Kejti's Factory - Opowiadanie

"Sprzedaż i kupno"



Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Tego dnia weszłam do stajni od tyłu. Chciałam sprawdzić, czy wypuszczono mojego konia na jeden z padoków niewidocznych z drogi. Ale nie. Jak zwykle siedział zamknięty. Znów czekała mnie poważna rozmowa ze stajennym.
Przy boksie pracującego w szkółce jasnogniadego wałacha stała masywna nastolatka, jego opiekunka. Miała pochmurną minę i pociągała nosem. Chyba już tego dnia płakała.
- Sprzedają go – powiedziała cicho, jakby sama do siebie, ale te słowa były skierowane do mnie. Znałam ją. Zawsze mówiła w ten sposób.
Zatrzymałam się. Spojrzałam na przypiętą do boksu kartkę informującą, że stojący w nim koń, z dużą, brzydką odmianą na łbie, faktycznie jest na sprzedaż.
- Gdybym mogło, to bym go kupiła – dodała.
Pokiwałam głową. Doskonale wiedziałam, co czuła. Wiele koni w życiu pożegnałam, zanim w końcu stałam się właścicielką jednego z tych, których nie sposób zapomnieć, choć mają więcej wad, niż zalet. Po stracie wielu płakałam. Dużo czasu zajęłoby ich wymienianie.
Nie pamiętam, czy coś odpowiedziałam. „Rozumiem”, „tak już jest”, „przykro mi” – być może któreś z tych sformułowań padło z moich ust. A może tylko stałam i kiwałam głową. Wiedziałam, że sytuacja materialna dziewczyny jest dość kiepska. Jeździła konno tylko dlatego, że jako osoba lekko upośledzona, podlega darmowej hipoterapii.
Stałam przy niej tylko chwilę. Musiałam iść do swoich spraw, do swojego konia.
Zdążyłam jednak zrobić tylko kilka kroków, zanim znowu nie zostałam zatrzymana. Podbiegła do mnie długonoga dziewczynka, ze spadającą na oczy ciemną grzywką.
- Pani zobaczy! – Wyciągnęła przed siebie złożoną na pół kartkę z wydrukowanym zdjęciem dwóch kasztanowatych koni na błotnistym padoku. - Rodzice mi ją kupią. – Wskazała palcem płomiennie rudą klacz na pierwszym planie. – Jest pełnej krwi angielskiej – oznajmiła, po czym jednym tchem wyrecytowała rodowód klaczy.
- Ojejku, znałam jej rodziców – padło z moich ust bez udziału umysłu. – Poznałam ich na praktyce studenckiej w stadninie w Kozienicach.
- Naprawdę?! – zapiszczała podekscytowana dziewczynka.
- Tak – potwierdziłam, po czym opowiedziałam o majestatycznym gniadym ogierze, który miał w sobie niespożyte pokłady energii i cały dzień krążył po swoim padoku lekkim kłusem, a także o poczciwej, kasztanowatej klaczy.
Wyrzucałyśmy z siebie słowa, ona ciesząc się na to, co dopiero miało się zdarzyć, ja wykopując z pamięci stare wspomnienia.
W drugiej klaczy ze zdjęcia rozpoznałam jednego ze swoich wierzchowców z praktyk. Mało jest koni o popielatej sierści, czekoladowej grzywie i idealnie symetrycznych odmianach na łbie - gwiazdka ze strzałką.
Niewiele zapamiętałam z tamtej rozmowy. Myślami byłam przy masywnej nastolatce pociągającej nosem, która wciąż tkwiła przed boksem swojego – nie swojego ukochanego konia.

27.05.2014 – Warszawa

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...