Kejti's Factory - Opowiadanie

"Świerszcz"




Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Lato roku 1993 powoli dobiegało końca. Było już po upałach, po wielkich planach i wspaniałych eskapadach. Ostatni tydzień sierpnia spędzałam na działce ze swoją przyjaciółką z podstawówki. Znalazłyśmy się tam przez przypadek. Wcale nie planowałam naszego spotkania, Ada też nie. Był tylko jeden telefon, szybko rzucony pomysł z wyjazdem pod namiot. Potem załamała się pogoda, ja chorowałam na żołądek i tak znalazłyśmy się na działce. Obie bardzo przerażone przyszłością, usiłowałyśmy złapać ostatnie skrawki lata i nacieszyć się nim. Obie pragnęłyśmy zatrzymać czas. Żyłyśmy w minionym świecie.
Skończyłyśmy ósmą klasę, nie potrafiłyśmy patrzeć w przyszłość. Mnie czekała nauka francuskiego, Ada nie dostała się do takiej szkoły, jak chciała. Przypadek sprawił, że miała zostać chemikiem.
To była środa, jakiś smutny dzień. Ada znowu się zakochała. Ona zawsze się zakochiwała, gdy ja nie wierzyłam w uczucie od pierwszego wejrzenia i wciąż zastanawiałam się, czy znajdę tego jedynego. Rodził się smutek, nostalgia, żal, razem płakałyśmy nocą, nie bardzo rozumiejąc nasz ból dojrzewania.
W czasie wieczornego spaceru po polach Ada zaczęła układać idiotyczne rymy pozbawione jakiegokolwiek sensu. Najpierw mnie oburzały, potem też ogarnęła mnie ta pasja. W końcu i ja taż rymowałam bez ładu i składu, dławiąc się śmiechem. To były rymy o nas, o naszych uczuciach i pasjach, które wyłaniały się spośród niegramatycznych zdań i nie pasujących do siebie słów.
- Zobaczcie! - zawołała moja mama.
Odwróciłyśmy się, by zobaczyć zająca rozciągniętego na polu, tak jakby runął w biegu. Na jego ciele nie widać jednak było krwi, żadnego zadraśnięcia. Jego oczy szeroko rozwarte, szkliste, ciemne, nieruchome, patrzyły w przestrzeń.
Zrobiło mi się głupio. Śmiałam się, gdy to zwierze leżało tutaj. Nie wiedziałam, jak się zachować i co powiedzieć, więc odwróciłam się i odeszłam. Ada wymyśliła jeszcze parę rymów, ale ja nie umiałam się już śmieć, a i jej w końcu udzielił się mój nastrój.
Milczałyśmy, idąc pylistą drogą. Nad lasem, za naszymi plecami zapadł już zmrok. Przed nami były pola zalane czerwonym światłem, a na horyzoncie malowały się czarne kształty drzew i wsi. Niebo zasnuła nieprzenikniona, fioletowa chmura. Z pod niej wyłaniało się czerwone słońce, przy nim, tuż nad koronami drzew niebo było pomarańczowe.
- Ostatnio wymyśliłam nową historię - zaczęłam cicho.
- Moja się nie posunęła - usłyszałam w odpowiedzi. - Ten chłopak dalej siedzi u niej w szpitalu.
- U mnie dziewczyna siedzi na polu... - i tak, używając prostych słów i omijając opisy, opowiedziałam historię, która w rzeczywistości wyglądała tak:

Siedziała na polu, wpatrując się w dal. Za sobą miała prowizoryczne boisko do siatkówki ogrodzone kawałkami ściętych drzew, z siatką z technokabla. Za boiskiem zaczynały się działki. Teren, który należał do niej, który należał do nich.
Tu spędzała zawsze wakacje, co roku z tymi samymi ludźmi, których nie spotykała nigdzie indziej, którzy z nią dorośli.
Po jej prawej ręce pole opadało nieco w dół. Wyjeżdżona przez samochody droga biegła przez środek nieużytku w stronę mleczarni. Przed sobą miała szosę, czasem przemknął jakiś samochód. Nie przejmowała się, że widziana z szosy mogła dziwnie wyglądać. Zawsze siadali na polu, czasem nawet do późna grając tam w karty, a potem z latarkami przenosili się nieco dalej, by pod płotem prowadzić dziwne rozmowy.
Po drugiej stronie szosy, w innym świecie, były pola, parę działek spokojnych staruszków, którzy bardzo rzadko przyjeżdżali i niezbyt dobrze znany im las. Im?
Wszystko minęło. Ich pole, to z boiskiem, które przetrwało wiele zim, które od wieków było niczyje, teraz zostało kupione. Komuś nie przeszkadzała ani bliskość szosy, ani nieurodzajna ziemia. Było po wszystkim, słupki już postawiono. To zresztą i tak nie miało znaczenia. Ich już nie było.
Zdała maturę. Dzieciństwo dobiegło końca, a i oni nie mieli tu już więcej przyjechać, po co wyliczać dlaczego.
To wszystko co się tu stało... Ich pole, to jak było tu, gdy zapadał mrok i nie było już widać kart kładzionych w wysokiej, rzadkiej trawie, to jakie bywało tu niebo, złote linie na nim malowane przez popołudniowe słońce, a nawet jeden sylwestrowy świt, na śniegu, gdy przeszywał chłód, dwa serca były jak jedno, a słońce wzeszło gdzie indziej. To wszystko minęło. Czy mogło zostało coś jeszcze?
Łzy kręciły się w jej oczach, ale nie popłynęły, pierś przeszył ból, tak, że nie mogła złapać oddechu.
- Kaśka - zabrzmiał spokojny głos tuż za nią.
Obejrzała się. Stał przy niej wysoki, dobrze zbudowany chłopak o jasnych włosach i wciąż jeszcze bardzo dziecinnej twarzy. Wciąż zapominała, że był od niej młodszy.
Usiadł koło niej. Miał wielkie, jasnobłękitne oczy.
- Chcesz porozmawiać? - spytał.
- Nie - odparła, chociaż coś ją do niego ciągnęło. - To takie moje pożegnanie.
- Przecież jeszcze tu przyjedziesz? - Był taki naiwny.
- Tak – odparła, nie patrząc na niego. Nie chciała się rozpłakać. - Ale ty nie, a tu nigdy nie będzie już tak, jak było.
- Napiszesz do Klaudii? - Z nią przyjaźniła się pierwszą, a teraz Klaudia wyjechała do Austrii, już na stałe.
- Nie - potrząsnęła głową. – Nie wiem, co mogłabym jej napisać.
- Ja też nigdy nie wiem, co pisać.
Spojrzała na niego, w jego oczy, tak bardzo się starał.
- Maciek, to nie o to chodzi - roześmiała się. - Po prostu nas nic nie łączyło, tylko to miejsce. To się skończyło... - Zamilkła, czuła że dla niego to za trudne, by zrozumiał, ale... Jej serce zaczęło bić szybciej, coraz szybciej, jej pierś wypełniło, które rozlewało się po kościach.
- Pójdę - podniosła się, chociaż wiedziała, że nie powinna. - Muszę pożegnać się ze wszystkim takim, jakie dzisiaj jest. Masz mój adres?
- Tak.
- Napiszesz? - Co ona robiła? To nie miało sensu.
- Nie wiem co.
- Napisz – poprosiła, patrząc mu w oczy. Wyczytała z nich, że nie radził sobie z tym, co się działo. Pomyślała, że idzie na łatwiznę, zostawiając wszystko takiemu dzieciakowi, jak on.
Pomyliła się, myliła się od lat. Tak się bała, że nie znajdzie kogoś, że nie patrzyła na boki, myśląc, że on musi przyjść z naprzeciwka, a przecież on tu był, był tu wciąż przez te wszystkie lata, on, Maciek, chłopak, którego zawsze szukała, a odkryła to dopiero teraz, gdy na wszystko było już za późno. Nie mogła objąć go i pocałować, do tego potrzebny był czas, czas, którego już nie było, który zmarnowała.
Odwróciła się, unosząc w pamięci jego spojrzenie. Ruszyła drogą w stronę szosy, by przejść na drugą stronę.
Niebo stało się już stalowoszare. Szła przez pole wzdłuż szosy, brodząc w wysokiej trawie sięgającej kolan. W oczach tańczyły jej łzy, ale nie miały popłynąć. Dopiero w nocy, gdy zwinie się w łóżku, obejmując jasiek i potem, gdy obudzi się bez odrobiny siły i werwy, wkraczając w pierwszy dzień swojego nowego życia, miała zapłakać.
Była sama, zupełnie sama i samotna, ale tylko tak mogła odbyć ten ostatni spacer. Nikomu też nie miała o nim opowiedzieć.
Przeszywał ją chłód, lato dobiegło końca. Gdzieś w głębi umysłu zrodził się pomysł. Dorosła, więc może powinna spalić wszystkie plakaty, symbol dawnego życia, a wraz z nimi oczy jej idola, takie same jak Maćka, chociaż innego koloru. Takie jak Maćka, bo ona zawsze szukała odbicia tamtego sławnego mężczyzny.
Może je zdejmie, ale nigdy nie spali, na to nie ma odwagi. Ona nigdy, na nic, nie miała odwagi.
Gdzieś w trawie grał świerszcz. Grał swoją smutną, rzewną melodię. Dlaczego tak rzadko tu przychodziła? Dlaczego tak rzadko słuchała świerszczy?
Szła, brodząc w trawie, a głos świerszcza wypełniał ją całą i nie było już żalu, nie było pustki, nie było świata, który przeminął, była tylko ta muzyka.
Krok na przód. Melodia zamilkła w pół tonu, a ona wiedziała dlaczego. Doskonale wiedziała.

Skończyłam i przez chwilę szłyśmy w milczeniu. Słońce już zaszło.
- Wiesz kim on był? - spytałam.
- Wiem - odparła Ada, uśmiechając się życzliwie. - I obyś naprawę się nie pomyliła.
- Obym się nie pomyliła - wyszeptałam na środku pola, gdy nad światem zapadła noc.

23.10.1993 – Warszawa

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...