Kejti's Factory - Opowiadanie




"Nie chcesz tego wiedzieć"

8. Dalej i dalej ku chwale


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Wtarabanili się do przedpokoju z bagażami. Dziwnie było znowu być w domu. Wydawało im się, że ta chwila nigdy już nie nadejdzie. Róża liczyła, że jak wszyscy normalni ludzie, najpierw się z grubsza rozpakują, a potem się położą.
Bohater porzucił jednak swoją walizkę w przedpokoju i od razu ruszył do pokoju, który przerobił na biuro.
Na podłodze piętrzyły się metry papieru wyplute przez faks w czasie ich nieobecności. Bohater uruchomił automatyczną sekretarkę, po czym zaczął przeglądać wydrukowane informacje. Była tam cała masa próśb o udostępnienie piosenek do filmów, albo reklam. Propozycje wywiadów i sesji fotograficznych, niektóre już sporo przedawnione. Następnego dnia będzie musiał zacząć na to wszystko odpowiadać. Na niektóre rzeczy się zgodzi, na inne nie. Teraz mógł być wybredny.
Z taśmy słyszał podobne propozycje wymieszane z prośbami od rodziny i znajomych, żeby zadzwonił, jak będzie miał czas. Nagle w nagraniu pojawił się jego własny głos.
- Czu-czu-czu czu-u-u-uj, czu-czu-czu czu-u-u-uj.
- Co o tym myślisz?! – krzyknął w stronę sypialni, gdzie Róża robiła to, co według niej należało zrobić najpierw.
Minęła chwila, zanim pojawiła się w drzwiach jego gabinetu. Przez chwilę posłuchała nagrania. Doskonale wiedziała, co to jest. Kiedy Bohaterowi przychodził do głowy pomysł na piosenkę, a nie miał przy sobie dyktafonu, dzwonił sam do siebie i nagrywał się na swojej automatycznej sekretarce.
- Brzmi dobrze – stwierdziła. – Czy to ma być twój najnowszy hit.
- Być może. – Bohater uśmiechnął się. Zupełnie już nie pamiętał, że jest zmęczony podróżą.

Najpierw długo spali. Potem zjedli śniadanie w łóżku. Niesamowicie miło było nigdzie się nie śpieszyć, siedzieć we własnej pościeli i grzać dłonie o własne kubki.
- Co planujesz na dziś? – spytała Róża.
- Jeszcze nie wiem – odparł Bohater. – Zadzwonię zaraz do Druha. Zapytam, czy ma wolne popołudnie.
- Już chcesz nagrywać?
- Trzeba korzystać z wolnych chwil.
- Ale w ten sposób przestają być wolnymi chwilami – zaśmiała się Róża. Już podejrzewała, że większą część tego dnia spędzi sama. Trudno. Przynajmniej zdąży posprzątać. Przywykła, że Bohater chadza własnymi drogami i nic nie może tego zmienić.
On też się roześmiał.
- Chyba nie lubię odpoczywać.
Wyrzucił nogi spod kołdry i poszedł do telefonu.
Róża słyszała tylko pojedyncze słowa, ale zanim Bohater do niej wrócił, wiedziała już, że Druh ma wolne popołudnie.
Bohater zajrzał do sypialni.
- Chcesz skorzystać z łazienki?
- Nie.
- To idę się uczesać.
Postawienie na lakier jego półdługich włosów zajmowała sporo czasu. Co rano, spędzał w łazience znacznie więcej czasu, niż Róża.

- Niestety, piosenka którą otrzymaliśmy nie pasuje nastrojem do filmu. Jest w niej mowa o świętach...
Oczywiście, że była w niej mowa o świętach!
Kiedy Bajkowa Wytwórnia Filmowa z Drugiego Kontynentu zwróciła się do Bohatera z prośbą, żeby napisał utwór do ich najnowszego filmu, poczuł się tym bardzo uradowany. W końcu go doceniono! I to na całym świecie! Potem się dopiero nad tą propozycją zastanowił. Nisko budżetowy film z początkującą aktorką, to mimo wszystko nie było coś, dla czego warto się było starać. A on miał teraz tyle rzeczy na głowie.
Dał im więc „Minioną miłość” piosenkę świąteczną, którą wydali jako Supernowa w Zimnym Kraju i w Dumnym Kraju między pierwszą, a drugą płytą by podtrzymać zainteresowanie zespołem. Wtedy utwór przeszedł zupełnie bez echa, choć Jedyna uważała, że był przepiękny.
- Niestety, obecnie nie mogę przedstawić innego utworu – wszedł w słowo swojemu rozmówcy. – Ale tekst łatwo da się zmienić. Przerobię jedną linijkę i nagramy nowy wokal. To da się zrobić.
W odpowiedzi usłyszał, że się nad tym zastanowią.
Kilka dni później dostał faks z propozycją, żeby przerobił refren, bo piosenka jest zbyt smutna. Była smutna! Opowiadała przecież o utraconej miłości. Dostał nawet propozycję, jak łatwo przerobić ją na utwór o kobiecie, która właśnie uświadomiła sobie, że od dawna jest zakochana.
Odpisał, że takich zmian nie wprowadzi, bo utwór straci na mocy przekazu.

Kiedy wrócił do domu, Róży nie było. Nie zdziwiło go to szczególnie. Miała sporo pracy, dzięki czemu on mógł nie myśleć o niczym innym, jak tylko o nagrywaniu nowych piosenek. Teraz też chodziły mu po głowie niesprecyzowane pomysły na melodie.
Podszedł do pianina. Leżała na nim mała, żółta karteczka. Często zostawiali sobie takie liściki, zwłaszcza, kiedy skontaktowanie się w inny sposób, nie było możliwe.
Spodziewał się jakiejś informacji o obiedzie, czy planach na wieczór. Kartka nic jednak takiego nie zawierała.
„Hej, głupku. Kocham cię.”
Róża napisała tylko tyle.
To dobry tekst na refren – stwierdził Bohater w duchu, choć zapewne jego dziewczyna nie chciała pobudzić w nim takich myśli, zostawiając swój liścik.
Zaczął pogwizdywać i wystukiwać sobie rytm na udzie. Tak powstawały jego piosenki, z usłyszanych i przeczytanych zdań, skrawków rzeczywistości. Tak naprawdę wszystko mogło obudzić w nim natchnienie.

Jedyna siedziała na parapecie w swoim mieszkaniu w Mieście na Wyspach. Patrzyła na tężejące na niebie smugi. Jeszcze przed chwilą przed jej oczami rozpościerała się błękitna przestrzeń znaczona różowymi pręgami. Teraz wpatrywała się w granat i fiolet.
Sięgnęła po papierosa. W paczce niewiele ich już zostało. Sporo natomiast było niedopałków w popielniczce. Chyba paliła za dużo, ale co jej innego pozostawało? Kiedy się zaciągnęła, świat przez moment wydawał się lepszy.
Myślała, że po trasie będzie odpoczywać i się bawić. Nic jednak z tego nie wyszło.
Kiedy ruszała w ostatni etap podróży z Supernową, wydawało jej się, że świat nie był wcale taki zły. Wspaniały namiętnie całował ją na pożegnanie. A wcześniej długo tłumaczył, że nie powinna tyle podróżować i może nawet poświęcić karierę w imię miłości do niego. Jego słowa złościły ją, ale były też na swój sposób wzruszające. Okazały się jednak niewiele warte. Po powrocie zastała puste mieszkanie. Wspaniały zabrał swoje rzeczy, a więc nie było co liczyć, że wróci.
Ich związek okazał się tak samo chybiony, jak wszystkie poprzednie związki Jedynej. Bo i wszyscy mężczyźni byli tacy sami – nie umieli być konsekwentni, ani wytrwali, rozczulali się nad sobą z byle powodu, a przy tym zawsze chcieli mieć nad nią kontrolę.
Wspaniały był strasznie zazdrosny. Zarzucał jej, że zbyt seksownie się ubiera wychodząc na scenę. Był też zły, że ma dla niego zbyt mało czasu. Napisał nawet i nagrał piosenkę – „Miłość przez telefon” – o tym, że zamiast dziewczyny ma tak naprawdę za partnerkę jej automatyczną sekretarkę. On też był piosenkarzem tyle tylko, że znacznie mniej sławnym. I to też go chyba złościło. Zazdrościł jej chwały, nagród i złotych płyt. Kiedy nagrywał swój ostatni krążek, poprosił, żeby zaśpiewała mu chórki. Zrobiła to, bo czemu miała nie zrobić, choć chyba chciał się lansować za sprawą jej nazwiska. Ostatecznie jednak tak zmiksować materiał, że nie było jej słychać. Czy w ten sposób pokazywał, jakie widzi dla niej miejsce w swoim życiu?
Po co to roztrząsać? Po prostu był do niczego. Jak wszyscy mężczyźni.
Nie. Nie wszyscy. Bohater był inny. Ten wiecznie się spóźniający, laluś i picer z głową w chmurach był jedynym facetem, na którym naprawdę można było polegać. Czy czasem żałowała, że nie spróbowała go poderwać, zanim spotkał Różę? Nie, na myśl o związku z Bohaterem ogarniał ją pusty śmiech. On jako partner? Róża musiała być święta, że była w stanie z nim wytrzymać. A jednak, spośród mężczyzn, tylko on jeden był w porządku. I... Było jej go brak. Gdyby tak wpadł do niej. Gadałby o nowościach na rynku muzycznym i roztaczał przed nią wizję prawie nierealnych planów na przyszłość. Śmiałby się przy tym. Może coś by wypili. Może by się powygłupiali. Dzieliły ich jednak od siebie kilometry drogi. Dlaczego postanowiła przeprowadzić się do Miasta na Wyspach? Bo tu toczyło się prawdziwe życie? Co za bzdura!
Zgasiła papierosa. Niewiele już z niego zostało. Znów sięgnęła po paczkę. Nie wyjęła jednak z niej papierosa. Rozmyśliła się. Uznała, że alkohol to lepsze rozwiązanie. Nie było tu Bohatera, żeby mógł się z nią napić, ale zawsze mogła zejść do baru na dole na szklankę whisky i choćby posłuchać głosów ludzi.
Niech to diabli. Na pozór miała u stóp prawie cały świat. Tym czasem zazdrościła robotnikom i sprzątaczką, wszystkim tym, których miał kto przytulić.

- Hej – powiedział do słuchawki. - Tu Bohater. Jak leci?
- Nie często dzwonisz do mnie z takim pytaniem – odparł Zręczny ze śmiechem.
- No nie – przyznał. – Więc tak naprawdę chciałem zapytać, czy WMFF rozmawiali już z tobą o kompilacji naszych przebojów?
- A więc o to chodziło. Tak. Rozmawiali. Zastanawiam się, czy ktoś będzie chciał to kupić. Ale władze WMFF pewnie wiedzą lepiej.
- W sumie myślę podobnie – zgodził się Bohater. – Ale może szum wywołany przez Supernową pomoże. No i skoro miało by coś takiego być... Oni mówią, że można by dodać też parę nowych nagrań, że to poprawi sprzedaż.
- I oczywiście napisałeś coś nowego?
- Już dawno. - Bohater zupełnie nie rozumiał, czemu w ogóle jeszcze tworzył utwory w stylu Momentu Chwały. Czasem robił po prostu takie rzeczy. Czasem nie tylko kalkulował, co może przynieść mu rozgłos, a po prostu komponował podążając za głosem serca. – Nawet mam nagrane ich wersje robocze.
- Jesteś szalony.
- Może. – Bohater uśmiechnął się przepraszająco, choć Zręczny nie mógł tego zobaczyć. – Ale... Tak jakoś po prostu wyszło. Bawiliśmy się kiedyś z Druhem i Miśkiem, graliśmy sobie razem.
- Poczekaj – przerwał mu Zręczny. - Gdzieś się pogubiliśmy. Przecież jeszcze nie wiadomo, czy ta kompilacja będzie?
- Jak się zgodzisz, to będzie. Druh, Misiek i Śmieszek już się zgodzili.
Zręczny przez chwilę milczał.
- Ogólnie nie mam nic przeciwko – powiedział w końcu powoli.
- No to super. Przydałoby się, żebyś dograł bas do tego, co mamy. Ze Śmieszkiem już gadałem. Przyjedzie do Miasta na Wyspach.
- Życzę powodzenia. Naprawdę. Ale dla mnie to bez sensu.
- No wiesz – obruszył się Bohater. - Na moich trzydziestych urodzinach graliśmy razem. I na Druha też. Wtedy nie protestowałeś.
- Wtedy graliśmy dla zabawy. Pobawić czasem się można. Ale... Nadal uważam, że Moment Chwały to temat skończony. Zmieniliśmy się i świat się zmienił.
- Minęło dziesięć lat, od kiedy zaczęliśmy. To też niezły powód żeby...
- Nie ma co do tego wracać! – Zręczny lekko podniósł głos. – Ale jak chcecie, to nagrywajcie. Druh może zagrać na basie za mnie.

Znowu siedziała w barze ze szklanką whisky w ręce. Po pierwszym łyku, jak zwykle stwierdziła, że alkohol jest niesmaczny, ale nie miała zamiaru przestać pić. Trudno jednak było się zdecydować na kolejny łyk.
Bohater nagrywał z kolegami z Momentu Chwały. Ona wyprodukowała singla. Było dokładnie tak, jak chciała. Każde z nich miało mieć własne życie i własne projekty. Wiedziała, że było warto. Była nie tylko autorką swojego nowego hitu, ale nawet jego producentką. Mogła robić takie rzeczy. Potrafiła. Udowodniła sobie, że Bohater niczym jej nie przewyższa. Uczucie tryumfu trwało jednak tylko chwilę.
Osiągnięcia nie miały znaczenia, jeśli potem wracało się do pustych czterech ścian.
Bardzo tęskniła za swoją rodziną. Brakowało jej gwaru bliskich ludzi, którzy kłębiliby się wokół. W tej chwili nie pamiętała, że w domu nie zawsze było tak, jak powinno. Ostatnimi czasy, często wspominała chwilę, gdy starszy brat zostawiał z nią swojego syna. Korzeń był od niej tylko sześć lat młodszy i choć oficjalnie była jego opiekunką, to razem nieraz robili rzeczy zakazane. Na przykład oglądali nocami filmy o duchach i upiorach. W tych samych momentach piszczeli ze strachu. Obejmowali się nawzajem próbując dodać sobie odwagi. Byli bardzo do siebie podobni i bardzo sobie bliscy.
Ruszając w pogoni za sławą, Jedyna zostawiła rodzinne życie daleko za sobą. A teraz nie mogła już od tak do niego wrócić. Nie mogła przestać być gwiazdą, powiedzieć, że się myliła, goniąc marzenia. Ale bardzo chciała. Miała wrażenie, że wcale nie stała się mądrzejsza, ani zaradniejsza od czasów, gdy Akuratna i jej koleżanki Klapka i Żmijka zamknęły ją w wersalce i kazały śpiewać hymn Zimnego Kraju. Teraz niestety nie było tak łatwo wydostać się z opresji.
Rozpaczliwie potrzebowała miłości, kogoś, kto byłby z nią każdego dnia, kto by jej słuchał i umiał ją zrozumieć. Potrzebowała miłości tu i teraz. Zazdrościła Bohaterowi Róży. Czemu jemu mogło się udać, a ona wciąż błądziła?
Przespała się z kolejnym facetem. Tym razem jednak jeszcze szybciej niż dotąd, pojęła, że to nie miłość. Teraz czuła się już nie tylko samotna, ale i zbrukana.
Wychyliła szklankę do dna. Otrząsnęła się.
- Jeszcze raz to samo – powiedziała do barmana wskazując swoją puste naczynie. Język lekko się jej już plątał.

- Jednak weźmiemy ten utwór – do Bohatera znowu dzwoniono z Bajkowej Wytwórni. – Reżyser się w nim zakochał. Ale... Wzmiankę o świętach i zimie jednak trzeba będzie usunąć.
- Tak, to oczywiście da się zrobić – powiedział Bohater uśmiechając się tryumfalnie, choć jego rozmówca nie mógł tego zobaczyć.

- Witaj Jedyna.
- Och, Twardziel – rzuciła w słuchawkę. – Ile to już lat?
- Trochę minęło, przyznaję. Miałem spory problem, żeby zdobyć twój aktualny numer. Drogi wielu z nas się porozchodziły.
Twardziel był jej znajomym z dawnych lat. Pracował w teatrze w czasach, gdy ona pisała muzykę do przedstawień.
- Tak to się w życiu układa.
- Ja też wyjechałem – przyznał Twardziel. – Na stałe mieszkam teraz w Nadmorskim Mieście w Małym Wolnym Kraju. Przyjechałem właśnie na gościnne występy do Miasta na Wyspach ze sztuką, którą reżyseruję i pomyślałem, że moglibyśmy się spotkać.
- Mam teraz trochę mało czasu...
Jedyna i Twardziel zawsze się lubili, choć nigdy nie byli sobie szczególnie bliscy. Może on chciał to teraz zmienić? Właściwie czemu nie miałaby mu na to pozwolić? Albo chociaż z kimś pogadać? Bardzo tego potrzebowała.
- Wiem. Zrobiłaś prawdziwą karierę.
Zaśmiała się, bo usłyszała zawód w jego głosie.
- Ale nie jest tak źle. Też teraz jestem w Mieście na Wyspach. Moglibyśmy się spotkać.

„Na singlu promocyjnym wysłanym do Mocarstwa Drugiego Kontynentu „Miniona miłość” znajduje się w dwóch wersjach.”
Bohater z rozmachem walił w klawisze maszyny do pisania. Posługiwał się nią całkiem biegle, tak, że nawet czasem spisywał testy komponowanych przez siebie piosenek przy jej użyciu. Ciągle jednak wolał pisać ręcznie. Nie zawsze jednak tak wypadało, zwłaszcza, że przywykł, żeby pisać tylko drukowanymi literami. Inaczej zresztą spod jego ręki wychodziły nieczytelne bazgroły. Oficjalny list natomiast powinien wyglądać poważnie i schludnie.
„Druga wersja, nazwana płytową, jest tą, którą my nagraliśmy. Pierwsza, nazwana singlową, jest krótsza i nigdy wcześniej jej nie słyszałem. Dlaczego robicie coś takiego??? Dlaczego na nowo miksujecie piosenkę bez zgody i wiedzy zespołu??? Chciałbym, żeby nie zdarzyło się to nigdy więcej!!! Bo przecież teraz, z dużym prawdopodobieństwem, to, ta krótsza wersja, będzie leciała w radiu. A nie jest tak dobra, jak być mogła. Jej wstęp jest wręcz żałosny. Natomiast wytwórni powinno zależeć, żeby nowy produkt, który ma rozsławiać nasze imiona brzmiał jak najlepiej. Nam zależy. I naprawdę mogliśmy zrobić to lepiej!”
Wyciągnął kartkę z maszyny. Złożył pod tekstem zamaszysty podpis, po czym włożył list do faksu. Chciał, żeby w WMFF jak najszybciej dowiedzieli się, co myśli o ich poczynaniach.

Dzwoneczek wzięła głęboki oddech. Miała w końcu rozmawiać z kimś wyżej postawionym.
- Słuchaj, jeśli mam robić, to co robię, potrzebuję przenośnego telefonu. To się chyba da załatwić?
Kudłaty Ciemny przyjrzał jej się z lekkim, może nieco kpiącym uśmiechem.
- A co? Sprawy Supernowej cię przerosły?
- Nie mnie. Tylko dostępną mi technologię – sprecyzowała.
W umyśle znów przeżywała poprzedni dzień. Jechała z Jedyną i Bohaterem do radia. Mieli powiedzieć kilka słów o sukcesie „Minionej miłości”. Nikt się tego nie spodziewał, ale mimo obawą Bohatera, tak przechodzona piosenka świąteczna, jak i niskobudżetowy film „Wyjątkowa kobieta”, zdobyły uznanie i rozgłos. Mieli trzeci hit na szczycie listy przebojów Mocarstwa Drugiego Kontynentu. Tym czasem, ulice Miasta na Wyspach były zupełnie zakorkowane. Kim by nie byli i tak musieli się spóźnić.
- Mamy nadzieję, że Supernowa dziś do nas dotrze – odezwał się nagle głos z samochodowego odbiornika, a ona zaczęła rozglądać się za automatem telefonicznym.
- Papier z faksu w ciągu jednej nocy potrafi pokryć całą podłogę mojego gabinetu – dodała. Szefowi należały się wyjaśnienia, prosiła go w końcu o drogi i bardzo nowoczesny sprzęt. – Poza tym, zbyt wiele osób mówi i pisze o Supernowej. Trzeba trzymać rękę na pulsie. Niczego nie można przegapić.
- W porządku. W porządku. Myślę, że to da się załatwić.

Jedyna nie potrafiła powiedzieć dlaczego, ale lubiła poranki w studiu należącym do Bohatera, gdy chłodny wiatr gnał brzegiem morza. Budzili się wszyscy totalnie wymięci. Ziewając robiła kawę, a potem szukała swoich butów. Zawsze jej się gdzieś zapodziewały. Czesała palcami krótkie, tlenione włosy.
Jedli razem śniadanie: Bohater, Jaśniejący, Druh i ona.
- Nie całkiem mi się podoba to, co wczoraj nagraliśmy – powiedział Bohater.
- Jest w porządku – burknął Jaśniejący znad gazety.
- Ale... W wersji demo była taka elektroniczna wstawka. Uważam, że świetnie mi wyszła...
Jaśniejący odłożył gazetę na bok i zmierzył go wzrokiem.
- Zaufaj mojemu wyczuciu - powiedział z powagą. – Twoja wersja jest nieco zbyt tandetna. Proponuję wziąć się za kolejny utwór. Jesteś gotowy nagrać dziś swój wokal do „Fascynacji”?
- Tak. Możemy się za to wziąć – zgodził się Bohater, jego mina wskazywała, że nie jest zadowolony.
- Czyli chwilowo mnie nie potrzebujecie? – spytała Jedyna.
- Chwilowo nie.
- To w porządku. Pójdę sobie na chwilę na plażę.
- Chcesz popływać?
- Trochę.
- Tylko, żebyś się nam nie przeziębiła.
- Nie martw się. – Klepnęła Bohatera w ramię. – Woda jest całkiem ciepła. Wiedziałbyś, gdybyś kiedyś wsadził do niej choćby tylko stopę. – Lubiła się z nim droczyć i on lubił droczyć się z nią. Nie było jednak takiej siły, która zaciągnęłaby go na plażę. Bohater nie tylko nie lubił pływać, nie lubił się też rozbierać na oczach innych.
Jedyna podniosła się i ruszyła w stronę ciasnej łazienki, żeby przygotować się do wyjścia na plażę. W duchu cieszyła się, że tego dnia nie towarzyszyła im ekipa filmowa. Telewizja Muzyczna z Mocarstwa Drugiego Kontynentu postanowiła nakręcić o nich dokument. Było to naprawdę nobilitujące, ale też i nieco krępujące, kiedy byli podglądani przy pracy nad nowym krążkiem. Owszem, Bohater i Róża często uwieczniali na taśmie tak chwile w studiu, jak i przed koncertami. Ale to było co innego, ich taśmy miały stanowić miłą pamiątkę. Nie miał ich oglądać cały świat.
Najgorsze były jednak momenty, kiedy ci z telewizji pytali o przeszłość, o dzieciństwo i czasy szkolne. Bohater odpowiadał wtedy półsłówkami i wykręcał sobie palce, ona nieco fantazjowała, co utrudniała jej niezbyt doskonała znajomość języka Ważnej Wyspy, którym posługiwano się i w Mocarstwie Drugiego Kontynentu. Bohater i ona nie byli tak elokwentni, ani pewni siebie, jak gwiazdy światowego formatu powinny być. Życie w spokojnym Zimnym Kraju nie przygotowało ich do konfrontacji z całą resztą Planety. Choć ci, z Drugiego Kontynentu też nie byli dobrze przygotowani do kontaktu z nimi. Czasem pytali o takie bzdury, jak choćby to, czy po ulicach Miasta na Wyspach chodzą białe niedźwiedzie.

Wieloryb słuchał w skupieniu finalnej wersji „Świątyni serca”.
- Wiecie co – skrzywił się. – Ja bym to nagrał jeszcze raz.
- Czemu? – zdziwiła się Jedyna. – Ja uważam, że piosenka jest świetna. Taka nastrojowa.
- Dokładnie. Jest taka, jak powinno być – stwierdził Jaśniejący.
- Nie bardzo. – Wieloryb pokręcił głową. – Ja wolę demo Bohatera. Tam jest więcej energii. Ten utwór nie powinien być nastrojowy. Powinien mieć w sobie trochę... Nie wiem, hardości?
- Ja siłą rzeczy, też wolę swoje demo – dodał Bohater. Najczęściej nie lubił zmian proponowanych przez Jaśniejącego. Nauczył się jednak, że tamten często lepiej wiedział, jak powinien brzmieć prawdziwy przebój. Dlatego najczęściej nie protestował, kiedy masakrowano jego utwory.
- I naprawdę chcecie to jeszcze raz nagrywać? – Jedyna skrzywiła się.
- Twoich partii nie trzeba. Tylko Bohatera i gitary – zdecydował Wieloryb.
- Kto tu jest producentem? – Jaśniejący nie złościł się, chciał im jednak przypomnieć, że to do niego powinno należeć ostatnie słowo.
- Powinniśmy spróbować – uparł się Wieloryb. – Ta piosenka jest tego warta. Powinna brzmieć lepiej.
- Niech będzie – zgodził się ostatecznie Jaśniejący. – Jedyna idzie na kawę, a my zaczynamy od nowa.
Nagrania przedłużyły się o parę godzin, „Świątynia serca” nie trafiła jednak ostatecznie na płytę.

- Mam pewien pomysł – powiedział Bohater przy śniadaniu. Wyglądał przy tym z jednej strony na zakłopotanego, a z drugiej na podnieconego. Według Róży było to podejrzane. – Dzwoneczek jest dobrym menadżerem i w nas wierzy, ale ma też inne obowiązki, zobowiązania wobec innych artystów. Ona nie chce ich zostawić. Według mnie głupio robi, ale to jej sprawa.
- No i? – Róża odłożyła kromkę chleba i nóż. Podejrzewała, że to nie pora, żeby robić sobie kanapkę.
- Tym czasem Supernowa stała się czymś wielkim, czymś co trudno ogarnąć i co może być jeszcze większe. – Bohater jakoś nie mógł przejść do sedna sprawy. Wykręcał sobie palce. – Znowu będziemy podróżować, koncertować, długo nas nie będzie. Możemy mieć dla siebie mało czasu. Tym razem ze mną jeździłaś, ale też masz pracę...
- I? – Była coraz bardziej zaniepokojona.
- Chodzi o to, że Dzwoneczek potrzebuje wsparcia w opiece nad zespołem, pilnowania terminów, rezerwowaniem lotów, pokoi w hotelach, takich tam. – Coraz mocniej wykręcał sobie polce. – I pomyślałem, że ty byś mogła ją wyręczyć.
Róża przyglądała mu się przez chwilę szeroko rozwartymi oczami. Czyżby ten człowiek, którego jeszcze tak niedawno uważała za nieudacznika, proponował jej pracę? W sumie źle tego nie wymyślił. Tylko, czy wszystkie życiowe plany można opierać na chwilowym sukcesie?
Z grającego w tle radia odezwał się młodzieńczy, lekko zduszony głos Bohatera. Przy wtórze prostej melodii składał jakiejś dziewczynie nieprzyzwoitą propozycję. Na nowo zmiksowany stary, wakacyjny utwór Momentu Chwały znowu podbijał listy przebojów promując właśnie wydaną kompilację. Chwile, gdy święcili sukcesy, stały się już tak odległe, że ludzie zaczynali myśleć o nich z sentymentem.
A więc wszystko wracało. To dawało nadzieję.
Supernowa przynosiła teraz ogromne pieniądze. Jak długo mogło to trwać? Może wiecznie. Bohater nigdy się nie podda. Tego jednego Róża była pewna.
- Jeszcze nie jesteś dyrektorem WMFF, żeby mnie zatrudnić – zauważyła z rezerwą.
- No, nie. – Uśmiechnął się przepraszająco. – Ale jeśli się zgodzisz, będę mógł przedstawić mój pomysł Kudłatemu. Uważam, że najpierw muszę ustalić to z tobą.
- Więc przedstaw – zgodziła się. Opadło z niej napięcie, a na usta wypłynął lekki uśmiech. – Mojej pracy nie można przecież wykonywać wiecznie.
- Naprawdę mogę?
- Naprawdę.
- Mówisz to tak lekko...
- Uczę się być elastyczna. Przy tobie chyba nie mam wyboru. Zaskoczyłeś mnie, przyznaje. Ale źle tego nie wymyśliłeś. W końcu, jeśli już na stałe zostaniecie gwiazdami światowego formatu, rzadko będziesz w domu. A tak będę mieć na ciebie oko.
- Tego nie przewidziałem.
Zaśmiała się, a po chwili śmiali się już oboje.

- Uwaga, kręcimy!
Czerwony Rumak, ekskluzywna zabawka produkowana w Dumnym Kraju, ruszył. Pęd powietrza pchnął Bohatera w tył, ale szybko udało mu się wyprostować. Twarz siedzącej obok niego Jedynej stała się lekko zielonkawa.
Już poprzedniego dnia udawali, że grają i śpiewają siedząc na masce tego samochodu gnającego przez pustynię na Drugim Kontynencie pod Miastem Sław. Ale wtedy samochód nie jechał tak naprawdę, a stał na naczepie. Oczywiście ta naczepa jechała za sprawą gigantycznego ciągnika siodłowego. Ale gdyby któremuś z nich zdarzyło się spaść, istniała szansa, że nie wylądowałoby na asfalcie, a właśnie na naczepie.
Teraz jednak siedzieli na masce samochodu, który naprawdę jechał. Tego chciał od nich reżyser teledysku. A na dokładkę ten samochód nie miał kierowcy! To znaczy, tak to tylko miało wyglądać. Kierowcą był kaskader leżący na podłodze i prowadzący pojazd tak, żeby nie było go widać. Ponoć facet znał się na swojej robocie. Zresztą, widzieli go w czasie jazd próbnych.
Owszem, zaproponowano im, że w tej scenie mogą zastąpić ich dublerzy.
- A to nie będzie głupio wyglądać? Ludzie nie poznają, że to nie my? – Bohater miał wątpliwości.
- Damy radę – rzuciła Jedyna pewnie. Może liczyła, że kiedy zrobi coś tak szalonego, na zawsze będzie mogła zapomnieć o lęku przed jazdą samochodem. – To nie powinno być o wiele straszniejsze, niż to, co już robiliśmy.
Teraz bali się oboje.
Co za chory umysł wymyślił takie ujęcie? Samochód pędził wprost w stronę urwiska. Miał zatrzymać się na jego krawędzi.
Jedyna była coraz bardziej zielona. Gdyby nie płynący teraz w jej żyłach spożyty przed zdjęciami alkohol, dodający animuszu, zemdlałaby już dawno.
Co ja tu robię? – pytała sama siebie. – Z własnej woli ryzykuję życiem. To takie głupie. Matka nie zniesie, jeśli coś mi się stanie. Jej kolejna córka nie może zginąć z powodu rozpędzonego samochodu.
Może ze względu na wypadek Szalonej, nigdy sama nie zrobiła prawa jazdy. Jedyna bała się samochodów i samolotów.
Bohater kątem oka dostrzegł oznaczenia, od których samochód miał zacząć hamować. Ale nie zaczął. Bohaterowi przyszło do głowy, że być może kierowca z podłogi samochodu nie może zobaczyć tego, co on.
Nie chcę umierać – pomyślał, po czym zwinął się w kłębek i stoczył na bok.
Umrę. Jednak umrę – przemknęło przez głowę już zupełnie zielonej Jedynej, niezdolnej do wykonania jakiegokolwiek ruchu.
Uderzenie o ziemię było bolesne, ale nie aż tak, jak Bohater się tego spodziewał. Już po chwili był w stanie poderwać się na równe nogi. W ustach miał piasek i czuł, że następnego dnia trudno mu będzie się poruszał, ale żył. Spojrzał w stronę urwiska.
Samochód jednak się zatrzymał, choć jego przednie koło znalazło się niebezpiecznie blisko krawędzi urwiska. Rozpłaszczona na przedniej szybie Jedyna wciąż nie była w stanie się poruszyć.
- Wszystko w porządku? – spytał ktoś.
- Tak. – Bohater machnął ręką i ruszył w stronę samochodu.
- Musimy powtórzyć ujęcie – usłyszał w chwilę później.
- Nie ma mowy! – zaprotestował. - Musicie wymyślić coś innego. Więcej nie usiądziemy na tym samochodzie!
Wieczorem upił się razem z Jedyną.

- Co będzie potem?
- Potem? – Jedyna przekręciła się na bok i uniosła na łokciu. Spojrzała w szeroką, szczerą twarz Twardziela.
Leżeli obok siebie w pościeli. Ostatnie dni spędzili kochając się i pijąc na zmianę.
- No tak. Urlopy niedługo się nam skończą. Ja wrócę do Nadmorskiego Miasta...
- A ja pojadę w trasę.
- Na długo?
- Myślę, że wszystko zajmie rok. Może dłużej.
- To długo.
- Długo – przyznała. Wciąż jeszcze była rozkojarzona po chwilach rozkoszy jakich doznała w ramionach tego silnego mężczyzny o stalowoszarych włosach ostrzyżonych na paromilimetrowego jeżyka.
- Ale tak nie może być wiecznie. – Usłyszała w jego głosie ton irytacji i poczuła ukucie pod sercem. Czyżby Twardziel miał być taki sam, jak większość mężczyzn? – Nie możemy żyć tak daleko od siebie.
- Pewnie byś chciał, żebym zamieszkała w Nadmorskim Mieście?
- Tak byłoby najlepiej – przyznał.
- A może to ty powinieneś wrócić do kraju.
- Mam pracę.
- Ja też.
- Ale...
Przewróciła się z powrotem na plecy.
- Zostawmy to – powiedziała nie patrząc na niego. – Kiedyś coś trzeba będzie zmienić. Ale dziś wiem, że mam zobowiązania i że jadę podbić świat.

- Ale zimno – rzuciła Jedyna zawijając się w koc. – Jest tu coś ciepłego do picia?
Od razu znalazła się młoda asystentka z kubkiem dymiącej kawy.
Kręcenie teledysku zimą, w środku nocy, na rynku Miasta na Wyspach było szalonym pomysłem. Zwłaszcza, że Jedyna miała mieć na sobie tylko skórzaną kurtkę, a Bohater marynarkę. Oczywiście czapki, szaliki i rękawiczki nie były przewidziane. Dobrze przynajmniej, że nie było śniegu. Choć w tych stronach i tak zawsze było zimno. Ale czego nie robiło się dla sztuki. Na szczęście, co jakiś czas mogli schronić się w piwnicy pobliskiej restauracji i trochę ogrzać.
- Trzeba poświęcić się dla sztuki – rzucił Bohater szczerząc zęby. - To w końcu ty chciałaś kiedyś zostać aktorką.
- Ale teatralną. - Fuknęła gniewnie Jedyna. Była to jednak tylko poza. Naprawdę nie była zła, tylko straszliwie zmęczona.
- I tak jest lepiej, niż na pustyni.
- Nie przypominaj mi.
- I lepiej, niż na planie „Minionej miłości”.
- To był koszmar – przyznała Jedyna ze śmiechem. – Tyle powtórek. Ile my tam siedzieliśmy? Dwadzieścia godzin?
- Chyba coś koło tego.
- I po to tylko, żeby nakręcić, jak się walam po łóżku, a ty łazisz z gitarą.
- W sumie wyszło całkiem artystycznie.
- Na pewno lepiej, niż wstawanie z kanapy – parsknęła. Pierwsza wersja teledysku do „Minionej miłości”, gdy ta była jeszcze piosenką świąteczną, była bardzo prosta. Siedzieli obok siebie na kanapie. A w kulminacyjnym momencie Jedyna wstała i dalej przeżywała śpiewany przez siebie tekst już na stojąco. Bohater wyglądał, jakby przysypiał. – Tylko kurcze, tam przynajmniej nie było tak zimno.

- „Przejażdżka” podbiła listy przebojów – oznajmił dziennikarz. Telewizja Muzyczna wciąż podążała za nimi z kamerami, żeby w każdej chwili o coś jeszcze dopytać. - Stała się waszym czwartym numerem jeden w Mocarstwie Drugiego Kontynentu. – Kiedy się o tym dowiedzieli, oczywiście świętowali, niestety tak wyszło, że znowu oddzielnie. Jeszcze żaden zespół z Zimnego Kraju nie miał nawet dwóch numerów jeden za oceanem. - I najczęściej puszczaną piosenką w TM w historii. Jaka była geneza tego utworu?
- Śmieszna. – Bohater wyszczerzył zęby i zakołysał się na boki. Wyglądało to szczególnie kretyńsko. Ostatnio miał problem z właściwym ułożeniem, ufarbowanych na czarno włosów. Rozkładały się nad jego czołem, jak gigantyczne mysie uszy. – Moja żona zostawiła mi kiedyś kartkę z napisem: „Ty głupku. Kocham cię.” Uznałem, że to świetny refren – powiedział drapiąc się po nosie. – A potem przypomniałem sobie wywiad ze Szlachetnym Znaczącym, w którym wspominał, że pisanie piosenek ze Wspaniałym Marzycielem było jak „radosna przejażdżka poza rzeczywistość”. – Rozłożył ręce, jakby miał zaprezentować rozmiar przyjemności odczuwany przez Znaczącego. – I poczułem, że to wszystko do siebie pasuje, radosna przejażdżka poza rzeczywistość zakochanych. Taki był początek tej piosenki. A kiedy dołożyliśmy refreny śpiewane przez Jedyną i gitarę Wieloryba, powstał hit.
- Czy życie muzyka w Zimnym Kraju jest inne, niż życie muzyka w Mocarstwie Drugiego Kontynentu?
- Życie w Zimnym Kraju w ogóle jest inne. – Bohater roześmiał się. – Kiedy wasza ekipa przyjechał filmować nasze koncerty u nas w kraju, co i rusz czymś się dziwili.
- Na przykład tym, że zamek, w którym gracie to nie dekoracja?
- Tak, słyszałem, że ktoś myślał, że zbudowaliśmy go specjalnie dla potrzeb teledysku. W sumie, to nie jest powszechne, żeby grywać koncerty w prawdziwych ruinach. Tam jest jednak wspaniała akustyka. – Bohater zakołysał się w przód i w tył szczerząc. - Chodziło mi jednak o coś innego. Filmowcy prosili wchodzących na koncert, żeby zapalili sztuczne ognie, kiedy będziemy grać „Spójrz w siebie”. A ludzie powiedzieli „w porządku” i poczekali z tym, aż na niebie pojawi się helikopter filmowców. Ludzie od was powiedzieliby ponoć „spadajcie, zrobimy, co nam się będzie podobało”.
- Chcesz powiedzieć, że jesteście grzeczniejsi?
- Nie. – Bohater uśmiechnął się przepraszająco i podrapał się po nosie. – Jesteśmy bardziej ulegli.
- A jakie są plany Supernowej na przyszłość?
- Teraz przed nami rok w trasie – powiedziała Jedyna. – Potem pewnie zrobimy sobie przerwę. Przyda nam się jakieś sześć miesięcy urlopu.
- Chyba sześć minut urlopu – roześmiał się Bohater, dla którego komponowanie i granie było częścią życia, a nie pracą.
- Co?! – Rzuciła Jedyna mierząc go złym spojrzeniem.
Bohater parsknął śmiechem.

- Widziałeś to? – Jedyna zamachała Bohaterowi przed nosem gazetą.
- Nie miałem czasu.
- Wydrukowali zdjęcia z naszej wczorajszej próby. A przecież nikt miał nie robić zdjęć!
- Trudno. – Wzruszył ramionami. – To dla nas tylko dodatkowa reklama.
- Ale...
Już jej nie słuchał. Martwił się czymś innym. Poprzedniego dnia dźwięk był naprawdę fatalny. Niby wiedział, że nie cały sprzęt dojechał na czas. Dziś wszystko powinno brzmieć dobrze. Wiedział jednak, że się nie uspokoi, dopóki się o tym nie przekona. Zaczynali swoją pierwszą światową trasę. Wszystko powinno być perfekcyjne.
- Co ja tu robię? – pytał poprzedniej nocy Róży w nocy, w ciemności, w obcym łóżku hotelowego pokoju.
- Realizujesz swoje marzenie. – Róża śmiała się cicho, lekko drwiąco.
- Lasku... – jęknął. Pieszczotliwie nazywał ją imieniem wielkiego barda Mocarstwa Drugiego Kontynentu.
- Co? Zawsze chciałeś być wielkim gwiazdorem i teraz jesteś – powiedziała już poważniej. Ktoś w tym związku musiał być rozsądny i opanowany.
- Ale nie jestem do tego dość dobry.
- Gdybyś nie był, to nie zaszedłbyś tak daleko.

- Pomożesz nam załadować tę skrzynię? – zawołał Mocny do Jedynej przechodzącej akurat obok ciężarówki, na którą techniczni ładowali sprzęt. Nie wiedział, co go podkusiło do takiego żartu. Do gwiazd tak się nie mówiło. Powinien o tym wiedzieć. Mie był nowy w zawodzie.
- Pewnie – rzuciła jednak Jedyna i raźno podeszła do pracujących mężczyzn.
- Chwyć tutaj. – Skoro już zaczął, brnął w to dalej.
We dwoje podnieśli ciężką skrzynię. Jedyna miała krzepę.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy – powiedziała, uśmiechnęła się jakoś tak łobuzersko. Otrzepała ręce i poszła do swoich spraw.
- Widzieliście to? – spytał zaskoczony Mocny kolegów.
- Widzieliśmy.
- Powinieneś dostać po gębie – zarechotał jeden z kumpli i klepnął Mocnego w plecy.
A on wciąż nie mógł wyjść z podziwu, że ta kobieta z Zimnego Kraju, była taka miła i normalna, zupełnie nie podobna do innych gwiazd, z którymi przyszło mu pracować.

Sala napełniała się powoli. Wszyscy byli coraz bardziej podnieceni. W końcu zgasło światło, a zebrany tłum podniósł potworny wrzask. Tu jakaś dziewczyna piszczała, tam ktoś gwizdał, ale te nic nie znaczące dźwięki powoli układały się w słowa i tłum zaczął skandować: „Supernowa! Supernowa!”
Światło zapaliło się nagle, na moment oślepiając, rozjaśniając sale jak prawdziwy wybuch gwiazdy. Wraz ze światłem narodził się dźwięk, nagły szaleńczy głos perkusji i gitary, który najpierw był tylko hałasem, a potem stał się muzyką. Na scenę wypadła kobieta, dzika i dynamiczna, ciągnąca za sobą srebrny płaszcz jak ogon komety. Za nią wybiegł mężczyzna z gitarą, podniesioną ręką pozdrawiając tłum. Uśmiechał się odsłaniając zęby. Reszta zespołu była już na swoich miejscach. Nie powiedzieli niczego. Kobieta wzięła mikrofon, uniosła głowę i prężąc mięśnie, zaśpiewała potężnym głosem: „jestem gorącokrwista".
Potem zrzuciła płaszcz i zatrzymała się przed stojącym mikrofonem. Zaśpiewała smutną balladę o samotnej kobiecie, a jej głos wzbiłby się do nieba, gdyby nie strop sali. Miała potężną, kościstą, lekko wysuniętą do przodu dolną szczękę, włosy utlenione i krótko ścięte, ramiona przesadnie umięśnione jak u sportsmenki. Była brzydka stojąc w czerwonym świetle. Ale wydawała się niezniszczalna.
Wznosiła w górę ramiona. Linie jej ciała gięły się lekko. Unosiła nogę wbitą w obcisłe spodnie, stanowiące jej drugą skórę, pocierała nią o drugą. Ruchem elektryzowała mężczyzn we wnętrzu hali.
Zawiesiła na szyi dłonie. Bił od niej bezgraniczny smutek.
Muzyka umilkła.
- Witajcie na koncercie Supernowej - powiedziała, a jej głos zabrzmiał tak samo potężnie, jak wtedy, gdy śpiewała.
- Mam nadzieję, że dobrze się bawicie!
Widownia odpowiedziała radosnym pomrukiem.
- Zagramy teraz naprawdę wyjątkową piosenkę, tak wyjątkową, jak ten wieczór. Chcecie tego?!
- Tak! – darli się ludzie w hali.
- Pochodzi z naszej ostatniej płyty - dodał cichym, miękkim, lekko zachrypniętym głosem jej sceniczny partner.
Znowu grali. Ona potrząsała tamburynem, co jakiś czas uderzając nim o biodro. On śpiewał. Był wysoki, szeroki w ramionach, ale bynajmniej nie męski. Jego twarz wciąż miała chłopięcy wyraz. Uśmiechał się jasno i szeroko. Po prostu cieszyło go to, co robił, to, że tam był. Po wyrazie jego twarzy dało się rozpoznać, że muzyka była jego pasją, treścią życia i największą przyjemnością. Ufarbowane na prawie czarny kolor i na początku koncertu misternie ustawione do góry na lakier włosy już dawno oklapły. Kiedy śpiewał, niewiele grał, unosił w górę ręce i rozkładał, jakby chciał pokazać coś wielkiego, „taką rybę”. Jemu nie chodziło jednak o rybę, tylko o miłość, a jego miłość obejmowała cały świat, a na pewno całą halę. Kiedy grał, zamykał oczy i lekko się garbił, pochylając nad gitarą, którą trzymał na wysokości bioder. Głos miał słaby, lekko zachrypnięty, ciepły i przyjemny dla ucha, dodający otuchy. Był całkowitym przeciwieństwem swojej scenicznej partnerki i dlatego dopiero razem stanowili całość.
Następną piosenkę śpiewali oboje, ich głosy wspaniale ze sobą współgrały. Ona położyła mu rękę na ramieniu. On obdarzył ją jaśniejącym uśmiechem i ugiął nogi w kolanach tak bardzo, że zamiast z góry, jak dotąd, patrzył na nią z dołu, wielbiąc ją wzrokiem. Śpiewali równo, te same słowa, o nie mogących porozumieć się ludziach. Jej potężny głos i jego miękki i ciepły połączyły się w jeden nierealny, nierzeczywisty głos naprawdę nie mogących się porozumieć, niepodobnych do siebie ludzi.
Stali razem, a światło było teraz ciemnoniebieskie. Ona trzymała rękę na jego plecach, on giął się w kolanach i pochylał. Byli razem, naprawdę razem, gdy cały świat ginął w ciemności.

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...