Kejti's Factory - Opowiadanie




"Nie chcesz tego wiedzieć"

8. Wir


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Po koncercie w Mieście na Wyspach do ich garderoby przeszedł sam król Zimnego Kraju - Mężny-Znaczący XVI z nastoletnimi dziećmi.
Jedynej zaparło dech w piersiach i przez chwilę nie mogła się ruszyć. Oczywiście przez cały wieczór wiedziała, że ta chwila nastąpi. Wiedziała, że król z rodziną ogląda ich występ. Dopóki jednak stała na scenie, umiała o tym nie myśleć. Teraz czuła się dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy jako młoda dziewczyna stanęła twarzą w twarz z namiestnikiem Wojownikiem Drzewo. Była starsza, bogatsza, a gazety nazywały ją gwiazdą. W jej umyśle wciąż jednak czaił się lęk, że nie potrafi zachować się przed tak ważną osobą.
Na szczęście dzieci króla chichotały, czerwieniąc się i zasłaniając sobie rękami twarze, jak większość nastolatków w obecności swoich idoli.
- Bardzo lubimy waszą muzykę – wyjąkała księżniczka Zwyciężczyni, najstarsza z trójki rodzeństwa.
- Jest nam niezmiernie miło – odpowiedział Bohater prezentując zęby.
Atmosfera stała się nieco mniej napięta, choć Jedynej wciąż trudno było się ruszyć.
- Jesteście najlepszymi ambasadorami naszego kraju – powiedział król, ściskając im dłonie. No tak, ostatnimi czasy stali się tak cennym dobrem narodowym, że wypuszczono nawet znaczek pocztowy z ich podobizną.

Wbiegli na scenę, żeby rozpocząć bisy – Bohater i Jedyna na przedzie, za nimi reszta muzyków: grający na perkusji Bochen, klawiszowiec i producent w jednej osobie Jaśniejący i jego młodszy brat Zwycięzca obsługujący drobne instrumenty perkusyjne, Wieloryb – gitara prowadząca, Zręczny - bas, Miś zwany Północnym – druga gitara i w końcu Zwyciężczyni wspomagająca ich głosem i grająca na czym popadnie od mandoliny po akordeon. Zanim jednak zdążyli zająć miejsca na scenie, zza kulis popłynął szybki, znajomy rif. Widownia podniosła rwetes, a twarz Bohatera rozjaśnił uśmiech.
To ostatnie niewiele znaczyło. Bohater zawsze się uśmiechał stojąc na scenie, nawet wtedy, gdy grał smutne piosenki, a jego oczy błyszczały, jakby niezmiennie znajdował się we wczesnej fazie zakochania.
Zespół podchwycił melodię, choć nigdy wcześniej jej nie grał. Tylko Zręczny stał z rozdziawionymi ustami, choć on akurat, powinien znać ten utwór najlepiej.
- Wakacje! Hej-hej! Wakacje! – krzyknął Bohater do mikrofony.
Widownia oszalała.
Na scenę wyszli kolejni muzycy – Druh, Śmieszek i Miś potrząsający grzechotkami.
Tego wieczoru, w Małym Portowym Mieście, w trzydzieste urodziny Zręcznego na scenie stanęły razem Supernowa i Moment Chwały, grając stary przebój.
Bohaterowi udała się niespodzianka.

- Bohaterze, niech cię cholera! – krzyczała, miotając się po garderobie. – Za dziesięć minut wychodzimy na scenę, a ty dopiero przychodzisz! Siadaj! Zaraz cię umaluję!
Usiadł potulnie. Nie mieli czasu, żeby się kłócić. Żyli w ciągłym biegu, ciągle w drodze, od jednego koncertu do drugiego i od występu telewizyjnego do występu. Wciąż jeszcze wiedzieli, że kiedyś byli sobie bliscy, że kiedyś lubili z sobą rozmawiać. Kiedy jednak los zmusił ich do oglądania się przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, zaczynało im się robić niedobrze na swój widok. Żyli z sobą zbyt blisko, zbyt intensywnie, by dało się to znieść.
Pomysł Bohatera, by po drodze nagrać kolejną płytą Supernowej i, jak mówił, uchwycić magiczny nastrój trasy, jeszcze wszystko pogorszył. Przybyło im zajęć. Musieli też dłużej z sobą przebywać. A przecież Jedyna każdego dnia marzyła tylko o chwili, kiedy będzie mogła zamknąć się w swoim pokoju i z nikim już nie rozmawiać.
I nie tylko ona.
Gdy ich srebrny autobus połykał kolejne kilometry autostrad Bochen zakładał słuchawki przenośnego odtwarzacza kaset na uszy, ale go nie uruchamiał. Tylko udawał, że czegoś słucha, żeby inni dali mu spokój.

- Wasz najnowszy teledysk, jest też waszym najdroższym teledyskiem – zauważył dziennikarz z popularnego, międzynarodowego pisma Aplauz.
- Tak – przyznał Bohater myśląc przy tym, że dużo lepiej tak zwracać na siebie uwagę, a nie pakując się w niebezpieczeństwo w czasie zdjęć. – Zastosowaliśmy najnowszą technikę komputerową, dzięki czemu widzowi wydaje się, że Jedyna widzi w lustrze mnie, a nie siebie.
- To bardzo piękny teledysk – dodała Jedyna. – Gram w nim główną rolę. Czekam na przyjaciela, który nie przychodzi. Wszędzie palą się świecie. To bardzo smutna piosenka i bardzo do mnie pasuje.
- Czy to też będzie przebój?
- Oczywiście. – Bohater wyszczerzył zęby.
- Niektórzy nazywają cię najsprytniejszym twórcą przebojów. Chyba komponowanie ich przychodzi ci z łatwością?
- Tak. – Chociaż bardzo starał się odgrywać pewnego siebie gwiazdora po tym stwierdzeniu poczuł się lekko speszony. Spuścił głowę. Obrócił na palcu sygnet z dużym, fioletowym kamieniem. Ale przecież miał prawo tak mówić. Ostatnio zajął piąte miejsce w światowym rankingu najlepszych autorów piosenek, on, chłopak z Zimnego Kraju. – Moim celem jest pisanie przebojów – wyznał. – I to najlepiej takich, które skomponuję w pięć minut. Wiekopomne działa muzyki popularnej niechaj tworzą inni.
- A co powiesz o najnowszych trendach muzycznych?
Bohater skrzywił się. Wyciągnął sobie włosy z kołnierzyka. Poprawił na kolanie stopę wbitą w wysoki but na lekkim obcasie, w stylu tych, jakie niegdyś nosili ujeżdżacze koni z Drugiego Kontynentu.
- Brakuje jej prawdziwej melodii. Dla mnie Koleś Młot, czy Waniliowe Lody to w ogóle nie jest muzyka.
A to z nimi muszę teraz dzielić listy przebojów. – To już tylko pomyślał. I tak przecież się zagalopował i powiedział za dużo.
- Jak radzicie sobie z życiem w trasie? Co robicie, żeby utrzymać dobrą kondycję? – dziennikarz zmienił temat.
- Musimy oczywiście bardzo o siebie dbać i za dużo nie balować. – Jedyna traktowała zadawane jej pytanie poważnie. Wciąż nie mogła pojąć, że to, co powie, nie ma tak naprawdę większego znaczenia. A lepiej było rzucać głupie żarty, bo reporterom i tak płacono za wiersz tekstu, a nie za zawarty w nim sens. I o ile lepiej brzmiało, że przed występem w programie Najpierwsza Muzyka Popularna musieli włamać się po taśmę z podkładem muzyczny, do mieszkania swojego inżyniera dźwięku, który akurat wyjechał na urlop, niż że w popłochu szukali kogoś, kto miałby zapasowy klucz. Zresztą i tak wszystko potrafili przekręcić. Bohater powiedział kiedyś, że lubi mieć modne buty i że sporo ich kupuje. W efekcie czego przedstawiono go jako kolekcjonera butów. No tak, ale dziś także nie ustrzegł się takich głupich błędów, jak ujawnianie, co naprawdę myśli.
- Przed trasą chodziłam do gabinetów odnowy biologicznej i biegałam – produkowałam się Jedyna. - Teraz pilnuję, żeby codziennie spać przynajmniej osiem godzin. Ograniczyłam palenie, bo to źle wpływa na głos. Piję też napar z rumianku.
- To świństwo – burknął Bohater pod nosem.
- A ty? – spytał dziennikarz.
- Ja nie jestem z tych, którzy wstają wcześniej, żeby pomęczyć się na ścieżce zdrowia – zaśmiał się Bohater. – Wystarczy, że po koncercie biorę prysznic.
Choć chyba powinienem pomyśleć o czymś więcej – przebiegło mu przez głowę. Ostatnio wiecznie czuł się zmęczony. Przybyło mu też parę kilogramów i znów, tak jak w dzieciństwie, stał się posiadaczem drugiego podbródka.

Jedyna zamknęła się w garderobie. Usiadła przed lustrem, ale zamiast zabrać się za makijaż, ścisnęła w dłoniach siedzącą na toaletce lalkę. Dostała ją od fanów. Nie wiedziała, kiedy i gdzie przyznała się publicznie, że uwielbia lalki. Reporterzy z gazet, stacji telewizyjnych i radiowych wciąż zadawali im masę pytań, czasem niedorzecznych, jak choćby to, czy są parą. Parą!? Oni!?
W każdym razie od pewnego czasu dostawała całą masę lalek od fanów. To było miłe. Wciąż pamiętała, jak bardzo się cieszyła, gdy starsze siostry sprezentowały jej na piąte urodziny naprawdę piękną lalkę. Wcześniej miała tylko papierowe laleczki wycinane z gazet, z również papierowymi ubrankami, które trzymały się na nich dzięki zaginanym białym paseczkom. Wiele zmieniło się w jej życiu od czasu, kiedy była małą dziewczynką. Powinna być z tego dumna, ale jakoś nie miała na to siły.
Za godzinę mieli stanąć na scenie. Musiała się przygotować, bardziej psychicznie, niż fizycznie. Potrzebowała ciszy, koncentracji, odrobiny spokoju. Potem wyjdzie i będzie najlepsza. Najlepsza? Kiedyś tak do tego podchodziła, kiedyś dawała z siebie wszystko. Nie rozumiała, co się zmieniło, ale teraz po prostu wykonywała swoją pracę.
- Kiedy skończy się ta trasa, rzucę wszystko – oznajmiła nagle.
Nieziemska przyjrzała się jej z powątpiewaniem. Wiele razy to słyszała.
- Nie chcę tego ciągnąć. To nie ma sensu. Chcę mieć trochę czasu dla samej siebie. Pobyć trochę kobietą. Chyba przyszedł na to czas?
- Jedyna, jesteś po prostu zmęczona – garderobiana mówiła jej po imieniu. To była jedna z niepisanych i może nawet nigdy nie pomyślanych zasad Supernowej. W ekipie wszyscy byli sobie równi, tak samo ważni, tak samo niezastąpieni, a Nieziemska Dziewczęca była nie tylko garderobianą, ale i przyjaciółką Jedynej. To właśnie dlatego dostała tę posadę. Jedyna chciała mieć przy sobie kogoś, kto ją zrozumie.
- Jestem – przyznała. Chuda, silnie umięśniona, z twarzą pełną ostrych linii i niedokończonym makijażem wyglądała na zużytą życiem, niezbyt piękną kobietę, która właśnie zaczyna się starzeć. Poza tym, pomiędzy zmarszczkami, które usiłowała zatuszować, pojawił się nowy akcent: złość. – Jestem zmęczona i trochę rozbita. Taka jest prawda. Nigdy, przez całe swoje życie, nie miałam się nawet szansy dowiedzieć, co to znaczy być sobą. Zawsze robienie kariery było ważniejsze, więc się komuś podporządkowywałam. Kiedyś mnie to bawiło, chyba, a teraz jestem tylko częścią wizji Bohatera, jego wspaniałym instrumentem, który można wykorzystywać ile wlezie.
- Mieliście spięcie?
- Nawet nie. – Jedyna potrząsnęła głową. - My się już rzadko kłócimy. On przychodzi i krzyczy, żebym coś zrobiła. Ja to robię, albo nie. Jeśli nie, to jemu opadają ręce i na tym sprawa się kończy. Albo ja na niego krzyczę, że się znowu spóźnił, a on mnie przeprasza.
- Myślałam, że jesteście przyjaciółmi – powiedziała Nieziemska.
Jedyna zamyśliła się.
- Jesteśmy. Dlatego właśnie tak to wszystko wygląda. Ale... Wiesz, ja całe dnie przebywam z całą masą ludzi. Mam ich dosyć, Bohatera też. Cały czas pracujemy, jesteśmy razem, ale nie tak naprawdę nie rozmawiamy. Nie mówimy o tym, co ważne. Tak rozmawiam już chyba tylko z tobą.

Mocarnemu ze zdenerwowania trzęsły się ręce. Był dyrektorem trasy koncertowej Supernowej. Wieczorem jego podopieczni mieli dać swój pierwszy koncert na Wielkiej Wyspie. Tym czasem brakowało ich basisty. Jak on miał to powiedzieć Bohaterowi i Jedynej?
Zręczny z powodu jakiś spraw rodzinnych nie mógł polecieć ze wszystkimi. Miał do nich dołączyć w przeddzień koncertu. Jednak wysłana po niego na lotnisko limuzyna wróciła pusta. W hotelowej recepcji także potwierdzono, że nikt taki, jak Zręczny Głośny się nie meldował. Na lotnisku twierdzono jednak, że faktycznie ktoś taki przyleciał do Wielkiego Miasta.
Mocarny Obrońca znał się na swojej robocie. Sprawdził więc wszystkie ewentualności. Obdzwonił hotele w całym mieście. Nikt jednak nigdzie nie widział ich basisty.
Mocarny nie miał czasu denerwować się o Zręcznego, któremu coś na pewno musiało się stać. On rozważał, jak zorganizować koncert bez basisty lub, jeśli okaże się to niemożliwe, jak najdelikatniej powiedzieć Bohaterowi, że koncert się nie odbędzie.
Techniczni twierdzili, że jeden z nich, Żartowniś Twardogłowy, potrafi całkiem nieźle grać na basie. Ale granie w domu na kanapie, to co innego, niż występ przed parotysięczną publicznością. Tamten nie znał zresztą dokładnie repertuaru Supernowej.
Teraz Mocarny zmierzał do Bohatera. Nie znalazł Zręcznego, ani nikogo, kto mógłby go zastąpić i w końcu musiał się do tego przyznać.
Raz jeszcze minął pokój, w którym miał nocować Zręczny. Na klamce wisiała kartka z napisem „nie przeszkadzać”. Czyżby Zręczny jednak się zjawił, tylko nikt go nie zauważył? Nie, to było nie możliwe.
Mimo kartki zapukał.
Nikt mu nie otworzył. Zszedł więc do recepcji.
- Kto nocuje w pokoju 104?
Kobieta, którą już kilka razy pytał o ten pokój, spojrzała nie niego z wyrzutem.
- Przecież już panu mówiłam – oznajmiła układając usta w wymuszony, służbowy uśmiech. – Tam nikt nie nocuje. Ten pokój miał zająć pan Głośny, ale się nie pojawił.
Mocarny wrócił na górę pod drzwi z numerem 104. Walnął w nie pięścią raz, a potem drugi. Coś tu było nie tak.
Po chwili, ku wielkiemu zaskoczeniu Mocarnego zgrzytnął zamek, a w drzwiach stanął rozczochrany, półnagi mężczyzna.
- Przecież prosiłem... – wybełkotał.
- Zręczny? Co ty tu robisz? – spytał głupio Mocarny.
- Śpię – odpowiedział tamten zachowując ten sam poziom konwersacji. – To znaczy już przestałem.
- Ale... Szukamy cię od wczoraj. – Mocarny nieco doszedł do siebie i dał upust złości podnosząc głos. - Dlaczego nie wsiadłeś do wysłanej po ciebie limuzyny!? Dlaczego nie zarejestrowałeś się w hotelu!?
- O co tyle hałasu? - Zręczny podrapał się po głowie i zamyślił na chwilę. - Było późno, nikogo nie było w recepcji, to sam sobie wziąłem klucz. A limuzyna... – Skrzywił się. – Nie przyszło mi do głowy, że może być po mnie.

Jedyna zeszła do hotelowego baru. Przed chwilą myślała tylko o mocnej kawie i o tym, żeby zniknąć Bohaterowi z oczu. Jeszcze znowu przyjdzie mu do głowy, żeby skrzyknąć wszystkich i zarejestrować kolejną piosenkę w pokoju hotelowym.
Owszem, uzyskali w ten sposób całkiem ciekawe brzmienie. Zastąpienie perkusji plastykową walizką było udanym pomysłem. Na taśmie zarejestrował się też odgłos wkładanej do szklanki łyżeczki i pukanie do drzwi. Wszystko to sprawiało wrażenie lekkości i spontaniczności, jak gdyby muzyka była tym, czym żyli i co niezmiennie ich cieszyło. Ale to tyczyło chyba tylko Bohatera, który wciąż biegał w koło ze swoją kamerą, wydurniał się i uśmiechał. Jedyna tym czasem czuła się zmęczona. Już sama, ponad roczna trasa wyciskała z niej siły, a jeszcze nagrywanie płyty po drodze, to było po prostu za dużo.
Nagle zatrzymała się jak wryta. W siedzącym przy barze mężczyźnie rozpoznała swojego znajomego ze szkoły muzycznej. Owszem, teraz był dużo starszy, ale to musiał być Niedźwiedź, którego nazwiska nie tylko nigdy nie potrafiła zapamiętać, ale i wymówić. Jego ojciec pochodził z Kraju Koni, a tamtejsi ludzie mówili najtrudniejszym, najbardziej niezrozumiałym językiem na świecie. Tak, to był on. Poznawała jego lekko haczykowaty, pokaźny nos, rzucający się w oczy w pociągłej, szczupłej twarzy.
- Co tu robisz? – spytała. Byli przecież tak daleko od domu, a właściwie daleko od wszystkiego, prawie na końcu świata, gdzie teraz zamiast zimy było lato, w Wielkim Mieście Wielkiej Wyspy.
- Więc ciągle mnie poznajesz? – Uśmiechnął się do niej. Śniady, ciemnooki, z prawie czarnymi włosami ostrzyżonymi na jeża wydawał się niebezpieczny, ale i za razem bardzo pociągający. Jak wampir.
- Oczywiście. – Ona też się uśmiechnęła. – Ile to lat minęło?
- Piętnaście.
- Och. Ale co tu robisz?
- Odpoczywam.
- Tak po prostu?
- Nie. – Mężczyzna roześmiał się. – Mój kumpel, a twój były, zaproponował mi współpracę, bo jego dotychczasowy klawiszowiec rzucił robotę.
- Nie przypominaj mi o nim – burknęła Jedyna. Wspaniały był obłudny jak wszyscy faceci. Miał do niej pretensję, że nie ma dla niego czasu, bo ciągle gdzieś wyjeżdża. Zostawił ją. Ale kiedy dostał propozycję od WMFF, żeby na części światowej trasy Supernowej jego zespół Zazdrośni Lokaje grał przed nimi, od razu się spakował i ruszył w świat.
- Z reguły nie koncertuję, wolę spokojną robotę muzyka sesyjnego, ale czego się nie robi dla kumpla. – Niedźwiedź znowu się do niej uśmiechnął. Bardzo uwodzicielsko. – Zresztą, była to niezła okazja. Przejechać pół świata z takimi sławami jak wy, to jest coś.
- Skoro, jak mówisz, cały czas jesteś w branży, jak to się stało, że nie spotkaliśmy się wcześniej?
- Los tak chciał.

- Znalazłem miłość swojego życia – oznajmił Niedźwiedź przez telefon po wymienieniu pozdrowień i uwag o pogodzie ze swoją matką.
- Nie! – po drugiej stronie rozległ się jęk. Potem na długo zapanowała cisza.
- Ależ mamo... – On też po czymś takim nie umiał znaleźć słów.
- Czy to ma znaczyć, że zostaniesz na Wielkiej Wyspie? – wyjąkała w końcu jego rodzicielka. Jej głos był bardzo cichy, pełen lęku, ale i nadziei.
- Nie. – Teraz Niedźwiedź mógł się roześmiać. – Ona jest od nas, z Zimnego Kraju. I tak naprawdę, to poznałem ją przed laty. Teraz spotkaliśmy się znowu i zdobyłem pewność. Dlatego w sumie dzwonię. Chcę się zaręczyć, bo nie wyobrażam już sobie bez niej życia.
- Znam ją? – Głos matki brzmiał już pewniej.
- Kiedyś musiałem ci o niej opowiadać. Możesz nie pamiętać. Chodziliśmy razem do szkoły. Ale na pewno nie raz widziałaś ją w telewizji.

Jedyna pociągnęła spory łyk drinka. Potem odstawiła go obok leżaka. Odchyliła głowę w tył i zamknęła oczy.
Cudownie było mieć chwilę wolnego, a jeszcze lepiej wygrzewać się w słońcu na rafia koralowej, kiedy w domu panowała zima. Na wszystkim jednak kładł się cień.
Nawet, kiedy na nich nie patrzyła rejestrowała obecność Bohatera i Róży. Przekomarzali się. Ona nacierała mu plecy kremem z filtrem, on protestował.
- Znowu chcesz być w łaty – strofowała Róża.
Jedyna tym czasem była sama. Twardziel nie miał dla niej czasu. Miał pracę. Tak, ona też miała, ale... Czy ktoś, kiedyś, kiedykolwiek, poświęcił coś dla niej? Pokręciła głową. Nie mogła o tym myśleć, zbyt chciało jej się płakać.

- Supernowa! Supernowa! – tłum skandował tak głośno, że słychać go było aż w garderobie. – My chcemy Supernową!
Na początku, gdy tylko zaczęli trasę po Mocarstwie Drugiego Kontynentu, nie było tak pięknie. Przyjechali tu stanowczo za późno, gdy moda na ich muzykę zaczęła już mijać. Tutejsza publika była chimeryczna i wciąż poszukiwała czegoś nowego. Tym czasem im, po pierwszych sukcesach, gdy koncertowali po wydaniu „Bądźcie czujni!” zabrakło śmiałości, by pchać się za ocean. Chcieli pojechać tam, gdy będą mieli więcej materiału. Choć oczywiście nowy materiał nie musiał się podobać. Jednak „Przejażdżka” podobała się całemu światu i sprzedawała się jeszcze lepiej, niż poprzednia płyta. Teledysk do tego utworu, o którego nagrywaniu woleli nie wspominać, stał się najczęściej puszczanym utworem w historii Muzycznej Telewizji, najsławniejszej takiej stacji nie tylko w Mocarstwie Drugiego Kontynentu, ale i na świecie. Przed rokiem, planowali, że rozpoczną trasę właśnie na Drugim Kontynencie. Jednak sytuacja polityczna nie wyglądała dobrze. Bezsensowna wojna w Kociej Zatoce zamiast przycichnąć, trwała w najlepsze. Jakby cywilizowane, współczesne kraje nie umiały dogadać się w inny sposób. A na dokładkę Mocarstwo Drugiego Kontynentu było w nią zamieszane, jakby jego prezydent nie potrafił pojąć, że z ich mieszania się w lokalne sprawy to tu, to tam, nigdy nic dobrego nie wynikło. Zwyczajnie bali się lecieć nad oceanem, nad którym latały bombowce.
Teraz jednak było już po wojnie. Jej skutki miała ocenić historia.
Supernowa zjawiła się w Mocarstwie Drugiego Kontynentu za późno. Krytycy powitali ich opinią, że ich muzyka jest tandetna, a jedynym celem, dla którego powstaje, jest wypchanie kasą kont bankowych jej wykonawców. Kilka koncertów trzeba była przenieść do mniejszych sal, bo nie udało się sprzedać wszystkich biletów.
Ale potem pojawiły się też lepsze recenzję. „Choć nigdy nie byłem fanem Supernowej, muszę przyznać, że ich melodie wpadają w ucho i trudno je zapomnieć” – napisał jeden z krytyków. „Ich muzyka jest pełna radości, a występy bardzo profesjonalne” - dodał.
Oczywiście, że były profesjonalne! Mieli specjalny program świateł ułożony do wykonywanych utworów, a także efekty specjalne. Zawsze w czasie, gdy śpiewali „Przejażdżkę” za ich plecami odpalano fajerwerki.
- Supernowa! Supernowa! My chcemy Supernową!
Teraz jednak złe chwile zostały zapomniane. Mieli opuścić Mocarstwo Drugiego Kontynentu jako zwycięscy.
- To wszystko twoja zasługa – powiedziała Jedyna obejmując pulchnego, młodego mężczyznę w ogromnych okularach.
Był to Majętny. Oczywiście nie on sprawił, że krytycy się do nich przekonali. Ale to on przed czterema laty przywiózł ze studenckiej wymiany „Bądźcie czujni!” do Mocarstwa Drugiego Kontynentu i podrzucił lokalnej radiostacji.
Majętny wciąż był ich fanem. Dlatego chciał się z nimi spotkać. Oni też chcieli. Całkiem możliwe, że to naprawdę jemu zawdzięczali wszystko to, co stało się ich udziałem.

Był środek nocy, kiedy Druha obudził telefon.
- Słucham – wymamrotał niezbyt przytomnie.
- Musisz do nas przyjechać – poprzez trzaski na linii przedarł się głos Bohatera. – Nie radzimy sobie z pewną partią gitary. Tylko ty możesz to zagrać.
- Czy ty wiesz, która jest godzina?
- Która? – zdziwił się Bohater.
Na chwilę po obu stronach zapanowała cisza. Mózgi przyjaciół usilnie pracowały nad tym samym zagadnieniem – o czym zapomniał Bohater pochłonięty procesem twórczym.
- Kurcze, przepraszam. U nas jest po południ. Ale jesteśmy w Mieście Sław.
- Na Drugim Kontynencie – sprecyzował Druh.
- Zapomniałem, że to taka duża różnica czasowa. Ale wiesz, biedzimy się nad nagraniem. I naprawdę nie poradzimy sobie bez ciebie.
- Nam lecieć na Drugi Kontynent?
- Sfinansuje ci podróż.
- Czyli ty mówisz poważnie? – upewnił się Druh.
- No poważnie. Mówiłem, że to tylko ty możesz zagrać. To co, zgadzasz się?
Druh potrząsnął głową. Nie mógł uwierzyć, że już nie śpi.
- Zgadzam się. – W końcu ile razy w życiu można było dostać taką propozycję?

Jakoś nie mieli apetytu. Wszyscy. I z niesmakiem przyglądali się przygotowanym dla nich winom, serom, owocom i rybom.
- Może oddalibyśmy jedzenie tym tam? – zaproponował Bochen wskazując ręką bliżej nieokreślony kierunek.
- To się nie uda. – Skrzywiła się Zwyciężczyni, przypominając sobie, co widziała, gdy z grupką technicznych wybrała się na spacer po mieście.
- Czemu? – Jedyna nie była na zewnątrz. Jej i Bohaterowi przykazano nie wychodzić poza hotel. Usłyszeli, że mogłoby to być za bardzo niebezpieczne.
- Pozabijaliby się walcząc, kto dostanie większy kawałek – stwierdziła Zwyciężczyni. Przed oczami stanął jej skulony, obdarty chłopiec o ciemnej karnacji.
- Pieniądze, proszę – powiedział wyciągając ku niej małą, brudną dłoń o rozczapierzonych palcach.
Dała mu, o co prosił. Oczy błysnęły mu ze szczęścia. Lekko skinął jej głową.
Długo się jednak nie nacieszył jałmużną. Chwilę później, wciąż jeszcze na oczach Zwyciężczyni, dostał po głowie od nieco większego chłopca. A kumpel tamtego wyrwał mu pieniądze z ręki.
- Tu, na ulicach panuje prawo dżungli. Ubogie dzieci walczą o jedzenie i pieniądze jak zwierzęta – dokończyła Zwyciężczyni.
- One są bezdomne – sprecyzował Bochen.
- Słyszałem – dodał Zręczny – że traktuje się je jak plagę i strzela do nich na ulicach.
- Powinniśmy coś z tym zrobić – stwierdziła Jedyna. Była bardzo wrażliwa na cudzą niedolę. Brała udział we wszystkich akcjach charytatywnych, jakich tylko mogła. Nieważne, czy chodziło o ubogich, ofiary przemocy, czy chorych na raka. Jedyna była gotowa pomóc każdemu, kto potrzebował pomocy. Wciąż jeszcze pamiętała, że jej też kiedyś nie żyło się zbyt dobrze.
- Ale co?
- Przekazać dochód z koncertu ubogim – wypaliła bez zastanowienia.
- Skąd pewność, że pieniądze trafią do potrzebujących, a nie przejmą ich jakieś organizacje i nie wykorzystają na inne cele? Będziemy tu za krótko, żeby sprawy dopilnować. Zresztą... Potem, po naszym wyjeździe, i tak wszystko będzie toczyło się po staremu.

Okolice stadionu w Mieście Słońca, nie mogły poszczycić się najlepszym połączeniem z miastem. Zespół i cała towarzysząca im ekipa, musieli odjechać po koncercie dokładnie tą samą drogą, co kilkutysięczna widownia.
Na domiar złego tutejsza policja była zupełnie nieobyta, z nadzorowaniem tak dużego przedsięwzięcia.
Tak więc, choć śpieszyli się ja mogli, w końcu ugrzęźli w korku, uwięzieni w kilku limuzynach.
Otaczały ich nie tylko samochody. Wystarczyło, że przestali jechać, a już na szosę zaczęli wysypywać się młodzi ludzie, ich fani.
Ktoś załomotał ręką w szybę.
Jedyna podskoczyła przerażona. A gdy parę innych osób dobijając się do środka, rozhuśtało samochód, skuliła się w sobie próbując zniknąć.
Przypomniał jej się chłopiec zadeptany jeszcze przed koncertem w Mieście Kontrastów. Było to chyba jedyne wydarzenie z ich światowej trasy nagłośnione przez prasę w rodzinnym kraju. Bohater uważa, że reporterzy potraktowali ich podle. Ale może faktycznie nic nie było tak ważne, jak okropności życia, na niebezpiecznym południu Drugiego Kontynentu. Teraz oni mieli ponieść śmierć podobnie, jak ich młody fan - zginąć zaduszeni przez tłum.
- Oni śpiewają – z niemiłych rozważań wyrwał ją głos Mocarnego.
Nastawiła uszu.
Zebrany na szosie tłum już nie dobijał się do samochodu, a śpiewał gromkim chórem refren „Spojrzenia”.
Kiedy poznali ognisty temperament miejscowych, nie bali się już takich sytuacji. Nie raz zdarzyło się, że byli gonieni przez samochody pełne rozhisteryzowanych fanek. Bohater czasem w takich sytuacjach włączał swoją kamerę i komentował, co się działo.
- Temu to powinni zabrać prawo jazdy.
- A popatrz na tych z lewej.
Bohater obracał się.
- Dziewczyno, uważaj, bo zgubisz aparat – i tak dalej.
Reszta zespołu śmiała się.

Kiedy rozbłysło czerwone światło, a potężny głos Jedynej wzbił się pod niebo otwierając koncert, Bochen znieruchomiał. Zobaczył bowiem to, co wcześniej tonęło w ciemnościach. Cała perkusja i nawet końce jego pałeczek, były obklejone taśmą, na której ręka Bohatera wiele razy wypisała Zjednoczeni z Miasta Nauki.
Kiedy on zdążył to zrobić?
Obaj, Bochen i Bohater, interesowali się piłką nożną, a zwłaszcza ligą Ważnej Wyspy. Kibicowali jednak innym drużyną. Bochen trzymał kciuki za Solidarnych z Miasta Sportu. Wszystko zresztą wskazywało, że to właśnie Solidarni w tym roku zdobędą puchar. Niestety, finałowy mecz, a tym samym zwycięstwo, należały do Zjednoczonych.
Bochen przeczytał o tym w cudem dorwanej gazecie sportowej w języku Ważnej Wyspy. Zataił tę wiadomość przed Bohaterem, licząc, że ten nie pozna wyników, przed powrotem na Pierwszy Kontynent. Wcześniej zbyt zawzięcie chwalił swoich ulubieńców i spodziewał się, że Bohater będzie z niego kpił.
Ale nie spodziewał się tego!
Zaskoczenie sprawiło, że zgubił rytm. Nikt tego jednak nie zauważył w ogólnej histerii panującej wśród miejscowych fanów.
Po koncercie miał się dowiedzieć, od parskającego śmiechem Bohatera, że przecież w hotelu wszyscy mieli dostęp do telewizji satelitarnej, a tym samym i do kanałów sportowych.
Tak. Czasem śmiali się i wygłupiali. Kamery Telewizji Muzycznej uwieczniły, jak Zwycięzca Ofiarny, młodszy brat Jaśniejącego, który grał na instrumentach perkusyjnych, wkłada sobie wargami do nosa zapałki. Jedyna przechodząc obok wyjęła mu stamtąd jedną, żeby zapalić papierosa. Na taśmie znalazły się też niezliczone pojedynki piłkarzyków toczone przez Bohaterem z kim tylko popadnie. Był w tym naprawdę dobry i prawie zawsze wygrywał. Dokładnie tak samo było z tenisem stołowym. Bohater i Zręczny grali tak maniakalnie, że zdarzały im się zażarte pojedynki tuż przed koncertami, już w scenicznych ciuchach.
Musieli się wygłupiać, odreagować, jakoś żyć.
Nie wszędzie jednak na południu Drugiego Kontynentu działo się źle. Na lotniskach byli witani przez rozśpiewanych fanów, może ubogich, ale szczęśliwych, telewizje transmitowały nie tylko ich występy, ale nawet przyloty. A w jednym z miast Kraju Słońca zwolniono nawet dzieci ze szkoły, żeby mogły spokojnie pójść na koncert.
W te rejony świata rzadko zaglądały prawdziwe gwiazdy, zresztą nikt nigdy nie był tu tak popularny jak Supernowa. Czemu? Sami nie mieli pojęcia. Dziennikarze natomiast wysnuli teorię, że przekaz ich piosenek był tak uniwersalny, że mógł trafiać do ludzi na całym świecie. Miłość, przyjaźń, zawiedzione uczucia, sprawy te dotyczyły tak biednych, jak i bogatych niezależnie od kodu kulturowego w jakim wyrośli. Tylko o takich sprawach śpiewała Supernowa. A kiedy dodało się do tego żywą, radosną muzykę, która łatwo wpadała w ucho, przyczyny ich sukcesu wydawały się oczywiste.

Byli wreszcie w domu, w Zimnym Kraju. Niedźwiedź zaproponował jej wypad za miasto. Teraz płynęli łódką po jeziorze, jak para zupełnie zwyczajnych, zakochanych ludzi. Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie. Gdzieś w oddali, wśród gałęzi drzew porastających brzeg, słychać było ptasie głosy. Wiosła wprawiane przez Niedźwiedzia w powolny, miarowy ruch wydawały ciche chlupnięcia w zetknięciu z wodą. Poza tym, wokół panowała zupełna cisza. Spokój i błogość rozpierały pierś Jedynej. Z uwielbieniem przyglądała się twarzy swojego towarzysza. Był taki łagodny, choć jego uśmiech sprawiał wrażenie drapieżnego.
- Kocham cię – powiedziała nagle. Uczucia z głębi serca przedarły się przez gardło, bez udziału woli i rozumu. – Chciałabym zostać twoją żoną i urodzić ci dzieci. – Może nie powinna tego mówić, może powinna go kokietować i grać z nim w podchody, jak czyniła to zawsze dotąd. Ale trudno. Stało się. Co zostało powiedziane, to zostało.
- To chyba ja pierwszy powinienem ci się oświadczyć – stwierdził Niedźwiedź wciąż się uśmiechając.
- A przeszkadza ci… - Nagle obleciał ją strach.
- Nie. Muszę tylko przywyknąć do myśli, że będę miał bardzo wyzwoloną żonę.
- Nie aż tak bardzo.
- Nie? Naprawdę? – Oboje się roześmieli.

- Dokąd jedziemy? – Róża próbowała dowiedzieć się tego od jakiś piętnastu minut.
- Cierpliwości. – Bohater wciąż tajemniczo się uśmiechał.
Minęli port i skręcili w prawo. Po chwili wyjechali na polną drogę. Właśnie tam, po środku niczego zjechał na pobocze.
- Chodź. – Wysiadł i ruszył przed siebie pomiędzy niskie, jeszcze chude drzewka.
Róży nie pozostało nic innego, jak tylko pójść za nim.
Bohater wspiął się na wydmę, porośniętą rzadką, wysoką trawą. Wiatr przyginał ją do ziemi. Ten sam wiatr szarpał jego coraz dłuższe włosy, ufarbowane na czarno.
Ze szczytu wydmy widać było morze. To właśnie w jego stronę patrzył teraz Bohater.
- Co my tu robimy? – spytała Róża. – Jeśli ma to być piknik, to zapomnieliśmy koca i koszyka z jedzeniem.
Bohater spojrzał na nią i wyszczerzył zęby.
- Tu będzie stał nasz dom.
- Co?
- Nasz dom – powtórzył. – Zawsze chciałem mieć dom nad morzem, a teraz mnie na niego stać. – Tak, stał się bogatym człowiekiem. W czasach, kiedy nikt się nim nie interesował i wszyscy uważali, że jest skończony, założył firmę fonograficzną Muzyka Fana Giętkiego. Na początku jej jedynym zadaniem było posiadanie praw autorskich do jego własnych piosenek. Kiedy podpisywał pierwsze umowy Supernowej, nikt się tym specjalnie nie przejmował. Wtedy jego muzyka nie była wiele warta. - Kupiłem tę ziemię.
- Nie?
- Tak. To dobre miejsce, żeby wychować tu dzieci.
- O rany – powiedziała Róża. Nie dał jej wymyślić niczego rozsądniejszego, bo w chwilę potem ją pocałował.
- A więc to, co wypisują w gazetach, nie jest taką zupełną bzdurą – stwierdziła, kiedy udało jej się wyswobodzić z objęć Bohatera.
On się roześmiał.
- Tak, mamy bardzo luksusowy dom. – Powiódł ręką w koło obejmując w posiadanie morze, plażę, wydmę i chude drzewka. – Ale wiesz, szkice, które drukowali, są prawdziwe.
- Skąd je mieli?
- Nie mam pojęcia. – Wzruszył ramionami. – Widać nie umiem ukryć przed prasą tego, co umiem ukryć przed swoją dziewczyną.
- Jestem trochę zazdrosna.
- Daj spokój i nie myśl o otaczającym nas świecie. Jest zbyt szalony. – Znowu ją pocałował.

Jedyna ubrana w wytworną, czarną sukienkę stała na scenie na dziedzińcu zamku królewskiego w Mieście na Wyspach. Razem z Piękną z Rybek były gwiazdami charytatywnego koncertu – Artyści dla lepszego świata. W duecie śpiewały stary przebój Gladiatora Podróżnika „Piękny jest ten świat”. Ich potężne głosy wznosiły się razem ku rozgwieżdżonemu niebu.
Ostatnimi czasy Jedyna zamiast odpoczywać, wciąż brała udział w nowych projektach. Między innymi zgodziła się nagrać z Dziwakiem przetłumaczoną na ich język i dostosowaną wymową do problemów ich kraju piosenkę Drobnego Włóczęgi, wielkiego barda Drugiego Kontynentu. Wystąpiła też w teledysku do tego utworu pokazującym smutne życie robotników z Najdalszego Północnego Miasta. Była artystką, tak chciała o sobie myśleć. Musiała więc robić rzeczy ważne i piękne.

Bohater, jak co rano, poszedł do piekarni po bułki na śniadanie dla siebie i Róży. Jak co rano? Chciało mu się śmiać z tego sformułowania, podsuwanego mu przez umysł szukający w życiu rzeczy stałych. Oczywiście, kiedy tylko był w domu, Małym Portowym Mieście, wtedy szedł rano po bułki. Częściej go jednak nie było.
Nagle poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Obejrzał się zaskoczony. Kiedy podróżowali po świecie, fani czyhali na nich praktycznie za każdym rogiem, ale rodacy najczęściej dawali mu spokój. Teraz zobaczył przed sobą mężczyznę, chyba nieco od niego starszego.
- Bardzo się cieszę, że nasze miasto ma kogoś takiego, jak ty – wypalił tamten nagle, a Bohaterowi na moment opadła szczęka. – Chciałbym przekazać ci moje wyrazy uznania.
- Dziękuję – wyjąkał.

Jeszcze przed chwilą Jedynej życie wydawało się piękne. Zasiadła na tarasie letniego domku z rogalikami i kawą zbożową, żeby spokojnie, czytając gazetę, spożyć drugie śniadanie.
Niedawno go kupili, ona i Niedźwiedź. Domek, krył się w lesie, niewidoczny z drogi i prawie niewidoczny od strony morza. Było stąd blisko do Małego Portowego Miasta, a więc do cywilizacji. Spokojnie mogła wyskoczyć po zakupy na rowerze. Niedaleko miała też do Bohatera i jego studia. Tak więc, bez najmniejszego problemu mogła się z nim skontaktować, gdyby chciała, ale nie chciała. Niedługo znów ruszą w trasę i będą widzieli się aż za często. On natomiast nie mógł się skontaktować z nią. Owszem, jej domek był wyposażony w prąd i wodę, ale nie było tu telefonu. Jedyna mogła ukryć się w nim przed światem, odpocząć, wyspać się, pomyśleć, komponować, czy malować akwarele od tak, tylko dla siebie.
Tak było do niedawna. Właściwie jeszcze przed chwilą.
Teraz z przerażeniem wpatrywała się w zdjęcie wydrukowane w gazecie, a serce tłukło się jej w piersiach jak oszalałe.
To był jej dom, jej samotnia. Dziennikarze nie potrzebowali zbyt wiele czasu, żeby ją wytropić.
Właściwie, spodziewała się, że to prędzej, czy później się zdarzy. Miała jednak nadzieję, że później. Marzyła przy tym, żeby nie zdarzyło się nigdy. Tym czasem, to zdarzyło się stanowczo zbyt wcześnie!
Kiedy świat dopiero zaczynał wirować wokół niej i Bohatera, przyjaciele ją ostrzegali.
- Jeśli zostaniesz gwiazdą światowej sławy, będziesz musiała zapomnieć o prywatności.
Ona zbywała to machnięciem ręki. Do końca nie wierzyła, że naprawdę mogłoby jej się udać. Wydawało jej się też, że zdoła się w porę wycofać. Nie zdołała. Wszystko zdarzyło się zbyt szybko. Bohater chciał więcej i więcej. WMFF też. A jej sprawiało przyjemność stawanie przed wrzącym tłumem.
Teraz... Teraz chyba musiała pomyśleć o sprzedaży domku, zanim fani zaczną urządzać sobie pod niego pielgrzymki.

Jedyna stała na scenie. Miała na sobie jasne spodnie, białą bluzkę z żabotem i czarną kamizelkę. Teraz nie musiała być demonicznym uosobienie seksu. Mogła być po prostu sobą, spokojną marzycielką o duszy pełnej poetyckich wizji.
Owszem, po trasie Supernowej, miała dość nagrywana i koncertów. Mówiła, że prześpi cały tydzień. Stało się jednak inaczej.
Kiedy Bohater pisał utwory na ich kolejny wspólny krążek, który całkiem trafnie zatytułował „Włóczęga, czyli piosenki ze wszelkich miejsc, gdzie udało się je nagrać”, ona komponowała swoje własne utwory z tekstami w ich rodzinnym języku. Bardzo dawno tego nie robiła. I na początku nie traktowała tego poważnie. Tworzyła, żeby się od stresować, w czasie lotów nucąc do dyktafonu. W piosenki przelewała emocje, zmęczenie, irytację, tęsknotę za domem, potrzebę stabilizacji i bliskości.
Po powrocie do Zimnego Kraju stwierdziła, że bardziej, niż odpoczynku, potrzebuje kontaktu z prawdziwą sztuką i udowodnienia sobie, że jest prawdziwą artystką.
Owszem, miała świat u swoich stóp. To ona, nie Bohater, była podziwiana. Kiedy jednak miała nad sobą kolorowe światła, a za plecami fajerwerki, czuła, że nie jest na swoim miejscu. Wbita w obcisły, sceniczny kostium, zrobiony jakby ze skóry węża, była tylko aktorką w wizji Bohatera. To, że grała główną rolę, nie poprawiało jej nastroju. Jednak nie chciała grać, chciała być sobą. Teraz miała już taką pewność.
Zarejestrowała więc swoją kolejną solową płytę – „Ciągłe podróże”. Owszem, właściwie mogła komponować utwory dla Supernowej. Zdarzyło jej się to raz, czy dwa. Ale nie chciała. Musiała zrobić coś naprawdę swojego. Nie tylko komponowała i pisała teksty, znowu grała na klawiszach. Sama też, tylko z pomocą Zręcznego, zajęła się produkcją. Wcześniej, w zgiełku i pędzie ku sławie, nie miała czasu, żeby poeksperymentować i się tego nauczyć. Teraz nie musiała się śpieszyć, mogła realizować swoje wizje, po swojemu. Odmówiła WMFF nagrania płyty także w języku Ważnej Wyspy, to zbyt by jej się kojarzyło z Supernową.
Ruszyła w trasę po kraju. Zabrała ze sobą tylko takich muzyków, których lubiła, w tym Zręcznego i Wieloryba. No i oczywiście jej ukochany Niedźwiedź też z nimi grał. Jedyna nie potrafiła tego pojąć, ale teraz już nie wyobrażała sobie życia bez niego.

Znowu szykowali się do koncertów. To miało być zakończenie ich wielkiej, światowej trasy. A może i promocja nowego krążka, choć oficjalnie mówili, że zarejestrowana w podróży „Włóczęga” to taki projekt na boku i że nie zamierzają tej płyty promować. Mimo takiego podejścia, piosenka „Jak się masz” zdążyła już zostać letnim przebojem. Choć... Nie, plany były inne, a oni tylko nie chcieli zapeszyć. Mocarzowi i Bohaterowi marzył się zupełnie nowy spektakl, z inną scenografią, innymi kostiumami i innym doborem piosenek. Bohater chciał grać nowe utwory.
Niestety, zabiegi, żeby nie zapeszyć, okazały się daremne. Po wielu próbach, gdy wszyscy zgodnie stwierdzili, że program koncertu nie klei się kupy, Bohater musiał skapitulować. Nowy materiał w dużej mierze nie był wystarczająco żywiołowy, bo rozruszać publiczność.
- Zagrajmy wszystko tak, jak było – stwierdził.
W ramach oddechu świeżości zostały im tylko nowe scenografie i kostiumy. Jedyna wyszła na scenie w białych spodniach i obcisłej czarnej bluzce, a Bohater cały w czerni. Jego stroju dopełniał także czarny elastyczny bandaż na nadwyrężonym prawym nadgarstku i tego samego koloru opaska podtrzymująca zbyt długie włosy.

- Jak nastrój? – Róża z włączoną kamerą podeszła do stającej tuż za sceną Zwyciężczyni. Często nagrywała sceny zza kulis koncertów. Filmowała z boku nagrania teledysków i sesje zdjęciowe. Bohatera niezmiennie cieszyła dokumentacja ich szalonego życia.
Zwyciężczyni odjęła na moment butelkę piwo od ust.
- W porządku.
- Zaraz zaczynami! – krzyknął w tym samym momencie ktoś z obsługi technicznej.
Zwyciężczyni podciągnęła rajtuzy, wygładziła czerwoną mini spódniczkę. Jeszcze raz golnęła z butelki, potem odstawiła ją za rusztowanie podtrzymujące dekoracje. Podskoczyła, oparła się rękami na krawędzi podwyższenia z boku sceny. Podciągnęła się w górę. Raz jeszcze wygładziła szybkim ruchem mini, ustawiając się za swoim mikrofonem. W ułamek sekundy później opadł zasłaniający ją i innych muzyków materiał. Koncert się rozpoczął.
Róża filmowała teraz zza kulis plecy Jedynej.

Zatrzymali się na lotnisku przy stojaku z kartkami pocztowymi. Bohater przez chwilę zastanawiał się, które są ta tyle w dobrym guście, żeby podobały się jego matce i siostrze. Jedyna capnęła jedną z wierzchu.
- Czemu tak skromnie?
- Dla mamy, jak zawsze – odparła Jedyna nieco zdziwiona jego pytaniem.
- A do Niedźwiedzia nie napiszesz?
- No coś ty – parsknęła oburzona. – Do niego zadzwonię.
- Często gadacie.
- Czasem muszę porozmawiać z kimś normalnym – rzuciła lekko urażona.
Bohaterowi było łatwiej, dlatego pewnie nie rozumiał, że jego słowa ją ranią. Róża podróżowała razem z nim. Zresztą, ich perkusista, także zabrał z sobą w trasę dziewczynę – Solną. Wszyscy żyli razem, jak w rodzinie. Gadali, pili, grali w przeróżne gry. Jedyna czuła się jednak w tym gwarze samotna. Lubiła swoich towarzyszy podróży, ale nikt z nich nie był jej naprawdę bliski. Do nikogo nie mogła się przytulić. Czasem nie potrafiła już znieść patrzenia na szczęśliwych ludzi, którzy mieli przy sobie swoje drugie połowy.

W Ważnym Kraju wciąż nikt nie przejmował się kim byli, choć o dziwo bilety na ich koncert się sprzedały. Wszystko wskazywało jednak, że koncert się nie odbędzie.
Kilkadziesiąt kilometrów od celu utknęli w korku. Od kilku godzin stali w miejscu.
Udało im się dowiedzieć, że to strajk kierowców. Ale o co w tym strajku chodziło, tego już się nie dowiedzieli. Zresztą, czy miało to jakiekolwiek znaczenie?
Trafiali w różne miejsca, widzieli różne rzeczy. Jak choćby ofiary huraganu w Mocarstwie Drugiego Kontynentu. Wszędzie byli zbyt krótko, by przyjrzeć się lokalnym problemom i zrozumieć borykających się z nimi ludzi.
Mocarz przyniósł wiadomość, że strajkujący puszczają bokiem samochody z małymi dziećmi. Oni nie mieli z sobą dzieci, ale...
- Solna, usiądź na chwilę z przodu – zarządził Mocarz. – Niczemu się nie dziw i o nic nie pytaj.
Kobieta posłuchała go. Podniosła się z miejsca obok Bochna i jedną ręką podtrzymując okrągły brzuch ruszyła na przód autobusu. Była w ósmym miesiącu ciąży, z czego Bochen, ojciec dziecka, był bardzo dumny.
Zjechali na pobocze i powoli dotoczyli się do zapory.
Mocarz otworzył drzwi i miejscowym języku zawołał: - ona rodzi! Rodzi zaraz! – i wskazał ręką na Solną.
Kobieta uśmiechnęła się głupio do strajkujących. Ci jednak nie sprawdzali, czy faktycznie poród miał się już zaczynać, czy było do niego jeszcze trochę czasu. Przepuścili ich.

Po ostatnim koncercie, całą ekipą, świętowali. Byli już bardzo blisko domu, w Królestwie Wyspiarzy. Szampan lał się strumieniami.
- Wasza scena jest większa, niż ratusz w Małym Portowym Mieście – powiedział ktoś lekko podpity.
A następna będzie większa – pomyślał Bohater. Tamtej nocy wydawało mu się, że jest już blisko zostania najsławniejszym człowiekiem od muzykiem popularnej na całym świecie.

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...