Kejti's Factory - Opowiadanie

"Plama na asfalcie"




Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Byli młodzi. Wybiegali na scenę. Płynnie poruszali się w barwnym świetle. Byli wszędzie, byli obok siebie, ocierali się o siebie, odgrywali drobne scenki. U ich stóp falował tysięczny tłum. W powietrze wylatywały balony, za ich plecami wystrzelały fajerwerki. Oni kładli sobie dłonie na ramionach, uśmiechali się spoceni, zmęczeni, ale szczęśliwi. Kłaniali się całemu światu. Promieniały ich usta i oczy. Z nich, tak jak przedtem z ich piosenek, biło przesłanie proste i banalne, ale jakże potrzebne – miłość ponad wszystko. Zbiegali ze sceny, przybijając piątki i jeszcze raz wybuchając niesłyszalnym, ale dającym się zauważyć śmiechem. Śmiała się bowiem każda część ich ciała, każdy mięsień w każdym ruchu. Niestety te czasy minęły.

Znowu wyruszali w trasę. Jak zawsze chcieli przyciągnąć na koncerty jak najwięcej ludzi. Nie wiedzieli jednak jak. Sama muzyka przestała wystarczać. Tak im się w każdym razie wydawało. Kiedyś program koncertów powstawał zupełnie spontanicznie. Nie musieli się nad nim zastanawiać. Każdy rzucał jakiś pomysł i wszystkie były dobre. Widzowie świetnie się bawili patrząc na nich, może dlatego, że oni też się dobrze bawili. Teraz to już nie była zabawa. Teraz mieli dość siebie i swojej pracy. Wszystko stało się sztampowe i puste. Próbowali więc pokazać coś szokującego, żeby pod dreszczem emocji zamaskować swoją frustrację.
Sven napisał piosenkę o balansowaniu nad przepaścią, a ta wpadła w ucho reżyserowi, którego wynajęli. Tak więc teraz Sven stał z zadartą głową i przyglądał się rusztowaniu wysokiemu na kilka metrów. Głos reżysera zimny i rzeczowy docierał do niego jak z bardzo daleka.
- Wszystko jest zabezpieczone, nic się nie zarwie, nic się nie rozkręci. Musisz po prostu przejść tamtędy, grając solówkę z tej piosenki. Tam nie jest wąsko, to tylko tak wygląda z dołu. Dasz radę to zrobić?
Co za pytanie? On był gotów zrobić wszystko, żeby odnieść sukces. Wkładał w pracę całe swoje serce, a na dobę więcej godzin, niż ich miała. Mimo to czegoś zabrakło. Tłum nie reagował już tak żywo, jak kiedyś, na ich występy. Svena to martwiło i złościło. Musiał przecież robić wielkie przedstawienia. Jego muzyka była tego warta. Był o tym przekonany. Musiał tylko znaleźć sposób, żeby znowu dotrzeć z nią do ludzi.
- Pewnie – rzucił. – To żaden problem.
- Ja tam myślę, że to głupie. – Lisa oparła dłonie na biodrach i zadarła głowę. Jej wysunięta do przodu wadą zgryzu dolna szczęka powędrowała dalej w przód niż zwykle, wąskie oczy zwęziły się jeszcze bardziej od patrzenia w światło, wargi ściągnęły. – To po prostu wielka bzdura – powiedziała, opuszczając głowę i przeciągając dłonią po jasnych, ściętych na jeża włosach. – To wygłup bez żadnej treści. Nawet nie jest bardzo widowiskowy.
- Ludziom będzie się to podobało – zapewnił ją Sven. Sam bardzo chciał w to wierzyć.
Reżyser spróbował się ze swojego pomysłu wycofać:
- To tylko taka sugestia.
Ładna sugestia, skoro rusztowanie już stało.
- Mnie się podoba i zrobię to. – Sven uparł się przy swoim. – To naprawdę będzie się podobało. Taka odrobina szaleństwa, jak przejechać się na masce samochodu. – Lisa pozieleniała i zacisnęła mocno zęby. Jemu też ten przykład się nie spodobał. W swojej przekorze przesadził. Na samochodzie nie miał już zamiaru jeździć. Kiedyś spróbował. Miał szczęście, że przeżył. Skoro jednak zaczął, musiał brnąć dalej. – Każdy czasem czegoś takiego potrzebuje, czasem o czymś takim marzy...
- W porządku. – Lisa machnęła ręką. Nie było o co się kłócić, jeśli ktoś miał spaść z rusztowania to przecież on. – Rób co chcesz.
Tak zapadła decyzja. Numer z rusztowaniem przeszedł.
- Może to przećwiczysz? – zaproponował reżyser.
Cowboyskie buty zadudniły na wąskich schodach. Blond włosy o rudym zabarwieniu podskoczyły, obijając się o plecy. Przed wejściem na ścieżkę nad sceną zawahał się. Było węziej niż myślał. Trudno. Ruszył przed siebie. Nad głowami wszystkich, na środku, stanął.
- To całkiem łatwe! – zawołał.
Ktoś wstrzymał oddech. Ktoś odwrócił wzrok. Anika, jego żona, westchnęła. Lisa wycedziła przez zęby: „głupek”.
Po wszystkim zatrzymał go Magnus.
- Nie powinieneś tego robić – powiedział stary przyjaciel, jeszcze z lat kiedy nie miał niczego, oprócz szalonych marzeń. – Pomyśl, czy wytrzymasz? Numer z samochodem był jednorazowy, a to masz robić co wieczór, przez prawie rok – jego głos przybrał ton łagodnej perswazji.
- Daj spokój. Poradzę sobie. To tylko parę sekund. Każdy potrzebuje odrobiny szaleństwa. Może ja mam teraz na to ochotę. – Rozłożył ręce, chcąc okazać tym, że nic na to nie poradzi.
- Parę sekund, ale ile razy...
- Będę wiedział, kiedy zabraknie mi siły – oznajmił. – Naprawdę. Zrezygnuję, kiedy poczuję, że sobie nie radzę.
To było tylko gadanie. Magnus wiedział, że Sven nigdy nie rezygnuje, że zawsze i wszędzie musi być najlepszy, a Sven wiedział, że to nie tylko pomysł i nie ochota. To były wybiegi, żeby machina interesu nadal się kręciła. Sven nie rozumiał słowa „stop”, nie przyjmował do wiadomości, że kiedyś można by się zatrzymać. Nie, nigdy. Trzeba iść, wyżej i wyżej. Nigdy wstecz.

Właśnie założył szkła kontaktowe i przyglądał się swojej twarzy w lustrze. Wyglądał fatalnie. Oczy znowu łzawiły. Białka były przekrwione. Powtarzało się to dość regularnie. Powinien się już przyzwyczaić. Jednak zapalenie spojówek za każdym razem drażniło go bardziej. Może powinien zacząć nosić okulary, chociaż na co dzień? Nie, jak by wyglądał ze szkłami jak denka od butelek? Strasznie.
Ręce opadły, oczy wpatrzyły się w ramę lustra. Było popołudnie. Wieczorem znowu mieli stanąć na scenie, a on nie wiedział, czy jeszcze warto na nią wychodzić. Czy miał na to siłę i ochotę.
Trasa trwała. Wychodzili na scenę. Lisa i on miotali się jak para idiotów, każde sobie, a kiedy nawet śpiewali razem to tak, żeby sie przekrzyczeć. Widownia też krzyczała sama sobie w zupełnie niewłaściwych momentach. Byli na niej tacy, którzy chcieli oglądać tylko jego i tacy, którzy chcieli oglądać tylko ją. Nie było za to chyba nikogo, kto rozumiałby, o czym są napisane przez niego piosenki.
Miał swoją chwilę, kiedy wszystkie oczy zwracały się ku niemu. Wychodził na rusztowanie. Na parę sekund, jak niegdyś, miał świat u swoich stóp.
Nie wiedział, czy ciągle jeszcze był gwiazdą, czy tylko wielkim oszustem. Może nigdy nie stał się nikim więcej, jak tylko chłopcem bawiącym się w muzykę? Czuł się tak, jakby jeszcze wczoraj grał w piwnicy.
Nie, to było przed wiecznością, w innym życiu, kiedy granie jeszcze sprawiało radość. Teraz wszystko minęło.
- Starzeję się – burknął sam do siebie.
- Gadasz bzdury. – Anika podeszła do niego od tyłu i zarzuciła mu ręce na szyję. – O co ci tak naprawdę chodzi?
- Starzeję się – powtórzył lekko zirytowany. – Siwieje i oczy mnie bolą.
- Przesadzasz. Zresztą kiedyś trzeba osiwieć.
Nawet się nie uśmiechnął. Milczał. Dopiero po chwili zaczął mówić, powoli, z żalem:
- Nie wiem, czy to ma sens, to co robię. Ja chciałem dać coś całemu światu. – Nie mógł powiedzieć, że Lisie, ale tak przecież też było. Kiedyś dawno powiedział jej, że jest najlepsza i uczynił z niej najlepszą. Ona miała błyszczeć, on miał ją wspierać, przez wieczność. Gdzie to się podziało? – Chciałem przekazać coś z siebie, z moich uczuć, z myśli, ale to nie ma sensu. Ludzie niczego nie rozumieją. Ja haruję jak głupi, a zarabia na mnie telewizja i gazety prezentując swoje kłamstwa. Liczy się tylko moda, nie uczucia i myśli. Nie wiem już nawet, czy jestem na tyle dobry, żeby wyjść dziś na scenę.
- Jesteś dobry – zapewniła. – Masz talent, a to co naprawdę dobre, przetrwa.
- Przetrwa? Ech – machnął ręką. – Coś się we mnie wypaliło – powiedział, kładąc dłoń na piersi. – Muzyka dalej rodzi się w mojej głowie – dotknął skroni – ale kiedy śpiewam, to jest puste.
- Wstałeś dzisiaj lewą nogą – skomentowała to Anika, prostując się. – Nie wiem, co dzieje się w twoim sercu i głowie, ale wiem, że jesteś najlepszy na całym świecie i wiem, że cię kocham, świrze.
Teraz dopiero się uśmiechał, ale smutno i z pewnym trudem.

Lisa zamknęła się w garderobie. Za godzinę mieli wyjść na scenę. Musiała się przygotować, bardziej psychicznie, niż fizycznie. Potrzebowała ciszy, koncentracji, odrobiny spokoju. Potem wyjdzie i będzie najlepsza. Najlepsza? Kiedyś tak myślała, kiedyś dawała z siebie wszystko. Nie rozumiała, co się stało, ale teraz po prostu pracowała.
- Kiedy skończy się ta trasa, rzucę wszystko – oznajmiła nagle.
Dziewczyna z garderoby przyjrzała się jej z powątpiewaniem. Wiele razy to słyszała.
- Nie chcę się już w to bawić. To nie ma sensu. Chcę mieć teraz czas dla samej siebie. Pobyć trochę kobietą. Chyba przyszedł na to czas?
- Liso, czy jesteś sobie w stanie wyobrazić życie bez tego wszystkiego – garderobiana mówiła jej po imieniu. To była jedna z niepisanych i może nawet nigdy nie pomyślanych zasad jej i Svena. W ekipie wszyscy byli sobie równi, tak samo ważni, tak samo niezastąpieni, a dziewczyna z garderoby była najlepszą powierniczką tajemnic Lisy.
- Chcę tego – odpowiedziała, unosząc w górę ręce. Chuda, silnie umięśniona, z twarzą pełną ostrych linii i niedokończonym makijażem była naprawdę brzydka. Poza tym pomiędzy zmarszczkami, które usiłowała zatuszować, pojawiły się nowe akcenty: zmęczenie i złość. – Powiedziałam ci, że nie mam już siły. Nigdy, przez całe swoje życie, nie miałam się nawet szansy dowiedzieć, co to znaczy być sobą. Zawsze robienie kariery było ważniejsze, więc się komuś podporządkowywałam. Kiedyś mnie to bawiło, a teraz mnie nie ma, jeśli Sven mnie nie wymyśli.
- Powiedz po prostu, że mieliście spięcie.
- To pomyleniec, ale nawet nie. My się już nawet nie kłócimy. On przychodzi i krzyczy, żebym coś zrobiła. Ja to robię, albo nie. Jeśli nie, to jemu opadają ręce i na tym sprawa się kończy.
- Myślałam, że jesteście przyjaciółmi – powiedziała dziewczyna.
Lisa potrząsnęła głową i cmoknęła.
- Wiesz, ja całe dnie przebywam z całą masą ludzi. Mam ich dosyć, Svena też. Cały czas pracujemy, jesteśmy razem, ale nie mamy czasu rozmawiać, a kiedy ja mam czas, to go poświęcam córce, albo śpię. To jedyne co się teraz dla mnie liczy. Nie chcę, żeby tak było. Może nawet chcę, żeby przyjaźń znowu miała sens, ale nie tędy droga.
Dziewczyna nie znalazła odpowiedzi, ale Lisa wiedziała co myślała: „dokonywaliście razem wspaniałych rzeczy, tego nie można zniszczyć”. Dokonywaliście? Właśnie, o tym co ich łączyło należało mówić w czasie przeszłym.

Jechali coraz dalej i dalej. Zbierali na koncertach bandy dziwnych ludzi, tak jak oni spóźnionych, należących do minionej epoki, ludzi których nauczyli kochać. Czy było warto?
Tego dnia nie czuł się dobrze. Oczy silnie łzawiły. Nie wiedział kiedy gubił jedno ze szkieł. Zostało mu tylko pół świata, który przesunął się pod dziwacznym kątem, drugie pół po prostu się rozmazało. Sylwetki ludzi stały się poruszającymi plamami barw. Nie wiedział co zrobić. Przez ułamek sekundy chciał się rzucić na ziemię i zacząć szukać, ale przecież patrzyli na niego ludzie i musiał grać, a potem wspiąć się na rusztowanie.
Chwila, w której stawał się wielki, zbliżała się. Tego dnia nie miał być jednak wielki, tego dnia miał być przestraszony. Usłyszał dudnienie swoich butów na schodach. Zatrzymał się na chwilę, rozważył, czy się nie cofnąć.
Nie, był za wysoko, a dziewczyny z widowni już zaczęły piszczeć. Myślał, że droga, którą musiał przebyć nie była bardzo wąska, ale kiedy nie wiedział, gdzie naprawdę się znajdowała, sprawy prezentowały się zupełnie inaczej. Postąpił krok do przodu, jeden krok, potem drugi. Rusztowanie ciągle było pod nim. Może mogło mu się uda?
Na środku się zatrzymał, żeby odetchnąć. Chwilę grał w miejscu.
Już zaraz będzie po wszystkim – pomyślał.
Kiedy znowu ruszył stracił równowagę. Noga nie znalazła oparcia i poleciał w dół. Pomyślał jeszcze: „moja gitara” i podniósł w górę ręce, by uchronić instrument przed zniszczeniem.
Uderzył o scenę najpierw barkiem i głową, potem przekręcił się na plecy. W wyprostowanych rękach trzymał gitarę. Jej nic się nie stało. Pierwsza ucichła perkusja. Magnus znieruchomiał. Potem zamilkły gitary. Głos zamarł w pół słowa w gardle Lisy. Widownia znieruchomiała.
Poderwał się prawie od razu. Ból rozdarł mu czaszkę, ograniczył możliwość ruchu biodra i ramienia.
- Grajcie, co się tak gapicie?! – wrzasnął przerażony. Zepsuł koncert. – Nic mi nie jest! Grajcie!
Posłuchali go. Mimo bólu i wstydu sprawiających, że marzył o tym, by uciec i zwinąć się w kłębek, tego dnia nie chciał, żeby koncert się skończył. Wiedział, że go zaatakują, że będą mówić o rusztowaniu, o jego wypadku. Nie chciał tego słuchać. Ale koncert przecież kiedyś musiał się skończyć, a tym razem widownia jeszcze mniej energicznie, niż zazwyczaj, dopominała się bisów.
Już po wszystkim. Wyszli za kulisy. Sven pociągał nogą.
- Mówiłam, że to głupi pomysł z tym rusztowaniem! – rzuciła Lisa.
Przecież wiedział, że tak będzie.
- Naprawdę czasami ci odbija. Mogłeś się zabić – powiedział Magnus.
- Tak się bałam, myślałam, że już się zabiłeś, jak tam leżałeś. – Anika przytuliła się do niego.
- Dajcie spokój. Nic mi się nie stało – powtarzał wciąż.
- Chcesz powiedzieć, że dalej będziesz to robić? – Lisa była groźniejsza, niż artyleria.
- Nie, z rusztowaniem koniec.
Następnego dnia gazety miały o czym pisać.

Wciąż jechali dalej, mimo że trasa nie osiągając nawet półmetka, chyliła się ku upadkowi. Nie było już jego występu z rusztowaniem, jego paru sekund chwały. Na scenie dominowała Lisa, a cały spektakl nie kleił się w całość. Odgrywali numer po numerze, bez sensu, bez werwy i spontaniczności, bez czegoś co łączyłoby nawet jeśli nie piosenki, to ich nawzajem i ich z widownią.
Noga Svena jeszcze przez parę dni była sztywna, potem wypadek stał się tylko wspomnieniem. Głowa pobolewała go, ale nic sobie z tego nie robił. To było coś, na co mógł machnąć ręką, albo wytłumaczyć zmęczeniem.
Jednego z tych nielicznych dni, kiedy nie musieli ruszać się z hotelu, Lisa wsunęła się do jego pokoju. Jak zwykle nie zamknęła za sobą drzwi. Kiedy była młoda, wpadała bez pukania, z werwą, z głośnymi słowami na ustach. Była jak kula armatnia. Teraz zabrakło jej pewności siebie. Tylko pukania nigdy się nie nauczyła. Kiedyś wydawało mu się, że była silniejsza niż on, niezniszczalna, niezmienna. Ale tylko mu się wydawało.
- Sven, czy możemy porozmawiać? – spytała cicho.
- Oczywiście.
- Więc, kiedy trasa się skończy, ja odchodzę – powiedziała wprost.
- Jak to? – Był zdziwiony.
- Nie mam na to siły. Zresztą, chcę wreszcie mieć czas dla siebie, dla mojej malutkiej Sofii. To co odstawiamy nie ma już sensu. Coś się skończyło. Nie bawi mnie już to, co robimy, nie bawi to też świata.
Jak możesz tak mówić?! – chciał wrzasnąć Sven. – Przecież to twoja wina! Przestałaś ze mną współpracować! Przychodziłaś do studia, tylko żeby nagrać swoje kawałki! Dziwisz się, że nie mamy o czym rozmawiać?! Nawet na scenie boisz się do mnie zbliżyć, a na innych ciągle się wieszasz! Dlaczego?! Boisz się mnie?! Przecież ja cię nie kocham! Nie chcę od ciebie rzeczy, których nie możesz mi dać. Byliśmy przyjaciółmi! Tylko tyle, aż tyle... – nie mógł tego wykrzyczeć. Dlaczego? Może właśnie dlatego, że już nie byli przyjaciółmi. Zamiast tego powiedział:
- Co ja bez ciebie zrobię? Pomyśl, tu nie chodzi o mnie, ani o ciebie, ani o sławę, pieniądze... Chodzi o muzykę. Ona wciąż powstaje w mojej głowie, ale nie może istnieć bez ciebie.
- To co, mam być twoją protezą głosu i dobrego wyglądy?! Dlaczego nigdy nie pytałeś, co jest w mojej głowie? Może tam też rodzi się muzyka? Skąd możesz wiedzieć?! Naucz się, że nie jesteś pępkiem świata! Kiedyś trzeba! Ja odchodzę!
- Liso, nie chodzi o mnie, tylko o muzykę...
- Jesteś chory, Sven, psychicznie chory – wysyczała przez zęby.
- Proszę...
- Gnojek – dodała jeszcze. – Padnij na kolana – zadrwiła. – Zachowaj się raz, jak poważny, dorosły człowiek. – Wyszła, a drzwi same się za nią zamknęły.
Jego świat rozsypywał się i wymykał przez palce. Zagryzł wargi. Nic nie mógł zrobić. Coś zaczęło pulsować mu pod czaszką.

Stał na scenie i nagle prawe ramie odmówiło mu posłuszeństwa. Nie mógł nakłonić dłoni, by uderzyła w struny. Odwrócił się na pięcie, widownia nie mogła niczego zauważyć. Wiedział, że tylko koneserzy zauważą, że w tworzonej przez nich ścianie dźwięków, zabraknie nagle jego gitary, a podejrzewał, że tych na widowni nie było zbyt wielu. Zagryzł zęby. Wytężył siły. To musiało ustąpić. Musiało.
Chciał przejść kawałek, podchodząc do perkusji. Jego prawa noga ugięła się, też nie posłuchała. To przeraziło go jeszcze bardziej.
Na szczęście po chwili wszystko minęło. Wtedy minęło, ale następnego wieczora powtórzyło się znowu i zaczęło powtarzać się coraz częściej, nie tylko w czasie koncertów. Jeśli coś takiego spotykało go w hotelu, siedział spokojnie i czekał. Nie chciał, żeby ktokolwiek zwrócił uwagę, co się z nim dzieje. Na koncertach odwracał się plecami do widowni i do Lisy. Nie chciał, żeby się o tym dowiedziała. Bał się, że mogłaby odejść wcześniej, a przecież w duchu liczył, że jeśli dotrą razem do końca trasy, to może jednak się nie rozstaną. Uważał, że powinien wszystko przeczekać.
Anice też niczego nie powiedział, nie chciał jej martwić. Wystarczyło, że sam się martwił. Anika pytała:
- Co ci jest?
- Nic – uśmiechał się. – Myślałem – a tak naprawdę miał ochotę objąć ją i się rozpłakać, wykrzyczeć: „Boję się, Anik! Czy ja umrę? Pomóż mi. Nie wiem, co robić.”

Wyszedł na scenę. Drżał. Bał się każdej czynności, każdego dnia. Bał się, że jego ciało zawiedzie. Wszystko powtórzyło się, jak to przewidział, ale z taką siłą, że nie tylko nie mógł się poruszyć, ale po prostu runął na ziemię. Spróbował wstać, szarpnął się w sobie, ale prawa strona ciała zupełnie odmówiła mu posłuszeństwa.
Magnus zerwał się od perkusji. Anika wybiegła zza kulisów, klęknęła przy nim. Lisa umilkła, mocno ściskając mikrofon w dłoniach, znieruchomiała. Może coś sobie wtedy przypomniała, coś z tych rzeczy, które minęły. Widownia wpadła w szał.
On leżał, a na jego miękkiej, chłopięcej twarzy malował się strach. Czy to już koniec? Jeśli to koniec, to koniec czego? Słyszał tupot nóg, krzyki, potem sygnał karetki, głośny, natrętny, monotonny. Rozdzierał mu głowę i przyprawiał o szaleństwo.

Na długim, białym, zimnym korytarzu czekały dwie kobiety o posplatanych palcach i drżących dłoniach, ta która kochała i ta która powinna wspierać, ale zawiodła.
Kiedyś dawno istniał chłopak o głowie pełnej nierealnych planów. Lisa nigdy nie myślała o nim dobrze, wydawał jej się strasznym maminsynkiem, elegancikiem, picerem, który od słów nie przechodzi do czynów. Na początku nawet zastanawiała się, czy nie był homoseksualistą, ale nie był. Nie lubiła jego muzyki. Musiała jednak przyznać, że choć trudno było w to uwierzyć, on umiał grać rock’n rolla. Coś ją do niego ciągnęło. Lubiła z nim rozmawiać. Szybko odkryła, że w odróżnieniu od innych chłopców, nie chodzi mu tylko i wyłącznie o pójście z kimś do łóżka. Może dlatego sprawiał wrażenie homoseksualisty. Nawet nie wiedziała, kiedy zaczęła mu zupełnie swobodnie opowiadać o swoich marzeniach i lękach. Pewnego wieczoru w zadymionym, mrocznym wnętrzu kawiarni powiedział jej, że jest najlepsza. Śmiała się wtedy. Jak można było się nie śmiać? Planowali wielką karierę. Chcieli zdobyć wszystkie sceny, mieć u swoich stóp cały świat. Nie traktowali tego wtedy poważnie. Doprowadził jednak do tego, że osiągnęli to, o czym mówił. Zrobił to. A tego wieczoru pochłonęło go wnętrze karetki i pożegnało przerażające wycie syreny.
Anika pociągała nosem, jej oczy i policzki poczerwieniały. To była miłość. Nie, to nie Anika miała szczęście, że on, wielki gwiazdor, ofiarował jej serce. Anika była mądra, że umiała go zatrzymać, że potrafiła poważnie traktować jego marzenia i z niego nie kpić, że umiała mu ufać i go nie ranić. Życie z nim, to nie był kierat. Lisa wiedziała, że było warto z nim żyć. Wiedziała, że to dziwaczne, delikatne stworzenie potrafiło głęboko kochać.
Było warto, jeśli wiedziało się, kim się jest, a nie jak ona, na przekór światu, szukało się siebie, depcząc wszystko wokół. Czy mogła jeszcze zawrócić? Nie. Wybrała drogę. Wreszcie wybrała. Nawet jeśli to nie był słuszny wybór, zamierzała się go trzymać.

Tamtego dnia niczego się jeszcze nie dowiedziały. Musiały czekać. Anika płakała. Lisa odpierała tłumy dziennikarzy i natrętnych fanów. Może trochę przesadzała, w tym co mówiła, ale jedna rzecz była oczywista nie tylko dla tych, którzy słuchali jej słów i we wszystkie wierzyli – to był koniec.
Zespół powoli się rozjeżdżał, bez pożegnań, szybko, cicho, ze zwieszonymi głowami. Nigdy nie spodziewali się, że ich droga sukcesu tak właśnie się skończy. Teraz należało odwołać pozostałe koncerty, zwrócić pieniądze, wszystkim zapłacić. Ta biurokracja. Przez chwilę Lisa myślała: „niech zabiorą sobie wszystko, tylko niech nam dadzą spokój.” Nie było spokoju.
Cały świat patrzył na upadły zespół. W Lisie znowu rodziła się złość. Musiała odejść. Nie chciała znowu walczyć. Nie w tym pomylonym świecie. Roel, jej mąż, mówił, żeby już dała sobie spokój, żeby, jeśli chce odejść, to zrobiła to jak najszybciej. Lisa jednak wciąż na coś czekała.
W końcu zapadła diagnoza. To był krwiak w mózgu. Powstał najprawdopodobniej pod wpływem uderzenia, wtedy, kiedy spadł z rusztowania. Konieczna była operacja. Po niej czekały go miesiące rehabilitacji.

Lisa cicho wsunęła się na szpitalną salę. Bardziej przypominała cień, niż człowieka. Podeszła do jego łóżka. Nie usiadła przy nim. Spojrzał na nią jednym okiem, powieka drugiego nie zdołała unieść się w górę.
- Sven – zaczęła niepewnie – nie wiem, dlaczego czekałam, ale teraz przyszłam się pożegnać.
- Idź. Nie ma po co zostawać. – Mówienie sprawiało mu trudność, a słowa brzmiały bełkotliwie.
- Nie o to chodzi. Naprawdę chodzi tylko o mnie. Chcę być wolna, chcę być kobietą. Nie umiem żyć dla muzyki i jeśli dla ciebie tylko ona się liczy, to może lepiej, żebyś umarł.
- Dzięki. – Jego twarz zadrgała, prawa powieka poderwała się na chwilę w górę i opadła. Chyba chciał zmierzyć ją złym spojrzeniem, ale to okazało się tylko bezgranicznie smutne.
Lisa wzdrygnęła się.
- To nie tak. – Potrząsnęła głową. Trudno było jej się wytłumaczyć, z tego co powiedziała. – Zapomnij o tym.
Milczał.
- Byłeś wspaniały – wyszeptała. – Dziękuję za wszystko. Ale tamte czasy minęły i ja odchodzę.
- Zostań – poprosił. – Wyjdę z tego. Wszystko zmienimy – w jego głosie zabrzmiała nuta nadziei.
- To tylko piękne słowa.
- Już we mnie nie wierzysz?
- To nie to. Wszystko się kiedyś kończy. Przecież jeśli zostanę, to na początku będą wspaniałe idee, a potem wszystko będzie wyglądało tak samo. Wpadniesz w szał tworzenia, a ja będę się dusić i uciekać. Ty nic o mnie nie wiesz. Kiedy mówię słyszysz tylko to, co chcesz usłyszeć. Nie znasz mnie. Znasz mój głos i swoje marzenia.
Spróbował się uśmiechnąć, ale prawa strona ust go nie posłuchała. Nie powiedział już niczego. Lisa jeszcze raz na niego spojrzała, tak jakby tym spojrzeniem chciała się upewnić: „rozumiesz?”. Nie znalazła w jego twarzy odpowiedzi, ale znalazła przyzwolenie. Chciała wyszeptać: „żegnaj”, ale zabrakło jej odwagi. Przecież, jeśli byli przyjaciółmi, to naprawdę powinna z nim zastać. Nie byli. To minęło.
Żegnaj – pomyślała. Potrząsnęła głową i już jej nie było.

Cztery miesiące później Anika wybiegła do bramy. Jej długie, ciemne włosy rozwiał chłodny wiatr. Nie wiedzieć czemu się uśmiechała. Białe BMV wtoczyło się powoli na podwórze. Prowadziła Lisa. Była sama. Sven czekał na nią na tarasie. Trzasnęły drzwiczki. Lisa wyskoczyła z samochodu, ciągle jeszcze poruszała się jak dzikie zwierze. On się wyprostował i zmarszczył brwi. Chciał wyglądać groźnie, ale takiego wyrazu twarzy nie przewidziała dla niego natura. Lisa cofnęła się widząc wózek inwalidzki i po schodach wspięła się już nie tak pewnie. Anika powoli szła za nią.
- Jednak przyjechałaś – powitał ją. – Musimy porozmawiać.
- A mamy jeszcze o czym?
- O zespole. Wejdź – cofnął wózek.
- Nie ma już żadnego zespołu.
On jakby nie usłyszał.
- Pomyśl – powiedział później – czy jest jeszcze coś, co by sprawiło, żeby świat na nas spojrzał?
- Bez szans – machnęła ręką. – Czy dalej chcesz, żebym wróciła?
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Gdyby, któreś z nas umarło, gazety znowu miałyby o czym pisać.
- Więc umieraj, ja nie kiwnę palcem – zażartowała.
- Nie ja, tylko ty – sprostował.
- Jesteś chory – syknęła. – Chyba nie chcesz mnie zamordować?
- Nie – potrząsnął głową. – Chcę żebyśmy sfingowali twoją śmierć.
- Pięknie. A co ty wtedy zrobisz?
- Zrobię wielkie przedstawienie.
- Najpierw się podnieś. – Zimny chichot jej też nie sprawił przyjemności.
- Nie bój się o to – rzucił pewnie.
- Jakby to miało wyglądać? – spytała.
- Zrobisz to?
- Nie – potrząsnęła głową.
- Dlaczego?
- Czy myślisz, że to tak łatwo spakować się i zniknąć? A rodzina...
- Zabierzesz ich ze sobą.
- Całą? A przyjaciele, znajome miejsca... – Sama ugryzła się w język. Coś sobie przypomniała. To zabolało. Podeszła i przykucnęła przy nim. Położyła mu dłoń na kolanie. Wzdrygnął się, a i jej ten gest wydał się dziwny.
- Sven – powiedziała – dlaczego ty nie możesz się nauczyć, że wszystko ma swój koniec. Miałeś wielkie plany. Zrealizowałeś je. Byliśmy szczęśliwi, byliśmy najlepsi, ale to minęło – tłumaczyła.
- Co mam robić? W mojej głowie nadal rodzi się muzyka – poskarżył się. – Ale muzyka nie może istnieć bez wielkich widowisk, musi wychodzić do ludzi i sprawdzać się.
- Sven, ty nie jesteś normalny – skomentowała to.
- Zrób to – poprosił jeszcze raz. – Może znikniesz tylko na pewien czas, potem wymyślę, jak zorganizować twój powrót.
- Słucham?
- Pojedziesz z Roelem nad morze, albo nad jakieś jezioro – zaczął przedstawiać swój plan. – W takie miejsce, żeby nie było tam za dużo ludzi. Wypożyczycie łódź. Wypłyniecie, zabierając ze sobą dłuto, młotek i jednorazowe rękawiczki. Zatopicie łódź. Te rękawiczki to po to, żebyście nie zostawili odcisków palców na dłucie. Oboje popłyniecie do brzegu, każde w inną stronę. Na ciebie w umówionym miejscu będzie czekać Anika z biletem i pieniędzmi...
- Z jakimi pieniędzmi?
- Nie mogę odsyłać cię z pustymi rękami...
- Nie robię tego dla pieniędzy – zaprotestowała. – Miałam pomyśleć o muzyce. Pomyślałam o dawnych czasach.
- Dostaniesz jedną trzecią mojego konta.
- Chcesz mnie mieć z głowy?
- Pieniądze przydadzą ci się, żeby urządzić się za granicą. Poza tym, ja zarobię na twojej śmierci.
- Naoglądałeś się za dużo filmów gangsterskich? – uśmiechnęła się.
- Pomińmy to. Wybierz sobie jakiś kraj – zaproponował.
- Chyba nie mam dużego wyboru. Francja. Tam nigdy zbytnio nas nie lubiono.
- Może Algieria?
- Bez przesady! – rzuciła gniewnie.
- Więc – ciągnął dalej – pojedziecie razem do Dani, bo na granicy z Danią nikt nie będzie sprawdzał ci dokumentów, a tym samym nie zostanie ślad, że wyjechałaś. Tam wsiądziecie na prom, albo do samolotu. Roel zadzwoni na policję i na pogotowie. Zanim zaczną cię szukać, będziesz już daleko. Roel i Sofii dojadą do ciebie, kiedy sprawa przycichnie.
Skinęła głową.
- A potem?
- Nie wiem. Coś wymyślę. Uwierz mi. Może się okazać, że tylko straciłaś pamięć i zaginęłaś.
- Zgoda – powiedziała, patrząc mu w twarz. Szukała tam czegoś. Znalazła, kolejny plan, nową wizję. Nie mógł bez tego żyć.
On zobaczył w jej wąskich oczach zdziwienie. Dziwiła się, skąd taki pomysł wziął się w jego obolałej głowie. Dziwiła się też, że sama tak łatwo zgodziła się wziąć w nim udział. Przecież to było zupełne szaleństwo. Kiedy zaczynali, wiele razy słyszeli, że łatwiej będzie im zrobić karierę, jeśli przeprowadzą się do Stanów. Nie byli się jednak w stanie na to zdobyć. Nie chcieli opuszczać swoich domów, swojej ojczyzny. Lisa była Szwedką, czuła się Szwedką. Lubiła poszarpane morskie brzegi, gęste lasy, nawet ostry, surowy klimat. Miała teraz porzucić to, czego nie chciała zostawić dla pieniędzy i sławy? W imię czego? Muzyki, w którą nie wierzyła? Nie. Dla przyjaciela. Była mu to winna.
- Więc żegnaj – podniosła się. – Zrób wielkie widowisko.
- Będzie wielkie – zapewnił. – Na pewno zobaczysz je w telewizji.
Zaśmiała się, odchylając lekko w tył głowę. Potem już nie oglądając się za siebie poszła do wyjścia. Podążył za nią. Stając na tarasie, z dłonią Aniki na ramieniu, patrzył na znikający zarys samochodu.
Dobrze zapamiętał tamtą chwilę. To co zrobił, może znowu dawało mu szansę na sukces, ale nie o to do końca mu chodziło. Przecież nadal wolałby wrócić do porzuconego w połowie trasy zespołu, niż zaczynać wszystko od początku w pojedynkę. Pewnie, że chciał sławy, wielkich widowisk, wiwatów tłumu, tego, by ludzie słuchali jego piosenek. Chciał jednak także przyjaźni, uczciwej współpracy, zabawy w muzykę, a nie tylko pracy nad nią. Ech, to minęło, w niewiele czasu po tym, jak z piwnicy przeszli do prawdziwych studiów nagraniowych. Teraz został mu tylko zarys samochodu w pamięci.

Zadzwonił telefon. Już? Odebrała Anika.
- Dzień dobry. Tak. Oczywiście. Już daje.
- Do ciebie! – zawołała, zasłaniając dłonią słuchawkę.
Podjechał do telefonu.
- Słucham.
Mężczyzna po drugiej stronie przedstawił się. Był z policji.
- Chciałbym z panem porozmawiać. Pana była partnerka zaginęła.
- Zaginęła? – udał zdziwienie.
- Tak, podejrzewamy, że to było morderstwo.
- Boże – jęknął, odkrywając w sobie talenty aktorskie.

Wysoki, barczysty mężczyzna przyjechał cywilnym samochodem i w cywilnym ubraniu, ale nie potrzebna była legitymacja, żeby po jego postawie i spojrzeniu poznać, że był stróżem prawa. Jednak na chwilę stracił pewność siebie, widząc Svena na wózku inwalidzkim.
- Przepraszam za to, co teraz powiem – zaczął detektyw – ale chyba nie muszę pytać, gdzie pan wczoraj był?
- Nie ruszałem się stąd. – Sven rozłożył ręce.
- Ja również – dodała szybko Anika, choć nie była to prawda.
- Więc może wie pan, kto mógłby chcieć ją zabić. Czy miała jakiś wrogów?
- Wrogów? – potrząsnął głową. – Ją wszyscy kochali. Była jak anioł, każdy mógł na nią liczyć... Naprawdę była jak anioł... – zostawił twarz dłonią.
Policjant zagryzł wargi zbity z tropu. Tego co został, naprawdę się nie spodziewał.
Anika podeszła do niego powoli, tak blisko, żeby dać do zrozumienia, że powinien wycofać się w stronę drzwi.
- Niech pan już pójdzie – powiedziała szeptem. – Niech mu pan da spokój. To dla niego wielki szok.
- Przepraszam – cofnął się o krok. Może chciał jeszcze o coś zapytać, ale zrezygnował. Nie było żadnego powodu, żeby tych dwoje o cokolwiek podejrzewać. Niczego też nie mogli wiedzieć. To był fałszywy trop.
Anika odprowadziła go do drzwi.
- Współczuję pani – powiedział detektyw. – Jak to się stało?
- Był wypadek w czasie koncertu. Gazety o tym pisały.
Po tym, jak policjant wyszedł, stała jeszcze w drzwiach, czekając, aż wsiądzie do samochodu i odjedzie daleko, bardzo daleko, zostawiając po sobie jedynie zapach spalin.
Kiedy wróciła do Svena, ciągle siedział w tej samej pozycji.
- No już, nie ma go – oznajmiła.
Podniósł głowę. Jego oczy błyszczały. Czy naprawdę zobaczyła w nich łzy, czy tylko jej się tak wydawało?

Nie minęły nawet dwa tygodnie jak oparty na kulach zaczął udzielać wywiadów.
- Śmierć Lisy strasznie mną wstrząsnęła – mówił. – Nie potrafię sobie wyobrazić, dlaczego ktokolwiek chciałby ją zabić. Czy jeśli nie podoba nam się czyjaś sztuka, to od razu trzeba zabić artystę? To musiał być szaleniec. Nie chcę, żeby śmierć Lisy była po prostu jedną z dziesiątek informacji na ostatnich stronach gazet. Była zbyt dobrym, zbyt wielkim człowiekiem, żeby świat mógł tak szybko o niej zapomnieć. – Potem obiecywał – teraz nadaję ostatni szlif nowej płycie. Będą na niej do tej pory nie publikowane nagrania Lisy i moje, a także parę nowych piosenek. Po ukazaniu się płyty wyruszę w trasę. Odwiedzę każdy zakątek na ziemi i wszystkich ludzi, w których sercach ta wspaniała kobieta będzie miała swoje miejsce na zawsze.
Oczywiście nie mogło zabraknąć pytań o jego zdrowie.
- Jeszcze się zdziwicie, widząc mnie na scenie – śmiał się.
Obietnicy dotrzymał. Tylko pożegnalna płyta zagościła na półkach, a trasa zaczęła się wraz z odpaleniem tysięcy fajerwerków. Bilety rozchodziły się jak świeże bułeczki, a i płyta nie miała szansy zagrzać miejsca na półkach. Przez parę ostatnich lat nie udało im się wywołać podobnego poruszenia. Na scenie i na widowni paliły się świece. Tłum znowu falował u jego stóp, choć to nie dawało tyle radości, ile się spodziewał.
Za jego plecami wystrzelały fajerwerki, barwiąc niebo purpurowym i szmaragdowym deszczem. Były utwory, które śpiewał wraz z puszczoną z taśmy Lisą. Ludzi to poruszało, a i on sam zaczynał momentami wierzyć, że Lisa naprawdę umarła. Może umarła? Może to on ją zamordował? Naprawdę, czy w przenośni, jakie to mało znaczenie? Lisy nie było, a on czuł się bez niej zagubiony i bardzo samotny.
Tysięczny tłum płakał, a jemu wszystko się pomieszało. Czy można budować szczęście na cudzym nieszczęściu? Przecież nie było żadnego nieszczęścia. Lisa żyła. Żyła, ale wyjechała i nie mogła wrócić. Żyła, ale w tym świecie, dla tych ludzi, umarła. Nie on ją zabił, nie dla nich, ale... Budował nowy sukces na jej tragedii. Jak mógł?
Słyszał jej głos z taśmy i śpiewał razem z nią. Czasy kiedy mógł do niej podejść, przykucnąć u jej nóg i liczyć, że położy mu dłoń na ramieniu, minęły. Nie rozumiał tego, co czuł. Nie wiedział, kim Lisa dla niego była. Przyjaciółka? Kiedyś wiedzieli o sobie wszystko, zanim przyszła wielka sława, zanim zaczęli walczyć o wielkie pieniądze, zanim praca stała się męczącym obowiązkiem. Kiedyś trudno było ją odgraniczyć od zabawy. Wtedy żyli karmiąc się marzeniami i po prostu byli razem. Teraz był sam, kiedy oklaskiwały go tłumy. Nie było warto.
Liso, gdzie jesteś? Dlaczego nie ma kto dodać mi odwagi tam, w barwnym świetle? Dlaczego nie mam z kim dzielić sukcesu, swojego szczęścia, gdy dochodzę do końca, a tłum wiwatuje? Dlaczego czuję tylko zapach swojego własnego potu i nie ma nikogo obok mnie, nikogo mnie równego? Nie umiem być najlepszy, jeśli mam to osiągnąć sam.

Wpadł za kulisy. Tam już nie był sam. Tam miał w objęciach Anikę. Mówili jakieś proste, podtrzymujące na duchu słowa, uśmiechali się, ale potem w hotelu dopadło go przygnębienie.
- Czy coś jest nie w porządku? – spytała Anika.
- Nie – potrząsnął głową. – Tylko to nie jest to, czego szukałem. Zaszedłem za daleko. Przecież to paranoja, co teraz robię. Ci wszyscy ludzie, których okłamuję i Lisa gdzieś tam... – machnął ręką. – Przecież to tak, jakbym był przestępcą.
Usiadła obok niego i wzięła go pod ramie.
- Chyba masz racje – zaczęła niepewnie. – Ale to postawiło cię na nogi.
Uśmiechnął się.
- Nie to. Marzenie.
- A nie dałoby się tego jakoś odkręcić? Tak, żeby ludzie nie mieli pretensji, żeby to było zgodne z prawem i żeby Lisa wróciła? Przecież na samym początku mówiłeś, że może to będzie tylko na jakiś czas.
- Skąd wiesz, że o to tak naprawdę mi chodzi? – Spojrzał na nią niepewnie.
- Wiem. Potrzebujesz Lisy. Jest w niej coś, czego tobie brakuje i czego brakuje mnie...
- Anik... – objął ją, chciał ją uciszyć, chciał też poczuć jej ciepło.
- Nauczyłam się tego przez te wszystkie lata – dodała.
- Jak ja cię kocham. – Położył jej głowę na ramieniu. – Gdyby tylko jeszcze Lisa chciała tego, co ja…

Kiedy w przerwie trasy na parę dni wrócił do domu, jak zwykle czekały na niego na podłodze sterty papieru z faksu i góry standardowej korespondencji. Wszyscy czegoś od niego chcieli, to nazwać jakiś produkt tytułem piosenki, to wykorzystać fragment muzyki w filmie, zaprosić go do jakiegoś programu i tak dalej. Na razie odrzucał wszystko. Chciał odpocząć. Naprawdę zainteresowała go dopiero seria kopert bez nadawcy. Wiedział od kogo były, poznał po francuskich znaczkach.
„Zrób coś – przeczytał w pierwszym, wybranym na chybił trafił. – Tego nie da się dłużej ciągnąć. Wczoraj dopadła mnie na ulicy para młodych ludzi i łamaną angielszczyzną, gorszą niż moja, pytali, czy nie jestem... Wytłumaczyłam, że nie, że się mylą, ale boję się, że nie tylko oni mogą mnie rozpoznać. Co będzie, jeśli wyjdzie na jaw, że żyję? Poza tym... Jestem samotna, nie mam do kogo ust otworzyć, do kogo pójść. Wiesz dlaczego się zgodziłam. Gdybym myślała jak uczciwy człowiek, to uważałabym, że sobie zasłużyłam na to, co mnie teraz spotyka. Jestem jednak egoistką. Chcę wrócić. Chcę znowu śpiewać. Nie znalazłam odpowiedzi na swoje pytania. Nie znalazłam w sobie kobiety - kury domowej. Gdybym nie śpiewała będąc w domu, to może by mi się to podobało. Powiem minionej sławy nadal by mi towarzyszył, ludzie jeszcze by na mnie patrzyli, o różne rzeczy pytali. Jestem próżna. Zrobiłam jednak coś dla Ciebie, teraz zrób coś dla mnie. Wymyśl sposób, żebym wróciła na scenę. Wiesz kto.
Ps. Widziałam twój show w telewizji. Miałeś racje, że go pokażą – nawet we Francji. Nieźle to wymyśliłeś, ale brakuje ci dynamiki. Tak w ogóle, to cieszę się, że wróciłeś do zdrowia. Jest w tym i trochę mojej zasługi, prawda?”
Pod spodem widniał jeszcze numer skrytki pocztowej. Zadbała o kamuflaż. Może przesadziła tylko w przelewaniu na papier swoich uczuć. To mogło ją zdemaskować. Nie było się jednak nad czym zastanawiać, bo nie zdemaskowało. List przecież doszedł prosto do niego, a on po przeczytaniu podarł go i spalił. Z następnymi, po szybkim przejrzeniu, postąpił podobnie. Przedstawiały kolejne etapy urządzania się we Francji.
- Co to jest? – spytała Anika.
- To od Lisy. Ona chce wrócić – wyjaśnił szeptem, tak jakby bał się, że ktoś ich usłyszy. – A więc coś wymyślę. – Na jego twarzy tańczył uśmiech.

Nagłówek listu zawierał trzy kropki, dalej widniał tekst pisany okrągłymi, drukowanymi literami:
„Ostatni koncert gram w Sztokholmie trzeciego lipca. Ludzi będzie dużo. Nakłonię ich, żeby modlili się za Ciebie. Przyjedź i kiedy będziesz gotowa wyjdź na scenę. Nie spotkamy się wcześniej. Tak będzie lepiej, bezpieczniej. Naszykuj sobie jakąś opowieść o życiu pozagrobowym, o tym, że wpadłaś do wody, podążałaś za światłem i takie tam. Powiemy, że byłaś bliska śmierci i że straciłaś pamięć. Jeśli się nie pojawisz, twój wybór. Jakby co, przygotuję sobie wideo, żeby myśleli, że mają widzenie. Ja też lepiej się nie podpiszę.” Jego listy zawsze brzmiały tak urzędowo i strasznie śmieszyły Lisę. Przyjdź, zrób, były bardziej instrukcjami działania, niż listami.
Mógł napisać, że mu jej brakuje, że czuje się samotny stojąc przed tłumem. Mógł jej napisać o wszystkich swoich wątpliwościach i lękach. Nie zrobił tego. To nie leżało w jego naturze. Kiedy mówił, było łatwiej, było szybciej i zawsze można było mieć nadzieję, że słowa porwie wiatr. Jeśli chciał pisać o swoich uczuciach, pisał piosenki, kiedy powiedział za dużo, mógł się potem tłumaczyć, że to tylko literacka fantazja.

Trzeci lipca. Ostatni koncert trasy. Serce waliło mu jak młotem.
- Jutro Lisa wraca na scenę – powiedział Anice poprzedniego wieczoru.
Spojrzała na niego, jej szczęki zadrgały, skóra wokół oczu napięła się.
- Nie rób niczego pochopnie – powiedziała. – Dokładnie przemyśl, co powiesz potem światu. To delikatna sprawa.
- Wiem – odparł lekko. Nie martwił się przyszłością. Myślał tylko o tym, że znowu będzie miał Lisę obok siebie na scenie.

- Dobrze się bawicie?! – spytał kładąc jedną rękę na stojaku mikrofonu. Barwne światło tańczyło rudymi odblaskami na jego długich włosach.
- Tak! – odpowiedział wrzaskiem tłum.
- Ale lepiej byście się bawili, gdyby Lisa była z nami?!
- Tak!
- Po tym jak ją straciliśmy, myślałem o różnych rzeczach. Czytałem o mediach i duchach. Marzyłem, żeby jeszcze raz stanęła ze mną na scenie – powiedział. – Pomyślałem, że gdybyśmy wszyscy razem się za nią pomodlili i poprosili Boga, by jeszcze raz pozwolił jej wystąpić, może tak by się stało?!
- Tak!
- Będziecie się modlić?!
- Tak!
Zaczął grać, a miejsce, w którym miało się zjawić wideo postaci Lisy oświetliły białe reflektory tak silne, że nie dało się zobaczyć, co było za ich zasłoną. Stamtąd przyszła. Miała na sobie obcisłe skórzane ubranie. Poruszała się miękko jak kot. Wraz z sobą przyniosła bezprzewodowy mikrofon, uniosła go w górę i zaśpiewała silnym głosem, wzbijającym się pod niebo. Nie dało się ukryć, że była najlepsza.
Tłum szalał. On wytrzymał do końca utworu. Potem znowu jak niegdyś był spontaniczny. Podbiegł do niej, chwycił ją za ramiona, potem objął.
- Jak dobrze, że jesteś, jak dobrze, Liso.
- Jestem. – Dotknęła jego włosów na oczach wyjącego tłumu. Poczuła dreszcz, do jej świadomości powróciło minione uczucie i zaniepokoiło, dając za razem odrobinę tajemniczej przyjemności.
- Jestem! – zawołała potem do całego świata. – Teraz pokażę wam, co to jest dobry koncert!
Dali z siebie wszystko.
Znowu byli blisko siebie, śpiewali do jednego mikrofonu, ona położyła mu dłoń na ramieniu. Tego chciał. Nie pomylił się. Świat znowu był piękny.

Liso wznosiła w górę ręce, jej głos poruszał niebo. Gęste, niebieskie światło spowijało ją jak welon. Była chuda i brzydka z wadą zgryzu i krótkimi włosami, które jeszcze wyostrzały jej rysy. Wiedział czemu się ostrzygła. Jej włosy były zniszczone i niezbyt gęste. Tak wyglądała lepiej, znacznie lepiej. Nie, to bez znaczenia, jak wyglądała, ani że nie była już młoda. To tylko drobiazgi. Była najlepsza. Nie mógł jej sobie wyobrazić w ciele pięknej, eleganckiej kobiety. Ona musiała być taka.
Sven śmiał się. Tak jak przed laty kładli sobie dłonie na ramionach. Byli tuż koło siebie. Tłum krzyczał w rytm bicia ich serc. Kłaniali się nisko, kłaniali się temu tłumowi. Świat należał do nich. Potem znowu grali i znowu się kłaniali, i znowu grali.
Bisowali przez ponad godzinę, tak jakby nie mogli się zdobyć na zakończenie koncertu. Tłum, Sven, a może i ona obawiali się, że to tylko sen, dziwaczna wizja, która może prysnąć jak bańka mydlana. Musieli grać. Musieli. Może to co przeżywali, spotykało ich po raz ostatni? Może nie ostatni, a pierwszy? Było tyle wątpliwości. Oczywiste było tylko to, że przeżywali wyjątkowe chwile, że warto było dać z siebie wszystko. Skąd mieli wiedzieć, czy następnego dnia praca znów nie stanie się męcząca i pusta. Tego wieczora wiedzieli, że są zmęczeni w taki dobry sposób. Czuli jak biją ich serca, czuli zapach swojego potu, ciepło drugiego zmęczonego ciała. Oboje ochrypli. Wiedzieli, że następnego dnia nie odezwą się słowem. Trudno. Trudno, nawet jeśli nigdy się nie odezwą. Tego wieczoru warto było śpiewać.
Kiedyś jednak musiał być koniec, kiedyś musieli naprawdę ukłonić się po raz ostatni. Tłum krzyczał, krzyczał coraz głośniej, nie chciał ich puścić. To była najwspanialsza muzyka, wspanialsza od ich muzyki, to dla niej żyli.

Za kulisami Lisa spytała:
- I co teraz powiesz?!
- Powiem, że to cud – zaśmiał się. – Powiem, że mamy powód, żeby świętować.
- Jestem zmęczona – zaprotestowała.
- Chyba nie aż tak bardzo – przekomarzał się z nią. – Przecież żyjesz dopiero od niedawna.
Pili tej nocy i rozmawiali podniesionymi głosami. Lisa opowiadała o życiu we Francji, Sven o przebiegu trasy. Dopiero nad ranem, kiedy atmosfera opadła, a zmęczenie dawało znać o sobie, w zamroczonych alkoholem umysłach zrodził się lęk. Koncert był dobry, ale co ludzie pomyślą rano? Czy uwierzą? Co powie reszta świata? To co zrobili, naprawdę było nieprzemyślane. Byli spontaniczni, byli szczęśliwi, wrócili do czegoś, o czym marzyli, ale to znowu się wypełniło, minęło. Został lęk, tylko lęk, pomiędzy wierszami wybełkotanych pijackich zdań.
Kiedy Sven zasypiał był już nawet zbyt zmęczony, żeby się bać. Anika przytuliła się do niego i położyła mu głowę na piersi. Kiedy on był szczęśliwy, ona też była szczęśliwa, a teraz tak jak i on nie miała siły na lęk. Było jej dobrze, było jej ciepło, on był obok. Czy to nie wystarczy? Wystarczy, to nawet zbyt wiele.

Rano nie byli w stanie pozbyć się reporterów. Wpadli jak fala powodziowa, prawie wyważając drzwi hotelowych pokoi, wywlekając ich z łóżek i zasypując tysiącami pytań.
- Nie ma w tym żadnego szachrajstwa – oznajmił Sven. – To zasługa Boga, dar dla świata. Tęskniłem za Lisą, prosiłem Boga, żeby mnie i całemu światu ją zwrócił. Bogu za to dziękujcie – wiedział, że to za wiele, że dopuszcza się bluźnierstwa. Widział to po twarzach reporterów. Jedni wpadali w ekstazę i zapisali słowo „cud”, inni już samym spojrzeniem byli gotowi go zabić. Nie będzie łatwo. No cóż, jemu to nie przeszkadzało, kiedy pokonywał przeszkody, był w swoim żywiole, zwłaszcza, gdy Lisa stała u jego boku.
- Pamiętam jak wpadłam do wody – powiedziała. – Słyszałam krzyk Roela, ale nie mogłam mu odpowiedzieć, nie miałam siły, żeby dopłynąć do powierzchni. Potem zobaczyłam światło i coś zmusiło mnie, żebym za nim podążyła. Nie wiem, co wydarzyło się potem. Nie pamiętam. Ktoś mnie musiał znaleźć i się mną zaopiekować. Pamiętam za to, że usłyszałam przez radio piosenkę Svena. To było jak przebudzenie. Najpierw wpadłam do wody, potem słuchałam radia w nieznanym mi barze. Pomiędzy było wiele miesięcy, ale ja ich nie pamiętam. Kiedy już wiedziałam, kim jestem, wróciłam. – Reporterzy dokładnie zapisywali jej słowa. – Nie skontaktowałam się ze Svenem. Chyba jeszcze nie myślałam jasno. Po prostu przyszłam na scenę, czułam, że tam jest moje miejsce.
Reporterzy pytali dalej.
- Sven, ale wyglądałeś jakbyś na nią czekał.
- Nigdy nie pogodziłem się ze śmiercią Lisy i skrycie liczyłem, że ona się gdzieś odnajdzie, że do mnie wróci. Tak naprawdę więc zawsze na nią czekałem.
I tak dalej. Powoli zaczynali mieć tego dosyć. Choć konferencja prasowa też męczyła ich w przyjemny sposób. Świat znowu ich słuchał.

Kiedy opuszczali hotel z obstawą i tłumem nie odstępujących ich reporterów śmiali się tak jak przed laty. Świat mógł podziwiać krzywe zęby Svena i brzydki, zdeformowany wadą zgryzu uśmiech Lisy.
Seria strzałów sprawiła, że ludzie w panice odskoczyli na boki. Nie było się jednak czego bać. Wszystkie kule osiągnęły cel. Lisa runęła na ziemię, przyciskając dłonie do brzucha, na ubraniu pojawiły się czerwone plamy. Krzyczała coś, wiła się po chodniku. Oprócz bólu poczuła jeszcze unoszące ją w górę ramiona. Usłyszała rozdzierający uszy, rozsadzający czaszkę sygnał karetki. To było wszystko. Zanim dojechali do szpitala, już nie żyła. Sven mógł tylko czekać, aż przyjedzie policja. Leżał na ziemi bez ruchu z policzkiem przytulonym do asfaltu, z dziurą w głowie i strużką krwi sączącą się ze skroni. Jego delikatna, chłopięca twarz była spokojna, a na wargach pozostał jeszcze cień uśmiechu. Anika runęła na kolana, wstrząsana apopleksjami płaczu. Czyjeś inne ramiona utuliły jej głowę, pocieszyły.
Kto strzelał? Tego świat nigdy się nie dowiedział, tego świat nie chciał wiedzieć. Kto i dlaczego by nie strzelił, miał rację. Zostali ukarani za to, że posunęli się za daleko. Namalowany kredą kontur ciała Svena szybko zmył deszcz i zadeptały ludzkie stopy.
Na trwałe wpisali się w historię muzyki, ale nie tak, jak Sven tego chciał. Ludzie zapamiętają ich jako zespół, który dopuścił się ogromnego skandalu, bo w końcu poskładano fakty i cała sprawa wyszła na jaw. Nikt nie będzie pamiętał dwójki młodych ludzi, którzy przyszli z nikąd i byli najlepsi, którzy pomieszali na listach przebojów świata, którzy niegdyś bez żadnych sztuczek, samym uśmiechem i opowieściami o miłości potrafili pociągnąć ludzi na koncerty i tysiące nastolatków nauczyli kochać głęboko i czule. Nikt nie będzie pamiętał chłopaka marzyciela, w którego głowie rodziła się muzyka. Nikt sobie nie przypomni prostej opowieści o tym, jak ten chłopak spotkał brzydką dziewczynę i w mrocznym wnętrzu zadymionej kawiarni obiecał, że kiedyś u swoich stóp będzie miała cały świat. Nikt nie będzie pamiętał, jak się wtedy swobodnie i czysto śmiała odrzucając w tył głowę.

21.03.1995 - Warszawa

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...