Kejti's Factory - Opowiadanie

"Nie dogonię was

czyli Dzieje Eryka i Bandy Sztywniaka"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

1. Koniec

- Czasami mam sen. Biegnę. Moje nogi są takie sprawne, takie mocne, sprężyście odbijają się od ziemi. Po prostu biegnę. Tylko na tym się koncentruję. Jeden krok, drugi. Moje nogi są naprawdę wspaniałe, tak elastyczne, jak nogi kota. Powoli zaczynam rozumieć, dokąd tak pędzę. Widzę ludzi, widzę ruszający pociąg. Muszę skoczyć. Koncentruję się tylko na swoich nogach. One mogą zrobić wszystko. Jestem skupiony. Moje mięśnie napinają się do granic możliwości, nie zawiodą. Skaczę. Pewnie trafiam na stopień. Odwracam się i unoszę ręce w tryumfalnym geście, wiem, że wygrałem zakład. Pociąg przyspiesza, a ja przecież muszę jeszcze z niego wyskoczyć. Tracę równowagę. Podskakuję jakoś dziwacznie i nie wiem, czy robię to, żeby wyskoczyć, czy żeby znowu złapać równowagę. Jedna z moich stóp nie znajduje oparcia i lecę w dół. Lecę w ciemność, a łoskot kół pociągu rozdziera moje uszy, wypełnia całą moją głowę. Potem powoli cichnie, a ja zostaję zupełnie sam. Nawet nie czuję bólu. Widzę krew, dużo krwi. Zaczynam się bać. To moja krew. Moja noga leży na szynach. To się kiedyś wydarzyło. Budzę się w środku nocy zlany potem i krzyczę. Kiedy zasypiam, sen znowu powraca i mogę spróbować jeszcze raz. Skaczę, skaczę i skaczę. Zawsze lecę w dół. Czasami zastanawiam się, czy to w ogóle było możliwe, czy naprawdę mógłbym wyjść z tego cało? Czasami zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nigdy nie spróbował. Ale nie wiem. Na pewno byłoby prostsze. Tylko tego jestem pewny. Chociaż, kiedy próbuję po raz kolejny i znowu przegrywam, zaczyna mi się wydawać, że taki los był mi po prostu pisanym, taki los bez żadnej nadziei na lepszą przyszłość.

Za ciężką, brązowoburą kotarą było ciemno i duszno. Wcale się do tego nie przyzwyczaił, choć kiedyś wydawało mu się, że tak było. Beznamiętnie spoglądał na plątaninę kabli podobnych do jadowitych węży. Butelka jeszcze nie była pusta. Podniósł ją do ust i zaczął pić przejrzysty, kryształowy płyn. Otrząsnął się potem, otarł usta wierzchem dłoni. Lekko kręciło mu się w głowie, a kable pęczniały coraz bardziej mu wrogie. Gniew narastał i rozsadzał go.
Jak miał nie być zły? To on stworzył Nawiedzonych. To on sprawił, że ludzie mówili o nich jako o tajemniczym zjawisku. Dzięki niemu wreszcie ruszyli w trasę. Ostatnimi czasy jednak w zespole coraz częściej mówiło się, że był dla nich ciężarem.
Gdzie znajdą drugiego takiego gitarzystę? - pytał sam siebie rozgniewany. Wiedział, że był dobry, że był niezastąpiony.
- Niektórzy uważają, że gramy z playbacku... - zaczął swój tekst wstępny Wyjec. Stał po przeciwnej stronie kotary, twarzą do widowni.
On zazdrościł Wyjcowi. Myślał o tym, że nigdy nie znajdzie się na scenie, że na wieki pozostanie uwięziony za kotarą. Nawiasem mówiąc, to on napisał ten tekst, który Wyjec właśnie wygłaszał.
- ...ale to nie prawda. Jeżeli jednak nie zgadza wam się ilość instrumentów, które widzicie i które słyszycie, wszystko to dlatego, że tam, za kotarą, trzymamy naszego gitarzystę.
Gwałtownie sięgnął po instrument.
- Hej! Odezwij się! - zawołała słodkim głosem Gina.
Zagrał jakąś chrapliwą solówkę, tak, żeby się od niego odczepili.
- Powiedź im, dlaczego go tam trzymamy.
- Nasz gitarzysta nie wygląda najlepiej - wyjaśnił Wyjec. - A my nie chcemy zostać wygwizdani, zanim zaczniemy grać.
- No, dosyć już. Zaczynamy. - Gina udała zniecierpliwienie.
Zaczęła śpiewać pierwszy utwór, on, upiór zza kotary, grał, chodź dziś palce nie trafiały na progi. Myślał o Ginie. Stała tam w wąskiej mini spódnicy, na gigantycznych obcasach. Na twarzy miała ostry makijaż, którego nie znosił. Ciemne, naturalnie kręcone włosy upięła jakoś tak dziwacznie i bałaganiarsko, tego też nie lubił, ale nie mógł nie przyznać, że była piękna. Była, a on ją kochał, kochał do szaleństwa. Kiedy wyjeżdżali w trasę, była jego dziewczyną, ale już wtedy coś się nie układało. To była jakaś impreza. Widział ją jak krążyła pomiędzy chłopakami, jak obejmowała ich za szyję smukłymi, bladymi ramionami. Jemu chodziły szczęki. Potem zaczęła rozpowiadać, że nie był w stanie jej zadowolić. „Biedny kaleka” – mówiła. - „Robię to z nim tylko z litości”. Przespała się chyba już ze wszystkimi chłopakami w zespole, oprócz tego rudego dziwaka, który mówił z obcym akcentem.
Niezbyt dobrze znał zespół, on się tym nie zajmował. Wyjec werbował ludzi, Wyjec załatwiał koncerty, on komponował i pisał teksty, on wymyślał scenariusze koncertów. Może dlatego cała banda ciągnących się za Wyjcem ludzi nie zdawała sobie sprawy, że był im potrzebny.
Następny utwór. On go napisał, on napisał większość piosenek dla tego zespołu. To był jego zespół. Powinien być szefem, a nie ciężarem. „Moglibyśmy pozbyć się Eryka” – niedawno usłyszał coś takiego. „Sam zrezygnuje. Dajcie mu spokój. To biedny kaleka.” - Wyjec też tak mówił.
Tego było już za wiele. Był tu szefem. Chciał patrzeć w twarze widowni. Odstawił gitarę. Szybko wykręcił wózek. Odgarnął kotarę i wyjechał na scenę.
- Koniec z tym, Wyjec! - oznajmił gniewnie. - Koniec z kotarą! Koniec z udawaniem! To ja! Tajemniczy gitarzysta! - Tańczył przed nimi na tylnych kołach.
- Uspokój się - syknął Wyjec, rosły blondyn o twarzy kiczowatej lalki.
Gina rzuciła na nich niepewne spojrzenie, ale nie przestała śpiewać. Ludzie zebrani w klubie gwizdali.
- Nie! Koniec z tym! To mój zespół! Mój występ! - Był pijany.
Wyjec nie myślał długo, jak się go pozbyć. Chwycił za poręcze wózka i wypchnął go ze sceny, żegnając jeszcze kopniakiem. Eryk nie miał jak się obronić. Runął w dół z trzech schodków i wylądował na podłodze. Nie poruszył się nawet. Leżał i cierpiał, tego teraz chciał. Myślał, tylko o tym jak bardzo był nieszczęśliwy, a alkohol krążący w jego żyłach nie pozwalał zrodzić się innym, bardziej sensownym myślom.

- Nic ci nie jest? - Jego pleców dotknęły delikatne dłonie dziewczyny.
Gina - pomyślał, ale to nie był jej głos.
- Wszystko w porządku? - Dopominała się informacji, więc z trudem wykręcił głowę, by na nią spojrzeć. Miała spokojną, bardzo ładną twarz, niebieskie oczy i długie, proste włosy, tak jasne jak dojrzałe zborze. Bardziej przypominała dobrego ducha, niż dziewczynę. Nie była nim jednak. Znał ją z widzenia. Śpiewała w chórku.
- Mary - wyszeptał.
Uśmiechnęła się.
- Dlaczego ty? - spytał.
- Dlaczego nie? Niczego sobie nie zrobiłeś?
Tego jeszcze nie wiedział. Dźwignął się na rękach i usiadł, choć to wcale nie było takie proste. Nieźle kręciło mu się w głowie. Z nienawiścią spojrzał na swoje nogi. Prawa kończyła się tuż za kolanem. Do niej nawet nie miał żalu. Kikut, bo kikut, ale była mu posłuszna. Druga była cała, ale to jej właśnie nienawidził. Była cała, tylko, że prawie zupełnie bezwładna nie słuchała go.
Mary podniosła się i przystawiła mu wózek.
- Poradzisz sobie?
Nie odpowiedział, tylko zagryzł zęby i wciągnął się na górę.
- Lepiej będzie jeżeli stąd pójdziemy. Dzisiaj już nie pokazujmy się Wyjcowi.
- Tak - przyznał niewyraźnie i pozwolił zabrać się do pokoju zajmowanego przez dziewczyny. Powoli odpływał do krainy snów. Za dużo wypił, stanowczo za dużo.
Był już zupełnie nieprzytomny, gdy Mary ulokowała go w łóżku, które zajmowała wspólnie z Lilly. Miała praktykę z takim przypadkami. Ściągnęła z niego spodnie i w chwilę później zaczęła tego żałować. Jej oczom ukazał się kikut o obłym kształcie i ta druga noga naznaczona głębokimi bliznami. Zadrżała i szybko przykryła go po samą szyję. Potem stanęła nad nim i przyglądała się jego chudej, pociągłej twarzy. Nie był przystojny, choć jej coś się w nim podobało. Oczy miał teraz zamknięte, ale wiedziała, że były szare, szare i smutne. Cała jego twarz była smutna. Włosy miał dosyć długie, nierówne, ciemnorude, prawie wiśniowe. Dlaczego go tu ściągnęła? Dlaczego z jego powodu zbiegła ze sceny? Chciała go lepiej poznać. Była ciekawa, jaki był. Słyszała o nim od Giny wiele złych rzeczy i jakoś nie mogła w nie uwierzyć. Bardziej przekonywała ją jego smutna twarz, niż wszystkie złe słowa.
- Śpij, pijaku. - Uśmiechnęła się do siebie. - Nie pije się bez powodu. - Sama zbyt dobrze o tym wiedziała. Zwinęła się na łóżku Giny. Ona nigdy z niego nie korzystała, zawsze znalazł się jakiś chłopak, który przyjął ją do siebie na noc.

Obudził się koło południa z potwornym bólem głowy i zmrużonymi oczami zaczął szukać jasnowłosej dziewczyny. Była. Leżała w ubraniu, skulona w rogu drugiego łóżka. Wyglądała, jakby była bardzo smutna, albo przestraszona. Zareagowała na jego ruch. Wyprostowała się. W jej błękitnych oczach czaił się strach. Może żałowała, że go tam ściągnęła.
- Czyje to łóżko? – spytał, przyciskając dłonie do skroni, jakby myślał, że to coś pomoże.
- Moje i Lilly. - Głos dziewczyny rozdarł powietrze, jak wystrzał artyleryjski. Potem nastała chwila ciszy. - Pamiętasz to, co wczoraj zrobiłeś? - Znowu ten łoskot.
- Tak - odpowiedział nie zupełnie pewnie. - Nawet nie żałuje. - Usiadł i zepchnął ręką swoją lewą nogę na ziemię. Czuł się jak zupełny wrak. - Dlaczego? - spytał podnosząc głowę i patrząc Mary w twarz.
Dziewczyna cofnęła się przestraszona.
- Co dlaczego?
- Dlaczego mi pomogłaś?
- Bo nikt inny by tego nie zrobił. – Taka była potworna prawda. - No i z ciekawości. Wiele słyszałam od Giny. Wiele złych rzeczy. Chciałam sprawdzić, czy są prawdziwe. Czy ona mówi prawdę? - Na koniec zadała nieśmiałe pytanie.
- Pewnie tak. - Wzruszył ramionami. - Skąd mogę wiedzieć, jaki jestem w łóżku.
Patrzyła na niego i czuła jak narasta w niej współczucie. Było jej go żal. Zdawała sobie sprawę, że były to złe uczucia, ale w myślach potrafiła powiedzieć tylko: „biedak”.
- Mam dosyć tej farsy - oznajmił sięgając po spodnie. Mary lekko drżały wargi, gdy patrzyła jak wbija swoją bezwładną nogę w ich wąską nogawkę. - Dzisiaj rozstaje się z Wyjcem. Staniesz po mojej stronie? Jeśli nie, to może po prostu zniknę. Tak będzie chyba lepiej.
- Tak - odpowiedziała myśląc: „biedak potrzebuje pomocy.” Gdyby wiedział, że tak myślała, na pewno by jej o to nie poprosił.

Wyjca wraz z resztą zespołu znaleźli na parkingu przy furgonetce.
- Pijak się wyspał? - powitał ich niezbyt życzliwie. - Mary, jak ci z nim było? Nie zapomniał, co się robi z dziewczyną?
Mary zwiesiła tylko głowę.
- Możesz sobie darować - podsumował jego wysiłki Eryk. - Chcę z tobą pogadać o zespole. Gdybyś zapomniał, jest mój.
- Już nie. - Wyjec uśmiechnął się, odsłaniając swoje potężne białe zęby. - Ty zostajesz, a my jedziemy dalej. Rozumiesz.
- Kto tak postanowił? A może ty zastaniesz? - Blefował.
- Wszyscy tak postanowili.
- Kto pójdzie ze mną? - spytał stanowczo.
Nagle zapadła cisza.
- Ja - wydusiła Mary tylko dlatego, że obiecała.
Czarnowłosa Lilly zmierzyła ją złym wzrokiem, jakby chciała powiedzieć: „Byłyśmy przyjaciółkami, ale przeholowałaś, ja jadę dalej w trasę i bez ciebie.”
Mary spojrzeniem przepraszała nie tylko Lilly, ale i cały świat.
- Niezły masz zespół - skomentował to Wyjec.
- Ma jeszcze basistę - oznajmił pewnie rudowłosy Mats.
To Wyjca nieco zaskoczyło. Znowu zapanowała chwila ciszy, w czasie której obrzucali się tylko spojrzeniami. Mats szukał kogoś, kto jeszcze by go poparł, ale nie znalazł się nikt.
Oczy Wyjca rozjaśniał błysk tryumfu.
- Dobra, nie wygłupiajcie się. - Eryk w końcu tego nie wytrzymał. - Jedźcie wszyscy. Jeszcze dogadacie się z Wyjcem.
- Skoro powiedziałem, że jestem po twojej stronie, to jestem - zaprotestował Mats. - Ja też zostaję.
- Mam nadzieję, że już się nie spotkamy - pożegnał się Wyjec.
- Spotkamy się - oznajmił Eryk twardo, choć sam w to nie wierzył. Myśl o zemście była jednak słodka. Gdyby mógł zorganizować następny zespół, napisać przebój i stanąć na scenie, Wyjec czułby się fatalnie. Gdyby mógł zabłysnąć… Ale nie mógł. Był tylko biednym upiórem zza kotary. - Dzisiaj też jeszcze nie skończyliśmy. Najpierw oddasz nam nasz sprzęt i naszą część forsy.
Niestety to zrobić musiał. Potężny perkusista, o nie dogolonej twarzy zbrodniarza, wyładował z furgonetki dwie gitary elektryczne, nienajlepsze z resztą, bas i wzmacniacz.
- Wszystko?
- Nie. - Eryk mimo, że przegrał, wiedział, że nie wolno uciekać z podkulonym ogonem. Chciał wyciągnąć z Wyjca jak najwięcej. - Jeszcze sceniczne ciuchy Mary.
- Ciuchy dziewczyn są wspólne - przypomniał Wyjec.
- Więc Mary należy się jedna trzecia.
Blondynka kucnęła i zaczęła wybierać z wielkiej walizki swoje fatałaszki. Nie miała ich do czego schować i musiała tulić je w ramionach. Cała operacja nie trwała długo. Już w chwilę później jedna z dziewczyn rzuciła się na nią z okrzykiem: „to moje” i po paru minutach cały chórek kłębił się wydzierając z walizki przeróżne ubranka. Jeszcze tylko Gina stała dumnie wyprostowana. Jako solistka miała własną walizkę.
Eryk patrzył na nią. Nie stając po jego stronie, po raz pierwszy otwarcie przyznawała, że nie są już razem. Teraz była z Wyjcem. Nawet rozumiał jej wybór. Czy warto było zostawać z biednym kaleką? Jak zawsze była mocno umalowana. Miała na sobie niegustowny strój. Była prawdziwą dziewczyną spod ciemnej gwiazdy. Powiedziała o nim wiele złych rzeczy. Złamała wiele obietnic. Wciąż ją jednak kochał. Wyjec był kiedyś jego przyjacielem. Kiedyś. Teraz go nienawidził. Ginę nie potrafił nienawidzić. Kobieta to tylko kobieta, przyjaciel to zupełnie co innego.
- To mój stanik! – syknęła Gina. – Chciałaś mi go ukraść, ty mała suko.
- Nie. On jest mój.
- Kłamiesz - Gina rzuciła się na Mary. Ona także nie umiała zachować się godnie. Wczepiły sobie palce we włosy i poturlały razem po asfalcie. Gryzły, drapały, wierzgały nie uznając żadnych zasad i to walcząc tylko o stanik. Eryk nawet nie wiedział po której stronie powinien stanąć, bo jego serce wciąż kibicowało Ginie.
Już wydawało się, że Mary zwycięży. Schwyciła swą przeciwniczkę za włosy i wygięła jej głowę w tył. Gina zawyła z bólu, zdołała jednak złapać ją za nadgarstek i szybkim ruchem wykręciła Mery rękę. Blondynka jęcząc cicho osunęła się na ziemię. Spróbowała się poderwać i wtedy długie paznokcie Giny przeorały jej policzek.
Mary przegrała. - Eryk to też zrozumiał. Poczuł, że powinien coś zrobić, jakoś przerwać to chore przedstawienie. Ale nic nie mógł zrobić. Był więźniem swoich czterech kółek. Na szczęście był jeszcze Mats. Gdy ręka Giny miała spaść ponownie i pogłębić szramy na policzku blondynki, schwycił ją za włosy i podniósł, stawiając na nogi. Mary zebrała szybko swoje rzeczy i wycofała się za Eryka.
Mats krótko jednak tryumfował. Pięść Wyjca pięknie dopasowała się do jego oka i rudzielec runął jak długi. Teraz oni tarzali się po parkingu, grzmocąc się pięściami. Mats był szybki, był zwinny, równy wagowo swojemu ociężałemu przeciwnikowi, a jednak złość drzemiąca w Wyjcu w połączeniu z siłą wzięła górę nad tymi atutami.
Eryk tylko patrzył. Inni walczyli. Inni cierpieli za niego. On mógł tylko patrzeć. Mógł powiedzieć: „przecież was o to nie prosiłem, nie o aż tak wiele.” Widział siebie jako biednego kalekę porwanego przez wir zdarzeń.
Wyjec usiadł na brzuchu rudzielca. Eryk spostrzegał jego pięść spadającą w dół z potworną siłą.
Mats zaraz straci zęby – przebiegło mu przez głowę. Nie mógł tego tak zostawić, skoro sam wszystko zaczął. Nie myślał nad tym posunięciem. Po prostu schwycił gitarę i zadał cios. Gryf złamał się, a instrument wydał z siebie przeciągły jęk. Wyjec osunął się na bok i już nie wstał. Wszyscy byli zaskoczeni, ale chyba sam Eryk najbardziej. Przez chwilę trwali w bezruchu. W końcu Mats wstał z pewnym trudem i ładując Erykowi na kolana wzmacniacz, wyszeptał: „zmywamy się stąd”. Zrobili to najszybciej, jak się dało.

Zniknąć to jedna rzecz, trzeba było znaleźć jeszcze jakieś miejsce, w którym można by się było zatrzymać. Kluczyli ulicami małego, obcego miasta omiatani niechętnymi spojrzeniami tubylców. Mats objął Mary ramieniem, a ona płakała cicho zgięta w pół. Włosy spadały jej na twarz. Skąd on się wziął, ten Mats i dlaczego tam był? Dzień wcześniej ani Mary, ani Eryk nic go nie obchodzili, a teraz powiedział: „zostaję”. Może czegoś chciał, może już wtedy o czymś wiedział, a raczej marzył, a może robił to tylko z wpojonego mu poczucia uczciwości. Był zły, chyba tak jak i oni wszyscy, ale nie dawał tego po sobie poznać. „Wszystko będzie w porządku” - mówił cicho, by uspokoić Mary, gdy siniec wokół jego oka stawał się coraz ciemniejszy, a skóra pulsowała z bólu.
W końcu znaleźli się przed jakimś małym motelem. Wiedzieli, że muszą wszystko załatwić w miarę tanio. Ustalili, że mogliby nawet wykupić tylko jedno miejsce. Przecież by się zmieścili. Zawsze jest jeszcze podłoga.
- No to idę spróbować - rzucił Mats. - Możecie trzymać za mnie kciuki. - Jeszcze nawet próbował żartować.
W recepcji popijała kawę senna, nie młoda już kobieta.
- Chciałbym wynająć pokój.
Kobieta podniosła głowę i popatrzyła na niego przez chwilę lekko osłupiała. Rzadko zjawiali się tacy goście. Czy w ogóle powinna z nim rozmawiać? Mógł być nieobliczalnym łobuzem.
- Nie mamy wolnych pokoi - odpowiedziała z ulgą, bo mogła powiedzieć prawdę.
- Ale tam wisi jeden klucz.
Kobieta obejrzała się.
- Tak, ale tego pokoju nie mogę wynająć. Tam nie ma prądu.
- Mnie to nie przeszkadza - oznajmił Mats. - Z resztą, to tylko na jedną noc. Jestem w ciężkim położeniu...
- Przykro mi - odpowiedziała.
Odwrócił się i wyszedł. Nie było po co dłużej z nią rozmawiać. Na zewnątrz nieco już rozgniewany, ale ciągle próbując zachować poczucie humoru, zdał sprawozdanie z tego, czego dokonał. Wycofać się nie mogli. Ten pokój musiał być ich. Następna spróbowała Mary, swoim wyglądem dziwiąc kobietę jeszcze bardziej. Zapłakana, blada dziewczyna z ranami na policzku stała chwilę na przeciwko niej, tuląc w ramionach wygniecione fatałaszki.
- Chciałabym wynająć pokój - wyjąkała w końcu. Jej cienki głos łamał się.
Cała rozmowa powtórzyła się jeszcze raz i znowu nie odniosła skutku, choć tym razem kobieta była już bliska zmiany decyzji. Może dziewczyna, którą widziała nie należała do najporządniejszych, ale wyraźnie nie miała szczęścia.
Mogłaby być moją córką - pomyślała kobieta. - Co ją spotkało? Dlaczego takie młode osóbki lądują nagle w takim stanie bez dachu nad głową? – zadumała się kobieta.
Mary wycofała się. Teraz nadeszła kolej Eryka.
Mnie się uda - pomyślał z pewnym żalem, bo doskonale wiedział dlaczego. To piekielne współczucie. Upokarzało go. No i jakby się ludzie nad nim nie użalali, nie posuwało go to ani o krok do przodu. Nadeszła jednak jego kolej i musiał spróbować wynająć pokój. Wystarczyło, że się zjawił. Dla recepcjonistki było tego już zbyt wiele. Powoli składała wszystko w całość. Zaczynała rozumieć, że byli razem.
- Chciałbym wynająć pokój - oznajmił.
- Ale mamy tylko na piętrze i bez prądu - poinformowała już zupełnie pewna, że go im udostępni.
- Nie szkodzi - oznajmił i dostał klucz. Dlaczego by to się nie stało i tak cieszyło. Najważniejszy był dach nad głową.
- Udało się! - zawołał pozostałych. -Teraz mnie wnosicie!
Kiedy się zjawili wszyscy troje, recepcjonistka była już pewna, że rozumowała słusznie.
Są młodzi, są szaleni - pomyślała wspominając swoje młode lata. - Niech im się dobrze mieszka.
Nagle coś się jej przypomniało.
- To jedynka! - krzyknęła za nimi.
- Nie szkodzi! - odkrzyknął Eryk, a Mats puścił do niej oko, uśmiechając się. Miał ciepły, dobrotliwy uśmiech.

Pokoik był bardzo mały i bardzo ciasny, o ścianach pomalowanych do połowy na jasny brąz, a wyżej na cytrynowo. Pomiędzy niewielkim stołem z jednym krzesłem, a łóżkiem trudno było się przecisnąć. Mary rzuciła swoje rzeczy na dno szafy i skuliła się na krawędzi łóżka. Nadal płakała, przyciskając dłoń do piekącej rany na policzku.
- Nie dotykaj tego - ofuknął ją Eryk. - Dostaniesz zakażenia. Zaraz ci to przemyje - oznajmił mocząc chusteczkę. Umywalka też była. Jednego niestety nie przewidział. Woda zbierała się na dnie, nie chcąc spłynąć.
Może kiedyś spłynie - pomyślał zostawiając ją samej sobie.
- Ja wychodzę - oznajmił Mats nagle czując, że dusi się zamknięty wraz z nimi w tych czterech ścianach. Było też parę rzeczy, które chciał przemyśleć, parę decyzji do podjęcia i... Przede wszystkim chciał zrozumieć sam siebie. Dlaczego się tam znalazł? Co miał zrobić dalej? Źle wpływał na niego widok tych dwojga. Czuł, że mógłby wybuchnąć. Wystarczyło, żeby ktoś stanął mu na nodze. Nie chciał tego. - Przelecę się po mieście. Może coś kupić?
- Spirytus - oznajmił Eryk.
- Będziesz to pił? - Trochę się zdziwił.
- Dla Mary - oznajmił patrząc na rudzielca z potępieniem. - No i plastry, gazę, takie rzeczy.
- Dobrze - rzucił i już go nie było.
Mary syczała cicho, kiedy przemywał jej policzek, ale szybko odkryła, że daje to pewną ulgę.
- Mógłbyś zrobić mi kompres? - spytała.
- Nie. Będzie się paprało. - Zaczął wycierać krawędzie rany. Znowu zasyczała.
- Masz okazję mi się odwdzięczyć. – Uśmiechnęła się z trudem.
- Tak bywa. - Też się uśmiechnął. - Z resztą, to przeze mnie oberwałaś.
Nie powiedziała niczego.
- Przykro mi, że to tak wyszło.
- I tak chciałam odejść z zespołu – wyszeptała. - Z nimi do niczego bym nie doszła. I atmosfera była fatalna. - Trochę kłamała. Gdyby nie obietnica złożona Erykowi, nie starczyłoby jej odwagi, żeby coś w swoim życiu zmienić.
- Spiłujesz mi paznokcie – spytała, pokazując mu swoją trzęsącą się dłoń z połamanymi paznokciami i plamami krwi na palcach. Czy to była jej krew, czy Giny?
- A pilnik?
- Mam w kieszeni spodni. Z tyłu. Nie wyjmę go. Bolą mnie palce.
Nawet się nie zastanowił. Wsunął rękę do jej kieszeni. Na moment się zatrzymał, czując napięty pośladek dziewczyny. To była dziewczyna. Odezwał się instynkt. Przez chwilę myślał jak bardzo jest samotny i jak bardzo zawiedziony. Jego serce jednak ciągle jeszcze należało do Giny. Byłby gotowy klęczeć przed nią i prosić, gdyby wiedział, że dzięki temu ją odzyska i gdyby w ogóle był w stanie klęczeć. Mary była miła, była ładna, ale nie była Giną. Wyciągnął pilnik i zabrał się za jej paznokcie bez żadnego słowa. Mery zamknęła oczy i znosiła to w spokoju. Świat się nagle zatrzymał. Nie byli w stanie wyobrazić sobie, że kiedyś ruszą się z tego pokoju. Powietrze stało się gęste, a ich otaczała cisza, w której rozbrzmiewało tylko bicie serc. Mimo całego bólu w piersi Eryk był spokojny i w tej jednej chwili szczęśliwy. Świat się zatrzymał, już tak nie wirował, a on nie musiał gnać, wiedząc, że i tak nigdy nie dopędzi stawki, i nie dotrze do celu. Mógł być pewny, że już nic się nie stanie, że żadne nowe nieszczęście nie spadnie mu na głowę.
Mats wniósł ze sobą podmuch życia, jak się im zdawało zupełnie niepotrzebnie. Drzwi trzasnęły. Mary podskoczyła gwałtownie.
- Trochę prowiantu – oznajmił, wypakowując bochenek chleba i paczkę serków topionych, a potem całą kolekcję środków opatrunkowych i dwie puszki piwa. Jedną rzucił Erykowi, ale on jej nie otworzył, tylko odstawił pod łóżko. Pierwszeństwo miały rany dziewczyny. Mary znowu syczała, kiedy woda utleniona burzyła się na jej twarzy.
- Chce ktoś kanapkę? - spytał Mats zaczynając kroić chleb.
- Nie - odpowiedział Eryk.
Mary nie powiedziała niczego.
- Mamy jakieś plany? - Mats koniecznie chciał porozmawiać.
- Ja osobiście żadnych. - Eryk odpowiadał, jakby go to bardzo męczyło. - Wracam do domu.
Nie było komentarza.
- Nawiedzeni nie ruszyli dalej - powiedział nagle rudzielec. - spotkałem Lilly. Tak przyładowałeś Wyjcowi, że go pogotowie zabrało. Cały czas był nieprzytomny.
Eryk wysłuchał tych informacji i niczego nie powiedział. Mats w milczeniu skończył z serkami.
- Kto zajmie łóżko? - spytał wstając. Przeciągnął się unosząc w górę ramiona i kierując oczy ku szaremu sufitowi. Cicho westchnął.
- Mary - oznajmił Eryk.
- Zmieści się dwoje.
- To wskakuj.
- Nie. Ty.
- Wskakuj - powtórzył.
- Eryku...
- Jazda mi do łóżka! - ryknął Eryk. - Przytul się do ściany i więcej się nie odzywaj.
Mats stanął zupełnie sztywno. Nie bardzo rozumiał, co takiego zrobił, choć był pewny, że strzelił jakąś gafę. Eryk zamienił się w dzikiego kota, spodziewając się, że jeśli pozwoli rudemu mówić dalej, jego duma zostanie urażona.
- Mary, nie masz nic przeciwko?
- Nie - odczytali z niewyraźnego ruchu warg dziewczyny.
Mats ściągnął tylko buty, nie rozsznurowując ich i przeskoczył nad dziewczyną. Postękując układał się przez chwilę, a potem zarzucił sobie koc na głowę i po paru minutach już chrapał. Eryk zgasił światło i sam spróbował zasnąć, położywszy głowę na twardym i zimnym blacie stołu.

Obudził się czując ból w karku. Uniósł powieki, choć te zaklejone ropą chwile się opierały. Patrzył na śpiących. Mary od wczoraj nie zmieniła pozycji, po Matsie za to widać było, że noc spędził bardzo niespokojnie. Jego jedna ręka przewieszała się przez ramię dziewczyny, druga oparta o ścianę wznosiła się ku górze. Na twarzy nadal miał koc.
Eryk uniósł głowę. Wykręcił ją najpierw w jedną stronę. To się udało. Potem w drugą. Tu spotkał się z pewnym oporem. Ból przeszył go od szczęki, aż do połowy pleców. Uniósł wargi w górę tak, jakby chciał syknąć, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Potem roztarł dłonią czerwoną plamę odciśniętą na policzku. Język miał sztywny, a w gardle ani trochę śliny do przełknięcia. Wtedy przypomniał sobie o puszce piwa. Spojrzał. Wciąż była pod łóżkiem. Wydobył ją stamtąd i spróbował otworzyć nie robiąc zbyt dużo hałasu. Nie bardzo mu to wyszło. Piana wystrzeliła w górę i opryskała twarz dziewczyny. Mary poruszyła się. Powoli wyciągnęła nogi. Cała zdrętwiała. Nie powiedziała niczego, tylko patrzyła swoimi jasnymi oczami. Aż za dobrze rozumiał to spojrzenie. Dochodziła do siebie po burzy. To on rozpętał tę burzę. Coś straciła i nie dostała niczego w zamian. Ciągle jeszcze myślała, że usłyszy jakąś propozycję. Mats też na to czekał. Ziewał i przeciągał się na wszystkie strony, jakby zapomniał, że nie jest w łóżku sam. Eryk nie zaproponował im nawet piwa, uznając, że puszka należy do niego. Mats stanął na łóżku. Sprężyny zajęczały pod nim głucho. Potem przeskoczył nad dziewczyną. Nie wyszło mu to najzgrabniej. Żeby złapać równowagę wsparł się dłońmi o blat stołu.
- Czy ktoś chce kanapkę? - zapytał.
Odpowiedzi nie było. Każde z nich chciało być w tej chwili samo.
- Ludzie! Nie możemy na okrągło milczeć!
Nagle rozległo się pukanie, a raczej głuche waleni w drzwi.
- Otwarte!
Na progu stanęli dwaj mężczyźni w niebieskich mundurach. Skamienieli wszyscy troje, usiłując przypomnieć sobie jak i kiedy złamali prawo.
- Który to Eryk...? - spytał jeden z nich, patrząc na Matsa, ale tym razem intuicja go zawiodła.
- Ja - oznajmił Eryk.
Teraz policjanci byli zdziwieni tak samo jak i oni.
- Jesteś aresztowany i oskarżony o pobicie. Wszystko co powiesz, może być wykorzystane przeciwko tobie. Masz prawo do adwokata. Jeśli nie stać cię na niego, zostanie ci przyznany z urzędu - wyrecytował jednym tchem jeden z nich. Drugi założył mu kajdanki.
- Fajnie - oznajmił Eryk, z trudem powstrzymując śmiech. - Teraz musicie mnie wynieść.
- A niech was! - Mats nagle odzyskał głos. - Niebezpiecznego bandytę żeście aresztowali! Popatrzcie, co wy robicie! Cholera, inwalidę o takie rzeczy oskarżać! - Szedł za nimi krzycząc. Cały motel huczał od jego głosu.
Kobieta z recepcji uniosła głowę i przyglądała się temu widowisku naprawdę zdziwiona. Cóż, takie rzeczy nie działy się co dzień. Mats dopadł później do niej i waląc pięściami w ladę z ciemnego drewna wyrzucił z siebie:
- I pani to widziała?! Za pobicie go aresztowali! Za pobicie! To ja się biłem! - Pokazał na siniec wokół oka. - To był tylko jeden cios! Zęby mi uratował! - Krzyczał i krzyczał stojąc naprzeciwko zupełnie obcej mu kobiety, a ona choć może powinna się go bać, słuchała tylko cierpliwie. Jeszcze raz uderzył pięścią w ladę, jego ruda grzywa podskoczyła w górę, jak grzywa młodego, zadziornego ogiera.
Kobieta milczała. Spojrzał na nią jasnozielonymi oczami w tamtej chwili pełnymi żalu.
- Po prostu jedni mają szczęście, inni nie - powiedziała, kiedy on myślał już, że nigdy nie usłyszy jej głosu.
- Po prostu! - Znowu uderzył pięścią w ciemne drewno.
- Po prostu. - Uśmiechnęła się smutno. - Kiedyś się do tego przyzwyczaisz.
Parskał. Może miała rację, ale on nie chciał tego słuchać.
- Czy mogę zostań w tym pokoju na dłużej? - zmienił temat.
- Tak - odpowiedziała.
Mary wciąż leżała na krawędzi łóżka.

Eryka proces śmieszył. Dumą napawał go jednak fakt, że był trzymany w normalnym areszcie. Za to Mats ciągle się wściekał i gdy tylko dawano mu dojść do głosu oskarżał wszystkich, zaczynając od Wyjca, a kończąc na policji i wymiarze sprawiedliwości. Mary w sądzie się nie pojawiła. Uciekła zabierając wszystkie swoje rzeczy i nikt nie wiedział, gdzie można by jej szukać. Za to Nawiedzeni, którzy zmienili nazwę na Wyzwolonych, zjawili się wszyscy. Gina mierzyła oskarżonego nienawistnym spojrzeniem, a słaniający się na nogach Wyjec z obandażowaną głową obrzucał go najgorszymi wyzwiskami. W końcu ogłoszono wyrok. Ze względu na stan zdrowia, jak sprecyzował to sędzia, co samego oskarżonego bardzo zdenerwowało, bo może i chciał sobie trochę posiedzieć za kratkami, kazano mu zapłacić tylko grzywnę. Z grzywną nie było jednak tak łatwo. Pieniądze, które mieli, nie wystarczyły na nią. Mats zajął się więc sprzedadzą sprzętu i tym razem wystarczyło. Za pozostałe pieniądze Mats kupił sobie gitarę akustyczną i ruszył autostopem w kraj, byle dalej, a Eryk zafundował sobie bilet na pociąg powrotny do domu. Tak skończyła się historia Nawiedzonych.

C.D.N.
Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...