Kejti's Factory - Opowiadanie




"Nie chcesz tego wiedzieć"

2. Zanim wszystko się zaczęło


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


- A więc tu skończyłeś. – Usłyszał za placami, kiedy właśnie pakował pomarańcze do papierowej torby. Zerknął przez ramię i zobaczył swojego byłego nauczyciela matematyki.
- To wszystko dla pani? – Bohater uśmiechnął się miło do stającej przy ladzie staruszki, a ona odpowiedziała mu uśmiechem. Nie przeszkadzała jej ani jego niecodzienna fryzura, ani grube okulary.
- Tak. Dziękuję, młody człowieku. – Tym dla niej był, miłym, młodym człowiekiem.
- Dwie duże monety i piętnaście małych.
- Proszę. – Zapłaciła i poszła, a on odwrócił się do mężczyzny.
- Co panu podać?
Nauczyciel chyba jednak zapomniał o zakupach.
- Nie masz większych ambicji?
- To dobra praca – odpowiedział Bohater. Starał się, żeby jego głos brzmiał spokojnie, ale wewnątrz aż się w nim gotowało.
Jeszcze ci pokażę. Zobaczysz, będę kimś – powtarzał sobie w duchu. Kiedy jednak pomyślał o powrocie do szkoły, po plecach przeszły mu dreszcze. Nienawidził szkoły i wszystkiego, co było z nią związane. Bo szkoła była po prostu bez sensu.
W tej pierwszego stopnia miał dobre oceny bez wkładania w to większego wysiłku. Przezwano go więc kujonem. W sumie, kim innym mógł być grubas w okularach? Jakoś nikt nie potrafił zauważyć, że mimo nadwagi, świetnie sobie radził na boisku, tak do piłki nożnej, jak i do hokeja. Czasem ktoś prosił go o pomoc przy odrobieniu pracy domowej, ale częściej obrzucano go wyzwiskami. Czym był starszy, tym było gorzej. Był inny. Czuł to i dzieci też czuły. Wolał składać pieniądze na gramofon, niż rower.
Oczywiście, jakby się zastanowił, musiałby stwierdzić, że na początku nie było aż tak źle. Miał paru kumpli i jednego prawdziwego przyjaciela, Liska. Obaj interesowali się piłką nożną, a zwłaszcza ligą Ważnej Wyspy. Razem też grali w nogę. Spotykali się po lekcjach nawet wtedy jeszcze, gdy rodzina Tułaczy z powodu problemów finansowych, musiała przeprowadzić się z własnego domu z powrotem do kamiennicy bliżej centrum miasta. Był to wielki cios dla matki, ale nie dla niego. Nie lubił ich ogromnego domu z oczkiem wodnym w ogródku. Koledzy mu go zazdrościli, tak samo jak fajnych zabawek. Stanowiło to kolejną barierę między nimi.
Ale potem była szkoła drugiego stopnia. To co lubił i go interesowało, język Ważnej Wyspy, geografia i muzyka, szło mu dobrze. Zrezygnował jednak z lekcji muzyki, zapisał się na rysunki i matematykę. Nie chciał być prymusem. I mógł nim nie być. Tak jak mógł schudnąć, co zresztą ostatnio dzięki diecie mu się udało, czy nie farbować włosów na czerwono. Ale kiedy stał się najgorszym uczniem, wcale nie zdobył dzięki temu więcej znajomych. Nie umiał znaleźć się w szkolnej społeczności, do końca jej nie rozumiał. Zaczęto nazywać go nie tylko dziwakiem, ale też głąbem. Egzaminy z matematyki przerosły jego możliwości, wysłuchiwanie chichotów i kąśliwych uwag także. Rzucił szkołę.
Rodzice przyjęli jego decyzje z pozornym spokojem.
- Jesteś młody, zastanów się jeszcze – powiedziała matka drżącym głosem.
Kiedy był mały, mówiła, że chciałaby widzieć go w przyszłości jako lekarza lub kapłana. Obserwując, jak w wieku wczesnoszkolnym przebierał swoje lalki, a te miały sporo ubranek, zastanawiała się, czy nie zostanie projektantem mody. On tymczasem zawsze mówił, że będzie gwiazdą muzyki popularnej.
Ojciec obdarzył go spojrzenie pełnym bólu. Nie czuł się dobrze.
- Za wiele nie zarobisz jako sprzedawca. A mężczyzna powinien być w stanie utrzymać rodzinę. Teraz jesteś młody i wydaje ci się, że zdziałasz cuda. Ale bez wykształcenia i porządnej pracy możesz zostać najwyżej lumpem. Pomyśl o tym.
On jednak nie zastanawiał się nad słowami rodziców. Dla niego liczył się tylko jego własny ból. Nie chciał chodzić do szkoły. Nie chciał znowu znaleźć się w tym molochu, gdzie wszyscy, tak nauczyciele, jak i uczniowie uważali, że nie był taki, jak powinien.
Ale w sumie mieli rację. Nie był taki, jak powinien. Nie robił tego, co powinien. Teraz, stojąc twarzą w twarz z nauczycielem i powstrzymując wzbierającą w nim furię, zrozumiał, że praca w warzywniaku nie może doprowadzić go do wymarzonego celu.

Twarda otarła pot z czoła przedramieniem. Nie chciało jej się zdejmować grubych, gumowych rękawiczek uwalanych ziemią. Nie było warto. Zaczynało się lato i choć pracowała w cieniu, upał już dawał się we znaki. Za chwilę będzie musiała powtórzyć ten sam gest. Spojrzała na rabatkę, na kwiaty, które już udało jej się zasadzić.
Ogrodnictwo było ciężką pracą. Wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy. O ich przydomowy ogródek dbała mama. Twarda wiedziała jednak dostatecznie dużo o roślinach, by w czasie wakacji podjąć się takiej właśnie pracy. Chciała zarobić na płyty i ciuchy, a także na wypady z siostrą do okolicznych klubów na tańce, no i na papierosy. Od kiedy Akuratna zrobiła prawo jazdy, mogły zapomnieć o skuterze i zacząć jeździć żółtym wozem ojca, nie bojąc się już, że łzy wyciskane przez wiatr rozmarzą makijaż.
Teraz przyszło jej do głowy, że praca w ogrodzie przypomina też trochę sztukę. Twarda nie tylko pięknie śpiewała i grała na pianinie, ale lubiła też rysować i wychodziło jej to naprawdę nieźle. Z malowania jednak nie dało się żyć, tak samo zresztą jak ze śpiewu. Może powinna rzucić szkołę ekonomiczną i zająć się właśnie ogrodnictwem? To przynajmniej sprawiało jej przyjemność i... Miała do tego smykałkę. Tym czasem cyfry i wykresy zupełnie do niej nie przemawiały.
Kiedyś, dawno, kiedy była jeszcze małą dziewczynką lubiła matematykę. Potem zmieniła się im nauczycielka. Nowa była surowa. Mówiła do niej „ty mała wariatko”, bo Twarda nigdy nie umiała spokojnie usiedzieć na lekcjach, wciąż się wiercił i rozglądała. Nie lubiła być tak nazywana. Próbowała zadowolić nauczycielkę i wytrzymać całą lekcję bez ruchu. W końcu jednak zawsze coś ją rozproszyło. Padały wyzwiska. Wysiłek nie zostawał nagrodzony.
Matematyczka długo też wypominała Twardej przed całą klasą, że kiedyś Akuratna odrobiła za nią pracę domową. Nazwała ją leniem i oszustką. A tamtego wieczora była po prostu bardzo zmęczona. Ale kogo to obchodziło. Zaczęła bać się nauczycielki, co odstraszało ją skutecznie też od samej matematyki. Teraz braki ze szkoły pierwszego stopnia wyraźnie dawały o sobie znać.
Dlaczego wybrała więc ekonomię? Coś musiała wybrać. Wszyscy jej koledzy próbowali zdobyć sensowne zawody. Ona trochę była marzycielką. Złożyła papiery do szkoły muzycznej w Dużym Nadmorskim Mieście. Nie przyjęli jej. Miała zbyt kiepskie oceny. Kiedy powinna się uczyć, wolała włóczyć się po okolicy. No i tak wylądowała tam, gdzie była. Ale biuro nie było miejscem dla niej.
Pochyliła się. Zrobiła dołek w ziemi i delikatnie umieściła w nim sadzonkę.
Ale... Rośliny jej nie uciekną. A młodość może minąć. Kiedyś na pewno minie. Powinna zawalczyć o swoje życie. Musi coś wymyślić.

Bohater zauważył matkę kontem oka, kiedy tylko pchnęła drzwi kawiarni. Odwrócił się do niej bokiem, kuląc się w sobie i kierując spojrzenie w stronę Głaza i jego koleżanki. Liczył, że włosy na tyle zasłonią mu twarz, że go nie rozpozna.
Było dobrze. Życie szło do przodu, a on miał w końcu kogoś, kto dzielił jego zainteresowania i marzenia.
Wrócił do szkoły. Jego nowym wyborem były nauki społeczne. Może się do tego nadawał. To, jak działały ludzkie umysły, naprawdę bardzo go interesowało. Może analizując rzeczywistość, można było znaleźć klucz do sławy, receptę jak porwać tłumy? A gdyby się nie udało, mógłby zawsze zostać nauczycielem maluchów albo nawet dziennikarzem. Chyba byłby zdolny do takiej pracy.
I choć często wagarował, tak, jak teraz, znowu miał najlepsze oceny. Bardzo przyłożył się na przykład do pracy dotyczącej wpływu idoli na życie nastolatków. Skupił się przy tym oczywiście na tym, którego sam najmocniej podziwiał, na Mocarzu Wojaku.
No i poznał Głaza. To właśnie z nim często zrywał się ze szkoły, żeby pójść do kawiarni i podyskutować o życiu i sztuce. A kiedy nie wagarowali, prawie na każdej przerwie grali razem na gitarach. Było wesoło. I nawet dziewczyny się do nich uśmiechały.
Ale Głaz nie tylko umiał grać na gitarze, grał też w garażowym zespole, marzył o tym, żeby się przebić, żeby zabłysnąć. Bohater liczył, że przy kumplu on też coś osiągnie. Bo przecież musiał przyznać, że Głaz grał znacznie lepiej, niż on.
Matka minęła go bez słowa. Czyżby się udało? Czyżby naprawdę go nie zauważyła?
Kupiła ciastka, odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.
Zatrzymała się jednak przy ich stoliku. Spojrzała mu w twarz. Bohater zesztywniał.
- Skoro idę do drzwi, może powieszę ci kurtkę. Po co masz ją trzymać na kolanach – powiedziała nagle.
- Nie ma potrzeby – odparł zszokowany wstając. – Właśnie idę do szkoły.
Wiedział, że w domu czeka go piekło. Cieszył się jednak, że matka umiała się tak taktownie zachować i nie zrobić sceny przy jego znajomych. Chyba zbyt dobrze wiedziała, że nie miał ich zbyt wielu.

Na wąskim, długim korytarzu pomalowanym na kremowo, jak większość szkolnych korytarzy, tłoczyli się zdenerwowani młodzi ludzie.
Twarda od jakiegoś czasu rozsyłała zgłoszenia na wszelkie kursy muzyczne, o jakich tylko znalazła informacje. I w końcu w skrzynce na listy pojawiło się zaproszenie do Kolorowego Miasteczka.
- Jadę! – piszczała.
- Powodzenia – powiedzieli po kolei mama, tata i Akuratna.
- Pamiętasz, Znająca wywróżyła ci kiedyś, że będziesz sławna. I będziesz! – Dodała siostra.
Kiedy jednak całowała wszystkich na pożegnanie, wydawało jej się, że widziała błyszczące w oczach rodziców łzy. Chyba rozumieli, że ich mała córeczka wymyka się im z rąk, że chce rozpocząć własne życie i że jeśli nawet jeszcze nie dziś, to już bardzo niedługo wyruszy w świat z Miasteczka na Wrzosowiskach.
Musieli wiedzieć, jak bardzo chce uciec. Zwłaszcza mama.
Czasem z Akuratną grały przed domem w kometkę, póki nie zrobiło się ciemno. Wcale nie lubiły tej gry aż tak. Po prostu nie chciały wracać do pijanego ojca i matki z zaciśniętymi ustami, która wciąż powtarzała: „Trzeba poczekać, znowu będzie dobrze.” Dlatego też chowały się na strychu. Nie tylko po to, żeby palić.
Przed kilku laty Znająca, która z mężem przeprowadziła się do Królestwa Wyspiarzy, zaprosiła młodsze siostry do siebie latem na miesiąc. Kiedy przyszła pora powrotu do domu, Twarda zalewała się łzami. Było jej żal rozstawać się z siostrą. Nie chciała też wracać do swojej szarej rzeczywistości.
- Co śpiewałaś?
- Skąd jesteś?
Inni kandydaci na kurs muzyczny zadawali dużo pytań. Ona odpowiadała cicho. Ruszając w drogę sądziła, że nikt nie śpiewa tak dobrze, jak ona. Teraz czuła się mała i nieważna, zupełnie tak samo, jak wśród kolegów ze szkoły ekonomicznej wychowanych w większym mieście, a przez to traktujących ją z góry. Jej ciuchy nie były modne, ani nawet szczególnie nowe. Dobrze chociaż, że już nie musiała, jak w dzieciństwie, nosić rzeczy po siostrach. Dawniej donaszała nawet ich butów! Akcent zdradzał pochodzenie. Czym silniej sobie to uświadamiała, czuła się coraz bardziej onieśmielona. Chyba dotąd zawsze przeceniała swoje możliwości. Może faktycznie powinna zajmować się roślinami?
- Cisza! – krzyknął ktoś. – Wyniki!
Drzwi sali przesłuchań otworzyły się i stanął w nich chudy mężczyzna z kartką w ręce.
- Wyczytam teraz nazwiska osób przyjętych – oznajmił. – Nie są ułożone alfabetycznie.
Długo to trwało. Twarda zwiesiła głowę. Przy każdym kolejnym nazwisku coraz bardziej traciła nadzieję, że znajdzie się na tej liście. Na co ona liczyła? Nawet jeśli faktycznie śpiewała najlepiej w swoim miasteczku, to przecież było to tylko bardzo małe, prowincjonalne miasteczko.
- Tradycyjna Twarda. Dziewczyna o cudownym głosie.
Co? Podskoczyła jak ukuta szpilką. Myślała, że serce wyrwie jej się z piersi. Naprawdę ją przyjęli? Ją? Więc jednak coś umiała?

Telefon długo dzwonił, zanim matka poszła odebrać. Robiła coś w kuchni. Bohater nie kwapił się, żeby ruszyć się z pokoju. Rzadko ktoś do niego dzwonił. Czasem Głaz. Ale ten wciąż jeszcze był na próbie. On też tam był, wcześniej. Zaczęło się pięknie. Głaz zabrał go ze sobą. Nigdy jeszcze nie słyszał muzyki płynącej z tak solidnych wzmacniaczy i to z tak bliska. Brzmiała niesamowicie. Pozwolili mu też zagrać. Zaprezentował im jedną ze swoich kompozycji.
- Naprawdę niezłe – powiedział loczkowaty chłopak zza perkusji. Chyba miał na imię Druh.
Inni też kiwali głowami z uznaniem.
- Ale nad grą powinieneś jeszcze popracować – powiedział ktoś.
Pewnie, że powinien. Wiedział to sam. Nie był zadowolony ze swoich umiejętności. Ale ćwiczył. Starał się.
- Wpadnij do nas jeszcze – powiedzieli mu.
Ale on chciał czegoś więcej. Teraz czuł się przygnębiony. Może za dużo sobie obiecywał po tej jednej próbie. A może przeceniał swoje możliwości.
- Dzień dobry, tu mieszkanie Tułaczy – powiedziała matka.
- Tak. Już go proszę – dodała po chwili. Odłożyła słuchawkę na bok. Bohater słyszał jak plastik stuknął o drewniany blat szafki. Potem rozległy się kroki. Zbliżały się w stronę jego pokoju. Zapukała.
- Kolega do ciebie dzwoni – powiedziała przez drzwi. Jej głos brzmiał dziwnie radośnie.
Czy ją też, tak jak jego, zdziwił i ucieszył ten telefon? Chyba musiała zdawać sobie sprawę, że jej syn jest samotny, że nieco nie przystaje do świata. Bohater nie chciał o tym myśleć.
- Już idę – poderwał się z łóżka i podszedł do aparatu szybciej, niż powinien, jeśli chciałby ukryć, że jest tym podniecony.
- Słucham.
- Tu Druh. Kojarzysz? Gram na garach w Wizualnym Ataku.
- Kojarzę – przyznał zupełnie zaskoczony.
- Moglibyśmy się spotkać i pogadać?
- Pewnie. A o czym?
- O muzyce.
- Oczywiście. – Na usta Bohatera wypłynął jasny uśmiech. – Kiedy?
- A choćby i dziś.
- Super. – Może chciał ukryć podniecenie, ale nie potrafił.

- Czy mi się wydawało, czy na mnie zerkasz? – spytał wysoki, ciemnowłosy chłopak. Musiał mówić bardzo głośno, żeby przekrzyczeć grający zespół.
- Ano, nie znam cię. A przecież znam już chyba wszystkich w tej okolicy – odpowiedziała Twarda uśmiechając się filuternie.
Już wiedziała, że jej uśmiech zniewalał mężczyzn. Nie była ładna, chuda, koścista, z wysuniętą do przodu dolną szczęką i ciemnymi włosami prostymi jak druty. Ale miała w sobie coś i umiała to wykorzystać.
Zdobyła też już spore doświadczenie w sprawach damsko-męskich, w każdym razie we własnym mniemaniu. Po raz pierwszy ktoś złamał jej serce, gdy miała jedenaście lat. Siedząc na lekcjach wypisywała w zeszycie obcobrzmiące imię nowego kolegi z klasy. Przystojniak pochodził z Dumnego Kraju. Otaczała je też za każdym razem różowym sercem. Potem był Miły, brzydal z makabrycznie krzywymi zębami. To on nauczył ją, jak należy się całować.
- No proszę, trafiłem na bywałą dziewczynę – zaśmiał się ciemnowłosy. - Często chodzisz na koncerty?
- Tak często, jak tylko mogę! Cofnijmy się trochę.
Podeszli razem do wyjścia. Tam łatwiej było rozmawiać. Przynajmniej się słyszeli.
- Jestem Jedyna. – Teraz Twarda tak się ludziom przedstawiała. Było to znacznie lepsze imię dla gwiazdy. A przecież ona chciała kiedyś zostać gwiazdą.
- Mnie dali na imię Zwycięzca. Przyjechałem tu do przyjaciół. Mieszkam w Małym Portowym Mieście.
- Jak się tam żyje?
- Nieźle. Czy dobrze rozumiem, że trochę cię nudzą? – spytał wskazując ruchem głowy na scenę.
- Nawet bardzo – przyznała. – Nie mają do powiedzenia nic odkrywczego. Nie ma też w nich energii.
- Czyżbyś lubiła lamerską muzykę?
Skrzywiła się.
- Jest w niej coś, energia, zerwanie barier... Coś... Nie umiem tego opisać. – Potrząsnęła głową. – Zresztą... Ja wole starsze klimaty. Bardzo pociąga mnie czarna muzyka, muzyka tradycyjna i uczuciowa. Choć lubię też wszelkie eksperymenty.
- To dobrze, bo ja eksperymentuje. – Chłopak uśmiechnął się.
- Nie mów mi, że grasz!
- Gram. W Małym Portowym Mieście jest dobry klimat dla muzyków. Kombinujemy więc coś z kuplami. To jest trochę bardziej w stylu nowej fali, ale nie całkiem.
- Nieźle. – Pokiwała głową.
Tylko na nią spojrzał, jego oczy chciały wyjaśnień.
- Wiesz, ja uczę się tu w szkole muzycznej.
- Nieźle. – Teraz on to powiedział.
W chwilę później oboje wybuchli śmiechem.

Usiedli w małym barze. Zamówili słabe piwo. Od niedawna było im już oficjalnie wolno pić alkohol i skwapliwie z tego korzystali.
- To co zagrałeś u nas było niezłe. Zrobiło na mnie wrażenie. – powiedział Druh.
- Miło mi to słyszeć. – Z twarzy Bohatera nie znikał uśmiech. Jego ogromne, ciemne oczy błyszczały z podniecenia.
- Napisałeś więcej takich rzeczy?
- Tak. Sporo – przyznał. – Nie wszystkie są dobre. – Podrapał się po nosie w geście zakłopotania. – No, ale się staram, uczę, próbuję nowych rzeczy...
- Fajnie. – Druh pokiwał głową. Miał gęste, kręcone, ciemnorude włosy i duże, równe, białe zęby. - Moglibyśmy razem coś pokombinować.
- To znaczy? – Bohater zapomniał o piwie. Pochylony w przód wykręcał sobie palce.
- Nie widzę przyszłości dla naszego zespołu. My nie wiemy, dokąd zmierzamy – wyznał Druh. – Utworom Nocnego czegoś brakuje, nie wiem, są niezłe, ale nie tak dobre, jak ten twój. Przydałby nam się tekściarz z prawdziwego zdarzenia. Melodię to ja jeszcze wymyślę, ale tekst... – Potrząsnął głową. – A ten twój utwór naprawdę ma coś w sobie. Moglibyśmy spróbować coś skomponować razem, ty i ja. Może Wizualny Atak to zagra. To co robisz, jest naprawdę mocne...
Bohater nie słuchał go dokładnie. Marzył o owocnej współpracy. Głaz coś mu już kiedyś wspomniał o Druhu, jako o bardzo utalentowanym muzyku. Ale dlaczego ta propozycja wyglądała właśnie tak? Czemu od razu na próbie o tym nie pogadali? Dlaczego nikt mu nie zaproponował, żeby został członkiem zespołu? Nawet Druh?
Nerwowym ruchem poprawił okulary. Musi przestać je nosić. Są zbyt wielkie, zasłaniają mu pół twarzy. Mimo szokującej fryzury, nie wygląda tak, jak powinny wyglądać gwiazdy. Sam wie. Może właśnie ze względu na wygląd nie proponowali mu, żeby z nimi grał?
- W każdym razie – Druh ciągnął swoje – moglibyśmy spróbować, coś razem nagrać. Potem się pomyśli.

- Wiesz, jest u nas też klasa teatralna. Znam tam parę osób.
- A mówiłaś, że znasz wszystkich w okolicy. – Zwycięzca śmiał się.
- Oj, wszystkich, którzy chodzą na koncerty i na tańce, czyli wszystkich, których warto znać. A więc i parę osób z klasy teatralnej. – Jedyna sama nie wiedziała, co łączyło ją ze Zwycięzcą. Nie była w nim zakochana. Co to, to na pewno nie. A czy on był zakochany w niej? Jakoś nie miała ochoty się nad tym zastanawiać. Wynik tych rozmyślań mógłby jej nie przypaść do gustu. W każdym razie, co jakiś czas dzwonili do siebie i rozmawiali o wszystkim i o niczym. Może to była przyjaźń? – Zaproponowali mi, że skoro już coś w życiu komponowałam, to może spróbowałabym napisać muzykę do sztuki, którą mają wystawiać.
- I co?
- I napisałam. I wiesz – jej głos stawał się coraz bardziej piskliwy z podniecenia – naprawdę wykorzystają tę muzykę. A ich nauczyciel powiedział nawet, że mogłabym na stałe współpracować z grupą teatralną.
- Gratuluję.
- Czemu mówisz to tak zimno?
- Nie przesadzaj. Myślę. Nie wiem, jak jest z teatrem, ale czy naprawdę chcesz to robić?
- Chyba tak – powiedziała, choć sama nie była pewna. – Kiedyś chciałam być aktorką. Ale pisanie muzyki też jest fajne, więc...
- Bo ja myślę, że nie powinnaś zapuszczać tam korzeni. Jeśli chcesz się przebić, powinnaś przyjechał do Małego Portowego Miasta.
Czy na pewno? A może mówił tak, bo jednak był w niej zakochany?
- Pomyślę nad tym.

Bohater regularnie pojawiał się na próbach Wizualnego Ataku. Miało to swoje dobre strony, jeszcze inne niż słuchanie muzyki. Głaz zawsze przynosił piwo. Nocny, który grał na gitarze prowadzącej, częstował ich nieraz winem domowej roboty swojego ojca, które pachniało jak bimber i było prawie równie mocne. Druh zawzięcie upychał sobie do bibułek od papierosów wyskrobany kit z okna twierdząc, że palenie tego czegoś odurza, jakby to był haszysz. Nigdy jednak nie wyglądał po tych eksperymentach na odurzonego.
- Może następnym razem. Pewnie wziąłem za mało – mówił, a inni pokładali się ze śmiechu.
Ale najfajniejsze ze wszystkiego było puszczanie taśm, które Bohater nagrywał z Druhem. Nazwali swój tandem Muzycznymi Gronami. Druh świetnie radził sobie nie tylko z gitarą i perkusją, ale też z pianinem i klawiszami. Twierdził, że może nauczyć się grać na czymkolwiek i wydawało się, że nie jest to przechwałką. Przecież całkiem nieźle szło mu też z trąbką. Bohater natomiast dysponował dobrym magnetofonem, no i umysłem, w którym rodziła się muzyka. To on był kompozytorem większości nagrywanych utworów, oraz pomysłodawcą tego, jak je wykonać.
Chłopcy z zespołu kręcili głowami i cmokali. Nie chcieli przyznać, co czuli. A przecież nigdy wcześniej nie pomyśleli nawet, że ktoś w ich wieku, mógł tworzyć muzykę porównywalną z tą z radia. Oczywiście produkcje Druha i Bohatera miały swoje niedoskonałości, ale te wynikały głównie z braków sprzętowych. Nie dysponowali przecież profesjonalnym studiem nagrań.
- Słuchajcie – powiedział pewnego razu Druh, właśnie po tym, jak razem odsłuchali kolejnej ich taśmy – a może wzięlibyśmy Bohatera do zespołu. Przecież to trochę bez sensu, że produkuję z nim coś na boku, gdy to mogłyby być nasze utwory.
Nie wyłożył dokładnie tego, co myślał, ale nie musiał. Bohater wyglądał nieco lepiej, niż przedtem. Coraz rzadziej pokazywał się im w okularach. Na gitarze wciąż nie grał dobrze, ale wszyscy wiedzieli, że jako kompozytorowi mu nie dorównają.
- Nie ma mowy! – rzucił Nocny nieco zbyt głośno i zbyt histerycznie.
Miła atmosfera prysła. Wszyscy zesztywnieli.
- Przecież nie planowaliśmy zmian w zespole – powiedział Głaz. Może próbował załagodzić sytuację, ale mu to nie wyszło. Bohater obdarzył go smutnym spojrzeniem, tak jakby pytał, czy nadal są kuplami. A czy byli? Głaz sam musiał się nad tym zastanowić. Chyba nie widział dla Bohatera przyszłości w branże muzycznej. Poza tym, wiedział, że Nocnemu marzyło się bycie liderem grupy, prawdziwą gwiazdą. Tym czasem, ktoś z umysłem Bohatera, jakby paskudnie nie wyglądał i jak mało nie umiał, mógł zagrozić pozycji Nocnego. Musiałoby dochodzić między nimi do tarć. No a Nocny był naprawdę dobrym gitarzystą i też komponował. Zespół go potrzebował. - Może kiedyś. Ale teraz nie potrzebujemy kolejnego gitarzysty.

- Bardzo przepraszam – wymamrotała Jedyna odruchowo po tym, jak odbiła się od ramienia masywnego mężczyzny. Ten jednak zupełnie nie zwrócił na nią uwagi.
W Wielkim Mieście na Wyspach żyło się inaczej, niż wszędzie tam, gdzie dotąd była. Tu nie umiała nawet chodzić po ulicy. Ciągle się z kimś zderzała. Po prostu ludzi było za dużo. Wszystkiego było za dużo: ulic, kin, teatrów, koncertów, kawiarni, sklepów. Tego miasta nie dało się dobrze poznać i wciąż trzeba się było w nim śpieszyć.
Teraz szczelnie otulona grubym, granatowym płaszczem, z połową twarzy ukrytą w postawionym dla ochrony przed wiatrem kołnierzu, płynęła wraz z tłumem, w stronę zejścia na stację metra.
Pociągi pod ziemią. To był przerażający pomysł!
Skończyła szkołę. Była teraz dyplomowaną piosenkarką i pianistką. Ale co z tego wynikało? W sumie niewiele. W domu czekali rodzice i Akuratna, ale ona nie mogła wrócić do Miasteczka na Wrzosowiskach. Tam nie byłoby dla niej pracy.
Czasem dręczyły ją wyrzuty sumienia. Ręce matki coraz silniej drżały. Wiedziała, że choroba uczyni ją pewnego dnia niedołężną. Zostawiała jednak ten problem Akuratnej. Nie chciała już czekać, że kiedyś będzie dobrze. Chciała, żeby w jej życiu coś się w końcu zmieniło.
Szkolna grupa teatralna po otrzymaniu dyplomów ruszyła w podróż z występami po kraju. Zaproponowano jej, żeby do nich dołączyła. Skorzystała z tej propozycji. Wszystkim podobała się jej muzyka i zaangażowanie. A okazało się, że naprawdę ma także talent aktorski. W końcu dostała nawet małą rolę. Wychodziła na scenę i mówiła kilka słów. Ale to było naprawdę coś. Przecież nie uczyła się na aktorkę!
Z występami trafili w końcu do stolicy, do Wielkiego Miasta na Wyspach, tam, gdzie działy się te wszystkie wspaniałe rzeczy, o których dotąd tylko czytała. Raz na ich występ przyszedł nawet sam namiestnik. Po spektaklu spotkał się z aktorami. Każdemu uścisnął rękę. Jej też! Czuła się bardzo podekscytowana. Ona, prosta dziewczyna z prowincji, miała okazję stanąć oko w oko z namiestnikiem, z Wojownikiem Drzewo.
Tamtego dnia wieczorem zadzwoniła do domu i opowiedziała o wszystkim ojcu. Jej głos wciąż jeszcze był nieco piskliwy z podniecenia. Romantyk jej pogratulował, ale odniosła też wrażenie, że trochę jej zazdrościł. Przecież sam bardzo podziwiał Wojownika Drzewo.
I znowu wstrząs.
- Gdzie leziesz!
- Bardzo przepraszam.
- No, obudź się, dziewczyno.
Wciąż na kogoś wpadała.
Nie umiała odnaleźć się w Wielkim Mieście na Wyspach i korzystać z życia. Mimo odnoszonych sukcesów, czuła się mała i nieważna. No i straszliwie bała się metra. Wypchane ludźmi po brzegi wagoniki pędziły poprzez ciemność, a ich koła tłukły o szyny z rozdzierającym uszy łoskotem.
Do teatru miała tylko dwie stacje, ale to wystarczyło, żeby do celu docierała lekko zielona na twarzy i z silnie bijącym sercem.
Powiedziano jej, że mieszkanko, które dla niej wynajęto, jest bardzo blisko teatru. Jeśli jednak to było blisko, chyba nie chciała wiedzieć, co dla ludzi ze stolicy znaczy daleko. To zresztą pewnie dlatego, że wciąż musieli przemierzać ogromne odległości, tak bardzo się bez przerwy śpieszyli. Czy do życia w takim miejscu w ogóle dało się przywyknąć? Nie wiedziała.

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...