Kejti's Factory - Opowiadanie

"Koń o fioletowych oczach"




Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Jak można jeździć na tak grubym koniu? – pomyślałam widząc go po raz pierwszy. Jak na swoich jedenaście lat byłam bardzo wysoka, ale jakoś nie potrafiłam sobie wyobrazić, że dam radę objąć go nogami. – To musi być bardzo niewygodne.
Był jasnogniadym wałachem, z szeroką łysiną i skarpetkami na obu tylnych nogach, niezbyt wysokim, ale szerokim. Na pewno wśród jego przodków znajdowały się konie zimnokrwiste. Pracował pod siodłem w klubie jeździeckim „Wiarus” w Warszawie na Żoliborzu, a oprócz tego, co wieczór zaprzęgnięty do beczkowozu wyruszał po wodę. Na imię miał Maciek.
Kiedy pierwszy raz mi go przydzielono, byłam przerażona. Ja na takim grubym koniu? Ja na nim nie usiedzę!
Zanim jednak mogłam spróbować na niego wsiąść, czekało mnie inne, równie trudne zadanie. Musiałam przeprowadzić go między drzewami, a rusztowaniem namiotu zarwanego przez wiatr w czasach, kiedy jeszcze nie znałam tego miejsca. Tamtędy prowadziła najkrótsza droga na ogrodzoną płotem z żerdzi ujeżdżalnię.
„Wiarus” nie był eleganckim klubem. Konie mieszkały w wojskowym namiocie. Brakowało bieżącej wody, prądu, czy jakiejkolwiek toalety, choćby sławojki. Właściciel klubu, pan Włodek, mieszkał w barakowozie obok swoich koni. Jedynym luksusem, jaki posiadał, był telewizor działający na akumulator samochodowy.
Maciek zaparł się nogami w ziemię i odmówił ruszenia z miejsca. Ciągnięcie za wodze nic nie pomagało, cofnął i lekko uniósł głowę, zacisnął szczęki.
Na szczęście zjawiła się pani Beata, wsunęła mu dłoń pod łokieć i popchnęła w przód. Poszedł.
Przy wsiadaniu stał spokojnie. Grzbiet miał faktycznie szeroki i siodło też, ale jakoś dało się wytrzymać. Ścisnęłam go łydkami i wtedy ruszył, ale nie stępa, a kłusem i to nie wzdłuż ogrodzenia, a kręcąc się w kółko, coraz szybciej i szybciej. Spróbowałam ściągnąć wodze, ale to nic nie pomogło. Dopiero pan Włodek musiał nas zatrzymać.
Pomyślałam wtedy, że na pewno nie polubię Maćka, ale udało mu się zdobyć moją sympatię, choćby tym, że miał chód dużo bardziej miękki od siwków Ranchery i Akryla, na których jeździłam do tej pory i to dzięki niemu kłus ćwiczebny przestał być katorgą.
Kiedy teraz o tym pomyślę, przypominam sobie, że miał wiele wad i nie bardzo wiem, czemu bardzo szybko stał się tym jednym jedynym, moim ulubieńcem, moją pierwszą końską miłością.
Był twardy w pysku. Zawieszał się na wodzach tak mocno, że po jeździe z trudem mogłam rozprostować palce. Rzucał głową. Nie zawsze chciał wykonywać polecenia. Kiedy szedł w zastępie pierwszy, nigdy mu się nie spieszyło i trudno było wykrzesać z niego choć odrobinę energii. Gdy jechaliśmy za czyimś ogonem, koniecznie chciał zaraz wyprzedzić i znaleźć się na początku.
Pamiętam jedną z jazd, już na małym kole, poza ogrodzonym terenem klubu. Stanowiło ono trzeci poziom edukacji w „Wiarusie” po lonży i ujeżdżalni. Dostałam od pana Włodka batem po rekach za chwytanie się siodła. Siłą rzeczy koniec bata trafił Maćka w łopatkę. Stanął dęba, a ja wyleciałam z siodła i przez moment leżałam na jego szyi, zanim kolejnym szybkim ruchem nie usadził mnie na nim z powrotem.
To na nim jednak wyjechałam po raz pierwszy na duże koło, pod koniec jazdy, tylko na dziesięć minut. Po dużym kole mogli jeździć tylko zaawansowani jeźdźcy, więc był to dla mnie moment nobilitacji. Maciek gnał wtedy przed siebie jak oszalały i właściwie nad nim nie panowałam. Trochę najadłam się wtedy strachu.
Powoli jednak udawało nam się dojść do porozumienia. Kiedy prosił o cukier, skubał wargami i wpychał swój ogromny pysk do mojej kieszeni, albo grzebał nogą i potrząsał głową, jak koń cyrkowy. Praca przy nim była przyjemnością. Wystarczyło powiedzieć: „teraz będziemy czyścić kopyta” i sam podnosił nogę. Nigdy też się nie wyrywał, spokojny i cierpliwy. Patrzył na mnie obracając w tył głowę. Skóra na szyi marszczyła mu się i zwijała w słodkie wałeczki.
Największe wrażenie robiły na mnie właśnie jego oczy. Nie były brązowych, jak u większości koni, ale wręcz fioletowe. Było w nich jakby pobłażanie dla młodych, nieudolnych jeźdźców, takich, jak ja i trudny do określenia dystans do świata.
Wędzidło brał bez oporów, za to osiodłać mi się go nigdy nie udało. Nie było w tym jednak ani jego, ani mojej winy. Po prostu siodło miał tak ciężkie, że nie mogłam podnieść go powyżej kolan. Tak jak większość kulbak jest opartych na drewnianej ramie, ta miała ramę metalową. Z przodu była dodatkowo wyposażona w dwa uchwyty, o które zawsze siniaczyłam sobie nogi anglezując. Z tyłu również wystawał metalowy pręt, którego zastosowania nigdy nie poznałam, a który uniemożliwiał położenie się na grzbiecie konia. Lubiłam to robić i robiłam zawsze w czasie stępowania po jeździe, nawet na nim, choć nie czując pod łopatkami pracującego w powolnym marszu zadu, nie miałam z tego takiej przyjemności.
Mówiłam do niego „Maciuchna”, „moja Maciuchna” i przytulała twarz do jego potężnej szyi.
Pamiętam minę pani Beaty, jej pobłażliwy, brzydki uśmiech, kiedy wyprowadzałam go ze stajni czwarty raz z rzędu. Pan Włodek z reguły kazał wsiadać na innego konia, niż poprzednio. W moim przypadku machnął na to ręką. Nie miałam zbytniego drygu do jazdy, ale kochałam konie, a zwłaszcza tego i chyba to zrozumiał. Nie miałam wtedy z czego być dumną, a jednak czułam się bezgranicznie szczęśliwa, tak, jakbym była najwspanialszym jeźdźcem na świecie. Obok mnie szło wielkie, poczciwe zwierze, które kochałam.
Lubiłam nie tylko jeździć na Maćku, ale nawet go prowadzić i czyścić. Lubiłam też na niego patrzeć.
Na nim nauczyłam się galopować – sama. Pan Włodek uważał, że zbyt słabo siedzę w siodle, żeby mógł mnie tego uczyć. Jeśli chodzi o resztę grupy, która ze mną zaczynała, nikt nie wytrzymał na kursie do końca. Zostałam sama na dużym kole z moim Maćkiem. Może nie miałam talentu, ale nie brakowało mi samozaparcia.
Poczytałam sobie trochę, jak się galopuje i spróbowałam zastosować książkową teorię w praktyce. Nikt mi nie przeszkodził. Jeźdźcom z dużego koła pan Włodek nie przyglądał się szczególnie uważnie.
Kręciłam wolty, a tuż przed wyjazdem na prostą biłam Maćka piętami po bokach. Oczywiście, że moje próby zagalopowania były nieudolne, ale w końcu zrozumiał, o co mi chodziło. Strzelił w powietrzu ogonem, jakby mnie ostrzegał: „teraz się trzymaj” i ruszyliśmy.
Wyhamowałam go chwilę później. Jeszcze bałam się przejeżdżać w takim pędzie między drzewami, a tych było pełno wokół i wewnątrz dużego koła. Zrobiliśmy tak naprawdę tylko kilka kroków galopem, ale dla mnie to i tak było niesamowite przeżycie.
- Jesteś cudowny – wyszeptałam poklepując go po szerokiej szyi. Ostry zapach końskiego potu uderzył mnie w twarz i wycisnął łzy z oczu. – Jesteś cudowny, Maciek. Byłam duma z siebie i z niego. Strach należał już do przeszłości, zostawało uczucie tryumfu - przeżyłam.
Po chwili znowu galopowaliśmy. Powtarzaliśmy zagalopowania tak długo, aż z boków Maćka nie zaczęła odrywać się piana, a ja nie obtarłam sobie do krwi pośladków.
Galopowanie właściwie było zabronione, jeśli się go wcześniej nie uczyło, ale pan Włodek powiedział tylko: „widzę, że mocniej siedzisz w siodle” i stwierdził, choć tego nigdy głośno nie powiedział, że już mnie uczyć nie musi, skoro sama się nauczyłam.
Nie zawsze jednak jeździłam sama. Pamiętam dziewczynę, była ode mnie dużo starsza, miała ciemne włosy do ramion. Na imię miała Kasia, jak ja. Dużo rozmawiałyśmy, głównie o koniach i o tym, co się nam przytrafiło w czasie jazdy.
Pamiętam pewien szary dzień. Był koniec zimy. Kiedy przyszłam na jazdę, ona już była, stała z panem Włodkiem przy namiocie, oparta o płot ujeżdżalni. Poza nimi nie było nikogo.
- Na czym chciałabyś dzisiaj jeździć? – zapytał pan Włodek na powitanie. Zdziwiłam się. Takie słowa można było usłyszeć z ust pani Beaty, ale nie jego. On pytał zwykle: „na czym ostatnio jeździłaś?”, a potem myślał chwilę zanim przydzielił jakiegoś innego konia niż poprzednio.
- Na Maćku – odpowiedziałam cicho.
- No tak. – Nie był zachwycony. – Ale koleżanka przyszła pierwsza, więc ona pierwsza wybierze. Na czym chciałabyś jeździć? – zwrócił się do niej.
Uśmiechnęła się znacząco. Wiedziała, jak bardzo mi zależy, żeby dosiąść właśnie Maćka. Mnie serce zamarło. Niech tylko nie wymieni tego imienia.
- Na Demoniaku – odpowiedziała, a ja mogłam odetchnąć. Znowu mieliśmy galopować. Maciek strzelał ogonem tak, jak zawsze, oznajmiając, że startujemy.
Nie zawsze jednak miałam tyle szczęścia. Kiedyś dostałam Maćka od pani Beaty, wyczyściłam go i z czyjąś pomocą osiodłałam, a kiedy szłam z nim na duże koło, pan Włodek mnie odwołał.
- Muszę pojechać po wodę – oznajmił. – Weź Demoniaka.
Wróciłam więc do stajni. Dobrze, że przypadł mi akurat Demoniak. Kiedy kręciłam w stępie pierwsze koło, Maciek ruszał w stronę mostu Grota-Roweckiego dziarskim kłusem, ciągnąc beczkowóz. Śledziłam go wzrokiem, ale szybko znikał mi za krzakami.
Na wiosnę znowu zrobiło się tłoczno. Nagle zaczęli zjawiać się ludzie z tak zwanych odjazdek, czyli przychodzący odrobić stracone z powodu deszczu godziny. Zimą nikt tego nie robił.
W „Wiarusie” nie było hali. A ze względu na zdrowie koni, w deszczu jazdy się nie odbywały.
Przychodzili też tacy, którzy chcieli po prostu raz się przejechać, a nie zapisywać na cały miesiąc, tak jak my byłyśmy zapisane.
Siedziałam z tą starszą dziewczyną na trawie poza ogrodzonym terenem klubu, patrzyłyśmy na konie pracujące na dużym kole. Był wśród nich Maciek, był też Demoniak – jej ulubieniec. Za naszymi plecami kłębiły się odjazdki. Ich było osiem, a wszystkich koni tylko siedem.
Obejrzałam się zaniepokojona. Moja znajoma mnie uspokoiła.
- My dostaniemy konie – wyjaśniła. – Jesteśmy przecież zapisane.
Pan Włodek krzyczał na tamte.
- Któreś muszą poczekać! Nie ma innego wyjścia!
- Ale aż godzinę... - marudziły.
- Przecież nie musicie jeździć dzisiaj – zdenerwował się.
- Ja mogę poczekać – w końcu zdecydowała któraś, żeby ratować sytuację.
- Będziesz czekać? – szturchnęła ją inna.
- Którego byś chciała dostać? – spytała moja towarzyszka.
- Pewnie, że Maćka – odpowiadałam. – A ty?
- Demoniaka.
Właściwie oba pytania nie miały sensu.
- Ja nie wiem, jak ty możesz lubić Maćka – dodała ona po chwili.
Wzruszyłam ramionami.
- Po prostu go lubię.
- Jest taki gruby i nigdy nie mogę sobie z nim poradzić – poskarżyła mi się. – Rzuca głową...
Tego jednak dnia los nie uśmiechnął się do nas. Mnie nie było nawet tak źle, przypadł mi Demoniak, którego też lubiłam, ona dostała Maćka. I faktycznie już przy stępie odmówił jej posłuszeństwa. Nagle zaczął się cofać unosząc głowę. Biła go piętami po bokach, ale koń nie zwracał na to uwagi. Nie wiem, czemu mnie nigdy nie robił takich numerów. Czyżby on też mnie lubił?
- Może się wymienimy? – zaproponowałam nieśmiało podjeżdżając do niej. Obawiałam się, co powie pan Włodek, kiedy zobaczy, co zrobiłyśmy, ale byłam gotowa zaryzykować, żeby dosiąść Maćka.
- Nie. Jakoś sobie poradzę – rzuciła wciąż próbując popchnąć konia w przód. Ona też się bała.
Spróbowała raz jeszcze i Maciek w końcu ruszył. Jechałyśmy razem w zastępie, ja prowadziłam. Na kole oprócz nas były jeszcze cztery odjazdki, jakoś doszły do porozumienia.
Po tym jednak, jak Maciek jeszcze parę razy powtórzył swój numer, w końcu zamieniłyśmy się na konie. A pan Włodek nie krzyczał. Udawał, że tego nie zauważył.
Czerwiec przyniósł upały. Konie zlewał pot, a jeźdźcy przyklejali się do siodeł. Zaczęłam jazdę sama na Maćku, po chwili dołączyła do mnie odjazdka na Akrylu, młodsza ode mnie, drobniutka dziewczyna o płomiennie rudych, kręconych włosach. Przez moment zastanawiałam się, jak sobie poradzi z tym ogromnym, krnąbrnym siwkiem, najbardziej złośliwym spośród wszystkich koni w klubie. Ja nad nim nie panowałam i jeszcze pięć lat miało minąć, zanim udało mi się zmusić go do galopu.
Jakoś jej pomogę – pomyślałam. – Pojedzie za ogonem Maćka.
Zaczęłyśmy właśnie kłusować, kiedy pan Włodek wyszedł na koło.
- Jedźcie nad Wisłę – oznajmił i jak byłam przekonana, dodał – do odwołania. Tam jest chłodniej. Maciek prowadzi.
Nad Wisłę jeździliśmy prawie zawsze, kiedy zebrała się większa grupa. Tuż za ogrodzeniem ujeżdżalni zjeżdżało się stromo opadającą w dół skarpą. Wyjeżdżało się podjazdem jeszcze bardziej stromym po przeciwnej stronie placu dawnego Wolumenu do którego „Wiarus” przytulał się bokiem, w pobliżu kortów tenisowych „Spójni”.
Na dole zawsze robiło się szalone rzeczy, nie dbając na zakazy. Galopowaliśmy tam nierównymi, krętymi drogami, wśród krzewów, nie raz nachylając się, żeby nie rozbić sobie głowy o jakąś gałąź.
Zjazd można było pokonać albo stępa, albo galopem, myśmy galopowały. Maciek strzelił ogonem, ja zabębniłam piętami po jego bokach. Krzyknęłam: „hea!” – to go pobudzało. Uderzenia w ziemię jego kopyt dudniły. Był ciężki i po rozpędzeniu nie mógł zatrzymać się w miejscu. Pognaliśmy do zakrętu, by tam pod kątem dziewięćdziesięciu stopni wypaść na najdłuższy prosty odcinek drogi i pogalopować dalej. Nawet Akryl się rozruszał, choć on rzadko wychodził poza wyciągniętego kłusa.
Dojechałyśmy do końca i trasy zawróciłyśmy.
- Miało być do odwołania – oznajmiłam.
- Tak – zgodziła się ze mną rudowłosa dziewczynka.
Gdzie myśmy wtedy nie były. Pojechałyśmy trochę dalej w prawo, niż zwykle się jeździło i trochę dalej w lewo. Pokonałyśmy zwyczajną trasę boczną, wąską ścieżką, na której gałęzie krzewów smagały konie po bokach. Trochę galopowałyśmy, trochę stępowałyśmy jadąc obok siebie i rozmawiając o koniach, bo o czym innym.
Akryl raz ją poniósł. Właśnie od wyższego zjazdu jechałyśmy do niższego i nawet chyba nie miałyśmy zamiaru galopować. Ale pies wyskoczył Akrylowi pod nogi i koń nagle zerwał się do biegu. Ją rzuciło po siodle.
Spadnie – pomyślałam i przez chwilę naprawdę się bałam. Ona była przecież taka młoda. Na szczęście siwek sam się po chwili zatrzymał. Akryl nigdy nie przemęczał się bez potrzeby.
- Jak myślisz, minęła już godzina? – zastanowiła się rudowłosa.
- Chyba tak. Jeszcze jeden zwrot i wyjeżdżamy – zdecydowałam. Tak też zrobiłyśmy.
Kiedy wprowadzałyśmy konie na teren klubu, pana Włodka na nasze szczęście nie było. Od mamy dowiadywałam się, że się o nas martwił, podejrzewał że mogłyśmy mieć wypadek. Mówiłam, że przecież powiedział „do odwołania”, ale tego jakoś nikt oprócz mnie nie usłyszał.
Podobno pani Beata wskoczyła bez siodła na Pipi i pojechała nas szukać, a kiedy zobaczyła, że obie żyjemy, zawróciła.
Tego dnia szybko wykonałam wszystkie czynności przy koniu. Niezbyt dokładnie przetarłam mu mokry od potu grzbiet wiechciem słomy i wymknęłam się z klubu.
Gdy szłam w stronę dużego koła, do autobusu, słyszałam jak pan Włodek krzyczy na tamtą dziewczynę.
- Ja nie powiedziałem „do odwołania”!
Śmiałam się w duchu, ale tydzień później mnie też się dostało, chociaż nie krzyczał już, a tylko perswadował podniesionym głosem:
- Martwiliśmy się, że coś się wam stało. Zrozum. Ja za was odpowiadam.
Przez tych parę dni na szczęście emocje opadły.
Najlepiej jednak pamiętam moją ostatnią jazdę przed wakacjami tego roku.
Kiedy przyszłam, Maciek był już przydzielony jakiemuś dorosłemu mężczyźnie. Poczułam się zawiedziona. Na szczęście Demoniak był jeszcze wolny. Wyjechaliśmy na koło w piątkę, albo w szóstkę. Reszta to były dziewczyny mniej więcej w moim wieku, odjazdki.
Jazdę z dorosłym zawsze traktowałam jak wyzwanie. Odczuwałam potrzebę zaprezentowania się jak najlepiej, zaszpanowania, pokazania – jestem młoda, ale coś potrafię. Galopowałam ile się tylko dało w poprzek koła, w tą i z powrotem. Ścigałam się z innymi końmi. Demoniakowi, który kiedyś biegał na Służewcu, podobało się to. Lubił galopować tak samo, jak ja.
Tego dnia udało nam się wszystko. Nie było się czego wstydzić. Prezentowaliśmy się naprawdę nieźle, a na pewno lepiej, niż ten potężny, może nieco przygruby mężczyzna na moim Maćku, używający zamiast palcata ciasno zwiniętej w rulon gazety.
Pojechaliśmy też wtedy nad Wisłę i na parę minut ukryliśmy się w przyjemnym chłodzie bijącym od strony rzeki. Gałęzie drzew i krzewów rzucały wyraźne, ruchliwe cienie na drogę. Wiał lekki, prawie nie dostrzegalny wietrzyk. Mężczyzna prowadził, ja jechałam ostatnia. Maciek szedł charakterystyczny dla niego chodem, czymś pomiędzy stępem, a kłusem. Demoniak tracił rytm raz przyspieszając i wpadając na zad konia jadącego przed nim, raz zwalniając i zostając w tyle. Pod górę, w drodze powrotnej na duże koło, ścigaliśmy się w wyciągniętym kłusie. Nie wygrałam, ale nie byłam też ostatnia.
Niewiele jednak uwagi poświęcałam Demoniakowi i swoim osiągnięciom. Patrzyłam na Maćka jak kręcił wolty, jak tańczył w promieniach słońca. Sierść lśniła mu od potu. Wysoko unosił duży. Podrzucał na czole gęstą, nieco sfilcowaną grzywkę. Był silny. Był piękny.
Na pierwszą jazdę w nowym roku szkolnym przyszłam prawie o godzinę za wcześnie. Tak mi przyjechał autobus, wtedy 118-tki jeździły rzadko, mniej więcej co pół godziny.
Wszystkie konie były na kole, wszystkie oprócz Maćka. Boczne ściany namiotu rozpięto i podwiązano do góry, tak, że mogłam go zobaczyć. Stał na swoim miejscu, z brzegu, po stronie ujeżdżalni. Pomyślałam, że zapytam pana Włodka, czy nie mogłabym wziąć Maćka i zacząć wcześniej, ale najpierw poszłam się z nim przywitać.
Obcięto mu jego śliczną, gęstą grzywę charakterystycznie dla koni zimnokrwistych opadającą na obie strony szyi. Wyglądał dziwnie, jakoś dziko i niepokojąco.
Nie była to jednak wina grzywy. Chciałam go pogłaskać po pysku, ale mi nie pozwolił. Cofnął głowę, położył po sobie uszy i pokazał zęby. Wtedy zobaczyłam jego oczy, to jak bardzo się zmienił. Stały się przekrwione, dzikie i złe. Dystans i pobłażliwość zniknęły. Wyparło je cierpienie.
Nie zapytałam, czy mogę go dosiąść, zabrakło mi odwagi.
Później dowiedziałam się, że miał wypadek. Pewnej letniej nocy uciekł ze stajni. Potrafił zdejmować sobie kantar. Zaplątał tylne nogi w sznury od namiotu. Szarpał się i zaciągnął go tak mocno, że odciął sobie dopływ krwi. Nikt w nocy nie zauważył jego rozpaczliwej walki, nikt nie usłyszał hałasu, jaki robił. Został tak do rana. To spowodowało martwicę.
Pan Włodek próbował go leczyć, ale choć mijał tydzień po tygodniu stan Maćka właściwie się nie zmieniał.
- Musimy czekać – mówił pan Włodek, więc czekałam.
Do Maćka zaglądałam zawsze przed jazdą. Miałam dla niego kostkę cukru i dobre słowo. Grzebał przednią nogą jak dawniej i wpychał mi pysk do kieszeni, a skóra na jego szyi marszczyła się zwijając w słodkie wałeczki. Trochę przytył.
Zarzucałam mu ramię na kłąb, przytulając go, jak przytula się człowieka. Na dłoniach i ubraniu zostawały ślady brudu. Skoro nie pracował, nie był też zbyt często szczotkowany.
Myłam potem ręce pod zimną wodą z pompy pociągając nosem. Pan Włodek musiał doprowadzić wodę na teren klubu, teraz, kiedy nie miał kto ciągnąć beczkowozu.
Przez jesień i zimę Maciek stał w stajni i czasem tylko wystawiał głowę przez okienko, patrząc na pracujące na dużym kole konie. Wiosną chodził wolno, pasąc się gdzie tylko miał ochotę. Nawet na noc już go nie wiązano.
Myślałam – może nie będzie pracował, ale pozwolą mu zostać, aż do naturalnej śmierci. Czas płynął.
Maciek czuł się nieźle. Pamiętam jak galopował pod rusztowaniem zerwanego namiotu. Przed nim biegł Dino, ogromny, czarny, kudłaty, miejscowy pies o wiecznie uśmiechniętym pysku i japońska kurka, których było tu trochę. Miały kurnik zrobiony z rozbitego malucha, choć wolały sypiać pod powałą namiotu, nad końmi.
Widząc razem tych troje znów miałam nadzieję. To był taki piękny obrazek. Mimo to, zaczęłam wtedy mówić o śmierci, tak jakbym się na nią przygotowywała.
Jednocześnie tłumaczyłam sobie, że nie może być z Maćkiem aż tak źle, skoro jego prawdziwy właściciel chce zabrać go z powrotem do siebie. Takie chodziły po klubie plotki wśród starszych dziewczyn. Podobno Maciek nie należał do pana Włodka. Nigdy jednak nie dowiedziałam się, czy była to prawda.
Kiedy wróciłam do klubu po kolejnych wakacjach, już jako siódmoklasistka Maciek czekał na mnie. Pasł się pod drzewem na środku małego koła. Zrobiłam mu wtedy parę zdjęć.
Nie wyszły najlepiej. Aparat dostałam na trzynaste urodziny i jeszcze nie umiałam się nim zbyt dobrze posługiwać. Nie przejęłam się jednak. Byłam przekonana, że zrobię mu ich jeszcze dużo.
W niewiele czasu później, kiedy przyszłam na jazdę, pan Włodek popatrzył na mnie uważnie, podrapał się w spieczoną na słońcu łysinę i powiedział:
- Weź Maćka.
Serce skoczyło mi w piersi. Jednak! Udało się! Będzie żył! Będziemy galopować!
- Albo nie – zmienił zdanie. - Zapomniałem. Dawno nie chodził. Muszę go najpierw na nowo ujeździć. Zrobię to w sobotę. Weź Demoniaka.
Trudno, poczekam do soboty – pomyślałam. Ogarnął mnie spokój. Odetchnęłam głęboko. Było warto czekać.
Jednak przychodząc na kolejną jazdę zastałam w stajni puste miejsce. Nie musiałam pytać. Wiedziałam, co się stało. Wiedziałam, że to nie żaden właściciel. Wiedziałam, nawet zanim dotarły do mnie podsłuchane gdzieś słowa: „Nogi mu się podwijały. Nie mógł chodzić ani pod siodłem, ani nawet w zaprzęgu”.
Nie płakałam. Nie wiem dlaczego. Może w jakiś podświadomy sposób przygotowałam się na to, co się stało, a może w tamtych czasach nie umiałam płakać. Idąc z mamą przez duże koło do przystanku mówiłam jakieś banały związane z jazdą, jakby nic się nie stało. Może nie chciałam uwierzyć, że to prawda, że go już nie ma? Nie wiem.
Jednak teraz, gdy o nim opowiadam, łamie mi się głos. Został mi sentyment do masywnych, niezbyt wysokich koni. Maniakalnie zbieram wszelkie walające się po padokach sznurki, żeby już żaden więcej koń się nie zaplątał. Mam też cichą nadzieję, że jeszcze kiedyś, jakiś koń o fioletowych oczach spojrzy na mnie z takim pobłażaniem.

14.04.2016 – Warszawa







Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...