Kejti's Factory - Opowiadanie




"Nie chcesz tego wiedzieć"

3. Pierwsze próby


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

Kiedy zdyszany stanął w drzwiach piwnicy, która miała służyć jako sala prób formującego się właśnie zespołu, siedzący w niej chłopcy, byli już wyraźnie zniecierpliwieni.
- To Bohater, gitara rytmiczna. – Tak Druh przedstawił go innym.
- W końcu – burknął blondyn w ogromnych okularach wyglądających jak oczy muchy. Długa grzywka spadała mu na czoło.
Druh nie zwrócił uwagi na jego słowa i dodał, wskazując na Bohatera:
- Pisze też niezłe piosenki. O czym już wam zresztą mówiłem.
- Nie przesadzaj. – Bohater zarumienił się lekko.
- Na pewno są lepsze, niż mógłby napisać każdy z nas – stwierdził Druh rzeczowo. – To jest Polny, bas – przedstawił chłopaka w okularach. Niedźwiedzia znasz – wskazał kędzierzawego blondyna. Faktycznie, Bohater kojarzył go z prób Wizualnego Ataku. Czasem się na nich pojawiał. Kumple mówili do niego Ćpun. – Będzie grał a perkusji. Podkradłem go Drzewu Życia. Obaj chodzą ze mną do technikum. Ja oczywiście będę grał gitarę prowadzącą. – Dodał, żeby sytuacja była w stu procentach jasna. – Siadaj. – Nakazał Bohaterowi, który cały czas stał w wejściu.
Ten posłuchał go i podszedł do najbliższego krzesła. Poruszał się niepewnie, tak jakby przepraszał, że w ogóle przyszedł i jakby nie radził sobie ze zbyt długimi nogami. Zachowywał się jak kompletny pierdoła, choć na pierwszy rzut oka wydawało się, że powinien być kimś zupełnie innym. Wyprostowany, wysoki i przystojny, choć lekko pulchny, modnie ubrany, z półdługimi włosami ufarbowanymi na czarno. Cóż, przynajmniej jeśli chodziło o wygląd robił postępy. Może coś jeszcze mogło z niego być. Może mógł stać się gwiazdą. Druh miał w każdym razie taką nadzieję. Gdyby nie ona, nie brałby się za coś tak poważnego, jak tworzenie zespołu.
- Teraz musimy ustalić, kto będzie wokalistą i jak się nazwiemy.
Chłopcy spojrzeli po sobie. Żaden się nie odezwał.
- Może Bohater będzie śpiewał? – zaproponował więc Druh.
- Ale ja nie umiem.
- To może Miś? – rzucił Polny.
- Nie ma mowy, to nie moja bajka – zaprotestował Niedźwiedź.
- A ja myślę, że śpiewanie nie szło ci tak źle, kiedy nagrywaliśmy pierwsze demówki. – Druh patrzył na Bohatera. To co mówił, nie do końca było prawdą. Bohater wcale nie śpiewał dobrze, a raczej jak ktoś, kogo zmuszano do tego siłą, wykręcając mu rękę. Na gitarze grał jeszcze gorzej. Gitara rytmiczna zresztą nie była im specjalnie potrzebna. Wokalista, to co innego. A przede wszystkim tekściarz, kompozytor i wizjoner. Tego zespół potrzebował. Dlatego Bohater musiał stać się jego częścią. Dlatego też trzeba było znaleźć mu jakąś rolę.
- Ale... – Bohater jeszcze próbował się bronić. Przemawiała przez niego jednak tylko kurtuazja. W końcu, może Druh miał rację, że mógłby śpiewać. Jasny, kumpel Skrupulatnego, kiedy usłyszał jego pierwsze nagrania, powiedział, że brzmi jak sam Wspaniały Krzak. A przecież to był naprawdę ktoś! I... chociaż Krzak nie miał dobrego głosu, był poważanym, powszechnie znanym artystą. Zresztą, facetowi ze sklepu muzycznego, w którym od lat zaopatrywał się w płytowe nowości, próbne nagrania Bohatera też przypadły do gustu.
- W sumie muzyka lamerska polega na tym, że grają i śpiewają ci, którzy tego nie umieją – stwierdził Niedźwiedź. A przecież było oczywiste, że oni też będą tworzyć w tym nurcie. Musieli być postępowi.
- Właśnie – rozpromienił się Druh. – Bohater będzie naszym wokalistą.
- Super – zgodził się Polny. – Ale w sumie poza jego ustami nie mamy w tej chwili żadnych instrumentów, z którymi można by występować.
- O tym też musimy pogadać – zgodził się Druh.

Pociąg parskał cicho. Peron zalegała mgła. Zegar pokazywał szóstą rano. Jedyna wytaszczyła walizkę na peron. Niewiele brakowała, a wychodząc z wagonu nadepnęłaby sobie na połę długiego, grubego płaszcza. Wtedy na pewno by upadła. Ale udało się. Zrobiła dłuższy krok, tylko na moment tracąc równowagę. Bezpiecznie dojechała do Małego Portowego Miasta.
Podniosła głowę, wzięła głęboki oddech. Walizka była ciężka, a ona śpiąca i zmarznięta. Zimny wiatr sprawił, że przeszył ją dreszcz. Postawiła kołnierz. Rozejrzała się.
Stała na niewielkim, starym dworcu, tam, gdzie zaczynała się dla niej przygoda z niezbyt wielkim i zupełnie obcym miastem. Nie znała jego ulic. Nie znała nocnego życia. Nie znała nikogo, oprócz Zwycięzcy. Wciąż nie potrafiła stwierdzić, co ją z nim łączyło, ale była pewna, że to on właśnie stanowi jej ostatnią deskę ratunku.
Występy skończyły się. Sztuka zeszła z afisza, a ona została bez pracy. Oczywiście mogła nadal wynajmować coś w Wielkim Mieście na Wyspach, ale nie czuła się tam dobrze. Mogła też wrócić do domu. Ale ona nie chciała wrócić.
Zwycięzca nieraz powtarzał, że w jego mieście działa dużo zespołów i są szanse, żeby się przebić. Może kłamał, żeby ją do siebie zwabić? Nawet jeśli, musiała się o tym osobiście przekonać. Musiała wykorzystać każdą szansę, jaką dostawała od życia.
Ziewnęła. Przeciągnę się. Wyciągnęła z kieszeni kartkę z adresem. Przeczytała go raz jeszcze, choć już wcześniej, zdołała go zapamiętać. Podniosła walizkę i ruszyła przed siebie.
Przez chwilę myślała o Zwycięzcy. Był przystojny, choć, może nie całkiem w jej typie. Ale był muzykiem, grał w zespole. Miał też mieszkanie. Może nawet on osobiście przyczyni się do jej przyszłej kariery. Może.
Szła wąskimi ulicami. Domy były stare, z wysokimi oknami, trzy- lub czteropiętrowe, o tej porze ciche, jeszcze uśpione.
Zatrzymała się, poprawiła szalik. Odczytała tabliczkę z nazwą ulicy. Wschodzące słońce zmusiło ją do zmrużenie i tak wąskich oczu. Znieruchomiała. Dokąd iść? Stała przez chwilę, ale tylko wydawało jej się, że myśli. Tak naprawdę nie doszła do niczego. Wiatr bawił się jej długimi, ciemnymi włosami i frędzlami niebieskiego szalika. Była zmęczoną, brzydką dziewczyną z prowincji zagubioną w niezbyt dużym, ale dla niej i tak za wielkim mieście.

- Polny, jak ty patrzyłeś? Przecież takiego pociągu w ogóle nie ma! – denerwował się Niedźwiedź.
Stali na dworcu kolejowym gapiąc się w tablicę odjazdów.
- No kurde, nie ma – zgodził się Polny. – Źle spojrzałem, niech to cholera.
- Bilety na samolot nam przepadną – skrzywił się Druh.
- Może nie. Może uda się coś wykombinować. – Bohater potarł palcami brodę.
- A niby co można wykombinować? – wsiadł na niego Polny.
- A choćby to, że mój szwagier ma furgonetkę – oznajmił Bohater. – Jeśli ma dziś czas, to nas zawiezie, jak mu zapłacimy za benzynę. Powinien się zgodzić. Tylko, żeby złapać go w domu. Na powrót też w sumie możemy się z nim umówić. Instrumenty będzie łatwiej zabrać.
- To lecimy do telefonu – zarządził Druh. – Nie ma co gadać, tylko trzeba działać.

- Czym mogę pani służyć? – przewiązany białym fartuchem Zwycięzca pochylił się nad Jedyną siedzącą przy małym, okrągłym stoliku.
Obdarzyła go uroczym uśmiechem, jak zwykle lekko wysuwając do przodu dolną szczękę. Tego dnia czaił się w nim jednak smutek.
- Poproszę kawę.
- Jak ci minął dzień?
- Źle – westchnęła. - Szukałam ofert pracy, ale żadnej nie znalazłam. A potem próbowałam napisać piosenkę. Też mi nie bardzo wyszła. Teraz jestem padnięta i marzę tylko, żeby się sztachnąć i o wszystkim zapomnieć. – Jedyna już w szkole próbowała haszyszu. Wtedy był to po prostu eksperyment. Jako przyszła artystka, chciała poszerzyć swoje horyzonty. Teraz skręty pozwalały zapomnieć, jak bardzo do niczego było jej życie. Miała ogromne marzenia i aspiracje, ale nie potrafiła zdobyć nawet odrobiny stabilizacji. Nie żyła wcale lepiej, niż jej rodzice.
- Za godzinę kończę zmianę, to o czymś pomyślimy – powiedział Zwycięzca. - A teraz muszę iść do następnego stolika.
- Rozumiem. - Skinęła głową. – Poczekam tu na ciebie.
Żyli z jego pensji kelnera i jej zasiłku dla bezrobotnych. Jeśli mieli przetrwać, Zwycięzca nie mógł stracić pracy.

- Uważam, że to zbyt niebezpieczne, żebyśmy wszyscy razem jechali furgonetką – powiedział Bohater. Był bardzo zmęczony i zaczęły puszczać mu nerwy. Zresztą, choć lubił prowokować, nigdy nie należał do ludzi szczególnie odważnych.
Jego szwagier, Śmieszek, trochę pomarudził, ale zawiózł ich do Dużego Portowego Miasta. Stamtąd popłynęli promem do stolicy Królestwa Wyspiarzy nazywanej w tamtejszym języku, bardzo zresztą podobnym do ich języka, Królewskim Portem. Zdążyli na samolot do Miasta Mgieł, stolicy Ważnej Wyspy. To była ich pierwsza samodzielna, tak daleka wyprawa. Już sam ten fakt oszałamiał.
O Mieście Mgieł słyszeli niejedno, ale nie byli przygotowani na to, co tam zastali. Metropolia przytłoczyła ich swoim ogromem i gwarem, a także zaopatrzeniem licznych sklepów. Na moment zapomnieli, po co w ogóle ruszali na tę wyprawę.
Wypili kilka piw. Wieczorem obejrzeli koncert Motorowych Głów, naprawdę ciekawego zespołu łączącego mocną muzykę ze skoczną. Tak zakończył się pierwszy dzień ich wyprawy.
Kolejnego chodzili po sklepach. Bohater nakupił książek o sławnych muzykach, przede wszystkim o swoim największym idolu Mocarzu Wojaku, a także butelkę wódki. Kupowanie dużych ilości alkoholu w ich kraju było zabronione, ale tu, na Ważnej Wyspie, nikt nie dbał o to, że picie jest niezdrowe.
Spotkali też, co wręcz wydawało się nieprawdopodobne, Głaza i Nocnego, którzy przybyli do Miasta Mgieł w podobnym, co oni, celu. Nie wypadało, żeby nie wypili razem. Wciąż byli kumplami, nawet jeśli teraz stali się także konkurentami. Atmosfera była jednak napięta. Dlatego pili więcej, niż powinni i bardziej się wygłupiali, niż wypadało. Ale czyż nie byli lamerami? Czy nie powinni rozrabiać?
W końcu jednak dotarli do właściwego celu wyprawy – sklepu muzycznego.
Wtedy to Bohater doświadczył miłości od pierwszego wrażenia.
- Na co się tak gapisz? – Druh klepnął go w plecy. – Chyba powinniśmy wejść do środka, co nie?
- Lider Sterowców taką miał – odpowiedział półprzytomnie wskazując czerwoną gitarę elektryczną produkcji Świętego.
- Ty też możesz sobie kupić.
Teraz, siedząc we wnętrzu furgonetki, Bohater opierał dłonie o pokrowiec kryjący ją w sobie.
Śmieszek przyjechał po nich samochodem aż do Królewskiego Portu, co wszyscy przyjęli z radością.
Takich instrumentów, jakie nabyli, nie udałoby im się dostać we własnym kraju, a na pewno nie tak tanio. Niemniej jednak, jak tanie instrumenty by nie były, dla nich i tak ich zakup stanowiły spory wydatek. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że nie zgłoszą ich do oclenia. Ale Bohater się bał.
Do tej pory tylko raz złamał prawo. Jeszcze w szkole pierwszego stopnia. Walnął butem w automat ze słodyczami, dzięki czemu udało mu się wydostać ze środka łakocie, bez płacenia za nie. Dał je potem najfajniejszej dziewczynie z klasy. Jednak niewiele dzięki temu zyskał w jej oczach, a wyrzuty sumienia tak go dręczyły, że następnego dnia poszedł do woźnego. Przyznał się do wszystkiego i oddał pieniądze.
- Jeśli przejdę przez bramkę, udając miejscowego, nikt nawet nie będzie mnie pytał, czy coś przywożę – stwierdził.
- Furgonetki też nikt nie będzie kontrolował. Jak kierowca powie, że nic nie wiezie, to mu uwierzą. Kontrolują tylko tych, którzy wyglądają podejrzanie – tłumaczył cierpliwie Niedźwiedź, już któryś raz z kolei.
- W porządku. – Bohater skinął głową. – Wierzę, ale jak zrobię po swojemu, będę czuł się pewniej.
- Rób jak chcesz. – Druh wzruszył ramionami.
- No to zobaczymy się w Wielkim Portowym Mieście.
Bohater wysiadł.
Kiedy przechodził przez bramkę, drżały mu nogi, a gitara ciążyła na ramieniu. Ale wszystko ułożyło się dobrze. Nikt go o nic nie pytał. Nikt nie chciał zobaczyć jego dokumentów. Zszedł na nabrzeże i ruszył w stronę miasta.
Podskoczył lekko, kiedy zatrąbił za nim samochód. Ale nie miał się czego bać. To był jego szwagier. Zatrzymał się przy krawężniku. Bohater wsiadł do furgonetki. Ruszyli.
- I było panikować? – spytał Polny. – Przejechaliśmy przez granicę. Udało się.
Nie zdążył jednak do końca wypowiedzieć tych słów, kiedy usłyszeli syrenę.
Śmieszek znowu zjechał na krawężnik.
- Proszę wysiąść!
Chwile później znaleźli się ustawieni wzdłuż furgonetki z uniesionymi w górę rękami. Służby celne dokładnie przeszukały samochód parę razy pytając, czy nie przewożą narkotyków.
- Nie. Byliśmy na wycieczce – kłamał Niedźwiedź.
- A instrumenty? Są nowe. Nie zostały zgłoszone do oclenia.
- No nie. – Musiał przyznać Druh. – Ale... Jesteśmy tylko biednymi muzykami.
- A to co? – Butelka wódki oczywiście też została znaleziona. - Wwożenie alkoholu jest nielegalne.
- To prezent od kumpla. On nazywa się Szlachetny Nadmorski. Możecie sprawdzić. Nie wiedział, że do nas nie wolno tego wwozić. A nie można było nie wziąć. Byłoby mu przykro, a to przecież kumpel... – Kłamanie szło Bohaterowi jak z nut, jednak kiedy Śmieszek na niego spojrzał, głos uwiązł mu w gardle. Dostrzegł potępienie w oczach szwagra. Ale, czego tamten chciał? Był dorosłym facetem i mógł przewidzieć skutki ich głupich decyzji. Oni byli przecież wciąż jeszcze tylko dzieciakami.
- Przestępcy to z nich żadni – burknął jeden z umundurowanych mężczyzn.
- Po co było robić ten cyrk, z wysiadaniem i wsiadaniem? – spytał drugi patrząc na Bohatera. – Mogliście chociaż za róg pojechać.

Poruszanie się w wąskiej spódnicy i na wysokich obcasach nie należało do łatwych, na dodatek w tłumie ludzi, w labiryncie ciasnych przejść między kawiarnianymi stolikami, z ciężką tacą. I jeszcze to ciągłe wrażenie, że jest się obserwowanym. Nie tylko przez mężczyzn gapiących na jej tyłek, ale także przez szefa, szukającego na nią haka. Jedyna nie wiedziała, czy miała obsesję, czy też zwierzchnik naprawdę śledził każdy jej krok licząc, że w końcu zrobi coś źle.
I zrobiła.
Wystarczył jeden fałszywy ruch. Obejrzała się, żeby sprawdzić, czy szef patrzy na nią z zaplecza i wtedy straciła równowagę. Żeby nie upaść wyrzuciła w przód rękę z tacą. Stający na niej talerz z kruchymi ciasteczkami niebezpiecznie podjechał do krawędzi. Nie spadł, ale część ciasteczek nie zatrzymała się na jego brzegu, a raz wprawiona w ruch ślizgowy poleciała dalej lądując na podłodze.
Na sali rozległy się śmiechy.
Jedyna nie wiedziała potem, co w nią wstąpiło. Zupełnie spokojnie kucnęła. Pozbierała ciasteczka z podłogi, po czym zaniosła je tam, gdzie miała zanieść i postawiła przed starszą, korpulentną kobietą. Ta spojrzała na nią zdziwiona, tak jak patrzyła cała sala. Jedyna nie zareagowała. Kobieta roześmiała się więc nerwowo, a w chwilę później zawtórowały jej inne głosy. Chyba rzucono jakieś uwagi dotyczące Jedynej. Ale ona ich nie słyszała. Jakby nic się nie stało poszła na zaplecze.
Dopiero tam uświadomiła sobie, że jest cała spocona.

- Nie uwierzysz – powiedział Druh przez telefon. – Dostałem zawiadomienie, że musimy zapłacić dwieście kawałków kary, ale odesłano mi gitarę.
- Uwierzę. – Bohater się roześmiał. - To ja ich o to prosiłem.
- Jak to?
- Normalnie. Napisałem list do służb celnych. Napisałem, że jesteśmy młodymi, ciężko pracującymi muzykami. Że nigdy nie mieliśmy konfliktu z prawem i takie tam. Napisałem, że ciężką harówką w wakacje zarobiliśmy na nasze instrumenty i że bardzo żałujemy naszego głupiego postępku. W końcu poprosiłem, żeby oddali nam te instrumenty, bo są nam bardzo potrzebne. – Nie dodał, że z jego strony był to akt rozpaczy. Nie musiał. - Podziałało.
- Chłopie, ty to masz łeb.
- Bez przesady. W każdym razie, mamy na czym grać.
Bohater mógł się już swobodnie śmiać. Od wczoraj znów miał swoją czerwoną gitarę, nad której utratą długo ubolewał. Musiał przejść też przez serie połajanek od ojca, matki, siostry i w końcu brata, młodego prawnika. Zawiódł ich wszystkich. Ale teraz to już się nie liczyło. Mógł trzymać w dłoniach ten piękny instrument i naprawdę zostać lamerskim muzykiem.

To nie był dobry dzień. Jak wiele poprzednich zresztą. Zimny wiatr od morza wiał Jedynej w twarz, gdy z pochyloną głową szła w stronę mieszkania Zwycięzcy. Postawiony na sztorc kołnierz ciężkiego płaszcza nie dawał zbyt wiele ciepła.
Może powinna się poddać?
Nie znalazła sposobu, by odnieść sukces. Wciąż nie miała pracy. I nawet ten wiatr, przyprawiający o dreszcze, także był obcy, a przez to wydawał się wrogo nastawiony do dziewczyny, która znalazła się nie na swoim miejscu.
Wielu rzeczy już próbowała. Była opiekunką do dziecka i pielęgniarką. Ale nadawała się do tego równie wyśmienicie, jak do pracy kelnerki. Przez chwilę uczyła muzyki trudną młodzież z przedmieść Małego Portowego Miasta. Lubiła to zajęcie, wychodziło jej, tylko, że... Zbyt było jej żal tych wszystkich dzieciaków, żeby wytrzymać to przez dłuższy czas. Zwłaszcza, że była od nich niewiele starsza i niewiele szczęśliwsza.
Zatrzymał ją nagły wstrząs. Ktoś śpieszący się do swoich spraw potrącił ją ramieniem. Nie przeprosił. Nawet się nie obejrzał. Za to ona się obejrzała.
To był wysoki chłopak o szerokich ramionach, na których podskakiwały długie, czarne włosy. Szedł wyprostowany, jak ktoś pewny siebie. Przez ramię miał przerzuconą piękną, czerwoną gitarę elektryczną, produkt Świętego, instrument, który mógł być obiektem pożądania.
A więc to był ktoś, kto miał szczęście – pomyślała Jedyna i poczuła ukłucie zazdrości.

Bohater od dłuższej chwili obserwował, co działo się po drugiej stronie ulicy. Teraz się zatrzymał.
- Co jest? – spytał Druh.
Bohater nie od razu odpowiedział. W milczeniu patrzył na przepychankę między policją, a młodymi ludźmi w skórach. Młodzi mieli fryzury jeszcze bardziej szokujące, niż on. Czerwone i niebieskie czuby sterczały im w górę z ogolonych głów. O co im chodziło? Czy tamci próbowali wedrzeć się bez biletów na koncert Pociągających Spluw? A może po prostu czerpali przyjemność z przepychanki z policją? To się czasem zdarzało wśród młodych buntowników.
Zespoły, takie jak Pociągające Spluwy, nie tylko tworzyły dynamiczną, dziką muzykę, jakiej wcześniej nie było, ale głosiły też, by nie zgadzać się na panujący w świecie porządek. To ostatnie niezbyt do Bohatera trafiało. Jednak nowa muzyka, nazywana jak na przekór lamerską, choć nie całkiem w jego guście, robiła na nim wrażenie. Obaj z Druhem chcieli zobaczyć Pociągające Spluwy na żywo. W każdym razie, jeszcze przed chwilą.
- Wiesz co, ja chyba nie mam odwagi tam iść – wyznał.
- Hym... – Druh potarł brodę. – Sprawa faktycznie nie wygląda bezpiecznie.
- Wycofujemy się? – W głosie Bohatera zabrzmiała nutka nadziei. Nie należał do ludzi, którzy lubili ryzyko.
- Tak – zgodził się Druh. Nie gadali o tym więcej. A Bohater był bardzo zadowolony, że kumpel nie wygłosił ani słowa krytyki pod jego adresem.

Jedyna bezpiecznie przebrnęła przez szalejący tłum. Owszem, tam, gdzieś za jej plecami, ludzie zaczęli się popychać i wyzywać. Miało dojść do mordobicia. Ją jednak szczelnie otulało ramię Zwycięzcy, który szedł po jej lewej stronie. Od prawej zapewniał Jedynej bezpieczeństwo jego kumpel – Nocny.
Naprawdę mieli zobaczyć Pociągające Spluwy na żywo!

Rano Bohater kupił gazetę. Właściwie nie wiedział, dlaczego to zrobił. Może dlatego, że kupował gazetę regularnie, od kiedy reporter Wiadomości Codziennych rozmawiał z nim i innymi chłopakami z Momentu Chwały. Tak nazwali swój zespół. Moment Chwały był to tytuł jednej z jego instrumentalnych kompozycji. Sam utwór nie był najlepszy, ale jego tytuł brzmiał dobrze.
Spotkanie z reporterem miało miejsce po koncercie w małym klubiku, który udało im się zagrać. Sam koncert wypadł dość rozpaczliwie. Głos Bohatera brzmiał wręcz okropnie, a Niedźwiedź nie trafiał w rytm. Ale widownia, złożona z garstki znajomych i nielicznych obcych, o dziwo wydawała się zadowolona.
A teraz istniała szansa, że coś o nich napiszą. Nikła szansa. Ale jednak. Dlatego co rano kupował gazetę i przeglądał ją, drżącymi palcami przekręcając strony. Dziś też stał przy kiosku z gazetą w ręku, choć pewnie powinien w tej chwili robić cokolwiek innego. Może płakać w poduszkę? A może rozładowywać pudła na zapleczu przyszłego sklepiku z porcelaną i innym kiczem, jaki miała otworzyć siostra.
Poprzedniego dnia świat stracił właściwą mu formę i Bohaterowi zdawało się, że nigdy już jej nie odzyska. Jego ojciec umarł.
Właściwie wiedział, że ojciec prędzej czy później umrze. Ostatnio bardzo cierpiał. Rak zżerał go od środka i niczego nie dało się już zrobić. Ale jeszcze był. Potrafił się uśmiechnąć, jakby to nie było dla niego trudne, a Bohater mógł wierzyć, że stanie się cud i nie straci ojca przedwcześnie.
Zamarł nieprzytomnym wzrokiem wpatrując się w stronę gazety. Napisano o nich! Była to mała notka, ale przychylna. Najważniejsze było jednak to, że się w ogóle pojawiła. „Obiecujący młodzi muzycy z Małego Portowego Miasta”. Tak o nich napisano. Powinien się cieszyć. Odniósł sukces. Jednak mógł odnieść sukces. On, taki, jaki był, mógł to zrobić.
Tylko, że ojciec już się o tym nie dowie.
Z trudem przełknął formującą się w ustach kulę goryczy. Po plecach przeszedł mu dreszcz. Przypomniał sobie, co kiedyś przeczytał. Ojciec jego idola, Mocarza Wojaka, także nigdy nie dowiedział się, że jego syn odniósł sukces.
Optymista słyszał tylko jedno nagranie wyprodukowane jeszcze przez Muzyczne Grona.
- Nie rozumiem tego – powiedział potem. – Nie wiem, co widzisz w tym interesującego, ale jeśli uważasz, że to ma sens... – Skrzywił się. Jęknął. – Chociaż zawsze będę powtarzał, że w życiu mężczyzny najważniejsze jest wykształcenie i dobra praca. Musisz pamiętać, że z muzykowania rodziny nie wyżywisz. No i... Ty chyba nie śpiewasz najlepiej.
Tego dnia ojciec, mimo odczuwanego bólu, starał się być miły, choć i tak popadł w ton moralizatorski. Z reguły było jednak gorzej. Ojciec krzyczał na niego za wagary i przypominał, że muzyka powinna być tylko hobby, czymś, czemu poświęca się wolny czas, kiedy ten czas oczywiście się ma.
- Wykształcenie nie jest do niczego potrzebne! - Parę miesięcy wcześniej wykrzyczał to ojcu w twarz, choć sam tak nie myślał. Puściły mu jednak nerwy. - Dobrą pracę można mieć bez jakiegokolwiek wykształcenia! Taki listonosz, nie musi umieć nic, pracuje trzy godziny, a zgarnia kasę za osiem.
- Ale nawet taką pracę trzeba najpierw dostać – powiedzieć ojciec. – I trzeba wyglądać na rozsądnego, godnego zaufania człowieka.
- Pewnie – fuknął Bohater.
W jakiś czas później zatrudnił się jako listonosz. Przepracował jeden dzień i rzucił pracę. Chodziło przecież tylko o to, żeby udowodnić ojcu, że co by się nie stało, on sobie w życiu poradzi.
A teraz było już po wszystkim. Ojciec nigdy się nie przekona, czy jego nieudany syn wyrośnie na kogoś wartościowego. Nie usłyszy więcej jego nagrań. Nie dowie się, że brzmią lepiej.

Zapukała do drzwi, zza których usłyszała dźwięki gitary. W którejś z tych piwnic, a najprawdopodobniej w tej, przed którą stała, miały odbywać się próby Wagabundy. Był to zespół, w którym grali Zwycięzca i Nocny.
- Słuchaj, ja nie rozumiem, czemu jeszcze nigdy nie przyprowadziłeś jej na próbę – powiedział Nocny, kiedy pierwszy raz usłyszał, jak Jedyna śpiewa siedząc za pianinem. – I dlaczego nie mówiłeś, że jest tak dobra!
- To akurat mówiłem – oburzył się Zwycięzca. – Ale... Przecież u nas ty jesteś wokalistą.
- Jestem – zgodził się Nocny skwapliwie. – Potrzebujemy jednak dać naszemu zespołowi kopa. Musimy jakoś wyrwać go ze stagnacji. A taka dziewczyna, jako chórek, mogłaby nam w tym pomóc. Poza tym, jest wykwalifikowaną pianistką, mogłaby grać na klawiszach.
Ich basista, Ptaszek, kiedy usłyszał głos Jedynej, także nie miał żadnych wątpliwości i tak została oficjalnie przyjęta do zespołu. Trzeba było tylko zmienić mu nazwę. Do tej pory nazywali się Włóczykijami, ale od kiedy była wśród nich kobieta, już się tak nazywać nie mogli. Zostali więc Wagabundą.
- Wejść! – krzyknął ze środka ktoś, kogo głosu nie poznała.
Pchnęła drzwi. Zobaczyła rozstawioną perkusję. W pomieszczeniu było kilku młodych mężczyzn z gitarami. Wszyscy patrzyli na nią, a zwłaszcza wysoki, pulchny, wielkooki chłopak z czerwoną gitarą. Miał na sobie przerażająco drogie, eleganckie ciuchy, jakich Zwycięzca by w życiu nie założył, nawet jeśli byłoby go na nie stać.
- Ja... – wyjąkała. Nie potrafiła wydusić z siebie nic więcej. Trafiła nie tam, gdzie powinna.
- Szukasz pewnie Wagabundy? – spytał pulchny chłopak. Wszyscy w tych stronach mówili dziwnie miękko, ale w jego ustach niektóre słowa brzmiały wręcz śmiesznie.
Skinęła głową.
- Ćwiczą obok nas. Musisz zapukać w następne drzwi. – Wskazał jej ręką kierunek.
- Dziękuję – wyjąkała i już jej nie było.

- Faktycznie, znalazłeś dużo lepszy sposób na zarabianie, niż praca przy pieczarkach. Wchodzę w to.
- Hej! Wczoraj mówiłeś, że nie chcesz robić tego nigdy więcej. – Głaz roześmiał się.
- To było wczoraj. – Bohater też się zaśmiał.
- Ta postawa mi się podoba. – Kumpel klepnął go w plecy.
Poprzedniego dnia po raz pierwszy otrzymał pieniądze za występ. Widownia co prawda nie była zbyt żywiołowa. Wystąpili w domu starców.
Siedzieli z gitarami na twardych, podniszczonych krzesłach ze sklejki. Przed sobą mieli pomarszczonych ludzi, patrzących na nich zapadniętymi, zaczerwienionymi oczami bez wyrazu. Kiedy w tych warunkach zaczęli śpiewać ludowe piosenki, Bohater poczuł się jak głupek. Co on wiedział o życiu? I co mógł zaoferować tym dziadkom, którzy już wszystko stracili? Mógł się tylko przed nimi ośmieszyć. O tym myślał, śpiewając o czerwonych koralach podskakujących na jędrnych piersiach wiejskiej dziewczyny. Ile, z tych śliniących się teraz kobiet, było kiedyś takimi dziewczynami? Nie, chyba nie chciał tego wiedzieć.
Po występie drżały mu nogi.
- To bez sensu. Nie zrobię tego więcej – powiedział potem potrząsając głową. Wiedział, że nie ukryje przed Głazem przeżytego stresu, ale miał nadzieję, że nakieruje myśli kumpla na inne tory. – Przecież to żadna widownia.
Ale kiedy odpoczął i wszystko na spokojnie przemyślał, doszedł do wniosku, że nie było tak źle. Nie zapomniał tekstu, aż tak strasznie nie fałszował i staruszkowie też mu nie powiedzieli, żeby przestał hałasować. No i chyba sprawił im przyjemność. Uśmiechali się przecież bezzębnymi ustami i klaskali. A więc jednak jego występ miał jakąś wartość.
- Co, lepiej jest śpiewać, niż ważyć grzyby? – Parsknął Głaz.
- Pewnie, że tak.
Pracę na fermie pieczarek załatwił im ojciec Wojownika, zwanego Wojkiem, chłopaka siostry Głaza, który grał z Charyzmatykami. Najpierw przy grzybach pracował sam Głaz, potem, kiedy zrezygnował, Bohater zajął jego miejsce.
Obaj skończyli szkołę. Tego dnia matka Bohatera płakała i jemu samemu też pociekły łzy. Bo przecież ojciec nie mógł już tego zobaczyć, nie mógł go pochwalić.
Ale dzięki temu, że ojciec nie żył, nie miał też na niego kto nakrzyczeć. Pewnie powinien poszukać porządnej pracy, spróbować swoich sił, jako nauczyciel. Ale on marzył o karierze i wierzył, że naprawdę zdoła się przebić. Oczywiście, tymczasowo potrzebował jakiegoś źródła dochodów, ale to mogło być cokolwiek.
- Chociaż teraz, to ja mam lekką robotę. – Bohater uśmiechnął się promiennie prezentując kumplowi potwornie krzywe zęby. Nie warzył już pieczarek, a wkręcił się na stanowisko kierowcy.
- A przypadkiem za dużo się nie nudzisz?
- Czytam sobie.
- Ale dziewczyn już nie oglądasz.
Szef, Bohater i jeszcze jeden chłopak, Wielki, byli jedynymi mężczyznami w firmie. Wcześniej, kiedy razem z Wielkim pracował przy wadze, ustalili, że ładnym dziewczynom będą zawyżać wyniki zbiorów. Nie przesadzali, więc nikt tego nie zauważył, a oni mieli dużo radości z oceniania, która jest warta tych dodatkowych gramów, a która nie.
- Oglądam i to lepsze. Ty myślisz, że co ja czytam?
Głaz śmiał się, a Bohater razem z nim, choć to, co powiedział, nie było całą prawdą. Częściej, niż gołymi laskami, zajmował się pisaniem wierszy.
- Dobrze, wróćmy do tematu. Mam propozycję grania nie tylko w domach starców, ale i w restauracjach. Namówiłem do współpracy przy tych występach koleżankę Równą, kojarzysz ją?
- Tak.
- Czyli na ciebie też mogę liczyć?
- Oczywiście – zgodził się Bohater.
Dotrzymał słowa i grał z Głazem prawie rok, choć czasem bywało naprawdę ciężko. Kiedy, w czasie jednego z ich występów, podniósł rękę mężczyzna pogrążony dotąd w śpiączce, myślał, że ze strachu narobi w gacie. Potem powiedziano im, że to ich muzyka, mogła wpłynąć na poprawę zdrowia pacjenta. Ponoć z ludźmi w śpiączce tak czasem bywało. Mógł to uznać za powód do dumy. Długo jednak nie potrafił zapomnieć tej ręki nagle unoszącej się w górę z pościeli i swojego strachu.

- Chciałbym, żebyście zastanowili się i powiedzieli mi, jak widzicie swoją przyszłość – poprosił mężczyzna prowadzący kurs aktywizujący dla bezrobotnych.
Jedyna zapisała się na niego, bo miała już dość siedzenia w domu samotnie, tylko z pianinem. Stałej pracy wciąż nie udało jej się znaleźć.
- Chciałabym zostać piosenkarką – powiedziała, kiedy przyszła na nią kolej.
- To po co zapisała się pani na ten kurs? – zdziwił się prowadzący.
- Żeby wypełnić czymś czas. A może, przy okazji, czegoś się nauczę. – Mimo wszystkich niepowodzeń, jakie ją dotąd spotkały, wciąż wierzyła, że naprawdę zdoła zrobić karierę. Jak? Tego nie wiedziała. Ale może kiedyś się dowie.
Ani przez chwilę nie winiła Zwycięscy, że zwabił ją do Małego Portowego Miasta. Owszem, chciał, żeby została jego dziewczyną. Tak ją przedstawiał, a ona na to pozwalała. W końcu był dla niej dobry. Gdyby nie on, nie miałaby gdzie mieszkać. Ale tak, więcej obiecywała sobie po przyjeździe tutaj.

- Pierwsze miejsce zajmują ex equo Suwak i Moment Chwały! – oznajmił konferansjer.
Wyskoczyli na scenę parskając śmiechem. Wygrali! Oni wygrali! W tej chwili zupełnie nie miało dla nich znaczenie, że był to mały, lokalny konkurs.
Widownia zaczęła jednak gwizdać.
- Dziękuję – powiedział Bohater do mikrofonu, co jeszcze wzmogło gwizdy.
A więc werdykt nie należał do publiczności.

Siedzieli na kanapie ze szwagrem. W telewizji leciał program motoryzacyjny. Bohatera zawsze interesowały takie sprawy. Przy okazji przeglądał Twórców Melodii.
Nagle zesztywniał. Pędzące po ekranie samochody przestały mieć znaczenie. On widział tylko litery układające się w słowa, które sam napisał. Jego list został wydrukowany.
Ostatnio pisał dużo listów, do gazet, telewizji i radia. Pytał, czemu nie piszą lub nie mówią o najwspanialszym zespole z Zimnego Kraju jakim jest Moment Chwały. Prosił o więcej informacji o nich, czy ich utwory. Jednocześnie wysyłał też taśmy do wydawnictw fonograficznych. Dostawał tylko informacje odmowne lub nie dostawał żadnych. Jak na razie najpozytywniejszy list, jaki otrzymał, brzmiał: „Może coś w tym jest, ale obecnie nie jesteśmy zainteresowani wydaniem tego materiału.” A tekst podpisał Tutejszy Wilk, prawdziwy gwiazdor, który z zespołem Rybki zdobył rozgłos na całym świecie.
Bohater nie zrażał się jednak odmowami i pisał kolejne listy. Uważał, że co by się nie działo, nie należy się poddawać. Trzeba robić wszystko, żeby zostać zauważonym i zapamiętanym. W sumie tę filozofię stosował już w szkole.
Wierzył, a może tylko chciał wierzyć, że w tych wydawnictwach, z których w ogóle mu nie odpowiedziano, po prostu zgubiono ich taśmy. Zaproponował więc kolegom, żeby wyprodukowali winyl, który mogliby rozsyłać do wydawnictw. O dziwo pomysł spodobał się chłopakom z zespołu. Żółty krążek kosztował ich niemało, wiązali z nim jednak spore nadzieje. Uznali, że ten koszt warto ponieść.
Bohater sam rozklejał po mieście plakaty z napisem: „Moment Chwały ma na swojej nowej płycie pięć piosenek. Dadzą wam rozkosz. Mniejszą niż seks, ale zawsze. Musicie ją kupić!” Słowo seks zostało na plakacie podkreślone i wytłuszczone tak, żeby jako pierwsze rzucało się w oczy.
Jak poczynania Bohatera nie byłyby zabawne, czy wręcz naiwne, to jednak działały. Udało mu się już doprowadzić do tego, że radio parę razy wyemitowało ich piosenkę. A teraz w sprzedawanej w wielu krajach gazecie drukowanej w języku Ważnej Wyspy padła nazwa ich zespołu i jego nazwisko.
Pod jego listem napisano:
„Drogi Bohaterze Tułaczu, zbliżają się święta, a Ty nie dałeś prezentów, ani nam, prostym redaktorom, ani naszemu szefowi. Dlatego wciąż nie napisaliśmy o zespole, o którym tak chcesz przeczytać.”
Był to zwykły żarcik, napisany przez ludzi, którzy na pewno nigdy nie słyszeli muzyki Momentu Chwały. Niemniej jednak nazwa zespołu padła w renomowanej gazecie, a więc była szansa, że skłoni to kogoś, żeby poszukał ich nagrań. Bohaterowi jakoś nie przyszło do głowy, że domagając się informacji o zespole nie powinien podpisywać się imieniem i nazwiskiem jego wokalisty. Nie pomyślał, że mogłoby to budzić kpinę. Był więc w tej chwili najzupełniej z siebie zadowolony.

- Czy są jeszcze kiełbaski? – spytał Ptaszek.
- Nie ma! – odpowiedział Zwycięzca nieco za głośno. Był już lekko wstawiony.
- Ale jest piwo – dodał Nocny.
- To dawaj.
Nocny sięgnął po kolejną puszkę i rzucił ją kumplowi. Niewiele brakowało, a Ptaszek by ją upuścił. Wszyscy głośno się roześmiali.
- Może byście przystopowali – zaproponowała Jedyna.
- Daj spokój – burknął Zwycięzca.
Za sprawą darmowych kiełbasek, które trzeba było popić, na szczęście także darmowym piwem, członkowie zespołu Wagabunda nie znajdowali się w stanie, w jakim powinno się grać koncerty. Ale cóż, jedzenie i picie było jedyną zapłata, jaką mieli otrzymać. Widownia i tak była bardziej pijana, niż oni. Jakoś to będzie, zwłaszcza, że nie po raz pierwszy mieli grać w tym stanie. A że jutro nie będą pamiętali swojego występu, to i lepiej.

Dzwonek domofonu nie był tym, co Druh chciał usłyszeć. Tego popołudnia z nikim się nie umówił.
- Słucham.
- Zejdziesz na dół? – Mimo trzasków w słuchawce rozpoznał głos Bohatera.
- Co się stało?
- Chcę pogadać.
- No dobra. Poczekaj chwilę.
Co się mogło stać? Bohater wydawał się zdenerwowany. Druh potrząsnął głową. Wciągnął trampki, zarzucił kurtkę i zbiegł na dół.
Przyjaciel czekał na niego wykręcając sobie palce.
- Wiesz, dużo o tym myślałem – zaczął niepewnie. – Ale ja i Polny zupełnie się nie dogadujemy.
A więc o to chodziło.
- Mógłbyś po prostu przestać się spóźniać i mniej się przejmować tym, co on mówi – rzucił Druh szybko.
- Wiesz, że to nie możliwe.
Tak, Druh doskonale to wiedział, niezależnie od tego, której części jego propozycji dotyczył protest Bohatera. Stany ducha malowały się na jego twarzy, nawet gdy bardzo chciał je ukryć. A czas, stanowił coś, czego jego umysł nie obejmował. Spóźniał się zawsze i wszędzie. Wydawało się jednak, że nie było w tym nawet odrobiny złej woli. Bohater nad tym nie panował. Myślał naraz o zbyt wielu rzeczach i te skutecznie uniemożliwiały mu spojrzenie na zegarek.
- Poza tym, to nie tylko Polny nie chce pracować ze mną. Ja też nie chcę pracować z nim. On za mało się stara.
- No więc, co planujesz? – spytał Druh.
- Odejdę z zespołu.
Druhowi zupełnie odebrało mowę. Czy Bohater słyszał, jak Polny sugerował, że powinno się go wyrzuć? Nie, nie mógł tego słyszeć. Polny poruszał ten temat już kilkakrotnie, ale zawsze przed rozpoczęciem prób, kiedy właśnie jak zwykle czekali na spóźnionego Bohatera. Czy więc doszło między nimi do bezpośredniej konfrontacji? A może Bohater po prostu przewidział, że Polny może czegoś takiego chcieć?
- Nie, stary. Nie możesz – wydusił w końcu. Przecież to nie z Polnym wiązał swoje plany na przyszłość, jakkolwiek ten był dobrym basistą.
- Założę własny zespół.
- Ty? – To brzmiało absurdalnie. Bohater nie miał znajomych, którzy nie byliby znajomymi Druha. Nie miał skąd wziąć muzyków. – Kto będzie z tobą grał?
- Gadałem już ze Zręcznym i Śmieszkiem. – Obaj byli kolegami Druha z technikum. - Oni by na to poszli. Wymyśliłem, że moglibyśmy nazwać się Łamaczami Serc. Wiesz, Zręczny jest naprawdę dobrym basistą. Śmieszek grałby na klawiszach...
- A perkusja, gitara? Przecież...
- Chciałem cię prosić, żebyś przeszedł do mojego zespołu. – A więc on tak to wymyślił. Zrobił na Druhu wrażenie. Czy jednak nadmiernie nie ryzykował? – Misiowi też przekażę swoją propozycję. Dla mnie Moment Chwały to sprawa skończona.
- Cholera – wyrwało się Druhowi. – Żebyś tylko potem nie żałował. – Sam jeszcze nie wiedział, jaką podejmie decyzję. Z jednej strony wciąż wierzył w wizje Bohatera. W końcu kto inny byłby w stanie komponować utwory, które perfekcyjnie wykorzystywały niedostatki głosu ich wykonawcy, niekontrolowane jęki i wycia, które wydostawały się z gardła Bohatera, gdy śpiewał. Kto inny umiałby uczynić z tego swój atut? Ale teraz, gdy sam Bohater stał przed nim i przedstawiał z miną zbitego psa swój jakby nie było sprytny pomysł, Druh zaczynał myśleć, że być może rację mieli ci wszyscy, którzy twierdzili, że jego przyjaciel nie nadaje się na gwiazdora, że nigdy nie będzie kimś, na kogo patrzy się bez zażenowania. A zresztą, kiedy Bohater odejdzie, będą mogli znaleźć porządnego wokalistę.

W kostiumie trolla trudno było się poruszać. Jedyna niewiele też widziała spod wymyślnej maski. Ale najwyraźniej wypadała w swojej roli przekonywująco, bo słyszała dzieci na widowni, które ze strachu płakały.
Jej życie drobnymi kroczkami, ale szło do przodu. Zwycięzca miał znajomych pracujących w teatrze. To dzięki nim znów mogła pisać muzykę do przedstawień. I to prawdziwych, profesjonalnych, a nie, jak dotąd, szkolnych. Zdarzało się też, że dostawała jakąś małą rolę. Może teatr mógł być jej miejscem na stałe? Chyba podobałoby jej się takie życie.
Najważniejsze było jednak to, że zarabiała. Niewiele, ale zawsze.

Miasteczko pod Małym Portowym Miastem było naprawdę niewielkie. Prędzej lub późnij każdy każdego musiał spotkać na ulicy. Oczywiście uczniowie jednej szkoły siłą rzeczy musieli trafić na siebie wcześniej. Tak więc Polny wpadł na Zręcznego i Niedźwiedzia.
- Dotarły do mnie słuchy, że grasz w Momencie Chwały – oznajmił Polny wyzywająco. Spojrzał przy tym Zręcznemu prosto w oczy. Chyba spodziewał się, że chłopak zaprzeczy, a potem razem zastanowią się, kto rozsiewa takie plotki.
Zręczny spuścił głowę, jakby sprawdzał, czy ma czyste buty.
- No bo... Widzisz... Gram.
Niedźwiedź uśmiechnął się pod nosem. Kiedy dowiedział się, że czekają ich zmiany, nie był do końca trzeźwy i przez chwilę nie mógł pojąć, po co im w zespole dwóch basistów.
Polny otworzył usta. Nie był w stanie zebrać myśli, żeby znaleźć jakąś sensowną odpowiedź.
- A ja? – spytał tylko.
- Ty już nie grasz – stwierdził Niedźwiedź. – Właściwie to rozwiązaliśmy przecież zespół.
- Tak. Druh mi tak to powiedział, ale...
- Widzisz, Bohater założył nowy zespół. Zgodziliśmy się z nim grać. A skoro nowy zespół ma w sobie prawie cały skład Momentu Chwały, nadal będziemy się tak nazywać. Brzmi to przecież dobrze.
Nie zostało już nic, co Polny mógłby powiedzieć. Zrozumiał. Może Bohater wyglądał jak pierdoła, ale był kimś, z kim należało się liczyć. Niestety, Polny dowiedział się o tym zbyt późno.

- Czy rozmawiam z Bohaterem Tułaczem?
- Tak.
- Jestem Niecodzienny Zręcznoręki, pracuję w Wielkiej Międzynarodowej Firmie Fonograficznej. Słuchałem waszej płyty. I muszę przyznać, że mnie zainteresowała.
- Naprawdę? - Bohaterowi zaparło dech w piersiach. Oto człowiek, chyba z największej istniejącej wytwórni, zainteresował się ich żółtym krążkiem.
- Zwłaszcza teksty piosenek. Jest w nich coś ożywczego.
Ten wielki człowiek pochwalił jego teksty! Bohatera już rozpierała radość, ale jeszcze nie spodziewał się, co za chwilę usłyszy.
- Spośród zaproponowanych przez was utworów najlepszy jest „Równy”. To naprawdę może być coś wielkiego.
Piosenka ta była długim utworem wzorowanym na twórczości wielkich bardów Mocarstwa Drugiego Kontynentu. Opowiadała o młodym chłopaku, który chciał się zabawić, ale też przy okazji odkryć, o co naprawdę chodzi w życiu. Pierwsze mu się udało, ale jednocześnie uniemożliwiło to drugie.
- Myślę, że możemy podpisać z wami kontrakt. Wciąż jesteście tym zainteresowani?
- Oczywiście – wydusił z siebie zszokowany Bohater.
- Wyślę więc do was naszego człowieka. Obgadacie szczegóły.

Jedyna wychyliła się zza elektrycznego pianina.
- Naprawdę aż tak się kumplujecie? - spytała Nocnego, widząc, że Zwycięzca przyszedł do sali prób z wysokim, pulchnym chłopakiem o długich, czarnych włosach.
- Przecież ci mówiłem, że czasem z nami gra – burknął Nocny. - To jest za małe miasto, żebyśmy mogli udawać, że się nie znamy. A on przecież chodził do szkoły ze Zwycięzcą i Głazem.
- No tak.
Wcześniej słyszała już nie jedno o Momencie Chwały i ich wokaliście. Nocny określał Bohatera jako: lalusia, maminsynka, muzyczne beztalencie, ale i zmyślnego drania. Z oburzeniem opowiedział Jedynej, że na okładce wydanej własnym sumptem płyty Momentu Chwały znalazło się zdjęcie Zwycięzcy z butelką i papierosem, zrobione w czasie szkolnej wycieczki. No i oczywiście nikt go nie zapytał o zgodę na wykorzystanie tego zdjęcia. Zwycięzca skwitował to później stwierdzeniem, że Nocny ma żal do Bohatera, bo ten i jego kumpel Druh, kiedyś odmówili wzięcia udziału w jakimś projekcie muzycznym Nocnego. Wyjaśnił także, że na zdjęciu dorysowano mu opaskę na oczach, tak że nie sposób go rozpoznać.
Jedyna uznać, że określenie laluś doskonale oddawało wygląd Bohatera – modne, drogie, idealnie wyprasowane ciuchy, farbowane włosy, złoty kolczyk w prawym uchu. Ale jak ten ktoś miał być muzykiem, a tym bardziej lamerem? Nie mogła w to uwierzyć.
Kiedy jednak z nimi zagrał, musiała przyznać, że przynajmniej muzycznie mógł być tym, za kogo się podawał. Grał i śpiewał okropnie, choć to, co wyczyniał z dźwiękami było naprawdę ciekawe.

Zbliżał się wieczór. Zmrok zapadł już dawno. Chłopcy zaczęli pakować instrumenty.
Jedyna wstała od elektrycznego pianina.
- Kto mnie podwiezie do centrum? - spytała pewna, że ktoś taki się znajdzie.
Zwycięzca, Nocny, Głaz i Ptaszek popatrzyli po sobie. Nie było chętnych. Planowali jeszcze wyskoczyć na piwo. Jedyna tym czasem śpieszyła się do teatru.
- Ja cię podwiozę – niespodziewanie zaofiarował się Bohater. - I tak muszę już iść.
Nie chcę z nim jechać - pomyślała w panice. – O czym będziemy gadać?
On tymczasem wylewnie pożegnał się ze Zwycięzcą.
Wyszli razem na ulice. Samochód Bohatera do jego ciuchów i fryzury pasował tylko ekstrawaganckim kolorem – był pomarańczowy. Poza tym, nie był ani nowy, ani szczególnie w dobrym stanie, ale zapewne jeździł.
- Nie wyglądasz na lamera – powiedziała, kiedy siedzieli już w środku.
- A ty nie wyglądasz na fajną dziewczynę - odpowiedział.
- Dziękuję. - Uśmiechnęła się złośliwie. - Jesteś bardzo miły.
- Jestem miły, ale nie ja narzuciłem ton tej rozmowie.
- W porządku – skapitulowała. - Zadam ci inne pytanie. Jak zrobić karierę w tym mieście?
- Już wiesz, że podpisaliśmy kontrakt z WMFF?
- Nie wiem. – Chyba nie do końca mu uwierzyła. - Ale jeśli tak, tym bardziej chcę zadać ci to pytanie.
- Jak w każdym. – Wzruszył ramionami. Nie zależało mu szczególnie na podtrzymaniu rozmowy. Już wiedział, że to dziewczyna nie w jego typie. Była zbyt ordynarna. Trochę też wyglądała i zachowywała się jak facet. A jeszcze ten jej zapach - mieszanka haszu i potu.
- Co znaczy: jak w każdym?
- Jak w każdym - powtórzył. – Trzeba ciężko pracować. Myśleć. Kombinować. Starać się. I jeszcze raz ciężko pracować. Ale przede wszystkim trzeba mieć szczęście. Trafić na odpowiednich ludzi tu i tam.
- Więc nie da się tego zrobić uczciwie.
- Nie powiedziałem tego. Chodziło mi o osoby, które cię wspierają i inspirują.
- A ty potrzebowałeś wsparcia? – Czy naprawdę o to pytała, czy z niego kpiła?
- Nie – zaprzeczył. – Ja jestem doskonały, niezniszczalny i samowystarczalny.
- Oczywiście.
- Jak każdy lamer.
- Oczywiście – parsknęła. – A nie jest tak, że mocny jesteś tylko w słowach?
Miał ochotę wypchnąć ją z samochodu nie zwalniając, mimo to wyznał:
- Wolę grać, niż mówić.
Zatkało ją na moment.
- W sumie, ja też – przyznała. - Muzyką mogę wyrazić to, co powiedzieć jest bardzo trudno. Słowa krępują, ograniczają.
- Mówisz serio? - Teraz on się zdziwił.
- Tak – odpowiedziała, patrząc w okno. - Ale chyba nie powinnam tego mówić. Ze słowami jest trudno.
Uśmiechnął się.
- Nie sądziłem, że mogą być w tobie takie myśli.
- Dziękuję. - W jej głosie znowu zadźwięczała nutka gniewu.
- To słowa - odpowiedział, po czym zjechał na krawężnik. - Chyba tu wysiadasz?
- Tak – przyznała. - Dziękuję. Może się jeszcze spotkamy - rzuciła wysiadając. Zaintrygował ją, choć dalej się jej nie podobał.

- Bohater Tułacz?
- Tak.
- Jestem Wracający Niezwykły. – Lekko łysiejący mężczyzna wyciągnął do niego rękę.
- Miło mi. – Tylko cudem udało mu się powstrzymać od powiedzenia „wiem”. Jego myśli zaprzątał fakt, że ze zdenerwowania ma makabrycznie spocone ręce i że tamten musiał to wyczuć.
Spotkali się w holu hotelu, gdzie zatrzymał się Wracający. Był producentem związanym z WMFF, ale też znanym muzykiem, który właśnie podróżował po kraju prezentując swój najnowszy materiał.
- Dostałem waszą płytę od Niecodziennego Zręcznorękiego. I naprawdę jestem zainteresowany współpracą. Uważam, że dobrze gracie, wasze kompozycje są ciekawe, a teksty... Ośmieliłbym się powiedzieć nowatorskie.
Bohater uwielbiał słuchać pochwał. Naprawdę był w czymś dobry. Naprawdę mógł do czegoś dojść!
- Musimy jednak przedyskutować sprawę wokalu. To najsłabsza strona waszej produkcji.
Tak oto wrócił na ziemię.

- I jak przygotowania do festiwalu? – spytała Jedyna od drzwi, widząc Zwycięzcę pochylonego nad notatkami.
- Nijak.
Jakoś tak się to układało, że nigdzie ich nie zapraszano, nie mieli więc gdzie występować. Dlatego wymyślili, że sami zorganizują festiwal muzyczny.
- To znaczy?
- Oprócz nas nie bardzo ma kto grać. Dziwak odmówił i Moment Chwały też.
- Naprawdę?
Zwycięzca spojrzał na nią z dezaprobatą. Usłyszał wyraźny zawód w jej głosie i nie spodobało mu się to.
- Wszyscy mają kumpli w dupie, jak się czegoś dochrapią.
- No tak – przyznała. – Mają kontrakt, to stali się zbyt ważni.

Powoli popijała kawę, przyglądając się barwnemu tłumowi. To była mała kawiarenka, zadymiona, mroczna, w jej nastroju tkwiła tajemnica, ciepło wspólnoty. I niepokój, niepokój też.
- Hej! - Ktoś dosiadł się do stolika Jedynej.
- Hej - odpowiedziała półprzytomnie. - Bohater?
- Tak. - Uśmiechnął się, pokazując jej ogromne, krzywe zęby. - Więc ty też tu przychodzisz? – Śmieszył ją jego miękki akcent.
- To ja chciałam o to zapytać.
- Ja jestem miejscowy, ty przyjezdna - przypomniał. - Bywałem tu wcześniej, niż ty wiedziałaś, że to miejsce istnieje.
- Czy to takie ważne, kto o czym pierwszy wiedział?
- Nie aż tak bardzo. – Wzruszył ramionami.
- Widziałam wasz występ – oznajmiła.
- I?
- Coś w sobie macie. Na scenie nie jesteś aż taką sierotą, na jaką wyglądasz. Ale ja nie lubię takiej muzyki.
- Twoja recenzja powinna być drukowana w gazetach. Chyba mnie obraziłaś, ale jestem zadowolony.
Roześmiała się krótko, ostro. Nie chciała być dla niego miła i w swoim mniemaniu nie była. On zupełnie jednak nie zwrócił uwagi na jej ostry ton.
Teraz przypatrywał się długim, niegustownym kolczykom Jedynej. Szukał czegoś w jej twarzy, jakiejś tajemnicy. Nie miała w sobie niczego, co by go mogło pociągać, a jednak fascynowała go nawet jej brzydota i bezczelność.
- A ja słyszałem, jak śpiewasz.
- Gdzie? - zdziwiła się.
- W waszej piwnicy – odpowiedział. – Nie pamiętasz, że śpiewałaś, kiedy u was byłem? Nie powinnaś tkwić za klawiszami. Powinnaś śpiewać, masz wspaniały głos.
Uśmiechała się.
- Naprawdę tak myślisz?
- Daleko zajdziesz – zapewnił ją. Jego ogromne brązowo-zielone oczy płonęły żywym ogniem. – Musisz tylko w siebie uwierzyć.
- Łatwo ci mówić, ty już coś osiągnąłeś. – Skrzywiła się.
- Wciąż nie aż tak wiele. Ale pomogę ci, zobaczysz. – Bohater był marzycielem.

- Co ty masz na głowie? – spytał Druh z trudem powstrzymując wybuch śmiechu.
- A daj mi spokój. – Bohater machnął ręką. – Matka mi powiedziała, że wyglądam jak pies.
Wtedy Druh nie wytrzymał i ryknął śmiechem, a Miś i Zręczny mu zawtórowali.
- Miała rację.
Włosy Bohatera stały się dziwnie napuszone i do tego wściekle żółte. Wolał nie tłumaczyć kolegą, że chciał zrobić sobie na głowie coś modnego, ani że fryzjer, niech go pokręci, twierdził, że choć jego włosy były wcześniej ufarbowane na czarno, skutecznie da się z nich usunąć wcześniejszy kolor.
- Ale to w sumie nie wygląda tak źle – powiedział cicho Śmieszek.
- No – poparł go Druh widząc zrozpaczoną minę Bohatera. – Przynajmniej oryginalnie.
- Powinno się dobrze prezentować na scenie. – Dodał Miś.
- A wiecie, co zrobiła moja matka? – rzucił ośmielony Bohater. – Rano położyła mi ręcznik na głowie, żebym się nie przeraził, jak się obudzę i zobaczę swoje włosy.
Znowu wszyscy się roześmiali i tym razem Bohater śmiał się razem z nimi.

- Dlaczego ciągle nie ma cię w domu? – Takie pytanie powitało Jedyną, kiedy wieczorem stanęła w drzwiach mieszkania Zwycięzcy.
- A dlaczego mam być? – spytała zaskoczona.
- Bez przerwy się gdzieś włóczysz! – Zwycięzca był wyraźnie zły.
- Ja się włóczę?! – Jedyna zrzuciła buty i ściągnęła dżinsową kurtkę. – A co, mam siedzieć w domu i gotować ci obiady?
- Na przykład!
- Ja zarabiam! Nie wyżyjemy z twojej marnej pensji! – Trzasnęła drzwiami od łazienki. Chciała się odświeżyć, a przede wszystkim nie patrzeć na Zwycięzcę. Chodziła na kursy aktywizacyjne, żeby czegoś się nauczyć. Ludzie powinni się rozwijać. Poza tym, był teatr. A ostatnio zespół grający czarną muzykę zaproponował jej gościnne występy. Owszem, wiązało się to z podróżami, nawet kilkudniowymi, ale zarobiła na tym kwotę, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie widziała. A Zwycięzca wyjeżdżał z czymś takim? Czy naprawdę wolałby ją w roli gospodyni domowej ledwo wiążącej koniec z końcem?

- Proszę o dowód – ogromny bramkarz zastąpił im wejściem do klubu.
- Nie mam dowodu. – Śmieszek potrząsnął głową. Nie skończył jeszcze osiemnastu lat i nie dało się tego ukryć. Był niski i szczupły. Z jasnymi, półdługimi włosami wyglądał na jeszcze młodszego. – Ale znam Wracającego Niezwykłego.
- To właź.
Kontrakt płytowy i nawiązane znajomości otwierały przed chłopcami z Momentu Chwały nowe możliwości. Wracający zabrał ich do siedzimy WMFF w Wielkim Mieście na Wyspach. Większość dnia spędzali nagrywając kolejne piosenki i czekając, czy Wracający je zaakceptuje. Chciał, żeby dali z siebie wszystko, żeby byli najlepsi. I nieźle ich cisnął. Ale wieczory i noce należały do nich. Włóczyli się po mieście, sprawdzając, gdzie można się dobrze zabawić. Szczególnie Śmieszek i Bohater w tym zasmakowali.

- Uważam, że nie jesteście gotowi, żeby nagrywać – powiedział mężczyzna pracujący w Wytwórni Hitów. Był na tyle miły, że w ogóle pozwolił im z sobą porozmawiać i wysłuchał ich taśmy. W innych firmach fonograficznych nie zdobyto się nawet na tle.
Jedyna i Nocny stwierdzili, że rozsyłanie nagrań nie ma sensu, bo te giną na stosach niewysłuchanych i zupełnie zapomnianych taśm. Wyruszyli więc w podróż do stolicy, żeby spróbować osobiście podetknąć je pod nos jakiemuś producentowi. Zwycięzca nie pojechał z nimi. Nie dostał wolnego.
Teraz siedzieli obok siebie, wyrazem twarzy przypominając besztane dzieci. Zresztą, mogło się wydawać, że byli rodzeństwem - mniej więcej tego samego wzrostu, oboje z półdługimi i dzięki zabiegom fryzjerów lekko falującymi włosami. Co ciekawe, to Nocny w tej parze nieco bardziej przypominał dziewczynę, miał pełniejszą, pulchną, a przez to ładniejszą twarz.
- To, co mi zaprezentowaliście jest ciekawe, ale jeszcze nie dobre. Nie powiem, że nie macie talentu, bo na pewno go macie. Ale jest dla was za wcześnie. Tak z ręką na sercu, powiedźcie mi szczerze, czy bylibyście w stanie wyprodukować dziesięć piosenek takiej jakości, jak ta, którą mi puściliście?
- Chyba tak – wyjąkał Nocny.
- Właśnie. Chyba.

Chłopcy z Momentu Chwały wrócili ze stolicy do rodzinnych domów. Proces nagraniowy został zakończony. Nie obyło się bez spięć i bez zawodów. Nie dość, że zostali uwikłani w wewnętrzne konflikty w sercu WMFF, to jeszcze odbiło się to na jakości dźwięku ich nagrań. Po prostu rzadko mieli dostęp do naprawdę dobrego studia. Choć tak, wszystko, czym dysponowało WMFF, było znacznie lepsze, niż miejsca, w których dotąd nagrywali. W końcu były to studia profesjonalne, a nie coś skleconego na łapu capu i w miarę tanio przez kolegów. Oni jednak, a zwłaszcza Bohater, skoro już mieli taką możliwość, chcieli stworzyć coś naprawdę dobrego. Coś, co brzmiałoby jak dzieła ich zagranicznych idoli. A jeszcze producenci tłumaczyli, że nie mają racji, że dobrze jest tak, jak jest. No i kręcili nosami na wokal Bohatera. Ale teraz nie miało to już znaczenia. Produkt finalny, ich pierwsza płyta, nazwana po prostu Moment Chwały, znalazła się na rynku.
Kiedy w progu mieszkania rodziców Druha stanął Bohater, inni koledzy jak zwykle już tam byli. Druh zapomniał jednak o wyrażeniu dezaprobaty ze spóźnienia przyjaciela, kiedy zobaczył ogromne, kartonowe pudło targane przez zziajanego Bohatera.
- Co to jest?
- Kartki pocztowe – wysapał Bohater. – Daj mi je gdzieś odstawić.
Druh cofnął się od drzwi. Bohater postawił pudło w przedpokoju. Otarł pot z czoła odgarniając gęstą, tlenioną grzywkę.
- Zawołaj jeszcze kogoś i choć ze mną – powiedział prostując się. – Zostały mi cztery takie w samochodzie.
- Co ty wymyśliłeś?
Historia była prosta. Bohater odkupił wszystkie pocztówki z likwidowanej właśnie księgarni. A teraz chciał wykorzystać spotkanie towarzyskie z kolegami, żeby wspólnie te kartki wypisać. Mieli w ten sposób oddać głosy w radiowej liście przebojów na swój pierwszy prawdziwy singiel.

- Siedzisz tak w domu, zamiast przyjść na próbę? – spytała zdziwiona Jedyna, kiedy Nocny otworzył jej drzwi. Chłopak był rozczochrany i wyglądał na lekko nieprzytomnego.
- Skoro do mnie przyszłaś, spodziewałaś się zastać mnie w domu – stwierdził kwaśno.
- Chciałam zobaczyć, czy wszystko z tobą w porządku.
- Nie bardzo. Wejdź.
W mieszkaniu wynajmowanym przez Nocnego panował półmrok. Na wersalce leżał koc, spod którego się chyba właśnie co wygrzebał, na stole stało kilka butelek po piwie.
- Chcesz kawy? – spytał wycofując się od drzwi.
- Rozumiem, że piwa już nie masz?
- No nie – przyznał ze smutkiem.
- To chcę.
Usiadła na wersalce. On znikł w małej kuchni.
- Jesteś chory?
Nie odpowiedział od razu. Wrócił z kuchni. Usiadł koło niej. Wcisnął dłonie między kolana.
- Mam chandrę – wyznał.
- Co się stało?
- Spędziłem wieczór z kumplem. Jemu trochę pokomplikowało się życie. Próbowałem mu jakoś przetłumaczyć, że jeszcze nie wszystko stracone, że jeszcze może wszystko poukładać, do czegoś dojść. – Mówiąc patrzył w podłogę. – Nie bardzo mi uwierzył. I ja sobie nie bardzo uwierzyłem.
- Więc się zdołowałeś i postanowiłeś wszystko olać?! – Jedyna lekko podniosła głos. – Postanowiłeś olać nas wszystkich, zespół...
Nocny potrząsnął głową.
- Po prostu muszę się zastanowić. Może zespół nie jest tym, co interesuje mnie najbardziej.
- A co?! – Jedyna wciąż mówiła stanowczo za głośno.
- Ty.
- Ja?
Nocny uniósł głowę i spojrzał jej w twarz.
- Chyba jestem w tobie zakochany – wyznał. – Ale ty jesteś dziewczyną Zwycięzcy i gdybym próbował coś zrobić, to rozbiłbym zespół. Ale ten zespół i tak do niczego nie dojdzie...
- Z mojego związku ze Zwycięzcą też nic nie będzie - powiedziała Jedyna już spokojniej.

- Skoro Główne Radio podało informację o śmierci Wspaniałego Marzyciela, to musieli się jakoś o tym dowiedzieć. Pewnie dostali telegram z Ważnej Wyspy.
Od poprzedniego dnia Bohater potrafił mówić tylko o Wspaniałym Marzycielu, który do rozpadu Uderzeniowców stanowił główny mózg zespołu. Marzyciel był kimś wyjątkowym. Potrafił zrewolucjonizować muzykę popularną, ale to jeszcze nie było wszystko. Był też odważnym człowiekiem, który nie bał się mówić, co myśli i walczyć o swoje ideały. Nie ulegał trendom, nigdy nikogo nie naśladował. Szokował, swoim zachowaniem zmuszał do porzucenia pruderii i włączenia myślenia. Może zresztą zginął właśnie przez ten brak pokory. Został zastrzelony przed własnym domem. Mówiono, że przez szaleńca.
Bohater podziwiał go całym sercem. Przy czym zupełnie nie był w stanie spojrzeć na swoje uwielbienie z dystansem i stwierdzić, że sam nie potrafi być taki, jak Marzyciel. On przecież wciąż kogoś naśladował.
- No więc pomyślałem sobie, że jak taki telegram już wykorzystali, to musieli go wyrzucić. Przecież nie mogą trzymać wszystkich materiałów, jakie dostają. Przestałyby im się mieścić.
Druh słuchał go w milczeniu.
- Postanowiłem więc, że zanim pojedziemy na próbę, zajedziemy pod ich siedzibę i zajrzę do śmietników. - W ten sposób wyjaśniło się, czemu jechali okrężną drogą. - Niesamowicie byłoby mieć taki telegram. Za kilkanaście lat, może być czymś cennym.
Druh w żaden sposób tego nie skomentował.
Bohater zjechał na bok.
- To ja zaraz wracam – oznajmił.
Druh nie musiał czekać na niego długo. Bohater nie nurkował w śmietnikach pod siedzibą Głównego Radia. Tylko do nich zajrzał.
- Śmieciarze byli przed nami – stwierdził ze smutkiem z powrotem wsiadając do samochodu.
Chyba wciąż do niego nie dotarło, co tak naprawdę zdarzyło się późnym wieczorem przed dwoma dniami. A może tylko sam przed sobą udawał, że nie wie, czym naprawdę jest śmierć.

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...