Kejti's Factory - Opowiadanie

"Nie dogonię was

czyli Dzieje Eryka i Bandy Sztywniaka"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

2. Początek

Mats stał przed kuchennymi drzwiami dużego, białego domu o dosyć oryginalnym kształcie. W środkowej części był piętrowy, ale sądząc na oko, na piętrze mógł być najwyżej jeden pokój. Część parterowa była o wiele większa. Lekko spadzisty dach z blachy i okna były pomalowane na ciemny brąz, brama garażu również. Mats uśmiechnął się sam do siebie. Tęgi, łysy człowiek o zagniewanej twarzy, właściciel tego domu, nie miał samochodu, bo uznał, że nie jest mu do niczego potrzebny. Znał dobrze jego garaż, przestronny, lecz duszny. To tam odbywały się próby Nawiedzonych. Jedyną pamiątką po prawidłowym zastosowaniu tego pomieszczenia były sterty dziurawych dętek i pustych kanistrów.
Przycisnął dzwonek.
- Już! - rozległ się ze środka głos Eryka. W chwile potem coś upadło z łoskotem i brzękiem. Mats usłyszał ciche przekleństwo poprzedzające zdanie: „matka wypastowała podłogę”. Potem rozległ się dźwięk, którego z niczym nie umiał skojarzyć i w końcu drzwi otworzyły się.
Spojrzał w miejsce, w którym spodziewał się zobaczyć twarz Eryka, ale zamiast tego ujrzał brzuch szczupłego chłopaka. Jego oczy powędrowały wyżej, sunąc po wąskiej klatce piersiowej, mocnych ramionach i zupełnie zwyczajnej szyi, by w końcu znaleźć głowę Eryka uwieszonego na drzwiach.
- Hej - powiedział Mats.
- Hej. Wejdź. Co cię tu sprowadza? – Eryk cofnął się w głąb korytarza razem z drzwiami.
Mats wszedł do środka. To był naprawdę dziwny dom. Sufit przedpokoju był też sufitem pierwszego piętra, ku któremu biegły drewniane schody o ciężkiej balustradzie, kończące się na galerii, na której znajdowała się para drzwi do pokoju i łazienki. W sumie był to chyba ładny dom, ale wiał pustką.
Eryk zamknął drzwi i wisiał na nich jeszcze chwilę, zanim udało mu się odczepić. Mats przyglądał mu się uważnie. To już nie był człowiek, którego wtedy wsadził do pociągu. Teraz wspierał się na kulach i nie wyglądał już jak wrak. Jego oczu nie opuścił smutek, ale teraz czaił się w nich również gniew i lekki błysk tryumfu.
- Co żeś zrobił? - Uśmiechnął się w końcu Mats.
- Załatwiłem sobie protezę - usłyszał w odpowiedzi. - Chodź i nie przejmuj się bałaganem. Jestem w trakcie przeprowadzki. Moja siostra wyjeżdża na studia i oddaje mi swój pokój. Będę dalej od rodziny.
Ruszył pewnie przed Matsem, wspinając się po schodach. Najpierw stawiał na stopniach kule, potem dostawiał nogi, przerzucając obie jednocześnie w dziwacznym podrygu. Lewa stopa zawijała mu się do środka. To, że chciał być dalej od rodziny było połową prawdy. Przede wszystkim chodziło mu o te schody, przez wiele lat dla niego zupełnie niedostępne. Cieszyło go teraz ich pokonywanie, stanowiące wyzwanie samo w sobie. Schodzenie co prawda sprawiało mu jeszcze dużo trudności i trochę się bał, że kiedyś poleci w dół tracąc zęby. Liczył jednak, że z czasem będzie szło mu coraz lepiej. Kiedy dotarł na górę, oddychał nieco szybciej, niż zwykle. kondycja też mu się kiedyś poprawi. Był tego pewny.
Wprowadził Matsa do jedynego pokoju na górze, otwierając drzwi łokciem i znowu zawisając na nich na chwilę. W środku wreszcie mógł opaść na krzesło i odłożyć kule na podłogę. Mats przycupnął na krawędzi łóżka i przez chwilę spoglądał na karton stojący na środku.
- Trochę się włóczyłem - powiedział w końcu. - Ale czuję, że muszę zrobić coś ze swoim życiem. Gdybyś znowu stworzył zespół...
- Dlaczego ja? - zdziwił się Eryk.
- Bo ty się na tym znasz. Wylansowałeś Nawiedzonych i teraz tryumfują...
- Ale beze mnie - zauważył.
- Raz się nie udało, czemu teraz nie miałoby się udać? Ja sam sobie nie poradzę. Nie mam do tego głowy.
- Czy ty nie widzisz, kim jestem?!
Mats wybałuszył na niego oczy, jakby na początku nie zrozumiał. Potem chciał o coś zapytać, Eryk chciał krzyknął i obaj wydali z siebie tylko jakiś nieokreślony pomruk, obaj zamilkli, zrozumieli.
- W porządku, mogę w to wejść - powiedział w końcu Eryk. - Ale jak to sobie wyobrażasz? My dwaj mielibyśmy być zespołem? Kto będzie solistą?
- Ty - oznajmił Mats pewnie. – Ja zupełnie nie mam głosu.
- Ale ja siedzę za kotarą - przypomniał mu.
- Nie musisz. - Mats zdaje się był fantastą.
- Pytałem, czy nie widzisz! - wrzasnął rozgniewany. Przecież to on wiedział coś o życiu, a nie ten mądrala. „To proste” - mówiło wielu ludzi, jakby w ogóle wiedzieli, o czym mówią. Czego chciał od niego Mats? Czy przypadkiem nie przyszedł tu, żeby się z niego naigrywać? Nigdy nie byli przyjaciółmi. Z resztą, cóż znaczy przyjaźń? Ludzie wykorzystywali się nawzajem, kłamali, rani, porzucali. Dlaczego z tym rudzielcem miałoby być inaczej, niż z Wyjcem? Nie znali się przecież prawie wcale. Mats pojawił się w jego życiu na chwilę, a potem znikł. Za chwilę mógł zniknąć znowu. Eryk nie chciał angażować się już w nic nieprzemyślanego i niepotrzebnie robić sobie nadzieję. - Niech cię cholera! Jestem tylko kaleką! Rozumiesz! Dajże mi wreszcie święty spokój! - Rudy znosił jego wybuch zupełnie spokojnie.
- Nie ma przeszkody, której nie dałoby się pokonać - oznajmił.
- To sobie pokonuj, jeśli tak myślisz! - Podniósł kule i wstał. - Nie będzie żadnego zespołu! Jazda mi stąd! Nie obchodzą mnie twoje problemy! Sam sobie radź! - i Mats poszedł. Nie był nawet zły. W zasadzie czego innego mógł się spodziewać? Nie było go przez rok. A potem przyszedł myśląc o swoich własnych interesach. Pamiętał, że Eryk był dobrym kompozytorem i gitarzystą. Zapomniał jednak, jak trudne było życie osoby niepełnosprawnej. Nie mógł niczego żądać, tylko dlatego, że raz powiedział: „zostaje”, a potem znikł. To wcale nie był taki bohaterski czyn. Postanowił więc swój błąd naprawić.

- To znowu ty? - przywitał go Eryk przy drzwiach. Mats przychodził co drugi dzień, żeby go namówić, by wreszcie zaczął działa. Dziś jednak nie przyszedł z pustymi rękami. Na ramieniu dźwigał jakąś dziwną, drewnianą konstrukcję, której zastosowanie trudno było odgadnąć.
- Tak – odpowiedział. - Skoro masz mnie już dosyć, to w końcu ustąp.
- Ustępuję - Eryk śmiał się. Nie miał już siły na niego krzyczeć. Z resztą, upór rudego dobrze wróżył na przyszłość.
- No i nie broń się tak przed byciem solistą. Dokonałem pewnego wynalazku i staniesz na scenie.
- Na żadnej scenie! – Dobry humor Eryka był już tylko wspomnieniem. - Co ty sobie myślisz? Będziemy grać dla dzieci w szpitalach, żeby im pokazać, jak człowiek może sobie radzić?
- W sumie dobra reklama - zauważył Mats.
- Zjeżdżaj mi ze swoją reklamą! - W końcu jednak krzyknął. - Jazda mi z oczu! Bo potraktuję cię jak Wyjca!
- Będzie ci żal gitary - stwierdził Mats. - Przecież wiem, że ciągle jeszcze pitolisz w garażu. Chcesz tego samego, co ja. Tylko nie wiem, dlaczego tak się przed tym bronisz. Nie wiem, co ty sobie myślisz, ale ja myślę, że tobie odbija. Tak po prostu.
- Jeśli cię wyrzucę, pojutrze wrócisz? - upewnił się Eryk.
- I dwa dni później też - dodał Mats. - Już zawsze tak będzie.
- Czy ty nie przesadzasz?
- Nie. Po prostu wiem, że razem nam się uda. Co prawda, takich jak ja są setki, ale ty jesteś najlepszy. - Trudno powiedzieć, czy rzeczywiście o to mu chodziło, czy też nie do końca o to, ale jak by na to nie patrzeć i jakby tego nie roztrząsać, w którymś miejscu te słowa stawały się prawdą, a nawet jeśli nie, chwała mu za to, że był uparty. - Weźmiemy się razem do roboty?
- Tak. - Zgodził się Eryk.
- A wynalazek?
- Zabierz mi go z oczu i nie tłumacz jak działa. Zostajemy przy kotarze.
- Jak chcesz. - Mats i tak wiedział, że w końcu go przekona.

Na początku nie bardzo wiedział od czego zacząć, minęło trochę czasu i zupełnie wypadł z interesu. Znowu zaczął bywać w rockowych klubach, po prostu rozmawiał z ludźmi. Czasem o coś pytał. Bywał nawet w tym, gdzie grywali Wyzwoleni. Świetnie sobie radzili. Mieli nawet niezłą grupkę fanów. Gina prowokowała swoim ubiorem i makijażem jeszcze bardziej, niż zanim się rozstali. Naprawdę była dziewczyną-demonem. Jego serce wciąż szybciej biło na jej widok. Mimo to wiedział jedno, nie chciał mieć takiej solistki, już nie. Niestety był jeszcze Wyjec i kiedyś ich oczy się spotkały.
Ulice wokół klubu nie należały do najprzyjemniejszych: ciemne i na okrągło wilgotne, pachnące śmietnikami, a czasem nawet krwią. Ktoś szedł za nim. W zasadzie co z tego? Ludzie chodzą po ulicach. Zanim jednak zdążył się nad tym poważnie zastanowić, już leżał. Bruk był zimny. Błoto okleiło mu twarz i dłonie. Zaczął się bać. Ktoś usiadł mu na karku. Jedno wiedział, ten ktoś był ciężki.
- Jak się teraz czujesz? - Rozpoznał ten głos. To był Wyjec. Teraz bał się jeszcze bardziej. Nie miał przecież żadnej szansy. Napastnik mógł zrobić z nim, co tylko będzie chciał. Jego głowę wypełniły wizje bólu i krwawych scen.
- Co, boisz się? - Kpił z niego Wyjec.
Spróbował się odwrócić, zrzucić z siebie napastnika, ale Wyjec był szybszy. Uderzył go pięścią w głowę. Jego twarz znowu zetknęła się z brukiem. Ból przeszył czaszkę. Na wargach wyczuł ciepło krwi. Mimo to uniósł głowę i powiedział zupełnie pewnie:
- Nie boję się ciebie. Jesteś nikim. - Nie był to najlepszy pomysł. Znowu dostał po głowie. Najgorsze było to, że Wyjcowi wcale się nie spieszyło. On się bawił.
Nagle z tylnego wyjścia klubu wypadła potężna dziewczyna. Pozostała za nią smuga światła z półotwartych drzwi, dawała nadzieję. Tam toczyło się życie. Widział ją wyraźnie, stającą w tym świetle. Była naprawdę bardzo wysoka i bardzo szeroka w każdą stronę. Nie można było jednak o niej powiedzieć, że była gruba, a ze swoimi jasnymi włosami, obciętymi nieco powyżej ramion, wyglądała jak anioł. Anioły czasem ratują ludzi z opresji.
Chciał krzyczeć: „na pomoc”, ale się powstrzymał. Musiał zachować honor. Czekał więc i wierzył.
- John, kogo znowu dorwałeś?! - Miała głęboki, ciepły głos, mimo to o dziewczęcym brzmieniu.
- Odczep się, Dolores, on na to zasłużył. - A więc się znali, ale nie byli zbyt bliskimi znajomymi, skoro nie nazywała go Wyjcem.
- Według ciebie wszyscy zasłużyli. Chcesz znowu posmakować mojej pięści? I pamiętaj, drzwi są otwarte...
- Jeszcze mnie popamiętasz - oznajmił Wyjec. Podniósł się. Kopnął Eryka na pożegnanie w bok i ruszył w swoją stronę.
Więc ta dziewczyna naprawdę była aniołem i to aniołem wojowniczym. Eryk leżał jeszcze przez chwilę. Potem usiadł i odnalazł kule. Może weszło mu już w krew lądowanie na ziemi? Spróbował wstać. To wcale nie było takie łatwe, kiedy kule ślizgały mu się w błocie i kręciło mu się w głowie. Jak on nienawidził swoich nóg. Zajęczał cicho z bólu i żalu. Dziewczyna wciąż tam stała i śmiała się z niego. Powoli, ale skutecznie, brał go szlak.
- Co ty mu zrobiłeś?
- Przyładowałem mu w łeb gitarą - odpowiedział wściekle.
- Ernest? - Od razu sobie przypomniała. - Słyszałam o tobie.
- Eryk - poprawił ją, coraz bardziej zły. - Skąd znasz Wyjca? - Paru rzeczy zawsze warto było się dowiedzieć.
- Kogo?
- No... Johna.
- W tej branży ludzie się znają. Spotkałam go, jak szukał ludzi do zespołu. Nie był miły. Trochę się kłóciliśmy. - Uśmiechnęła się znacząco. - On nie wierzy, że dziewczyny mogą być dobre.
- Grasz? – Czy mógł mieć aż takie szczęście?
- Na perkusji - odpowiedziała.
- A co byś powiedziała, gdybym zaproponował ci miejsce w zespole?
Parsknęła.
- Musielibyśmy o tym porozmawiać. Wchodzimy. - Zaprosiła gestem ręki do półotwartych drzwi.
Już w świetle znowu wybuchła śmiechem. Eryk był zabłocony od góry do dołu.
- Chyba nie jesteś zbyt czysty?
- Niestety wiem o tym - wycedził przez zęby. Wyglądał fatalnie i czuł się fatalnie. W głowie wciąż mu huczało, a przed oczami kręciły się czerwone kręgi. Sprawę należało załatwić jednak do końca.
- Mówią na mnie Słonica, albo Dolores, do wyboru – poinformowała dziewczyna. – Ty też możesz. Już się przyzwyczaiłam.
W koń umówili się na próbę.
- Czy jest potrzebny jeszcze ktoś? – spytała. - Mam dużo znajomych.
- Wszyscy. Mam tylko basistę. – Uśmiechnął się. Był powód. Przecież się udało! Znowu ruszą.
Do domu wsunął się w środku nocy, nie paląc światła. Gdyby ojciec zobaczył go w takim stanie, to awantura ciągnęłaby się miesiącami. Czekały go jeszcze schody. Po to tam przecież były, by z nimi walczył.

Posiłki rodzinne były najgorszym koszmarem i powtarzały się regularnie trzy razy dziennie. Czasem tylko udało mu się uniknąć obiadu, czy kolacji, ale pora śniadań zawsze przychodziła nieubłaganie. Jadali w kuchni pełnej mebli z jasnego drewna. Gdyby nie to, że była tam jego rodzina, uznałby to miejsce za naprawdę miłe. Siadali przy prostokątnym stole. Po jednej stronie jego siostra Marydith i matka, po drugiej on z ojcem. Wybrał to miejsce, żeby nie patrzeć ojcu w twarz. Tego by nie zniósł. Od ośmiu lat nie rozmawiali ze sobą, nie licząc awantur jakie ojciec mu robił. Kątem oka za to spoglądał w twarz matki. Wyglądała staro jak na swoje lata. Jej kręcone i niegdyś tak piękne włosy przerzedziły się i posiwiał, a może raczej poszarzały, bo poszarzała również jej twarz i oczy. To też stało się osiem lat temu. Jej oczy od tamtego czasu zawsze były zaczerwienione od płaczu. Mało mówiła, ale dużo płakała. Nie układało jej się z ojcem, a i oni nie byli najlepszymi dziećmi. O ile jeżeli już musiał patrzeć na ojca, robił to z pode łba, o tyle na matkę nigdy nie patrzył wprost, a i ona rzadko na niego patrzyła. Wiedział, że bała się jego kalectwa. Zawsze kiedy oboje byli w pobliżu i tak milczeli cicho przeżuwając, czuł się winny takiemu stanowi rzeczy.
Kiedy zawaliło się słodkie, cukierkowe życie z rodzinnych fotografii, miał czternaście lat i głupi pomysł. Założył się, że wskoczy do ruszającego pociągu. Cięgle jeszcze drżał słysząc stukot kół. Wtedy wszystko się skończyło. Nagle został sam, tylko z Marydith. Matka płakała, ojciec krzyczał. Kiedy już otrząsnął się z własnej tragedii i spojrzał na nich, nie umiał mieć do nich żalu. Współczuł im. Chciał powiedzieć: „przecież życie toczy się dalej”, ale wtedy nie umieli już słuchać, ani rozumieć.
Marydith kopała go pod stołem, dając w ten sposób znak, że ma mu coś do powiedzenia. Zawsze tak robiła. Czasem jednak miał ochotę jej oddać, tylko, że nie mógł. Ojciec zaraz wyjdzie do pracy, matka będzie zmywać. Będą mogli rozmawiać. Zawsze rozmawiali w kuchni. Chyba z przyzwyczajenia, bo do niedawna jej pokój był dla niego niedostępny. To znaczy w dzień rozmawiali w kuchni, ale były też noce.
Zaraz będą rozmawiać, a na razie podniósł głowę z nad talerza i spojrzał w twarz siostry. Była podobna do matki z tych dawnych czasów, gdy jeszcze się uśmiechała. Ciemne, falujące włosy okalały jej głowę i spadały na ramiona. Zbierała je z tyłu, ale bardzo lekko, dając im wiele swobody. Skórę miała jasną, prawie białą, gdzieniegdzie naznaczoną śladami po przebytej ospie, to jednak nie ujmowało jej uroku. Oczy miała jasnobłękitne, bardzo poważne, bardzo odległe, zawsze na czymś skupione.
Ojciec wstał od stołu, odchrząknął i ruszył ku wyjściu. Eryk odprowadzał go do drzwi spojrzeniem katowanego psa.
- No więc? – spytał, gdy matka zaczęła zbierać talerze i jak zawsze potknęła się o jego kule oparte o kant stołu. Złapał je w locie.
- Jest pewna dziewczyna i ja słyszałam, że chciałaby cię poznać.
- Plotka.
- Może, ale tak się składa, że jestem zaproszona na prywatkę do niej.
- Twoja koleżanka?
- Coś ty – machnęła ręką. – Po prostu zaprasza wszystkich, żeby uczcić koniec szkoły. Na pewno o niej słyszałeś. Mówią na nią Wampirzyca. Farbuje się na czarno i podobno gryzie. Jest paskudnie bogata. Raczej nie nadaje się na kogoś, z kim można spędzić całe życie. Jednak co szkodzi pójść i się zabawić, skoro ma ochotę na ciebie?
- Skąd ty bierzesz te wszystkie bzdury? – spojrzał na nią z potępieniem.
- W szkole tak mówią – wzruszyła ramionami. – To co? Pójdziesz ze mną?
- Czasami mam cię ochotę zabić – oznajmił.
- To spróbuj – rzuciła, zrywając się od stołu. Chwycił kule i dźgnął nią dziewczynę w brzuch.
- Jesteś martwa.
Zaśmiała się.
Matka podniosła głowę z nad zlewu i spojrzała na nich. Nie potrafiła pogodzić się z rzeczywistością, z tym, że życie wciąż się toczy. Nie potrafiła zrozumieć, że są ludzie, którzy jeszcze umieją mieć nadzieję.

Poszedł z Marydith, choć sam nie bardzo wiedział dlaczego. Nie wiedział też co miałby robić na tej prywatce. Dom do którego trafili był duży, piętrowy, pełen drogich mebli, ze wspaniałymi dywanami na drewnianej podłodze. Ludzie kłębili się wszędzie, tak, że nawet nie dało się ich policzyć. Przychodzili i wychodzili. Niektórych z nich nawet znał. Wypatrzył też paru Wyzwolonych i z niepokojem czekał na Wyjca, ale ten się nie zjawił. Gospodyni nie poznał, a nawet jeśli, nie wiedział, o tym. Alkohol lał się strumieniami. Picie to było zajęcie dla niego, ale bez przesady. W pewnym momencie zapragnął znaleźć się w spokojnym miejscy.
Zaszył się więc w jakimś kącie na górze, ale w chwilę później dopadła go dziewczyna o krótkich, czarnych włosach. Nie powiedziała niczego, tylko patrzyła na niego ogromnymi, ciemnymi, kocimi oczami błyszczącymi w półmroku. Urzekły go te oczy, a ich spojrzenie spowodowało, że skamieniał. Jego serce biło coraz prędzej, oddech przyspieszył. Nie rozumiał tego, co się z nim działo. Było tak, jakby w jego życiu nigdy nie było Giny. Teraz pragnął już tylko tej dziewczyny. Wtedy się na niego rzuciła, zwinna jak kotka i ugryzła go w szyję. Zanim zdążył się zorientować, już połączyli się w jedność za fotelem na potwornie drogim dywanie.
Potem leżał z zamkniętymi oczami, czując na piersi jej głowę. Ciągle jeszcze tego nie rozumiał, ale wiedział, że to było piękne. To było jak obietnica jakiegoś lepszego życia. Znowu go gryzła, a on znosił to zupełnie spokojnie. Potem wstała i odeszła ciągle bez słowa. Był zbyt tym wszystkim oszołomiony, by ją zatrzymać. Tak obietnica zmieniła się w piętno i w niezrozumiałą gorycz.
Jakoś trafił do kuchni i pił tam z jasnowłosą dziewczyną, chcąc po prostu zapomnieć. Wydawało mu się, że skądś ją znał i nawet o to zapytał.
- Nie – zaprzeczyła. – Mnie nikt nie zna. Nikt mnie nie zapamiętuje. Ja przychodzę i odchodzę, ale kiedyś jak przyjdę... – Do tej pory siedziała wciśnięta między szafkę będącą przedłużeniem parapetu, a duży stół, teraz wstała i wgramoliła się na nią. – Popatrz na mnie! – zawołała, wymachując butelką, którą wciąż ściskała w garści. – Kiedyś będę gwiazdą.
- Nie wierz, zwyczajnym ludziom się nie udaje.
Usiadła na krawędzi i spuściła w dół nogi. Machała nimi przez chwilę.
- Ale komuś się udaje – zauważyła naiwnie.
- To nie ludzie. – Mówił bardzo niewyraźnie. Język już mu się plątał od nadmiaru alkoholu. – To kukły. To wszystko to jedno wielkie kłamstwo, jedno wielkie przedstawienie. Robią nas w konia, a my się tak staramy, tak wierzymy.
- Serio? – spytała, unosząc butelkę do ust.
- Serio – oznajmił. – My możemy się tylko zapić.
- Właśnie to robię – odpowiedziała dziewczyna, znowu biorąc duży łyk przejrzystego płynu. – Robię to już bardzo długo. Widać dobrze robię.
- Dobrze, ale ze mną też się podziel. – Wyjął jej butelkę z ręki i wtedy przez ułamek sekundy wiedział, kim była. Zadrżał. Miał przed sobą dziewczynę o zapadniętych oczach, o makijażu i fryzurze ulicznicy, ale mógł przysiądź, że znał jej dłonie. Dlaczego myślał o jej dłoniach?
Do domu dotarł nad ranem, nie wiedząc, czy Marydith już wróciła. Nawet nie starał się być cicho. Nie był w stanie o tym myśleć. Z resztą, nawet gdyby ojciec zaczął krzyczeć, nic by nie zrozumiał z jego słów. Znowu schody. Wydawały mu się niesamowicie długie i już myślał, że nigdy się nie skończą, że całą wieczność będzie tak szedł, nie mogąc uciec od swojej słabości, a tylko zapadając się w nią jeszcze głębiej. Na szczęście schody miały koniec. Chwilę wisiał na drzwiach do swojego pokoju, a potem dotarł do łóżka. Rzucił się na nie, wciskając twarz w poduszkę i tak już został.

Obudził się, kiedy słońce stało już wysoko. Po prostu się obudził, ale nie otworzył oczu. Głowę rozsadzał mu pulsujący ból. Suszyło go.
Jest tak samo jak zawsze – pomyślał. Wszystko tak się zaczynało i tak kończyło. Nie sprawiało przyjemności, w niczym nie pomagało. Jednak brnął w to dalej, wciąż i wciąż, jakby nie rozumiał. A przecież rozumiał, aż zbyt dobrze. Pijąc nie posuwał się w przód. Powinien robić tylko to, co posuwało go do przodu.
Przed oczami miał znowu twarz tamtej dziewczyny o zapadniętych oczach. Czuł dotyk jej dłoni. Kiedyś spoczęły na jego placach. To była Mary, ta sama, która płakała na krawędzi łóżka. Widział ją stojącą na parapecie. Jaki to był żałosny widok. Zamiast mikrofonu miała pełną butelkę, a w sobie tyle wiary. Nie pamiętał, co mówiła, co sam mówił, wiedział tylko, że tam była, że tak stała i chciała dotrzeć na szczyt. Wspaniała dziewczyna o delikatnych dłoniach, mogła być jego solistką, no i nie tylko. Ale na początku solistką. Zaczął marzyć. Mogli stworzyć duet. Ona na scenie, on za kotarą – Mary i Duch. Czy to nie brzmiało dobrze? Mogłoby tak być, ale jej nie poznał i teraz była już daleko. A może nie? Może wciąż była u Wampirzycy? Co mu szkodzi sprawdzić?
Po prostu wstał i poszedł. Miasteczko tonęło w słonecznym blasku. Lato witało pierwszymi upałami. Promienie słońca rozlewały się przyjemnym ciepłem po kościach. Powietrze było ciężkie, a zanurzone w nim drzewa wyglądały jak zatopione w bursztynie. Świat był spokojny i cichy, a patrzenie nań sprawiało przyjemność i uspakajało. Mogło się wydawać, że przez chwilę wszystko było piękniejsze i lepsze. Tego dnia jednak przyjemne ciepło przyprawiało go o mdłości. Droga do domu Wampirzycy wydawała się niesamowicie długa. Czuł ból, tam gdzie kończyła się jego prawa noga, ale to nie była chwila, żeby się tym przejmować. Zaraz miał zobaczy Mary. Tak, dom już był, były i drzwi.
Nacisnął dzwonek. W chwilę później ukazała się dziewczyna o czarnych włosach i wielkich kocich oczach, ta, która go gryzła.
Czyżby to była Wampirzyca?
Uśmiechnęła się w jasny, ale nienaturalny sposób.
- Przykro mi, ale impreza już się skończyła.
Mieszkanie wyglądało, jakby przetoczyła się przez nie burza. Butelki, kartony i szczątki jedzenia walały się po podłodze. Meble były dziwacznie poprzesuwane.
- Szukam kogoś – wyjaśnił.
- Tak? – spytała, patrząc na niego tak samo, jak minionej nocy.
- Wiem, że ona tu była. Mary, taka blondynka.
- Cóż, nigdy nie znam wszystkich gości – odpowiedziała. Teraz w pełnym świetle mógł przyjrzeć się jej dokładnie. Może nie była piękna, ale na pewno bardzo oryginalna, a jej spojrzenie paraliżowało. Wysoka i szczupła, miała na sobie wąską, fioletową sukienkę opinającą piersi i biodra takich rozmiarów, jakich być powinny u naprawdę powabnej dziewczyny. Minionej nocy też miała na sobie tę sukienkę. W całej jej figurze było coś, co sprawiało, że kojarzyło się ją z nocą i mrokiem, jakby światło mogło ją zabić tak, jak prawdziwego wampira. Nie było żadnej wątpliwości, że to była ona. Rozejrzał się, by sprawdzić, czy w domu były lustra. O dziwo były. – Czy to koniecznie musi być ona?
- Tak – odpowiedział.
- Przejdę się zapytać, jeszcze gdzieś śpią jacyś goście. Może oni wiedzą. Usiądź. – Wskazała miękką, jasnoszarą kanapę stojącą na środku pokoju. – Może chcesz drinka?
- Nie – odpowiedział, chodź chciał się czegoś napić.
Dziewczyna znikła, odchodząc miękkim, cichym krokiem. Rozejrzał się, by sprawdzić, czy nie ma tam żadnego innego mebla, na którym można by usiąść. Nie było, więc wpadł w kanapę.
No tak – pomyślał. - Stąd już się nie wydostanę.
Dziewczyna wróciła po chwili, popijając coś z wysokiego kieliszka.
- Niestety – odpowiedziała. – Nikt jej nie zna. Do czego była ci tak potrzebna? – spytała, siadając obok niego.
- Chciałem, żeby została moją solistką – odpowiedział zgodnie z prawdą.
- Cóż, ja nie umiem śpiewać, ale umiem gryźć – odstawiła kieliszek i zbliżyła się do niego. – Podobało ci się to?
- W zasadzie...
Znowu ugryzła go w szyję.
- A gdybym gryzła cię już tak zawsze?
Położył jej dłonie na ramionach.
- Może bym chciał. Jesteś piękna.
- I samotna. – Westchnęła, wgryzając się z drugiej strony.
- Ale coś obiecaj – poprosił, obejmując ją.
- Tak?
- Zawsze będziesz dotrzymywać słowa.
- A ty będziesz chronił mnie przed światłem – obróciła jego słowa w smutny żart.
Wtedy drzwi się otworzyły, a na progu stanął Wyjec.
- Nancy! – rzucił.
Dziewczyna wyprostowała się gwałtownie. Chwilę tylko na siebie patrzyli.
- Mogę robić co chcę – odpowiedziała. – Jestem wolna. Nie myśl sobie, że dla mnie znaczy coś jedna noc. – A więc i oni się znali. Czemu Wyjec zawsze musiał go wyprzedzać?
- Dlaczego z nim?
- Może jest we mnie coś, czego nie zauważasz. – Eryk spróbował wstać, ale to wcale nie było takie proste.
Dziewczyna zasłoniła dłonią usta, ale nie umiała się śmiać.
- Czy ty potrafiłbyś mnie kochać? – spytała.
- Jesteś żałosna – odpowiedział Wyjec. – On będzie ci tylko wdzięczny. Biedny kaleka. Przyznaj, że tak myślisz.
- A nawet jeśli? – spytała. – Codziennie masz inną. Co cię interesuje? Ich ciała? A kiedy się zużyją, znajdujesz inne. I to ma być mężczyzna?
Niech się kłócą. – Erykowi wreszcie udało się podnieść. Niech się kłócą, on znika. Chyba zwariował, patrząc Wampirzycy w oczy. Nigdy nie powinien z nią tak rozmawiać. To on był żałosny, a ona mogła mieć każdego i każdego miała, nawet Wyjca.
Droga powrotna wydawała mu się znacznie dłuższa, a na jej końcu jak zawsze czekały schody. Dopiero za nimi było łóżko. Gdyby był dziewczyną, to by płakał, a tak, co miał ze sobą zrobić? I ten ból w nodze. Coś musiał z nim zrobić. Podciągnął spodnie, zdjął protezę i przyjrzał się swojemu kikutowi. To było zwyczajne odparzenie, ale bolało jak diabli. Wyciągnął się na łóżku i wpatrzył w sufit. Po co w ogóle się stamtąd ruszał? Robił sobie tylko nadzieję. Wszystko na próżno.

Marydith zjawiła się jak cień i usiadła na krawędzi jego łóżka. Zawsze tak przychodziła, gdy miała jakiś problem, lub gdy myślała, że on jej potrzebuje.
- Coś się stało? – spytała cicho.
- A czy coś mogło? – odpowiedział. – Po prostu jestem głupi, czasami myślę, że świat będzie kręcił się wokół mnie. Spotkałem Mary, nie poznałem jej od razu i znikła. Zacząłem flirt z Wampirzycą, a ona okazała się dziewczyną Wyjca. I co ty o tym myślisz?
- Nic – przyznała. – Przecież ja nie wiem, co się wydarzyło, czy to co mówisz, naprawdę tak wygląda.
- A nawet jeśli wygląda inaczej? Wiesz, jak chciałbym dać Wyjcowi w zęby? „On będzie ci tylko wdzięczny” powiedział Wampirzycy, a ja zaczynam się zastanawiać, czy tak rzeczywiście by nie było. Może te wzniosłe uczucia nie są dla mnie? Może rzeczywiście byłem jej wdzięczny?
- Tak nie jest – zapewniła. Nie patrzyła na niego, tylko w okno. – W pewnym momencie wszyscy zaczynamy bać się samotności, i ty, i ja, wszyscy. Wtedy nie myślimy i nie odczuwamy już tak jasno. Tak naprawdę wszyscy żyją marzeniami i żalem. Niewielu ludzi przeżywa miłość we dwoje.
- Skąd to wiesz?
- Myślę, że tak jest. Tylko myślę.
- I to ma mnie pocieszyć?
- Tak, bo przecież mogę się mylić. – Uśmiechnęła się smutno. – Daj spokój. Wszystko się jakoś ułoży. Mamy jeszcze czas.
- Czas żeby zgorzknieć?
- Tobie to już nie grozi. – Roześmiała się i dopiero wtedy spojrzała na jego nogę. – Ile czasu nie zdejmowałeś protezy? – spytała nagle, zmieniając się w bardzo rzeczową pielęgniarkę.
- Od wczoraj rana – przyznał.
- Mógłbyś czasem myśleć. – Podniosła się. – Zaraz się tym zajmę.
Złapał ją za rękę.
- Napiszesz do mnie? – poprosił.
- Po co? – Patrzyła na niego, jakby nie rozumiała.
- Ja też napiszę – zaofiarował się. – Po prostu zawsze tu byłaś, a już niedługo wyjedziesz i z kim będę rozmawiał?
Znowu usiadła. Ich ręce rozłączyły się. Pomyślała o rodzicach. Widziała ich, jak stali na długim, białym korytarzu. Miała dziesięć lat. Matka płakała, ojciec wciąż powtarzał: „uspokój się.” Wtedy nie był jeszcze łysy, ani taki gruby. Widziała pana w białym fartuchu, dużo mówił. Nie rozumiała jego słów, ale podświadomie wiedziała, co znaczyły. Mimo to nie płakała. Ona nie płakała. Nie była zbyt dziecinna, by zrozumieć, myślała tylko w inny, niż reszta sposób. Nie wiedziała, kto ją tego nauczył. Może to przychodziło z niej samej.
Ona i Eryk zawsze rozmawiali nocami. Gdy upewniła się, że rodzice są już w łóżkach, schodziła do niego, a on się jej żalił. Rzadko miewała własne problemy. Zawsze wydawały jej się błahe w porównaniu z jego problemami. Była przy nim, by go chronić i pocieszać. Tak postanowiła jako dziewczynka. Czy mogła tak po prostu odejść? Którejś nocy wczołgał się po tych schodach na górę. Jak bardzo musiał być wtedy zdesperowany, jak przerażony, że zdobył się na taki wysiłek? Czy teraz się też tak nie czuł? Poza tym, że przybywało im lat, nic się przecież nie zmieniło.
- Napiszę – powiedziała w końcu. – Na pewno napiszę.
- Może będę w trasie – powiedział. Jednak miał nadzieję. – Ale mimo to pisz. Nie tu. Ojciec mógłby przeczytać. Dam ci adres Matsa. Od niego będę odbierał pocztę.
- Dobrze – zgodziła się. Ona też nie ufała ojcu. Był nieobliczalny. – A teraz już mnie puść. Zaraz wrócę – obiecała i rzeczywiście niedługo wróciła, wyposażona w środki opatrunkowe. – Daj to. – Wzięła się za jego nogę. Znała się na tym. Pomyśleć, że matka nigdy go nie dotknęła.
- Marydith, czy ty jesteś dziewicą? – spytał nagle.
Spojrzała na niego osłupiała. Co to miało znaczyć?
- Tak – odpowiedziała w końcu. – Dlaczego pytasz?
- Bo ja nie znam żadnej dziewicy i gdyby one traciły cnotę za mną, to może bym to jeszcze rozumiał, ale tak nie jest. Wszystkie dziewczyny, które poznaje, już nie są dziewicami, a Wampirzyca spała nawet z Wyjcem.
- Czego się spodziewałeś?
- Nie wiem. Nie Wyjca. Chciałbym kiedyś spędzić noc z dziewicą, zobaczyć jak to jest.
- Dziewice to dziewczyny, które nie miały szczęścia – powiedziała Marydith bardziej do siebie, niż do niego. – To te, których nikt nigdy tak bardzo nie pokochał i które nigdy nie umiały kochać. Czy myślisz, że gdybym miała z kim, to bym się z nim nie przespała?
- Ja myślę, że to piękne – powiedział. – Dziewice są jak skały. Trudno je zdobyć. Są takie czyste, jak święte. Myślę, że to dobrze, że taka jesteś.
- Ale kiedyś przestanę. Czy mam być zakonnicą?
- I to jest smutne...
- Co ty o tym wiesz? – Patrzyła mu w twarz rozgniewana. – Jesteś zdrowo kopnięty. Nie spadłeś przypadkiem z tych schodów?
Nie miał co odpowiedzieć i wtedy na szczęście zadzwonił telefon. Rzucił się w jego stronę i wylądował na podłodze. Gdzie indziej? Dlaczego ciągle jeszcze robił takie rzeczy? W co on wierzył? Jeszcze się nie przyzwyczaił? Po ośmiu latach?
Odebrała Marydith.
- Tak. Jest. Już go proszę. – Jej głos brzmiał tak słodko.
- Do ciebie – oznajmiła, przynosząc mu telefon i stając nad nim z aparatem w ręce. Na szczęście starczyło kabla.
- Halo.
- To ja – rozpoznał głos Wampirzycy. – Czemu tak szybko wyszedłeś?
- Może nie było po co zostawać?
- Między mną i Johnem nigdy nic nie było. Mogę cię zapewnić. – Dlaczego mu się tłumaczyła? Może Marydith miała rację? – Może moglibyśmy się spotkać, wszystko sobie wytłumaczyć?
- Kiedy? – Co szkodziło spróbować.
- Czemu by nie dzisiaj?
Spojrzał na swoją nogę, a raczej na to, co z niej zostało.
- Nie bardzo mogę wyjść z domu – przyznał. Czemu jednak ma tracić taką okazję. – Ale ty mogłabyś przyjść do mnie – zaproponował.
- Podaj mi tylko swój adres.
I byli umówieni. Nie zapytał Wampirzycy, skąd znała jego numer. Czy miało to jakieś znaczenie?
- Marydith, ja cię kocham! – oznajmił, oddając siostrze słuchawkę. – Wampirzyca tu przyjdzie. Rozumiesz? Jesteśmy umówieni.
Uśmiechnęła się. Nie powiedziała niczego. Czasem było lepiej, ale potem zawsze było gorzej i życie musiało tak wyglądać. Jego życie, ale czy jej? Ona miała wyjechać i o wszystkim zapomni. Pisać jednak zamierzała. Musiała mu wciąż przypominać, że jeszcze żyje i wierzy. Może było to kłamstwo, może nie wierzyła, ale życzyła mu przecież szczęścia.

Garaż znów tętnił życiem. Słonica, która w końcu przyznała się, że ma na imię Diana, ale swoje imię lubi jeszcze mniej, niż te mało sympatyczne przezwiska, przyprowadziła ze sobą Marka, chłopaka o długich włosach i końskiej twarzy. Miał grać na gitarze rytmicznej. Mats przyprowadził osobę z okrągłą twarzą, śniadą cerą i długimi włosami zebranymi w ciasny warkocz. Na głowie nosiła czarny, skórzany kapeluszu, a jej płeć trudno było ustalić. Imię Pit też niczego nie wyjaśniło. Osoba ta mówiła głosem niskim i dziwnie chrapliwym. Kiedy Mats powiedział: „mogłaby śpiewać drugi głos”, sprawą jasną stało się, że była dziewczyną. To za nią Eryk wziął się najostrzej. Miała grać na gitarze prowadzącej. Solową zostawił sobie.
Mats przyniósł też swój wynalazek i ustawił w głębi garażu. Konstrukcja wyglądała dziwnie i trudno było stwierdzić, do czego służyła. Eryk mierzył ją wściekłym spojrzeniem.
To, co działo się na próbie, za sprawą Eryka, było prawdziwym koszmarem. Zachowywał się jak władca niepodzielny i despotyczny, wszystkich po kolei równając z ziemią. „Musicie być najlepsi” – mówił dla wytłumaczenie swojego zachowania. Matsowi wydało się, że zwariował.
Uwagi najmocniej brała sobie do serca Słonica, tak że w końcu w jej oczach pojawiły się łzy, a potem zadźwięczały na jednym z talerzy i zadudniły na werblu. Eryk udawał, że tego nie widzi. Pit zagryzała zęby, skupiona nad gitarą. Ona chciała być najlepsza i zdawała sobie sprawę, że droga do celu nie jest wcale przyjemna. Mark walił w klawisze, jak maszyna, nie zwracając na nic uwagi. Gdyby nie to, że wszystkim im zależało na zaistnieniu, pewnie szybko by wyszli trzaskając drzwiami.
Garaż znowu opustoszał, ale wszyscy wiedzieli, że jeszcze do niego wrócą. Mats został dłużej. Miał sprawę do załatwienia.
- Niezły dałeś im wycisk – oznajmił. – Czy przypadkiem nie przesadzasz?
- Muszę pokazać im, kto tu jest szefem – odpowiedział Eryk. – Nie chcę znowu zostać na jakimś parkingu.
- Nazwałbym to lekką psychozą – oznajmił rudzielec, uśmiechając się przy tym w ciepły, życzliwy sposób. – Ale teraz porozmawiamy o moim wynalazku.
- Żadnego wynalazku.
- Może najpierw mnie posłuchasz. – Podszedł do swojej konstrukcji. – Ogólnie mówiąc, służy to do przytwierdzenia gitarzysty do sceny.
- Jak to? – Eryk nie zrozumiał.
- Zademonstruję. Wkładaj tu nóżki. – Pokazał dwie jakby rynny sięgające powyżej kolan i odsłonięte z tyłu. Eryk zrobił to, o co go poprosił i w chwilę później został do owej konstrukcji przypięty.
- Teraz mi to oddaj. – Mats zabrał mu kule i cofnął się promieniejąc z dumy. – I co?
- Co ma być? Stoję.
- I o to chodziło. Wszystko już obmyśliłem – mówił Mats, uśmiechając się. Jego ofiara nie mogła uciec i musiała wysłuchać go do końca. – Wystarczy teraz, że założysz szersze spodnie. Naciągnie się je na wierzch. Nic nie będzie widać. Będziemy grać z kurtyną. Kiedy się podniesie, będziemy już na scenie, a zejdziemy po tym, jak opadnie. Zespół będzie nazywał się Banda Sztywniaka...
Eryk śmiał się.
- A mówiłeś, że sam sobie ze wszystkim nie poradzisz.
- Bo sobie nie poradzę – zgodził się Mats. – Nie jestem sam. Ty dajesz im wycisk, ja nawet nie wiem czego powinienem wymagać. Mam też nadzieję, że coś napiszesz... – nagle on też się roześmiał. – Ty pracujesz, ja myślę. Czy tak nie jest, Sztywniaku?
- Boże – jękną Eryk.
- Nie musisz zwracać się do mnie tak oficjalnie – odpowiedział Mats. – Do zobaczenia jutro – rzucił i z kulami pod pachą ruszył ku podwójnym drzwiom.
- Najpierw mnie z tego uwolnij! – krzyknął za nim Eryk.
- Zapomniałem. – Mats uśmiechał się sam do siebie, a jego oczy błyszczały. Był z siebie zadowolony. Podobało mu się to, czego dokonał. Na pytania: „dlaczego?” nie znał odpowiedzi. On po prostu taki był.

Wampirzyca czekała na niego przed drzwiami oparta o nie w sposób elegancki i za razem uwodzicielski. Miała na sobie krótką, czarną bluzeczkę i jeszcze krótszą czarną spódniczkę. Narzuciła na to, jakby od niechcenia, zielony płaszczyk. Przez ramie przerzuciła dwa trójkąty ostrzegawcze związane sznurkiem. W mroku wieczoru zaczęły już lekko fosforyzować.
Często spotykał się z Wampirzycą, choć w sumie to jej bardziej na tym zależało, niż jemu. Ona się starała, on po prostu był z nią. Może trochę nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Wampirzyca nigdy, z żadnym chłopakiem, nie spotkała się więcej, niż trzy razy, choć były to spotkania pełne wrażeń. On chodził z nią już ponad miesiąc. Może nadszedł czas, by ułożyła sobie życie? Może to, co myśleli o niej ludzie, nie było prawdą? Może wszystko było na pokaz, a pod maską kryła się zupełnie zwyczajna dziewczyna? Wolał się nad tym nie zastanawiać.
Podeszła do niego i zamiast pocałować go na powitanie ugryzła.
- Pójdziemy w pewne szczególne miejsce – powiedziała.
- Dobrze – odpowiedział uśmiechając się. Nie spytał „dokąd?”, ani „po co?” Wampirzyca nigdy nie odpowiadała na takie pytania i zawsze robiła tylko to, co chciała, tak jak chciała.
- Lubisz ryzyko? – spytała. – Lubisz igrać ze śmiercią, czuć dreszcz emocji?
- Całe życie tylko ryzykuje.
- Więc będzie ci się podobać.
Poprowadziła go wąskimi ulicami, poza miasto, a potem dalej jeszcze skrajem szosy. Zapadał zmrok. Niebo rozbłysło gwiazdami. Ich piersi wypełniał zapach ziemi. To był wspaniały zapach, sprawiający, że naprawdę stawali się cząstką natury. Wampirzyca poruszała się cicho i zwinnie. Gałęzie nie powstrzymywały jej w marszu, nie ciągnęły za włosy. One ją czesały. Noc, krzaki, szosa, wszystko było jej przyjazne. Była przecież królową nocy. Bardzo chciał wziąć ją za rękę, poczuć w swej dłoni jej wąską, mocną dłoń, ale nie mógł. Było tyle rzeczy, których nie mógł, a robili je inni ludzie. Nie bardzo potrafił uwierzyć, że sam był temu winny, ale tak właśnie było i to bolało najbardziej.
- Tutaj – powiedziała wreszcie bardzo uroczystym tonem i wsunęła się w krzaki. Podążył za nią.
Usiedli na ziemi.
- Teraz zaczekamy na samochód – powiedziała, a jej oczy zaświeciły w ciemności.
Czekali milcząc i wpatrując się sobie w oczy. Wziął ją za rękę, bo wreszcie mógł i ścisnął bardzo mocno, jak gdyby chciał się upewnić, czy rzeczywiście istniała, a nie była tylko sennym widziadłem. Czekali, czekali w milczeniu, a ich serca biły. Słyszeli to bicie, najwspanialszą muzykę, ich własną. Gina i Mary stały się przeszłością, jakimś błędem, pomyłką. Nie kochał ani ciała Wampirzycy, ani jej umysłu, a jednak wiedział, że była wyjątkowa, że była tą właściwą. Trzymał ją za rękę i wiedział, że się bała, a jednak miała zrobić to, co postanowiła. Wiedział, że umiała się bać, że umiała płakać. Po prostu to wiedział, mimo że ona wciąż grała. Gdyby teraz wybuchła, zalała się łzami, utuliłby ją i powiedział: „już po wszystkim, teraz zaczniemy nowe życie.” Wiedział, że i ona tego chciała, ale to wydarzyć się nie mogło.
Najpierw usłyszeli cichy pomruk.
- Jedzie – wyszeptała.
Eryk wiedział, że to, co ma się wydarzyć, stanie się już niedługo i drżał cały z ciekawości, podniecenia, lecz i lęku.
Potem oślepił ich światłami i przemknął obok z cichym szmerem opon spóźniony kierowca.
- Teraz – oznajmiła ona. – Będziemy kochać się na szosie. Szybko! – Wyskoczyła z krzaków i rozstawiła trójkąty.
Wygramolił się z pośród gałęzi z pewnym trudem. Spojrzała na niego. Zawahała się. Stał na krawędzi szosy wsparty na kulach. Wiatr rozwiewał mu włosy. Przypominał bardziej rzeźbę ostrzegającą przed wypadkami na drodze, niż człowieka, brzydką, zapomnianą rzeźbę.
- Zrobisz to?
- Tak – odpowiedział i stało się. Spletli się ze sobą na środku szosy. To było naprawdę wspaniałe, takie ekscytujące. Nagle jednak znowu usłyszeli ten pomruk. Nie zareagowali od razu, zbyt zapamiętali się w tym, co robili. Mimo to odczuli strach. Zimny pot spłynął im po plecach. Kolejny spóźniony kierowca był już blisko.
Wampirzyca poderwała się dopiero, gdy oślepił ich światłami. Chciała po prostu zniknąć wśród gałęzi tak, jakby nigdy jej tam nie było. Nagle przypomniała sobie o nim. Nie mógł wstać. Szamotał się rozpaczliwie, a bestia o świecących oczach była coraz bliżej, jej pomruk ogłuszył go.
W ostatniej chwili Wampirzyca wsparła go ramieniem i odciągnęła na bok. Ogromna ciężarówka przetoczyła się tuż obok nich, nawet nie usiłując hamować. Trójkąty ostrzegawcze zachrzęściły pod jej kołami.
Eryk dygotał. W jego głowie huczał tamten pociąg. Na razie było ciemno, ale potem miał zobaczyć swoją nogę leżącą na szynach, miał krzyczeć, jak wtedy, gdy wspomnienia wracały w koszmarnych snach.
Wampirzyca odgarnęła mu włosy z twarzy.
- Przepraszam – powiedziała tak, jak gdyby wiedziała, co czuł. – To minęło.
Pocałowała go wprost w usta, zamiast ugryźć, a potem objęła. Położył jej głowę na ramieniu. Powoli się uspakajał.
- Robiłaś to już kiedyś? – spytał.
- Może tak, może nie. – Znów mówiła jak Wampirzyca.
- Czemu czekaliśmy, aż przejedzie samochód?
- Żeby było mniejsze prawdopodobieństwo, że przyjedzie drugi.
- Zawiodłem cię, prawda?
- Nie. – Uśmiechnęła się i przytuliła go jeszcze mocniej. – Wszystko to moja wina. Przepraszam.
Chciał też ją przytulić, ale nie mógł. Znowu czegoś nie mógł. Miał ochotę wznieść głowę ku niebu i wyć.

Kiedy wrócił do domu, dostrzegł w kuchni światło. Co mogło się stać?
W drzwiach przywitał go ojciec.
- Gdzie byłeś? Wiesz, jak wyglądasz? Włóczysz się ciągle po nocach. Nie uczysz się, nie pracujesz. Myślisz, że zawsze będziesz żył za nasze pieniądze?
Jeszcze kiedyś zobaczysz, kim będę – pomyślał tylko i usiłował minąć ojca, ale ten chwycił go za ramię. Stracił równowagę. Znalazł oparcie w ścianie, ale dalej pójść już nie mógł.
- Kaleka, rock’n rollowiec, jakiś pomyleniec mi się trafił! – zaczął krzyczeć ojciec. – I to za co?! Źle cię wychowałem?! Czego ci brakowało, że tak mi się odpłacasz?! Mógłbyś czasami myśleć! Do czego doprowadziłeś matkę!?
Specjalnie wpadłem pod pociąg, żeby tobie zrobić na złość – pomyślał rozgniewany. Potem sam zaczął krzyczeć.
- Mam cię gdzieś i te twoje pieniądze! Wypchaj się nimi! Mogę ze swoim życiem robić co chcę! Słyszysz?! Posłuchaj, co ja o tobie myślę! Skleroza ci się na mózg rzuciła!
- Nie masz do tego prawa, gnojku! – syknął ojciec, wymierzając mu policzek.
- Wystarczy? Wyżyłeś się? – Eryk nie spuszczał z tonu. – Nie będę cię od tego bardziej kochał. Puścisz mnie już? – Ojciec nie zareagował, postawił mu więc kule na palcu. Łysy mężczyzna syknął i cofnął się. Miał drogę wolną, ale na górę było daleko. Co jeszcze mogło się stać? Tej nocy nie stało się już nic. Ojciec niczego już nie powiedział.

- Teraz ja cię dokądś zaprowadzę – powiedział Wampirzycy. Popatrzyła na niego lekko przestraszona, ale nie spytała o nic. – To nie będzie ani straszne, ani ekscytujące – wyjaśnił, wyczytując niepokój z jej oczu. – Z resztą, sama zobaczysz.
Zaprowadził ją do swojego domu, pod bramę garażu.
- Otwórz – poprosił. – Klucze mam w kieszeni, wyjmij je.
Zrobiła tak, jak powiedział, ręce jej się trzęsły.
- Teraz zamknij oczy i chodź ze mną.
Położyła mu dłoń na ramieniu, by nie zgubić się w swojej ciemności.
- Zatrzymaj się. Nie otwieraj oczu.
Po dźwiękach które słyszała, nie bardzo mogła się domyślić, co robił.
- Możesz już otworzyć. – Po tonie głosu rozpoznała, że był zadowolony. Otworzyła oczy i zobaczyła go stojącego naprzeciwko niej. Ręce miał wolne.
- Wynalazek przyjaciela – wyjaśnił, kładąc jej dłonie na biodrach. Sam nie bardzo potrafił zrozumieć, czemu awansował Matsa aż tak wysoko. – zawsze chciałem cię objąć, tak naprawdę i tak wyznać, że cię kocham. Kocham cię.
Chciała się cofnąć, zaskoczona tym wyznaniem i nagle przestraszona.
- Ja też cię kocham – odpowiedziała słabym głosem. Wtedy przycisnął ją mocno do siebie. Wspaniale było czuć ją tak blisko.
Położyła mu głowę na ramieniu. Drżała. Wystraszyła się, kiedy zrozumiała, jak wielkim uczuciem chciał ją obdarzyć. Chyba nie była jeszcze gotowa zrzucić maski. Bardzo chciała, żeby ktoś w nią uwierzył, ale kiedy on uwierzył wystraszyła się, że zawiedzie. Nic nigdy dla nikogo nie znaczyła i była przekonana, że bycie razem jest trudne. Nikt nigdy nie powiedział tego, co on wyznał jej przed chwilą. Mówili najwyżej: „jesteś ładna”, „jesteś zgrabna”, „podobasz mi się”. Sama go wybrała, ale teraz miała wątpliwości, czy nie porwała się na coś zbyt wielkiego.
- Pojedziesz ze mną w trasę? – spytał, nie wypuszczając jej z objęć.
- Jako dziewczyna lidera?
- Nazywaj to jak chcesz. Po prostu bądź ze mną.
- Będę. – Zatopiła dłonie w jego włosach i przytuliła policzek do jego policzka. - Pojadę z tobą.

C.D.N.
Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...