Kejti's Factory - Opowiadanie

"Nie dogonię was

czyli Dzieje Eryka i Bandy Sztywniaka"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

7. Czas cudów

Od razu za drzwiami, w gwarze i tłumie, pojął, że to była pomyłka. Naprawdę nie powinien chodzić na tego typu imprezy. Niby po co? Patrzył na ludzi, którzy tańczyli, patrzył na ludzi, którzy się śmiali i chętnie wszystkich by powystrzelał. Przypominał sobie, jak poznał Nancy. To było tam, na takiej samej prywatce. Marydith go przyprowadziła, powiedziała, że gospodyni ma na niego ochotę. Jakie to było głupie. Teraz ją kochał.
- A ty, kulawy, tu po co? – Ten głos poznawał od razu, Wyjec. – Chcesz posmakować parkietu? – Zrobiło mu się gorąco. Usiłował zniknąć i tak jak wtedy trafił do kuchni. Dołączył do nieźle już pijanej pary. Razem z nimi pił i czuł się tak, jakby to wszystko rzeczywiście kiedyś się już zdarzyło.
Tam ją zobaczył. Przyszła chwiejąc się na nogach i wymachując do połowy pełną butelką. Miała na sobie czarne mini i czarny, koronkowy stanik pod przeźroczystą bluzeczką. Ruchy jej ciała uwodziły, ale on nie patrzył na jej brzuch, tylko w twarz, w podpuchnięte, ciemne oczy. Usiłował znaleźć tam istotę, którą utracił.
- Nancy... – wyszeptał.
- Powiedzcie mi, czy ja go znam? – zabełkotała, zachwiała się. – Czy ja go znam? Wszystko mi się pomieszało. – Dotknęła dłonią do skroni, wciąż balansując, by utrzymać równowagę. Potem zachichotała.
Za nią wtoczył się Wyjec, też ledwo trzymając się na nogach.
Jeszcze on tu? Co to wszystko ma znaczyć?
W Eryku się zagotowało, ale nie mógł niczego zrobić. Wyjec objął Nancy ramieniem.
- Zatańczymy?
- Nie. Ty zatańczysz ze mną – powiedziała Pit, obejmując rosłego blondyna. To było jakieś przedstawienie, którego Eryk nie rozumiał.
- Z chłopczycą mam tańczyć? – Odepchnął ją tak, że zatrzymała się na stole. Kieliszki zatrzęsły się. Pijany chłopak złapał swoją butelkę, żeby się nie przewróciła. Pit potrząsnęła głową, do oczu nabiegły jej łzy. To bolało.
- Ale ze mną zatańczysz. – W drzwiach kuchni stanęła Mary, opierając dłoń o biodro. Była zupełnie trzeźwa i tak piękna, jak piękną jeszcze nigdy nie była. Wyjec przyglądał się jej przez chwilę.
- Chodź, kochanie – powiedział w końcu, uśmiechając się półgębkiem.
Wyszedł. Nancy podniosła butelkę do ust.
Do kuchni wpadł Mats, chwycił Nancy i przerzucił ją sobie przez ramię. Butelka wypadła dziewczynie z rąk i stłukła się. Krople wódki opryskały twarze ludzi stłoczonych w kuchni.
- Co tu się dzieje?! – krzyknął Eryk, zrywając się. Chciał wyjaśnień, ale Mats niczego nie powiedział, tylko poszedł z wierzgającą i wymachującą pięściami Nancy po schodach na górę. Eryk podążył za nimi.
Pit została sama. Przykucnęła nad szczątkami butelki i co i róż ocierając oczy wierzchem dłoni, zaczęła zbierać odłamki szkła. Poruszała się bardzo powoli. Chciała, żeby starczyło jej zajęcia na całą noc. Nie chciała już wrócić na sale, patrzeć na chłopców, którzy widzieli w niej tylko kumpla i dziewczyny, wszystkie od niej ładniejsze. Chciała się gdzieś zaszyć i zapomnieć o całym świecie.
- Mats, do diabła, co wy wyrabiacie?! – krzyczał Eryk, ale rudzielec nie powiedział niczego. Otworzył drzwi do łazienki i wrzucił dziewczynę do wanny. Wciąż wierzgała i wymachiwała pięściami, ale była zbyt pijana, żeby się wydostać.
- Masz szansę – oznajmił rudy – teraz należy do ciebie – i znikł, zanim Eryk zdążył wydusić z siebie choć słowo. Był bardzo zły. Jak mogli robić mu takie numery? Czyżby jego przyjaciele myśleli, że mu pomagają? Miał ochotę ich zabić. A co z Nancy? Póki była w takim stanie i tak nie mógł się z nią dogadać.
Niepewnie usiadł na krawędzi wanny. Dziewczyna już się nie rzucała. Głowa opadła jej na piersi. Usta miała niedomknięte. Wyglądała teraz jak zwyczajna ulicznica. Jak mógł kogoś takiego pokochać? Przecież to było bez sensu. Zrodziła się w nim nagle chęć zemsty. Przecież Matsowi chyba o to chodziło. Odkręcił zimną wodę. Dziewczyna zaczęła piszczeć. Potem rzuciła się do kurków, by zakręcić wodę. Zmoczone włosy, ciemniejsze niż co dzień, zwisły w strąkach, przyklejając się do jej twarzy. Mokra bluzka przylgnęła do ciała, jeszcze wyraźniej zarysowując jej piękne piersi. Krople wody ciekły jej po nosie, kapiąc na dno wanny.
- Ty głupi jesteś? – spytała nerwowo, odgarniając z oczu grzywkę. – Idiota jakiś. – Usiłowała wydostać się z wanny, ale strasznie się ślizgała.
- Nancy, co ty z siebie robisz? Nie jesteś taka – powiedział, ale jego słowa trafiały w pustkę.
- Pomóż mi do diabła! – Nadal nie mogła się podnieść.
- Niby jak? – rzucił ostro. – Daj spokój, porozmawiajmy. – To było bez sensu. – Kocham cię.
- Stuknięty kaleka – rzuciła w końcu, wypadając z wanny na głowę i zbierając się z podłogi.
- Nancy, poczekaj.
- Zapomnij – machnęła ręką wychodząc.
Po raz kolejny w życiu został sam, tym razem na wannie, w mokrej łazience. Pijana dziewczyna, o której śnił, poszła na dół, ociekając wodą. Podniósł się. Musiał być ostrożny. Gdyby się poślizgnął, straciłby wszystkie zęby. Wydostał się na korytarz. Na dół nie zamierzał wrócić, nie miał po co. Udał się więc na taras. Znał ten dom w bogatej dzielnicy. W jego sercu znowu zrodziła się gorycz. On też kiedyś miał dom. Kiedyś miał dziewczynę. Wyszedł w ciemność nocy. U stóp miał światła miasta. Wpatrzył się w dal. Tam nie było niczego, tylko ciemność, a gdzieś za tą ciemnością spała szczęśliwa, zakochana Marydith, gdy on był sam i drżał przewiany chłodem. Dom, który miał za sobą i pod sobą huczał rozdzierany głosami i głośną muzyką. Wiedział, że nie tylko on jeden nie był tam szczęśliwy, ale to niewiele pomagało. W czym miało pomóc cierpienie innych? Powoli, bardzo powoli osunął się po ścianie na ziemię, poczuł pod sobą nieprzyjemny chłód betonu. Trudno. Podwinął spodnie i zdjął protezę. Po tamtej imprezie spał z nią. Nieźle odparzył sobie wtedy nogę. Nagle zaatakowały go wspomnienia. Wszedł po swoich schodach, znalazł Marydith śpiącą w jego łóżku. To nie było wtedy. Wszystko mu się pomieszało. Chciało mu się wyć, tylko wyć. Odstawił protezę na bok. Przyciągnął do siebie niesprawną nogę. Po co to wszystko? Zdjął but i zaciskając zęby z niepojętym zacięciem zaczął masować swoją skrzywioną stopę.
Potrzebuję pomocy. – To jedno wiedział. - Niech ktoś wreszcie zrozumie, co czuję.
Dopiero wtedy zaczęło do niego docierać, co powiedziała Nancy. Zraniła go. Serce rozdarł ból - „stuknięty kaleka”. Objął głowę ramionami. Szumiało mu w niej. Tego nie spowodował alkohol, nie pił dużo, tylko rozpacz. Nawet jeśli ona nie była tego warta i tak miał nad czym rozpaczać. Mógł rozpaczać nad swoim losem.
Nancy wybacz, Nancy wróć. Znajdź mnie tu – szeptał, choć powinien chcieć ją zabić.
Takim zastał go świt.

Nancy obudziła się koło południa na kanapie, na środku salonu. Ze zdziwieniem spostrzegła, że nikogo już nie było. Dotknęła dłonią do czoła. Nieźle bolała ją głowa. Wiedziała, że poprzedniej nocy zrobiła coś głupiego, ale nie bardzo potrafiła sobie przypomnieć co. Coś powiedziała. Ale komu? Podniosła się. Zakręciła jej się w głowie.
Potrzebuję świeżego powietrza – pomyślała. Ruszyła na górę, na taras. Wędrując po schodach, wciąż wysilała pamięć, ale nie było w niej niczego. Poprzedniego wieczoru urwał się jej film. Wydawało jej się, że coś ważnego straciła. Nie wiedziała co, ale mimo to poczuła żal.
Dotarła na taras. Podeszła do balustrady i spojrzała w dal. Miasto już dawno się obudziło i tętniło życiem. Sąsiad z naprzeciwka kosił trawnik. Strasznie przy tym hałasował. Syknęła. Słońce grzało mocno, lecz mimo to przez jej ramiona przeszedł dziwny dreszcz. Spróbowała sama się objąć, ale to niewiele pomogło. Odwróciła się i wtedy go zobaczyła. Siedział pod ścianą, patrząc na nią zimno. Najpierw się cofnęła. Coś ją w nim przeraziło. Wiedziała już, że to, co nocą palnęła, dotyczyło właśnie jego.
- Eryk... – wyjąkała.
- Tak, to ja – oznajmił twardo.
- Co ja wczoraj zrobiłam? – spytała przerażona.
- Nie chciałabyś wiedzieć. Mówiłaś straszne rzeczy. To nic, byłaś pijana. – Mimo słów, które wypowiadał, jego głos nie brzmiał łaskawie.
- Chciałabym wiedzieć.
- Powiedziałaś: „stuknięty kaleka”.
Cofnęła się jeszcze o krok, potem do niego podbiegła i przykucnęła obok.
- Przepraszam.
- Nie tak łatwo wybaczyć.
Usiadła obok niego na betonie.
- To nie miało być tak. Nie mogliśmy zostać razem, ale nie mieliśmy być wrogami. Na trzeźwo bym tego nie powiedziała. Ja tak nie myślę – tłumaczyła się. – Nie wiem, co sobie myślisz, ale było mi bardzo ciężko, tęskniłam za tobą.
- Czemu nie mogłaś zostać? Bo jestem stukniętym kaleką?
- Nie jesteś! – odpowiedziała ostro. – Ale tak się zachowujesz. Daj sobie z tym spokój. Nie mogę dzielić z tobą życia, patrzeć jak się zadręczasz. Przecież to nie ma sensu. To co się zdarzyło, to przeszłość. Teraz jest po prostu tak, jak jest. Nie powinieneś szukać na siłę problemów. Ja nie chcę mieć w życiu problemów. Chcę zaszyć się w jakiejś dziurze z nudnym facetem i całe życie przesiedzieć przed telewizorem.
- Nancy, tak nie będzie nigdy. To nie jest szczęście, to kłamstwo, ucieczka. Wystarczy miłość, zobaczysz, to jest najważniejsze – zapewniał żarliwie.
- Ja nie wierzę w miłość – oznajmiła smutno.
- Nigdy mnie nie kochałaś? – spytał nagle zupełnie bez sensu.
- Byłam w tobie zadurzona, było mi z tobą dobrze, lubiłam, kiedy do mnie mówiłeś, kiedy mnie dotykałeś, lubiłam twoje piosenki, a „Wampirzycę” najbardziej. Tęskniłam za tobą, kiedy nie było cię przy mnie. Jeśli to jest miłość, to cię kochałam.
Patrzył na nią w osłupieniu.
- A zaufanie, zrozumienie, odpowiedzialność, wspólna przyszłość?
- Nie wierzę w to. Miałam tylu chłopców, nawet nie pamiętam imion ich wszystkich, ale żaden nie był lepszy, niż inni, żaden nie pozwolił mi uwierzyć.
- A ja?
- Nie możesz aż tak bardzo się od nich różnić.
- Nancy, przestań. Gdybym był taki, jak oni, nie byłoby mnie tu. – Objął ją i przytulił jej rozczochraną głowę do piersi. – Kocham cię, Nancy. Chcę spędzić z tobą resztę swojego życia.
Rozpłakała się i trwali tak przez chwilę. Potem otarł jej oczy swoimi szorstkimi, dużymi dłońmi.
- Nie płacz już – poprosił, po czym sięgnął do kieszeni po pierścionek.
- Miałeś go przy sobie? – Z jej oczu znowu popłynęły łzy.
- Kochanie, przestań – powiedział cicho. – Nie bój się. Może na początku nie będzie lekko, ale przecież kiedyś lepszy świat będzie należał do nas. Do kogo innego miałby należeć? To jak, wyjdziesz za mnie?
Skinęła tylko głową, a on wsunął jej pierścionek na palec. Uśmiechnęła się lekko.
- Musisz być cierpliwy, jeśli chcesz, żebym zrozumiała. A teraz muszę iść posprzątać, bo rodzina mnie prześwięci, jak wróci. – Taka była, marzyła o delikatności, ale bała się jej.
- Pomogę ci – zaofiarował się, nie zaprotestowała, nie zdziwiła się, a kiedy zakładał protezę, przyglądała mu się niecierpliwie, tak jak przygląda się człowiekowi, guzdrzącemu się przy zawiązywaniu butów. Potem ustawiła go w kuchni opartego o krzesło, żeby zmywał, a sama wzięła się za odkurzać. Gdy zjawili się jej rodzice, oznajmili im, że się pogodzili i że jednak się pobiorą. Łatwość z jaką to powiedzieli, zdziwiła nawet ich samych. Mieli być razem, inaczej być nie mogło. Wiedział to, kiedy jego wargi dotknęły jej miękkich i ciepłych warg.

Marydith i Mario weszli na portiernię akademika obejmując się i całując. On coś mówił, ona się śmiała odrzucając głowę w tył. On szybkim ruchem ręki odgarniał z oczu jasną grzywę.
- Czy jest coś dla mnie? – spytała z trudem powstrzymując śmiech, on pocałował ją w koniuszek ucha.
- List, jak zawsze. – Dostała kopertę. Mario wyjął ją jej z ręki i zaczął obracać na wszystkie strony.
- Od chłopaka? – spytał zazdrośnie. – Okłamujesz mnie?
- Od brata – odpowiadała, wyjmując mu kopertę z rąk.
- Tego z radia? Myślisz, że ci ktoś uwierzy?
- Popatrz – podstawiała mu kopertę pod nos. – Nosimy to samo nazwisko.
Wieczorem ulokowała się na biurku, żeby wreszcie zabrać się za czytanie. Rozdarła kopertę i odczytała nagłówek: „Marydith”, nic więcej, bo ktoś zapukał.
- Proszę! – krzyknęła.
W drzwiach stanęła sąsiadka z pokoju obok.
- Masz podpaski? – spytała.
- Nie, ale Jacky ma – podniosła się i ruszyła ku biurku współlokatorki.
- Może lepiej nie bierz? – zaniepokoiła się sąsiadka.
- Co się martwisz. – Marydith wzruszyła ramionami. – Ona zrozumie.
Jak tylko pozbyła się sąsiadki, zjawiły się Jacky i Alicja. Blondynka wymachiwała rękami, ekscytując się opowieścią o niesamowicie przystojnym chłopaku, którego spotkała.
Następna była wystraszona dziewczyna z pierwszego roku.
- Macie pożyczyć grzałkę?
- Po co wam? – spytała wścibsko Jacky, gdy Alicja oznajmiała: „Mamy czajnik.”
- Chciałyśmy zrobić sobie grzańca – wyjąkała tamta niepewnie. – Oczywiście was poczęstujemy. Ale czy to można w czajniku?
- Można – zawyrokowała Jacky, której już zaświeciły się oczy na myśl o winie.
- Przyjdźcie z tym winem – dodała Alicja.
- Już, zaraz – dziewczyna z pierwszego roku obruciła się na pięcie i już jej nie było.
- Wypłosz – skwitowała Jacky zachowanie tamtej.
Marydith wreszcie miała chwilę, by zacząć czytać:
„Od Mary dowiedziałem się o imprezie u Nancy i poszedłem tam, nie wiedząc nawet po co. Było warto! Ja i Nancy znowu jesteśmy razem. Pobieramy się, tym razem termin ślubu jest już ustalony – 25 maja. Mam nadzieję, że będziesz. To znaczy, jeśli nie uda ci się wyrwać, to zrozumiem. Nie szarżuj. Musisz wszystko zaliczyć. Poza tym, cóż, oglądam ten twój program, gdyby naprawdę...” W tym momencie znowu rozległo się pukanie i do pokoju wsunęły się cztery dziewczyny z dwoma butelkami czerwonego wina.
- Możemy?
- Pewnie. – Alicja udostępniła im czajnik.
- Ja też dostanę? – dopominała się Jacky.
Marydith wróciła do lektury listu, choć trudno było jej się skupić, gdy dziewczyny bez przerwy trajkotały.
„Poza tym, cóż, oglądam ten twój program, gdyby naprawdę cuda były możliwe... Byłoby wspaniale. Może teraz to nawet bardziej potrzebne Nancy, niż mnie. Ona się boi, mówi, że trudno jej uwierzyć w miłość, we wszystkie moje wspaniałe hasła, ale ja wierzę...” - Napijesz się z nami? – spytała jedna z dziewczyn.
- Tak – odpowiadała Marydith. – Już do was idę, tylko skończę czytać.
I znowu szukała miejsca, w którym jej przerwano.
„...we wszystkie moje wspaniałe hasła, ale ja wierzę, że kiedyś będzie lepiej. Sam nie wiem dlaczego, ale nagle zacząłem wierzyć. Może to dlatego, że Nancy jest przy mnie. Na koniec, powiedz Jacky, żeby się rozejrzała po sklepach. Płyta już wyszła. Eryk.”
Marydith złożyła list i roześmiała się.
- To jak, jest co świętować? – spytała blondynka.
- Płyta na rynku. – Na znak tryumfu Marydith wyrzuciła w górę pięść. – A Eryk się żeni.
- Znowu? – mruknęła Alicja.
- Teraz już naprawdę – roześmiała się. – To co z tym winem?

Na wieczorze kawalerskim Eryka zebrała się Banda Sztywniaka plus Mary. Co prawda na wieczorach kawalerskich powinni zbierać się wyłącznie mężczyźni, ale wtedy byłoby ich tylko trzech, w tym Yoshi, który nadal nie mówił po angielsku. Śmiali się tego wieczoru. Mats otworzył szampana.
- To jak stary, od jutra nie jesteś już wolny – zażartował napełniając kieliszki. Polał szampanem ręce zebranych i podłogę.
- Opanuj się – uspakajała go Słonica. – Trochę umiaru.
Mary objęła ramieniem Eryka, jak zawsze siedzącego na blacie stołu, oparła o niego głowę.
- I nie będę mogła już cię obejmować – oznajmiła, udając żal. – Wampirzyca wydrapie mi pewnie oczy.
- Bez przesady, nie wychodzę za potwora – roześmiał się.
- Tylko żeby nam w studiu nie przeszkadzała – powiedziała Słonica.
- Nie będzie. Co wam dzisiaj odbiło?
- To o to chodzi – zaśmiał się Mats. – Obrzydzamy ci małżeństwo.
- Ja wam dam. Skoro ja się cieszę, to i wy macie się cieszyć. To rozkaz.
- W takim razie, może ja coś włączę. – Pit dyskretnie wycofała się w stronę gramofonu i zaczęła grzebać w płytach. – To co? Coś mocniejszego?
- A może jakiś romantyczny kawałek? – zaproponowała Mary.
- Romantycznych będziemy słuchać jutro – rzuciła Pit, ale ostatecznie Mary postawiła na swoim.
- Dziewczyny nie trajkotać – zarządził Mats, a potem rozbrzmiała muzyka.
Yoshi podniósł się i zbliżył do Mary.
- Tańczyć mną? – zapytał. Tego nie przewidzieli.
Eryk zasłonił sobie twarz dłonią, dusząc się ze śmiechem. Mary rozejrzała się niepewnie. Nie wiedziała, czy powinna, czy nie sprawi tym Erykowi przykrości, ale Wietnamczyk położył jej już dłonie na ramionach. Wtedy podniosła się Pit, ratując sytuację. Zarzuciła Erykowi ręce na szyję.
- Zawsze chciałam z tobą zatańczyć – oznajmiła. Objął ją i zaczęli się kołysać, gdy Pit przestępowała z nogi na nogę, tańcząc w miejscu.
Mats spojrzał na Słonicę.
- Ja nie bardzo umiem tańczyć – oświadczył kłamiąc. – Ale nie bierz tego do siebie. Dobrze grasz na perkusji.
Słonica uśmiechnęła się sztucznie, zrozumiała, niestety.
- Ładna ty jest – wyszeptał Yoshi, zanurzając swoją drobną, ciemną dłoń we włosach Mary. Dziewczyna odepchnęła go od siebie, śmiejąc się.
Pit usiadła obok Eryka na blacie stołu i objęła go ramieniem.
- Jakby nam dali idealna ciała, chociaż na jedną noc, to byśmy sobie poużywali – powiedziała.
- A ty czego chcesz? – spytał cicho.
- Chcę być ładna, mieć twarz dziewczyny. Czy ty wiesz, że nigdy nie miałam chłopaka?
- Przestańcie smęcić – rzucił nagle Mats, wyłączając gramofon. – Mieliśmy świętować.
- No – zaprotestował Yoshi, marszcząc brwi.
- Ja świętuję – rzuciła Pit płaczliwie.
Eryk dotknął jej ciasno związanych włosów.
- Kiedyś nam wszystkim będzie lepiej. Tak musi być – wygłosił, choć sam w to do końca nie wierzył.
- To może jeszcze szampana? – Mats robił wszystko, żeby na dobre nie zaczęli biadolić.

Następnego ranka, w wielkim dostojnym i zimnym kościele zobaczył Nancy tak wiotką i piękną w sukni ślubnej, jakby była jedynie marzeniem o idealnej kobiecie, a nie żywą istotą. Bardzo ją kochał. Lecz kiedy echo jego nierównych kroków rozległo się w kościele, przez chwilę chciał uciec. Kim był? Po co tam przyszedł? Przybłęda. Biedny, niepełnosprawny rockowiec, partia zła dla każdej. Ona czekała, też jak on niepewna. Stała razem z ojcem, też zdezorientowanym, nie przekonanym o słuszności tego, co się działo. Eryk szedł przez kościół, przez sam jego środek, w pamięci mając jedynie pogrzeby. Ludzie przyglądali się mu, coś między sobą szeptali. Nie słyszał ich, ale był gotowy przysiąc, że wiedział, co mówili: „co za straszna tragedia”, „biedna dziewczyna”. Był sam, nikt nie stał po jego stronie. Nikt? Był ojciec, była Marydith, byli: Mats, Pit, Yoshi, Słonica i Mary. „Musicie tam być i na przyjęcie też musicie przyjść, sam tego nie zniosę” – powiedział im przed ślubem. „Nie będziesz sam, będziesz miał Nancy” – odpowiedział Mats. „Ale na ślubie potrzebny jest też drużba i druhna” – o tym przypomniał sobie dopiero w ostatniej chwili. Po namowach i protestach Mats i Pit w końcu zgodzili się odegrać te role. Poza nimi jednak w kościele znajdowali się tylko obcy ludzie, którzy współczuli bladej Nancy. W końcu stanął przed ołtarzem, a potem i ona tam stanęła wprowadzona przez ojca przy dźwiękach muzyki. Ksiądz mówił swoje, zadawał jakieś pytania, a Eryk wiedział, że odpowiedź była tylko jedna: „tak”, więc powtarzał: „tak” głosem drżącym z podniecenia. Potem ktoś podał obrączki. Ten moment był najgorszy. Eryk wstawił sobie kule pod pachę. Trudno mu było utrzymać równowagę. Drżał, a żądny sensacji tłum wpatrywał się w niego z taką siłą, że mogło się wydawać, że to on chciał go przewróci. „Jesteście mężem i żoną” – padło w końcu. – „Możesz pocałować pannę młodą.” Spojrzał w głębokie, ciemne oczy Nancy, niewiedzieć czemu zroszone łzami. Naprawdę nie było na świecie wspanialszej dziewczyny. Nancy wspięła się na palce i jej wargi dotknęły jego warg. Pocałowali się na oczach złowrogiego tłumu. Składane potem życzenia brzmiały jak kondolencje, wszystkie ciotki miały łzy w oczach, a on tym razem nie mógł się wycofać. Całe przedstawienie różniło się od pogrzebu tylko tym, że Marydith się uśmiechała. Choć wszystko powinno wyglądać inaczej, wygląda właśnie tak.
Potem było przyjęcie w domu rodziców Nancy, tylko dla rodziny i najważniejszych znajomych, ale i tak było tam strasznie dużo ludzi. Jego przyjaciele wyglądają jakby zjawili się przez pomyłkę, zwłaszcza Pit w swoim skórzanym kapeluszu. Usiedli do stołu, a on oparł kule o jego krawędź. Ludzie patrzyli na niego, jakby popełnił jakiś straszny nietakt, ale udawał, że tego nie dostrzegł. Ktoś coś powiedział a propos kalectwa, a on był niewzruszony, choć czuł, że świat wokół zwariował i on sam z pewnością też. Mats zaczął nagle opowiadać sprośne dowcipy, rozśmieszając wujków i gorsząc ciotki. Ojciec Eryka rozglądał się na boki, też czując się jakoś nie na miejscu. Ktoś napełnił kieliszek Yoshiego.
- Zdrówko – uśmiechnął się Wietnamczyk, choć nie rozumiał tak naprawdę czego od niego chcą.
Łysy człowiek w szarym garniturze zagadnął Matsa o jakieś polityczne sprawy. Rudzielec wygłosił dość kontrowersyjne twierdzenie. Yoshi powoli zaczynał znajdować się w stanie wskazującym. Marydith robiła się coraz bledsza. Nancy drżały ręce. Jakaś starsza kobieta podeszła do niej.
- Może jest już za późno – zaczęła szeptać jej do ucha. – Ale to straszne, na co się decydujesz. Będzie ci bardzo ciężko dzielić życie z inwalidą...
Nancy poderwała się i ruszyła biegiem, by zatrzasnąć się w łazience. Z jej oczu popłynęły łzy. Eryk podniósł się i poszedł za nią. Towarzystwo zaczęło dyskutować podniesionymi głosami. Yoshi złożył głowę na talerzu powalony zbyt dużą ilością alkoholu.
- Nancy, co się stało?! – krzyknął Eryk do zamkniętych drzwi. Odpowiadał mu tylko szloch.
- Nancy, proszę, wpuść mnie.
- Odejdź – rozkazywała histerycznie.
- Nancy, nie płacz. To głupcy. Porozmawiajmy.
- Nie chcę!
- Uwierz wreszcie we mnie. My musimy wygrać.
W chwilę później usłyszał szczęk zamka i zobaczył jej poczerwieniałą od łez twarz.
- Wejdź – pociągnęła nosem, a kiedy znalazł się w środku, znowu zamknęła.
- Mam dosyć ich wszystkich – poskarżyła się. – Ty wiesz, co oni mówią?
- Wiem, zawsze to mówili – potwierdził. – Przepraszam cię...
Uśmiechnęła się.
- To przecież nie twoja wina. To świat jest do niczego – oznajmiła w jakiś lekki sposób.
- Urwijmy się stąd – zaproponował.
- Nie ma drugiego wyjścia, a ja nie chcę przechodzić przez salon. Nie chcę, żeby mnie widzieli, jak płacze. Poza tym, co im powiemy?
- Wyjdziemy oknem – zaproponował.
- Poradzisz sobie?
W odpowiedzi skinął tylko głową.
Wydostali się z łazienki najciszej jak to było możliwe i przemknęli przez korytarz do pokoju będącego gabinetem ojca Nancy.
- Nigdy nie myślałam, że będę musiała uciekać z własnego wesela – powiedziała otwierając okno.
- Ty nie myślałaś, że kiedyś wyjdziesz za mąż.
Zaśmiała się cicho i otarła oczy wierzchem dłoni. Potem wspięła się na parapet.
- To skaczę – oznajmiła i skoczyła. W chwilę później rozległ się trzask drącego się materiału. Kawałek sukni ślubnej został na parapecie.
Teraz przyszła jego kolej.
- Uważaj! – krzyknął, wyrzucając przez okno najpierw kule, a potem protezę. Pomagając sobie rękami, wywiesił nogi na zewnątrz i siedział przez chwilę na parapecie, przyglądając się Nancy. Stała na dole w podartej i poplamionej trawą sukni ślubnej z jego plastykową nogą w ręku.
- Na co czekasz? – spytała.
- Trochę się boję – odpowiedział szczerze.
- To był twój pomysł – przypomniała.
- No to spadam – powiedział i zsunął się z parapetu, by w chwilę później poczuć pod sobą trawę.
- Nic ci nie jest? – Dotknęły go dłonie Nancy.
Odwrócił się na plecy i przez chwilę spoglądał jej w twarz uśmiechając się.
- Nic. Jesteśmy wolni – oznajmił siadając.
Objęła go, to był wspaniały dzień, mimo tych głupców, których zostawili wewnątrz.
Gdy szli później ulicą brudni i roześmiani, a po twarzy dziewczyny wciąż widać było, że niedawno płakała, ludzie oglądali się za nimi, a niektórzy nawet pukali się w głowy.
- Teraz zaczniemy nowe życie, budując lepszy świat – oznajmił Eryk, gdy zatrzymali się pod drzwiami jego mieszkania. – Powinienem co prawda przenieść cię przez próg.
- Załatwimy to kiedy indziej – powiedziała Nancy, zarzucając mu ręce na szyję i całując w kącik ust. Odpowiedział jej namiętnym pocałunkiem, pieszcząc jej wargi.
- Jesteś najlepsza – wyszeptał, a ona zaśmiała się cichym, perlistym śmiechem.

Kiedy w parę dni później odwiedził z Nancy ojca i spojrzał w oczy siostry, niejasno zaczął pojmować, że coś się zmieniło. Nie był już sam. On i Nancy tworzyli jedna istotę w dwóch ciałach. Wreszcie zrozumiał, czemu Marydith pisała tyle o Mario, a przestawała wysyłać mu rady. Gdzieś w głębi niego rozbrzmiały wszystkie rozmowy, jakie przeprowadzili, poczynając od tych pierwszych, gdy byli dziećmi. Nie było w nim jednak żalu, jeden etap życia przeszedł w drugi, a on był pewny, że choć tak wiele za sobą zostawiał, to nowe życie miało być lepsze. Patrzył na siostrę i żonę.
- Dwie kobiety i ja będą gotował? – zaśmiał się.
- Dobrze jest mieć męża, który gotuje. – Marydith mrugnęła znacząco do Nancy. – Nie ucz się lepiej gotować, bo cię już na stałe do kuchni wstawi – zażartowała.
- Takie to jest to młode pokolenie – zaczął narzekać ojciec. Potem zadał jakieś pytania Nancy, a Marydith wymknęła się do kuchni, do Eryka. Spojrzał na nią, uśmiechając się lekko.
- Jak z Mario? – spytał.
- W porządku, on jest wspaniały. Ale pomówmy o tobie.
- O czym? – zdziwił się. – Mnie się udało. Kiedy patrzę wstecz, nie wierzę w to, ale tak jest. Wszystko mi się udało i kiedy teraz pojedziemy w trasę, to będzie trasa z prawdziwego zdarzenia. Nie będziemy już grać po klubach.
- Ja mówię o Nancy.
- Wiem – roześmiał się. – Ale co ci miałem powiedzieć? Przecież wiesz, ile ona dla mnie znaczy.
- A co z cudami? – dopytywała się.
- Chciałbym ich dla niej. Chciałbym, żeby przestała bać się uczuć. Jeśli się jednak nie zdarzą, trudno. Będę musiał wymyślić coś innego, żeby poczuła się przy mnie bezpiecznie.
Marydith skinęła głową. Kiedyś nocą pocieszała chłopca czołgającego się po schodach, tego dnia rozmawiała z mężczyzną gotowym leczyć dusze innych.
- To trudne – powiedziała.
- Zrobiłem już wiele trudnych rzeczy. – Słowa zabrzmiały pusto. Nie chcieli już o tym mówić. Chcieli mówić o sobie, o tym że byli kiedyś dziećmi, że nawet kiedy po raz ostatni się widzieli, wciąż jeszcze nimi byli. Teraz wszystko się zmieniło i należało pożegnać się z przeszłością. Pojęli jednak, że nie ma do tego odpowiednich słów.
- Myślisz, że możesz zrobić wszystko?
- A czemu nie? Ty też możesz. – Skąd brało się tyle wiary w jego słowach, gdy w sercu wciąż trwał niepokój? „Gdybym mógł wziąć Nancy w ramiona i przenieść przez próg, gdybym umiał dać sobie już spokój z tym telewizorem...”
- Obgadujecie mnie? – rzuciła Nancy wchodząc do kuchni. Właśnie uwolniła się od teścia.
- Ciebie? Niby po co? Czy jest w tobie coś ciekawego? – Eryk uśmiechał się mówiąc to, a Nancy podeszła do niego i przytuliła się do niego. Opierając się o tył krzesła, mógł ją objąć i zrobił to. Rozrzucił na boki jej ciemne włosy. Obdarzyła go w zamian pocałunkiem w policzek.

Kolejny wieczór spędzony przed telewizorem. Nancy przysypiała z głową złożoną na kolanach Eryka. On gładził jej włosy ruchem, jakim głaszcze się zwierzę. Ze skupieniem wpatrywał się w ekran. Nancy nagle się to znudziło. Podniosła się faktycznie podobna do humorzastej kotki.
- Wyłącz to – poprosiła.
- Daj spokój – delikatnie odepchnął ją z przed ekranu.
- To ty daj spokój – zarzuciła mu ręce na szyję i zaczęła gryźć w ucho i szyję. – Mówiłeś, że miłość wystarczy. Czego chcesz jeszcze? Nie wystarczam ci? – Mówiła i mówiła, atakując jego szyję i ramie, ale on nie słyszy jej słów. Z nim coś się działo.
Czy Nancy miała rację? Po części oczywiście tak. Niedoskonałości jego ciała zawsze stanowiły dla niego tematem numer jeden, niezależnie jak daleko by nie zaszedł. Regularnie siadał więc i wpatrywał się w ten bezsensowny program telewizyjny licząc na cud. A Nancy przyglądała mu się wielkimi i coraz smutniejszymi oczami. Wciąż trudno jeszcze było jej powiedzieć za kogo tak naprawdę wyszła. Tak często to, co mówił, nie pokrywało się z tym, co robił.
- Wyłącz to – prosiła raz jeszcze.
Eryk drgnął. Jego słowa i czyny w końcu powinny być spójne. Kiedy Nancy go całowała, był bezgranicznie szczęśliwy. Kiedy ich ciała łączyły się w jedno, to czy miał sprawne nogi, czy też nie, nie miało najmniejszego znaczenia. Tak powinno być też przy innych okazjach. Żył i odnosił sukcesy. Wszystko inne nie powinno się liczyć.
Postanowił wyłączyć telewizor, a potem wynagrodzić Nancy to, że do tej pory program kradł jego uwagę. Wstał. Dopiero wtedy coś sobie uświadomił. Stał teraz plecami do Nancy, a twarzą do telewizora, stał bez pomocy kul.
Nancy rozwarła usta, wstrzymując jednocześnie oddech. Przypomniała sobie chwilę, gdy Eryk wstał w czasie kłótni z siostrą i to, jak później powaliło go uderzenie w policzek.
Nie mogli jednak wiecznie trwać bez ruchu, szczególnie on nie mógł. W końcu się przemógł. Zrobił krok, jeden kulawy krok, a za nim drugi. Ta przeklęta lewa noga nagle zaczęła go słuchać. Potem było bardzo dużo kroków. Odwrócił się i przypadł do Nancy.
- Kocham cię – oznajmił, chwytając dziewczynę w ramiona. Pocałował ją w czoło i znowu odstawił na ziemię. – Chodź – zarządził. – Całemu światu opowiemy o cudzie.
Wypadli w noc. Biegli potem wąskimi ulicami tonącymi w mlecznym świetle latarni. Biegli poprzez kałuże, w których odbijały się światła.
On biegł. Mając dwa sprawne kolana i jedną sprawną, a druga plastykową stopę mógł biec. Może jego krok był trochę kulawy, ale biegł. Czuć na twarzy chłodny powiew nocy. Wreszcie też nic nie krępowało jego ramion, nic nie zajmowało rąk. Chwycił więc dłoń Nancy i biegli razem dotykiem potwierdzając swoje złączenie w jedną istotę. Tak dotarli pod drzwi Matsa.
Po długim pukaniu otworzyła im niemłoda już kobieta w koszuli nocnej. Jej włosy posiwiały, ale nawet w mroku klatki schodowej bez trudu mogli dostrzec, że kiedyś były rude.
- Dobry wieczór. Czy moglibyśmy prosić Matsa? – zapytał Eryk.
- Nie wiesz, która jest godzina? On śpi – ofuknęła ich kobieta i już chciała zamknąć drzwi.
- Niech go pani obudzi – poprosił Eryk. – On się ucieszy. Widzi pani, zdarzył się cud...
- Pijackie wygłupy – mruknęła kobieta, znikając za drzwiami, a w chwile później zjawił się rozespany rudzielec w piżamie w prążki.
- Eryk, ty na głowę upadłeś? – spytał ziewając.
- Nie, zdarzył się cud. Popatrz na mnie! – zawołał Eryk.
Mats wybałuszył oczy i przyglądał mu się długo, potem wyjąkał:
- Ty chodzisz? Jak to zrobiłeś?
- To cud – powtórzył.
- Niech cię diabli, stary – wyrzucił z siebie z podziwem, obejmując przyjaciela i poklepując go po plecach. – To jak, świętujemy?
- Świętujemy!
Rudzielec pochwycił kurtkę, wcisnął ją na piżamę, rzucił przez ramię: „wychodzę” i na nocnej ulicy było ich już troje. Mówili o cudzie zmierzając do mieszkania Pit.
Otworzyła im dziewczyna tonąca w burzy karbowanych, ciemnych włosów. Miała na sobie cieniutką, białą koszulkę pod którą wyraźnie rysował się kształt jej małych, jędrnych piersi.
- Jest Pit? – spytał Eryk.
- Ja jestem Pit – odpowiadała półprzytomnie. – Po co przychodzicie tak późno?
Eryk zamrugał oczami. Trudno mu było ją poznać. Nigdy nie myślał, że była taka ładna. Mats też tak nie myślał.
- Po co przychodzimy? Pit, zdarzył się cud.
- Jaki cud?
- Ja chodzę.
Nie powiedziała nic, rzuciła się tylko do jego nóg i zaczęła je obmacywać.
- To prawda – potwierdziła, zadzierając głowę. – To ja zaraz będę gotowa – i mówiąc to, znikła za drzwiami.
Kiedy znowu ją zobaczyli, związała już włosy w luźny kucyk. Czar tajemniczej dziewczyny prysł, ale nie powróciła chłopczyca. Teraz przemierzali ulice już we czworo. Pit zasypywała ich pytaniami, a Eryk opowiadał całą historię po raz drugi.
Kolejnym punktem zatrzymania było mieszkanie Lilly i Mary. Otworzyła im czarnowłosa Lilly mająca w sobie coś z demona nocy.
- Jest Mary?
- Jest – odpowiedziała ostro. – Mary do ciebie! – zawołała w głąb mieszkania. – Co to jest za jakieś nachodzenie po nocy? Trochę więcej umiaru, szacunku dla prywatności. A, to ty. – Nagle go poznała. – Zawsze robiłeś głupie rzeczy... – urwała. – Ty...? Jak? – wyjąkała akurat w chwili, gdy za jej plecami zjawiła się jasnowłosa współlokatorka.
- Eryk, co ty wyrabiasz? – powitała go, niczego nie dostrzegając.
- Popatrz na niego – powiedziała zacinając się Lilly.
- No co? – nie zrozumiała Mary.
- To cud. – Eryk podrzucił w górę ramiona. – Ja chodzę.
- Właśnie mamy zamiar świętować – dodał Mats.
- No to idziemy. – Mary zarzuciła na ramiona płaszcz i pociągnęła za rękę swoją przyjaciółkę.
- Jak to się stało? – Jeszcze w tej samej sekundzie zadała pytanie Erykowi.
- Oglądałem energoterapeutę... – Wszystko musiał tłumaczyć po raz kolejny.
Na szczęście Yoshiemu już tej historii nie powtarzał. Mats powiedział tylko: „Idziemy świętować” i Wietnamczykowi to wystarczyło. Teraz kierowali swoje kroki ku bogatej, willowej dzielnicy, ku domowi Słonicy.
Jak ona ma na imię? – zastanawiał się z przerażeniem Eryk, nie chcąc palnąć jakiegoś głupstwa, gdy w drzwiach ujrzał jej ojca.
- Dobry wieczór. Czy moglibyśmy porozmawiać z... Dianą?
- Wiecie, która godzina? – Znowu to samo.
- Tak – oznajmił Eryk. – Ale to bardzo ważne. Zdarzył się cud. Pan mnie pamięta? Taki chłopak o kulach. I widzi pan, ja chodzę.
- Zaraz obudzę córkę – powiedział mężczyzna znikając.
- Co wy się wygłupiacie? – Słonica powitała ich teatralnym szeptem.
- Zdarzył się cud – powtórzył Eryk nie wiedzieć już który raz. – Ja chodzę.
- Jak to? – spytała zimno, podchodziła do tego najbardziej sceptycznie.
- Normalnie. Oglądałem energoterapeutę...
- To dobrze, ale idźcie już. Moja rodzina będzie marudzić – powiedziała, jakby nie zrobiło na niej żadnego wrażenia to, co zobaczyła.
- Nie pójdziesz z nami? – zmartwił się Eryk.
- Chce się wyspać. Spotkamy się jutro. – I już jej nie było, tylko zamknięte drzwi.
Przez chwilę milczeli, nie wiedząc, co powinni po czymś takim zrobić.
- Dokąd teraz? – rzucił Mats w pustkę.
- Do mojego ojca – odpowiedział Eryk i znowu nabrali rozpędu.
Długo walił w drzwi, zanim ujrzał rozgniewaną twarz łysego, grubego mężczyzny.
- Odbiło ci? – usłyszał na powitanie.
- Tato – nagle załamał mu się głos. Dopiero wtedy pojął, co się właściwie zdarzyło. Miał za sobą wiele ciemnych lat, kiedy coś w głębi niego mówiło, że nie ma ratunku, że powinien się pogodzić z tym, co go spotkało. Zdrowy rozsądek, też mu to zawsze podpowiadał, a teraz stał tu. On stał. On stał i patrzył w twarz mężczyzny, z którym kiedyś potrafił jedynie obrzucać się wyzwiskami. – Tato, zdarzył się cud, ja... – To było za trudne, a on był zbyt szczęśliwy. Wydawało mu się, że zaraz się rozpłacze.
- Jaki cud? – spytał ojciec, jakby jeszcze nie dostrzegł.
- Ja chodzę – oznajmił, wpadając w ramiona niemłodego już mężczyzny.
Ojciec ścisnął go tak mocno, że aż zabrakło mu tchu, ale tym razem nie zezłościło go to. Teraz tego potrzebował.
- Co tu się dzieje? – spytała Marydith, wyłaniając się z głębi mieszkania otulona grubym szlafrokiem. Za sobą miała światło, przed sobą mrok klatki schodowej i szczęśliwego człowieka.
- Zdarzył się cud, ja chodzę – wyrzucił z siebie jednym tchem i wyciągnął ku niej dłoń. Wziął ją za rękę. – To dzięki tobie – powiedział cicho, bardzo cicho. – To ty poradziłaś mi, żebym oglądał ten program, a ja uwierzyłem i zdarzył się cud... – Widziała jak do jego szarych oczu nabiegają łzy.
- Już – powiedziała. – Nie mów nic. – Ścisnęła jego dłoń. Wiedziała ile to wszystko znaczyło. Drżeli oboje. Przez lata odbyli ze sobą wiele smutnych rozmów i w końcu trzymali się za ręce.
- Idziemy świętować – oznajmił Mats. – Idziesz z nami?
- Tylko się ubiorę – rzuciła, obracając się na pięcie i znikła, a kiedy wróciła, nie była już powierniczką tajemnic i lęków, lecz po prostu dziewczyna i nią miała pozostać już na zawsze.

- Wzięłaś klucze? – spytał Eryk, po raz kolejny przeszukując kieszenie.
- Nie – odpowiedziała Nancy. – Tak się spieszyliśmy...
- Zatrzasnęły się – wyrzucił z siebie. – Niech to! – Walnął pięścią w drzwi.
- I co teraz? – spytała Mary.
- Teraz to ktoś wezwie ślusarza, ale nie ja – oznajmił, osuwając się po ścianie.
- Co się stało? – Nancy przypadła do niego i położyła mu dłonie na ramionach.
- Nie mam siły – odpowiedział. – Odzwyczaiłem się od używania nóg. Strasznie rwą mnie mięśnie.
Usiłował rozmasować bolącą łydkę. Jak na pierwszy spacer po dziesięcioletniej przerwie trochę za dużo przeszedł.
- Ja pójdę – zaofiarował się Mats.
- Nie zapominaj, że to środek nocy – pożegnał go Eryk.
Reszta też usadowiła się pod ścianami i czekali w zupełnej ciszy. Czekali i czekali, a każda sekunda przeciągała się w wieczność. Eryk zacisnął zęby. Ból stawał się naprawdę nie do zniesienia. W ciszy rozbrzmiały kroki. Rudzielec wszedł pomiędzy nich.
- Jeżeli przyjadą, to będą – oznajmił. – Pora im się nie podobała. Gdyby można było zabić głosem, to już bym nie żył.
- Ale powiedzieli, że przyjadą? – dopytywał się Eryk odkrywając, że kiedy mówił, to mniej go bolało.
- Powiedzieli, że przyjadą. Czy przyjadą, tego nikt nie wie.
- Dzięki – uśmiechnął się z trudem.
Znowu było tylko milczenie. Czekali. Nancy złożyła mu głowę na ramieniu. Była tu, koło niego. Samo jej istnienie było czymś wspaniałym. Odwrócił się i pocałował ją w policzek, a ona odpowiedziała na to lekkim muśnięciem jego warg. Marydith powoli zaczynała zasypiać z głową wciśniętą między kolana.
- Ja chcę się wyspać. Mam jutro próbę – rzuciła ziewając Mary. – Idę.
- Ja też. – Lilly podniosła się.
- Ja was... – rzucił Yoshi, patrząc Mary prosto w oczy i zaczynął wykonywać jakieś dziwne ruchy rękami.
- On was odprowadzi – wyjaśnił Mats.
- Tak, tak – skinął głową uradowany Wietnamczyk.
- Dobrze – zgodziła się Mary. – Dziękujemy.
Odeszli, a reszta została by nadal czekać. Nancy i Eryk całowali się. Mats przysunął się do Pit i sięgnął ręką do jej włosów, by rozwiązać kucyk.
- Co ty robisz? – zaprotestowała.
- Nikt nigdy nie mówił ci, że ładnie wyglądasz z rozpuszczonymi włosami? – spytał, dotykając jej twarzy.
- Mats, nie wygłupiaj się – odepchnęła go. – Gramy w jednym zespole – przypomniała mu. – Ale dziękuję za komplement.
Potem wszystko zawirowało. Rzeczywiście przyszli ślusarze, Eryk musiał się podnieść, a czynności tej towarzyszyło jęczenie i wycie.
- Otworzymy drzwi, ale musicie nam najpierw udowodnić, że to wasze mieszkanie – powiedział jeden z mężczyzn.
- Jak mam to zrobić, jeżeli wszystko zostało w środku? Najpierw otwórzcie – rzucił Eryk.
- To nie możliwe, jeżeli pomożemy we włamaniu...
- Czy ktoś, żeby się włamać, wzywałby ślusarzy?
- Niechże da pan spokój! – powiedziała Marydith. Potem było dużo rzuconych podniesionym głosem słów. Erykowi coraz trudniej było ustać. Ból nie dawał spokoju, ale jeszcze gorszy niż ból, był lęk. Jeśli odzyskał władze w nodze tylko na tę jedną noc?
W końcu mężczyźni zaczęli pracę. Było trochę hałasu. Na korytarzu zjawiło się paru sąsiadów w piżamach. Krzyczeli, hałas oczywiście im przeszkadzał. Bałagan robił się coraz większy. W końcu drzwi ustąpiły. Jak z pod ziemi wyrośli policjanci. Ktoś ich wezwał. Żądali dowodów tożsamości. Eryk wpadł do mieszkania jak burza i zaczął przeczesywać wszystkie szuflady, natrafiając jedynie na papiery dotyczące swoich nóg, ale w te i tak nikt by mu w tej chwili nie uwierzył. W końcu opadł na krzesło.
- Nie mam już siły. Załatwcie to beze mnie – wyjęczał.
Mats i Marydith jakoś pozbyli się policji i sąsiadów. Kiedy wreszcie usiedli razem, zaczynało świtać.
- Czy ktoś wierzył w taką noc? – spytała Pit w zadumie, wpatrując się w ścianę.
- Na pewno nie ja – odpowiedział Eryk.
- A wiesz, że kiedyś chciałam cię zabić? – spytała.
- To możliwe – przyznał uśmiechając się.
- Pierwsza próba, jaką nam urządziłeś, była naprawdę koszmarna. Gdyby nie to, że chciałam do czegoś dojść, od razu bym ci wtedy naubliżała. – Uśmiechnęła się.
- Może by mu to dobrze zrobiło – zaśmiał się Mats.
- Nie sądzę. – Eryk potrząsnął głową. – Wtedy nic do mnie nie docierało.
- To było dawno. – Pit machnęła ręką. – Wszyscy robiliśmy wtedy głupie rzeczy. Po co się nad tym zastanawiać. Zastanówmy się lepiej, co zrobimy z tak wspaniale zaczętym jutrem.
- Ja się wyśpię – rzucił Eryk bez zastanowienia.
- No wiesz. – Nancy trąciła go w ramię. – Skoro świat dał ci taki prezent, powinieneś zrobić z niego użytek.
- Cuda, cudami – oznajmił. – I tak trzeba wziąć się do pracy. Przed nami trasa z prawdziwego zdarzenia. Po południu próba.
- Zawsze ten sam – zaśmiała się Pit. – A myślałam, że nam darujesz.

Wiele rzeczy zmieniło się tamtej nocy, wiele rzeczy w nich wszystkich. Coś rozjaśniło oczy Nancy, która nawet parokrotnie została przeniesiona przez próg w tą i z powrotem.
- To co się stało, jest też twoją zasługą – powiedział Eryk. – Nie umiem tego wytłumaczyć, ale czuję, że gdyby nie ty, cud by się nie wydarzył.
Ona uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi. Nadal nawet przy tym żarliwym człowieku, nie była pewna, czy wieży w miłość. Nie potrafiła się też przyzwyczaić do tego, jak szybko żył. Miał tyle rzeczy do nadrobienia, a ona chciała tylko spokoju. Cóż, w przyszłości miała się do tego przyzwyczaić. Kiedyś miała uwierzyć w miłość, kiedyś miała nauczyć się cieszyć jego szczęściem.
Pit co prawda nie zaczęła chodzić z rozpuszczonymi włosami, ale po nocy cudów wiązała je znacznie lżej, tak że otulały jej głowę miękką, puszystą aureolą. Nikt już nie mógł mieć wątpliwości – to była dziewczyna i Mats żałował, że nie odkrył tego wcześniej.
Mary wyruszyła w trasę z Paziami.
Eryk poszedł za swoim cudem do lekarza, który nie potrafił znaleźć dla niego logicznego wytłumaczenia. Według niego stan pacjenta nie powinien ulec zmianie. W końcu orzekł, że to, co się wydarzyło mogło być tylko chwilowe. Chwilowe, czy nie, Eryk póki miał sprawną nogę, zamierzał z niej korzystać. Tak więc wziął się ostro do pracy. Zespół musiał stać się najlepszy. Eryk wiedział już, że temu zadaniu podoła, a pewnego słonecznego dnia znalazł w skrzynce list od Marydith, mimo, że przestał na jej listy czekać.
„Eryku – pisała. – Wydaje mi się, że wreszcie przyszły te dobre czasy, na które czekaliśmy. Jestem z Mario, jesteśmy razem bardzo szczęśliwi. Seks i te wszystkie rzeczy, którymi się zamartwiałam, to bzdury. Prawdziwy jest Mario, który tak wiele potrafi zrozumieć. Potrafi zrozumieć i chce mnie słuchać. Myślę, że to z nim spędzę resztę życia. Ale jeszcze nic nie wiadomo. Decyzji nie można podejmować pochopnie i my też nie mamy zamiaru się z nią spieszyć. Mamy dużo czasu – całe życie. Latem chyba nie przyjadę, chcę wyjechać gdzieś z Mario. Z resztą Ciebie i tak nie będzie, bo ruszacie w trasę. Co do Jacky, to nie wiem, czy kupiła sobie waszą płytę, czy czekanie zbyt ją znudziło. Jacky zrezygnowała ze studiów i wróciła do siebie. Nie wiem, co dalej zamierza robić w życiu. Nie będziemy utrzymywać kontaktów. Mam teraz nową współlokatorkę. Od razu pierwszego dnia źle się wyrażała o waszym filmie promocyjnym i strasznie się pokłóciłyśmy. Coś czuję, że ciężko nam się będzie dogadać. Wracając do nas, teraz, kiedy jestem z Mario i spojrzę wstecz, widzę tylko ciemność. A jednak za czymś z przeszłości tęsknię. Tak troszeczkę. Sama nie rozumiem dlaczego. Mimo tej tęsknoty wiem, że nasza przeszłość stanowiła koszmar. Teraz myślę, że nie była to wina żadnego z nas, ani rodziców. Może po prostu tak musiało być, żebyśmy czegoś się nauczyli i żebyś potem mógł przyjść dzisiejszy dobry dzień. Choć może winni byliśmy wszyscy po trosze, i ja, i ty, i matka. Właśnie pomyślałam, jakby była szczęśliwa, gdyby mogła Cię teraz zobaczyć. Zaczynam się bać, że ona rzeczywiście przez nas umarła, ale zastawmy to. Nie chcę o tym pisać. Nie chcę o tym myśleć. Chcę zapomnieć o przeszłości i wreszcie być szczęśliwą. Ja już jestem szczęśliwa. Powodzenia. Musisz być najlepszy. Marydith.”
To był dziwny list, dziwne były myśli i słowa jego siostry, a najgorsze było to, że on sam myślał bardzo podobnie. Może poza tym jednym szczegółem. Nie chciał zapomnieć o przeszłości. Może kiedyś było mu źle, może z jednego załamania wpadał w drugie, ale skoro swoją wolą sprawił, że świat się zmienił, nie było powodu, żeby o czymkolwiek zapominał. Złe wspomnienia pomagały mu docenić to, co teraz miał. Poza tym w przeszłości były też dobre chwile, choćby same rozmowy z Marydith. Po latach nie miało mieć dla niego już znaczenia, co wtedy mówili, tylko to, że byli razem i rozmawiali.

„Eryku. – W jakiś czas później otrzymał list od Mary. – Pisze do ciebie, bo okazuje się, że tak naprawdę nie ma nikogo innego, do kogo mogłabym napisać, a strasznie tego potrzebuje. Powoli mam dosyć całej tej trasy. Wyjec upija się po każdym koncercie i zaczyna się do mnie dobierać. Nie bardzo mogę zaprotestować, bo wtedy mnie bije. Z resztą nawet kiedy nie protestuje, też czasem dostaje. Taki jest Wyjec. Chyba o tym wiedziałeś? Ja nie chcę tak żyć. Nie chcę już więcej pić. Ja wiem jak wiele się traci pijąc. Myślałam, żeby się urwać i uciec daleko od Wyjca, żeby mnie nie dopadł. Może to zrobię, jeśli będzie chciał zaangażować mnie jakiś inny zespół. Na razie zostaję. Wyjec ma głowę do interesów, a ludzie nas lubią. Sława jest dla mnie łakomym kąskiem. Przecież po to robię to wszystko. Tak więc, na razie będę znosić sińce pod oczami. Wiem, że Wyjec wyżywa się na mnie przez naszą znajomość. Nie wiem, od kogo dowiedział się o cudzie i o tym, że ruszacie w trasę. Mało nas wszystkich nie pozabijał. Nigdy nie myślałam, że można kogoś aż tak nienawidzić, jak on ciebie nienawidzi. Myślę więc, że lepiej będzie jeżeli na razie nie będziemy się oficjalnie kontaktować. Mimo to, bardzo bym się ucieszyła, gdybyś do mnie napisał. Bardzo potrzebna jest mi świadomość, że nie jestem na świecie sama. Powiedziałeś kiedyś, że dobrze mieć przyjaciół, więc mam nadzieję, że rozumiesz to, co teraz się ze mną dzieje. Możesz do mnie napisać, bo na razie mamy podpisany kontrakt i przez parę tygodni nie ruszymy się z miejsca. Nie podawaj jednak adresata i nie podpisuj się. Ja będę wiedziała, a gdyby list wpadł w ręce Wyjca, mogłyby dziać się straszne rzeczy. Nie pisz też, że mam Wyjca zostawić i że mi pomożesz. Nawet jeżeli chcesz to zrobić, za mało możesz. A poza tym, ja nie chcę pomocy. Chcę tylko wiedzieć, że nie jestem na świecie sama, że mam do kogo napisać. Chociaż może się mylę. Ty i ja to przecież taka dziwna historia. Mary.” – Pod spodem podała swój obecny adres.
Ze smutkiem wpatrywał się w list i gdzieś tam za rozchybotanymi literami widział zapłakaną twarz pijanej dziewczyny. Taką ją właśnie pamiętał, o takiej myślał.
Mary, czemu tobie nie mogło się udać? - pytał się w duchu. Tak naprawdę, mimo nocy cudów, świat nadal nie stał się lepszy.
- To od Marydith? – spytała Nancy.
- Nie, od Mary. Nie układa jej się z Wyjcem – wyjaśnił.
- Czemu tobie o tym pisze?
Wzruszył ramionami.
- Jestem jej jednym przyjacielem. – Ogromne oczy Nancy nagle posmutniały.
- Kochałeś ją – bardziej oznajmiła, niż spytała.
- Nie. Zawsze kochałem tylko ciebie. – Oznajmił, całując ją. Zgodziła się na to bez oporu, ale nie odwzajemniała pocałunku. Oboje wiedzieli, że prawda wyglądała trochę inaczej.

Skulona na łóżku, w kącie małego pokoiku, w którym wszyscy razem mieszkali, Mary próbowała przeczytać list, który dostała w kopercie bez adresu nadawcy. Trudno było się jej skupić w hałasie panującym wokół.
„Mary – pisał Eryk, a ona drżała czytając jego słowa. Jednak napisał, jednak nie była sama. – Nie myśl, że jesteś sama. Zawsze będę gotowy słuchać i to właśnie dlatego, że nasza historia jest dziwna. Mam wobec ciebie dług trudny do spłacenia. Jeżeli nie rozumiesz jaki, to trudno.” – Uśmiechnęła się w duchu. Żeby on wiedział, jak to wszystko wyglądało naprawdę. Może jednak prawda nie była aż tak ważna? Może rzeczywiście czyny liczyły się bardziej, niż myśli? – „Jeżeli chodzi o Wyjca, to mimo że miałem tego nie robić, radzę Ci, uciekaj. Cena jaką chcesz...”
- Co czytasz? – Wyjec wyrósł przed nią jak z pod ziemi.
- Dostałam list od Lilly – odpowiedziała drżącym głosem.
- Pisze coś ciekawego?
- Nie. Wiesz, o chłopcach, takie babskie sprawy – skłamała.
- Skończ z tym szybko. Jesteś nam potrzebna – rzucił.
„Cena jaką chcesz zapłacić za sukces, jest ceną zbyt wielką. No i czy ktoś ci zagwarantował, że osiągniesz sukces? Wyjec nigdy nie potrafił pisać dobrych utworów i...”
- Mary, choć tutaj!
- Tylko skończę czytać! – odkrzyknęła, kuląc się w sobie. Wiedziała, że przesadziła, że Wyjec zaraz się rozzłości.
- Nie będziesz czytać tych bzdur! Jesteś tu, żeby pracować dla mnie, więc pracuj do diabła – mówiąc to, wyrwał jej list z ręki i zgniótł w kólkę. Zamierzył się, chcąc ją uderzyć. Osłoniła głowę ramieniem. Tym razem jednak cios nie spadał. Tym razem chciał ją tylko przestraszyć.

„Eryku – napisała potem. – Nie byłam w stanie przeczytać Twojego listu. Wyjec był w złym humorze, zabrał mi go i zniszczył. Mimo to, dziękuję. Teraz jest noc, może piszę nieczytelnie, ale niewiele widzę. Jedyne światło jakie mam, to neony na ulicy i księżyc. Nie chcę nikogo obudzić. Wyjec jeszcze nie powiedział tego wprost, ale czuję, że on nie chce, żebym pisała listy do kogokolwiek. Mimo to nie cofnę się. Chcę śpiewać. Chcę do czegoś dojść, nawet jeśli stracę zęby. Jest mi ciężko. Jest we mnie strach, ale... Jeżeli teraz ucieknę, kim ja będę? Dla mnie nie ma innej drogi. Więcej nie pisz, nie radź niczego i tak z pewnością nie będę mogła przeczytać. Gdyby stało się coś bardzo złego, spróbuje się z tobą skontaktować, a jeśli nie... Dobrze, że gdzieś tam jesteś, ale teraz muszę być sama, nawet dla mojego własnego dobra. Właśnie to zrozumiałam. Żegnaj. Dla mnie nie możesz zrobić już niczego więcej, ale możesz napisać piosenkę o kimś takim jak ja, żeby ostrzec dziewczyny podobne do mnie, żeby nie popełniły moich błędów. Wiem, że ty umiesz pisać takie piosenki. Mary.”

- Czasem jeszcze śni mi się tamten sen. Biegnę przez peron. Mijam ludzi. Skaczę do pociągu, a potem lecę w ciemność. Wszystko zawsze odbywa się tak samo. Moją głowę rozdziera szczęk kół. Budzę się w środku nocy zlany potem. Z trudem powstrzymuję się, żeby nie krzyczeć. Wtedy Nancy mnie obejmuje. Tuli moją głowę do piersi i mówi cicho i spokojnie: „to minęło”. Wierzę jej. Tak, to minęło, ale ja nadal boję się pociągów.

Opowieść tę poświęcam pamięci szczurzycy Marii, która leżała na stole, grzejąc się w słońcu, gdy ja pisałam te słowa i służyła swoim ogonem za zakładkę.

19.10.1994 - Warszawa

koniec
Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...