Kejti's Factory - Opowiadanie

"Wieczór w domu"



...Jolce

Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Wlokła się szarymi ulicami, omijając ogromne kałuże stojące przy krawężnikach, aż wreszcie ujrzała most. Niewiele się zmieniło, w zasadzie nic. Prace nad ślimakiem biegnącym przez jej ogródek stały w miejscu. Wciąż nie było zjazdu. To dobrze, na razie zazna jeszcze spokoju, odpocznie, a potem będzie musiała się przyzwyczaić.
Zatrzymała się, stawiając na ziemi ciężką walizkę. Ręka ją bolała. Zawsze zabierała ze sobą zbyt wiele rzeczy, a potem musiała się z nimi męczyć. Teraz to już jednak nie miało znaczenia, była prawie na miejscu. Wzięła głęboki oddech i z nową energią ruszyła przed siebie.
Zakręt, znajoma tabliczka z nazwą ulicy Łotewskiej. Na literze “Ł” ktoś domalował uśmiech. Spojrzała w górę. Powitała ją strzałka z napisem: „Piwo, napoje 100 m”. Kiedy wyjeżdżała, niczego tu takiego nie było. Nieważne, teraz liczyło się tylko to, że zaraz będzie w domu. Najpierw weźmie prysznic, potem napije się kawy i położy na narożniku przed telewizorem.
Nagle przypomniała sobie, że Jan u niej mieszka. Cholera, nic z tego! Być może uda jej się poleżeć przed telewizorem, może nawet weźmie prysznic, ale co do kawy miała poważne wątpliwości – na pewno wszystko wypił. I do tego nie pozmywał! Żeby tylko dało się wejść do kuchni.
Jan był dla niej prawdziwym utrapieniem. Zawsze, kiedy pokłócił się z żoną, przychodził do niej i robił bałagan. Przyjmowała go, bo byli przyjaciółmi. Gościła go ze względu na przeszłość. Najgorsze było to, że naprawdę go lubiła. Jednak na miejscu jego żony wyrzuciłaby go już dawno. Ta zrobiła to jednak dopiero teraz, w związku z czym od miesiąca Marta miała go na głowie.
Jan był rozrywkowym facetem i po każdej imprezie kogoś innego znajdowało się w jego łóżku. Żeby tylko w łóżku! Potem zawsze wracał, przepraszał, prosił, obiecywał, lecz nic się nie zmieniało. Która wytrzymałaby to tak na okrągło? Poza tym, oprócz podrywania nie miał innych talentów i wbijając gwoździe, okładał się młotkiem po palcach, a gotując, palił całą kuchnię.
Jej dom, stara zardzewiała brama obrośnięta bzem. Na lewo, do niedawna była wypożyczalnia kaset wideo, teraz sklep spożywczy. Normalka, kiedyś świadczono tam usługi krawieckie. Od kiedy zaczęły się reformy, wszystko tak szybko się zmieniało. Podwórko i zapuszczony ogródek. Koty łaziły po tym, co kiedyś było altaną, a także po dachach brudnych, obcych samochodów. Szare niebo od rana było pełne chmur, ale na dokładkę zaczynało padać.
Zatrzymała się przed trzema schodkami na klatkę. Złapała oddech i energicznie weszła, pchnąwszy dłonią spłowiałe, brązowe drzwi, z których złaziła farba. Bezdomny, biały pies, o łysych, parchatych bokach, jeszcze przed chwilą drzemał na słomiance przed drzwiami drugiego mieszkania. Teraz uniósł głowę, ale nie zaszczekał. Był już za stary na takie wygłupy. W spojrzeniu jego przekrwionych oczu nawet nie było smutku. Kobieta z walizką znaczyła tak samo mało jak deszcz, jak jego życie, czy śmierć. Opuścił głowę, ułożył ją między koślawymi, krótkimi łapami i przymknął powieki. Marta minęła go szybko. Jego widok budził w niej niepokój, tym bardziej, że pies ten był tam już w 88, kiedy się wprowadziła. Tak, mieszkała w tej okolicy od pięć lat. A biały pies stanowił część kamiennicy, jego smutną tajemnicę. Na początku próbowała o niego pytać, ale wszyscy wiedzieli tyle, co ona. Od zawsze leżał na klatce schodowej. Ten schorowany psi filozof zdawał się być nieśmiertelny, jego śmierć musiałaby być końcem starego domu.
Postawiła walizkę i zaczęła szukać kluczy. Nie zadzwoniła. Jan być może teraz siedzi w wannie, a może jest zajęty czymś innym. Wiedziała z doświadczenia, że w takiej sytuacji lepiej mu nie przeszkadzać. Pchnęła drzwi i weszła do przedpokoju. Nagle otoczył ją gwar. Z salonu wypadła młoda wilczyca. Szczekając donośnie skoczyła jej na piersi i przyparła ją do drzwi. Suka nie robiła tego ze złości, lecz z wręcz przeciwnych powodów, ale nie było to miłe. Marta, zupełnie zdezorientowana, nie mogła przypomnieć sobie, żeby miała jakichś znajomych z psem. Z kuchni wyłonił się niski, barczysty mężczyzna z ogromnymi wąsami.
– Stefa, spokój! – krzyknął, ale suka nie uspokoiła się. Puściła Martę tylko na chwilę, by skoczyć na piersi mężczyźnie, a potem znowu wróciła na nią.
Mężczyzna chwycił sukę za cienką przeciwpchelną obrożę, ściągnął na ziemię i ścisnął między kolanami. Stefa wciąż szczekała, a on walił ją dłonią w bark, krzycząc:
– Cicho! – Niczego to jednak nie zmieniło. – Jak pani tu weszła?! – krzyknął przekrzykując psa.
– Mam klucze – odparła, nie wiedząc dlaczego nie powiedziała po prostu, że tu mieszka. O to, co prawda, nikt nie pytał.
– Co?! – wrzasnął mężczyzna przez ujadanie suki.
– Mam klucze!
– Co?! Cicho, Stefa! – Wreszcie rozeźlony przysunął psu w tyłek i wepchnął go do jej sypialni. – Co pani mówiła? – spytał już nieco ciszej.
– Mam klucze – powtórzyła i znowu wyszła na klatkę schodową.
– A pani dokąd? – zdziwił się.
– Po walizkę – odparła.
Mężczyzna nie pytał już o nic więcej i zniknął w kuchni, a ona powlokła się z walizką do garderoby. Zatrzymała się w drzwiach sypialni. Na jej łóżku naparzała się poduszkami trójka małych dzieci. Na biurku leżała sterta papierów i sprzętu piśmienniczego. Wszystko powoli osuwało się na podłogę, która i tak była już zawalona różnymi klamotami. Na parapecie, pomiędzy uschniętą paprotką a zgniłym kaktusem, stała klatka z zieloną papużką. Na podłodze w kącie dwóch chłopców, których wiek trudno było określić, bawiło się komputerem podobnym do walizki. Na środku pokoju Stefa – ta wrzaskliwa, młoda suka, która powitała ją w drzwiach – obgryzała jej stary koc. Wiadomo, że był stary, ale był jej! Suka co jakiś czas zaczepiała młodego człowieka, siedzącego na podłodze ze słuchawkami na uszach i wpatrującego się w telewizor, który jak zwykle źle odbierał. Nic dziwnego, kabel anteny biegł pod dywanem, a po nim skakały dzieci i pies. Młody człowiek ze złością odpychał sukę, ale ta co i rusz skakała mu na plecy ubawiona jego reakcją. Wszyscy byli Marcie zupełnie obcy.
Niezłą Jan urządził balangę. Czy Annie też robił takie numery? Nic dziwnego, że wyrzuciła go z domu – pomyślała.
Spojrzała w stronę garderoby, która drżała w posadach. Ze środka dochodziły jakieś dziwne jęki. Otworzyła drzwi i ujrzała na podłodze parę młodych, nagich ludzi, tarzających się wśród jej ubrań. Zanim zatrzasnęła drzwi, zdążyła zauważyć tłustego, białego szczura spacerującego po jednej z półek. Powlokła się z walizką do łazienki.
– Obiecywałeś spokój! – wrzasnęła dziewczyna, wyskakując z garderoby w jej szlafroku. Minęła Martę, spychając ją z drogi, i wypadła na klatkę schodową. Z jej oczu trysnęły łzy.
– Zaczekaj! – Zupełnie nagi chłopak pędził za nią, halka dziewczyny plątała mu się przy kostce. Drzwi trzasnęły, a na schodach rozległ się krzyk zgorszonej sąsiadki.
Marta usiłowała zachować spokój. To fakt, że znalazła w swoim domu pełno ludzi, ale przecież to nie byli jej goście. Postanowiła się nimi nie przejmować i stwierdziła, że kąpiel dobrze jej zrobi. Otworzyła drzwi do łazienki. Po podłodze walały się rury, w środku pracowało dwóch hydraulików.
– Jeszcze jakąś godzinę musi pani poczekać – oznajmił jeden z nich, wychylając się spod wanny.
Nici z prysznica, to może chociaż kawa – pomyślała Marta. Poszła z walizką do kuchni. Dlaczego ciągle z nią chodziła? Sama nie mogła znaleźć odpowiedzi. Właściwie czuła się obco, a w obcym domu, gdzie tylko ściany są znajome, należy pilnować bagażu.
W wąskim przejściu stało dwóch mężczyzn – ten z wąsami i jeszcze jakiś wysoki, gruby, z lekka łysiejący. Przepchnęła się między nimi. Wysoka, szczupła, czarnowłosa dziewczyna zmywała naczynia.
Ale sobie bóstwo przygruchał - pomyślała Marta. Może była zazdrosna, choć w zasadzie nie miała o kogo. Postawiła w kącie walizkę i otworzyła szafkę.
– A pani tu czego? – warknęła czarnowłosa, zatrzaskując jej szafkę przed nosem.
O nie, czarnowłosa nie była miła, i jeśli rzeczywiście to Jan ją sobie przygruchał, to będą musieli się wyprowadzić. Najlepiej dzisiaj!
– Ja tu mieszkam – odpowiedziała tak samo nieprzyjemnym tonem.
– A, to co innego – rzekła tamta udobruchana. – Bo wie pani, ja tak naprawdę to nie wiem, czyj to dom. Przyprowadziła mnie tu koleżanka, ale...
– Nie przejmuj się! – rzuciła Marta, udając, że wszystko w porządku.
Wyjęła puszkę kawy i nie proponując jej nikomu, włączyła ekspres. Usiadła na wysokim stołku i zaczęła spoglądać przez okno między kuchnią, a pokojem. Co jakiś czas rzucała jednak spojrzenie na walizkę, by upewnić się, czy nikt jej nie gwizdnął.
W pokoju roiło się od ludzi. Na narożniku leżała kobieta o sinej twarzy, przyciskając dłonie do brzucha, jakiś mężczyzna podawał jej coś ciepłego do picia. Tuż przy oknie do kuchni, przy okrągłym stoliku, który jej poprzedni narzeczony wyniósł z sejmu, kiedy tam jeszcze pracował, siedziały dwie kobiety. Popijały czerwone wino z wysokich, kanciastych kieliszków. Dostała je na pierwszą rocznicę ślubu. Jak to było dawno, trzy miesiące później zaczęła się jej sprawa rozwodowa. Obie kobiety miały sterty papierów na kolanach. Brunetka o puszystych włosach, przerzucała księgę podatkową. Jej cichy głos docierał do świadomości Marty.
– Wszystko odkreśl grubą, czerwoną kreską – mówiła do drugiej kobiety, której oczy powoli wyłaziły z orbit. Nie wyszły, bo powstrzymywały je okulary. – Podlicz wszystkie kolumny. – niestety nie dało się tego nie słyszeć. – Na oddzielnej stronie napisz przychód. Nie. Tak! Przychód w miesiącu takim jest taki a taki, według stawki podatku obrotowego. Podatek obrotowy tyle i tyle, ja mam zero. Na drugiej stronie obliczenie dochodu za miesiąc taki i taki. Dochód. Tfu! Przychód. Wpisz wyliczoną liczbę minus koszty i to, co wychodzi, to jest albo zysk, albo strata. Zysk to dochód. Jak masz dochód, to płacisz podatek...
Ekspres zaczął bulgotać, więc go wyłączyła i nalała sobie kawy. Chociaż to się udało! Dzwonek do drzwi. Rzuciła się, by otworzyć. Może to Jan?
Nie przebiła się jednak między dwoma mężczyznami. Otworzył ktoś inny. Suka znowu szczekała.
– Złapcie ją!
– To pogotowie!
– Proszę tutaj, do drugiego pokoju.
– Panowie tam.
Marta wróciła na swoje miejsce koło ekspresu. Do pokoju weszło kilku ludzi w białych fartuchach. Zadzwonił telefon. Czemu wszystko naraz? Rzuciła się, by odebrać, ale telefon był w przedpokoju i ktoś ją ubiegł.
– Tak?
– Rura?
– Gdzie to jest?
– Nie, nie. W żadnym razie.
– Już jadę.
Ktoś wyszedł.
– Niech się pani tak nie miota – zwrócił jej uwagę grubas, wciąż blokujący przejście.
– Pani histeryzuje – stwierdził lekarz, żegnając kobietę wijącą się z bólu na narożniku.
Następny dzwonek. Teraz już się nie ruszyła. W drzwiach pojawiła się trójka ludzi z rottweilerem. Wilczyca chciała ich przywitać, ale nowa suka spieniła się i rzuciła jej do gardła. Przedpokój wypełnił głuchy warkot.
– Weźcie tego psa! – ktoś krzyczał histerycznie.
– Zabierzcie go!
– Rafał, wyjdź z nią!
Trzasnęły drzwi. Ktoś wyszedł.
Martę zaczynała boleć głowa. Wpadła w otępienie. Docierały do niej jakieś pojedyncze słowa, ale niewiele z nich rozumiała. W ogóle niewiele rozumiała. Może pomyliła adres? Swoją drogą, to dziwne, że da się naraz zaprosić tylu ludzi i o nic się nie starać. Jej to się nigdy nie udawało. Wpatrywała się w małe okienko, wychodzące na mokry ogród i rozmyślała. Stać się częścią tego widowiska... Być jedną z nich, żyć bez zmartwień jak oni. A może wyrzucić ich wszystkich...
– Dwadzieścia butelek tego cytrynowego – brzmiał ostry głos kobiety z przedpokoju. – Zapłacę ci...
– Bez pieniędzy nie kupię. Nie mamy nic w domu.
Telefon.
Dzwonek. W wąskim przedpokoju robiło się ciasno, a ona siedziała ciągle sama w kuchni i pilnowała walizki. Kawa była już zimna. Może w Janku było coś wyjątkowego, może coś jednak potrafi, skoro ci wszyscy ludzie tutaj przyszli?
– Nie, nie ma go.
– Proszę tam zanieść! – Ktoś wprowadził ludzi z kartonami do sypialni.
– Rura pękła? – donośny głos wołał do telefonu.
– Powiemy Leszkowi o tym monitorze.
– Mogę przyjąć zgłoszenie, jak wróci, to mu przekażę.
– Może się panowie napiją? – Siwy człowiek o śmiesznym wyglądzie podziękował, usprawiedliwiając się, że przyjechał samochodem. Szybko wyszedł, a drugi, młodszy, nie odezwawszy się ani słowem, podążył za nim.
– Może napalimy w kominku? – zaproponowała jakaś kobieta.
– Muszę jechać po towar – oznajmił mężczyzna z wąsami, jakoś bez związku.
Ktoś wszedł, ktoś wyszedł. Do Marty docierały tylko strzępy słów. Jej oczy błądziły po egzotycznym pejzażu na fototapecie. Klucz zachrobotał w zamku, potem ktoś zadzwonił. Ona i tym razem się nie ruszyła. Nagle w drzwiach stanął Jan. Wpadł błyskawicznie do sypialni, pochwycił coś i już chciał wyjść, ale wyrwana z zadumy Marta zagrodziła mu drogę.
– Powiedz mi, co się tutaj dzieje? Skąd wzięli się ci ludzie?
– Nie wiem – odparł wzruszając ramionami. – Ja zaprosiłem tylko Igora. Śpieszę się, zakładam prywatny interes. – Chciał wyjść, ale odwrócił się jeszcze przy samych drzwiach i rzucił – w łazience są hydraulicy, obluzowało się kolanko.
– Już zauważyłam – odpowiedziała kwaśno.
– Nie denerwuj się, spróbuj być miła – powiedział na pożegnanie i zamknął za sobą drzwi.
Marta wróciła do kuchni. Wściekle kopnęła walizkę. Jak on mógł tak lekko do tego podejść? Jak mógł wzruszać ramionami? Niedługo już tu pomieszka, niedługo!
Przy oknie do kuchni od strony pokoju usiadła długowłosa nastolatka z białym szczurem na ramieniu, widocznie wyciągnęła go z garderoby. Mały chłopczyk biegł za nią prosząc – daj mi go potrzymać.
– Nie! – odpowiedziała stanowczo dziewczyna. – Szczur jest zmęczony.
Zawiedziony chłopczyk wrócił do sypialni.
– Moja Marysia jest mniejsza – stwierdziła brunetka o puszystych włosach patrząc na szczura. Nic już nie piła, bo butelka wina się skończyła. – No i moja nie usiedzi tak spokojnie, cały czas lata.
Z dworu w zabłoconych butach wpadł drobniutki, chudziutki blondynek.
– Mamo! – krzyknął, zwracając się do kobiety w okularach. – Kupiłem sobie nowy rower! Miałem pieniądze za tamten. Zabrakło mi trochę, ale sprzedałem tachometr. Zobaczysz go?
– Nie teraz. A co z dżinsami dla mnie na Dzień Matki?
– Jeszcze ci kupię! – krzyknął i już go nie było.
Czarnowłose bóstwo weszło do kuchni i nie zwracając uwagi na nikogo, zaczęło robić kanapki. Marta czuła się jak intruz. Była jedyną osobą, która nie pasowała do reszty, jedyną obcą.
W dużym pokoju nie wiadomo skąd wziął się pijany mężczyzna. Chodził z butelką w ręku od jednej osoby do drugiej, szukając kogoś, kto by go wysłuchał. Brunetka o puszystych włosach spławiała go zbyt mało energicznie, więc usiadł na podłodze koło niej.
Dzwonek do drzwi. Nikt nie spieszył się z otwieraniem, więc zrobiła to Marta. Tym razem nawet wilczyca nie wypadła, by powitać gościa.
Na klatce stał człowiek w wypłowiałym ubraniu, ze starą skórzaną torbą na ramieniu.
– Czy pani Marta Kwiatkowska? Tu tyle osób się ostatnio kręci… – dodał, żeby się usprawiedliwić, że nie poznaje właścicielki mieszkania. – Przyniosłem podwyżkę komornego – oznajmił urzędowym tonem.
Stała naprzeciwko tego człowieka, pierwszego człowieka, który przyszedł do niej. Za jej plecami rozbrzmiewały głosy prawdziwego życia, ale ona nie należała do tamtego świata, nie pasowała tam, była obca.
– Nie! – skłamała. – Nie znam gospodyni. Jak pan powiedział… Tu kręci się tylu ludzi. Niech pan wejdzie, bo ja właśnie wychodzę.
Minęła go i wyszła na klatkę schodową, nie martwiąc się już o walizkę, którą zostawiła w kuchni. Przeszła koło starego, białego psa. Spokojnie spał na wycieraczce, nawet nie drgnął. Gdyby chciał, chociaż raz spojrzeć na każdego wchodzącego, czy wychodzącego z jej mieszkania, nie miałby chwili spokoju.
Wyszła na dwór, w deszcz. Drzwi głośno trzasnęły za nią, samotną w tłumie.

06.07.1993 – Łacha

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...