Kejti's Factory - Opowiadanie

"Nie dogonię was

czyli Dzieje Eryka i Bandy Sztywniaka"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

3. Zły sen

Kiedy wyjeżdżali, padał deszcz, gęsty i zimny wlewał się za kołnierze i strumieniami płynął po plecach. Furgonetka była Marka. Wynosili rzeczy z garażu, biegnąć w strugach wody. Śmiali się zupełnie przemoczeni. Pit z uśmiechem na twarzy przypominała dziewczynę nieco bardziej, niż co dzień. Tylko Wampirzyca nie opuściła wnętrza samochodu, ukryta i odizolowana od reszty. Wyraźnie chciała zaznaczyć, że należy do innego świata. Powoli zaczynała żałować swojej decyzji. Wyjazd z Erykiem? To była jakaś pomyłka. Jej prawdziwa natura, tak starannie dotąd ukrywana, nie była w stanie zdominować drzemiącego w niej wciąż demona nocy.
Eryk nie wyjeżdżał, on uciekał z domu. Nikomu o wyjeździe nie powiedział, z nikim się nie pożegnał. Rodzina zauważyła, co się święci, nie próbowała go jednak zatrzymać. Zobaczył twarz matki w oknie kuchennym i nie wiedział, czy się uśmiechała, czy znowu płakała. Przez chwilę chciał się cofnąć, podejść do niej, spojrzeć jej w oczy i powiedzieć, że wciąż ją jeszcze kocha i prosić, żeby się o niego nie martwiła. Wydawało mu się to jednak zupełnie bezsensownym posunięciem. Spojrzał tylko na nią przez oddzielającą ich szybę i potoki wody płynącej z nieba.
Potem naprawdę ruszyli. Furgonetka mruczała cicho, łykając kilometry drogi. To działało uspakajająco. Eryk czuł się szczęśliwy i spokojny. Obdarzył samochód bezgranicznym zaufaniem, a z nim razem cały świat. Powieki mu opadały. Nie musiał bać się, więc mógł zasnąć. Twarz matki, dom, potem całe miasteczko zostały za nim.
Woda płynęła po szybach, zmniejszając widoczność i chwilami mogło się im wydawać, że są w łodzi podwodnej. Krople bębniły o dach. Pit śmiała się. Opowiadała jakiś kawał, który ją samą bawił najbardziej, ale wszyscy byli w stanie radosnego uniesienia, wszyscy, oprócz Wampirzycy. Chodź nie była już sama, a jej wiotkie, zziębnięte ciało otuliło ramie Eryka, nie czuła się jedną z nich. Jej deszcz nie cieszył, nie rozumiała też ich radości. Tymczasem Banda Sztywniaka uznała, że oberwanie chmury jest dla nich dobrym znakiem od natury. W zasadzie za taki znak uznaliby też mocne słońce, grad, czy burze z piorunami. Tak musiało być, bo im musiało się wreszcie udać.
Małe miasta, małe kluby, zwyczajna trasa początkującego zespołu. Każdy mały sukces był jednak czymś ogromnym. Erykowi cały ten świat wydawał się nowy. Stał na scenie, patrzył ludziom w oczy. Bał się. To nie były już solówki do odegrania za kotarą. Ruszać się naprawdę nie musiał. Pit robiła to doskonale za niego. Była wszędzie, a gdy miała do zaśpiewania partię tekstu, zjawiała się nagle, by skorzystać z jego mikrofonu. Nie zastanawiał się, dlaczego Mats skonstruował „rusztowanie”, dzięki któremu mógł stać, ale był mu naprawdę wdzięczny, choć może powinno nazwać się to uczucie jakimś innym, mniej podłym słowem. Nie należało tego jednak roztrząsać. Ważne było tylko to, że szli do przodu, zarabiali pieniądze. Ludzie chcieli ich słuchać, kluby prosiły, by zagrali raz jeszcze.
- Wiesz na czym to polega? – spytał Mats. – Oni nas lubią, bo jesteśmy zupełnie zwyczajni, tacy, jak wszyscy...
- Więcej nie mów. – Eryk przerwał mu nagle, uśmiechając się. – Niektóre słowa należy ograniczyć.
Mats spojrzał na niego, niewiele rozumiał. Eryk wciąż się uśmiechał. Doskonale wiedział, że stanowczo lepsze są myśli niedopowiedziane, pozbawione słów mogących kogokolwiek zranić. Mats też miał się tego nauczyć.
Nie dało się jednak ukryć, że Mats miał w swoim stwierdzeniu słuszność. Nawiedzeni byli tajemniczy i wyzywający. Wszystko co robili, było sztucznie udziwnione. Eryk tak to wymyślił. Teraz nie reżyserował koncertów. Nie sprawiło to jednak, że jego rola w zespole zmalała. Wręcz przeciwnie. Teraz każdy był ważny i każdy miał w dyskusji prawo głosu. Nawiedzeni rzadko rozmawiali. Po koncertach każdy bawił się na własną rękę. Teraz było inaczej. Po koszmarze pierwszej próby, wszystko powoli się układało. Nie łączyła ich tylko praca, ale jakieś tajemnicze uczucie wiążące ludzi o podobnych marzeniach i problemach.
Wampirzyca gubiła się w tym wszystkim. Nie uśmiechała się, a Eryk nie wiedział, czy nie umiała, czy nie chciała. Na pewno jednak nie odpowiadała jej pozycja dziewczyny lidera zespołu. Kiedy w środku nocy leżała tuż przy nim, wbijała mu zęby w szyję, a on powoli zaczynał rozumieć, że gdzieś w głębi niej istniała smutna, samotna istota potrzebująca wiele czułości.
- Jestem – mówił cicho. – Nie bój się. – Tulił ją w ramionach. – Ochronię cię przed światłem. – Ona tylko gryzła i gryzła. Nie umiała normalnie żyć, być tylko kobietą. Musiała szokować, musiała być podziwiana. Może ją kochał, ale tego bała się jeszcze bardziej. Miłość w końcu oznaczała zwyczajne życie, a ona bała się właśnie tego najbardziej. Rano ukradkiem ocierała łzy, malowała się i wbijała w następny wąski kostium. Sama jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że już straciła wszystko. Przestała być dawną Wampirzycą, a bała się zostać zwyczajną dziewczyną.

Eryk stał na scenie. Był zwycięzcą. Gdzieś w tłumie mignęła mu twarz Wyjca. Dlaczego on zawsze w końcu się pojawiał? Zbieg okoliczności? Wyjec tam był, a on był z siebie dumny. Dokonał niemożliwego. To się działo! To nie był sen, chodź sceny zmieniały się jak we śnie.
Przy barze siedziała dziewczyna o długich, złotych, rozpuszczonych włosach. Piła kolejnego drinka, jej twarz poszarzała od alkoholu, łez i wielu złych przeżyć. Nie zastanawiał się nawet, wiedział, że to Mary. Kiedyś mu pomogła. Pamiętał, że miała delikatne dłonie. Może dobrze byłoby mieć ją obok siebie? Mogliby śpiewać w duecie. Pit czasem śpiewała z nim, ale jak mu się zdawało, to nie było to. Nagle sobie przypomniał. Kiedyś Mary powiedziała, że chce być gwiazdą, a on powiedział jej, że nie powinna mieć na to nadziei. Teraz piła i płakała. A przecież to była dobra dziewczyna. Coś od życia się jej należało. Czuł się trochę winny za taki stan rzeczy.
Dał ręką znak zespołowi – zmiana planów.
- Następną piosenkę dedykuję dziewczynie o delikatnych dłoniach – oznajmiał. – Chciałbym, żeby się uśmiechnęła.
Mary uniosła głowę, ich oczy spotkały się na chwilę. Serce Eryka zabiło mocniej. Co to znaczyło?
Wampirzyca zagryzła zęby.
Banda Sztywniaka zagrała rzewną balladę, opowieść o miłości – oczywiście nieszczęśliwej.
Gdy kurtyna opadła wciąż widział Mary. Była tam, więc postanowił do niej podejść. Najszybciej jak mógł wyzwolił się z uchwytu wynalazku Matsa, Pit podała mu kule. Wyszedł na salę. Zobaczył już tylko jasne włosy dziewczyny. Czyżby uciekła od niego? Musiał za nią podążyć, po prostu musiał.
To wcale nie była taka łatwa sprawa przecisnąć się przez tłum. Otaczały go ludzkie nogi, dłonie łokcie. Naprawdę czuł się jak we śnie, w którym goni się nieuchwytny cel, a na koniec zawsze się przewraca. Tak było i teraz. To jakaś noga zagrodziła mu drogę.
Dlaczego? – to była jego jedna myśl. Żal ścisnął go za serce, a parkiet zaczął nieubłaganie zbliżać się do oczu.
- Nie ujdzie ci to na sucho – powiedział Wyjec.
Przecież tu nie będą się bić.
- Nudzi ci się? – odezwał się drugi głos. To Mark chwycił tamtego za kołnierz. On wolał obserwować wydarzenia z podłogi, choć już o mało ktoś na nim nie stanął.
Wyjec wycofał się. Mocny okazał się tylko w gębie. Na pożegnanie obdarzył go jeszcze przekleństwem. Eryk wstał nie przyjmując pomocy Marka.
- Co to za sprawa? – spytał chłopak o końskiej twarzy.
- Kiedyś zrobiłem mu krzywdę. – Eryk był zły. Nie chciał z kimkolwiek rozmawiać.
- To znaczy?
- Przyładowałem mu w łeb gitarą. Chyba miał wstrząs mózgu, bo mu odbija. – Ta odpowiedz na szczęście wystarczyła.
Oczy Wampirzycy skrzyły się lodem, jej szczęki drżały. Wszystko się waliło i jak zwykle sam był temu winny. Gdzieś w środku nocy przez ułamek sekundy wiedział co było nie tak. Zawsze sam niszczył swój świat. Było w nim tyle złości i żalu, że nie umiał postępować inaczej. Wampirzyca ugryzła go w szyję i wiedział, co chciała mu tym zakomunikować, ale nie zareagował na to.

Następny koncert w tym samym miejscu, ci sami ludzie. Mary siedziała przy barze. Znowu tam była.
- A teraz piosenka dla dziewczyny o delikatnych dłoniach – oznajmił Eryk. – Chciałbym ją prosić, żeby dziś po koncercie już nie uciekała.
Wampirzycy nie było już za kulisami. Powstrzymując płacz, poszła zaszyć się w furgonetce. Miała nadzieję, że tam nikt jej nie znajdzie.
Kurtyna opadła. Teraz musiał szybko wyzwolić się z wynalazku Matsa.
- Bis – rzuciła Słonica. Ludzie na sali krzyczeli.
- Dzisiaj nie będzie bisów – zaprotestował Eryk. Śpieszył się. Musiał złapać złotowłosą.
- Kule! – krzyknął tonem despoty. Jak zawsze podała mu je Pit.
Znowu znalazł się w tłumie. Mary i tym razem nie poczekała na niego. Nie chciała z nim rozmawiać.
Wreszcie wydostał się na zewnątrz. Mary biegła ulicą w stronę autobusu. Dlaczego właśnie teraz musiał podjechać?
Wszystko było nie tam, gdzie powinno i nie wtedy, kiedy powinno. Mery biegła. Nie był w stanie jej dogonić, ale spróbował to zrobić. Wyrzucał przed siebie najpierw kule, potem nogi.
- Mary! – krzyknął, widząc ją na stopniach autobusu. Obejrzała się. Stała chwilę na stopniach patrząc na niego. W końcu jednak wsiadła.
Dokąd jechał ten autobus?
Pojazd dyszał. Zaraz miał ruszyć. Zaraz miało być po wszystkim.
Nie. Kierowca poczekał na niego. Wciągnął się na pierwszy stopień, oparł ramieniem o przednią szybę. Dyszał ciężko.
Gdzie była Mary?
Mary przeciskając się między ludźmi biegła do tylnego wyjścia. Zanim drzwi się zamknęły, zdążyła wyskoczyć.
A niech to! - Uderzył dłonią w szybę. Teraz miał dokądś pojechać. Tylko dokąd? Dlaczego tak rzadko myślał? Dlaczego została za nim twarz dziewczyny o jasnych oczach? Stała na przystanku, żegnając go, a on jechał w nieznane.

Marydith stała na środku pokoju, drżącymi dłońmi rozdzierając kopertę. W zasadzie nie bardzo umiała wytłumaczyć swoje podniecenie, chyba tylko tym, że był to pierwszy list, jaki w życiu dostała. Tak się jakoś układało, zawsze żyła na uboczu - nieśmiała, inteligentna dziewczyna. Nikt nigdy nie pisał do niej, nie było takiej potrzeby.
Czarnowłosa Alicja uniosła na chwilę głowę znad krzyżówki, poświęcając jej tylko przelotne spojrzenie. Za to Jacky nie umiała milczeć.
- Od kogo dostałaś list? – spytała tak podniecona, jakby przyszedł do niej.
Takie były jej współlokatorki.
- Od brata – odpowiedziała.
- Brat do ciebie pisze? – Jacky nie mogła tego zrozumieć.
- Tak – odpowiedziała Marydith. – Mamy dosyć dziwną rodzinę, dlatego musimy trzymać się razem.
- Co robi twój brat? – Jacky zadała kolejne pytanie, wychodząc z założenia, że jeśli nadawca listu nie jest chłopakiem Marydith, to powinna dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Nigdy nic nie wiadomo.
- Jest muzykiem – oznajmiła w odpowiedzi. – Ma zespół. Teraz są w trasie.
- To jest jakiś znany zespół? – Jacky nie dawała jej spokoju.
- Jeszcze nie. – Marydith miała dosyć jej pytań. – Dasz mi w końcu przeczytać?
Urażona Jacky już się nie odezwała.
„Marydith, wszystko wydaje mi się jedną wielką pomyłką. Mary przychodziła na koncerty, a ja strasznie chciałem z nią porozmawiać. Dziś uciekając wskoczyła do jakiegoś autobusu. Kierowca na mnie poczekał, ale ona tymczasem zdążyła wysiąść. Wiesz dlaczego. Po co mam o tym pisać. Teraz jestem w jakimś barze przystanek dalej, ale nie piję. Tego byłoby za dużo i bez alkoholu wszystko mi się miesza. Przecież jestem z Wampirzycą. Nie wiem, czego chcę od Mary. Nie wiem, czego chce od życia. Zaraz zadzwonię do kumpli z zespołu, żeby po mnie przyjechali. Zaraz. Teraz chcę być sam. Wiem, że to ja wszystko mieszam. Zawsze tak było. Nie mogę się jednak powstrzymać od oskarżania całego świata. - Dalsze litery nagle się pochylały i nie były do końca czytelne. – To jest sen. Tylko sen. Chłopcy przyjechali po mnie. Mary im powiedziała, gdzie jestem. Sam nie zdobyłem się, żeby dojść do automatu. Mary siedziała z przodu w furgonetce, ale ja wiedziałem, że to nie miejsce i nie czas, żeby z nią rozmawiać. Wampirzyca była zła. Nie dziwię się jej. A potem... Z bocznej drogi wyskoczył samochód. Mark skręcił na drugi pas i wpadliśmy na drugą furgonetkę. Sam w to nie wierzę. To był samochód Wyzwolonych. Nie pamiętam tego, co działo się potem. Teraz jesteśmy w szpitalu. Gina jest poważnie ranna, jeśli... – następne słowa były rozmazane. Może przez łzy? Dopiero linijkę niżej tekst znowu dawał się odczytać. – Wyjec był z nią. Ja nie wiem, dlaczego nagle zapomniał, że jestem jego wrogiem. Zapytał jej, czy chciałaby mnie zobaczyć. Chciała. Kiedy do niej wszedłem, płakała. Cały czas płakała. Boże, jak ja ją kochałem. To jest jakieś szaleństwo. Marydith, powiedz mi, że jestem stuknięty. Całowałem jej dłoń i mówiłem: „złe czasy minęły. Wszystko będzie dobrze. Wyzdrowiejesz. Wtedy o wszystkim porozmawiamy. Teraz niczym się już nie przejmuj.” A ona płakała. Czy mogło być inaczej? „Przepraszam” wydusiła, ale ja powiedziałem: „Nie mów nic. Teraz odpocznij”. Lekarze twierdzili, że nie dożyje do rana. Ona nawet nie straciła przytomności, a potem umarła i ja to widziałem. Zemdlałem. Zatrzymali mnie w szpitalu i stwierdzili wstrząśnienie mózgu. Na sali obok leży Mary, ma złamane obie nogi. Nikomu więcej nic się nie stało. Mary leży tam i mógłbym z nią porozmawiać, ale teraz nie wiem już o czym. Nie wiem, co robi Wampirzyca, nie widziałem jej. Nie przyszła do mnie. Wiem, że Gina była skończonym rozdziałem w moim życiu, ale to ją kochałem i tylko ją. Tak mi się teraz wydaje. Całe przyszłe życie... Wcale mnie to nie obchodzi. Kochałem ją. Nie wiem, co powinienem robić. Myślę o tobie, to jedyna myśl, która pozwala mi zachować zdrowe zmysły. Wtedy po wypadku, kiedy pytałem o matkę, jak ona się czuje, powiedziałaś: „Matka płacze. Ona nie rozumie, że to nie może być koniec. Jesteśmy na to za młodzi.” Miałaś wtedy dziesięć lat. Jak to było dawno. Ciągle w to wierzę. Może jeszcze coś się zmieni, kiedyś, gdzieś. Mówię sobie: „to nie może być koniec”, ale nie wiem, jak ma wyglądać to coś dalej. Nie wiem nawet, czy mam jeszcze zespół. Ze szpitala wyjdę już niedługo – na własne żądanie. Chcę zdążyć na pogrzeb Giny. To na razie jedyna przyszłość. Eryk.”
Nogi pod Marydith zrobiły się zupełnie miękkie i powoli ugięły. Chwilę później siedziała już na podłodze, kryjąc twarz w dłoniach. Jej szloch wypełnił pokój.
Jacky podeszła do niej.
- Co się stało?
Nie odpowiedziała, tylko podała jej list. Jacky przeczytała go szybko i usiadła obok niej. Jej też zrobiło się słabo.
- Ja wielu rzeczy nie rozumiem – wyjąkała – ale...
Marydith podniosła się i poruszając się po omacku jakby była ślepa, dotarła do swojego biurka. Wyciągnęła jeden z romansów, które tak zawzięcie czytała, marząc o prawdziwej miłości. Otworzyła książkę w miejscu założonym zdjęciem i otwartą odłożyła na blat biurka. Zdjęcie wręczyła Jacky.
- To on – wydusiła z trudem, wciąż zalewając się łzami.
Alicja wstała od krzyżówki i podeszła by też zobaczyć. Fotografia przedstawiała Marydith i chłopaka na wózku inwalidzkim. Obie znieruchomiały.
- On... – zaczęła Jacky, dziwnie się krzywiąc. – Ma zespół?
- Tak – odpowiedziała Marydith, znowu osuwając się na podłogę. Objęła rękami głowę. – To było osiem lat temu. Szczeniacki wygłup. Skakał do pociągu. Całe nasze życie nagle się zawaliło. Rodzicom odbiło. Ojciec ciągle krzyczał, obwiniał go za wszystko, pytał: „czym zasłużyłem na takiego syna?”. Matka płakała, ciągle tylko płakała. Nigdy nie wiedziałam, że i mnie to tak dręczy. Zawsze chcieliśmy tylko jednego, uciec od nich jak najdalej, uwolnić się. Muzyka to dobra ucieczka, ale to już drugi raz i znowu mu się nie udało. Tak bym chciała, żeby wreszcie mu się powiodło – chlipała Marydith.
- Uspokój się – powiedziała Alicja, biorąc ją za rękę. – Płacząc nic nie zmienisz.
Zdziwiona uniosła załzawione oczy, by spojrzeć w tak by się zdawało, zawsze obojętną twarz Alicji. Teraz znalazła na niej cień zrozumienia.
- Lepiej usiądź i napisz w miarę optymistyczną odpowiedź.
- Ale jak to jest możliwe? Ten zespół? – spytała Jacky. To ją dręczyło.
- Zwyczajnie – odpowiedziała Marydith.
- Daj jej spokój – zaczęła strofować tamtą Alicja. Potem obie wstały i wyszły. Choć Jacky się opierała tłumacząc Alicji, że nie ma nic do załatwienia poza ich pokojem.
Marydith nie była jeszcze gotowa, by się podnieść. Nagle w jej głowie zrodziła się myśl, że zrobiła z siebie pośmiewisko, że powiedziała coś, czego mówić nie powinna i zaczęła tego żałowała. Było jej jednak trochę lżej po wyrzuceniu z siebie prawdy. Była młoda. Tak, czuła to. Gdyby nie problemy Eryka, uznałaby, że ma w życiu szczęście, a raczej, że szczęście kiedyś musi się do niej uśmiechnąć. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, jak wielki ciężar na niej spoczywał, uświadomiła to sobie dopiero teraz. Dobrze, że się tak stało. Bała się jednak, że jej współlokatorki wykorzystają swoją wiedzę przeciwko niej. Bała się, że mogą jej współczuć. Współczucia trzeba się wystrzegać. Eryk jej o tym powiedział. Wcisnęła głowę między kolana i tak trwała jakąś godzinę, póki nie zesztywniał jej kark. Potem kryjąc zapłakaną twarz przed ludzkim wzrokiem poszła wziąć prysznic. Miała nadzieję, że zmyje z siebie strach.

„Eryku – pisała list, zamiast słuchać wykładu. – Wiem, że i tak na razie nie przeczytasz mojego listu, ale to nie szkodzi. Chciałabym ci powiedzieć, że nadal jestem gotowa powtórzyć tamto zdanie. Ja w to wierzę. Ciągle jeszcze jesteśmy bardzo młodzi. Chcę też powiedzieć, że stuknięty nie jesteś na pewno, a może nawet normalniejszy, niż ja. Nie rozumiem jednak tego, co robisz. Nie wiem, czego chcesz i niczego nie potrafię ci poradzić. Wczoraj, kiedy dostałam twój list, płakałam i o wszystkim opowiedziałam moim współlokatorką, o tym, co się stało i o naszych rodzicach. Teraz boję się spojrzeć im w oczy. Boję się, że będą się ze mnie śmiały. Ale one się nie śmieją, nie są złe i nawet może rozumieją co czuję, choć Jacky ciągle dopytuje się o twój zespół, jak to możliwe, że go masz i tak dalej. Wszystko im powiedziałam. Ona jest stuknięta, jeśli chodzi o chłopców i muzykę, ale w Ciebie jeszcze nie bardzo potrafi uwierzyć. Przykro mi z powodu Giny. Wiem, że słowa niewiele pomagają, ale naprawdę mi przykro. Powinieneś jednak wiedzieć, że to się skończyło i to nie dlatego, że umarła. Jeśli to brzmi okrutnie, to przepraszam. Życie się wciąż toczy, ale jeśli chcesz do czegoś dojść, musisz trochę pomóc losowi i wreszcie się na coś zdecydować. Ja nie jestem okrutna, nie jestem zimna, ja tylko myślę. Może tak właśnie mówią ludzie, którzy jeszcze nigdy nie kochali. Tak jest, nigdy nie kochałam, więc nie rozumiem. O swoim nowym życiu myślę, że wreszcie jestem wolna. Sama nie wiedziałam, jak ciąży mi przeszłość. Boję się, że przez tą wolność zrobię coś głupiego, coś nieodpowiedniego i to się źle skończy. Pierwszą nieodpowiedzialną rzeczą jest ten list. Chciałam Cię przecież pocieszyć, a tymczasem... Ale na razie to nie koniec, nie koniec. To dopiero początek. Kiedyś staniesz na szczycie. Ja w to wierzę. A na razie trzymaj się. Marydith.”

Gdy mknęli w stronę domu padał desz. Przez pewien czas Eryk przyglądał się strugą wody cieknącym po szybach. W sercu miał pustkę. Pogłębiał ją jeszcze ten błękitny, zupełnie zamazany pejzaż. Może świat płakał? Kiedy ruszali, uznali deszcz za dobry znak, choć może już wtedy natura chciała ich ostrzec, że wszystko tak źle się skończy. Może świat płakał nad nimi, powtarzając w swoim lamencie: „o nieszczęśni, nieszczęśni”. A może to wciąż był tamten dzień? Może zawrócili, bojąc się deszczu? A może wciąż gnali w przód? Furgonetka mruczała przyjaźnie. Nie zrobiło na niej wrażenia, że straciła reflektor i błotnik. Eryk zamknął oczy i pozwolił ukołysać się do snu dźwiękami silnika. Nie czół się najlepiej. Był słaby, nieszczęśliwy, głowę rozsadzał mu tępy ból. Powoli zapadał się w świecie miękkiej ciemności. W lepszym świecie. Tajemnicze ciepło rozlewało się po całym jego ciele. Przez moment było mu dobrze, tak błogo. Zasnął.
- Kim była Gina? – spytała Słonica. – Bo ja nic z tego nie rozumiem.
Mats spojrzał na Eryka, by upewnić się, czy rzeczywiście spał, potem odpowiedział szeptem.
- Jego byłą dziewczyną. Rzuciła go, ale najpierw zdążyła zrobić wiele świństw.
- Wiedział o tym? – Słonica jakoś nadal nie rozumiała.
- Wiedział – odpowiedział Mats.
- A Mary?
- Jej nawet nie znał dobrze. – Przyjrzał się Erykowi uważnie. – Nie rozumiem dlaczego, ale on ma talent do udowadniania, że jest tylko kaleką. Zawsze wybacza i nie wierzy, że może wymagać od ludzi, żeby traktowali go zupełnie normalnie.
- A nasze próby? – odezwała się Pit. – Te jego ryki? To jeszcze jeden dowód? Chcesz nam powiedzieć, że to strach? – Ją samą przeraziły te słowa.
- Właśnie.
- I co moglibyśmy z tym zrobić? – spytała Pit.
- Po co w ogóle coś robić? – rzucił Mark zza kierownicy.
- Siedź cicho! – nakazała mu Słonica. Reszta nie zwróciła nawet na niego uwagi.
- W ogóle nie wiem, czy można coś zrobić – powiedział Mats. – Możemy po prostu być.
Pit myślała przez chwilę, potem zapytała niezupełnie logicznie:
- Dlaczego? – Żeby rozwinąć pytanie potrzebowała jeszcze chwilę. - To znaczy, ja wiem dlaczego. Bo chcę. Chcę, żeby on uwierzył i sama chcę do czegoś dojść, ale nie wiem, czy to ma sens. Czy to może wyjść? No bo nie możemy robić tego dla niego. Musimy to robić tylko dla siebie. Inaczej to będzie tylko bzdura. A i on na pewno by tego nie chciał. Rozumiecie? – Jednak Mats i Słonica patrzyli na nią, jakby zupełnie nie rozumieli.
- To znaczy, – spytał w końcu Mats – chcesz powiedzieć, że musimy wszystko znosić, ale żyć dla siebie? Ja to robię.
- A jeśli ktoś nie potrafi, to powinien odejść – dodała Słonica.
- Odchodzisz? – zdziwiła się Pit.
- Nie – uśmiechnęła się. – Mnie się ten układ podoba i naprawdę chcę zdobyć coś dla siebie.
Mark wolał tego nie komentować. Miał szczerze dosyć całej tej bandy dziwaków. Nie interesowało go, co pomyślą o jego decyzji. On zamierzał odejść.
Oczy Wampirzycy lśniły z pozbawionej okien tylnej części samochodu. Słuchała ich uważnie, zapamiętywała każde słowo, każde słowo ważyła. Nie była jeszcze pewna co zrobi.
Nie, jednak była. Nie chciała zostać z Erykiem. Nie potrafiła wybaczyć, że była tylko towarem zastępczym. Eryk powiedział jej: „kocham cię.” Czy kłamał? Czy wtedy tak myślał naprawdę? Dlaczego odpowiedziała, że też go kocha? Sprawiła mu tym przyjemność. Zrobiła to niepotrzebnie. Postanowiła więc, że odejdzie i nigdy już nie uwierzy w miłość. Miłość to kłamstwo, tylko seks jest czymś prawdziwym.

Wciąż padał deszcz, gdy dotarli pod dom Eryka.
- Jesteś na miejscu. – Pit obudziła go, lekko potrząsając za ramię.
Otworzył oczy niezupełnie przytomnie. Nie powiedział niczego. Poruszał się jakby wciąż jeszcze spał. Pit pomogła mu wysiąść. Mats otworzył garaż. Zaczął się rozładunek. Wtedy z domu wypadł ojciec Eryka, coś krzyczał miotając się w strugach wody. Eryk nie rozumiał jego słów i nie wiedział, czy były skierowane do niego. Potem zjawiła się jego matka. Była szara i przeźroczysta. Jedynym kolorem w jej twarzy była czerwień podpuchniętych oczu. Nie wyszła na deszcz, tylko stała w progu, mogłaby przecież do końca rozmyć się w strugach wody i przestać istnieć.
- Co się stało? – spytała. Jej głos dotarł do Eryka z bardzo daleka, jakby z przeszłości. Ostatnio zapomniał, że ona w ogóle umiała mówić.
- Mieliśmy wypadek – odpowiedziała za niego Pit. Wskazała na furgonetkę pozbawioną lewego błotnika, ze zdeformowaną maską i zderzakiem, tylko jednym przednim światłem i szybą posklejaną taśmą. To świadczy samo za siebie.
Ojciec krzyczy coś o zgubnym wpływie rocka (skąd on znał tę nazwę?) i alkoholu, o tym jak wielu ludzi ginie na szosach, pytał też, co on chce jeszcze stracić, bo przecież już jest kaleką.
Eryk zostawił ich wszystkich za sobą i powoli powlókł się po schodach do siebie. Wampirzyca wyskoczyła z furgonetki i uciekła jak dzikie zwierze, któremu otworzono klatkę. Z nikim się nie pożegnała.
Pit rozmawiała ściszonym głosem z matką Eryka, ojciec nadzorował garaż, żeby nikt nie wyszedł z niego z jedną z dziurawych dętek.
- To przez tę dziewczynę, która zginęła – powiedziała Pit. – Nie wiem, kim dla niego była. To jakaś stara historia. Ale teraz jest w szoku.
Nagle zjawił się Mats.
- Proszę mu powiedzieć, że potrzebny jest nam przebój. Ma na to trochę czasu, ale nie za dużo – powiedział i znikł, nie czekając na odpowiedź.
Powoli wszystko cichło. Furgonetka miała problem z zapaleniem. Parę razy dziwacznie parsknęła. W końcu jednak silnik zamruczał miarowo, a po paru sekundach został zagłuszony przez deszcz. Ojciec powiedział coś podniesionym głosem i wyszedł trzaskając drzwiami. Eryk leżał wpatrzony w sufit i wsłuchiwał się w ciszę. Powoli nawet deszcz ustawał. Nie czuł nic. Nie wiedział, czego chciał, dokąd zmierzał, co było dobre, a co złe. Niczego już nie wiedział. Zaraz miał pogrążyć się w niebycie, może już na zawsze.
Uratowało go przed tym jednak ciche skrzypnięcie zawiasów. Zamrugał oczami, żeby znowu zacząć widzieć. Najpierw nie rozpoznał przybysza, potem dopiero zrozumiał, że cień, który widzi, jest jego matką. Przyszła do niego na górę.
- Zejdziesz na dół? – spytała. – Porozmawiamy, zrobię ci herbaty. Tylko na nią patrzył, dodała więc – ojciec wyszedł – i znikła.
Jeszcze przez chwilę leżał bez ruchu. Nie myślał o niczym specjalnym i nie wiedział nawet, dlaczego zdecydował się w końcu wstać.
Wszedł do kuchni. Zajął miejsce przy stole. Kobieta krzątająca się przy kuchni powoli się odwróciła i popatrzyła na niego.
- Wszystko mi się pomieszało – zaczął powoli, a szara kobieta usiadła po drugiej stronie stołu, naprzeciwko niego. – Kiedyś byłem zakochany w Ginie, ale ona mnie zdradziła. Potem była Mary. Tylko rozmawialiśmy, a potem ona znikła, kiedy mnie aresztowano.
- Jak to?
- Na tamtej trasie. Walnąłem Wyjca w łeb gitarą.
Matka spojrzała na swoje dziecko uważnie, dowiedziała się czegoś, czego nigdy by się nie spodziewała, i co nigdy by się nie wydarzyło, gdyby była tam, gdzie być powinna.
- Dlaczego? – spytała.
- Bałem się.
Kobieta zagryzła wargi i zadrżała patrząc w jego smutne oczy. Gdzieś tam obok były kule oparte o kant stołu. Chciała coś zrobić, ale jeszcze nie była gotowa.
- Potem była Nancy. – Sam zdziwił się, czemu nie powiedział Wampirzyca. – To ona mnie wybrała. Kręciła się wokół mnie i byłem przekonany, że ją pokochałem. A potem znowu zobaczyłem Mary i koniecznie chciałem z nią porozmawiać. Może chciałem tylko, żeby ze mną śpiewała. Nie wiem. Chciałem coś dla niej zrobić. Kiedyś powiedziałem jej coś strasznego. Widziałem jak pije. Za dużo piła, a ja czułem się w jakiś sposób za nią odpowiedzialny. A potem był ten wypadek. Byłem przy tym, jak Gina umiera i wszystko jej wybaczyłem i wiedziałem, że liczy się tylko ona. – Pochylił głowę i wtedy palce kobiety dotknęły jego dłoni. Najpierw musnęły ją niepewnie, bardzo nieśmiało. W końcu jednak naprawdę wzięła go za rękę. Zrozumiał, że skończyły się czasy milczenia. Dwa szare, wilgotne spojrzenia złączyły się ponad stołem, przez którego blat przewaliła się cała przeszłość koniecznie chcąc rozerwać ich dłonie. Nie dopuścili do tego jednak. Kuchnia rozbrzmiała śmiechem. Malutki chłopiec dotykał ogromnego brzucha matki. Potem miał siostrę. Po raz pierwszy szedł do szkoły i bał się. To znaczy, wtedy myślał, że tak wygląda strach. Matka pocałowała go w czoło. Powiedziała coś ciepłym, spokojnym głosem. Potem wszystko ucichło, a z ciszy wypadł pociąg, dudniąc złowrogo. Skulił się w sobie. Wiedział, że zaraz pochłonie go ciemność. Zawsze tak się działo. Potem była krew i ludzie w białych fartuchach. Tylu rzeczy nie rozumiał. Matka płakała i szarzała z dnia na dzień, ojciec krzyczał, łysiał i tył, a jego twarz robiła się coraz bardziej czerwona. Potem i on zaczął krzyczeć, zupełnie bez sensu, tylko po to, by ranić innych, a ich oczy przestały się spotykać.
- Co ja mam zrobić? – spytał cicho.
Kobieta chwilę milczała.
- Musisz wszystko dokładnie przeanalizować. Czy dasz radę znaleźć Mary?
- Tak. Wiem, gdzie teraz jest.
- To znajdź ją, porozmawiaj. Sprawdź, czy to jej szukałeś. – Wreszcie mówiła jak matka. Znalazła na to siłę. Czemu więc milczała tak długo?
- A Nancy?
- Co się z nią stało?
- Nie wiem. Chyba odeszła.
- A co czujesz wobec niej?
- Nie wiem. W jakiś sposób jej potrzebuję.
- Jej, czy po prostu dziewczyny?
- Nie wiem. Chyba jej. Ona jest inna.
- Pomyśl, czy ona może ci wybaczyć. Chyba myśli teraz, że ją okłamałeś. Czy tak nie było?
- Tak. Nie będzie chciała ze mną rozmawiać. Co mogę w takim razie zrobić?
- Napisz dla niej piosenkę. Ten rudy młodzieniec...
- Mats?
- Nie wiem. W każdym razie, powiedział, że potrzebujecie przeboju.
- Tak – skinął głową. – Napiszę.
- I znowu wyjedziesz?
- Nie. – Powoli wracał do życia, znowu marzył. – To nie ma sensu. Za to trzeba wziąć się inaczej.

Marydith już po raz drugi czytała list od Eryka, zupełnie nie zwracając uwagi na trwający wykład. Nie starała skupić się nawet na tyle, by zdać sobie sprawę, o czym był.
„Marydith – czytała. – Odebrałem od Matsa twój list. Dziękuję. W sumie masz rację, ale ja jeszcze nie wiem, czego chcę. Niedługo pogrzeb Giny. Ciągle mam przed oczami jej twarz, ale nie bardzo mogę sobie przypomnieć, żeby kiedykolwiek było nam razem dobrze. Ciągle wydaje mi się jednak, że jej śmierć jest też śmiercią jakiejś części mnie. Po pogrzebie pojadę do Mary, do szpitala. Potem muszę załatwić dla Bandy Sztywniaka studio. Wydamy płytę. To znaczy, na razie singla. Przecież w klubach możemy grać do śmierci i do niczego nie dojść. I oto zadanie dla Jacky. – Marydith uśmiechnęła się do siebie. – Niech o nas opowiada. Czym więcej, tym lepiej. Niech nam robi reklamę. Niech ludzie będą ciekawi. Jak będzie chciała, to dostanie płytę z autografami całego zespołu. A jeśli chodzi o przeszłość, to nigdy nie uwierzysz w to, co się wydarzyło. Po przyjeździe rozmawiałem z matką tak zupełnie normalnie. Opowiedziałem jej o wszystkich swoich problemach. Patrzyłem jej w oczy, a ona wzięła mnie za rękę i udzielała rad podobnych z resztą jak Ty. Czasy milczenia minęły. Tak myślę. Zostaje jeszcze ojciec, ale z nim to chyba już nigdy się nie dogadam. Znowu się piekli, mówi o alkoholu i muzyce, że ja chcę się zabić, a potem znowu zaczyna, że żyję za jego pieniądze i że pogrzeby są drogie. Powiedziałem mu, że na razie zarobiłem, a potem mogę iść na żebry, a on, że splamię honor rodziny. Powiedziałem, że to jego problem. Tak wygląda każdy dzień, a nocą znów śni mi się Gina, to jak umierała. Mam jednak nadzieję, że jakoś sobie z tym poradzę i nie zwariuję. Czekam na twój przyjazd, lato w końcu już za pół roku. Eryk.”

Wszędzie tłoczyli się ludzie w czarnych strojach. Niektórzy płakali i głośno wycierali nosy, inni milczeli niesamowicie odlegli i jakby nierzeczywiści. Trumnę przykrytą kwiatami z trudem mógł dostrzec, ale nie było po co pchać się do przodu, był tam przecież intruzem. Niektórzy ludzie szeptali między sobą. W ich rozmowach powracały słowa: wypadek, alkohol i muzyka. Wszyscy myśleli w ten sam sposób. Niektórzy pokazywali go sobie, jako ofiarę tego wypadku. Kiedy na nich patrzył na zmianę ogarniała go złość i uczucie jakiegoś paranoicznego tryumfu. Ci ludzie przecież nie mieli zielonego pojęcia o tym, co się stało, a nawet o prawdziwym życiu. W odróżnieniu od niego niczego nie przeszli i niczego nie rozumieli.
Wyzwoleni zjawili się w komplecie, lecz i oni trzymali się na uboczu. Byli w końcu przedstawicielami tej złej młodzieży, zmierzającej do samounicestwienia. Ludzie co i róż mierzyli ich spojrzeniami, jakby powtarzali: „winni”. Tłum ich nienawidził. Tak samo jego, jak i Wyjca. Banda Sztywniaka zjawiła się również, choć dostrzegł ich później. Nie było tylko Marka. On chciał tylko grać. Nie przyjmował do wiadomości, że istnienie zespołu może przerodzić się w związek międzyludzki. Nie chciał tolerować ludzkich słabości. Wszystko musiało się kręcić niezależnie od wszelkich kataklizmów.
Podeszli do Eryka, nie mówiąc niczego. To wystarczyło. Poczuł, że już nie jest sam.
W końcu pastor zaczął swoją mowę. Eryk nie rozumiał słów. Nawet ich nie słuchał. Wspaniała, młoda dziewczyna, zabiła ją muzyka i alkohol. Prawda wyglądała inaczej. Ona była zła, była zepsuta, ale kochał ją i to bardzo.
Nagle niebo przybrało stalowoszary kolor i zaczął padać deszcz. Świat płakał żegnając demoniczną dziewczynę, świat płakał, żegnając jego miłość. Uniósł głowę. Jego lekko rozchylone wargi drżały. Krople wody płynęły mu po twarzy, zawisając w kącikach ust. Może to były łzy? Także mężczyzna może bezkarnie płakać w deszczu. Nie rozumiał, dlaczego była dla niego taka ważna. Była pierwsza. Byli razem w czasach, gdy nie miał nadziei, że kiedyś podniesie się z wózka. Jej miłość zastępowała mu wszystko inne. Teraz patrzył na świat z większej wysokości, ale czy w czymś mu to pomagało? Jego oczy, pochmurne niebo i błoto, w którym wszyscy się ślizgali, stanowiły jedną szarą całość. Czuł, że robi mu się słabo. Coś mówiło mu, że na pogrzebach powinien padać deszcz. A jednak deszcz sprawiał, że przeszywał go chłód, sprawiał, że ludzie uciekali, że nie chcieli słuchać bełkotu pełnego kłamstw, który mimo wszystko był święty. Było mu coraz zimniej. Jego zęby zaczęły uderzać o siebie. W głowie słyszał melodię, którą napisał dla Wampirzycy, ale myślenie o piosence, było zdradą Giny, tak jak przyjście na pogrzeb było zdradą Nancy. Już nie wiedział, którą z nich kochał. Zaczął liczyć, że to, co go spotykało to sen, z którego zaraz się obudzi. Wszystkie jego sny kończyły się jednak krzykiem. Zaraz więc będzie krzyczał. Zaraz poleci w ciemność. Przed oczami pojawiły mu się czerwone plamy. Wykrzywiając twarz w potwornym grymasie naprężył ramiona, czując, że zaraz runie. Szybko łapał ustami powietrze. To koniec, koniec.
Zanim osunął się w błoto, wsparło go ramię Matsa.
- Człowieku, co ty wyrabiasz? – spytał cicho rudzielec, ale odpowiedzi nie było. Tylko chude, przemoczone ciało przewiesiło mu się przez rękę.
Z pomocą Słonicy i Pit odtransportował go do domu. Drzwi otworzyła im matka Eryka.
- Co się stało? – spytała przerażona.
- Zasłabł na pogrzebie – odpowiedział Mats i wtaszczył go na górę.
- Też żeś się zawziął na te schody – powiedział do pół przytomnego Eryka, ciężko dysząc. Ten nie odpowiadał.
Kiedy zszedł na dół, dziewczyn już nie było.
- Dziękuję – powiedziała szara kobieta drżącym głosem. – Może zostaniesz?
- Nie będę przeszkadzał. Niech się pani lepiej nim zajmie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego on się tak wyniszcza.
- To znaczy? – Mats nie mógł zrozumieć dlaczego o to spytała. Przecież powinna wiedzieć. Już się nie dziwił reakcją Eryka. Z całą jego rodziną było przecież coś nie tak.
- On ze wszystkim przesadza i wszystko za bardzo przeżywa. Przecież to Gina umarła, nie on. Nawet jeśli nie radzi sobie ze swoim życiem, to ma jeszcze kupę czasu, żeby je jakoś ułożyć.
Kobieta zadrżała. Już kiedyś słyszała podobne słowa. Nie odpowiedziała, tylko skinęła głową.
- Niech mu pani powie, że inne rzeczy tak, ale zespół nie może czekać i w końcu wszyscy odejdą. Do widzenia. – Odwrócił się i wyszedł, a drżąca kobieta została sama na długim, zimnym korytarzu, ogromnego, pustego domu.

Pogrzeb odchorował gorączkując i przez dwa dni nie opuszczając łóżka. W końcu jednak musiał sobie powiedzieć: „pochoruję później”. Rzeczywiście nie miał czasu. Musiał pojechać do Mary, zanim wypuszczą ją ze szpitala, podejrzewał bowiem, że wtedy znowu zniknie. Musiał też skończyć piosenkę dla Wampirzycy i załatwić studio. To wcale nie było takie proste. I choć matka powstrzymywała go, mówiąc: „odpocznij jeszcze parę dni”, on wiedział, że już czas ruszyć się z miejsca. Pojechał do Mery pociągiem, zwyczajnym, osobowym. Nie musiał już podróżować w wagonie towarowym. To było wspaniałe, choć strach cały czas go nie opuszczał. Mówił sobie, że to przecież zupełnie bez sensu, że w środku jest bezpieczny. To wcale jednak nie pomagało. Dla niego monotonny rytm uderzeń kół pociągu oznaczał tylko ciemność i krew. Tak więc drżał przerażony siłą potwora, we wnętrzu którego się znalazł.
Mary wciąż leżała wbita w gips i podwieszona na wyciągu. Powitała go niezbyt miłym pytaniem:
- Po co przyszedłeś?
- Żeby z tobą porozmawiać.
- O czym?
- Nie wiem. Byłem przekonany, że kiedy cię znajdę, to będę wiedział.
- Przecież nic się między nami nie wydarzyło – oznajmiła.
- A co się miało wydarzyć?
- No, nie zakochałeś się we mnie? – Jej głos brzmiał bardzo ostro.
- Ależ nie – zaprzeczył. – Tak naprawdę to przyjechałem zaproponować ci rolę solistki w moim zespole.
- Dlaczego?
- Bo nie mam solistki – odpowiedział wprost. – Bo całkiem nieźle śpiewasz.
Zaśmiała się głucho.
- Bo jestem dobrą dziewczyną – skończyła za niego.
Patrzył na nią, nie pojmując, do czego zmierzała. Wszystko mu się nagle pomieszało. Pozory myliły. Wampirzyca tylko udawała demona, gdy tak naprawdę była bardzo delikatna i wrażliwa, a on nie spostrzegł tego w porę. Mary tylko zdawała się być aniołem. Tak naprawdę gdzieś w jej głębi krył się szatan, a jej delikatne dłonie były uzbrojone w długie pazury.
- A nawet jeśli?
Mary spojrzała na niego z pobłażaniem.
- Wszystko wygląda zupełnie inaczej, niż myślisz – powiedziała. – Daj sobie spokój. Nie jestem wspaniała. Myślałam o tobie straszne rzeczy. Dziękuję za propozycję śpiewania, ale teraz muszę się sama uporać z własnym życiem. Zupełnie sama. Dlatego lepiej zapomnij, że mnie szukałeś i znalazłeś. Ostatni raz widzieliśmy się, gdy przyszła po ciebie policja. Rozumiesz?
Skinął głową.
- Może się jeszcze kiedyś spotkamy. – To było pożegnanie. Mary chciała, żeby już sobie poszedł.
- Może – odpowiedział, wychodząc. Dziewczyna o delikatnych dłoniach nie istniała. To tylko jego zbolały umysł wycinał mu głupie numery. Musiał wziąć się w garść i zabrać do pracy. Trzeba było wylansować zespół i nie zwalać już wszystkiego na Matsa. Musiał też odzyskać Wampirzycę. Dziewczyny były dziwnymi stworami, a on nigdy nie był do końca pewny, ani ich, ani swoich uczuć, ale wiedział, że Wampirzyca marzyła o prawdziwej miłości, tak zresztą jak i on. Więc może była tą jedyna, wyśnioną? Może w niej było to, co chciał widzieć w Mary i Ginie, a czego w nich na pewno nie było?

C.D.N.
Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...