Kejti's Factory - Opowiadanie




"Nie chcesz tego wiedzieć"

1. Preludium


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


1. Preludium

Od morza wiał wiatr. Wprawiał w ruch nagie gałęzie. Szarawy śnieg na trawnikach zaczynał już topnieć. Zanim jednak zniknie z ulic, a na drzewach pojawią się pierwsze liście, minie jeszcze kilka tygodni. Nie ma więc po co wybiegać myślami ku wiośnie. Jeszcze do niej dużo czasu. Ale ten czas niepostrzeżenie ucieka. Pory roku następują po sobie. Wszystko jest nieuchwytne i zmienne. Wszystko mija. Co ma też swoje dobre strony. Również złe lata odchodzą w niepamięć. Można zapomnieć o bólu i strachu.
W tej właśnie chwili, snując takie rozważania, Szanowana Tułaczka mogła poczuć się staro. Faktycznie, najlepsze lata miała już za sobą. Jej pierworodna córka zaczęła dojrzewać, syn poszedł do szkoły, ale teraz miała nowy powód do dumy. Mogła odrzucić melancholię, która na moment zagościła w jej sercu i na powrót poczuć się młodą kobietą. Znowu pchała przed sobą wózek.
Wiatr od morza, ani chmury na odległym, błękitnym niebie nie mogły jej powstrzymać przed odbyciem codziennego spaceru na skwerek. Spacer ten miał dwie funkcje. Pierwszą było zahartowanie jej małego synka, drugą, równie ważną, pochwalenie się nim przed wszystkimi sąsiadkami, a może i całym miastem.
Przyjezdni zapewne uznaliby ten wiatr za zimny. Zimą jednak przyjezdnych w Małym Portowym Mieście było bardzo niewielu. Latem tłumy przelewały się przez tutejsze szerokie, nagrzane słońcem plaże. Setki ludzi tańczyły i piły piwo w lokalach czynnych tylko w sezonie, gdy ich dzieci grały w mini golfa, czy piłkę ręczną. Zimą Małe Portowe Miasto należało tylko do jego prawowitych mieszkańców, do takich, jak ona, którzy przywykli do wiatru. Z doświadczenia wiedziała, że ten nie zaszkodzi jej synkowi.
Wszystkim sąsiadkom mówiła, że zna się na wychowywaniu dzieci i sama była o tym święcie przekonana. Jak mogło być inaczej? Była nauczycielką i matką. Nie zawsze odnosiła sukcesy. Żadne z jej dzieci, mimo prywatnych lekcji, nie zdołało nauczyć się porządnie grać na pianinie. Ale czy to było najważniejsze? Jej dzieci były zdrowe i szczęśliwe. Przyszło im dorastać w lepszych czasach, niż jej. Nie musiały poznać strachu związanego z komunikatami o działaniach wojennych. W Zimnym Kraju, który przez cały czas Największej z Wojen próbował zachować neutralność, nie było aż tak źle. Nie przetoczyły się przez niego wrogie wojska, a masowe ludobójstwo było tylko czymś, o czym się mówiło, ale czego nikt tu nie musiał doświadczyć. Póki jednak trwała wojna, wciąż istniała obawa, że może być gorzej, że koszmar stanie się także udziałem mieszkańców Zimnego Kraju. Nie obce było im zresztą widmo głodu. Szanowana, która doświadczyła go na własnej skórze, liczyła, że nic nie zakłóci beztroskiego dzieciństwa jej pociech, a także, że dużo łatwiej będzie im w dorosłym życiu. Łatwiej, niż jej. Bo czemu nie miałoby tak być? Sama zamierzała zapewnić dzieciom wszystko, co najlepsze.
- Witaj, Szanowana.
- Witaj, Borówko.
- Jak tam? Bardzo dziś wieje – zagadnęła ją spotkana na ulicy sąsiadka.
- Choć nie tak bardzo, by nie wybrać się na spacer.
W ten sposób miały za sobą kurtuazyjną część rozmowy.
Sąsiadka pochyliła się nad wózkiem, w którym leżało pulchne niemowlę.
- Co ja widzę, twój najmłodszy to śliczny chłopiec. Jakie wybraliście dla niego imię?
- Bohater – powiedziała Szanowana wielce ucieszona słowami sąsiadki.
- Dobre imię – zgodziła się tamta.
- Gu-gu. – Chłopiec też się chyba zgodził i zamachał krótką łapką wbitą w ciasny kombinezon.
- Jakie ma śliczne rączki, jakie długie paluszki. – Sąsiadka złapała małą dłoń w niebieskiej, wełnianej rękawiczce.
Szanowana nie zastanawiała się, jak przez ubranie sąsiadka zdołała ocenić kształt dłoni jej synka, cieszyły ją słowa uznania, bo pokrywały się z jej marzeniami dotyczącymi przyszłości chłopca.
- Tak – zgodziła się. – Ma bardzo długie palce. Może zostanie chirurgiem.

- Tato, zaśpiewaj – poprosiła malutka Twarda piskliwym, dziecięcym głosikiem.
Romantyk Tradycyjny oderwał na chwilę wzrok od szosy rozwijającej się przed maską samochodu pocztowego i obdarzył dziewczynkę promiennym uśmiechem. Malutka Twarda, ze słodkimi dołeczkami w policzkach i złotymi loczkami spadającymi na czoło, kochała muzykę, tak samo jak on. Nie odpowiedział, ale zaczął śpiewać głębokim, pięknym głosem wystukując rytm na kierownicy. Twarda towarzyszyła mu na ile umiała.
Życie Romantyka ostatnimi czasy było naprawdę udane. Toczyło się spokojnie, bez specjalnych wzlotów, ale i bez upadków. Te miał już za sobą.
Spłodził pięcioro dzieci: syna i cztery córki. Był to niezły powód do dumy. Miał kochającą żonę, Wiedzącą, której jedyną wadą było to, że nie umiała śpiewać.
Kiedyś, tak jak jego ojciec, był rolnikiem. Miał swoje pola i krowy. Stracił wszystko, tak z powodu niesprzyjającego losu, jak i może nieco bezmyślnie zaciąganych długów, które potem musiało spłacać jego rodzeństwo. Doprowadziło to do kłótni w rodzinie. Ale to były sprawy minione.
Niedawno z całą rodziną przeprowadził się z Prowincjonalnej Dziury do Miasteczka na Wrzosowiskach. Ich nowe miejsce zamieszkania otrzymało swoją nazwę nieco na wyrost, ale na pewno było znacznie większe, niż Prowincjonalna Dziura. I żyło im się tam znacznie lepiej.
Twarda była zbyt mała, by pamiętać cokolwiek, z ich małego, ceglanego domku. No, może poza bezpańskim kotem, którego w tajemnicy dokarmiała mlekiem. Parę dni wcześniej sama się wygadała i oznajmiła, że za nim tęskni. Romantyk i Wiedząca, od początku jednak wiedzieli o jej poczynaniach, choć nie zdradzili się z tym przed córeczką. Dzieci musiały mieć w życiu jakieś przyjemności, a tych, w ich poprzednim domu, znajdowały niewiele. Tak więc, nie wypominali córce, że marnowała mleko, choć czasem zupa mleczna była jedynym posiłkiem, na jaki było ich stać.
Mieli tylko trzy, malutkie pokoje, które i tak trudno było ogrzać. Nie mogli tak żyć, to było jasne. Ciężko harowali, żeby to zmienić. Chyba tym, co ostatecznie pchnęło Romantyka do podjęcia decyzji, że trzeba zawalczyć o lepszą przyszłość, był widok malutkiej Twardej, która w rękawiczkach nie mogła poradzić sobie z nożyczkami, którymi próbowała wyciąć ubranko dla papierowej lalki. Romantyk, kiedy nie miał już swojej ziemi, pracował jako robotnik rolny, Wiedząca sprzątała po domach. Oboje wieczorami szyli dziecięce ubranka. A żeby je sprzedać, musieli odbywać dalekie podróże, aż do Średniego Portowego Miasta. I nawet ich syn, Tutejszy, choć miał dopiero trzynaście lat, dorabiał jeżdżąc traktorem. Trud się jednak opłacił
Kupili ładny dom z niewielkim ogródkiem. Romantykowi udało się znaleźć nowe, miłe i na dodatek bardziej nobilitujące zajęcie. Jako listonosz poznawał wielu ludzi, wcześnie wracał do domu i wcale źle nie zarabiał. Mógł też zabierać z sobą do pracy najmłodszą córkę. W pobliżu nie było przedszkola, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Lubił spędzać czas z Twardą i dla niej śpiewać.
Na pozór spokojny, z łysiną, która dodawała mu lat, choć miał ich i tak nie mało, marzył, że może kiedyś będzie mógł poświęcić się tylko rodzinie i muzyce. Gdyby mu się to ziściło, byłby chyba najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

- Jak to jest? – Spytał Bohater ojca. – Ja nazywam się Tułacz. I Skrupulatny, i Czuła, i mama, i ty, wszyscy się tak nazywamy. A dziadek Mocny nazywa się Tutejszy. Dlaczego inaczej, niż my?
Optymista poprawił na nosie okulary w grubej oprawie i zamyślił się na moment.
- Wiesz, tak jakoś wyszło, że w pewnym momencie, w naszym kraju, bardzo dużo ludzi nazywało się tak samo. Trudno było ich odróżniać. Dlatego stało się modne, żeby wymyślać sobie nowe nazwiska. Więc ja też sobie wymyśliłem. – To była dobra odpowiedź. Nie musiał mieszać syna w zadawnione konflikty. Kiedyś Optymista prowadził zakład hydrauliczny razem ze swoim ojcem Mocnym, ale potem ich drogi się rozeszły, a firma została rozdzielona na dwie mniejsze. Zmiana nazwiska miała między innymi sprawić, żeby dwaj hydraulicy nie byli myleni. Małe Portowe Miast było w końcu małe.
- A czemu takie? – spytał Bohater. To co usłyszał, zupełnie mu wystarczyło.
- Może dlatego, że dużo się przeprowadzałem.
Bohater roześmiał się. Już za jego życia zdążyli raz zmienić miejsce zamieszkania, a ostatnio mama snuła marzenia o nowym domu. Nie pytał o nic więcej.

Do Tradycyjnych często przychodzili goście. Ich dom wypełniał gwar i muzyka. Malutkiej Twardej bardzo się to podobało. Kiedy jednak ojciec zawołał ją i oznajmił eleganckim, starszym paniom, wyglądającym wedle jej osądu jak czarownice – moja córka ślicznie śpiewa – była naprawdę przerażona. Nie, nie mogła wystąpić przed tymi kobietami. To było po prostu niemożliwe. Jeśli jej nie wyjdzie? Będą się krzywiły, a może nawet się roześmieją. Nie, nie chciała przeżyć takiego upokorzenia. Czuła to, choć była jeszcze zbyt mała, by ubrać swoje emocje w słowa.
Zasłoniła twarz rękami i przytuliła się do kolan ojca.
- Zaśpiewaj dla nas – poprosił zamiast ją przytulić.
Dlaczego wystawiał ją na niebezpieczeństwo, zamiast stanąć w jej obronie? A może był pewny, że sobie poradzi? Ale i tak nie powinien tego robić. Nie! Po prostu nie!
- Jak będzie, moje słoneczko?
Chyba nie miała wyboru. Musiała przemóc strach. Opuściła ręce, założyła je za plecy. Zrobiła krok w przód i zaśpiewała jedną z piosenek, których nauczył ją ojciec.
Kiedy skończyła, starsze panie zaklaskały w ręce bijąc jej brawo.
- Naprawdę, kochanie, ślicznie śpiewasz.
- Jesteś wspaniała.
- Masz cukierka.
A więc było warto występować przed publicznością. Wciąż jeszcze czuła się zdenerwowana, ale już nie miała do ojca żalu, że zmusił ją do śpiewania.

Bohater zrobił kilka kroków, taszcząc przed sobą nowiutki tornister, po czym z głębokim westchnięciem postawił go na podłodze. Pełne policzki poczerwieniały mu z wysiłku. Odpoczął przez chwilę, po czym znowu dźwignął swój ciężar i ruszył z nim w stronę drzwi wyjściowych. Tym razem jednak także zdołał zrobić tylko kilka kroków.
- Pokaż, z czym się tak męczysz? – Starszy brat, Skrupulatny, podszedł do niego i wyjął z jego małej, pulchnej ręki uchwyt tornistra. Podniósł go. Stęknął i opuścił z powrotem.
- Co ty tam wsadziłeś?
- Wszystko co potrzebne – oznajmił Bohater pewnie prostując się i wypinając brzuch. – Będę przecież się uczył. – Czkał go właśnie pierwszy dzień prawdziwych lekcji, choć miał dopiero sześć lat.
Rodzice wysłali go wcześniej do szkoły. Bo czemu nie, skoro umiał już płynnie czytać i całkiem nieźle liczyć. Nie było po co trzymać go w domu. Zwłaszcza, że według matki, kontakt z innymi dziećmi mógł dobrze na niego wpłynąć.
Bohater nie chciał chodzić na plac zabaw, ani na plażę. Stanowczo bardziej lubił siedzieć w domu i słuchać płyt puszczanych przez jego starsze rodzeństwo.
Brat kucnął przy nim i otworzył tornister. Jego oczom ukazały się równo upakowane książki, nie tylko podręczniki, ale także atlasy i słowniki, wszystko, co można było znaleźć w domu, a co miało jakikolwiek związek z nauką. Bohater nie spakował chyba tylko encyklopedii.
Skrupulatny roześmiał się.
- Przesadziłeś – powiedział. – W szkole to wszystko nie będzie ci potrzebne. Książki są po to, żeby czytać je w domu, a nie po to, żeby je dźwigać.

Twarda siedziała przy starym, drewnianym stole w kuchni. To była przepiękna kuchnia, ogromna, jasna, z całą masą szafek i szuflad, kryjących w sobie interesujące drobiazgi i smakołyki.
Wciąż zachwycała się swoim nowym domem. A kiedy zobaczyła go po raz pierwszy piszczała i skakała z radości. Jej nieco starsza siostra Akuratna zresztą też.
Skończyła właśnie odrabiać lekcje. Został jej tylko szlaczek do narysowania. Czuła się bardzo samotna, a panująca w domu cisza, choć tak znajoma, to jednak napawała ją lękiem.
Zawsze wracała do domu pierwsza. Otwierała drzwi kluczem, który nosiła na szyi na sznurku. Siadała w kuchni i brała się za prace domową. No, czasem rysowała tonąc w marzeniach. Czekała na tatę, który pojawiał się z reguły tuż po niej.
Starsze rodzeństwo musiało dojeżdżać do szkoły, bo w Miasteczku na Wrzosowiskach miały gdzie uczyć się tylko te dzieci chodzące do dwóch pierwszych klas. Siostry i brat docierali więc do domu późnym popołudniem. Ostatnia wracała mama, bo do fabryki dżemów, gdzie pracowała, miała naprawdę długą drogę. W pobliżu trudno było o pracę. Jej posada miała jedną zaletę. Czasem mogła przynosić do domu wadliwe produkty, czyli słoiki z krzywo przyklejonymi etykietami.
Na szczęście tego dnia Twarda przynajmniej nie było głodna. Najczęściej nie miała pieniędzy, żeby kupić sobie choćby bułkę. Ale miły pan z budki na rogu poczęstował ją ciepłą parówką. Często to robił, choć ona prawie nigdy nie miała mu jak zapłacić. A przecież żył właśnie ze sprzedaży tych parówek.
Nagle skrzypnęły drzwi.
Twarda zapomniała o niedokończonym szlaczku. Porzuciła kredki i popędziła do przedpokoju. Po skrzypieniu podłogi poznała, kto przyszedł.
- Tata! Tata! – Rzuciła mu się na szyję. On roześmiał się i wziął ją na ręce.
- No, daj mi się rozebrać – powiedział, ale wcale nie postawił jej na ziemi, bo dziewczynka zdążyła już objąć go za szyję. – Przepraszam, że jestem dziś później. Ale spotkałem naszego dyrygenta. – Romantyk śpiewał w lokalnym chórze. - Rozmawiałem z nim o tobie. Mówiłem, jak ślicznie śpiewasz i jak to lubisz. – Często chwalił umiejętności córki, choć, gdy w dni wolne od pracy budziła wszystkich wyśpiewując swoje wymyślone arie, nie raz kazał jej się uciszyć. To jednak nie skutkowało. Skarcona Twarda śpiewała jeszcze głośniej. I choć starsze rodzeństwo sarkało na jej zachowanie, Romantyk nie umiał długo złościć się na swoją małą córeczkę. – Dyrygent powiedział, że mogę cię przyprowadzić na próbę. Będziesz mogła spróbować zaśpiewać z nami.
- To cudownie, tatusiu. Bardzo dziękuję – powiedziała i pocałowała go w policzek. – Pobawimy się teraz? – spytała w ułamek sekundy później, zanim jeszcze Romantyk pomyślał o postawieniu jej na ziemi.
- Dobrze – zgodził się wciąż z uśmiechem na twarzy.
To był naprawdę dobry dzień. Tata najczęściej bowiem myślał tylko o tym, żeby położyć się spać.

- Jeśli mamy być zespołem muzycznym, musimy się jakoś nazywać – oznajmiła jasnowłosa Muszelka z miną osoby bardzo dobrze orientującej się w takich sprawach. Zapewne w swoim wyobrażeniu kimś takim była. Miała przecież już sześć lat.
- Może nazwijmy się Małpiszony – zaproponował Bohater, pulchny chłopiec noszący grube okulary w masywnej, ciemnobrązowej oprawie.
- Nie, Małpiszony, to brzydko brzmi – zaprotestowała Alga wywijająca drewnianą łyżką, która jak wcześniej ich poinformowała, miała jej posłużyć do gry na perkusji.
Szanowana, dyskretnie obserwująca znad książki zabawę dzieci, uśmiechnęła się sama do siebie. Muszelka i Alga były córkami sąsiadów. Ponieważ Szanowana nie pracowała, często się nimi zajmowała. Uważała, że wszyscy na tym korzystają. Matki dziewczynek, nie muszą po nie pędzić na ściśle wyznaczone godziny, jak by to było, gdyby posłały je do przedszkola, a Bohater ma towarzystwo. Różnica wieku między nim, a rodzeństwem, była zbyt duża, by mógł znaleźć z nimi wspólny język.
Zabawa w zespół muzyczny była czymś, co naprawdę mu się podobało. Potrzeba wykorzystania gramofonu powodowała też, że dzieci nigdzie się nie oddalały. Szanowana wciąż z duszą na ramieniu wspominała, jak tylko na chwilę spuściła je z oczu, gdy z piórami we włosach bawiły się w Dawnych Mieszkańców Drugiego Kontynentu. Znalazła je potem w kotłowni. Ale ile wcześniej najadła się strachu!
- Może nazwiemy się Oranżada? – zaproponowała Alga.
- To dopiero źle brzmi. – Bohater skrzywił się.
- Ależ nie, to świetna nazwa. – Muszelka znowu przybrała minę znawczyni.
- No dobrze. – Bohater skapitulował. – Możemy już grać?
- Możemy – zgodziła się Muszelka łaskawie.
Bohater poczłapał do salonu, żeby puścić jedną z płyt swojego rodzeństwa. Od dawna sam potrafił obsługiwać gramofon. Jak dotąd, nigdy nie zarysował żadnej płyty. Był bardzo ostrożny.
Mieszkanie wypełniła głośna, modna muzyka, która tak go zachwycała. Muszelka zaczęła udawać, że śpiewa. Za mikrofon posłużyła jej łyżka do zupy. Alga naprawdę grzmociła w garnki. Choć robiła przy tym straszny hałas i nie całkiem trafiała we właściwy rytm, zupełnie jej to nie przeszkadzało. Muszelce zresztą też nie.
Bohater nie próbował strofować Algi. Już wiedział, że nic to nie daje. Ujął w dłonie miotłę i przymknął oczy. Wyobrażał sobie, że naprawdę gra na gitarze przed piszczącym tłumem.

- Myślisz, że już można? – spytała Twarda.
Akuratna uchyliła drzwi ich wspólnego pokoju i wyjrzała na korytarz. Nasłuchiwała przez chwilę, potem cofnęła się do wnętrza.
- Mama jest w kuchni, a tata ogląda telewizję – powiedziała szeptem. – Nie zauważą.
Wymknęły się z pokoju na palcach, zupełnie bezszelestnie. Miały to już opanowane do perfekcji. Wspięły się po wąskich, drewnianych schodach na poddasze zagłębiając się w mrok.
Na górnym korytarzu znajdowało się tylko jedno, wąskie okienko. Teraz widać było przez nie ciemniejące niebo, na którym zachodzące słońce pozostawiło purpurowe smugi.
Bardzo ostrożnie stawiały stopy, żeby schody pod nimi nie zaskrzypiały. Nie odzywały się do siebie. Było to zbyt niebezpieczne. Bo przecież nie chciały zostać zdemaskowane. Miały zbyt wiele do stracenia.
Usiadły pod drzwiami. Za nimi był pokój ich starszych, już prawie dorosłych sióstr, Szalonej i Znającej. Właśnie przyszli koledzy Szalonej. Głośno słuchali płyt. Śmiali się i rozmawiali o potańcówkach i koncertach. Znającej, tylko nieco młodszej od Szalonej, było wolno siedzieć z nimi. Ale Akuratna i Twarda musiały zadowolić się miejscem pod drzwiami. A raczej i z niego rodzice by je przepędzili, gdyby w ogóle wiedzieli, że tu są. Już dawno jednak nauczyły się poruszać po domu tak, by nikt nie podejrzewał, że nie bawią się grzecznie u siebie.
Rodzice obawiali się, że starsze towarzystwo mogłoby mieć na nie zły wpływ. W świecie istniało wiele zagrożeń, takich jak choćby alkohol, czy seks, o których dzieci powinny dowiedzieć się możliwie najpóźniej. Dziewczynek nie obchodziły jednak sprawy starszego rodzeństwa, używki, czy romanse. Siedziały pod drzwiami tylko i wyłącznie dla oszałamiającej, nowej muzyki. Zza ściany z zapartym tchem słuchały takich zagranicznych sław jak Uderzeniowcy, Kamieniarze, czy Sterowce.

Bohater wpadł do domu zdyszany. Musiał biec całą drogę od przystanku autobusu do furtki. Teraz miał zaczerwienione policzki i zmierzwioną grzywkę. Oddychał szybko, łapiąc powietrze ustami.
- Co się stało? – spytał Optymista odrywając wzrok od swojego warsztatu majsterkowicza rozłożonego na kuchennym stole.
- Nie będę więcej jeździł autobusem. – Głos chłopca przeszedł w histeryczny pisk. Udało mu się jednak nie rozpłakać, co było sporym osiągnięciem.
- Dlaczego?
Bohater zagryzł wargi. Bił się z myślami.
- Bo to straszne, co się tam dzieje – wydusił w końcu. – Nie chce na to patrzeć. Nie chcę brać w tym udziału. Nie chcę, żeby ktoś pomyślał, że biorę.
- Ale w czym nie chcesz brać udziału?
- W niczym złym.
- Słusznie. – Optymista pochwalił syna. – Ale wciąż nie wiem, co dziś wydarzyło się takiego złego.
- Jeden z chłopców z mojej klasy wyjął nóż. – Bohater zdecydował się opowiedzieć wszystko dokładnie. – Pociął nim siedzenia w autobusie. A inni się z tego śmieli i go chwalili. Ja nie chcę robić takich rzeczy – powtórzył.
- Bardzo mądrze – stwierdził Optymista. – Takich rzeczy nie należy robić.
Bohater lekko skinął głową. Był na tyle mądry, by wiedzieć, że dorośli zawsze tak mówią, ale nie mają pojęcia, że żeby w szkole być kimś, trzeba rozrabiać.
- Będziesz mnie odwoził samochodem? – spytał cicho.
- Będę – zgodził się ojciec.
Wtedy Bohater uniósł głowę i przyjrzał się rzeczą rozłożonym przed mężczyzną.
- Co robisz? – spytał.
- Telewizor – odparł ojciec z dumą. Optymista wiele potrafił. Zrobił już radio i gramofon. Sam też zbudował ich domek letniskowy, a potem stworzył projekt domu, w którym teraz mieszkali.
- A do czego on służy?
- To takie kino w domu. Coś jeszcze lepszego niż radio, bo daje nie tylko dźwięk, ale i obraz, który się rusza.
Oczy chłopca pod szkłami okularów zapłonęły z podniecenia. Telewizor, to musi być coś wspaniałego! O tym myślał, jak da się ten sprzęt wykorzystać. Choć Skrupulatny nieraz pomagał ojcu, Bohaterowi nigdy nie przyszło do głowy, że też by mógł. Umiejętności ojca i brata wydawały się czymś mistycznym, a przez to dla niego nieosiągalnym.

- Jestem bardzo bogata – powiedziała Twarda poprawiając na szyi stary szal mamy. Razem z siostrą siedziała na podłodze w rogu salony.
- A czym zajmuje się twój mąż? – spytała Akuratna. Między palcami trzymała krótki patyk. Udawała, że to papieros.
- Jest prawnikiem. Bardzo dobrze zarabia. – Dziewczynki wymawiały słowa nienaturalnie twardo. Były przekonane, że w ten sposób naśladują akcent ludzi ze stolicy. – A twój?
- Jest lekarzem. Też dużo zarabia.
- Może zamiast gadać głupoty poszłybyście się już kąpać? – ofuknęła je Szalona.
- Daj spokój dziewczynką – rzuciła z kuchni matka.
- A nie myślisz, że powinny już iść do łóżek? – Szalona ruszyła w stronę kuchni.
- Chyba nie musisz być bardziej surowa, niż ich rodzice – zauważyła matka. – Niech się bawią beztrosko, póki jeszcze są takie małe – dodała już ciszej. – Czas tak szybko mija.
Tak było jeszcze wczoraj. Teraz Twarda gnała ze szkoły do domu pedałując ile sił w nogach na swoim małym rowerku. Nie poszła na lekcje. Przed budynkiem szkoły podszedł do niej jakiś starszy pan i powiedział, że ponoć Szalona nie żyje.
- To nie prawda! – krzyknęła.
- Ale kiedy tak mówią.
Zawróciła. Nie chciała wierzyć w to, co usłyszała. To pewnie był głupi dowcip. Ale... Właśnie. Mogło być inaczej. Musiała się przekonać, że w domu wszystko jest w porządku.
Kilka razy się przewróciła. Było ślisko, a na poboczu drogi leżał śnieg, choć zima jeszcze się nie zaczęła.
Do domu dotarła mokra, potłuczona i zapłakana. Do środka wpuścił ją brat. Po policzkach ciekły mu łzy. Już wiedziała, że to, co usłyszała było prawdą. On też patrząc na nią zrozumiał, że już wie. Mimo to zapytał.
- Słyszałaś co się stało?
- Czy Szalona nie żyje?
- Tak. – To mama jej odpowiedziała. Tutejszy nie był w stanie.
- I nigdy już nie wróci?
- Nie wróci - wyszeptała Wiedząca, zbyt oszołomiona i nieszczęśliwa by zastanowić się, jaki jej słowa wywrą wpływ na małej dziewczynce. – Pojechały z Prawą do Nieco Większego Miasteczka, po sukienkę na bal kończący rok. – Szalona liczyła, że jej chłopak na tym balu się jej oświadczy. Wszystkie siostry o tym wiedziały. - Cysterna z mlekiem zajechała jej drogę. Jest ślisko. Dachowała i... – Głos jej się załamał. – Prawa jest ciężko ranna, a Szaloną zabrały anioły.
- Dlaczego naprawiłem jej ten samochód. – Romantyk chlipał z twarzą ukrytą w dłoniach. – Gdyby nie ja, nie mogłaby wyjechać.

- Tato, czy moglibyśmy zatrzymać się przy kiosku na rogu? – spytał Bohater, kiedy rano wsiadali do samochodu.
- Po co? – Ojciec wydawał się lekko zirytowany. Musiał dostosować godziny pracy do planu lekcji syna i czasem żałował, że zgodził się odwozić go do szkoły.
- Chciałbym cię prosić, żebyś kupił mi gazetę.
- Jaką? – Optymista nie spojrzał na niego. Przekręcił kluczyk w stacyjce i wyjechał tyłem z garażu.
Chłopiec wymienił obco brzmiącą nazwę.
Ojciec zatrzymał samochód. Wysiadł. Zamknął garaż. Kiedy znowu usiadł za kierownicą, spytał:
- Po co ci jeszcze jedno takie cudo? Nie starczają ci gazety Skrupulatnego? Czytasz je dokładniej, niż on.
- Ale tytuł tej, znaczy Twórcy Melodii – powiedział chłopiec z podnieceniem. – Piszą w niej o największych gwiazdach. – Na przedzierającym się przez poranną mgłę ojcu jego słowa nie zrobiły najmniejszego wrażenia. Dodał więc – ta gazeta jest w języku Ważnej Wyspy. To bardzo ważny język. Mówi nim dużo ludzi na świecie. Czytając będę się uczył. Proszę tato, nauka języków to ważna sprawa.
- Dobrze by było, gdybyś z takim zapałem uczył się i innych rzeczy.
- Tato, proszę, przecież nie uczę się tak źle. – Bohater trochę wstydził się swoich słów. Zdawał sobie sprawę, że mógł dostawać lepsze oceny i że rodzice bardzo na to liczyli. Tylko, że jakoś nie widział w tym sensu.
- No dobrze. Kupię ci tę gazetę.

- Przestań! - krzyknęła Znająca wpadając do pokoju.
Akuratna znieruchomiała. Wciąż trzymała przed sobą dopiero co zdjęty ze ściany plakat. Spojrzała na starszą siostrę z wyrzutem.
- Mama mi pozwoliła – zaprotestowała trochę zbyt piskliwym tonem.
- Właśnie – przytaknęła siedząca w kącie Twarda.
- Powiedziała, że jeśli chcę, to teraz ja będę mieszkać z tobą na poddaszu. Że tak będzie ci weselej – ciągnęła dalej Akuratna. – Powiedziała, że mogę urządzić swoją połowę pokój, jak mi się podoba.
- Ale to wszystko należało do Szalonej. – Znająca klapnęła ciężko na łóżko nieżyjącej siostry. Spuściła głowę.
Akuratna złożyła skrupulatnie plakat, po czym usiadła obok niej.
- Niczego nie zniszczę, tylko schowam – obiecała. – Mama powiedziała, że tak trzeba. Że trzeba żyć i brać los, jaki jest, że nic nie jest nam dane na zawsze, siostry też nie.
- Wiem – chlipnęła Znająca. Próbowała się powstrzymać, ale nie mogła. Wielkie łzy potoczyły się po jej policzkach. Doskonale rozumiała, czemu z kominka zniknęły zdjęcia Szalonej, ale wcale jej się nie podobało, jak świat był urządzony. – Miała sobie kupić nową sukienkę, a tera...
- No hej, przestań.
Znająca nie zdołała jednak przestać. Rozpłakała się na dobre. Akuratna, choć o połowę od niej młodsza, objęła swoją już prawie dorosła siostrę.
- Nie płacz. Tak nie można.
- Właśnie. – Twarda przytuliła się do Znającej z drugiej strony. Nie rozumiała wszystkiego dobrze, ale głęboko w jej pamięci utkwiły słowa matki, że trzeba żyć dalej, że kiedyś znów będzie dobrze. Może dlatego, gdy ojciec znikał w piwnicy, nieraz szła za nim i mu śpiewała. Ocierał wtedy łzy i próbował się do niej uśmiechnąć. Czasem przygrywał jej na skrzypcach. Bo do piwnicy zawsze szedł ze skrzypcami.

- Co robisz? – spytał Skrupulatny.
Bohater leżał na brzuchu na podłodze i z ogromną uwagą, wypychając dolną wargę językiem, przepisywał do zeszytu w kratkę wyniki aktualnej listy przebojów z Ważnej Wyspy.
- Analizuję – odpowiedział dumnie.
Jego starszy brat był już prawie mężczyzną i sporo wiedział o świecie, ale on na niektórych rzeczach też już się znał. Listy przebojów, liga piłki nożnej, piłki ręcznej i hokeja z Ważnej Wyspy nie miały przed nim tajemnic. To tam, gdzieś, w miejscach nie osiągalnych dla takiego dzieciaka jak on, toczyło się prawdziwie, barwne, fascynujące życie.
- A wiesz, co to znaczy?
- Lepiej niż ty.
Skrupulatny przewrócił oczami.
- Odrobiłeś lekcje? – spytał zmieniając temat.
- Nie muszę. – Bohater nawet nie oderwał wzroku od swojej ukochanej gazety Twórcy Melodii. – Wszystko już umiem.
- Pewnie.
- A pewnie.

Twarda stała przed dużym lustrem strojąc miny. To przybierała pozy śpiewaczki dzierżąc w dłoni nieistniejący mikrofon, to próbowała udawać kogoś zupełnie innego: kulejącą staruszkę, mamę z małym dzieckiem na ręku, elegancką kobietę z papierosem i tak dalej. Potem znowu przybierała rolę piosenkarki.
Kiedy była młodsza, czasem nie wiedziała, co robić z drzemiącą w niej energią.
- Co by tu zrobić? – pytała tatę.
- Przebiegnij się wokół domu – odpowiadał ze śmiechem.
Wracała po chwili lekko zaziajana.
- Co by tu zrobić? – pytała ponownie.
- Przebiegnij się wokół domu – mówił tata raz jeszcze.
- Tuż to zrobiłam – odpowiadała. Potem oboje się śmiali, ale problem nudy pozostawał nierozwiązany.
Czym jednak była starsza, dostrzegała w życiu więcej możliwości. Godzinami mogła stać przed lustrem i przybierać przeróżne role.
Trudno było zdecydować, kim ma zostać w przyszłości. Pociągała ją scena. Wcielanie się w coraz to nowe role mogło być wspaniałą przygodą. Ale śpiewanie też było przyjemne. Już teraz zresztą umiała to dobrze robić. Jej popisy kiedyś bardzo cieszyły ojca, a ją cieszyło, kiedy ją chwalił. Teraz niewiele rzeczy go cieszyło. Od śmierci Szalonej bardzo się postarzał i posmutniał. Często też był oszołomiony alkoholem i zupełnie nie zauważał Twardej.
Tym razem wycelowała w lustro z rewolweru.
- To jest napad – powiedziała wydymając usta.
Roześmiała się.
Wydawało jej się, że wszystko, o czym zamarzy, jest w jej zasięgu. Ale ze względu na ojca powinna być piosenkarką. Chyba już tylko jej śpiew wywoływał nikły uśmiech na jego twarzy.
Znowu trzymała w ręce wyimaginowany mikrofon i gięła się, w swoim mniemaniu, zmysłowo.
Bycie gwiazdą też musi być wspaniałe.

- Słuchaj mały, nie masz piątaka? – spytał Skrupulatny zaglądając do pokoju młodszego brata.
- Może mam. Po co ci? – Bohater tylko na moment podniósł głowę znad gazety.
- Nie twój interes.
- To nie mam.
- Kurcze. Na fajki mi potrzeba.
- A matka wie, że palisz?
- Nie wie i nie powinna się dowiedzieć. – Skrupulatny zaczął żałować, że zaczął tę rozmowę.
- Ja myślę – zgodził się Bohater. Jego samego papierosy nie pociągały, no może poza tymi dla dzieci, które dawało się zjeść. Zwłaszcza o smaku lukrecji! – Możemy ubić interes. Ja dam ci piątaka i nic nie powiem mamie, a ty oddasz mi singla Królów.
- Nie masz gramofonu.
- Ale rodzice mają. Na pewno pozwolą mi posłuchać.
Skrupulatny skrzywił się. Podejrzewał, że Bohater wie, co mówi. Nie dało się ukryć, że rodzice go rozpieszczają. Trochę żal było mu pozbywać się płyty, ale miał ogromną ochotę na papierosy. Zaczął palić niedawno, ale już z trudem przychodziło mu wytrzymanie dnia bez dymka. I, chociaż w swoim mniemaniu był już prawie dorosłym mężczyzną, bał się, co powie matka.
- W porządku – zgodził się. Nie przyszło mu to jednak łatwo.

- Wiecie, że widziałem kiedyś samochód Ślicznej i Żonglerów – powiedział Mroźny.
- Oczywiście – burknął pod nosem Niedźwiedź majstrując coś przy swojej pseudo gitarze, którą zrobił z drewnianych odpadów znalezionych pod Narodowymi Zakładami Drzewnymi.
- Ja nie widziałam – stwierdziła z żalem Twarda. – Ale tu faktycznie można czasem zobaczyć ciekawe wozy. Myślę, że Mroźny po prostu miał szczęście.
- Pewnie.
Siedzieli na trawniku pomiędzy stacją benzynową, a sklepem. Patrzyli na trasę szybkiego ruchu biegnącą przez środek Miasteczka na Wrzosowiskach. Trasa ta łączyła Duże Portowe Miasto ze stolicą – Wielkim Miastem na Wyspach, biegła w poprzek Zimnego Kraju, od jednego do drugiego wybrzeża. Gnały nią ciężarówki wiozące przeróżne towary potrzebne ludziom z lepszych części świata, a także piękne, nowe samochody bogaczy pędzących za sobie tylko wiadomymi sprawami. Czasem też na trasie pojawiały się samochody lokalnych gwiazd, takich jak Śliczna. Jednak nikt nigdy nie zatrzymywał się w Miasteczku na Wrzosowiskach. No, chyba, że zabrakło mu benzyny. Wtedy zwalniał i skręcał na stację.
Twarda uważała, że ma szczęście, bo dom jej rodziny stał niedaleko tejże stacji, tak że widziała wiele eleganckich samochodów zatrzymujących się u nich.
Nawet jednak tankujący benzynę, zostawali w Miasteczku na Wrzosowiskach tylko przez chwilę. Nie mieli po co zatrzymywać się na dłużej. Prawdziwe życie toczyło się gdzie indziej.
Teraz Twarda, jak wiele razy przedtem, śledziła wzrokiem ciężarówki. Marzyła. Była pewna, że nie może zostać w tym miejscu świata na zawsze. Wyrosła już z wielu, w którym wraz z siostrą mogła uciekać do bezpiecznych, wymyślonych światów. Rozumiała już, że dzieciństwo kiedyś się skończy i trzeba będzie coś zrobić ze swoim życiem. Chciała wyrwać się z Miasteczka na Wrzosowiskach, być kimś. Nawet abstrahując od dziecięcych marzeń, w których niezmiennie była gwiazdą, nie wyobrażała sobie siebie w roli matki rodziny, czy sekretarki w Zakładach Drzewnych.
- Powinniśmy znaleźć dobrą nazwę dla naszego zespołu. – Mroźny wolał zmienić temat.
- Myślę, że Świeża brzmi świetnie – rzuciła Twarda nie odrywając wzroku od ciężarówek.
- Ale dlaczego to ma być dziewczyńska nazwa? – zaprotestował Niedźwiedź.
- Bo ja tak powiedziałam. – Twarda podniosła się z trawy. Szybkim ruchem otrzepała wąskie spodnie, które wisiały na jej kościstych nogach. – To jak, jesteście gotowi? Gramy?
- Tak. Chłopcy też się podnieśli. Niedźwiedź ujął pseudo-gitarę, a Mroźny złapał pudełka po ciasteczkach, które miały mu służyć za instrumenty perkusyjne. Twarda zaczęła śpiewać mocnym głosem jeden ze znanych z radia szlagierów, a chłopcy towarzyszyli jej wystukując rytm. Oto rozpoczął się pierwszy koncert Świeżej, a chodnik między stacją benzynową, a sklepem miał zaznać ich jeszcze przynajmniej kilka.

- To co, Bohaterze, kto dziś zajmie pierwsze miejsce na liście przebojów? – spytał Szybki, jeden z kumpli jego brata.
- Oczywiście, że Uderzeniowcy – oznajmił Bohater. Nikt z zebranych nie umiałby wypowiedzieć tej nazwy w języku Ważnej Wyspy z tak poprawnym akcentem, choć wszyscy byli sześć-siedem lat starsi od niego. Bohater o tym wiedział i był z siebie dumny. Pan ze sklepu płytowego nieraz już go za to pochwalił. – Ale ja uważam, że pierwsze miejsce powinny zająć Pijane Gwiazdy, bo oni są znacznie lepsi.
- A ten znowu swoje – prychnął Skrupulatny. – Nikt nie pyta o twoje zdanie, a o przewidywania wynikające z twoich tabelek. – Te o dziwo często się sprawdzały.
- Więc przewidywania są takie – burknął Bohater. – Ale nie rozumiem, co masz przeciwko Pijanym Gwiazdą? Oni naprawdę dobrze grają. A do tego są nasi. – I mają piękny Krążownik Szos z Drugiego Kontynentu. Tego Bohater już nie powiedział, tylko pomyślał.
- Patriota się znalazł. – Skrupulatny lubił podkpiwać z brata. Nie mógł zapomnieć, jak ten zanosił się łzami, gdy rodzice powiedzieli, że jest za mały, żeby iść na koncert Pijanych Gwiazd, gdy ci grali w Małym Portowym Mieście.
- Ale...
- Cisza! – Warknął Sprytny. – Zaczyna się.
Wszyscy wstrzymali oddechy, a Sprytny podetknął pod głośnik radia mikrofon podłączony do szpulowego magnetofonu. W ten sposób nagrywali piosenki.

- Mam coś ekstra – powiedziała Twarda koleżankom, kiedy na przerwie wyszły razem na szkolne podwórze. – Tylko rozejrzyjcie się, czy nigdzie nie widać nauczycieli.
Dziewczynki obrzuciły okolice nerwowymi spojrzeniami. Były na dworze same. Zimny wiatr sprawił, że nikt inny nie miał ochoty na spacery.
- Nikogo nie widać.
- To patrzcie.
Twarda wyciągnęła z kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę.
- O rany!
- Będziemy palić jak dorośli – powiedziała Twarda z miną znawczyni, po czym poinstruowała koleżanki jak należy przypalać i trzymać papierosy. Nie raz widziała, jak tata to robił. Już nie pamiętała, jak nie znosiła smrodu papierosów w samochodzie rodziców, gdy z kolejną partią dziecięcych ubranek jechali do Średniego Portowego Miasta, ani tego, że od wdychania dymu robiło jej się niedobrze. Nie pamiętała też, że z początku to Akuratna zmuszała ją do palenia, żeby nie donosiła na nią rodzicom. Teraz myślała o paleniu, jak o czymś nobilitującym.
Trawka rozkasłała się.
- Uważaj. Nie można zaciągać się za mocno – skarciła ją Twarda.
W ułamek sekundy później straciła jednak całą pewność siebie.
- Matematyk! – krzyknęła Słoneczna.
Twarda upuściła na ziemię papierosa i rzuciła się do ucieczki. Nie pomyślała, że ma za sobą niski balkon pierwszego piętra. Odbiła się od jego krawędzi. W oczach stanęły jej łzy. Uniosła rękę do nosa, jakby to mogło jej pomóc uciec od bólu. Na palcach poczuła krew.
- Dziewczynki, co wy tu robicie? – spytał nauczyciel.
- My już nie będziemy. Nigdy! – Chlipnęła Twarda. – Naprawdę nigdy.
- Pokaż. – Matematyk podszedł do niej i delikatnie odciągnął jej rękę od twarzy. – Zabiorę cię do pielęgniarki. Mam nadzieję, że czegoś się dziś nauczyłaś.
- Tak – płakała Twarda, choć jedyny wniosek, jaki wyciągnęła z tej lekcji, to żeby nie palić w szkole.

Bohater po cichu wemknął się do pokoju brata. W domu była tylko jego starsza siostra, zajęta własnymi sprawami. Nie podejrzewał, żeby próbowała go powstrzymać, czy w ogóle zwróciła na niego uwagę. Nigdy tego nie robiła. Ale wolał nie ryzykować. Dopuszczał się przecież czegoś złego. Zamierzał po raz kolejny grzebać w nie swoich rzeczach.
Nieraz z kolegami z klasy, Liskiem i Dumnym, zakradali się do pokoju Skrupulatnego. Zawsze szybko nudziła im się zabawa torem wyścigowym, bo Bohater niezmiennie wygrywał. Podejrzewali, że jego Śmigacz jest lepszy, niż ich samochody, ale nawet kiedy zamieniali się autami, wynik pozostawał taki sam.
U Skrupulatnego słuchali płyt, bo jego gramofon był znacznie lepszy niż ten, którego właścicielem był Bohater. Zdarzyły się im też nagłe ucieczki, kiedy słychać było w korytarzu kroki kogoś niespodziewanie wracającego do domu.
Najciszej, jak tylko to było możliwe, zamknął się w pokoju. Wyciągnął zza łóżka pokrowiec ze starą gitarą. Wyjął instrument. Gitara była brudna i poobijana, ale dla Bohatera i tak stanowiła przedmiot uwielbienia.
Skrupulatny nie musiał o nią dbać. Nie potrzebował gitary. Chodził w skórzanej kurtce i jeździł na skuterze. Ale i tego nie potrzebował, żeby imponować kolegom i podobać się dziewczynom. Po prostu coś w sobie miał, był przystojny i pewny siebie. Bohater bardzo mu tych cech zazdrościł.
Był jeszcze za młody, żeby dziewczyny naprawdę go interesowały, ale już zdawał sobie sprawę, że wygląda znacznie gorzej, niż jego rówieśnicy. Myślałby o tym, nawet gdyby mu tego dość często nie wytykano. Koledzy z klasy śmiali się tak z jego tuszy, jak i masywnych okularów. Bez nich naprawdę niewiele widział i to też w każdej chwili mogło się stać tematem żartów. Wciąż jeszcze pamiętał wizytę w teatrze, kiedy śmiał się w tych samych momentach, co reszta rodziny, ale nie wiedział z czego, bo nie był w stanie dostrzec, co dzieje się na scenie. Dodatkowo, ze względu na przydługie włosy, czasem wołano za nim „baba”. Ale włosów obciąć nie chciał.
Usiadł na krawędzi łóżka. Ujął instrument. Do tej pory nie raz, wygłupiając się w szkole, udawał, że gra gitarowe solówki. Czasem też słuchając muzyki w swoim pokoju poruszał rękami, jakby grał. Ale nie wygłupy były mu teraz w głowie.
Zacisnął palce na gryfie i uderzył w struny. Dźwięk, który wydał z siebie instrument zupełnie nie przypominał prawdziwej muzyki. Brzmiał raczej jak jęk chorego stworzenia.
A więc coś zrobił źle. Bohater zagryzł wargi. Spróbował inaczej ułożyć palce. Tym razem było lepiej, ale to wciąż nie było to.
Sprawa okazała się trudniejsza, niż sądził. Musiał jednak znaleźć sposób, na wykonywanie melodii, które rodziły się w jego głowie i do których już od dawna pisał teksty.
Oczywiście można było te teksty traktować jako wiersze, ale on od zawsze wiedział, że były piosenkami.
Odłożył gitarę i zaczął przeszukiwać papiery na biurku. Skrupulatny nie chodził na lekcje gry na gitarze, a skoro na niej grał, musiał gdzieś mieć instrukcję, jak to robić.

- Cześć, Ślicznotko – powiedziała Twarda wsadzając głowę do pokoju siostry. Przed chwilą wróciła z włóczęgi po okolicy z Niedźwiedziem i Mroźnym. Na górę wspięła się słysząc śmiechy. U Akuratnej była jej najlepsza przyjaciółka.
- Cześć – odpowiedziała dziewczyna o falujących blond włosach.
- Dobrze, że cię widzę – oznajmiła Twarda. – Zejdziecie na dół?
- Co kombinujesz? – spytała Akuratna. Nie była zadowolona z nagłego wtargnięcia młodszej siostry.
- Zobaczycie. – Twarda uśmiechnęła się szelmowsko. Kiedy zaczęła wyrastać z wieku wczesnodziecięcego, schudła jej twarz, co uwydatniło kości policzkowe i nieco wysuniętą do przodu dolną szczękę. Kiedy się uśmiechała, zawsze wyglądała jak łobuzica. Na swój sposób było to jednak urocze.
Wszystkie trzy zeszły do salonu. Twarda usiadła przy pianinie. Wciąż pamiętała dzień, kiedy tata przywiózł je do domu i oznajmił, że od teraz należy do niej. Piszczała z radości i płakała. Zdawała sobie sprawę, że był to bardzo drogi instrument, a im przecież nigdy się nie przelewało. Rodzice musieli oszczędzać i zaciskać pasa, żeby spłacać kolejne raty za nie..
Starsze dziewczęta stanęły w drzwiach, chciały jak najszybciej wrócić do swoich spraw.
Twarda zaczęła grać, a po chwili także śpiewać. Dobrze śpiewała, to wiedzieli wszyscy. Nie raz słyszano jej głos, tak na spotkaniach towarzyskich, jak i w miejscowym Domu Ludowym. Ale to, co zaśpiewała, zaskoczyło starsze dziewczęta. To nie był szlagier z radia, ani żadna tradycyjna piosenka.
- Hej, przecież to mój wiersz! – zawołała Ślicznotka.
Twarda przestała grać i uśmiechnęła się promiennie.
- Oczywiście. Kiedy nam go ostatnio przeczytałaś, bardzo mi się podobał i napisałam do niego muzykę.
- Co zrobiłaś?
- Napisałam muzykę.
- Naprawdę? Sama?
Twarda skinęła głową.
- Jesteś niezwykła.
- Pewnie, bo jest moją siostrą. – Akuratna poklepała ją po plecach.

Na zewnątrz było jeszcze zupełnie ciemno, kiedy zadzwonił budzik. I na pewno straszliwie zimno. Bohater był tego pewien.
Nie wstaje. Nie dam rady. Nie można codziennie budzić się o piątej rano – pomyślał.
Przykrył sobie głowę poduszką. Ale tylko na parę sekund. Nie uległ pokusie zostania w łóżku. Usiadł ziewając. Wymacał budzik, wyłączył go. W końcu to, że musiał wstać, nie znaczyło, że powinien obudzić cały dom.
Założył okulary. Wstał i poczłapał do łazienki. Jego bose stopy cmokały cicho w zetknięciu z zimną podłogą.
Sam podjął decyzję, że będzie dorabiał jako roznosiciel gazet. Co prawda rodzice byli gotowi przychylić mu nieba. Zawsze miał dużo zabawek. Więcej niż koledzy, którzy zazdrościli mu kolekcji samochodów. Słodyczy i innych przyjemności też miał pod dostatkiem. Przeżył prawdziwy szok, kiedy matka sprezentowała mu na urodziny porządną, nową gitarę. Doskonale zapamiętała, że kiedyś przeniósł tę należącą do Skrupulatnego do swojego pokoju, co brat zauważył dopiero po kilku miesiącach. Ale nie mógł wciąż wyciągać od nich pieniędzy, zwłaszcza, że wciąż mu ich było mało.
Kiedy był młodszy, miał na to wypracowany sposób. Robił coś, cokolwiek, żeby zdenerwować brata, a kiedy ten zaczynał na niego krzyczeć, lub zrywał się, żeby własnoręcznie wymierzyć mu sprawiedliwość, zaczynał rozpaczliwie płakać. Na pocieszenie dostawał zawsze potem kilka małych monet od ojca, albo nawet od samego brata. Teraz już jednak nie wypadało zalewać się łzami. Nowe płyty za to wychodziły wciąż i wciąż.
Nie zastanawiał się, jak długo da radę tak pracować. Wstawać rano było ciężko, a wytrzymać w szkole z ciążącą głową jeszcze ciężej. Ale jakiś czas sobie poradzi.

- Zatańczymy?
Twarda była zbyt oszołomiona, żeby odpowiedzieć. Skinęła tylko głową i chwilę później znalazła się w objęciach dużo starszego mężczyzny. Otaczał ją ogromny, głośmy i tak bardzo fascynujący świat, o którym do tej pory tylko marzyła, a który jej ojciec prawie co dzień krytykował oglądając wiadomości.
- Co się dzieje? Czy wszyscy powariowali? – mówił ojciec, kiedy słyszał o protestach i zamachach. Ale podobnymi słowami kwitował wzmianki o współczesnych młodzieżowych idolach, obrazoburczych, czy choćby tylko głośnych. Może kiedyś marzył o karierze muzyka, lubił jednak inną muzykę, niż była teraz modna. Trochę inaczej też to sobie wyobrażał. Ważni, sławni ludzie powinni, według niego, dawać młodzieży dobry przykład.
- Przynajmniej u nas żyje się spokojnie – wzdychał.
Zbyt spokojnie – myślała Twarda, ale nic nie mówiła. Marzyła by stać się częścią tego wielkiego, głośnego świata. Owszem, wieczorne spotkania ze znajomymi, kiedy razem śpiewano piosenki ludowe, były miłe. Kiedy grała z Akuratną na cztery ręce, bywało wesoło. Prywatne lekcje gry na pianinie opłaciły się na tyle, że często zapraszano w gości rodzinę Tradycyjnych, napomykając, że córki mogłyby zagrać. Tak, w czasie tych wizyt było naprawdę miło. Ale Twarda chciała czegoś więcej.
Kiedy tego popołudnia Akuratna oznajmiła, że jedzie do Nieco Większego Miasteczka potańczyć, Twarda poprosiła, żeby zabrała ją ze sobą.
- Na tańce wpuszczają od piętnastu lat, a ty masz dwanaście.
- Mogę powiedzieć, że mam piętnaście.
- Kto ci uwierzy?
- Może nie uwierzą, ale daj mi spróbować?
- Ale wstęp kosztuje. Przecież nie masz kasy. – Akuratnej nie uśmiechało się ciągnięcie z sobą młodszej siostry.
- A ile potrzeba?
- Trzy duże monety.
- Spoko. Tyle mam. – Twarda uśmiechnęła się tryumfalnie. Oczywiście nie powiedziała siostrze, skąd wzięły się jej pieczołowicie uskładane oszczędności.
Regularnie podbierała mamie z portfela małe monety, a kiedy miała coś kupić, nie oddawała całej reszty. Były to sumy tak niewielkie, że nikt nie zauważał ich braku. Według Twardej, zbyt małe, by można to nazwać kradzieżą. Nie było się jednak też czym chwalić, nie zamierzała powiedzieć, jak je zdobyła.
- W porządku. Zrobię ci makijaż. Będziesz wyglądała na starszą – skapitulowała Akuratna.
Siostra pomalowała jej usta ciemną szminką, położyła cienie na powieki i poczerniła rzęsy. Kiedy potem gnały razem na skuterze Akuratnej, Twarda modliła się w duchu, żeby łzy, które z jej oczu wyciskał wiatr, nie zepsuły makijażu.
I udało się. Nie poproszono jej o dokumenty, a zanim zdążyła się rozejrzeć, znalazła się w ramionach mężczyzny. Pachniał krowami i sianem. Potem miała się z tego śmiać, teraz jednak serce biło jej z podniecenia.

- Powinieneś pójść do fryzjera – powiedziała matka.
- Najlepiej, żeby ostrzygł cię na jeża – dodał ojciec wychylając się na moment zza gazety.
Bohater odłożył na talerz kanapkę, którą jeszcze przed chwilą pochłaniał z wielkim apetytem.
- Nie ma mowy – oznajmił potrząsając głową i wprawiając w ruch gęste, stanowczo za długie włosy. Sięgały mu prawie ramion, co już samo w sobie było nieprzyzwoite. Ale on dodatkowo ufarbował je w różowe pasemka silnie kontrastujące z naturalnym, ciemnobrązowym kolorem. Dokonał tej operacji sam i był z jej efektu bardzo dumny.
- Wyglądasz jak mop do mycia podłóg. – Słowa ojca nie zrobiły na nim najmniejszego wrażenia.
Ojciec nie znał się na nowoczesnej muzyce popularnej, nie miał pojęcia, jak wyglądają gwiazdy, buntownicy, których podziwia świat. A on lubił wyobrażać sobie, że jest gwiazdą muzyki popularnej. Kiedy szedł ulicą z włosami ufarbowanymi na różowo, prawie wszyscy się za nim oglądali, tak właśnie, jakby był gwiazdą. To nie było normalne, żeby chłopiec, czy nawet mężczyzna, farbował włosy. I o to chodziło. Bohater chciał być taki, jak jego największy idol - Mocarz Wojak, który przedstawiał się jako Koleś Gwiezdny Pył, przybysz z kosmosu, trochę kobieta, a trochę mężczyzna. Podziw dla Mocarza Wojaka przyćmił wcześniejsze zachwyty Pijanymi Gwiazdami. Oni byli tylko dobrymi muzykami, a on prawdziwym wizjonerem.
Bohater miał czternaście lat. Był już prawie dorosły. Mógł więc żyć, jak chciał. Nie potrafił być taki, jak inni, ale mógł być wyjątkowy. Dobrze czuł się omiatany ludzkimi spojrzeniami nawet jeśli towarzyszyły im kpiące uśmiechy.
- Moglibyśmy zawrzeć układ – powiedziała matka ostrożnie. – Jeśli zgodzisz się ostrzyc, kupię ci płyty, jakie tylko sobie wybierzesz.
- To przekupstwo, ale nie weźmiecie mnie na to – powiedział Bohater i wrócił do kanapki. – Chociaż... – dodał po chwili zastanowienia. – Może się zgodzę. Jak dostanę pieniądze na fryzjera i płyty, załatwię wszystko dziś po szkole. – Kiedy dostanie kasę do ręki, będzie mógł wydać wszystko w sklepie muzycznym.

Twarda stała przed tłumem zgromadzonym w świątyni. U boku miała Akuratną. Obie wystrojone były w białe, zupełnie nowe sukienki z koronkowymi kołnierzykami i mankietami.
Przynajmniej teraz były porządnie ubrane. Stojąc nad grobem Szalonej, pod szarym niebem, z którego sypał śnieg, nie miały na sobie nawet czarnych ubrań, a ciemnoniebieskie, codzienne kurtki. Ponoć były za małe, by ubrać się na czarno, ale Twarda podejrzewała, że powód był inny.
Teraz serce biło jej jak młotem. Przywykła już do śpiewania przed publicznością. A przecież nie była sama. Zanim zaczęły klasyczny hymn o miłości uścisnęły sobie z siostrą dłonie. Nie powinna się bać. A jednak był moment, kiedy nie zapanowała nad głosem. To z winy wzruszenia. W końcu to nie był zwykły koncert w Domu Ludowym. Śpiewały w świątyni na ślubie starszej siostry.
Była to podniosła i piękna chwila. Cieszyły się szczęściem Znającej. Trochę jej też zazdrościły, i przystojnego męża, i tego, że miała od teraz zamieszkać w Nieco Większym Miasteczku. Ale przede wszystkim było im żal, że wyprowadzała się z rodzinnego domu. Tak, jak wcześniej zrobił to ich jedyny brat. Teraz miały zostać już tylko one dwie.
Coś się kończyło. Nie pojmowały tego jeszcze jasno, ale dla nich też zbliżał się czas, żeby pożegnać dawne, spokojne życie.

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...