Kejti's Factory - Opowiadanie

"Chcę tylko tańczyć w deszczu"


…Jerry’emu, który wolałby pewnie, żeby ta historia wyglądała inaczej, ale dzięki któremu powstała taka, jaka jest.

"In my life there has been loving and lying and I don’t need another reason to cry. (…) I don’t want to get hurt no more this time."
- Per Gessle

Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Rok 1996, Warszawa.

Czy myślałeś kiedyś, skąd biorą się samotni ludzie na dworcu? Skąd biorą się ci wpatrzeni w dal niewidzącymi oczami? Ci wędrujący wzdłuż peronu jakby mieli nadzieję dokądś dojść, ale nie dochodzący nigdzie? Ci patrzący na zegarek, jakby to mogło przyśpieszyć bieg wskazówek? Czy myślałeś ile razy można wysłuchać „I don’t want to get hurt” leżąc na podłodze?
Ja słucham tego na okrągło, kiedy tylko mogę. Myślałam już o tym, żeby nagrać sobie całą kasetę, najlepiej dziewięćdziesiątkę, na której na obu stronach byłaby tylko ta piosenka. Ale potem stwierdziłam, że to zły pomysł. Kiedy tak bowiem leżę na podłodze i słucham jak Marie Fredriksson z Roxette śpiewa, że nie chce być więcej zraniona, to prawie wpadam w trans. Podłoga gdzieś odpływa, odpływa sufit. Mam zawroty głowy. Serce mnie boli i chce wyrwać się z piersi. Pod powiekami wzbiera potok łez, który czasem wypływa na policzki. Wydaje mi się, że to piosenka o mnie. Ja też już nie chcę być raniona. Nie mam siły. Zniosłam wystarczająco dużo. Najgorsze jest jednak to, że jeszcze drugie tyle, albo i lepiej przede mną.
Na szczęście to ostatnia piosenka na kasecie. Dograłam ją po solowej płycie Marie „Den Sjunde Vagen” – „Siódma Fala”, czyli ta przed ostatnią. Potem przychodzi już tylko ósma i przynosi zagładę. Tak jakoś wszystko się z sobą łączy. Dzień mojej zagłady jest bliski – tak myślę.
Magnetofon wyłącza się głośno, wracam do rzeczywistości. Szybko ocieram łzy. Matka nie może zobaczyć, że płakałam. Powiedziałaby: „A nie mówiłam?” Mówiła, ale kto słucha, gdy jest zakochany? Potem jest codzienność. Czasami chce mi się krzyczeć i walić pięściami w ściany. Dlaczego my?! Dlaczego właśnie my?!

Stół był zastawiony. Stały na nim dwa puste kieliszki o błyszczących krawędziach i pusta butelka po białym winie. W popielniczce leżały niedopałki, dużo niedopałków. Za oknem wstawał świt, niebieski, zimny, nie wróżący przyjemnego powrotu do domu.
Zatrzymałam się w drzwiach. On leżał w pościeli. Powoli zapinałam guziki swojego ciężkiego, brązowego płaszcza. Mocno zaciskałam szczęki. On tylko patrzył. Miał czarne, kręcone włosy i piwne oczy. W żaden sposób nie był podobny do Piotra. Zrobiliśmy to, zrobiliśmy tej nocy.
Z trudem przełknęłam ślinę, była gorzka.
- Nie szukaj mnie – powiedziałam w podłogę. – Ja cię znajdę. – To było wszystko. Byłam już na klatce schodowej, a on się nawet nie podniósł.
Chciałam uciec, ale nie biegłam. To nie od niego chciałam przecież uciekać, a od siebie samej i tego dnia. Szłam poprzez błękitne światło świtu, nie wiedząc dokąd i przez to nie idąc właściwie nigdzie. Z piętnem minionej nocy nie pasowałam do żadnego ze swoich światów.
Przypomniałam sobie – nie nagle, tylko tak po prostu – to, co kiedyś mówiła Baśka, moja przyjaciółka: „Romantyk jest dobry na później, na wspólną starość, póki jest się młodym, trzeba się wyszaleć.” Jakiejś nocy, trochę podchmielona mówiła, że chciałaby przespać się z jakimś innym chłopakiem, mimo, że kocha swojego Marka. Tłumaczyła, że chodzi jej po prostu o przygodę, o zobaczenie jak jest z innymi, a miłość nie ma z tym nic wspólnego. Wtedy mi się to nie podobało, teraz…
Tak, to po prostu była ciekawość, chęć przeżycia przygody – sama sobie próbowałam to wmówić, ale nie mogłam. Wiedziałam jaka była prawda. Zdradziłam Piotra przez dziewczynę z radia.

CB to nie był dobry wynalazek. Piotr zaraził się nim od Długiego, kumpla z uczelni. Długi całe noce gadał przez radio i uważał, że to świetne. Piotr uwierzył. Pewnego dnia po prostu przywieźli radio ze wzmacniaczem maluchem Piotra i zainstalowali antenę na dachu bloku Baśki.
Piotr ciągle u niej mieszkał, bo nie miał gdzie się podziać.
Baśka stojąc na tarasie na siedemnastym piętrze, krzyczała na latającego po dachu Długiego, żeby się tylko nie zabił i nie ruszał anten telewizyjnych sąsiadów. Obie te rzeczy były dla niej tak samo ważne.
Potem tym samym maluchem zawieźli drugie radio do mnie.
Ten samochód to była wielka sprawa. Piotr sześć lat po wypadku znowu prowadził, przemógł strach. Malucha kupił dzięki przeróżnym dofinansowaniem dla osób niepełnosprawnych i bezterminowej pożyczce od Baśki. Ledwo starczyło.
Pytałam: „Na co nam to radio?” Kiedyś uważałam CB za protezę życia, i jako takie, za coś najzupełniej mi zbędnego. Teraz jednak chyba sama potrzebowałam protezy.
Niewielu przyjaciół i znajomych zaakceptowało moją decyzję, to że zostałam z niepełnosprawnym chłopakiem i po prostu o mnie zapomnieli. Z Piotrem nie został nikt z ludzi, których znał przed wypadkiem, tylko ja. Ile ja miałam wtedy siły! Niektórzy mówili, że się wypalę, ale nie wierzyłam. To się jednak stało.
Piotr tłumaczył, że będziemy mogli wieczorami z sobą rozmawiać, co do tej pory nie było możliwe. U mnie w domu telefon stał w sypialni rodziców.
- Poza tym, za to się nie płaci rachunków – dodał.
Długi miał problem, żeby dotrzeć na dach mojego bloku. Trzeba było pójść po klucz do dozorczyni, powiedzieć do czego jest potrzebny i tak dalej, w końcu się jednak udało.

Wieczorem następnego dnia po tym, jak zrobiłam to z Robertem, wołałam Piotra na radiu:
- Centaur, Centaur Żoliborz – i tak wciąż.
Centaur to był jego pseudonim, Centaur – półczłowiek, półkoń, taki bowiem był, bez swojego Ewera, tylko półczłowiek na kółkach. Mnie wołali Amazonka.
Przed nocą spędzoną z Robertem też chciałam zawołać Piotra. Ostatnio zdarzały się całe tygodnie, kiedy się nie widywaliśmy. Brakowało czasu. Oboje studiowaliśmy. On miał treningi. Ja łapałam różne dorywcze prace.
Był środek nocy. Po prostu chciałam usłyszeć jego głos. Kiedy nie było go przy mnie, szczególnie w nocy, nagle opadał mnie nieracjonalny, paniczny strach, że świat za chwilę przestanie istnieć, a słońce już więcej nie wzejdzie.
Ktoś był na naszym kanale. Poznałam słodki szept jakby zawsze wystraszonej Kici. Na radiu poznaje się wielu ludzi.
- Czy myślisz, że istnieje miłość? – spytała kogoś.
- Oczywiście – odpowiedział Piotr. – Miłość istnieje i jest czymś naprawdę wspaniałym. Czasami można żyć samą miłością, kiedy nie ma się niczego innego.
- I myślisz, że każdego, ktoś kiedyś może pokochać? – O co jej chodziło?
- Oczywiście. – Piotr śmiał się, ale jego śmiech brzmiał smutno. – Jeśli Amazonka mnie pokochała, to znaczy, że każdego może ktoś kiedyś pokochać. Czemu pytasz?
- Od tak – odpowiedziała tylko. – Mam zły okres, ale… Tak właściwie to chciałabym zaprosić ciebie i Amazonkę na ognisko. Część ludzi z radia spotyka się co jakiś czas na ogniskach... I pomyślałam, że byłoby miło, gdybyście przyszli. Czasem fajnie jest zobaczyć, z kim rozmawia się całe dnie. Ognisko będzie na Kabatach, tak jak ostatnia stacja metra. Wiesz gdzie?
- Nie – odpowiedział Piotr. Jego głos nagle stał się zimny. – Amazonka wie, ale i tak nie przyjdziemy.
- Czemu?
- Dobrze mi się z tobą rozmawia, Kiciu – powiedział jakby z trudem. – I niech tak zostanie. Po co to psuć? Czasem lepiej się nie widzieć…
Odrzuciłam słuchawki, wtuliłam głowę w poduszkę i zaszlochałam histerycznie, jakbym zwariowała. To chyba był cud, że matka mnie wtedy nie usłyszała.
- Amazonka Bródno – zgłosił się w końcu, noc po tym, gdy zrobiłam to z Robertem.
- Piotr, och – wyszeptałam tylko i zaczęłam szaleńczo płakać.
On miał taki ciepły głos. Mój Piotr. Jak ja go kochałam.
- Co się stało? Czemu płaczesz? – spytał.
- Och. – Nie mogłam się opanować. – To nic. Miałam ciężki dzień na uczelni i w ogóle. Teraz mam tyle pracy – kłamałam jak z nut. – Nie miałam czasu do ciebie przyjechać. – Nie miałam czasu, bo byłam z Robertem. – Tak mi ciebie brakuje. – Wciąż trzymałam mikrofon. – Chciałabym, żebyś był przy mnie. Miałam taki zły sen. Śniło mi się, że mnie zostawiłeś…
- Nie zostawię cię – powiedział cicho, spokojnie, żeby mnie pocieszyć.
Pewnie, mnie łatwiej było odejść, niż jemu! Jak mogłam tak myśleć? To było podłe. Wariowałam.
- Nigdy cię nie zostawię, jesteś jedyna.
- Piotr, mów do mnie – poprosiłam. – Po prostu mów do mnie. Kiedy cię słyszę, jestem spokojniejsza. – To była prawda.
- Co mam mówić?
- Nie wiem. Po prostu mów.
- Kochanie, spróbuj się wziąć w garść. Jestem myślami przy tobie. Zamknij oczy, jesteś zmęczona, więc śpij. – Spróbował wywiązać się ze swojego zadania. Ja westchnęłam. Kiedy do mnie mówił, strach znikał. Rzeczy stawały się oczywiste. Jestem z nim. Kochamy się. Razem spędzimy całe życie. To jest dobre i słuszne. Będziemy razem szczęśliwi.
Zamknęłam oczy. Jego głos docierał do mnie jakby z bardzo daleka. Nie rozumiałam już słów, ale te nie miały znaczenia. Widziałam go pod swoimi powiekami. Ciągle jeszcze jego skóra nosiła cień opalenizny. Latem oboje opaliliśmy się na brąz. Spędziliśmy trzy tygodnie razem w Jastarni. To było cudowne chwile mimo wielu trudności, jakie stanęły na naszej drodze.
Choćby plaża. Dla człowieka na wózku przedarcie się przez piasek jest prawie niewykonalne. Rozkładaliśmy się więc tuż przy wejściu.
Kąpiel to też nie była łatwa rzecz. Piotr podjeżdżał na wózku do samej wody, tak, że uderzające fale obmywały koła. Teraz ja musiałam mu pomóc. Uczepionego mojego ramienia wlekłam go na głęboką wodę. Tam byliśmy tacy sami, jak wszyscy, wolni, wolni jak na grzbietach koni. Nurkowaliśmy, by patrzeć w słońce z pod wody. Całowaliśmy się. Mógł mnie swobodnie obejmować, tak jakby stał.
Wracając na brzeg płynęliśmy obok siebie tak długo, jak to było możliwe, a potem już tylko pełzliśmy po dnie, wspierając się na rękach, tak jak dla zabawy robi to wielu ludzi. Wtedy jeszcze nie było między nami różnicy. Nikt nie wiedział, które to się dla którego poświęca. Ale potem podnosiłam się i pomagałam mu usiąść na wózku, a ludzie gonili nas spojrzeniami.
Spojrzenia są chyba najgorsze. I te zimne, i te ciekawe ranią. Byliśmy ludźmi i mieliśmy prawo do miłości.
Spojrzenia to jednak nie wszystko. Były też rzeczy tkwiące we mnie. Mój ojciec powiedział kiedyś, że zatęsknię w końcu za bezdrożami i zatęskniłam.
Z Jastarni do Juraty są trzy drogi. Chodnik między szosą i lasem nie należał do najprzyjemniejszych miejsc. Szosą, jedyną na tym odcinku, wciąż gnały samochody. Druga droga biegła równolegle do chodnika, oddzielona od niego pasem krzewów i drzew, równa i szeroka. Tą drogą myśmy się poruszali. Była też trzecia, po drugiej stronie torów kolejowych, bliżej morza, wąska, kręta, zakolami wspinająca się na liczne pagórki. Kiedyś, kiedy jeszcze byłam sama, chodziłam tą właśnie drogą i teraz znowu o tym marzyłam.
Właściwie czemu nie mielibyśmy nią pójść – pomyślałam. Dokonywaliśmy już cudów. Piotr przecież nauczył się ponownie jeździć konno, a w Jastarni byliśmy pod namiotem, choć i to nie było proste. Powiedziałam mu o tym. Jak on na mnie wtedy patrzył. Był wściekły i wcale mu się nie dziwiłam, ale zgodził się i ruszyliśmy drogą, do której rwało się moje serce. Tu w każde drzewo, w każdy krzew, korzeń i kamień była wpisana część mojego życia.
Ja byłam rozradowana, on zły. Przecież trasa, która dla mnie była zwykłym spacerkiem, dla niego była prawie nie do pokonania – za wąska, za kręta, zbyt piaszczysta. W końcu jednak stanęliśmy na Górze Straconych Złudzeń. To ja tak kiedyś nazwałam to najwyższe wzniesienie pomiędzy Jastarnią, a Juratą.
Kiedy byłam dzieckiem i dla mnie wspięcie się na jej szczyt było trudnym zadaniem – była stroma, a wystające korzenie tworzyły coś w rodzaju wysokich schodów. Piotr nie był w stanie sam ich pokonać. To go złościło. Nie lubił, kiedy mu pomagałam. Chciał wszystko osiągnąć sam.
Kiedy jednak stanęliśmy już na szczycie i mogliśmy z góry popatrzeć na tory, oboje się śmialiśmy. Byliśmy szczęśliwi. Odnieśliśmy sukces. Wygraliśmy w zmaganiu z przyrodą i z naszymi słabościami.
To było takie dziwne – to co kiedyś było zwyczajne i codzienne, teraz graniczyło z cudem. Z jednej strony to było piękne, z drugiej… Trudno było tak żyć.
Czasem Piotr zasypiał na plaży. Patrzyłam na niego wtedy. We śnie jego twarz wygładzała się. Oddychał spokojnie. Jego szeroka, pięknie uformowana klatka piersiowa unosiła się lekko, miarowo. Ramiona miał szerokie, umięśnione, ale nie jak kulturysta, tylko jak ktoś, w kogo rękach drzemie naprawdę ogromna siła. Te ramiona nie pasowały do nóg długich i cienkich, właściwie składające się jedynie z kości obciągniętych skórą. Nieużywane mięśnie zanikły prawie zupełnie. Czasami myślałam jaki by był, gdyby nie ten wypadek i jakie byłoby nasze życie.
Jaki by był? To przecież wiedziałam. Pamiętałam go jeszcze z tych naszych dwóch wspólnych miesięcy, kiedy chodził – najprzystojniejszy i najlepszy jeździec na Legi, wysoki, uśmiechnięty chłopak o delikatnych dłoniach.
Może gdybym nie spojrzała mu w oczy wtedy, gdy zapytał mnie, czy będę jego dziewczyną, wcale by mnie teraz przy nim nie było. Ale spojrzałam. Spojrzałam w jego ogromne, błękitne oczy i byłam już pewna. Gdybym wtedy powiedziała „tak”, może by nie wsiadł do tego sportowego samochodu, ale jeszcze bałam się z kimś związać. Wpadłam.
Gdyby… Bylibyśmy szczęśliwi, a Piotr byłby doskonałym mężczyzną. Gdyby… Niestety czasu nie można było cofnąć.
Mimo tych myśli, to było cudowne lato, a raczej byłoby, gdyby nie jeszcze jeden drobiazg. Byliśmy w Jastarni tylko we dwoje. Cały czas rozmawialiśmy z sobą i o sobie, dusiliśmy się we własnym sosie. Przydałaby się jakaś grupa znajomych, jacyś młodzi ludzie lekko podchodzący do życia i chcący się bawić. Ale nikogo takiego nie było. Nikt nie chciał mieć z nami nic wspólnego, nikt nie chciał słyszeć o kalectwie, strachu i bólu, a na pewno nie w wakacje.
Zasypiałam i śniłam sen, który powracał już któryś raz w ciągu ostatnich dni. Szłam wzdłuż dworca. Wokół panował mrok, tuż nad torami snuły się kłęby mgły.
Z naprzeciwka nadszedł jakiś człowiek. Był wysoki i szeroki w ramionach. Nosił czarny cowboyski płaszcz prawie do kostek i cowboyskie buty. Włosy miał złote, jak dojrzałe zborze. Zatrzymał się i oparł placami o jeden z szerokich, betonowych filarów podtrzymujących dach dworca. Był za daleko, bym mogła wyraźnie rozpoznać rysy jego twarzy. Miał w sobie coś z Piotra i coś z Pera Gessle z Roxette, mojego idola.
W świecie snów odpowiedzi mogły udzielić mi tylko oczy. Piotra były błękitne, Pera – brązowo-zielone. Chciałam do niego podejść, przekonać się, chciałam…
Tak naprawdę chciałam tylko jednego – zatańczyć z nim.
Próbowałam do niego podejść, ale nie mogłam. Mimo ciągłych wysiłków nie ruszałam się z miejsca, a on stał i patrzył na mnie oczami nieodgadnionego koloru.

To był czwartek. Nocowałam u Piotra, czy może raczej u Baśki, bo to przecież było jej mieszkanie. Objęci, wtuleni w siebie siedzieliśmy na czarnej, skórzanej kanapie oglądając telewizje. Baśki nie było, wyszła gdzieś z Markiem.
Piotr rzadko miał dostęp do telewizora i musiał z tego korzystać. Odbiornik stał w pokoju, który zajmowała Baśka, a często sypiał w nim i Marek.
Marek i Piotr nie cierpieli się. Obaj nosili w sobie cienie przeszłości i nie potrafili się porozumieć. Marek stracił w wypadku samochodowym matkę i siostrę. Miał obsesje na punkcie nieodpowiedzialnych kierowców. Piotr sam się okaleczył. Woleli się mijać, udawać, że się nie widzą. Tak przynajmniej nie wszczynali awantur.
Drugi problem polegał na tym, że pokój z telewizorem był na górze dwupoziomowego mieszkania i biegły do niego wąskie, strome schody przypominające drabinę. Dostanie się tam nie należało do prostych. Piotr siadał na schodach i wciągał się na rękach stopień po stopniu. Ja składałam wózek i wnosiłam na górę.
Leciał właśnie „Ekspres reporterów”. Często to oglądałam. Czasami pokazywali naprawdę ciekawe rzeczy, ale nie tego dnia. Chodziło o brak wody w jakiejś starej kamienicy. Bezzębna, siwa kobieta krzyczała, że coś takiego jest nie do pomyślenia, że ona musi codziennie prać, bo ma męża inwalidę. Ja pomyślałam, że mnie ten problem nie dotyczy. Piotr był w stanie panować nad swoimi potrzebami fizjologicznymi. Właściwie oboje mieliśmy szczęście, jeśli tak na to spojrzeć.
Popatrzył na mnie wtedy bardzo uważnie, badawczo.
- Obiecaj mi coś – poprosił.
- Tak?
- Obiecaj mi – powiedział, dziwaczne podniecenie płonęło w jego oczach. – Obiecaj, że nigdy nie wystąpisz w telewizji, skarżąc się na swoje ciężkie życie z mężem inwalidą.
- Obiecuję – wyszeptałam, a on mnie pocałował.

Pewnego dnia poszłam na rockową dyskotekę. Zrobiłam to przez dziewczyny z roku. Rano opowiadały sobie o upojnej nocy spędzonej na jakiejś imprezie. Licytowały się, którą bardziej bolą nogi. Jak ja im zazdrościłam. Kiedyś kochałam taniec, teraz… Teraz czasem tańczyłam będąc sama z sobą i magnetofonem, sycąc się sprawnością swojego ciała. Częściej jednak leżałam na podłodze słuchając smutnych piosenek. Brakowało mi imprez.
Nas rzadko gdziekolwiek zapraszano. Często ukrywano nawet przed nami fakt, że ktoś organizuje jakąś prywatkę. Inni nie chcieli oglądać inwalidy, gdy mieli zamiar się wyszaleć. A jeśli już gdzieś chodziliśmy, albo się upijałam, albo się kłóciliśmy. Mało było udanych imprez, ale przecież i takie były. Zapomniałam o tym. Zapomniałam Sylwestrze u Baśki. To była upojna noc, noc miłości i braterstwa, kiedy wszyscy byliśmy razem, jak jedna, wielka, kochająca się rodzina. Zapomniałam.
Marzyłam o tym, żeby tańczyć. Marzyłam o tym, żeby gdzieś pojechać z grupą znajomych i robić głupstwa. Studenckie wypady też nie były dla mnie. Nie mogłam zabrać z sobą człowieka na wózku.
W końcu nie wytrzymałam. Pójdę na dyskotekę rockową – zadecydowałam. Przecież to nic nie znaczy, pójdę i nikomu nie powiem.
Założyłam czarne, obcisłe jeansy i czarną obcisłą bluzeczkę bez ramion. Pomalowałam paznokcie na czarno i poszłam. Wyobrażałam sobie, że jestem demonem nocy, kobietą samotna w tłumie, która samotną pozostanie, bo tak postanowiła. W domu powiedziałam, że idę do Piotra, Piotrowi, że muszę się uczyć, bo mam kolokwium. Szalałam ile mogłam, sycąc się gibkością swoich ruchów. Zlana potem, roześmiana, nie opuściłam żadnego tańca.
Z reguły szalałam po parkiecie sama, prawie wpadając w trans otoczona kakofonią dźwięku i barwnymi mrugającymi światłami. Czasem jednak ktoś mnie prosił. Czyjeś spocone, lepkie ręce, spoczywały na moich plecach, pasie lub pośladkach. Czasem ktoś przyciągał mnie bliżej do siebie, łamiąc granicę oficjalnych trzydziestu centymetrów. Tak właśnie było, gdy tańczyłam z czarnowłosym. Nie zaprotestowałam. Oparłam głowę na jego ramieniu. Przez cztery minuty piosenki byłam kimś innym i miałam coś, czego mieć już nigdy nie miałam. Sama wybrałam. To prawda. Świadomość własnego wyboru nie powoduje jednak, że ból jest mniejszy. Na moment duży, silny, sprawny mężczyzna stał się moją własnością i mógł mnie bronić przed światem, z którym tak często sobie nie radziłam.
Piosenka skończyła się, a myśmy tańczyli jeszcze chwile bez muzyki. Potem mi podziękował i poprosił o jeszcze jeden taniec. Zgodziłam się. Czekaliśmy, aż znowu zaczną grać.
Puścili „I don’t want to get hurt.” Przylgnęłam do niego, po mojej twarzy popłynęły łzy. Mogłam zwalić to na dym z papierosów, na który miałam uczulenie. Tak już kiedyś było, na szkolnej imprezie, z lat kiedy jeszcze nie znałam Piotra. Tańczyłam wtedy z pewnym przystojniakiem. Zalewałam się łzami. Jakaś dziewczyna, chyba Dorota, powiedziała: „Nie płacz, on nie jest tego wart”, a ja nie płakałam przez niego, tylko przez papierosy. Tak bardzo szczypały mnie oczy.
Teraz tak nie było. Płakałam, bo to była piosenka o mnie. Ja już nie chciałam być raniona, nie miałam na to siły. Nie chciałam walczyć z całym światem o Piotra. Chciałam zapomnieć, mieć spokój, poczuć się wreszcie bezpiecznie, tak bezpiecznie jak w ramionach tego obcego chłopaka.
- Czemu płaczesz? – spytał.
- To przez tę piosenkę – odpowiedziałam z trudem. Nie podniosłam głowy. – Ona jest taka piękna.
Przycisnął mnie mocniej do siebie. Potem odprowadził na bok do stolika, postawił mi wódkę z tonikiem. Ja ocierałam oczy, nie mogąc powstrzymać łez.
- Co z tobą? – spytał. – Na pewno nic ci nie jest? – Patrzył na mnie. Był zatroskany.
- Nie, nic. – Potrząsnęłam głową. – Nie mówmy o tym – poprosiłam. – Tej nocy po prostu chcę się bawić.
Bawiliśmy się. Aż do zamknięcia dyskoteki tańczyłam już tylko z nim. Nie mówiliśmy prawie nic. To nie było potrzebne. Potem razem wyszliśmy. Padał rzęsisty deszcz. On cofnął się o krok, ale ja wyskoczyłam na dwór. Odrzuciłam w tył głowę, tak by ogromne krople lądowały mi na twarzy. Roześmiałam się szaleńczo i czysto.
- Biegnijmy! – rzuciłam podskakując w miejscu i pobiegliśmy do przystanku trzymając się za ręce, rozchlapując kałuże. Biegliśmy, a dla mnie nawet zadyszka i mokre buty były czymś cudownym.
- Jesteś szalona – powiedział już pod dachem.
Na imię miał Robert – tyle wiedziałam.
Uśmiechnęłam się lekko.
Niebo jaśniało. Wstawał nowy dzień.
- Dokąd jedziesz? – spytał.
- Gdzieś – rzuciłam lekko, musiałam przecież wrócić do dawnego życia, bez tego obcego chłopaka.
- Odwiozę cię…
- Nie.
- Powiedz mi chociaż, gdzie mieszkasz…
- Nie. – Nagle coś przyszło mi do głowy. – Jeśli chcesz, podaj mi swój numer telefonu. Może kiedyś zadzwonię.
- Sześćset czternaście…
- Musisz napisać, bo inaczej zapomnę.
Przeszukał kieszenie, ale nie miał przy sobie niczego do pisania. Popatrzył na mnie błagalnie. Podobałam mu się. To było takie podniecające. Baśka miała rację – mogę mieć każdego.
Znalazłam czystą chusteczkę do nosa i pojemniczek z czarnym lakierem do paznokci. On wziął to ode mnie i spróbował napisać swój numer na chusteczce, nie kładąc jej na niczym. Śmiałam się z niego.
Wtedy to na przystanek wtoczył się nocny autobus. Wskoczyłam w ostatnie drzwi i zatrzymałam się na stopniach.
- Poczekaj! – zawołał. Ciągle walczył z chusteczką.
- Nie. – To było wszystko.
Oddał mi rzeczy tuż przed zamknięciem drzwi.
- Zadzwoń! – zawołał.
Ja odpowiedziałam uśmiechem.
Ulokowałam się na pojedynczym siedzeniu pod oknem. Było zimne, a może i wilgotne. Rozłożyłam chusteczkę i przyjrzałam się beznamiętnie nabazgranym na niej cyfrą.
Przecież nigdy nie muszę zadzwonić – pomyślałam.
Z Piotrem po raz pierwszy umówiłam się tak samo. Mieliśmy się spotkać pod kinem „Muranów”. Gdybym nie przyszła, nie wiedziałby, gdzie mnie szukać. Nie znał mojego adresu, ani nazwiska.
Nagle zrodziła się we mnie złość. Dlaczego ja w ogóle musiałam spotkać Piotra? Gdyby nie on, wszystko byłoby takie proste. Chodziłabym na dyskoteki, podrywała…
Czy ja naprawdę tego chciałam? Nie. Ja po prostu chciałam tańczyć, biegać i wskakiwać do autobusów, nie myśląc o tym, że są ludzie, dla których to niemożliwe. Chciałam raz spędzić dzień, nie myśląc o barierach, postępując spontanicznie i klepiąc wszystko, co mi ślina na język przyniesie bez obawy, że kogoś zranię.
Złożyłam chusteczkę i schowałam ją do kieszeni. Wpatrzyłam się w okno. Potoki wody płynęły po szybie, zamazując obrazy i powodując, że miasto przestawało być realne. To wszystko był sen, ale jeśli śniłam, co miało przynieść przebudzenie?

Nie pojechałam wtedy do domu. Jak bym wytłumaczyła rodzinie nocny powrót od Piotra? „Pokłóciliście się?” – zapytaliby. – „Coś się stało?”
Och, stało się wiele, ale oni nie mogli się o tym dowiedzieć.
Piotrowi też w nocy nie mogłam się pokazać. Co bym powiedziała? „Nie mogłam spać”?
Kiedy już dniało dotarłam do klubu jeździeckiego, w którym ćwiczył Piotr. To było dziwne miejsce. Konie mieszkały w wojskowym namiocie, właściciele w dwóch barakowozach. Wodę pompowało się ręcznie z pompy stojącej na środku terenu ogrodzonego płotem z żerdzi. Telewizor działał na akumulator samochodowy.
Wsunęłam się na teren klubu pod ogrodzeniem. Otworzyłam „stajnię”. W jej ciemnym, ciepłym wnętrzu zatrzymałam się na chwilę. Coś mi się nie zgadzało. Było o jednego konia więcej. Czy to jednak mogło mieć dla mnie jakieś znaczenie?
Weszłam do przegrody zajmowanej przez Ewera.
- Uuu… mały, uuu… - powiedziałam klepiąc go po szyi.
Przeszłam nad żłobem i znalazłam się w części namiotu gdzie składowano siano. Zagrzebałam się po szyję i zasnęłam.
Śnił mi się znowu tamten sen. Szłam wzdłuż dworca ku mężczyźnie, z którym chciałam tańczyć, a on - trochę Piotr, a trochę Per, stał oparty o filar i patrzył na mnie. Tylko patrzył, a ja nie wiedziałam w jakim kolorze są jego oczy i przez to czego naprawdę chcę.
Szłam, szłam i szłam nie ruszając się z miejsca. Nagle ktoś złapał mnie za rękę. Odwróciłam się i zobaczyłam tuż koło siebie twarz Roberta.

Obudziłam się nagle już po wschodzie słońca. Wylazłam przed „stajnię” i chwilę wybierałam sobie siano z włosów. Potem jakby nigdy nic ruszyłam do wyjścia.
Okolica ciągle była wymarła i tylko pani Mariola ćwiczyła na dużym kole nieznanego mi, karego konia. Kiedy mnie zobaczyła podjechała do mnie.
- Co tu robiłaś? – spytała twardo.
- Nic – odpowiedziałam tylko.
- Masz jakieś problemy? – Może była zatroskana, a może zła.
- Nie. Wszystko w porządku, tylko… Nie mów Piotrowi, że tu byłam.
- Dobrze – zgodziła się.
- Co to za koń? – spytałam szybko, żeby zmienić temat.
- Anubia – oznajmiła klepiąc klacz po szyi. – Kupiłam ją dla Piotra. Jest młoda, dobrze skacze. Jeśli nauczy się chodzić bez łydki, mogą razem odnosić sukcesy. To koń, którego można zabierać na znaczące zawody.
- Mogę na niej pojeździć?
- W tym stroju? – zdziwiła się pani Mariola, ale zeskoczyła z siodła. – Nie mów mu jeszcze, że to koń dla niego. – Teraz ona prosiła o dochowanie tajemnicy. – Nie wiem przecież, czy coś z tego będzie.
- Dobrze – rzuciłam już z grzbietu klaczy.
Razem ruszyłyśmy na duże koło. Anubia była dynamiczna, a zarazem miękka w pysku.
Wróciłam myślami do dawnych czasów. Przecież to ja wyszkoliłam Ewera, żeby chodził bez łydki. Ja to zrobiłam! Poświęciłam na to parę ładnych miesięcy. Nie dbałam wtedy jednak o czas, ani wysiłek, jaki wkładałam w pracę z koniem. Robiłam to dla Piotra. Nie bałam się świata, ani ludzi. Teraz… Nie powinnam iść na tę dyskotekę, ani wziąć telefonu do Roberta.
Nigdy z tego numeru nie skorzystam – postanowiłam.
Na grzbiecie karej klaczy znowu byłam na miejscu, w swoim świecie i robiłam to, co jako jedyne było słuszne.

Jakiś czas temu obejrzałam razem z Piotrem film o Joni Eareckson.
Dla tych, którzy nie wiedzą, kto to jest, wyjaśnię, że to bardzo ważna postać dla ludzi niepełnosprawnych, ktoś w rodzaju duchowego przewodnika.
Jeśli ktoś nie oglądał tego filmu, wiele stracił. To było coś naprawdę makabrycznego. Joni też jeździła konno. A potem miała wypadek. Skoczyła do wody. Nie miała tyle szczęścia co Piotr. Sparaliżowało ją od szyi w dół, z odrobiną władzy w ramionach. Nauczyła się z tym jakoś żyć, to fakt, ona miała na to pieniądze. Pogodziła się z losem (konia sprzedała). Tyle tylko, że dwukrotnie (chyba) miała szansę na miłość. Odrzuciła ją. Nie chciała cierpieć, więc zrezygnowała i ze szczęścia. Zwróciła się do Boga i to co odkryła, zaczęła głosić światu. Tak zdobyła rozgłos. Słuchały jej miliony i miliony przyjmowały jej filozofię.
Ja zrozumiałam ją tak: – Jeśli jesteś niepełnosprawny, nie licz na cud, bo cuda się nie zdarzają. Nie walcz też o to, co „zdrowi” nazywają szczęściem, bo to już nie dla ciebie. Ty w tym znajdziesz tylko cierpienie, bo ludzie zawodzą. Nie zawodzi tylko Bóg. Żyj więc cicho i spokojnie, nie walcz, nie skarż się, nie wyklinaj, twoja pokora zostanie ci wynagrodzona po śmierci.
- Co ty na to? – spytał Piotr.
- To kretynizm – odpowiedziałam wzburzona. – Przecież to ucieczka od życia, droga dla tchórzy. Gdyby wszyscy ze wszystkim się godzili, świat nie szedłby do przodu…
- Nie wszyscy, tylko niepełnosprawni – poprawił mnie.
- Nie można się godzić! – oświadczyłam podniesionym z podniecenia głosem. – Trzeba walczyć. Pewnie, że walcząc się cierpi, ale odnosi się też sukcesy. – Ja naprawdę tak myślałam. – To jest warte tego cierpienia.
Piotr uśmiechnął się.
- Jesteś niesamowita – wyszeptał mi prosto do ucha, a potem pocałował w szyję.
Odpowiedziałam mu pocałunkiem i zaczęliśmy się pieścić, choć Joni nie skończyła jeszcze swojego wykładu.
- Jak film? – rzuciła Baśka, wchodząc na górę.
Wyprostowaliśmy się od razu i odsunęliśmy od siebie.
- Przepraszam. – Chciała się wycofać.
- Stek bzdur. – Piotr udzielił odpowiedzi na jej pytanie. – Masz szczęście, że go nie widziałaś.
Następnego dnia na ćwiczeniach byłam naprawdę dumna ze swoich malinek na szyi. Ja też mogłam przeżywać takie rzeczy!
- Kto ci to zrobił? – spytała jedna z dziewczyn z nutą podziwu w głosie.
- Mój chłopak – odpowiedziałam.
- Ten inwalida? – zdziwiła się jakaś bardziej zorientowana.
- Tak, ten inwalida – powoli rodziła się we mnie złość.
Ja nie chciałam więcej wysłuchiwać takich pytań. Ja chciałam tańczyć, chciałam biegać. Znowu przypomniałam sobie o wszystkich imprezach, na które nas nie zaproszono i wyjazdach, w których nie mogliśmy wziąć udziału. Tak miało być już zawsze. Ja tego nie zniosę! Byłam tylko małą, słabą, jeszcze nawet nie kobietą. Jak miałam żyć? Jak miałam sobie radzić?

Po nocy kiedy usłyszałam rozmowę Piotra z Kicią, zadzwoniłam do Roberta. Dlaczego? Dlatego, że zabrakło mi siły. Byłam sama i już nawet Piotr nie był po mojej stronie. „Czasami lepiej się nie widzieć” – powiedział przyjmując filozofię Joni – nie walczyć, nie ryzykować, godzić się. Ja nie miałam zamiaru tak żyć.
Zadzwoniłam z automatu, żeby nikt nie usłyszał naszej rozmowy.
- Halo.
- Robert?
- Kto dzwoni?
- Ja. Dziewczyna z dyskoteki. Spotkajmy się.
Tak taż się stało. Znowu razem tańczyliśmy. A kiedy zamykali dyskotekę i on zaprosił mnie do siebie, wzięłam go za rękę i zawołałam: „biegnijmy.”
- Jesteś szalona – rzucił ze śmiechem.
- Nie! – odkrzyknęłam. – Jestem samotna! Chcę tańczyć, chcę biegać! – Rozłożyłam ramiona i zaczęłam wirować w koło, jak robią to dzieci. Złapał mnie w pasie, żebym nie upadła. Dyszałam ciężko przewieszona przez jego ramię. Kręciło mi się w głowie.
Kiedy wylądowałam u niego, otworzył białe wino i zapalił świece.
Mieszkał sam w kawalerce.
Poszliśmy z sobą do łóżka, choć tego nie planowałam. Dopilnowałam, żeby założył prezerwatywę. Teraz nie byłam skłonna do szaleństwa tak, jak wtedy, gdy po raz pierwszy kochałam się z Piotrem, na dywanie w swoim pokoju, bez żadnych zabezpieczeń.
Teraz brałam co prawda środki antykoncepcyjne. Z Piotrem sypiałam dość regularnie, choć miał pewne problemy z erekcją. Tak miało być już zawsze. Dobrze, że w ogóle mógł to robić. Taka sytuacja miała też jednak swoje dobre strony. Z nim nie można było zrobić „szybkiego numerka”. Seks w naszym wykonaniu był wielkim świętem miłości. Co nie zmieniało faktu, że czasem zastanawiałam się, jak to jest z pełnosprawnym mężczyzną.
Antykoncepcja – antykoncepcją, prezerwatywa była konieczna. Istniało jeszcze AIDS, a ja pamiętałam o tym nawet po paru drinkach i winie. To przecież nie była miłość, tylko przygoda, z której chciałam wyjść cało.
I stało się. Zrobiliśmy to. Ze zdrowym mężczyzną było inaczej. Przeżyłam dwa orgazmy, tak cudowne jak jeszcze żaden dotąd, odbierające mi zmysły. Właściwie mogłabym powiedzieć, że to było piękne przeżycie, gdyby nie łzy, które popłynęły po mojej twarzy, kiedy jego twarde dłonie dotknęły moich piersi. Gdzieś we mnie zapaliły się oczy Piotra z ich przepastnym spojrzeniem. Ja chciałam się tak kochać, ale chciałam się tak kochać z nim.
Świece pogasły, a stearyna zastygła na blacie drewnianego stołu. Butelka była pusta, kieliszki o błyszczących krawędziach też. Za oknem dniało. Świt był błękitny i zimny. W popielniczce leżały niedopałki. Robert dużo palił.
Zarzuciłam na ramiona ciężki, brązowy płaszcz. Zapięłam go powoli. On leżał w pościeli i patrzył na mnie, ciemnymi oczami. Nie, tych oczu nie szukałam. To nie był człowiek ze snu.
- Nie szukaj mnie – powiedziałam w podłogę. – Ja cię znajdę – oznajmiłam i wyszłam, a na zimnej, pustej ulicy zatopiona w porannym świetle jak w krysztale, czułam się bardzo mała i samotna.

Były wieczory i noce, które spędzałam z Piotrem. Czasem się kochaliśmy, czasem po prostu leżeliśmy wtuleni w siebie, słuchając przez radio Jerry’ego.
Kim był? Nie wiedziałam tego. Z radia niewiele dowiaduje się o ludziach, skąd się wzięli i dlaczego są tam, gdzie są. Jerry, prawie zawsze smutny mężczyzna, którego wiek trudno było odgadnąć, grał przez radio ballady Kohena, Dylana, Stachury i swoje własne. Czasami zastanawiałam się, czemu nie zrobił kariery jako muzyk. Był lepszy od wielu z tych, których puszczano w normalnym radiu. Miał też przyjemnie brzmiący głos.
Każde z nas inaczej odbierało jego piosenki, według swoich osobistych życiowych doświadczeń. Inne utwory robiły na nas wrażenie.
Piotr chyba najbardziej przeżywał „Z nim będziesz szczęśliwsza” Stachury. Nigdy nic nie powiedział, ale zamyślał się, a jego oczy stawały się nagle odległe. Wydawało mi się, że nawet nie wiedząc o istnieniu Roberta, był gotowy zadedykować mi ten utwór. „Z nim będziesz szczęśliwsza, kimkolwiek by nie był” – zdawało się mówić jego niewidzące spojrzenie.
Jerry śpiewał: „Ze mną możesz tylko pójść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko.”
Co mogę ci dać, poza chwilą uniesienia i wzruszenia z dala od świata, poza chwilą, z której nic nie wynika? – wydaje mi się, że Piotr tak mógł wtedy myśleć.
Mnie najgłębiej dotykała „Obojętność”, utwór napisany przez Jerry’ego. Słuchając go, nie mogłam pojąć, jak obcy człowiek mógł opisać moją historię.
„Popatrz, płomień świecy zgasł.” Tak, zgasł. Zgasł, gdy kochałam się z Robertem. Została tylko stearyna zastygła na drewnianym blacie stołu.
„Miłość – to nie znaczy nic, zostaje tylko wstyd, niedopałki, trochę szkła.” Tak, miłość nic nie znaczy. Ludzie nie mają w sobie tyle siły, by ją ochronić. Nie dbają o wielkie sprawy, idee. Chcą tylko przeżyć, dopasować się do sytuacji, do społeczeństwa. Gnają też za przyjemnościami, myślą o seksie, nie o wspólnym życiu. Myślą o seksie i z czasem przestają dostrzegać, że jest coś poza nim. Odzierają go z miłości, pozwalają, by ta umarła. Przez pewien czas czują jeszcze, że coś jest nie tak. Wydaje im się, że noszą piętno swoich postępków, że przez to piętno, nie uciekną już od stylu życia, który wybrali. Ale tak naprawdę nie chcą uciec, bo świat duszy przestał dla nich istnieć.
Wstyd – jest wstyd. Jak się nie wstydzić? Przemykałam ulicami z opuszczoną głową, jakbym się bała, że ktoś mógłby odgadnąć z mojego spojrzenia tajemnicę, którą nosiłam w sobie.
Niedopałki – w popielniczce było ich wiele.
Trochę szkła – na stole stała pusta butelka po białym winie i te dwa kieliszki o błyszczących krawędziach.
„Każdy dzień ma swój sens, a ten zagubił się.” Tak, to prawda. Nic już nie miało sensu. Nic nie popychało mnie w przód.
Moje oczy zasnuły się mgłą łez, które jednak nie wypłynęły na policzki. Miałam już dosyć piosenek o sobie.
- Co z tobą? – spytał Piotr łagodnie, patrząc w moją twarz.
- Nic. – Potrząsnęłam głową. – To taki smutny tekst.
Uśmiechnął się lekko. Jego uśmiech był taki jasny. Ten człowiek mógłby być aniołem. Wziął mikrofon i zawołał Jerry’ego:
- Breack. Breack. Jerry, tu Centaur.
- Tak, o co chodzi? – zgłosił się tamten.
- Jesteśmy razem z Amazonką. Czy mógłbyś zagrać dla nas „I’m easy”? Potrzebujemy czegoś weselszego.
Jerry nie zawsze grał to, o co się go prosiło, ale tym razem się zgodził i zaczął tą, jedyną w swoim repertuarze, optymistyczną piosenkę. Pochodziła z ponoć niegdyś głośnego filmu Roberta Altmana „Nashville”, którego mnie nigdy nie udało się zobaczyć.
Oparłam głowę na ramieniu Piotra i wpatrzyłam się w sufit, wzdychając. Oboje śpiewaliśmy sława refrenu, znając je na pamięć. Chcieliśmy w nie wierzyć.
„A ja jestem, jestem na luzie. Jeśli trzeba mogę grać, mogę nawet słowo dać, bo jestem wolny.” „Jestem wolny” – przypieczętowane pocałunkiem. Jestem wolna? Mogę wybierać? Tak, ja mogę. Ja mogę mieć każdego mężczyznę, a Piotrowi zostaje tylko sytuacja taka jak dziś, lub przejęcie filozofii Joni. Jesteśmy wolni – raczej chcieliśmy, żeby tak było. Marzyliśmy o tym. Wolność – co to takiego? Możliwość zrobienia wszystkiego, życia, pójścia na imprezę…
- Czemu płaczesz? – Otarł kciukiem mój policzek.
Spróbowałam się uśmiechnąć.
- To nic, to przez te piosenki.

Wiele było takich wieczorów. To trwało parę miesięcy. Z Robertem chodziłam na dyskoteki, z Piotrem słuchałam radia. Kochałam się z oboma. Będąc sama w domu kładłam się na podłodze i puszczałam „I don’t want to get hurt”. Żyłam zawieszona w czasie, nie posuwając się w przód, nic nie zmieniając. Tak naprawdę sama nie wiedziałam, czego chcę. Ten obłędny krąg cierpienia i kłamstw przerwał zwyczajny przypadek.
Właśnie wracałam z Piotrem z kina. Byliśmy na „Dziwnych dnach”. Szliśmy do samochodu. Ja podniecona filmem gestykulowałam i mówiłam o ton za głośno.
To była wspaniała historia – dla mnie, bo byli i tacy, którzy wyszli z kina w połowie seansu. Była o tym, że tylko miłość i przyjaźń mogą ocalić świat, mogą dać nam następne tysiąclecie. Głębokie i czyste uczucie Leny’ego i Macy, białego mężczyzny i czarnej kobiety, sprawiło, że koniec świata nie nastąpił.
- Tak trzeba żyć. Miłość jest najważniejsza – powiedziałam.
- Może tak. – Piotr podchodził do tego bardziej sceptycznie. – Ale w życiu nie jest jak w filmie i dwoje ludzi nie wystarczy, żeby zmienić świat.
Nagle przed nami wyrósł Robert i minął nas, wpatrując się we mnie natarczywie.
„Na ulicy mijasz mnie, nie odwrócisz nawet się.” – W mojej głowie rozbrzmiały nagle słowa z piosenki Jerry’ego.
Nie odwrócę się. Przecież nie mogę – pomyślałam.
- Kto to był, że tak ci się przyglądał? – spytał Piotr ostro, podejrzliwie.
- Nie wiem – skłamałam. Pomyśleć, że jeszcze tak niedawno w ogóle nie umiałam tego robić.
Po powrocie do domu szybko zadzwoniłam z automatu do Roberta. Nie mogłam go stracić, potrzebowałam go – tak myślałam. Najgorsze było to, że miałam niewiele czasu na tłumaczenia i przeprosiny, za dwa dni miałam jechać z Piotrem do Sopotu na zawody.
- Halo.
- Robert…
- Kto to był? – spytał od razu.
Przez moment wahałam się, co powiedzieć. Potem podjęłam decyzję. Kłamać nie było warto, kłamstwa i tak kiedyś by wyszły na jaw.
- Mój chłopak.
- Od kiedy?
- Od sześciu lat. – To z trudem przeszło mi przez gardło.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Nie pytałeś.
- Chciałaś się tylko zabawić, tak?! – zaczął krzyczeć. – Dla ciebie to nie było na poważnie!
- A ty nie chciałeś się tylko zabawić, skoro już drugiej nocy wylądowaliśmy razem w łóżku?! – Ja też krzyknęłam.
Na moment zapanowała cisza, potem on spytał łagodniej:
- Więc, to koniec znajomości?
- Nie wiem. Jak chcesz.
- A ty? Zostawisz go?
- Nie, ale może być tak, jak było.
- Więc, spotykamy się na dyskotece?
- Tak.
- Kiedy?
- Jeszcze dziś. – Tak właściwie to nie chciałam go stracić. Nie teraz.
Spotkaliśmy się. Powitanie było chłodne, nasze miny kwaśne, a taniec sprawiał mniej przyjemności, niż dotąd. Pech chciał, że jakby tego wszystkiego nie było dość, spotkaliśmy Zosię z jej chłopakiem.
Zosia była kiedyś moją przyjaciółką. Kiedyś miałyśmy podobne marzenia i plany, ale potem obie się zmieniłyśmy. Ona wybrała łatwą drogę do pieniędzy i szpan, wchodząc w układy z ludźmi zajmującymi się nielegalnymi interesami i kradzieżami. Ja wybrałam inwalidę i klepanie biedy, mając w perspektywie brak pieniędzy na mieszkanie, a na obiady kotlety z miłości. Żadna z nas nie mogła już zrozumieć tej drugiej.
- Cześć – rzuciła do mnie i prawie natychmiast dodała. – O! Robert! Jak dawno się nie widzieliśmy! – Zamienili z sobą parę słów. Znali się.
Rozdrażniło mnie to, choć na początku nie wiedziałam dlaczego. Zaczęłam powoli składać fakty. Robert miał mieszkanie, miał pieniądze. Jeśli znał Zosię, mógł mieć coś wspólnego z mafią, albo ze złodziejami samochodów. Nie chciałam wiązać się z takim człowiekiem. Chociaż, oczywiście zdawałam sobie sprawę, że mogłam zagalopować się w swoich fantazjach. Przecież chłopak Zośki też wcale nie musiał być przestępcą. Owszem, słyszałam, że jakiś jego kumpel ukradł rower, a inny radio z samochodu. On sam miał kiedyś przy sobie haszysz. Ale to było wszystko. Resztę stworzyła moja wyobraźnia.
Zosia odciągnęła mnie na bok i zadała bardzo nietaktowne pytanie.
- Nie jesteś już z tym inwalidą?
- Nie „z tym inwalidą”, tylko z Piotrem – poprawiłam ją. – Jestem.
- A co tu robisz z Robertem?
- Tańczę – wycedziłam przez zęby.
- Takie życie nie ma sensu. Powinnaś znaleźć sobie zdrowego faceta.
- Szukać nie musi – wszedł jej w słowo Robert. – Ma przecież mnie. Powinnaś go zostawić – zwrócił się do mnie. – Powiedz mi, co cię pociąga w inwalidzie?
- W człowieku – rzuciłam gniewnie.
- Ale to przecież nie jest normalny człowiek. – To były słowa Roberta.
Jak on mógł tak mówić?! Piotr był całkiem normalnym człowiekiem. Myślał i czuł tak samo, jak ja! O nie, nie mogłam żyć z kimś, kto sądził inaczej!
Może jednak wszyscy młodzi ludzie tak myślą? Próbowałam jakoś wytłumaczyć sobie postępowanie Roberta, usprawiedliwić je. Może wszyscy, którzy nigdy nie spotkali się z nikim niepełnosprawnym, nie mieli nikogo takiego wśród swoich bliskich, myśleli tak, jak Robert? Może to, że poznałam Piotra, zmieniło mnie? Może odcisnęło na mnie piętno, od którego już się nie uwolnię?
Przez moment wydawało mi się, że wina leży po mojej stronie, że zbyt surowo oceniam ludzi. Potem oprzytomniałam.
- Muszę już iść – rzuciłam nagle i ruszyłam do wyjścia.
- Co z tobą? – Robert chwycił mnie za ramie.
- Nic. Idę do domu. – Byłam wściekła.
- Nie wygłupiaj się. Chodzi ci o to, co powiedziałem? – Był na tyle inteligentny, że zrozumiał.
- Może. – Spróbowałam się oswobodzić.
- Nie złość się. Przecież wiesz, że ja mam rację. To już nie jest człowiek.
Wreszcie udało mi się wyrwać. Wybiegłam na dwór. Na moje policzki trysnęły łzy.
Ja nigdy nie będę tak myśleć. Nigdy. I to ja mam rację, ja, nie cała reszta świata.
Wróciłam do domu pobladła, z oczami czerwonymi od płaczu. Ojciec powitał mnie ze zdziwieniem, ale nie dbałam już o to, co o mnie pomyśli. Nie zapytał jednak o nic. Matki nie było, wyjechała w jakąś podróż służbową.
Szybko poszłam do swojego pokoju. Włączyłam radio.
- Centaur, Centaur Żoliborz – wołałam. Chciałam go usłyszeć. On był ważny, on, nie Robert. To był już koniec tamtej znajomości, koniec kłamstw. Tak postanowiłam. Już wiedziałam, że mogę być tylko z nim, że nigdy nie będę potrafiła zaakceptować sposobu myślenia ludzi, którzy nie zetknęli się z kalectwem. Robert przecież nie był zły, nie był głupi, a mówił takie rzeczy… On… On nie wiedział. Nie rozumiał. Ja już wiedziałam. Tym, którzy wiedzą więcej, zawsze jest ciężko, ciężej niż innym. Jeszcze próbowałam go tłumaczyć. Postanowiłam sobie coś, ale wcale nie wiedziałam, czy chcę tego dotrzymać.
- Tu Centaur. Słucham cię – zgłosił się Piotr.
- Och, Piotr – rzuciłam. – Znowu miałam ten sen, że cię straciłam. Jestem zmęczona, wszystko mi się miesza. Proszę, mów do mnie…

Nie było mi pisane, żeby w moim życiu wszystko ułożyło się bez komplikacji. W dniu, gdy Piotr startował w pierwszym konkursie, zadzwoniła do mnie matka z prośbą, żebym natychmiast wracała do domu, bo babcia jest w szpitalu i nie wiadomo, czy jeszcze z niego wyjdzie. Mogłabym uznać, że tylko tak gada, ale skoro matka sama wcześniej wróciła z podróży służbowej, sprawa musiała być poważna.
Spakowałam się szybko i ruszyłam.
- Zadzwoń, jak dojedziesz – poprosił Piotr.
- Oczywiście – obiecałam zdenerwowana. – Ale ty niczym się nie przejmuj. Musisz wygrać – rzuciłam i pognałam na dworzec w Gdańsku.
Kupiłam bilet na najbliższy i zarazem tego dnia już ostatni pociąg do Warszawy. Wylądowałam na drewnianej, zielonej ławce na peronie. Oparłam się wygodnie i wpadłam w otępienie. Ostatnio niewiele interesowała mnie rodzina. Dawno nie widziałam babci. To przez to, co mówiła o Piotrze. Mówiła to, co wszyscy. A teraz umierała, nie jakaś tam znajoma, ale moja babcia.
Co było ważniejsze - rodzina, czy Piotr? Nie wiedziałam. Wolałam o tym nie myśleć. Beznamiętnie wpatrywałam się w krawędź peronu. Oglądałam nogi ludzi dokądś pędzących. Pantofle, kozaki, lakierki, szpilki, mokasyny i adidasy kryły w sobie tajemnice stóp. Ktoś utykał. Ktoś miał krzywą nogę. Ktoś może w ogóle jej nie miał.
Czy teraz, kiedy znasz moją historię, wiesz skąd biorą się samotni ludzie na dworcu?
Wtedy po raz pierwszy zadałam sobie to pytanie i udzieliłam odpowiedzi. Samotni ludzie na dworcu to ci, którzy powinni być gdzie indziej, to ci, którym coś się nie powiodło. Przecież powinnam być gdzie indziej. Powinnam być z babcią, trzymać ją za rękę i uśmiechać się. Powinnam być z Piotrem i patrzyć na jego zwycięstwo lub klęskę, żeby pogratulować lub pocieszyć, bo bez tego i zwycięstwo i klęska są tak samo bolesne. Powinnam gdzieś być, ale nie byłam nigdzie. Siedziałam na dworcu zawieszona w czasie i przestrzeni, nie mająca nawet wpływu, na to, co się wydarzy.
Ile razy wysłucham jeszcze „I don’t want to get hurt”? Nieskończoną ilość, na pewno. Przecież bez Roberta nic się i tak nie zmieni, będzie unosił mnie bezduszny los, a ja mu się nie przeciwstawię, bo już nie chcę być raniona, a miłość dwojga niczego nie zmieni. To Piotr to powiedział.
Ktoś grał na organkach smutną, piękną melodię. Obejrzałam się, żeby go zobaczyć.
Moje serce zatrzymało się na chwilę. Stał oparty o filar, wysoki, barczysty mężczyzna w czarnym, wytartym cowboyskim płaszczu i w bardzo zniszczonych cowboyskich butach. Włosy miał dość długie, złote jak dojrzałe zborze. Na chwilę przerwał grę, uniósł głowę i spojrzał na mnie ogromnymi oczami o nieodgadnionym kolorze. To był człowiek z mojego snu, człowiek o twarzy Pera.
Sięgnęłam do portmonetki. Po kupnie biletu została mi tylko jedna moneta – dwa złote.
Trudno, nic mi nie zostanie, ale muszę mu coś dać. – To był jakiś wewnętrzny przymus.
Powoli, może trochę tą sytuacją zakłopotana, podeszłam do ulicznego grajka i rzuciłam swoje dwa złote do postawionego przed nim pudełka. On grał z przymkniętymi oczami, tak jak Per, tak jak mój idol, sławny człowiek, którego tak kiedyś podziwiałam.
Czy to możliwe, żeby było dwóch takich samych ludzi? A może to ja zwariowałam?
Wróciłam na swoją ławkę, zamknęłam oczy i słuchałam jego gry.
Co jakiś czas spoglądałam też na duży elektroniczny zegar. Pociąg zaczynał się spóźniać, najpierw parę minut, potem kilkanaście. W końcu powiedziano przez megafon, że z powodu awarii wagonu pociąg do Warszawy ma sto dwadzieścia minut opóźnienia. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko czekać.
Zapadł zmierzch. Człowiek z organkami odszedł, a ja siedziałam i czekałam.
Nadano komunikat, że pociąg zwiększył opóźnienie do stu osiemdziesięciu minut.
Pomyślałam, że może powinnam wrócić do Sopotu, do hotelu, do Piotra. Siedzenie na dworcu nie miało przecież większego sensu. Nie byłam ani z Piotrem, ani z babcią, marnowałam czas.
Na granicy rozpaczy przyszło mi do głowy, że nie będę czekać na pociąg do Warszawy, a wsiądę w pierwszy lepszy i pojadę przed siebie, byle dalej. Może tak będzie lepiej. Zacznę nowe życie w nowym miejscu, z nowymi ludźmi. Przeżyję przygodę. Czy bowiem mogę jeszcze trzymać za rękę babcię i uśmiechać się do niej, skoro nie była w stanie zaakceptować mojej miłości do Piotra? Czy mogę jeszcze żyć z Piotrem, po tym jak go zdradziłam? Nie udzieliłam sobie odpowiedzi na te pytania, bo ona niestety brzmiała „tak”. Mogłam robić to wszystko. Mogłam, tylko nie chciałam. Nie czułam się na siłach. Ucieknę - postanowiłam.
To była bzdura. Po upływie sekundy już to wiedziałam. Rozpłakałam się nagle. Myślałam, że zaraz zwariuję.
- Czemu pani płaczę? – spytał ciepły, lekko zachrypnięty głos.
Uniosłam głowę i spojrzałam w twarz Pera. Czy ja faktycznie zwariowałam? Ale kto inny mógł to być? Patrzył na mnie niemłody już mężczyzna o brązowo-zielonych oczach, nie o brązowych i nie o zielonych, ale właśnie o brązowo-zielonych. Jego tęczówki pokrywały na przemian pasy w obu tych kolorach i nie dało się określić, których było więcej. To były oczy Pera, jego były też wszystkie linie w twarzy chłopca, która nie zestarzała się, choć nadszarpnął ją już czas. Jego były zmarszczki, jego włosy i jego głos. Tylko czemu mówił po polsku bez żadnego obcego akcentu? Może tak dobrze znał polski? Niby skąd?
- Po prostu wszystko w moim życiu się pomieszało – odparłam, wpatrując się w niego.
- Napije się pani kawy? – zaproponował.
- Nie mam pieniędzy.
- Dała mi pani dwa złote. Kawa kosztuje złoty pięćdziesiąt. Zostanie mi jeszcze pięćdziesiąt groszy. I tak na tym zarobię.
Uśmiechnęłam się lekko.
- Pani nie chce, bo jestem żebrakiem?
- Nie, nie obchodzi mnie to – oświadczyłam. – Ale nie wiem, czy mogę przyjąć to zaproszenie.
- Może pani – zapewnił. – Chodźmy. Niech pani tylko wytrze oczy. – Podał mi rękę, dużą i szorstką, jak ręka Piotra.
Kim był? Dlaczego grał na ulicy? Może tylko go sobie wyobrażałam? Nie wiedziałam.
W dworcowej kawiarence zamówił dwie kawy.
- Co pani robi sama, tak późno na dworcu?
- Mój pociąg ma ogromne opóźnienie.
- Ale nie dlatego pani płakała?
Zaśmiałam się.
- Czy pan kiedyś kochał? – Czasem łatwiej jest rozmawiać z obcymi, niż z bliskimi. Można im powiedzieć wszystko, tylko i wyłącznie dlatego, że już się ich nigdy nie spotka.
- Kochałem – odparł poważnie.
- I co się z nią stało? – To było chyba nietaktowne pytanie.
- Umarła.
- Przykro mi – wyszeptałam.
- I tak mnie nie chciała.
- A gdyby chciała, czy kochałby ją pan niezależnie od tego, co by się nie stało? – pytałam dalej. – Czy kochałby ją pan, gdyby miała jakiś straszny wypadek, gdyby nigdy nie miała już być tą dawną kobietą, gdyby nigdy nie miała się już podnieść z łóżka?
- Tak – odpowiedział. – Kochałem ją przecież do końca.
On kochał do końca. To mnie uderzyło. Też chciałam być tak silna, jak on.
- Czy ma to coś wspólnego z panią? - spytał po chwili.
- Tak – wyszeptałam. - Jestem z pewnym człowiekiem i wie pan, ja go zdradziłam. A teraz, kiedy mój pociąg się opóźnia, pomyślałam sobie, że wsiądę w pierwszy lepszy, że ucieknę od kłopotów i zobowiązań. - Patrzył na mnie badawczo. - Ten człowiek jest niepełnosprawny... sparaliżowany. Mnie... mnie wydawało się, że go kocham...
- A nie kocha pani?
- Właściwie nie wiem. Tak mi się wszystko pomieszało, że już nie wiem. Czasem przychodzi mi do głowy, że jestem z nim z litości, albo... - próbowałam znaleźć jakieś wytłumaczenie dla swojego postępowania.
- Współczuje mu pani? - spytał mój rozmówca rzeczowo.
- Nie. Współczuję sobie. – Nagle to sobie uświadomiłam. - Nigdy nie pytał: „Czemu to jemu się przydarzyło?”, tylko „Czemu to przydarzyło się mnie?” - wyznałam patrząc na kant stołu. – Czasami, kiedy na niego patrzę, myślę, jaki by był, gdyby nie wypadek. Ale tak naprawdę chodzi mi o to, jak mnie byłoby z nim. Jestem egoistką, wiem.
Wziął mnie za rękę.
- To dobrze, że mu pani nie współczuje - powiedział cicho, poważnie.
- Jest jeszcze jedna rzecz – wyznałam. - Czasem myślę, że jestem z nim, bo boję się mężczyzn. Wie pan, on był pierwszy. Nikogo przed nim nie miałam. Kiedy się poznaliśmy, byłam nic nie wiedzącą o życiu nastolatką. Potem on miał wypadek, a ja z nim zostałam. Może dlatego starczyło mi na to odwagi, że wiedziałam, że on nie może mnie porzucić, że on nie może mnie skrzywdzić?
- Pani tak myśli naprawdę?
- Że on nie może odejść? Tak. On nie może. Dzięki mnie ma gdzie mieszkać...
- Czy pani naprawdę boi się mężczyzn? - pytał dalej. - Przecież pani zdradziła.
- Tak. Poszłam na dyskotekę. – Nagle byłam gotowa powiedzieć mu wszystko. – Poznałam młodego mężczyznę. Potem poszłam z nim do łóżka. Może tak nie robią ludzie, którzy się boją, ale ja zostałam dla tamtego anonimowa. Nie poznał mojego nazwiska, ani adresu, tak żebym zawsze mogła od niego uciec. A na dodatek po każdej nocy spędzonej z nim musiałam koniecznie porozmawiać z Piotrem...
- Tym niepełnosprawnym człowiekiem?
- Tak... Musiałam porozmawiać z Piotrem, żeby sprawdzić, czy jeszcze jest, czy jeszcze jestem bezpieczna. Tak jakbym się upewniała, że on jest i nie muszę się martwić tymi innymi, złymi, niebezpiecznymi mężczyznami, że mam do kogo uciec.
- Pani sama sobie zaprzecza - stwierdził cicho mężczyzna o twarzy Pera. - Skoro musi pani sprawdzić, czy on jeszcze jest, to znaczy, że podświadomie jednak się pani boi, że on odejdzie. Bo nawet jeśli on nie ma się gdzie wyprowadzić, to i tak może odejść. Pani rozumie tę różnicę?
- Tak – przyznałam. - On może odejść duchowo.
- Właśnie – przytaknął. - Czy ma pani jeszcze jakiś pomysł, dlaczego z nim jest? - Ten człowiek chciał mi pomóc. Chciał mi wyjaśnić, kim jestem i czego naprawdę chcę.
- Nie. Nie mam żadnego.
- A miłość?
- To słowo zmieniło się dla mnie w slogan. Powtarzaliśmy je zbyt często, nie mając niczego poza miłością. Powinnam go zostawić, ale...
- Pani myśli: „Co z nim wtedy będzie?” - podsunął mi.
- Nie. Myślę: „Co będzie ze mną?” Kochając się z tamtym mężczyzną płakałam. - Nie wiem, czemu to powiedziałam obcemu człowiekowi, ale doskonale wiedziałam, że nie powiedziałabym tego ani matce, ani psychologowi, ani nawet przyjaciółce. - Myślałam, że chcę się tak kochać z Piotrem. Tamten mężczyzna powiedział, że inwalida to już nie człowiek, a ja byłam gotowa wydrapać mu oczy, bo Piotr przecież jest człowiekiem, jak ja i pan...
- A więc, czemu pani go zdradziła?
- Zabrakło mi siły – wyznałam. - Wie pan, moje koleżanki bawią się, tańczą, śmieją się, a nas nikt nie chce zapraszać na imprezy. Nikt nie chce nas oglądać, bo „psujemy nastrój”. Rodzina mówi: „Wszystko dobrze, ale poświęcać się całe życie?”. Wszyscy się dziwią: „Ten inwalida cię pocałował?”, „Ten inwalida może ci się podobać?” A on mi się podoba. To najprzystojniejszy, najlepszy i najinteligentniejszy człowiek jakiego znam, dzielny i silny tak psychicznie jak i fizycznie...
- Pani go kocha. - Człowiek o twarzy Pera roześmiał się, a jego oczy zalśniły.
- Ja kocham? - powtórzyłam zdziwiona.
- Ktoś, kto tak mówi, musi kochać – oświadczył. - Pani się sama okłamuje. Pani go kocha. Pani wie, że jak każdy może odejść. Pani mu nie współczuje. Wszystko jest w jak największym porządku. W czym więc problem?
- Powiedziałam panu, zabrakło mi siły. Chciałam tańczyć, biegać, chciałam przez moment poczuć, jak to jest być z normalnym człowiekiem, wśród normalnych ludzi.
- I jak jest? - spytał.
- Okropnie – przyznałam. - Normalni ludzie są okrutni, nieświadomi i straszliwie zakłamani.
- Brawo – rzucił. - Więc czemu, a raczej, gdzie chce pani uciekać?
- Nie mam dokąd uciec. Ale wie pan, ja bym chciała tego wszystkiego nie wiedzieć. Chciałabym zapomnieć.
- Tego nie da się zrobić.
- Wiem - wyszeptałam ze smutkiem. - To była tylko szalona myśl. Przecież ja nie mogę wsiąść w pierwszy lepszy pociąg. Jak i za co miałabym żyć, tam gdzie dojadę? Nie umiem przecież nawet grać na organkach.
Znowu się roześmiał.
Wtedy podeszła do nas kelnerka i oznajmiła, że zamykają. Wyszliśmy razem.
Usiadłam na krawędzi ławki sama obejmując się ramionami. Zrobiło się zimno i trudno mi było powstrzymać drżenie szczęk.
- Zostaje pani na dworcu? - spytał on siadając obok mnie.
- Tak – odparłam. - Nie mam wielkiego wyboru. Zresztą liczę, że ten pociąg w końcu przyjedzie. Ale czemu pan się dziwi? Pan tu nie zostaje?
- Ja jestem bezdomny - przypomniał mi.
Nie odpowiedziałam. Szczękałam tylko zębami.
- Zimno pani?
- Tak - przyznałam.
Zdjął płaszcz.
- Niech go pani założy. - Podał mi go.
- Panu będzie zimno - zaprotestowałam.
- Ja jestem przyzwyczajony.
Więcej się nie opierałam. Założyłam płaszcz. Był ciężki i sztywny, ale dawał dużo ciepła. Zawinęłam się nim szczelnie. On się uśmiechnął.
- Czy podjęła już pani decyzję? Zostawi go pani?
- Nie potrafię – wyszeptałam. - Pan powiedział, że to miłość, więc może tak jest.
- A ciągle pani chce?
- To nie tak. - Potrząsnęłam głową. - Ja już wiem, ja właściwie zawsze wiedziałam, tylko zaczęłam tłumaczyć sobie swoje postępowanie tak, jak robią to inni ludzie. Tu nie chodzi o moje uczucie do niego. - Powoli zaczynałam myśleć logicznie i odnajdywać prawdziwą siebie. - Ja po prostu nie chcę, żeby ludzie mnie ranili. Chyba to panu powiedziałam wcześniej?
- Niezupełnie. Czy myśli pani jednak, że odchodząc od niego, lub wsiadając w pierwszy lepszy pociąg, ucieknie pani od tego? Powiedziała pani przecież, że wśród zdrowych jest okropnie...
- Tak - przerwałam mu. - Ale mogę zupełnie wycofać się z życia. Leżeć na podłodze, słuchać muzyki i myśleć tylko o jedzeniu i spaniu. - Przeraził mnie fakt, że sama zaczęłam uprawiać filozofię Joni. - Czy pan nie uciekł? - Zaatakowałam go nagle. Wiedziałam, że nie powinnam, okrył mnie przecież płaszczem, a wcześniej postawił kawę. Ale skoro on mógł pytać, ja też mogłam. - Dlaczego nie ma pan domu? Pan uciekł, czy stracił wszystko?
- Uciekłem, ale ja to co innego – oświadczył. - Ja nie miałem nic, oprócz życia. Ty masz jego. Wróć do niego.
Wpatrzyłam się w dającego rady, zupełnie obcego człowieka szeroko rozwartymi oczami.
- Czy myśli pani - mówił dalej - że uciekając, naprawdę uwolni się pani od cierpienia? To nie prawda. Sama w domu, z magnetofonem, czy na dworcu z organkami będzie pani myśleć o przeszłości, wyrzucać sobie popełnione błędy i cierpieć. Niech się pani nie łudzi, że jest inaczej. Niech pani podniesie głowę i walczy. Może nie będzie dobrze, ale czasem będzie się pani śmieć, a przy końcu życia spojrzy pani wstecz i powie, że było warto. Niech pani przyzna, czy nie mam racji?
Milczałam.
- Niech pani walczy, póki jeszcze czas.
- Będę – wyszeptałam. - Będę, na pewno. Pan... Tak naprawdę to ja to zawsze wiedziałam. - W moich oczach zalśniły łzy.
- Niech pani nie płacze - upomniał mnie. - Za zimno na to. Czy jednak pani naprawdę zawsze wiedziała?
- Pan wie, że mnie się wszystko pomieszało, ale może chciałam to usłyszeć od kogoś innego. Ja panu mówiłam, że nie mam nikogo po swojej stronie.
Skinął głową.
- Znajdzie pani ludzi sobie podobnych, trzeba mieć tylko szeroko otwarte oczy i nie uciekać.
- Tak. Ja wiem - ziewnęłam. Byłam bardzo zmęczona. - Czy mógłby pan dla mnie zagrać?
- Mógłbym - odpowiedział i zagrał na organkach jakąś smutną, nieznaną mi melodię.
- Czytał pan „Muminki"? - spytałam przerywając mu. Byłam półprzytomna, znajdując się na krawędzi jawy i snu.
- Tak, a dlaczego?
- Pan jest jak Włóczykij, mądry i samotny, i gra pan na organkach. Ja zawsze bardzo lubiłam organki.
Uśmiechnął się i znowu zagrał.
Zanim zasnęłam słyszałam jeszcze jak powiedział cicho: „Pani nie boi się mężczyzn”.
Pewnie, że się nie bałam, gdybym się bała, nie rozmawiałabym z nim i nie zasnęłabym obok niego. Ja ciągle jeszcze ufałam ludziom. To było słuszne - tak sądziłam. Byli przecież wśród nich i tacy jak on, mądrzy i dobrzy.
Przez moment wszystko było proste. Szybko podejmowałam decyzje. Znowu zacznę walczyć. Zacznę się buntować i nie będę więcej słuchać „I don't want to get hurt”, już nigdy. Są granice. Nie będę uciekać i nie skończę na dworcu. Przejdę przez wiele cierpień, ale czasem będę się śmiać i widzieć uśmiech na twarzy Piotra, i tuż przed śmiercią powiem: „Było warto”. Tak będzie.
Och. Nie wiedziałam już nawet tego. Będzie dobrze? Nie. Jest dobrze. Jest ciepło pod starym, cowboyskim płaszczem. Zasnęłam.
Znowu śnił mi się tamten sen, ale nieco zmieniony. Szłam przez dworzec mając po prawej ręce filary podtrzymujące strop, a po lewej tory, nad którymi snuły się gęste kłęby mgły. On nadszedł z naprzeciwka i stanął opierając się plecami o filar. Był wysoki i szeroki w ramionach. Miał chłopięcą twarz. Złote włosy opadały mu gęstą grzywą na oczy, ale te oczy nie były brązowo-zielone, ale niebieskie. Nie nosił już też cowboyskiego płaszcza, ale zieloną koszulę w kratę i wytarte jeansy. Nie był to Per. Nie był to jakiś nieznany mi człowiek. To był Piotr, tylko i wyłącznie on. To o nim śniłam. Z nim chciałam tańczyć na dworcu i to stało się dla mnie tak samo jasne, jak i fakt, że nie ucieknę. Jak można uciec od miłości, którą nosi się w sercu?
Piotr stał i patrzył na mnie, a ja próbowałam do niego podbiec, ale wciąż nie ruszałam się z miejsca. Próbowałam wołać jego imię, ale żaden dźwięk nie wydobywał się z mojego gardła. On stał i patrzył. Wyglądał dokładnie tak, jak wtedy, gdy w siodlarni złapał mnie za rękę i poprosił, żebym się z nim umówiła. Wystraszył mnie. Mój strach miał zresztą całkiem słuszne podstawy. Zakochałam się.
Tamto pomieszczenie pachniało końskim potem i skórą. Panował w nim mrok i tylko oczy Piotra płonęły jasnym światłem. A kiedy po pierwszym spotkaniu biegliśmy przez kałuże, na których kładły się blaski latarni, byłam naprawdę szczęśliwa.
Już biegaliśmy w deszczu, ale nie zdążyliśmy ze sobą zatańczyć.
Boże! On odwrócił się i zaczął oddalać ode mnie.
- Piotr! - Nie mogłam zawołać. - Piotr! - Niemy krzyk rozerwał moje piersi.
Nie rozumiałam. On odchodził.
Tak. Nie mogłam go zdradzić bezkarnie. To było ostrzeżenie. Piotr był człowiekiem, jak my wszyscy. Cały czas tłumaczyłam to innym, ale sama o tym zapomniałam.
- Piotrze, wybacz. Mnie zabrakło siły, ale ja... - To brzmiało bez sensu. – Piotrze, ja teraz będę walczyć, ja się już nie ugnę.
- Obudź się, twój pociąg przyjechał. - Ktoś szarpał mnie za ramię.
- Co? - spytałam półprzytomnie.
- Twój pociąg przyjechał.
- Ach – rzuciłam. - Dziękuję za wszystko. - Zdjęłam płaszcz i oddałam go właścicielowi. Nie powiedział nic, po prostu uśmiechnął się, jasnym uśmiechem Pera, unosząc wargi i prezentując światu zęby Pera, z których każdy rósł w inną stronę. To nie mógł być człowiek, to było moje przewidzenie.
- Przepraszam, jak pan ma na imię? - Jakby powiedział, że Per, to bym uwierzyła.
- Zenon, niech pani biegnie.
- Tak. Do widzenia - rzuciłam mimo bezsensowności tego zwrotu. Nie spotkamy się już, ale to bez znaczenia. Zapamiętam go na całe życie. - Zostanę z nim! - krzyknęłam jeszcze w ostatniej chwili, wskakując do pociągu. On pozdrowił mnie uniesieniem ręki, takim jak Per po koncercie pozdrawiał wiwatujący tłum.

Do domu dotarłam rano następnego dnia i dowiedziałam się, że stan babci poprawił się na tyle, że nie istnieje już zagrożenie dla jej życia. Mogłam odetchnąć z ulgą. Zadzwoniłam do Piotra na telefon komórkowy pani Marioli, chciałam mu o wszystkim opowiedzieć. Nikt nie odebrał. Nie przejęłam się tym jednak. Jakoś do mnie nie docierało, że Piotr czekał na mój telefon od wieczora poprzedniego dnia. Jeśli chodzi o dzwonienie gdziekolwiek, zawsze podchodziłam do tego bardzo egoistycznie. Nigdy nie dbałam o to, co czują ludzie po drugiej stronie i dzwoniłam tylko wtedy, gdy sama tego potrzebowałam. Już jako dziecko wyjeżdżając z domu, mówiłam rodzicom, że nie zadzwonię do nich, bo nie lubię. Ale żeby się nie martwili, że nic mi się przecież nie może stać. A gdyby mimo wszystko zdarzył się jakiś straszliwy wypadek, to przecież dowiedzą się tego z Wiadomości.
Po raz kolejny spróbowałam zadzwonić koło południa. Tym razem pani Mariola odebrała.
- Halo.
- Możesz dać mi Piotra?! - spytałam.
- To ty? Wytłumaczysz mi, co się wydarzyło? – Jej głos brzmiał ostro.
- Ja? - zdziwiłam się. – A co się wydarzyło?
- Po konkursie Piotr wsiadł w samochód i pojechał do Warszawy. Jeszcze nie dotarł?
- Nie. - Byłam zszokowana. - Kiedy wyjechał?
- Wczoraj wieczorem. Wiesz co on zrobił z Ewerem?
- Nie.
- Rozwalił mu nogę.
- Boże - wyszeptałam. – Jak?
- Odbiło mu w dniu konkursu. Przywiązał się do siodła. Pojechał bardzo ostro. W rozgrywce skakał przeszkody na ukos. Wygrał, ale mało nie wywalił się z Ewerem. Koń chyba wiedział, że nie może upaść. Wyratował się, ale teraz ostro kuleje i boję, że to coś poważnego.
- Ale...
- No właśnie, myślałam, że ty mi powiesz. Piotr rozmawiał z jakimś chłopakiem, który cię szukał. Potem zachowywał się jak zupełny wariat. Nic do niego nie docierało.
- Ten chłopak miał czarne włosy? - Szybko składałam fakty.
- Tak. Czarne, kręcone.
- Boże! - jęknęłam już któryś raz z kolei. - Robert.
- Czyli kto? - spytała stanowczo pani Mariola.
- Nieważne. - Zaczęłam się miotać. - Piotr może zrobić coś złego, mieć wypadek... Jest bardzo źle! Spróbuję zawołać go na radiu, zadzwonię później - oznajmiłam i odłożyłam słuchawkę.
- Wychodzę - poinformowałam rodziców i już mnie nie było. Nie doczekali się żadnych wyjaśnień.
Musiałam pojechać do Baśki. Moje radio było teraz w samochodzie Piotra.
Nie pobiegłam na parking po swoją ładę, uznałam, że to strata czasu. Złapałam autobus.
Baśka otworzyła mi drzwi zaskoczona.
- Jest źle. - Na początku potrafiłam wydusić tylko tyle.
- Uspokój się – nakazała. – Usiądź. Napijemy się i wszystko mi wytłumaczysz.
- Dobrze – rzuciłam i pobiegłam do pokoju zajmowanego przez Piotra.
Baśka poszła do kuchni i wyciągnęła z lodówki kartonik mleka i Malibu. Lubiła wykwintne alkohole.
Ja wołałam w mikrofon:
- Centaur, Centaur Żoliborz! Zgłoś się. Centaur, Centaur Żoliborz! – Nie było żadnej odpowiedzi. Tego dnia na naszym kanale panowała cisza.
Baśka weszła do pokoju na palcach. Tylko drzwi lekko skrzypnęły. Podała mi wysoką, lekko schłodzoną szklankę.
- Co się dzieje? – spytała.
- Och. – Potrząsnęłam głową. – To długa historia.
- A więc zaczynaj – powiedziała popijając Malibu małymi łyczkami.
- Zaczęło się od tego, że zdradziłam Piotra. – Teraz już trzeba było się do wszystkiego przyznać.
- Ty? – Baśka wybałuszyła swoje i tak ogromne piwne oczy.
- Ja. Poszłam na dyskotekę. Poznałam tam chłopaka i przespałam się z nim...
- Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewała – powiedziała nie z potępieniem, a raczej z podziwem. Przecież kiedyś sama radziła mi, żebym zostawiła Piotra.
- Problem w tym, że to miała być tylko przygoda – tłumaczyłam. – Ale ten chłopak się we mnie zadurzył i to wtedy, kiedy ja stwierdziłam, że to nie jest ktoś dla mnie. Potem pojechałam z Piotrem do Sopotu, a tamten za nami. - Swoją drogą, skąd on wiedział, gdzie nas znaleźć? Nie mogłam tego zrozumieć. Zastanawianie się nad tym, nie było jednak sprawą na ten moment. – Tylko, że tamten mnie już na miejscu nie zastał – tłumaczyłam. – Rodzice wezwali mnie do domu, bo babcia trafiła do szpitala. Tamten rozmawiał z Piotrem. Myślę, że mu o nas powiedział, bo Piotr zaczął się dziwnie zachowywać. Wiem to od pani Marioli. Wygrał, ale uszkodził konia. Potem wsiadł w samochód i pojechał do Warszawy. Boję się, że znowu będzie miał wypadek. – Jakbym sobie nagle o czymś przypomniała złapałam mikrofon. Znowu zawołałam. – Centaur, Centaur Żoliborz.
- No to masz problem – przyznała Baśka, jej oczy ciągle jeszcze nie mogły się zmniejszyć.
Skinęłam głową.
- Wiesz czego chcesz?
- Na razie chcę dowiedzieć się, co się z nim dzieje – rzuciłam. – Ale tak w ogóle, to chcę z nim zostać.
- Jednak? – zdziwiła się Baśka.
- Tak. Ostatnio wiele przemyślałam – powiedziałam cicho, w zamyśleniu. – Chcę być z Piotrem. Kocham go.
Baśka pokiwała głową.
- Trudne zadanie przed tobą. Będziesz musiała się do wszystkiego przyznać, a on może ci nie wybaczyć i nie ma mu się co dziwić. Pod tym względem jest bardziej wymagający, niż zdrowi ludzie. Zraniłaś go.
Teraz ja wybałuszyłam oczy. To powiedziała Baśka? Baśka to rozumiała? Nie spodziewałam się tego po niej. Chyba jej nie doceniałam.
- Wiem – wyszeptałam. – Ale najpierw muszę go znaleźć. Powinien już chyba tu dotrzeć?
- Od ilu godzin jest w drodze?
- Od wczoraj.
- Może wolno jedzie? – Baśka próbowała znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenia.
- A jeśli się rozbił?
- Myślisz, że by ryzykował drugi raz?
- Może chciał się zabić.
- Już raz próbował. – Przypomniała sobie Anka.
To było zaledwie rok wcześniej. Ja jeszcze miałam wtedy wiarę, ale już nie wiedziałam co robić. Piotr dopiero co wyprowadził się z domu. Miał parę spięć z Markiem i Baśka sugerowała, że powinien się wynieść. Do tego Ewer się rozchorował. Weterynarz powiedział, że to skręt jelit i że bez operacji koń umrze.
Nigdy nie potrafiłam używać w stosunku do zwierząt słów „padnie”, czy „zdechnie” i Piotr też nie potrafił. Czasem przecież zwierzęta były nam bliższe, niż ludzie.
Ewer dawał Piotrowi wolność, ludzie tylko ból. Piotr stwierdził, że bez Ewera jego życie nie ma sensu i próbował się otruć proszkami nasennymi. Przypadek sprawił, że przeżyli obaj.
Teraz też mógł myśleć, że stracił wierzchowca i jego kariera jako jeźdźca jest skończona. Podejrzewałam, że nie miał zielonego pojęcia, skąd wziąć konia, który umiałby chodzić bez łydki i do tego dobrze skakał. Musiał być tym przerażony. Nie wiedział przecież, że pani Mariola rozpoczęła treningi z Anubią.
Po próbie samobójczej Piotra bałam się jego powrotu ze szpitala, tego co ludzie będą mówić. Rodzice co prawda o niczym nie wiedzieli, ale zostawały pani Mariala i Baśka. Pani Mariola nie powiedziała jednak niczego. Baśka przywitała go z uśmiechem.
- Jakby jeszcze kiedyś przyszła ci taka bzdura do głowy, to nam powiedz – oznajmiła. – Razem zawsze da się coś wymyślić.
On też się wtedy uśmiechnął. Myślałam, że sprawa jest skończona. Może i byłaby, gdyby nie to, że ja znowu postawiłam go w sytuacji, w której czuł się bezradny i do tego jeszcze zupełnie niepotrzebny. A przecież ten jego wybryk nie był jedynym. Już dużo wcześniej, dawno, dawno temu myślał o śmierci.
- Centaur, Centaur Żoliborz! – Raz jeszcze podjęłam rozpaczliwą próbę skontaktowania się z nim i tym razem ktoś się zgłosił.
- To ty Amazonko? o Od razu poznałam słodki głos Kici.
- Tak ja.
- Rozmawiałam z Centaurem – poinformowała mnie. – Powiedział, że kończy z radiem i żebyś go nie szukała, bo on nie chce cię już więcej widzieć. Powiedział też, żebyś posłuchała „Z nim będziesz szczęśliwsza”, że to od niego dla ciebie na pożegnanie. – W oczach stanęły mi łzy.
- Nie powiedział nic więcej? – spytałam.
- Nie. Przykro mi. – To było wszystko. Kicia wyłączyła się. Ona też nie bardzo chciała ze mną rozmawiać.
- Jeśli nie chce cię widzieć, to tutaj nie przyjedzie – powiedziała Baśka za moimi plecami.
- A gdzie?
Baśka milczała, mogła milczeć, bo ja znałam odpowiedź.
- On pojechał do domu – jęknęłam. – Poddał się.
Bezpośrednio po wypadku, kiedy przykuty do wózka nie opuszczał domu, wydawało się, że rodzinie zawadza. Stanowił dla nich ciężar i nawet to otwarcie mówili. No, może nie przy nim, ale przez ściany wiele było słychać.
Potem, kiedy zaczął żyć samodzielnie i coraz więcej czasu spędzał ze mną, rozpoczął treningi, a potem studia, nagle ich polityka się zmieniła. Może ciągle uważali go za ciężar, ale teraz nie chcieli już się go pozbyć z domu, a raczej na siłę w nim zatrzymać. Ogłaszali wszem i wobec, że życie na zewnątrz jest dla ich syna niebezpieczne i może mu przynieść tylko cierpienie. Oni sami, nic nie wiedząc o Joni, chcieli, żeby ich syn przyjął jej filozofię, pozwolił się zamknąć i niańczyć godząc się na wszystko. To od tego właśnie uciekł, a ja załatwiłam mu pokój u Baśki.
- Mogę zadzwonić? – spytałam szybko.
- Pewnie – odparła.
Ja już trzymałam słuchawkę i wystukiwałam numer do domu Piotra.
- Halo. – Odebrała jego matka.
- Dzień dobry. Tu Marta, czy jest Piotr?
- Nie, nie ma. – Kobieta odpowiedziała zupełnie spokojnie.
- Czy miała pani z nim jakiś kontakt?
- Nie rozumiem o czym mówisz.
- On był zły. Wyjechał z Sopotu sam, wczoraj. Nie wiem, gdzie teraz jest. Nie dojechał do Warszawy. Boję się, że miał wypadek...
- Nie ma czego się bać – odpowiedziała kobieta zupełnie obojętnie i odłożyła słuchawkę.
Oparłam się plecami o ścianę. W oczach tańczyły mi łzy.
- Ja nie rozumiem – jęknęłam.
Baśka podeszła do mnie. Nie wiem, co mogła myśleć, ale usiłowała zachować spokój i pokazać, że jest ze mną.
- Jego matka powiedziała, że go nie ma, ale uważa, że nie ma po co myśleć o wypadku. Zresztą odłożyła słuchawkę - zakomunikowałam.
- Może ona wie, gdzie jest Piotr. Może miałaś rację, że wrócił do domu.
- Może – westchnęłam.
- Idź do domu – powiedziała Baśka cicho. – Wyśpij się. Jutro pomyślimy, co robić dalej.
My pomyślimy? Razem? Jednak nie byłam sama! Zenon czy może Per miał rację.
- Dobrze – zgodziłam się. – Mogę zabrać radio?
- Jeszcze pytasz? – Baśka zaśmiała się cicho. – Przecież jest twoje.
- No tak.
Wzięłam radio pod pachę i pożegnałyśmy się mówiąc: „do jutra”. Jeszcze wtedy powstrzymywałam łzy, ale już w autobusie, w jednym z ostatnich 118, rozpłakałam się i nie przestałam płakać nawet otwierając drzwi swojego mieszkania. Nie myślałam o tym, co powiedzą rodzice. Koniec kłamstw! Im też musiałam przyznać się do tych wszystkich głupstw, które zrobiłam. Głupstwa to było za lekkie słowo.
Koniec kłamstw - mimo tego postanowienia spróbowałam przemknąć do swojego pokoju niepostrzeżenie. Pochyliłam głowę. Ukryłam twarz.
Odstawiłam radio w kąt, potem rzuciłam się na łóżko i zaczęłam płakać na dobre, głośno i histerycznie.
Nie wiem, jak długo tak leżałam, wiem za to, że w końcu przyszła moja mama i usiadła obok mnie, na krawędzi łóżka.
- Co się stało? – spytała, a ja długo tylko pochlipywałam, zanim wszystko jej opowiedziałam. Myślałam, że będzie zła, że powie coś w stylu: „Masz, na co zasłużyłaś”, ale ona tylko położyła mi dłoń na plecach i milczała, a potem wyszeptała: „Nie wiedziałam” i sama mi się do czegoś przyznała.
- Tego dnia, kiedy wyjechałaś, zadzwonił jakiś chłopak. Chciał z tobą porozmawiać. Pytał, gdzie jesteś, więc mu powiedziałam. Pomyślałam, że to dla ciebie ważne, że potrzebujesz ludzi... – Ona wiedziała. To wiedziała, ale... Czy mogłam być zła? To była moja mama. Chciała, żebym była szczęśliwa. Już nie płakałam, myślałam. – Przyznam ci się, że nie rozumiałam twojego uczucia do Piotra i nadal nie rozumiem, ale jeśli do siebie wrócicie, będę po twojej stronie. Już wiem, ile on dla ciebie znaczy... – Może chciała powiedzieć coś więcej, ale jej przerwałam.
- W porządku – rzuciłam. – Ale co ja mam zrobić? – Znowu się rozpłakałam, obejmując ją w pasie i wtulając w nią twarz.
Milczała. Wiedziała, że żadne słowa mnie nie pocieszą.
Nocą znowu śniłam tamten sen. Piotr stał oparty o filar i patrzył na mnie. Tym razem miał na sobie cowboyski płaszcz. Zrzucił go. Odwrócił się i odszedł, a ja nie mogłam za nim pobiec. Nie mogłam go zawołać, jakby uwięziona w niewidzialnej, szklanej klatce.

Następnego dnia po wykładach pojechałam do klubu podejrzewając, że pani Mariola z Ewerem już wrócili. Nie pomyliłam się.
- Czy Piotr się pojawił? – spytałam, ale pani Mariola potrząsnęła tylko głową.
- Nie. Nie miałam z nim żadnego kontaktu.
- Ja też nie – oznajmiłam. – Ale podejrzewam, że wrócił do domu. – Odpowiedziało mi milczenie. – Czy mógłby zacząć jeździć na Anubi?
- Mógłby spróbować.
- A co będzie z Ewerem?
- Weterynarz stwierdził, że może mieć naderwane ścięgno. Potrzebne są jeszcze badania.
- A jeśli...
- Co by nie było, będziemy go leczyć. Zostanie w klubie. Może jeszcze komuś przyda się koń, który może nosić niepełnosprawnego jeźdźca. Nie każdy musi skakać.
To było wszystko. W domu czekała na mnie informacja, że dzwoniła Baśka, więc od razu oddzwoniłam.
- Piotr był u mnie – poinformowała mnie. A więc żył! Nie miał wypadku! Jest znowu do zdobycia!
- I co?
- Zabrał parę rzeczy. Powiedział, że już nie będzie u mnie mieszkał i żebyś go nie szukała, że nie chce z tobą rozmawiać. Nie będzie ci łatwo złamać jego upór. On cię nie wysłucha. Jest zły.
- Mimo wszystko będę próbować. – Postanowiłam i zadzwoniłam do niego do domu.
I tym razem odebrała jego matka.
- Czy jest Piotr?
- Nie ma – padła ta sama co wczoraj odpowiedz.
- Nie ma go teraz, ale w ogóle będzie?
- Będzie. – Musiała to powiedzieć. Gdzie miał być, jak nie w domu?
- Kiedy?
- Nie wiem.
- Proszę mu powiedzieć, że dzwoniłam.
- Dobrze. – Wiedziałam, że i tak mu tego nie przekaże.
Ledwo zdążyłam odłożyć słuchawkę, zadzwonił telefon. To był burzliwy dzień.
- Halo.
- Cześć. Szukałem cię. – To był Robert.
- Nie chcę z tobą rozmawiać! – rzuciłam. – Po co jechałeś za mną do Sopotu?!
- Bo cię kocham – brzmiała odpowiedź.
- Jak możesz mnie kochać, skoro nie wiesz, co to znaczy?! – krzyknęłam. – Skoro nie potrafisz uszanować mojej prywatności?! Nie potrafisz zrozumieć, że ja cię nawet nie lubię! Bawiłam się tobą! To wszystko!
- Chciałaś być ze mną – uparł się.
- Może, ale to było wcześniej. Okazałeś się dupkiem. Co powiedziałeś Piotrowi?!
- Temu kalece?
- Sam jesteś kaleka, ale umysłowy!
- Przestań się złościć! – On też krzyczał. – Kocham cię! Nic mu nie powiedziałem. Nic, co nie byłoby prawdą. Tylko, że jest ci z nim źle, a ja mogę cię uszczęśliwić...
Rzuciłam słuchawkę. Z moich oczu trysnęły łzy. Może on mnie kochał w swój prymitywny, ordynarny sposób, ale mnie nic to nie obchodziło. Na niego potrafiłam być tylko zła. Skreśliłam go. On powiedział „kaleka”. On...
Skąd miał mój domowy numer? Jak trafił do Sopotu, już wiedziałam, ale tego nie.
Zosia! Przypomniałam sobie. Oboje ją znaliśmy. Szybko otarłam oczy i pobiegłam powiedzieć Zosi, co o niej myślę. Nie było to rozsądne, ale w tamtej chwili chciałam tylko wyładować na kimś złość.
Stanęłam pod jej drzwiami i zapukałam. U niej od lat nie działał dzwonek.
Otworzył jej chłopak.
- Wejdź – powiedział uśmiechając się i wpychając z powrotem za drzwi dwa obskakujące mnie, nie całkiem rasowe foksteriery.
- Jest Zosia?
- Jest. – Artur był zdziwiony moją wizytą, ale wprowadził mnie do pokoju i usadził na narożniku.
No tak, od mojej ostatniej wizyty minęły chyba dwa lata. Wtedy szukałam jakiegoś kąta dla Piotra. Wolę już nie przytaczać tego, co obie wtedy powiedziałyśmy.
Rozglądałam się. Trochę się tam zmieniło. Regał pomalowali na czarno, odmalowali ściany, na suficie położyli czarne belki. Zaczynało się nawet robić ładnie.
- Cześć. – Chyba wyciągnęłam Zosię z wanny, bo miała na sobie szlafrok, a jej długie, ciemne włosy skrywał turban z ręcznika. – Chcesz herbaty?
- Nie – rzuciłam zimno. – Chcę wiedzieć, dlaczego dałaś mój telefon Robertowi?
- Dla dobra was obojga – wyjaśniła. – To porządny chłopak.
- Kradnie? – Nigdy jeszcze nie mówiłam głośno o tym, czym według mnie zajmowała się większość jej kolegów.
- Co to za pytanie?! Ale nie, nie kradnie! – Pewnie więc zajmuje się czymś gorszym. – On się w tobie zakochał! – Zdenerwowałam Zosię. – Pamiętasz jak szukałaś chłopaka na studniówkę? – Pamiętałam. Nie miałam z kim pójść, bo już wtedy byłam z Piotrem. – Ty potrzebujesz prawdziwego mężczyzny i Robert jest takim mężczyzną. Kiedyś tak lubiłaś tańczyć, spacerować, nie mów mi, że się zmieniłaś. - Miała rację. Znała mnie na wylot, ale mimo to nie poznawałam w niej dawnej przyjaciółki. Nie chciała przyjąć mnie takiej, jaką byłam. Ona chciała przerobić mnie na swoją modłę. Może nadal marzyłam o tym, żeby tańczyć w deszczu, ale paradoks polegał na tym, że chciałam tańczyć tylko i wyłącznie z Piotrem.
- Na przyszłość nie wtrącaj się w moje życie! – rzuciłam. – Sama sobie z nim poradzę. Wiem czego chcę!
- Nie ciskaj się!
- A właśnie, że będę! – Ta uwaga dolała jeszcze oliwy do ognia. Podniosłam się. – Do widzenia! – warknęłam. – Odczep się ode mnie raz a dobrze – oznajmiłam i wyszłam trzaskając jej własnymi drzwiami, chociaż było to zupełnie bez sensu.
Po co poszłam do Zosi i po co na nią krzyczałam? To fakt, że kiedy szukałam mieszkania dla Piotra Zosia źle mnie przyjęła, ale teraz nie. Teraz tylko swatała mnie z Robertem. Po prostu mnie nie rozumiała. To była jej jedyna wina.
Wieczorem słuchałam radia przerzucając się z kanału na kanał, mając nadzieję, że usłyszę gdzieś Piotra, ale usłyszałam tylko Długiego. Wtedy zawołałam: „Breack”.
- Co u ciebie Amazonko? – spytał.
- Źle – odparłam. – Widziałeś się z Centaurem?
- Nie. Nie było go na zajęciach. Myślałem, że jeszcze nie wróciliście.
- Jakbyś go spotkał, przekaż mu ode mnie, że jest inaczej, niż on myśli.
- O co chodzi?
- On będzie wiedział.
Nocą śnił mi się pusty dworzec. Biegłam wzdłuż torów. Mgła podniosła się znad ziemi i pochłonęła wszystko, a ja wołałam jego imię: „Piotr! Piotr!” Nie było odpowiedzi i tylko gdzieś daleko ktoś grał na organkach.

Znowu szukałam go w klubie, ale pani Mariola oznajmiła, że go nie było. Popatrzyła na mnie przy tym z politowaniem. Jej niczego nie trzeba było mówić. Ona wiedziała.
Spróbowałam też dostać się do Piotra. Pojechałam do niego.
Drzwi otworzyła mi jego matka, postawna kobieta o szarej twarzy. Przytyło jej się ostatnio.
- Czy jest Piotr? - spytałam.
- Nie ma - odpowiedziała, ale to nie była prawda. Usłyszałam jego podniesiony głos. Kłócił się o coś z bratem. Oni zawsze się kłócili, a tymczasem tamten, którego pamiętałam jeszcze jako malucha, stawał się właśnie nastolatkiem.
- Przecież słyszę, że jest. - Uparłam się.
- On nie chce z tobą rozmawiać - powiedziała jego matka, zagradzając mi przejście. - Skrzywdziłaś go. Czego chcesz więcej?
- Proszę mi pozwolić, wszystko mu wytłumaczyć.
- On nie chce z tobą rozmawiać – powtórzyła. - Nie możesz tego zrozumieć?
W oczach stanęły mi łzy. Nie wiedziałam, co robić. W akcie desperacji spróbowałam dostać się do środka przemocą. Po prostu naparłam piersią na rozpostarte ramiona tamtej. Zabrakło mi jednak siły. Matka Piotra była ode mnie wyższa i znacznie potężniejsza. Odepchnęła mnie od siebie tak mocno, że aż się zachwiałam, z trudem łapiąc równowagę.
- Zachowaj chociaż trochę godności - powiedziała i zamknęła mi drzwi przed nosem.
- Piotr! - wrzasnęłam zdesperowana. - Piotr! - Walnęłam pięścią w drzwi, ale nikt mi już nie otworzył. Było po wszystkim.
Wiele się wtedy nauczyłam i wiele zrozumiałam. Niestety stało się to znacznie za późno. To nie litość i nie strach przed innymi mężczyznami kierowały mną, kiedy oznajmiłam, że zostanę z Piotrem. On mógł zrobić wszystko, mógł nawet odejść, udowodnił to. A ja naprawdę go kochałam, choć nie miałam zielonego pojęcia, co to znaczy i do dziś nie mam.

Nadeszły dziwne dni. Poruszałam się jak w transie, właściwie tak samo jak wtedy, gdy dowiedziałam się, że Piotr miał wypadek.
Nie słuchałam muzyki. Muzyka nie była już czymś dla mnie. Piosenki, które znałam i kiedyś lubiłam, zawierały w sobie treści podobne do tych, jakie były w „I don't want to get hurt" lub skłaniały do tańca.
O nie, nie chciałam już sycić się zdrowiem swojego ciała. Na co mogło mi się to przydać?
Nie chcę być raniona? Ależ rańcie mnie, jeśli w ten sposób mogę odnieść zwycięstwo i dostać w nagrodę jeden uśmiech Piotra. Och, Piotr. Ja już nie będę chować głowy w piasek! Piotr, gdzie jesteś?!
Nagle wszystko stało się jasne. Jak ciężko by mi z nim nie było, życie bez niego nie miało sensu. Nie mogło być tu mowy o żadnym współczuciu. Nikt nie mógł dać mi tyle, co on. Teraz mogłam sobie tylko wyrzucać, czemu zrozumiałam to tak późno. Chociaż może musiałam Piotra stracić, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo go potrzebuję.
Czasami jeździłam do klubu, czasami rozmawiałam z Długim przez radio. Nikt Piotra nie widział, ani nie słyszał. Zerwał z całym dawnym życiem, odrzucił je przeze mnie.
Nocami śnił mi się pusty dworzec we mgle i dochodzący z daleka dźwięk organek. Czasami jednak nie mogłam spać, a może po prostu bałam się powrotu na ten przeklęty dworzec. Włączałam wtedy radio i słuchałam ludzkich rozmów, albo Jerry'ego jak gra te swoje smutne ballady.
„Z nim będziesz szczęśliwsza, ze mną możesz tylko...”
Byłam bliska obłędu. Myślałam, że tak wyglądały lata, bo dni ciągnęły się w nieskończoność, ale był to niespełna tydzień.
Któregoś dnia wpadłam na pomysł, żeby napisać do Piotra.
„Proszę – zaczęłam - przeczytaj ten list do końca. Nie chodzi o nas, ale o Ciebie. Nie zmarnuj swojego życia, szansy jaką masz. Pani Mariola ma dla Ciebie nowego konia. Anubia to niezła klacz, wiem, jeździłam na niej. Jest młoda. To miała być niespodzianka. Anubia nie jest jeszcze w pełni gotowa, ale co szkodzi spróbować? Pani Mariola twierdzi, że to koń, z którym można jeździć na ważne zawody. Nie bój się, to nie podstęp. Mnie w klubie nie zastaniesz, chociaż mam Ci wiele do powiedzenia. Jeśli nie chcesz słuchać, niech tak będzie. Jeśli musisz, zapomnij o mnie, ale nie niszcz swojego życia. Zdobyłeś zbyt wiele, by z tego zrezygnować. Wróć na studia i do jazdy konnej. Tym, co robisz, krzywdzisz sam siebie. Kocham cię i nigdy nie zapomnę. Marta.”
Spojrzałam na kartkę i pomyślałam, że widząc mój charakter pisma, Piotr może w ogóle tego listu nie przeczytać.
Nie mogę do tego dopuścić – pomyślałam. - Chodziło przecież o niego, nie o mnie. On był najważniejszy.
Przyszło mi do głowy, żeby dać ten list do przepisania Baśce. Tak też zrobiłam. Nie wiem jednak, jakie wrażenie wywarłby na Piotrze, bo nigdy go nie wysłałam.
Od Baśki pojechałam jeszcze na Targówek. Chciałam pożyczyć notatki od Ewy, która tam właśnie mieszkała. Moje studia także sporo ucierpiały. Nawet jeśli byłam na wykładach ciałem, nie bardzo wiedziałam, co dzieje się wokół mnie. Wracając miałam wypadek.
Było popołudnie, panował spory ruch. Jadący z naprzeciwka popielaty maluch wyskoczył na wyprzedzanie, pakując się wprost na mnie. W ostatniej chwili, ratując się przed zderzeniem czołowym, skręciłam w prawo i wpadłam na drzewo. Potem była już tylko ciemność.

Kiedy odzyskałam przytomność, zobaczyłam nad sobą twarz Piotra. Uśmiechał się lekko, jak ktoś zakłopotany.
- Jak się czujesz? - spytał.
Lewą dłonią pogładził mój policzek, odgarniając mi włosy z twarzy.
- Głowa mnie boli - odparłam szczerze.
Rzeczywiście ból rozsadzał mi czaszkę od wewnątrz i jednocześnie gniótł skronie. Nie musiałam nikogo pytać o diagnozę, żeby wiedzieć, że to wstrząśnienie mózgu. Już kiedyś je miałam i już kiedyś czułam się tak fatalnie, jak tamtego dnia. Spadłam wtedy z konia.
- Oczywiście. To ty - rzucił lekko. - Nie możesz powiedzieć tak, jak w filmach: „Dziękuję, dobrze", nawet jeśli to nie prawda?
Ja też spróbowałam się uśmiechnąć. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nie wiem, w jakim jestem szpitalu, skąd się w nim wzięłam i jak to się stało, że akurat Piotr jest ze mną.
Może to sen? Może ciągle jestem nieprzytomna, a to co widzę, jest tylko majaczeniem chorego umysłu? Przez moment zastanawiałam się nad taką możliwością.
- Piotr... - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Nie mów nic. Musisz teraz odpocząć. Spróbuj zasnąć, wszystko będzie dobrze i wszystko ci wyjaśnię, ale nie dziś... Powiedz mi tylko jedno... - Wyczułam w jego głosie nutę niepokoju. - Czujesz nogi? - Tego się bał, tylko tego. Gdybym miała siłę, to w tym momencie bym się roześmiała. Myślałam, że zapyta o Roberta, o moją zdradę, a on zapytał o to. Bał się o mnie, bo przecież miałam wypadek samochodowy, tak jak on kiedyś. Bał się, że też mogłabym skończyć na wózku. Bał się, bo mu na mnie zależało.
- Czuję - odpowiedziałam słabo.
- Więc śpij. - Odetchnął z ulgą. Obdarzył mnie jeszcze jednym ciepłym uśmiechem, a potem delikatnie mnie pocałował.
Och, to sen, ale to wszystko jedno - pomyślałam. Było mi dobrze. Wszystko wróciło na swoje miejsca.

Szłam przez Dworzec Centralny, po lewej ręce mając tory, po prawej filary podtrzymujące strop. Wokół panował mrok i brakowało tylko mgły snującej się nad torami, żeby wszystko wyglądało jak scena z mojego snu.
To ten dworzec śnił mi się przez cały czas, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy. Może śnił mi się dlatego, że znałam go najlepiej, a może dlatego, że tu miałam znaleźć odpowiedz na swoje pytanie: „Skąd biorą się samotni ludzie na dworcu?”
Ile razy można wysłuchać „I don't want to get hurt” leżąc na podłodze, już wiedziałam. Skończoną ilość razy.
Znowu byłam sama. Znowu powinnam być gdzie indziej. Samotni ludzie na dworcu to ci, którzy powinni być gdzie indziej. Ale czy to ci, którym się nie powiodło?
Nie, z tym nie mogłam się zgodzić. Przypominałam sobie ostatnie dni. Były jak sen, jak dobry sen.
Od razu ze szpitala pojechałam do Baśki, gdzie czekało na mnie coś w rodzaju przyjęcia powitalnego. Piotr znowu u niej mieszkał.
Wypuszczono mnie już po dwóch dniach obserwacji. Diagnoza, tak jak się tego spodziewałam, brzmiała - lekkie wstrząśnienie mózgu bez powikłań. Rodzice co prawda woleliby mnie widzieć w łóżku w domu, ale ja nie mogłam się na to zgodzić. Musiałam być z Piotrem. Musiałam mu wszystko wytłumaczyć. Musiałam zrozumieć skąd się przy mnie wziął i lekki ból głowy nie mógł mi w tym przeszkodzić.
- To była moja wina - powiedział po raz pierwszy przedstawiając mi szczegóły wypadku.
Siedzieliśmy we czwórkę przy dużym stole w tej części przedpokoju, która służyła za jadalnię.
- Ja prowadziłem ten samochód, przez który wpadłaś na drzewo. Zajechałem ci drogę, a potem zjechałem na torowisko. Mnie się udało. Tobie nie.
Siedziałam z szeroko rozdziawionymi ustami.
- Ty? - wyjąkałam.
Marek dał radę tego nie skomentować, choć przez jego twarz przebiegł skórcz. Wszyscy się uczyliśmy.
- Ja – przytaknął. - Mogliśmy się zderzyć.
My?! Zderzyć?! Co by mogło się wtedy stać? A gdyby nas oboje sparaliżowało od szyi w dół? To byłoby dopiero straszne!
- Pomieszało mi się w głowie po rozmowie z tym twoim facetem.
- Piotr... - Chciałam coś powiedzieć, wyjaśnić.
- Później. - Nie pozwolił mi. - Po prostu się wściekłem i wiedziałam, że muszę wygrać. Przywiązałem się do siodła. Nie zrobię tego nigdy więcej...
- Jeździsz teraz? - Znowu mu przerwałam.
- Tak. Baśka powiedziała mi o Anubi i twoim liście. Anubia to dobry koń. Lepszy niż był Ewer, ale... Mówiłem, że się przywiązałem. - Nie chciał mi dać dojść do słowa. Najpierw musiał powiedzieć wszystko, co sam miał do powiedzenia. - Straszne sobie porobiłem rany na udach, ale Ewera załatwiłem lepiej, niż siebie. To był dobry koń. - Głos drżał mu jakby powstrzymywał łzy. - Wiesz, jak go to musiało boleć? A on nie upadł. Gdyby upadł, to by mnie zabił. Myślę, że wiedział. - Umilkł na chwilę. Próbował opanować wzruszenie. - W każdym razie okaleczyłem Ewera. Wtedy wsiadłem do samochodu i uciekłem. Najlepsza metoda. Pomyślałem, że nie jestem nikim więcej, jak tylko jednym z wielu inwalidów. Twoja kariera sportowa skończona, powtarzałem sobie, sam okaleczyłeś jedynego konia, na którym mogłeś jeździć. Straciłeś dziewczynę. Nic w tym dziwnego. Nie możesz jej dać tego, co zdrowy człowiek...
- Piotr... - jęknęłam.
- Później. Nie przerywaj mi. Miłość nie jest dla ciebie, pogódź się z tym. Tak sobie mówiłem. Praca? Nie dostaniesz pracy. Więc na diabła ci studia? Przestałem chodzić na zajęcia...
- A teraz?
- Chodzę. - Jak to dziwnie brzmiało w jego ustach. - Nie przerywaj mi. Wróciłem do domu - mówił dalej. - Tam moje miejsce, pomyślałem. Co mówiła matka, wolę nie powtarzać. Napłakała się, naużalała nad moim ciężkim losem. Wyklinała cię, a ja się na to zgadzałem, bo wtedy było mi wszystko jedno. Umartwiałem się na siłę. Postanowiłem zostać przykładnym inwalidą, więźniem czterech ścian. Ale nie wytrzymałem tego. Matka mówiła jak nam źle na świecie, bratu wszystko było pod górkę, ojciec milczał. Można było zwariować. Brałem wtedy samochód i jeździłem po mieście jak wariat, na trzeciego ładując się przy wyprzedzaniu i tak dalej. Myślałem, że nawet jeśli się zabiję, nic takiego się nie stanie, bo moje życie nie ma żadnego sensu. Nie wiem, czemu znowu nie próbowałem popełnić samobójstwa. Po prostu nie wiem. No i kiedy tak jeździłem po mieście, trafiłem na ciebie. To było dziwne. Przedtem byłem zły. Myślałem, że nie chcę cię znać, ale kiedy poznałem twój samochód, to minęło. Pomyślałem, że co byś nie zrobiła i tak będę cię kochał. Nie wiem dlaczego. Pewnie bez powodu, dlatego, że ty to ty. W końcu to była miłość od pierwszego wejrzenia... Gdybyś poczekała jeszcze ułamek sekundy, nic by się nie stało... Ja skręciłem i przejechałabyś... - Zamilkł na chwilę, ale ja też teraz nie mogłam znaleźć słów. - Zatrzymałem się za torami - powiedział powoli. - Zobaczyłem płomień buchający spod maski twojego samochodu. Pomyślałem, że on może się zapalić, nawet wybuchnąć, a wtedy zginiesz. - Zmarszczył czoło. Był przerażony tak, jakby przeżywał to raz jeszcze. – Wyobraź sobie. Na przystanku stali ludzie. Samochody jechały. Niektórzy patrzyli, ale nikt nie zbliżył się do twojego samochodu. Muszę cię stamtąd wyciągnąć, pomyślałem. Co byś mi nie zrobiła, nie mogę pozwolić, żebyś zginęła. Wysiadłem. Wtedy ludzie się ruszyli. Ktoś powiedział, że twój samochód na pewno wybuchnie. Ktoś mnie szarpał. Mówili, że zwariowałem, że zginę. Jakbym ja chciał żyć! Potem mnie zostawili w spokoju. Bali się podejść do twojego samochodu. Szarpałem za klamkę, ale drzwi były zamknięte. Wybiłem więc pięścią szybę. Walnąłem z całej siły. To tak bolało, że aż mnie zamroczyło. Pokaleczyłem się, ale to nie ważne, musiałem cię wyciągnąć. - Tu znowu zamilkł i zaprezentował swoją rękę zabandażowaną od dłoni po łokieć. Kostki na palcach miał posiniałe od uderzenia.
Uszkodzona ręka była dla niego prawdziwym problemem i właściwie uniemożliwiała poruszanie. W docieraniu na wykłady, pomagał mu wtedy Długi. Ludzie byli. Jeśli jednak o to chodzi, o Długim usłyszałam już później, a w tamtym momencie dopiero poznawałam historię ręki Piotra. Przedtem nie chciał mi wyjaśnić, co mu się stało.
- Jak z tego krew sikała - dodała Baśka. - Jak was przywieźli do szpitala, byliście oboje tak wymazani, że trudno było powiedzieć, które miało wypadek.
- A ty, skąd się tam wzięłaś? - spytałam zdziwiona.
- Jeszcze jeden przypadek. - Baśka uśmiechnęła się. - Właśnie byłam u dziadka, wychodziłam, kiedy przyjechała karetka.
- Ktoś powiedział, że nie powinienem cię ruszać, bo możesz mieć uszkodzony kręgosłup. Jakbym sam nie wiedział, co to znaczy - kontynuował opowieść Piotr. - Pomyślałem jednak, że najwyżej będziesz sparaliżowana, ale żywa. Na wózku da się jakoś żyć. Ja to pomyślałem! Wyciągnąłem cię. Zdążyłem odjechać tylko kawałek. Koło wpadło mi w dziurę i wózek się przewrócił - mówił ciszej, jakby się tego wstydził. - Wtedy samochód naprawdę stanął w ogniu.
- Mój samochód w ogniu? - wyjąkałam.
- Tak - przyznał Piotr. - Została z niego tylko kupa blach.
Znowu zaniemówiłam.
- W szpitalu to dopiero było wesoło. - Piotr śmiał się. Ciemną część historii miał już za sobą. - Kiedy założyli mi szwy i powiedzieli, że mogę sobie pójść, byli już nasi rodzice...
- Żarli się nieźle - dodała Baśka.
- Tak - głos Piotra brzmiał lekko. - Mówili to, co zawsze. Moja matka, że ty wystarczająco już mnie skrzywdziłaś, a teraz jeszcze mogłem przez ciebie stracić życie i takie tam. Rozumiesz? Ja przez ciebie mogłem stracić życie! Twoi rodzice mówili, że ona przesadza i że nie powinna traktować mnie jak dziecko - znowu ściszył głos. O tym było mu trudno mówić. - Darli się tak na siebie i do niczego oczywiście nie doszli, a ja porozmawiałem z Baśką. - Zamilkł na chwilę. - Wszystko mi powiedziała. - Baśka jakby dla potwierdzenia jego słów wyszczerzyła białe, równe zęby. - Powiedziała mi jak szalałaś, jak mnie szukałaś i to, że podjęłaś decyzję...

W końcu zostaliśmy sami. Baśka zabrała Marka na górę. Powiedziała, że musi się jeszcze pouczyć. On miał jej pomóc w statystyce. Myślę jednak, że powód był inny. Ona wiedziała, że potrzebujemy trochę samotności. Była naprawdę dobrą przyjaciółką.
Przenieśliśmy się do pokoju zajmowanego przez Piotra.
- Teraz twoja kolej – powiedział. - Wyjaśnij mi wszystko. W czym był lepszy? Tańczył?
- Tak, tańczył - rzuciłam rozdrażniona pytaniem. Szybko jednak oprzytomniałam. - Nie - poprawiłam się. - Nie o to chodziło. Mnie po prostu zabrakło siły. Inne dziewczyny chodziły na imprezy ze swoimi chłopakami, wyjeżdżały, a ja nie i to wcale nie dlatego, że nie możemy tego robić, ale dlatego, że nigdy nie pozwolono nam spróbować - wyrzucałam z siebie pretensje do całego świata. - Nikt nigdy i nigdzie mnie nie zaprosił, nie licząc Baśki oczywiście. Nie chcieli, żebym przyszła z tobą i zepsuła im nastroju. Wiele razy to słyszałam, a potem jeszcze, kiedy mieliśmy szansę iść do nowych ludzi, którzy może by nas zaakceptowali, ty odmówiłeś...
- O czym ty mówisz?
- Odrzuciłeś zaproszenie Kici na ognisko. Powiedziałeś, że czasem lepiej się nie widzieć, czy coś w tym stylu.
- Skąd wiesz?
- Słyszałam. Chciałam cię wtedy zawołać, ale jak to usłyszałam, wyłączyłam się. Płakałam.
- Chcesz powiedzieć, że to moja wina? - Był zły.
- Nie, ale ty nie skorzystałeś z okazji, bo zabrakło ci odwagi, bo bałeś się, że ich stracisz, kiedy się dowiedzą...
- Nie waż się! - Przerwał mi, ale nie zwróciłam na to uwagi.
- Mnie zdarzyło się to samo. Zabrakło mi siły. Kładłam się na podłodze, słuchałam „I don't want to get hurt" i marzyłam tylko o tym, żeby ludzie dali mi spokój, żeby już się nie czepiali, żeby mnie nie ranili. To była wtedy piosenka o mnie. Nie chciałam być więcej raniona. Chciałam zapomnieć o wszystkich problemach...
- Ty możesz, ja nie - zauważył.
- Piotr – jęknęłam. - Czy mogę, czy nie, to nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że ja już nie chcę. Zrozumiałam, że nie można uciekać. Trzeba walczyć. Jeśli się walczy, częściej się obrywa, ale też można odnosić sukcesy, coś zdobywać...
- Nauczyłaś się tego na pamięć?
- Koniec z uciekaniem. - Wyjęłam z kieszeni kasetę. - Wyciągnę z niej taśmę, nie będę tego więcej słuchać...
- Robisz przedstawienie. - Wyrwał mi kasetę z ręki. - Uspokój się. Po co to wszystko? Rozstańmy się bez scen.
- Rozstańmy?! – krzyknęłam. - Teraz? Ja cię kocham. Musimy być razem - wyrzuciłam z siebie. - Ale nie na przychodne. Pobierzmy się...
- Wtedy trudniej ci będzie zdradzić?
- Piotr... - Nie znalazłam odpowiedzi, ale on już na nią nie czekał.
- Co to jest? - Złapał mnie za rękę i dotknął końcem kciuka pierścionka na moim serdecznym palcu. Dostałam go od niego na zaręczyny, był srebrny (na więcej nie było go stać), z rubinowym oczkiem i to nie dlatego, że rubiny były moimi ulubionymi kamieniami. Piotr tego nie wiedział. Rubin miał symbolizować ból i krew, trud życia jakie wybrałam. Nosiłam go zawsze, poza tymi chwilami, które spędzałam z Robertem. Nosiłam go i teraz, chociaż w wyniku wypadku przestał być okrągły, oprawa oczka rozgięła się w paru miejscach, a sam kamień był zarysowany.
- Pierścionek od ciebie.
- Nosisz go? - zapytał, jakby nie widział.
- Noszę i zawsze będę – odparłam. - Chyba, że dostanę inny. - Nie powiedział nic, więc ja ciągnęłam dalej, patrząc mu prosto w oczy, błękitne, ogromne i tak smutne, jakby odbijało się w nich cierpienie całej ludzkości. - Piotrze, posłuchaj, kocham cię. To wiem już na pewno. Ty jesteś człowiekiem z którym chcę przeżyć wieczność. Jeśli mnie zostawisz, mogę przeżyć wiele przygód, wiele upojnych nocy, ale z nikim nie zwiąże się na dłużej, bo na dłużej możesz być tylko ty. Muszę być jednak z tobą szczera. Teraz chcę walczyć, teraz wydaje mi się, że mam siłę. Ale nie mogę zapewnić, że się znowu nie wypalę. Dlatego chcę być cały czas z tobą. Kiedy jesteś, przynajmniej nie wątpię. Ale nie wiem, czy kiedyś nie zwątpię. Nie wiem tego, bo nad tym nie panuję. Wtedy może znowu zdarzy się coś takiego, jak z Robertem. Ale jeśli chcesz wiedzieć, co może mi dać zdrowy człowiek, to powiem ci, że nic. Taka jest prawda. Problem polega na tym, że chce tańczyć, ale z tobą i tylko z tobą.
Tylko na mnie patrzył, tymi oczami, w których odbijała się dusza.
- Wyciągnij taśmę - wyszeptał oddając mi kasetę. - Nie mogę wymagać więcej.
- Musisz – odparłam, ale nie zniszczyłam kasety, tylko odłożyłam ją na biurko. Wyciągnięcie taśmy faktycznie byłoby pustym gestem. - Ja musiałam powiedzieć ci, jak to dziś czuję, ale ty musisz wymagać więcej. Na tym to polega. Musisz walczyć. Należy ci się wszystko. Jesteś wartościowym człowiekiem i możesz wszystko. Udowodniłeś mi to.
- Dopiero spróbuje ci to udowodnić - powiedział cicho podjeżdżając do biurka. - Spróbuję dać ci to, czego dać ci nie mogę. - Zaczął przerzucać kasety, które u niego zostawiłam. Dużo ich się nazbierało. U niego były mi bardziej potrzebne, niż w domu. - „You don't understend me", „She doesn't live here any more" - zaczął odczytywać tytuły piosenek Roxette. Chyba nie miałam tam innych nagrań. - „It must have been love." Czy ty nie masz żadnej optymistycznej piosenki?
Nie odpowiedziałam.
- Jest! - Ucieszył się w końcu. - „The Big L.”
Włożył kasetę do magnetofonu, przewinął do początku strony B i wcisnął play. Szybka pop-rockowa melodia wypełniła pokój.
Kiedy Per z taśmy oznajmił: „She's the top, she's got the world on a string. She makes me boogie, makes me do anything yea yea.” Piotr odwrócił się do mnie.
- Zatańczymy? - zapytał, podając mi zabandażowaną rękę.
- Tak - odparłam podnosząc się i tańczyliśmy, na tyle, na ile to było możliwe, ja na nogach, ja władająca swoim doskonałym ciałem, on na kołach, zapominając na moment o pokaleczonym przedramieniu.
Śmiałam się, a to, co robiliśmy, było piękne, nie dlatego, że nazywało się tańcem, ale właśnie dlatego, że się śmiałam i że Piotr się śmiał.
Per powtarzał swoje: „When I'm making love with her. When I'm making love to her. Yea. It has to be a big thing.” I miał rację, a kiedy skończył, spocona usiadłam Piotrowi na kolanach. Oparłam głowę o jego ramię.
- Jesteś jedyny – wyszeptałam. - Tęskniłam za tobą, bardzo tęskniłam. - On całował moje włosy, czoło i oczy delikatnymi, ciepłymi wargami.
Kochaliśmy się tej nocy i było to o wiele piękniejsze przeżycie, niż to, które mógł mi zaoferować Robert. Nie zaspakajaliśmy bowiem tylko naszego fizycznego pożądania, ale poprzez seks wyrażaliśmy swoją miłość.
Zasnęliśmy wtuleni w siebie. Ja trzymałam między swoimi nogami jego nogę, choć on nie mógł tego czuć. Chciałam mieć go całego, tak jak zawsze.
Tej nocy też śniłam ten sen, który od tak dawna mi towarzyszył. Szłam przez dworzec wzdłuż torów. On nadszedł z naprzeciwka w koszuli w kratę i jeansach, taki jaki był w siodlarni, gdy złapał mnie za rękę i poprosił o spotkanie.
Tym razem udało mi się do niego podejść. Zarzuciłam mu ręce na szyję, a on mnie objął i tańczyliśmy przytuleni do siebie przy cichych dźwiękach organek. To Zenon grał, Zenon, a może Per, nie człowiek, tylko duch.
Kiedy się obudziłam leżeliśmy objęci tak, jakby ktoś podniósł nas tańczących i położył na boku. Piotr spał jeszcze. Delikatnym dotknięciem odrzuciłam mu włosy z czoła. Wtedy otworzył oczy, dwie błękitne studnie bez dna. Pocałowałam go w usta, a on leżał i patrzył. Musiałam mu powiedzieć o tym, czego się dowiedziałam, co rozpierało moją pierś.
- Piotr. Ja już wiem. Starczy mi sił. Nie zdradzę cię - wyszeptałam, choć to brzmiało zupełnie bez sensu. - Ja już nie muszę tańczyć, bo ja już z tobą tańczyłam, dzisiejszej nocy, we śnie.
Nie powiedział nic, tylko spuścił powieki, a z jego oczu popłynęły łzy. Przycisnął mnie mocno do siebie i po prostu płakał, a ja nie mogłam znaleźć słów.
Ludzie twierdzą, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i ze wszystkim można nauczyć się żyć. Ja uważam jednak, że nawet jeśli tak jest, zawsze zdarzają się chwile słabości, kiedy lęk wraca. Sześć lat od wypadku Piotr płakał ciągle tak samo bezsilny.

Wiele zmieniliśmy w naszym życiu od tamtego poranka, a raczej próbowaliśmy zmienić.
Kiedy Kicia po raz kolejny poinformowała nas o ognisku, zgodziliśmy się od razu. Kicia miała czekać na nas na stacji metra Kabaty. Powiedziała, że założy czerwony sweter. Rzeczywiście tak zrobiła. Zdziwił nas jej wygląd. Była niska, gruba i przy tym bynajmniej nie ładna, ale miała bardzo miły uśmiech.
- To dlatego? - spytała, witając się z Piotrem. Chodziło jej oczywiście o wózek.
- Tak, dlatego - odpowiedział z uśmiechem.
- Nie było się czego bać - oznajmiła w odpowiedzi. - Wyglądasz lepiej, niż ja.
Roześmieliśmy się wszyscy.
Trzeba przyznać, że ognisko było naprawdę udaną imprezą i że wygląd wielu z naszych rozmówców, nas zdziwił.
Wtedy to chyba po raz pierwszy oficjalnie oznajmiliśmy, że się pobieramy.
Wszystko było zaplanowane. Ślub miał być kościelny. Ja tego chciałam, a moi rodzice obiecali go sfinansować. Ciągle nie byli przekonani, czy robię słusznie, wiążąc się z Piotrem, ale nie powiedzieli już ani słowa.
Piotr trochę protestował.
- Wszyscy się będą na mnie gapić.
- Jacy wszyscy? - zdziwiłam się. - Tylko nasi znajomi, ci, których zaprosimy.
Rodzice Piotra zostali konsekwentni w niechęci do naszego związku, ale nikt ich nie słuchał.
Pani Mariola i Piotr wymyślili, jak wykorzystać umiejętności Ewera. Sama rozklejałam na mieście ogłoszenia o kursie jazdy konnej dla osób ze schorzeniami kończyn dolnych. Na razie jednak zadzwoniła tylko jedna kobieta z pytaniem, czy chodzi o hipoterapię. Była zawiedziona odpowiedzią, że nie. Niestety miała małe dziecko z porażeniem mózgowym i potrzebowała prawdziwego terapeuty, a nie instruktora jazdy konnej. Mam jednak nadzieję, że kiedyś ktoś się zgłosi.
I to chyba wszystko. Nasz ślub będzie za dziewięć dni. Teraz jestem na dworcu Centralnym w Warszawie. Na palcu ciągle noszę zdeformowany pierścionek z krwawym oczkiem. Jestem gotowa na ból. Jego miejsce niedługo zastąpi obrączka. Jadę do Piotra. On po raz pierwszy startuje na Anubi. Pewnie nie wygra, bo nie przywiąże się już więcej do siodła i nie będzie szarżował, ale zawsze może być trzeci. Czemu nie pojechałam z nim? Miałam egzamin. Musiałam go zdać i zdałam.
Samotni ludzie na dworcu to ci, którzy powinni być gdzie indziej, ale nie zawsze ludzie przegrani, nie zawsze tacy, którym się nie powiodło. Cóż z tego, że teraz jestem sama, spaceruje wzdłuż torów, jakbym miała nadzieję gdzieś dojść, ale nigdzie nie dochodzę? Cóż z tego, że patrzę na zegarek, jakby to mogło przyspieszyć bieg czasu? Cóż z tego, że patrzę w przestrzeń na to, czego nie mogę zobaczyć? Ja jeszcze dziś będę u celu. Będę tam, gdzie powinnam być.

24.09.1996 - Warszawa

W tekście zostały wykorzystane fragmenty piosenek: "Z nim będziesz szczęśliwsza" Edwarda Stachury, "Obojętność" Jerry'ego i "The Big L." Pera Gessle (Roxette).

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...