nie rozszedł. Urodziła w dobrze sobie znanej grocie na Pustkowiu, z pomocą Ferro, w obecności koni. On drżał czekając - czy to będzie potwór? I on pierwszy trzymał swojego syna na rękach, bo to był syn, tak jak Dżana tego chciała.
- Jest śliczny. - Płakali oboje.
Mała istotka nie była podobna ani do Ludzi Lasu, ani do Małych Ludzi, ale nie była potworem, a w oczach rodziców stała się najpiękniejszym stworzeniem na świecie.
- On ma owłosione stopy. - Ferro dotknął palcem malutkiej nóżki dziecka.
Tak, miało owłosione stopy, ale jego włosy były złote, jak włosy leśnego ludu. Kolor oczu trudno było jeszcze określić, ale oboje byli pewni, że będą niebieskie. Uszy miał szpiczaste.
- Jakie damy mu imię? - spytała Dżana, tuląc niemowlę do piersi.
- Czy mógłby nosić imię mojego ludu? - zaproponował Ferro.
- Tak, oczywiście. – Dżana skinęła głową.
- Dajmy mu na imię Mery.
- Mery - powtórzyła, głaszcząc malca po głowie. - Wiesz, Mery - pochyliła się nad dzieckiem, mówiąc tylko do niego - będziesz wielkim wojownikiem.

Kilka dni po porodzie Dżana oznajmiła:
- Wrócimy. Nasz syn powinien żyć wśród ludzi.
Ferro nie zaprotestował, choć był temu przeciwny. Podejrzewał, że kiedy znajdą się wśród innych, nie będą już ze sobą szczęśliwi, że coś się skończy. Nie próbował jednak mówić o tym Dżanie. Od dawna wiedział, że jeśli ona coś postanowi, nikt nie zdoła jej od tego odwieść. Wrócili więc do towarzyszy. Nie byli pewni, gdzie ich szukać, ale zadanie okazała się łatwiejsze, niż przypuszczali. Znaleźli wszystkich w twierdzy będącej przejściem między światami, teraz nieco wyremontowanej i dokładnie wysprzątanej. Na powitanie wyszli im Max i Anna z noworodkiem na ręku.
- A więc obie jesteśmy matkami – powiedziała, uśmiechając się.
Po chwili nadeszli inni. Gill też się uśmiechnęła, powiedziała:
- Teraz mam brata. - A szepcząc do chłopca, dodała - życzę ci, żebyś miał więcej szczęścia, niż ja.
Następnego dnia przeszli do Świata Dyktującego i podążyli w stronę morza.

Czternaście lat później, według rachuby czasu Świata Dyktującego, chłodnym wieczorem, siedzieli przy ognisku. Często spędzali razem wieczory paląc ogniska na plaży.
Mery niewiele przerósł ojca i raczej nie miał już urosnąć. Wzrost odziedziczył po Ferro, ale nie jego budowę. Był szczupły i wąski w ramionach jak Ludzie Lasu. Było w nim też coś z majestatu tych, których czas minął, ciepłe światło, o źródle trudnym do zdefiniowania, biło z jego zawsze zamyślonej twarzy, z odległych oczu w kolorze nieba. Zupełnie inny był Roland, syn Maxa i Anny, wysoki, barczysty, czarnowłosy, syn wojownika, pewny siebie i chętnie ćwiczący się w walce na miecze.
- Jutro wyruszymy - powiedziała Dżana, a widząc zaskoczenie w oczach swoich towarzyszy, dodała - ja i Mery. - To jednak nie zmniejszyło niczyjego zdziwienia.
Od kiedy przybyli na wybrzeże, Dżana nie snuła planów żadnych wędrówek, czy walk. Czasem tylko ona lub Max wyprawiali się na targ w Jedynym Mieście. Zdarzało się, że Bill, czy Pepo jechali z nimi. Handlowali skórami i leczniczymi miksturami produkowanymi przez Dżanę. Sprzedali też kilka urodzonych i odchowanych nad morzem źrebiąt. Wyprawy te nie były zbyt częste, bo choć podróżującym zajmowały najwyżej kilka dni, to dla tych, którzy pozostawali nad morzem, oznaczały tygodnie czekania. Lata mijały, a oni starzeli się. Zaczęli już nawet myśleć, że będą wiedli spokojne życie do końca swoich dni, albo do końca światów. Dżana jednak znowu zatęskniła za Pustkowiem. Znalazła też wspaniały powód, by ruszyć się z miejsca.
- Uważam, że nadszedł czas, żeby Mery zobaczył kawałek świata. Jest młody, nie powinien całego życia spędzić w jednym miejscu. A jeśli nawet on tego chce, niech sam to miejsce wybierze.
Chłopak skinął głową. Przyjął decyzję matki, co prawda bez entuzjazmu.
- Mnie też zabierzesz ze sobą?! - Roland nie zapytał, on stwierdził fakt.
- Nie mnie o to proś, tylko swoich rodziców - odpowiedziała. Jej głos brzmiał ostro. Nie lubiła chłopaka za jego pustą dumę, za to, że uważał swoich rodziców za wielkich bohaterów, gdy jej nigdy nie darzył wystarczającym szacunkiem. Była dumna. Sądziła, że ma do tego prawo. - Ja wyruszam z Merym. Chcę go uczyć - dodała.
- Ja mam czekać, jak zawsze? - spytał Ferro później, kiedy byli sami.
- Tak - odpowiedziała Dżana. - Ale nie martw się, z tej drogi jeszcze wrócę.
- Co to ma znaczyć?
- Nie wiem.

Ruszyli o świcie, dziwna para jeźdźców. Czas odbił się swoim piętnem na twarzy Dżany, wysuszył skórę i pokrył gęstą siateczką drobnych zmarszczek. Oczy wojowniczki wyblakły, a długie włosy przyprószyła siwizna. Zestarzała się też jej wielka klacz. Nie podnosiła już tak wysoko głowy i nie rwała się do biegu, a w rudą grzywę wplotły się siwe pasma. Mery dosiadał młodej kasztanki, wyhodowanej dla niego przez matkę. Róża, bo takie nadał jej imię, była córką Marzenia i Arnikota, piękną, smukłą, o wąskich pęcinach i długiej, konopiastej grzywie. Jej pysk zdobiła wąska łysina, a nogi skarpetki. Stąpając, wysoko unosiła nogi. Właśnie kończyła trzy lata.
Jechali obok siebie w milczeniu. Dżana zamyśliła się, po głowie chodziła jej stara pieśń, ale nie potrafiła przypomnieć sobie słów, tylko melodię, wielką i smutną, prastarą. Słyszała jak śpiewano ją pod dachem z liści. Sama też ją śpiewała jako dziewczynka, a nawet jeszcze później, ale i tak bardzo dawno temu, na tyle dawno, że zapomniała słowa.

Efna, już nie dziewczynka, tylko kobieta, stała patrząc za nimi, póki nie znikli za horyzontem. Potem dosiadła Sokoła i pogalopowała wzdłuż plaży, daleko przed siebie, aż do miejsca, gdzie pochowany był Wiart. Uciekła ze swojego świata, żeby ocalić mu życie. Przedłużyła je jedynie o kilkanaście miesięcy. Dała mu trudy, choroby i... miłość. Czy to miało sens? Stała nad grobem konia. Tylko ona potrafiła go odnaleźć wśród wydm. Płakała. To dla niego zostawiła swój świat, ale on umarł, a życie nad morzem, choć piękne, z dnia na dzień stawało się bardziej puste. W zasadzie i tak miała więcej szczęścia, niż Gill. Miała Billa, naprawdę zostali parą. Tyle tylko, że nie była już pewna, czy połączyła ich miłość, czy brak wyboru. On był jedynym młodym mężczyzną w okolicy, ona jedną z dwóch dziewczyn. Co dzień wszystko wyglądało tak samo: morze, piasek, wiatr, ogniska i galopujące konie, rozmowy o pogodzie i polowaniu, czasem pocałunki, spanie i jedzenie, a potem wszystko od początku raz jeszcze. Może, gdyby urodziła dziecko, byłoby jej łatwiej? Nie mieli jednak z Billem dziecka.
Otarła łzy. Płacz też był bez sensu. Innego wyboru nie miała, tylko żyć. Międzymiasto zostało za nią bez powrotu. Nie wiedziała też, czego mogłaby szukać na Pustkowiu.
Dosiadła Sokoła i ruszyła zebranym kłusem w drogę powrotną wzdłuż plaży. Woda rozbijała się o nogi konia, krople pryskały wysoko w górę, na boki ogiera i buty Efny. Już dawno przestało ją to bawić, choć kiedyś sprawiało ogromną przyjemność.
Roland na swoim karym Rozynandzie minął ją w pełnym galopie. Koń ciężko robił bokami, a pysk i szyję pokrywała mu piana.
Jak można tak traktować zwierze? – pomyślała. – Jak można się nim bawić? - Nie powiedziała jednak niczego. Roland i tak nie słuchał tego, co mówili inni, niczego i nikogo nie brał też poważnie, oprócz swojego ojca, w którego był wpatrzony jak w obraz. Efna nie widziała powodu, żeby Maxa tak hołubić. Był przecież zwyczajnym najemnikiem. Dobry wojownik przepadł, dobry wojownik dosiadał konia bez nogi, ale do tragedii, za sprawą Dżany, nigdy nie doszło. Może na szczęście, a może niestety. Efna jednak nie mogła o tym wiedzieć, nie znała dobrego Maxa i po prostu go nie lubiła. Nie lubiła też Rolanda.

- Czemu mnie urodziłaś? - spytał ni stąd, ni zowąd Mery. - Przecież wiedziałaś, że będę inny niż wszyscy, że będę dziwny.
Spojrzała na syna zdziwiona, może nawet przestraszona tym pytaniem.
- Chciałam cię urodzić – odpowiedziała. - Chciałam urodzić Ferro syna.
- Czemu nie pomyślałaś o mnie? - W jego głosie pobrzmiewał żal. - Ja chciałbym być synem wojownika. Chciałbym być taki, jak Roland.
- Twój ojciec jest wojownikiem! Dokonał wielu chwalebnych czynów. Jest naprawdę dzielny. Tylko ty nie umiesz tego docenić. – Zdenerwował ją.
- Nigdy mi nie opowiadałaś o jego czynach.
- Po co mówić o rzeczach oczywistych?
- Ferro zawsze milczy - powiedział Mery, jakby jej nie usłyszał. - Nie opowiada historii o wojnach, jak Max.
- No bo i po co miałby to robić? - Dżana powtórzyła swoje pytanie. - Wielkości nie mierzy się w słowach, a ci, którzy naprawdę coś przeżyli, nie chcą o tym opowiadać. Tak po prostu jest. To nie jest tak, jak ci się wydaje. Wojna to ból i krew. Każde zwycięstwo kosztuje więcej, niż możesz dostać za nie w nagrodę. - Zamilkła na chwilę. - Widzę, że wiesz o życiu mniej, niż myślałam. Zbyt długo żyłeś z dala od trudów i trosk.
Znowu jechali chwilę w milczeniu. Mery gryzł wargi, o czymś myślał i tym razem to też on przerwał ciszę:
- Czy ty go kochałaś?
Dżana przyjrzała się synowi bardzo uważnie. Zbadała każdy szczegół jego pięknej twarzy.
- Kochałam i kocham. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się, że za to ty nim gardzisz. Czy dla ciebie jest za niski, żeby mógł być dobrym człowiekiem? Jest po prostu innej rasy, niż ja. To prawda, że dużo milczy, ale on cię kocha. Jesteś dla niego wszystkim. Boli go, że jesteś tak zapatrzony w Maxa.
- Czemu sam mi tego nie powiedział?
- Bo taki właśnie jest. Czeka i milczy. Tak potrafi postępować tylko bohater. Zapamiętaj.
Mery spuścił wzrok. Nie oczekiwał takich odpowiedzi.
- Opowiedz mi o nim. – Znowu spojrzał na matkę, w jego oczach była odrobina nadziei, że zrozumie, że w końcu się w tym wszystkim odnajdzie. - Jak w ogóle mogę cokolwiek myśleć, skoro niczego o nim nie wiem?
Dżana uśmiechnęła się.
- Opowiem ci, opowiem ci wszystko w swoim czasie - ale mimo takiej zapowiedzi od razu zaczęła mówić o misji, jaką Ferro miał przed laty do spełnienia i o ich pierwszym spotkaniu.

Drugiego dnia podróży dotarli do terenów zielonych. Były tam. Stado znajdowało się niedaleko drogi. Nie mogli liczyć, że żądne krwi bestie ich nie spostrzegą.
- Naprzód! - krzyknęła Dżana, spinając konia.
Mery poszedł w ślady matki i dwie klacze ruszyły wyciągniętym galopem. Marzenie była starsza, była cięższa, ale jej nogi znały tę drogę i nie zawiodły. Rwała w przód i nic nie mogło jej zatrzymać. Nierówne podłoże było jednak poważną przeszkodą dla Róży, drobne kopyto zapadło się, ginąc w dołku. Ugięła się cienka pęcina i jeszcze nie wyćwiczony nadgarstek. Klacz kwicząc runęła do przodu i w bok, zrzucając jeźdźca i fikając w powietrzu koziołka. Poderwała się od razu. Odskoczyła w bok. Zielone rzuciły się na chłopca. Mery dobył krótkiego miecza, zaciął wargi. Nie chciał oddać życia bez walki, choć to, że je odda, było dla niego jasne.
Dżana wstrzymała i odwróciła konia. Stała chwilę, patrząc, jak poradzi sobie jej syn. Był dzielny i nie bał się zadawać śmierć, gdy przychodziła taka potrzeba. Kiedy się o tym przekonała, ruszyła mu z odsieczą.
Wymierzyła tylko kilka ciosów. Głowy zielonych potoczyły się po ziemi. Nieliczne bestie zdołały uciec. Mery osunął się na kolana, miecz wypadł mu z ręki. Drżał na całym ciele. Dżana zeskoczyła z siodła i przykucnęła przy nim.
- Co ci jest? - rzuciła przerażona. Przecież nic nie powinno się stać. Wszystko wydawało się być w porządku. - Czy któryś cię ugryzł?
Mery przylgnął do matki, wtulił się w nią. Przez chwilę szlochał. Potem się uspokoił.
- Nie - odpowiedział, wargi wciąż mu drżały. Był blady.
Dżana dotknęła jego włosów.
- To dobrze. Mogły cię zabić, ale nawet cię nie drasnęły - powiedziała spokojnie. - A to nie tylko moja zasługa.
- Czemu czekałaś? - rzucił nagle ostro, wracały mu siły.
- Chciałam przekonać się, czy umiesz chronić swoje życie. Kiedyś mnie zabraknie. Musisz nauczyć się radzić sobie sam.
- Ale jeszcze nie umiem! - przypomniał jej.
- Wiem. Dlatego w końcu przyszłam ci z odsieczą.
Podniosła się i podeszła do klaczy, zbadała jej nogi.
- Na szczęście i ona wyszła z tego bez szwanku – rzuciła. - Pamiętaj jednak, zawsze najpierw zajmij się koniem. Potem dopiero możesz rozczulać się nad sobą.

Wieczorem przy ognisku Mery westchnął:
- Chciałbym być synem prawdziwego wojownika - powiedział, raz jeszcze dotykając tego tematu tak, jakby wciąż nie pojął słów Dżany. - Chciałbym poznawać obyczaj, tradycje, legendy, kiedyś odziedziczyć sławny miecz ojca.
- Nie wiesz, co mówisz - skarciła go Dżana. – Jeśli chcesz oręża, to w swoim czasie otrzymasz ten. - Odpięła od boku długi, wąski miecz i podała go chłopcu. Przyjął go z wielką czcią, zwarzył w dłoniach i przyjrzał się światłu odbijającemu się od osadzonego w rękojeści rubinu. - Wykuł go Lud Lasu, zanim odszedł – wyjaśniła. - A jeśli chcesz tradycji i legend, powiem ci, że to tylko pozory i brednie, chyba, że jako legendy potraktujesz historie życia swoich rodziców, której część już znasz, a jeśli chodzi o naukę...
- Dziwnie mnie uczysz.
- Nie – zaprzeczyła. - Dziwne jest wywijanie mieczem przez cały dzień, ale i na to przyjdzie czas. Teraz musisz nauczyć się, jak przeżyć, które drogi wybierać, komu i czemu ufać, musisz poznać cały świat, który był moim światem. Chciałeś kontynuować dzieło swoich przodków. Wytłumaczę ci, czym ono było. Tradycja, niech ci będzie, twoją tradycją będzie wędrówka, przemierzanie Pustkowia, czekanie, aż świat zaatakują siły zła i walka z nimi, a także obrona słabszych, za co nigdy nie weźmiesz zapłaty. Po to właśnie wyruszyliśmy, żebyś się tego wszystkiego nauczył. Nadszedł już czas na dorosłość.
Mery patrzył na nią znudzony. Miecz Dżany położył sobie na kolanach.
- Chciałeś się uczyć – powiedziała. - Posłuchaj mnie. Nie wiem, jak będzie z tobą, ale moim życie kierują prawa Ludu Lasu. Jestem nieśmiertelna.
- A więc ty będziesz żyć, a ja umrę?! - rzucił gniewnie.
- Ja też umrę - wyjaśniła spokojnie. - Ale nie tak, jak umierają inni. Nie pokona mnie ani starość, ani choroba, ale czas. Wspomnienia zaczną mi w końcu tak ciążyć, że nie będę myśleć o niczym innym, jak tylko o śmierci i nie będę umiała znaleźć żadnego nowego marzenia. Tak stanie się, kiedy zrobię już wszystko, co miałam do zrobienia na terenie dostępnych mi światów. Czuje, że mój czas już nadchodzi. Może odejdę do swojego ludu, kiedy wszystkiego cię nauczę, kiedy staniesz się samodzielny.
- Chcesz się mnie pozbyć? - spytał.
- Ależ nie. - Potrząsnęła głową. - Ale tak po prostu jest. Dzieci dorastają i muszą wyruszyć swoją drogą. A Ludzi Lasu ciągnie do morza. Tak jest. Tak było i tak będzie. To wszystko. Tęsknota w Ludziach Lasu to najsilniejsze uczucie.
Skinął głową. Oboje zamilkli. Nagle Mery wyprostował się, nasłuchiwał.
- Słyszysz? - spytał szeptem.
Dżana nastawiła uszu. Po chwili skinęła głową.
To był płacz, płacz małego dziecka lub może kwilenie porzuconego, małego zwierzątka. W każdym razie był to głos małej, bezradnej istotki.
- Pójdę tam - powiedział Mery.
- Idź.
Odłożył miecz na bok. Wstał i skradając się wszedł w gęste zarośla. Dżana uśmiechnęła się. Mery potrafił cicho chodzić i nie zostawiać śladów, jak Mali Ludzie. Kiedy był młodszy, ojciec nauczył go paru rzeczy, choć dziś zapewne Mery myślał, że umie je od zawsze.
Chwilę czekała, zanim powrócił, niosąc coś w ramionach.
- Popatrz. - Pokazał jej niemowlę zielonych, okrągłe, tłuściutkie, o krótkich, jeszcze bardzo nieporadnych łapkach. Z jego pyszczka sterczały już jednak dwa jadowe zęby. - Myślę, że zabiliśmy mu matkę - dodał.
- To możliwe - przyznała Dżana. Nie wiedziała, co z tym znaleziskiem począć.
- Co z nim zrobimy? - Mery też nie wiedział. - Czy można je wychować i oswoić, żeby nie było niebezpieczne? - spytał.
- Sądzę, że tak - powiedziała Dżana, w jej głowie rozbrzmiała stara pieśń, ale jeszcze nie przypomniała sobie słów. - Daj mi je.
Mery podał matce maleństwo. Przyjrzała mu się, pogłaskała po brzuchu porośniętym miękkim puszkiem.
- To dziewczynka - powiedziała. Kiedyś opiekowała się glumami. Były inteligentniejsze i powolniejsze, niż zielone. Jednak zęby jednych i drugich miały w sobie równie śmiercionośną truciznę. Zadrżała. Jej przygoda z glumami nie skończyła się dobrze. Teraz Mery znalazł dziecko zielonych i chciał je ocalić. Czy historia miała się powtórzyć? Czy jej syn miał okazać się bardziej od niej odpowiedzialny?
- Muszę wyrwać jej zęby - stwierdziła.
- Jak sobie bez nich poradzi? - zaniepokoił się Mery.
- Będzie zależna od nas. Ale jeśli nie wyrwę jej zębów, będzie stanowiła zagrożenie, a tak... Wychowasz ją na zieloną kobietę, może nawet nauczy się mówić.
Skinął głową, zgadzając się, ale kiedy Dżana wyrywała małej zęby, zamknął oczy. Zielona zakwiliła żałośnie.
- Ale jak ona będzie jeść i co? - spytał potem, tuląc maleństwo.
- Będzie jeść mięso i wszystko to, co my - usłyszał w odpowiedzi. - Te zęby służą tylko do polowania, do zadawania śmierci, a ona będzie cywilizowaną istotą. Nadaj jej cywilizowane imię.
Mery zamyślił się, głaszcząc małą główkę.
- Eva - wyszeptał w końcu.
- Niech będzie Eva. - Dżana uśmiechnęła się, coś jej to imię przypominało.
- No, Evuniu - wyszeptał Mery. - Powiedz tata. Ta - ta.

Kolejny nocleg wypadł im na wysokości zamku o stalowoszarych murach. O nim Dżana nie chciała opowiadać, ale Mery zapytał:
- Co to za twierdza?
- Zamek Ich Wielmożności Szarości – odpowiedziała.
- To jakiś wielki władca? - pytał dalej Mery. - Kim jest?
- Trudno to określić - powiedziała Dżana, a potem opowiedziała mu jak wygląda Szarość, jakie znaczenie ma jego barwa, z czego wyrósł i z czego wyrośli jego poprzednicy.
Mery wysłuchał jej w skupieniu, a potem zapytał:
- Jak to wszystko możliwe?
- Nie wiem.
- Dlaczego nie wiesz?
- Pewnie nikt nie wie. – Wzruszyła ramionami. – Nie zastanawiałam się nad tym.
- Dlaczego?
- Ile razy jeszcze zadasz to pytanie? - Dżana zaczynała się denerwować. – Nigdy mnie to nie obchodziło. Świat funkcjonuje. Po co wiedzieć jak?
- I tam nie ma straży? - Mery uparcie pytał dalej.
- Nie wiem. Kiedy panowała Jasność, nie było. Kiedy panowała Ciemność, była. Za czasów Szarości po prostu nie byłam wewnątrz - powiedziała Dżana prawie szeptem, nagle opuściły ją siły. Nie chciała Meremu tego tłumaczyć. Męczyły ją jego pytania, jego dociekliwość. Z trudem przyszło jej opowiedzenie synowi o tym, co zrobiła i co wtedy myślała. Żeby o nic już jej nie zapytał, podniosła się gwałtownie. - Pójdę zapolować – powiedziała. - Dawno nie jedliśmy świeżego mięsa. - Nie czekając na odpowiedź Merego, znikła wśród krzewów.
Szumiało jej w głowie. Czuła, że nie powinni nocować obok zamku Ich Wielmożności Szarości. To, że nie powinna obalić Jasności, wiedziała już od dawna. Nikt nie miał do tego prawa. Wyraźnie czuła potęgę miejsca, w którym się znalazła. Jej ciało przypomniało sobie chorobę, która ją tam dosięgła. Jej palce znowu dotykały boków Dżany, ściskały pierś, brzuch i głowę. Nie! Nie chciała o tym myśleć. Nie chciała po raz tysięczny roztrząsać, co jest słuszne, a co nie i dlaczego. Chciała myśleć o królikach. Króliki. Powoli się uspakajała. Musiała być spokojna, musiała być skoncentrowana. Musiała podejść królika.

Wróciła, niosąc dwa jeszcze ciepłe ciałka. Zatrzymała się, nie chciała jeszcze wyjść spomiędzy krzewów. Ciężar przeszłości, o którym zapomniała polując, powrócił. Nie chciała odpowiadać na pytania Merego. Nie rozumiała, skąd się brały i dlaczego nie znała na nie odpowiedzi. Miała Merego uczyć, ale jej nauka do niego nie trafiała. Chciał innej, o której istnieniu dotąd nie wiedziała.
Teraz widziała go poprzez gałęzie. Siedział przy ogniu z Evą na kolanach i żuł dla niej suchara. Cicho westchnęła. Nie był złym chłopcem. Był tylko inny, inny niż ludzie, inny niż ostatni z zapomnianych ludów - ona i Ferro. Stara pieśń znów zabrzmiała w jej głowie. Tak, śpiewali ją w lesie, śpiewał lud ubrany w szare płaszcze, gotowy do drogi za morze przez wiele światów. Nigdy nie słuchała pieśni dokładnie. Poruszały ją, były piękne, śpiewała je w chórze z innymi. Nigdy jednak nie przykładała wagi do ich znaczenia, nie zapamiętywała ich słów. Chociaż słowa tej jednej pieśni pamiętała przez lata. Nie powinna ich zapomnieć. Wielu rzeczy, które zrobiła, zrobić nie powinna. Tak to już z nią było. Ta pieśń była przepowiednią i być może właśnie się wypełniała, tylko ona jeszcze o tym nie wiedziała. Znowu atakowały ją myśli. Nie chciała jednak myśleć. Chciała odnaleźć w sobie spokoju.
Wyszła z gąszczu. Mery podniósł głowę. Popatrzył na nią zdziwiony jej bezszelestnym przybyciem.
- Mamy mięso - rzuciła, potrząsając ciałkami królików.

Dotarli Tam Gdzie Zaczyna się Droga, a może Tam Gdzie Kończy się Droga.
- Dlaczego ona tak nagle się urywa? - spytał Mery.
- Tu jest przejście do Świata zza Morza Ognia i Krwi - powiedziała Dżana, ale to nie była odpowiedź.
- Ale to nie jest mór - powiedział chłopak. - Tam dalej można pójść?
- Pewnie tak.
- To czemu tam nie ma drogi?
- Bo droga kończy się tutaj.
- Ale dlaczego? - Mery nie dawał jej spokoju.
- Nie wiem - skapitulowała Dżana. - Nie wiem, kto zbudował tę drogę. Może zrobili to Ludzie Lasu. Na pewno tą drogą poszli ku morzu. Wszyscy zawsze szli ku morzu. Nikt nigdy nie szedł tam. Nie wiem dlaczego, ale wiem, że mnie też nie przyszło to przedtem do głowy. Przybywając ze Świata zza Morza Ognia i Krwi każdy pojawia się właśnie tutaj, twarzą w stronę morza. Wszyscy wiedzą, że morze jest tam, wszyscy do niego tęsknią. Wszyscy szukają morza, a nie nieznanego. Tyle wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale gdybym się zastanowiła, nie znalazłabym nikogo, kto mógłby odpowiedzieć na twoje pytania. W tych światach nikt nigdy nie zadawał takich pytań. To, co widzisz, istnieje, ja godzę się z tym. To wszystko.
Mery milczał, a Dżana złapała się na tym, że mówi sama do siebie, nie dbając o to, czy syn jej słucha. Sama zaczęła się zastanawiać, dlaczego nigdy o takie rzeczy nie pytała. Dlaczego nigdy nie wyruszyła Tam Gdzie Kończy się Droga do Miejsca Którego Nikt Nie Nazwał? Dlaczego nigdy nie pociągało jej nowe, skoro zawsze szukała? Ciągle poruszała się starymi, dobrze znanymi szlakami. Odwiedzała jedno miasto, jedne góry, jedną grotę, wciąż przemierzała to samo Pustkowie z północy na południe. Mery podsunął jej wspaniały pomysł. Postanowiła właśnie, że kiedy wrócą z tej wyprawy, kiedy jej syn będzie gotowy, by radzić sobie samemu, ona wyruszy do Miejsca Którego Nikt Nie Nazwał. Czego chciała tam szukać? Nowych doznań? Jeszcze tego nie rozumiała, ale sądziła, że zrozumie. To było tak, jakby zabrała chłopca w podróż tylko po to, żeby potem samej zbadać nieznany jej jeszcze świat, chociaż, póki Mery o niego nie spytał, w ogóle o nim nie myślała. Nie zastanawiała się jednak nad tym. Jedno wiedziała już w tamtej chwili i to jej wystarczało - jej czas jeszcze nie minął. Miała marzenia, a jej dusza nie zaznała wciąż spokoju. Znowu zamierzała szukać i to nie za morzem.
- Teraz przejdziemy do Świata zza Morza Ognia i Krwi - powiedziała, a potem wyjaśniła synowi, jak to zrobić.
- To niebezpieczne - wyszeptał Mery, otrząsając z siebie dreszcz.
- Nie myśl o tym. Ja przebyłam tę drogę wiele razy – odpowiedziała, popędzając konia i dwie klacze ruszyły galopem.
Mery wystraszył się, kiedy na ułamek sekundy świat wokół niego pojaśniał, a potem pochłonęła go ciemność. Poczuł chłód i odór bagna. Skamieniał z przerażenia. Na szczęście Róża rwała w przód za Marzeniem. Instynkt koni często ratował jeźdźców, tak stało się i tym razem. Kopyta klaczy zadudniły w bramie twierdzy. Przebyli szerokie, wyłamane przed laty wrota i już byli po drugiej stronie. Dżana zatrzymała konia.
- Udało nam się. Widzisz, to proste.
Mery uśmiechnął się słabo, był blady.
- Pierwszy raz też się bałam - powiedziała. - Wojownikiem nie zostaje się od razu.
Nie odpowiedział, zawstydziła go ta uwaga.

Wiatr wiał od morza, przyginając do ziemi ostre trawy, mierzwiąc gęste włosy Ferro i siekąc w twarz porwanymi drobinami piasku. Siedział na wydmie, wpatrzony w morze, niewiele robiąc sobie z tego wiatru. Siny bezmiar wód przelewał się, sam siebie dusząc i wyrzucając w górę, plując białą pianą i mrucząc złowrogo. Niebo było szare, wydawało się ciężkie i bliskie ziemi, tak bliskie, że można by go dotknąć. Chmury o barwie żelaza zwiastowały burze. Kiedy sztorm rozpocznie się na dobre, najpotężniejszy z żywiołów wedrze się na wydmę, to było pewne.
- Nie mogę tak czekać - powiedział, jakby sam do siebie, chociaż wiedział, że Mat jest obok niego. - Czuje, że zbliża się niebezpieczeństwo, że zagraża Dżanie. Zbyt wiele czasu spędziliśmy tu w spokoju, zapominając o problemach naszego świata.
- Problemów już nie ma - przypomniał mu Mat.
- Nie ma jednych, przyjdą inne. Nie zapominaj, że rządzi Szarość, nie Jasność. Zresztą... - Machnął ręką. - Chciałbym być z Dżaną. Czy to tak trudno zrozumieć?
- Tyle tylko, że ona nie chce być z tobą - powiedział Mat.
- Ładnie mnie pocieszasz. - Ferro nagle się podniósł. - Po prostu pojadę za nią, tak jak przed laty - oznajmił.
- Nie pojedziesz - zaprzeczył Mat. - Nie puszczę cię w pojedynkę przez tereny zielonych.
- Dlatego? - Ferro uniósł w górę drżącą prawą dłoń. - Bo to niebezpieczne? Bo już mnie gryzły? Lepiej niczego już nie mów. Przecież wiesz, że nigdzie nie pojadę, tylko i wyłącznie dlatego, że Dżana tego nie chce. Nie trzeba mi mówić niczego więcej. - Odwrócił się plecami do morza i spiesznym krokiem zszedł z wydmy.
Mat patrzył za nim, jak znikał wśród gęstej roślinności. Musieli chyba przez całe życie wybierać złe drogi, bo sytuacja do jakiej dotarli, nie podobała się nikomu.

Dżana i Mery przeprawili się przez rzekę naprzeciwko domu z zapadniętym dachem. Tym razem chłopak nie pytał o nic, więc Dżana mogła spokojnie zacząć swoją opowieść tak, jak tego chciała.
- To był kiedyś nasz dom – powiedziała. - Kiedy go stawialiśmy, myśleliśmy, że naprawdę tego chcemy. To było wielkie. Byliśmy przyjaciółmi i cieszyło nas to, co robimy. Potem... Nie wiem dlaczego, okazało się, że to miejsce nie zadawala żadnego z nas. Ja odeszłam do Johna, reszta została, bo nie miała dokąd odejść.
- Kto to jest John?
- Ojciec Gill. Dawne złudzenie. Kiedyś myślałam, że go kocham, ale kiedy zaczęłam z nim mieszkać, okazało się, że nasz związek jest pusty. Przyjaźń mieszkańców tego domu także okazała się pusta. Teraz jesteśmy już tylko towarzyszami broni. Tak mi się wydaje, a ze sobą łączy nas to, że nie łączy nas nic z nikim innym. Rozumiesz to?
- Nie.
- Kiedy nie ma niczego do zrobienia, żadnych nowych zadań, nowych wyzwań, kiedy po prostu żyje się, żeby żyć, wszystko przestaje mieć sens, nawet życie. To nie jest spokój, to jest pustka. Trzeba być w ruchu, trzeba działać, zmieniać świat, żeby nie stać się pustym.
- A Ferro, on też jest pusty? - spytał Mery.
- Nie. - Dżana potrząsnęła głową. - Nawet jeśli wydaje ci się nudny i niepozorny... To tylko moja wina. Wiele w nim zabiłam. Ochraniałam go, bojąc się, żeby nie stracił życia. To nie jest coś, co mężczyźnie łatwo znieść. Ja jednak nie wyobrażam sobie życia bez niego. Jednocześnie chciałam zabić naszą miłość. Wiedziałam, że nie wolno nam ze sobą być, że nie możemy dopuścić do urodzenia się kogoś takiego, jak ty. Ty się jednak urodziłeś, a my nigdy nie byliśmy naprawdę razem, choć mogło tak być. Ferro zawsze zależał ode mnie. Wmówiłam mu, że tak musi być...
- Więc go skrzywdziłaś?
- Tak. - Skinęła głową. - Skrzywdziłam go.
- A co z miłością?
- Właśnie z miłości to zrobiłam. Zrozumiesz, kiedy kogoś pokochasz. Ciężko jest być ostatnim, lub jedynym. Twoja miłość też nie będzie spokojna, a twoje dzieci będą inne, niż wszyscy.
- Piękne dziedzictwo.
- Niestety - Dżana uśmiechnęła się słabo. - Ale mimo to, zobaczysz, że ty też będziesz chciał mieć dzieci.

Zapadał zmierzch. Róża zwolniła, a Mery chciał się w siodle. Oboje byli już bardzo zmęczeni, ale Dżana wciąż parła naprzód, tak, jak przez wszystkie poprzednie dni. Ona i Marzenie były przyzwyczajone do długich wędrówek, Mery i Róża nie.
Dżana zmierzyła wzrokiem klacz swojego syna.
- Musisz mieć innego konia - rzuciła nagle.
- Nie. - Mery od razu się wyprostował.
- To prawda, że Róża jest piękna – przyznała. - Ale wojownik potrzebuje silniejszego, cięższego i bardziej niestrudzonego zwierzęcia.
- Ona jest jeszcze młoda - bronił klaczy Mery.
- To prawda, że konie szlachetnej rasy późno dojrzewają, ale Róża nigdy nie dorówna Marzeniu.
- Przecież nie musi - powiedział Mery. - Ty masz Marzenie, ale nie każdy musi mieć takiego konia. Ja mam Różę. Była moja od dnia, w którym się urodziła, a nawet jeszcze wcześniej. Ja nadałem jej imię, ja bawiłem się z nią, kiedy była źrebięciem, ja pierwszy ją okiełznałem i ja pierwszy jej dosiadłem. Wszystkiego ją nauczyłem. Kocham ją. Czy to nie wystarczy, żeby była odpowiednim dla mnie koniem?
- Wystarczy. - Dżana skapitulowała. - Dzisiaj sam się czegoś nauczyłeś, nawet o tym nie wiedząc.
Mery uśmiechnął się promiennie.
- Kiedyś usłyszysz pieśń o wielkim wojowniku i jego olśniewająco pięknym wierzchowcu - zażartował.
- Na pewno - przyznała Dżana. Ujrzała go oczami wyobraźni. Wjeżdżał do Jedynego Miasta. Ludzie wybiegli na ulice, żeby go zobaczyć, a on siedział w siodle prosto, z wyprężoną piersią. Promienie słońca zapalały się w krwawym oku miecza przypiętego do jego boku. Róża stąpała wysoko unosząc nogi w paradnym kroku i prężyła szyję.

- Tutaj cię urodziłam - powiedziała Dżana, gdy dotarli do wyrastającej w środku Pustkowia skały z obszerną grotą wewnątrz. - Zresztą, to miejsce często służyło mi za schronienie. Zapamiętaj je - nakazała. - Tobie też może kiedyś służyć pomocą. Na razie tu zostaniemy. Trochę muszę podszkolić cię w szermierce.
Jeszcze tego dnia zaczęli ćwiczenia.
- Weź mój miecz - powiedziała Dżana. - Jest cięższy niż twój, ale lżejszy, niż większość mieczy tej długości. Przyzwyczaj się do niego już teraz. Kiedyś będzie twój. To najszlachetniejszy oręż na terenie dostępnych nam światów.
Mery przyjął miecz z wielką czcią. Miał zaledwie kilka lat, kiedy dostał swój pierwszy, mały mieczyk. Właściwie od zawsze matka uczyła go, jak obchodzić się z bronią. Nie poświęcali jednak tym lekcją wiele czasu. Było tyle innych rzeczy, których trzeba było się nauczyć i które na brzegu morza wydawały się ważniejsze, jak choćby łowienie ryb, polowanie i zajmowanie się końmi.
Teraz ćwiczyli się w ciosach, atakach i unikach, stal uderzała o stal z trzaskiem. Odbywali ćwiczebne walki. Mery musiał poznać swoje ciało. Musiał nauczyć się czuć odrębność każdego mięśnia. Jego nogi musiały stać się szybkie i mocne, a ręce pewne. Musiał nauczyć się rejestrować najdrobniejsze ruchy i najcichsze szmery, wyostrzyć wzrok i słuch. Musiał też nauczyć się podejmować decyzje szybko i nieomylnie. Nie było to wcale łatwe. Wiele razy matka wytrąciła mu miecz z ręki, zanim z nią zwyciężył.
- Więc teraz ty jesteś stróżem Pustkowia - oznajmiła wtedy poważnym tonem.

Trudno było im ukryć zdziwienia, kiedy do ich małej wioski, pomiędzy sklecone z nadmorskiej roślinności szałasy, wpadła dziewczyna na ogromnym, zimnokrwistym wierzchowcu pokrytym pianą. Dosiadała go bez siodła, a kierowała, nie używając wędzidła, jedynie pociągając za rzemień, którym obwiązała mu pysk. Zeskoczyła z grzbietu zwierzęcia szybko, sama zmachana i spocona, jak ono. Chwile stała, łapiąc oddech, potem wysapała:
- Szukam Dżany.
- Dżany nie ma, ale możesz rozmawiać ze mną - powiedział Ferro. Był szybszy, niż Max i właśnie w tej chwili mianował się dowódcą pod nieobecność Dżany.
- Szukam pomocy - rzuciła dziewczyna, wciąż z trudem łapała oddech. - Jestem córką kowala, u którego ona zostawiła mapę. - Tłumaczyła niezbyt składnie. - Świat zza Morza Ognia i Krwi znowu najechała ciemna armia...
- Przecież Ciemności już nie ma – zdziwił się Ferro.
- Tak - przyznała dziewczyna. - Sama widziałam. Ciemni jeźdźcy jednak skądś przybywają. Nie wiemy skąd. Niszczą wszystko, palą wsie. Spod ich mieczy mało kto wychodzi żywy. Ich jest wielu, ale wy rozgramialiście już wielkie armie...
- Tak. - Ferro skinął głową. - Ale od tamtej pory minęło wiele lat.
- Jak to? – W jej świecie czas płynął znacznie wolniej, dlatego nie zrozumiała o czym mówił. – Co to znaczy? - Przestraszyła się, że właśnie odmówiono jej pomocy. Nerwowym ruchem odgarnęła w tył włosy. - Nie pomożecie nam?
- Pomożemy - odpowiedział Ferro. Bał się znowu ruszyć do walki. Wiedział, że czas zrobił swoje, że jego ramie nie miało już dawnej siły, ale życie nad morzem w spokoju i pustce uświadomiło mu, że już nigdy nie powinien się cofać. Decyzja, którą właśnie podjął, mogła być samobójcza. Chociaż nie. Życie polega na ryzyku, na igraniu ze śmiercią, samobójstwo - na ucieczce w pustkę.
Z kim mieli walczyć, nie wiedział nikt, prócz mnie. Nowi, ciemni jeźdźcy byli chorobą, która spadła na Świat zza Morza Ognia i Krwi. Nie przybywali z żadnego z miejsc. Przychodzili ze mnie. Mieli pochłonąć świat dzieciństwa, bym mogła raz jeszcze wezwać do walki dawnych bohaterów. Mieli zniszczyć stary ład, by mógł nadejść nowy. To miał być definitywny koniec opowieści o Dżanie. Nigdy jednak nie ustaliłam, jak ten nowy ład miał tak naprawdę wyglądać. Może liczyłam, że doznam jakiegoś objawienia. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
- Pomożemy ci, nawet jeśli to będzie nasza ostatnia walka - powtórzył Ferro.

- Teraz pojedziemy do Johna - powiedziała Dżana, kiedy znowu przemierzali Pustkowie. - Zobaczysz góry. - Mery nie odpowiedział, nie chciał rozmawiać, ani myśleć o tym obcym mężczyźnie, do którego należała część duszy jego matki.
Dżana wybrała starą, do przesady znajomą, oblodzoną drogę ku szczytom. Ani na niej, ani na Marzeniu zimno nie robiło wrażenia, ale Mery i Róża drżeli.
- Kiedyś się przyzwyczaicie - powiedziała Dżana.
Chłopiec nadal milczał.
Tak dotarli pod dom Johna. Dżana zsunęła się z siodła. Nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. Budynek, który kiedyś był stajnią, miał częściowo zapadnięty dach, a stojące jeszcze ściany gięły się we wszystkich kierunkach. Dom Johna także podupadł.
Czy z dbałości o konie, czy ze strachu, który nagle się w niej obudził, najpierw otworzyła drzwi stajni. Zawiasy skrzypnęły. Podwójne wrota opuszczone w dół tarły po ziemi. W mroku, we wciąż ciepłym, pachnącym sianem wnętrzu, nie zobaczyła błękitnego ogiera. Jego miejsce zajął niski, krępy muł o długich uszach. Zwierze zaryczało na ich powitanie. Wprowadzili do wnętrza konie. Poluzowali tylko popręg i zostawili zwierzęta w rzędach.
Wszystko było zrobione, przed Dżaną stały już tylko drzwi domu. Musiała zapukać. Zadrżała. Nie wiedziała, co powie Johnowi, ani po co tak naprawdę do niego przyjechała. Nie, to wiedziała. Przyjechała się pożegnać. Nie pojmowała tego jasno, ale czuła, że nadszedł koniec życia takiego, jakie było. Wiedziała już, że nie wróci nad morze na stałe. Nie planowała tego, wyruszając z Merym, ale teraz było to dla niej jasne. Musiała szukać, wędrować, nie mogła marnieć w pustce. Taka była jej natura. Podróż, w czasie której miała Merego uczyć, przerodziła się w pożegnanie ze starym światem.
Z Johnem też chciała się pożegnać. Co ich łączyło? Czy była to tylko przygoda? Czy też część poszukiwania? Czego u niego szukała? Szczęścia? Tak, szukała szczęścia, jak jej lud zawsze szukał, lud skazany na zagładę, bo szczęścia wpisanego w tęsknotę znaleźć nie sposób, szczęścia dającego spokój i wypełniającego pustkę.
Strząsnęła z siebie dreszcz lęku. Zapukała i pchnęła drzwi. Uderzyło ją to, co zobaczyła. Na podłodze leżała wyprawiona skóra niebieskiego konia. Przy kominku siedział John z ręką na głowie młodego wilka. John zawsze polował na wilki, nie szanował ich, nie dostrzegał w nich istot obdarzonych duszą.
Wsunęła się do środka, a Mery za nią.
- Po co przyszłaś i po co znowu przyprowadziłaś z sobą jednego z tych pokurczy? - rzucił John na powitanie.
- To mój syn - odpowiedziała zimno.
- Och – westchnął. - Nie mów, że to jego dziecko.
- Jego. - W głosie Dżany zabrzmiała złość.
- A to paskudztwo? - John wskazał Evę.
Mery przycisnął do piersi małą zieloną.
- Ona jest moja – powiedział. - Będzie cywilizowana. - Mimo siły drzemiącej w jego słowach, cofnął się o krok i oparł plecami o ścianę, szukając w niej wsparcia.
- Czego ty chcesz?! - rzuciła gniewnie Dżana. - Zmieniamy się. Ty masz w domu wilka, ja oswajam zielone. - Na chwilę zamilkła. John się nie bronił i to ją zaskoczyło. - Zgorzkniałeś - powiedziała po chwili. - Ja przyszłam się tylko pożegnać z mężczyzną, będącym przygodą młodości.
John podniósł się powoli, przyciskając rękę do kręgosłupa, jęknął. Dopiero wtedy spostrzegła, że pochylił się i posiwiał. Jego młodość minęła, siły odeszły.
- Co to znaczy, Dżano? - spytał, głos mu drżał.
- Świat się zmienia - powiedziała cicho. - Muszę odejść, bo tu nie ma dla mnie miejsca. Czas niszczy mnie inaczej, niż ciebie...
- Tak, ja jestem człowiekiem - zauważył z żalem.
- Mnie czas tylko boli. Nie mogę już tego znieść.
- Dżano, ludzi też boli czas. Widzisz? - Wskazał skórę leżącą na podłodze. - Jantar padł. Nigdy nie udało mi się wyhodować niebieskich koni. On był jedyny. Zresztą... Znalazłem wilcze szczenię. Czy mogłem je zostawić?
- Ja zabiłam zieloną matkę i teraz chowam jej młode - brzmiała bezbarwna odpowiedź Dżany.
- Nie wiem, co z nami się stało – powiedział. - Wydaje mi się, że zmarnowałem lata nam dane. Byłem zbyt uparty. A przecież żyliśmy w dobrych czasach, mimo tych wszystkich najazdów sił zła. Były idee, a my byliśmy młodzi.
- Masz rację.
- Teraz pewnie inaczej bym cię traktował, gdybym miał jeszcze czas.
- Ale nie masz - powiedziała Dżana. - Ja odchodzę i już nie wrócę. Żegnaj - wyszeptała.
- Naprawdę cię kochałem – powiedział wtedy.
- Ja też, ale nasz czas minął. Sam powiedziałeś... Świat idzie naprzód, a my mijamy. Niestety, John... To już koniec.
- Żegnaj - wyszeptał.
To było wszystko.

Opuszczali lodową krainę, jadąc obok siebie. Milczeli. Po ich prawej ręce wystrzelały w górę wąskie, ostre iglice nagich szczytów. Po lewej ziała głęboka przepaść. Jej zbocze nie było zbyt strome, ale nierówne, najeżonej kamieniami. Zapewne nikt nie przeżyłby stoczenia się po nim w dół. Niedługo znów mieli stanąć na równinie, znów mieli gnać przez morze traw i grzać się w słońcu, zostawiając za sobą chłód gór.
- Nie rozumiem - powiedział w końcu Mery. - Dlaczego powiedziałaś Johnowi, że go kochałaś, skoro przedtem mówiłaś, że kochasz i kochałaś tylko Ferro?
- John to przygoda młodości - powiedziała, ale przyszło jej to z trudem. Czuła ciężar na piersi, a wymawianie słów, sprawiało ból. Najchętniej krzyknęłaby - ja nie wiem! W ogóle nie rozumiem, o co w tym wszystkim chodzi i czego szukam! - Nie mogła tego jednak zrobić. Obok siebie miała syn i była mu winna racjonalne wytłumaczenie. Stara pieśń znowu kołatała się jej po głowie. Coś w niej było, ale ciągle nie mogła tego pochwycić i zaczynała sądzić, że nie pochwyci już nigdy. To było potworne, jej umysł jak zawsze zawodził. - John jest ojcem Gill. To coś znaczy - powiedziała bardzo powoli. - Spędziłam z nim kilka dobrych lat, a potem pusty rok. Kiedyś drżałam na jego progu, myśląc, że wracam do domu. Ale to była pomyłka. - Zawiesiła głos. Nie mówiła o tym, co powinna. - Ferro kocham inaczej, głębiej, ale też bardziej po zwierzęcemu. Potrzebuję go, tęsknię za nim, ale bronię się przed byciem z nim. Ty się już urodziłeś, ale... To niczego nie zmienia. Jesteśmy zbyt różni... No i nie jesteśmy ludźmi, to co jest między nami, nie może wyglądać jak ludzkie związki.
- Ze mną też tak będzie?
- Niestety. - Spojrzała na niego. Już o tym rozmawiali, ale on wciąż miał w sobie naiwną nadzieję. Przecież był dzieckiem - przypomniała sobie. Dostrzegła żal w jego oczach. Odgadła pytanie, do którego miały ułożyć się jego usta. - Nie pytaj, po co cię urodziłam – wyszeptała. - Chciałam cię mieć, chciałam cię kochać i Ferro też chciał. To wszystko.
- Mówisz o tym, jakby to było zupełnie proste. - Zmarszczył się.
- Ale nie jest. – Westchnęła. To było bolesne westchnienie. - Chciałabym tylko, żeby tak było.

W tym miejscu historia znowu się urywa. Zabrakło mi pomysłów. To nie było już zresztą to. Minęło zbyt wiele czasu. Nie potrafiłam opowiadać tak, jak kiedyś. Zbyt wyraźny wytknęłam sobie cel i cała opowieść zbliżała się ku niemu, gubiąc szczegóły, a i tak stając się rozwlekłą i nudną nawet dla mnie, nie mówiąc o potencjalnym czytelniku. Rudy nie odezwał się ani razu, a drogi, które przemierzała Dżana zbyt się do siebie upodobniły. Popadłam w rutynę w opisach. Zabrakło wschodów i zachodów słońca.
Po co stworzyłam postać Rolanda, trudno mi było odgadnąć. Miał być konkurentem Merego i nawet jego przeciwnikiem, ale nic z tego nie wyszło. Założenie okazało się zbyt banalne, a poza tym, nie potrafiłam znaleźć żadnego powodu do konfliktu między nimi.
Co miało wydarzyć się na pewno? Mery miał uczyć Evę mówić, a ona kiedyś tam miała dorosnąć, jego przyjaciółka bestia, piękna istota, o kobiecych kształtach i prostym, bardzo prymitywna umyśle. Była wspaniałą postacią do nowych, fascynujących historii, ale nowych historii miało już nie być, a żeby dorosła, zabrakło czasu.
Dżana i Mery mieli stoczyć wiele walk z ciemną armią, nie wiedząc najpierw czym jest, a potem powoli rozwiązując jej tajemnicę. Nie umiałam tego jednak opowiedzieć, ani sprecyzować.
Miał być też wątek córki kowala, ale o niej nigdy tak naprawdę nie myślałam.
Co powinnam zrobić z tym wszystkim, gdy nagle utknęłam? Już parę miesięcy wcześniej postanowiłam, że spiszę dzieje Dżany. Miałam już nawet parę pierwszych stron. Istniał też koniec tej opowieści. Zdecydowałam, jaki będzie, wędrując plażami Półwyspu Helskiego, gdy spienione fale obmywały moje stopy.
Nie widząc innego wyjścia, postanowiłam wszystko napisać tak, jak było, jak zdarzyło się w mojej głowie, choćby nawet z następną dziurą. Uznałam, że mam do tego prawo. „Dżana” nie jest przecież i nie miała być zwyczajną opowieścią, a tylko udokumentowaniem historii, które opowiadałam sobie w dzieciństwie. Dzieciństwo właśnie dobiegało końca, więc w tej opowieści mogły pojawić się pewne felery.
Moja historia zaczyna się znowu w momencie decydującego starcia Dżany z ciemną armią, kiedy towarzysze przyszli jej z pomocą.

Raz jeszcze miecz w ręku Dżany uniósł się w bitwie. Nie był to jednak oręż o krwawym oku. Ten dzierżył, dzielnie się broniąc, Mery. Byli sami, a ciemna armia, której jeźdźców nie dało się zliczyć, otaczała ich morzem ludzkich i końskich głów.
Dżana słabła. Czas zrobił swoje, znacząc ją swoim piętnem. Nie oszczędził też już ponad dwudziestoletniej klaczy. Marzenie nie poruszała się tak szybko, jak niegdyś. Przysiadanie na zadzie i zwroty na tylnych nogach, były dla niej trudnymi do wykonania figurami, zabierającymi więcej czasu, niż powinny. Chłodne ostrze przeszyło bok Dżany. Poczuła, jak krew płynie jej po udzie. Nie krzyknęła. Pomyślała, że to koniec. Nie wypuściła jednak z dłoni miecza.
Wtedy przybyła odsiecz. Pstrokata fala uderzyła w ciemną, szerszą, lecz ta się ugięła, gdy przyjaciele Dżany byli nieugięci. Prowadził ich Ferro na Klusku, a wszyscy inni byli z nim. Walczył Max na Blacky’m, Anna na Strzale, ich syn Roland na Rozynandzie, Pepo na Arnikocie, Mat na Kurifie, Efna na Sokole, Gill na młodej tarantce Dżumie, bo Golding już od dawna galopował po bezkresnych łąkach końskich zaświatów, Bill na Białym Orle, a także córka kowala (której nie zdążyłam nadać imienia, lub jeśli to zrobiłam, to o tym zapomniałam) z cienkim sztyletem w dłoni, na swoim ciężkim wierzchowcu.
Stal starła się ze stalą, wiara z niewiarą i jedna pustka z inną pustką. Szyk ciemnego wojska złamał się, zaczęło się cofać, zadało jednak jeszcze jeden, bardzo bolesny cios. Miecz uderzył w szyje i bark Marzenia, głęboko zanurzając się w ciele. Klacz zakwiczała rozpaczliwie, stając dęba i zrzucając swoją panią. Dżana poderwała się od razu na nogi, ale nie ruszyła już do boju.
Ciemna armia wycofywała się, a ona mogła spokojnie zająć się klaczą. Obejrzała bark Marzenia, kiedy jej przyjaciele gnali uciekających jeźdźców. Rana była głęboka, a cięcie, jak się jej wydawało, mogło uszkodzić mięsień. Klacz rżała cicho przerażona i wzrokiem prosiła o pomoc. Dżana jednak nie mogła wiele pomóc. Mogła przemyć ranę i czekać. Gdyby Marzenie była człowiekiem, mogłaby spróbować zszyć jej bark, ale doskonale wiedziała, że zwierze nie zniosłoby takiego bólu.
Wzięła w dłonie pysk starej klaczy, chrapy nie były już tak miękkie jak w noc, gdy ją po raz pierwszy osiodłała. Przytuliła twarz do jej pyska. Jeśli mięśnie były uszkodzone... Wiedziała, że koń nie może, jak człowiek, być kaleką. Koń musi być zdrowy, lub umrzeć. Pomyślała, że to może być koniec ich wspólnej drogi i przeszył ją dreszcz.
Kiedy wrócili jej przyjaciele, mówili podniesionymi głosami, podekscytowani odbytą walką. Ona poruszała się jak we śnie. Było tyle ran do opatrzenia, a wokół pełno trupów. Nie czuła satysfakcji ze zwycięstwa. Zwycięstwo nie było nic warte, jeśli okupić je miało życie Marzenia, jej najukochańszej „córki”. Ciągłe zabijanie też ciążyło na sumieniu. To siły zła, tłumaczyła sobie. W sumie jednak dlaczego świat miał należeć do dobrych, nie do złych? Jedni i drudzy zostali przez kogoś stworzeni, jedni i drudzy byli jakimś rodzajem istnienia. Nie chciała już walczyć. Czasy, kiedy była awanturniczką, minęły.
Ból w ranie odezwał się nagle, przypominając o sobie. Opadła bezsilnie na ziemię. Zmęczyło ją życie, była stara, bardzo stara, czuła to. Nieprzytomnym wzrokiem popatrzyła na Merego, który ignorując kpiny Rolanda i słowa pozostałych, a nawet nie spostrzegając lęku w oczach ojca, tulił do siebie Evę, karmiąc ją sucharami. Pochylał się nad nią i szeptał cicho:
- Powiedz tata.
- Ta-ta - powtórzyła mała istotka.
Był taki niewinny, taki promienny, jeszcze bez skazy bólu, poszukiwacz prawdy, nie łowca zdarzeń, jak ona. Odetchnęła. Był jej godnym następcą. Jeśli coś w życiu się jej udało, to właśnie on. Świat umierał, ale Mery mógł go ocalić. W niego znowu mogły uwierzyć dzieci ze Świata Prawdziwego i mogły w przyszłości stworzyć jego historię, jak niegdyś ja stworzyłam jej historię, mogły zrobić z niego wojownika.
Nagle sobie przypomniała. Dopasowała słowa do prastarej melodii i zaśpiewała, bez żadnej zapowiedzi, bez żadnych wyjaśnień. Zaśpiewała czystym głosem, siedząc na pobojowisku, a jej pieśń sprawiła, że wszyscy zwrócili ku niej oczy.

Zagłada jest bliska,
Zanim się spostrzeżemy, wybije godzina
I krainy ogarnięte krwawą agonią, pochłonie pustka.
Tylko jeden może świat ocalić.
Narodził się z martwego ciała,
Narodził się z niespełnionej miłości.
Przeszedł przez lód i ogień.
Nie jest wojownikiem,
Nie jest człowiekiem lasu, ani gór.
Odmienny od wszystkich,
Najbardziej na ziemi samotny,
Łkający nocą w objęciach potwora,
Bo krwiożercza bestia, jest jego jedyną przyjaciółką.
Nikt go nie posłucha,
Nikt go nie spostrzeże,
A gdy dopnie swego, nikt nie wyniesie w chwale.
Taki jego los,
Taki los Odmieńca.
My, spowici w szarość, niczego nie zmienimy.
Taki jego los.
Sam ułoży swoją pieśń,
Sam ją będzie śpiewał.
Jego ślady zasypie wiatr,
Jego postać skryje mrok,
Jego rany przemyje deszcz.
Taki jego los.
Taki jego los -
Będzie szeptać echo, gdy my odejdziemy.
Taki jego los
I tylko las się przed nim pokłoni.

Umilkła i cały świat zatonął w ciszy. Słyszeli bicie swoich serc. Mery wyprostował się. Wiedział i ona też wiedziała. To była przepowiednia, a on był tym, który miał ją wypełnić, syn Dżany, Odmieniec. Zadrżeli oboje, bo niektóre słowa bolały. Potem Dżana podniosła się, trzymając rękę na boku i choć trudno jej było ustać, przemówiła mocnym głosem, który nawet nie zadrżał:
- Oto przepowiednia. Mówi o Merym. Ja, w każdym razie, nie mam co do tego wątpliwości. To on ocali świat, nie my. To, zresztą, nigdy nie było moje zadanie, tylko Ferro, ale myślę, że i on jest już wolny od odpowiedzialności za Świat zza Morza Ognia i Krwi. Nie jestem młoda, jestem ranna i ranna jest moja klacz. Wrócę nad morze, na jakiś czas, potem pójdę do Miejsca Którego Nikt Nie Nazwał Tam Gdzie Kończy się Droga. Nie wiem, czy stamtąd można wrócić, więc pewnie już się nie spotkamy. Żegnajcie. - Zadrżeli wszyscy, zaskoczeni i przerażeni. - Ty, Mery - chłopiec podniósł się - jedź na Półwysep. Nie wiem, co tam znajdziesz, ale tego żąda od ciebie przepowiednia. Lód to był dom Johna w górach, ogień tam właśnie znajdziesz. Nie przejmuj się ciemną armią, jeśli nawet powróci, nie stanie się to prędko. W tej bitwie ponieśli ogromną klęskę. - Przez moment, być może, widziała przyszłość, jak niegdyś jej przodkowie. Zamilkła, a Mery stał i patrzył wprost w jej oczy. Czegoś tam szukał, ale tego nie znalazł. - Idź – powtórzyła. - Dosiądź Róży i ruszaj, nie będzie pożegnań. Tak jest lepiej. – Powiedziała to, choć przez chwilę chciała przytulić go do piersi. Musiała być jednak twarda, a pożegnania zbyt ją bolały. Pożegnała już Johna, pożegnała swój świat, a miała jeszcze pożegnać Ferro. Z Merym żegnać się nie chciała. To było zbyt trudne.
On stał jeszcze chwilę, potem odwrócił się bez słowa i zrobił, co mu kazała. Patrzyła, jak się oddalał. Patrzyła na powiewający na wietrze jasny ogon Róży. Nie rozumiała, dlaczego rozstania tak bolały, skoro jej dusza wzbraniała się przed pozostaniem. Chciała przecież wędrować samotnie, chciała nie myśleć o miłości, jak samotna wilczyca, która odchowała już szczenięta i tylko okresowo potrzebowała samca. Czuła zew. Musiała ruszyć przed siebie i o wszystkim zapomnieć. Żałowała tylko, że nie zobaczy Merego, kiedy ten stanie się wielkim wojownikiem, tym, który ocali świat. Przez moment napawała się wizją jego chwały. Potem przypomniała sobie, że nie będzie o nim pieśni. Westchnęła.
- A wy? – spytała. - Dokąd wy wszyscy wyruszycie?
Przez moment milczeli. Nie raz snuli plany, w których porzucali Dżanę i zaczynali zajmować się tylko i wyłącznie swoimi sprawami, ale chyba nigdy nie wierzyli, że się na to zdobędą. Teraz ona ich opuszczała.
- Ja, Anna i nasz syn - powiedział Max - będziemy tropić jeszcze ciemną armię. Wybijemy tych, którym udało się ujść stąd z życiem. Już ci mówiłem, tylko nie słuchałaś. Potem... Potem się zobaczy.
- My - powiedziała Efna, trzymając Billa za rękę - pojedziemy do Jedynego Miasta. Spróbujemy czegoś nowego.
- Ja z nimi - dodała Gill. - Dosyć mam pustelniczego życia.
Dżana skinęła głową.
- Ja wyruszę z tobą nad morze - oznajmił Ferro.
- A my pojedziemy z Ferro. Jesteśmy jedyni z naszej rasy w tym świecie, powinniśmy trzymać się razem - dodali Mat i Pepo.
Tak się rozstali i wszyscy razem nie mieli spotkać się już nigdy więcej.

Droga nad morze nie była łatwa dla Dżany i jej rannej klaczy. W pewnym momencie wojowniczce wydawało się, że nigdy nie uda im się tam dotrzeć. Obie opadły z sił i co dzień przebywały krótszy odcinek drogi. Nadszedł jednak taki poranek, że znów usłyszały szum fal i przyspieszyły kroku. Jeszcze raz błękitny bezmiar wód oczarował je obie. Wiatr przyniósł chłodną bryzę i krzyk mew. Serce Dżany zatrzepotało w piersi. Wiedziała już, że tego piękna nie może zachować dla siebie na zawsze. Nad morzem nie można było żyć, nad morze trzeba było wracać.
Znów wprowadzili się do wioski szałasów, w kotlinie wśród wydm. Dżanie radość z powrotu wystarczyła, poczuła się lepiej, ale stan klaczy pogarszał się z dnia na dzień. Zwierzę rżało żałośnie. W końcu Dżana pojęła, o co ją prosiło.
Tuż przed wieczorem wyszły razem na plaże, tylko we dwie, ona i jej wielka klacz. Zdjęła Marzeniu ogłowie. Przytuliła ogromny pysk do piersi. Stały tak chwilę, zapamiętując swoje ciepło na wieczność, by kiedyś, w innych światach mogły się odnaleźć i rozpoznać. Potem, gdy przeminęła cała wieczność, która była tylko chwilą, Dżana wyprostowała się. W oczach miała łzy.
- Idź. - Klepnęła klacz w zad.
Marzenie obejrzała się, obrzuciła ją smutnym, jak się jej zdawało, wilgotnym spojrzeniem.
- Idź! - powtórzyła Dżana głośniej.
Klacz odwróciła się i puściła przed siebie ciężkim, kulawym galopem. Pognała wzdłuż plaży. Szlachetne konie umierają bowiem w biegu. Dżana widziała jej szeroki zad i rudy ogon. Widziała piasek lecący w górę spod ogromnych kopyt i wiedziała, że wszystko to widzi po raz ostatni. Droga Marzenia dobiegła końca. Konie, nawet najszlachetniejsze, żyją niestety krócej, niż ludzie, a już na pewno dużo krócej, niż leśny lud, skazany na oglądanie umierania i życie, na to, co najtrudniej przeboleć, mijanie, gdy samemu się nie mija.
Klacz nie upadła. Zatrzymała się, obejrzała na Dżanę i wróciła kulawym kłusem, podrzucając głową.
Zarżała, jakby chciała powiedzieć - choć ze mną. Zawsze byłyśmy razem.
Dżana stała chwilę nieruchomo, wahała się. Nieśmiertelni marzą o śmierci, ale jak wszyscy boją się jej. Ona też się bała, ale wybrała śmierć. Pomyślała, że nie ma różnicy pomiędzy prawdziwą śmiercią, a drogą w nieznane, do Miejsca Którego Nikt Nie Nazwał, a raczej, że jest jedna znacząca różnica. Tam nie mogła zabrać z sobą Marzenia.
Odpięła miecz i położyła go na piasku, a obok niego lisią skórę. Nie powiedziała ani słowa. Rudy też niczego nie powiedział. Dosiadła klaczy bez siodła i ogłowia, a zwierze puściło się galopem, w ostatnim zrywie szybsze, niż wiatr.
Gnały obie, szalone i wolne od wszystkich problemów światów. Gnały, a za nimi wzbijał się w górę tuman piachu. Potem klacz zbliżyła się do brzegu morza. Jej nogi zaczęły rozchlapywać wodę. Wzbite w górę krople chłodziły ciało Dżany, wprowadzając ją w jeszcze większą euforię. Bezmiar wód szumiał cicho, tu i tam, gdzie zlewał się z niebem w jedność. Drugiego brzegu nie było. Był szaleńczy pęd, był bezmiar, z którym miały się zaraz połączyć, na cudowną, już nie bolesną wieczność.
Nagle chora noga zawiodła. Widocznie nadszedł czas. Klacz kwiknęła i zwaliła się w wodę, grzebiąc swoją panią. Roztrącona zielonkawa tafla zamknęła się nad nimi.

Ferro zaniepokoiła przeciągająca się nieobecność Dżany i po długiej, samotnej nocy pełnej niepewności, poszedł jej szukać. Właśnie wstawał świt, gdy znalazł ją przy ciele martwej klaczy. Nikt nie odgadnie, skąd nagle wzięła się w nim taka siła i jak zmusił prawe ramie, by go posłuchało. Wziął Dżanę na ręce, choć ciało wysokiej kobiety gięło się na wszystkie strony, gdy długie nogi prawie ciągnęły się po ziemi. Szedł z nią, gdy młode słońce wstawało, by ogrzać cały świat pojedynczymi jeszcze promieniami. Mat i Pepo nigdy nie zapomnieli tego widoku, gdy stanął przed nimi smutny i zmęczony z Dżaną na rękach, w zalewającym go jasnym, złotym świetle. To była miłość, prawdziwa miłość, której Dżana poszukiwaczka, nie znalazła blisko, bo zawsze patrzyła daleko. Zawsze popełniała te same błędy i wybierała niewłaściwe drogi. Nie potrafiła ocenić, co ile w życiu jest warte. Tym razem także nie osiągnęła tego, czego jak się jej wydawało, chciała. Nie zabrała jej śmierć. Nie przeszła na drugą stronę. Przeżyła, choć trzej Mali Ludzie przesiedzieli przy niej wiele nocy, myśląc, że to jej koniec.

Dżana i Ferro jechali obok siebie drogą w stronę Świata zza Morza i Krwi. Ona dosiadała pożyczonego Arnikota. Rana na boku wygoiła się już, ale słabość, po przebytej chorobie, jeszcze nie opuściła jej ciała. Nie dbała o to. Nie mogła dłużej siedzieć w miejscu i gnuśnieć.
- Więc naprawdę wyruszysz do Miejsca Którego Nikt Nie Nazwał? - spytał Ferro z żalem w głosie.
- Tak - odpowiedziała cicho. - Już postanowiłam. Zrozumiałam, że kiedy wędruję, jestem najszczęśliwsza, że konie kocham bardziej, niż ludzi. Całe życie chciałabym spędzić z Marzeniem i z Rudym, ale jest już na to za późno.
Chwilę milczał, chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi i nie umiał teraz znaleźć słów.
- A co ze mną? - w końcu spytał cicho.
- Już nie wiem. - Potrząsnęła głową. - Mówiłam, że to była miłość, ale nie wiem. Miłość powinna dawać szczęście.
Chciał powiedzieć - przecież to twoja wina. Nie umiałaś znaleźć szczęścia, a ono było na wyciągnięcie ręki. - Nie powiedział tego. Zapytał tylko raz jeszcze:
- Wrócisz? – W jego głosie nie słychać było nadziei.
- Może tak, może nie – odpowiedziała zamyślona, patrząc w niebo. - Raczej nie. Nie wiem, czy stamtąd można wrócić. Poza tym, jeśli odnajdę szczęście, być może przejdę na drugą stronę do swoich. Nie czekaj, Ferro.
- Będę czekał - rzekł on twardo. - Chciałbym jechać z tobą. Chcę być z tobą, choć ty nie chcesz być ze mną. Szanuję jednak twój wybór. Pozwól mi chociaż czekać. Będę nad morzem.
- To nie jest tak. – Znowu potrząsnęła głową.
- Wszystko jedno jak jest.
- Jesteś zły?
- Nie. Tylko to boli – rzekł. - Przecież ja wiem, że ciebie nic nie zadowoli. Czemu więc nie zostaniesz ze mną?
- Bo taka jestem - odpowiedziała. Ogień, który rozpalił się w oczach małego wojownika, przypomniał jej to, co było. Nie chciała go zostawić, chciała być przy nim, chciała poczuć ciepło jego ciała i drżenie jego ręki na swoim ciele, ale wiedziała, że to nie dla niej. Musiała iść. „Ciebie nic nie zadowoli” - może taka była prawda?
- Wybacz, Ferro – wyszeptała. - I czekaj, jak długo zechcesz. Jeśli wrócę, przyjdę.
- Będę czekał do śmierci - oznajmił zimno. - Nie jestem taki, jak ty. Ja nie porzucam.

W Jedynym Mieście chodzili po końskim targu. Z nieba lał się żar, jak zwykle w tych okolicach. Dżana zbadała już wiele nóg i zajrzała w wiele zębów, ale żadne zwierze jej nie zadawalało. W końcu zatrzymała się na dłużej. Jej dłonie wędrowały po ciele tarantowatego ogiera. Nie był podobny do Marzenia, drobniutki, o mniejszych i gęściej rozłożonych cętkach, z ciemną głową, szyją i piersią, z czarnymi smugami na nogach i z biało-czarną grzywą.
- Dobry wybór - powiedział handlarz. - Ma trzy lata.
Zajrzała koniowi w zęby, akurat to była prawda.
- Czy był siodłany?
- Tylko kiełznany.
- Więc dziś ja go osiodłam po raz pierwszy.
Zarzuciła ogierkowi na kark siodło po Marzeniu. Koń zaprotestował, zarżał i odskoczył w bok, ale uspokoiła go delikatnym dotknięciem rąk. Zaciągnęła popręg.
- Zna się pani na koniach.
Uśmiechnęła się tylko i uregulowała należność.
- Czy ma jakieś imię? - spytała jeszcze.
- Nie.
- Więc od dziś masz na imię Cel - zwróciła się do konia i dosiadła go.
Stanął dęba nieprzyzwyczajony do ciężaru jeźdźca, ale przemówiła do niego cicho i uspokoił się. Przestępował tylko z nogi na nogę, rwąc się do biegu. Kiedyś i on miał wyrosnąć na wspaniałe zwierze, Dżana wiedziała o tym.
Ferro stał na uboczu. Dżana jeszcze raz spojrzała w głębokie oczy małego wojownika. Nie powiedziała niczego, nie umiała. Takie było ich pożegnanie, choć i teraz, jak wtedy, gdy wysłała Merego w drogę, marzyła o długim uścisku, a może i o pocałunku. Nie zdobyła się na nie. Spięła konia i ruszyli galopem, uciekając z dala od wszystkiego co znane.

W środku nocy Dżana i Cel wspięli się na wzgórze wśród morza traw Pustkowia. Kobieta raz jeszcze spojrzała na znajome gwiazdy, zadzierając głowę. Zsunęła się z siodła i stanęła obok zwierzęcia, prawie o połowę niższego od Marzenia. Wspomnienia ożyły nagle. Kiedyś, wiele lat wcześniej, stała tak na innym wzgórzu, patrząc na Morze Ognia i Krwi. Wtedy postanowiła, że zostawi wszystko, co ma i wyruszy na Pustkowie, teraz zrobiła to ponownie. Jej serce zadrżało, kiedy włosy rozwiał wiatr. Młodzieńczym, zapomnianym gestem naznaczonej blizną dłoni włożyła je za ucho. Cóż, nie wiedziała, czy czegoś nauczyły ją te lata. Może miała przejść na drugą stronę, kiedy czegoś się nauczy, kiedy wszystko pojmie? A może przeznaczony był jej los tej, która nie wie. Westchnęła tylko.
Przez chwilę myślała, że Mery i Eva pewnie także patrzą teraz na gwiazdy. Pomyślała o słowach, których mała się nauczy i o czynach, których dokona jej syn. Zanuciła cicho przepowiednie. Potem dosiadła konia.
- A więc znowu ruszamy - wyszeptała do Rudego.
- Tak, Dżano - odpowiedziała lisia skóra, poruszając metalową szczęką i znikli w mroku nocy.

Minął prawie rok od czasu, gdy zaczęłam spisywać opowieść o Dżanie. Właśnie napisałam ostatnie słowo. Jestem teraz w górach, w Murzasichlu, na obozie, z cudownymi ludźmi. Wciąż obejmuje umysłem całą tę historię. Dlatego, że ją spisałam, nie umarła. Była we mnie, a teraz jest ze mną i już na zawsze ze mną będzie.
Pisząc, zrozumiałam parę rzeczy. Dżana była moją tęsknotą. Sprawdzając ją, czy nadaje się do roli wojowniczki, pustelniczki, matki, czy żony, sprawdzałam, czy ja do tych ról się nadaje. Dżana nie znalazła szczęścia, bo ja nie znalazłam w niczym sensu. Ale może nie znalazłam go dlatego, że jest dla mnie jeszcze za wcześnie, by którąś z tych ról przyjąć. Pojęłam, że muszę dążyć ku jutrze, odkrywać nowe. Kiedyś, gdzieś, znajdę rolę dla siebie. W każdym razie, mam taką nadzieję. Dlatego wysłałam Dżanę do Miejsca Którego Nikt Nie Nazwał Tam Gdzie Kończy się Droga. Ona nie wie, co znajdzie i ja tego nie wiem. Osoba taka jak ja, wolna i do niczego nie zobowiązana, może pozwolić sobie na poszukiwanie. Dżana zostawiła jednak za sobą ból porzucenia. Tworząc zakończenie tej opowieści, zachowałam się jak na egoistkę przystało. Myślałam tylko o sobie. Nie pomyślałam o Dżanie, ani o Ferro. Ja sama powinnam wyruszyć w jutro. Nie powinnam jednak popychać Dżany ku Miejscu Którego Nikt Nie Nazwał, by mogła wyruszyć w nie ze mną. Cóż, cała historia Dżany jest niedopracowana, pełna pomyłek i niedociągnięć z mojej i jej strony. Jest taka, bo jest historią prawdziwą, złożoną z uczuć i emocji i jak one nieraz bywa nielogiczna. Jeśli zaś chodzi o wysłanie Dżany w jutro, to chciałam stworzyć dla tej historii dobre, znaczące, symboliczne zakończenie, zakończenie doskonałe i oczywiście, jak zawsze, mi to nie wyszło, choćby dlatego, że takich zakończeń po prostu nie ma.
Tak zamyka się sprawa Dżany. Co z jej światem? Nie wrócę do niego, choć Duch wciąż czeka na Międzybagnie i czekać tam będzie wiecznie. Boję się powrotu. To jedyna przeszkoda, jedyne, co zamyka mi drzwi. Teraz już to wiem. Boję się, że tak wyeksploatowałam swój świat, że kiedy do niego wkroczę, zastanę go pustym i jałowym. Zapraszam do niego jednak wszystkich, którzy umieją go ożywić. Los Merego i wypełnienie przepowiedni zostawiam Tobie, Czytelniku. Jeśli dotarłeś do tej strony, to pewnie jesteś też w stanie wymyślić ciąg dalszy. Tu kończy się opowieść mojego dzieciństwa, choć bardzo żałuje, wkraczam w dorosłość i nie umiem już z tej drogi zawrócić. To jednak normalne. Pewnie wszyscy czuli to, co ja, a wielu miało swoją Dżanę. Jeśli do nich należysz, pozdrawiam Cię z całego serca.

Katarzyna Kwiecińska
Początek wymyślania - 1985 - gdzieś
Początek pisania - 19.09.1994 - Warszawa
Koniec pisania - 29.06.1995 - Murzasichle

C.D.N.

Powrót do poprzedniej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...