Kejti's Factory - Opowiadanie

"Elegia o węgorzach"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


W nocnym pociągu do Paryża, w wagonie drugiej klasy, w przedziale przeznaczonym dla ośmiu osób, było ich czworo. Dwie pary młodych ludzi siedziały naprzeciwko siebie. Oni opierali się o ścianę, one trzymały im głowy na ramionach. Milczeli, ale nie spali.
Ten pierwszy chłopak był dobrze zbudowany, szeroki w barach, może nieco za gruby. Włosy miał ciemne, lekko układające się, żydowski nos, oczy piwne, lekko wyłupiaste, wpatrzone w dal, w coś, czego nie dało się zobaczyć. Na jego ustach tańczył niepewny, jakby pijany uśmiech.
Ta pierwsza dziewczyna chyba była ładna, chyba, bo trzeba przyznać, że wyglądała dosyć dziwnie. Była chuda, blada, a niezdrowy, siny kolor jej cery podkreślały jeszcze ufarbowane na czerwono długie włosy. Uśmiechała się szeroko, ale jej ogromne szare oczy pozostawały smutne.
Ten drugi chłopak wyglądał jak klasyczny młody Niemiec. Był świńskim blondynem o niebieskich, świdrujących oczkach i kanciastej szczęce.
Ta druga dziewczyna była brunetką o postrzępionej fryzurze. Ona też chyba nie była brzydka, ale sprawiała wrażenie brudnej. To ona odezwała się pierwsza, odezwała się, bo nie mogła już znieść milczenia, bo chciała czymś zająć ciągnące się w nieskończoność nocne godziny wypełnione jedynie miarowym stukotem kół pociągu. Odezwała się po niemiecku, może dlatego, że była Niemką, a może dlatego, że pociąg znajdował się właśnie na terenie Niemiec.
- Dokąd jedziecie?
- Do Los Angeles - odparła dziewczyna o czerwonych włosach, a po chwili łamanym niemieckim zapytała. - Czy mogłabyś mówić po angielsku?
- Tak - zgodziła się ta niedomyta. - Dlaczego jedziecie do Los Angeles przez Paryż? Nie lepiej było polecieć samolotem, niż tłuc się przez całą Europę? - Głos miała zgrzytliwy, a słowa, które wypowiadała, jakby nabierały kantów.
- Nie - zaprotestowała czerwonowłosa. - W ten sposób odwiedzimy więcej miejsc. - Jej akcent stanowił niesamowitą mieszankę szwedzkiego, niemieckiego i polskiego.
- Odbywamy podróż jak węgorze - dodał chłopak o żydowskim nosie. On mówił jak rodowity Anglik.
O tych węgorzach opowiedziała mu w pociągu relacji Warszawa-Gdańsk. Byli wtedy sami w przedziale takim, jak ten. Też była noc. Ona leżała w poprzek siedzeń trzymając mu głowę na kolanach.
- Wiesz jak to jest z węgorzami? - spytała spoglądając na niego. Jej głos brzmiał lekko. Wtedy mówili po polsku. Mówili po polsku, bo oboje byli Polakami.
- Nie wiem - przyznał.
Ona się uśmiechnęła. Biologia była jedyną dziedziną nauki w jakiej biła go na głowę. Studiowała biologię zanim to wszystko się zaczęło. On studiował prawo, ale przedtem był najlepszym uczniem i to nie tylko z ich rocznika, ale z całej szkoły. Rywalizacja między nimi nie była możliwa. On miał piorunującą pamięć i pod tym względem nie była mu w stanie dorównać. Ale nawet tego dnia, nawet w sytuacji, w jakiej się znaleźli, sprawiało jej radość, gdy wiedziała coś, czego on nie wiedział.
- Więc – zaczęła - węgorze żyją w rzekach, ale kiedy osiągną dojrzałość płciową ruszają w podróż do Morza Sargassowego, żeby tam odbyć tarło. I wiesz, naukowcy do dziś nie mają pojęcia, czemu węgorze odbywają tarło właśnie tam, czemu wędrują nie raz i tysiące kilometrów. Nie wiedzą też, co dzieję się z nimi potem. Uważa się, że po wydaniu potomstwa giną, ale tego nikt nie jest pewny. Twierdzenie to opiera się raczej na fakcie, że już nie wracają. Z nami też będzie tak, jak z węgorzami.
On milczał. Może przeraził go jej lekki ton, to jak był niewspółmierny do tego, co go czekało.
- Ale jeśli one giną, czy myślisz, że zdają sobie sprawę z tego, że zbliża się ich koniec, że śmierć będzie ukoronowaniem ich podróży?
Chłopak nadal milczał.
- Jeśli jednak zdają sobie sprawę, czy myślisz, że rodzi się w nich bunt, że czasem myślą: „nie popłyniemy tam, może tak ocalimy nasze życie”?
- Nie - mówienie przychodziło mu z trudem. - Węgorze nie mogą zawrócić, bo gdyby nie dotarły do celu, nie wydałyby potomstwa, a gdyby nie wydały potomstwa, ani ich życie, ani śmierć nie miałyby sensu…
- Po co mieć potomstwo, skoro się go nawet nie zobaczy? - spytała ona.
- Żeby ocalić kawałek z siebie - odpowiedział bez zastanowienia. - I mówię ci, jeśli węgorze się buntują, jeśli wiedzą, że nadejdzie śmierć, to może ich podróż jest właśnie formą buntu. Może tęsknią za nieznanym, tak jak my, może ruszają w drogę tylko dlatego, że na nic więcej nie mają czasu.
- To świadczyłoby jednak o tym, że to węgorze są podobne do nas, a nie my do nich - wyszeptała czerwonowłosa. - Ale węgorze nie mogą myśleć tak, jak ludzie - westchnęła.
- Nie wiem - powiedział on głaszcząc ją po policzku. - To zbyt skomplikowane.
- Tak – przyznała. - Zgubiłam się w tym.
Na promie do Szwecji nie myśleli już jednak o węgorzach. Na promie do Szwecji przetańczyli całą noc.
Oboje lubili tańczyć i oboje byli w tym dobrzy, zwłaszcza w rock’ n rollu. On spokojny i opanowany pewnie prowadził ją - żywiołową i dziką. Potrafił też wziąć ją w tańcu na ręce i odwrócić do góry nogami w taki sposób, jakby nie sprawiało mu to w ogóle wysiłku.
Tamtej nocy też to robił. Na początku to robił, bo potem tańczyli już na pół gwizdka, choć jeszcze długo nie chciał przyznać się do swojej słabości. Ona jej nie spostrzegła, a może nie chciała spostrzec. Była szczęśliwa mając tę noc, mając go koło siebie, a w sobie wiele takich nocy z przeszłości, wiele nocy, gdy tańczyli.
Wszystkie prywatki w liceum przetańczyli razem poczynając od czasów, gdy jeszcze nie wiedzieli, że kiedyś się w sobie zakochają. Zawsze mieli jakiś swój popis, szalony numer, gdy wszyscy na nich patrzyli. Byli najlepszymi tancerzami w swojej szkole.
Tamta noc nie miała jednak należeć do szczęśliwych. On w końcu mógł już zapanować nad tym, co się z nim działo. Zawisł jej na ramieniu zlany potem i drżący.
- Wyjdźmy stąd - poprosił.
Pomogła mu wydostać się na pokład. Na schodach potknął się parę razy.
- Uważaj - upomniała go. Był zbyt ciężki, by mogła go podtrzymać.
- Ja nie widzę - oznajmił płaczliwie.
Nie zaszli już daleko. Oparł się plecami o ścianę i osunął na deski pokładu.
- Ja nie widzę - powtórzył odchylając w tył głowę, tak jakby chciał spojrzeć w niebo. A niebo było akurat tej nocy pełne gwiazd.
Ścisnęła jego małą, okrągłą dłoń o krótkich palcach w swojej dłoni. Na nic więcej nie mogła się zdobyć.
- Boję się – powiedział. Ona też się bała. - Nie myślałem, że to będzie tak szybko - poskarżył się. Ona też tak nie myślała, dla niej, aż do tamtej chwili wszystko, co miało ich czekać, było czystą abstrakcją. Nie przyjęła tego do wiadomości i dlatego mogła paplać o węgorzach. Gdy nie mogła już dłużej wmawiać sobie, że wszystko jest w porządku, poczuła się nagle bardzo mała i bezsilna. Była młoda i niewiele w życiu przeszła, a w każdym razie, niewiele sytuacji tak trudnych, jak ta. Choć w takich chwilach doświadczenie nie pomaga. Czasem po prostu nie ma słów, ani dobrych rozwiązań.
Na szczęście po nocy przyszedł dzień, a on odzyskał wzrok. Jeszcze odzyskał.
- Czemu jedziecie akurat do Los Angeles? - spytała niedomyta dziewczyna. Nie przyszło jej do głowy żadne mądrzejsze pytanie, za sprawą którego mogłaby podtrzymać rozmowę.
- A czemu nie? - odpowiedział chłopak o żydowskim nosie uśmiechając się. - Tam jest pięknie.
Czerwonowłosa zadrżała. Przypomniała sobie swoją pierwszą wizytę u niego w szpitalu. Kiedy tylko weszła, zapytał: „Dokąd byś chciała pojechać?”
- Do Los Angeles - odpowiedziała bez zastanowienia. - Ale dlaczego pytasz? O co chodzi?
- O to, że moglibyśmy tam pojechać - wyjaśnił.
- Nie wygłupiaj się – parsknęła. Nie uwierzyła, że mówił poważnie. W ogóle nie brała tego pod uwagę. Jak mogła, skoro on leżał w szpitalu, skoro jeszcze nawet nie było rozpoznania, co mu dolegało. Poza tym, zdawała sobie sprawę, że w życiu nie uzbiera pieniędzy nawet na sam bilet lotniczy do Stanów.
- Nie wygłupiam się. Ale zanim ci to wyjaśnię, powiedz mi dlaczego?
- Dlaczego co?
- Dlaczego chcesz jechać akurat tam?
- Znasz przecież historię o tym, jak Roxette kręcili teledysk do „Joyride’u”?
- Tak - uśmiechnął się.
- No właśnie. To było tam. Chciałabym obejrzeć to miejsce, w którym mogli zginąć.
- Tak - powiedział powoli, jakby przyszło mu coś go głowy. Ona jeszcze wtedy niczego się nie domyśliła.
Sprawa z tym wypadkiem wyglądała tak, że Marie i Per mieli w teledysku podjechać do krawędzi przepaści siedząc na masce czerwonego Ferrari. Tyle tylko, że kierowca nie zauważył miejsca, w którym powinien zacząć hamowanie. Nie zauważył, bo leżał na podłodze wozu, a numer nie był przećwiczony. Na tej podłodze leżał dlatego, że na wideo miało nie być go widać. Samochód miał być samochodem widmo bez kierowcy. To był zdaje się rok 1990 lub 1991 i wtedy jeszcze robiło się takie rzeczy. Komputerowe montaże dopiero raczkowały, a poza tym były niewyobrażalnie drogie.
Kiedy ten kierowca już się zorientował, że powinien zatrzymać wóz, okazało się, że wysiadły hamulce. Per spadł. Zielona ze strachu Marie pozostała rozpłaszczona na masce i chyba tylko cud sprawił, że samochód jednak stanął przed przepaścią, że wyszli z tego z życiem.
- Ale nie tylko dlatego - rzuciła szybko.
Oboje lubili Roxette, lubili tańczyć ich ballady. On nie raz powiedział, że są o nich. Dla niej pewien problem stanowił fakt, że kiedyś kochała się w Perze. Mogła go co prawda traktować jako abstrakcyjną wizję doskonałego mężczyzny, ale ona kochała go jak człowieka z krwi i kości i czasem bała się, że ten dotykalny i prawdziwy mężczyzna mógłby być o Pera zazdrosny.
- Ja uwielbiam puste przestrzenie ciągnące się po horyzont – powiedziała. - Nie wiem czemu, bo nigdy niczego takiego nie widziałam, ale zawsze marzyłam o pustych przestrzeniach, o amerykańskiej pustyni.
- I co? - pytała dalej niedomyta dziewczyna. - Tak po prostu jedziecie do Los Angeles przez całą Europę, bo tak się wam podoba? Rzuciliście wszystko i ruszyliście w drogę?
- Tak - odpowiedział on.
Tak zrobili. Zostawili za sobą całe swoje dotychczasowe życie i ruszyli nawet bez specjalnych pożegnań.
- To coś w stylu podróży dookoła świata? - pytała dalej niedomyta dziewczyna.
- Nie całkiem – zaprotestował chłopak o żydowskim nosie. - My nie jedziemy dookoła świata, ale do Los Angeles.
- A potem? Zostaniecie tam? - Była wścibska.
- Tego nikt nie wie, co będzie potem - powiedział on ze smutkiem, a czerwonowłosa ścisnęła go za rękę, bo to nie była cała prawda.
Po tamtej nocy na promie był zły i roztrzęsiony. Dużo palił. Mało mówił. Kiedy dotarli do ruin zamku w Borgholm na wyspie Öland, wcale go to nie cieszyło. Ona tymczasem biegała, chcąc zajrzeć w każdy kąt. Śmiała się opierając placami o mur, chciała poznać go wszystkimi zmysłami. Paplała radośnie i robiła mu zdjęcia. Na to się zgodził, ale oznajmił, że nie ma zamiaru się uśmiechnąć.
- Czy wiesz, że Per też kiedyś dotykał tego muru? - spytała stając z rozpostartymi ramionami. Oparła stopą o ceglaną ścianę. W jednym z teledysków Roxette można znaleźć Marie w takiej samej pozycji przy ścianie tego zamku. To dla tego chciała tam pojechać, dlatego, że Roxette nakręcili tam trzy teledyski i dali jeden ze swoich pierwszych znaczących koncertów, a ona uwielbiała i Roxette i ruiny. - Czy to nie jest wspaniałe, że tu jesteśmy, że też dotykamy tego muru?
- To miejsce cieszyłoby cię tak samo, gdybyś przyjechała tu beze mnie! - rzucił on nagle.
- Co ty mówisz? - Znieruchomiała nie mogąc pozbierać myśli.
- Nie jestem ci tu do niczego potrzebny! Ciągle mówisz tylko o Perze! Mogłaś przyjechać tu później sama, wtedy mogłabyś myśleć tylko o nim!
- Ale ja chciałam przyjechać tu z tobą.
- Ja nigdy nie chciałem zobaczyć tego miejsca! - wyrzucił z siebie, jakby nie usłyszał jej słów. - Ono mnie nie obchodzi! Ja marnuję tu mój czas, a ja go nie mam wiele.
- Cholerny egoista! - weszła mu w słowo, ale i tego nie zauważył.
- Ja umieram! Powinienem robić rzeczy, które mnie sprawiają przyjemność!
- No dobrze, ale skąd ten pomysł z podróżą dokąd tylko zechcę? - spytała wtedy w szpitalu, siadając na krawędzi jego łóżka.
- Pomyślałem, że to może być fajne. Odwiedzilibyśmy wszystkie miejsca, które chcemy zobaczyć - powiedział przeciągając słowa, tak jakby chciał oddalić od siebie moment, kiedy dobrnie do końca wypowiedzi. - To chyba dobry pomysł, teraz gdy nie mam już czasu na nic innego. Nie chcę umierać w szpitalu, w upokorzeniu, na łasce obcych ludzi. - Słuchała go z szeroko rozwartymi oczami. To co mówił, nie bardzo do niej docierało. Nie rozumiała jego słów. Nie chciała rozumieć. Nie chciała przyjąć do wiadomości tego, co miał jej przekazać, a co z drugiej strony było jasne i oczywiste, choć zupełnie abstrakcyjne. - Ja umrę. To guz mózgu. Tłumaczyli mi. Jest za duży i w jakimś takim miejscu, że nie da się go usunąć. Będzie coraz gorzej. Przestanę widzieć, chodzić, stracę pamięć, przestanę kojarzyć i z czasem zamienię się w roślinę. - Doskonale to opisał. Ona wiedziała coś o raku mózgu. Jej dziadek na to umarł. Na szczęście wszystko odbyło się bardzo szybko. Niektórzy konają na to jednak całe lata. Znała różne opowieści ze szpitali. - Nie chcę, żeby to tak wyglądało - dodał. - A ty podsunęłaś mi wspaniały pomysł, przypominając o wypadku Roxette. Mógłbym się tam zabić, zakończyć życie z klasą.
Nie powiedziała niczego, niczego nie była w stanie powiedzieć. Tzymała go tylko za rękę.
W pociągu relacji Warszawa-Gdańsk paplała swobodnie.
- To będzie jak w aerykańskim filmie. Widziałeś „Thelmę i Louise”?
- Nie.
- Ja też nie - zaśmiała się, a on pogłaskał ją po twarzy. - Ale słyszałam o tym filmie. One obie zjechały samochodem z tej skarpy. To jest śmierć w wielkim stylu. Bohaterowie zawsze tak odchodzą. Widziałeś „Znikający punkt”?
- Widziałem - odpowiedział. - To było widowiskowe, ale jego śmierć nie miała sensu i… - Tu się zaciął.
Znowu trzymała go za rękę.
- Ale w naszym przypadku to ma sens, w każdym razie większy niż cokolwiek innego.
- Wiem – wyszeptał. - Wiem. My jesteśmy węgorzami.
Łzy zatańczyły w jego oczach. Nie popłynęły. W chwilę później żartowali. Wtedy już potrafili, ale gdy siedziała na krawędzi jego łóżka, nie mogła wykrztusić słowa.
Kiedy wróciła później do domu i stanęła przed rodzicami, była sinobada. Ledwo trzymała się na nogach. Ocierała oczy szybkimi, nie całkiem skoordynowanymi ruchami.
- Musimy porozmawiać - wykrztusiła przez zaciśnięte gardło.
Rodzice nie powiedzieli niczego, tylko na nią patrzyli.
- On umiera – jęknęła. - To jest guz mózgu i nie ma ratunku.
Matka wzięła ją za rękę, otworzyła usta chcąc znaleźć słowa pocieszenia, ale ona nie dopuściła jej do głosu.
- To już pewne. Czeka go to, co dziadka.
Potem był atak histerii. Kiedy trochę się uspokoiła, powiedziała:
- Postanowiliśmy, że ruszymy w podróż po świecie, póki jeszcze mamy czas.
- Za co? - zapytał jej ojciec. Nie przyszło mu do głowy żadne mądrzejsze pytanie. Chyba tak samo jak ona, nie zdawał sobie sprawy, co naprawdę się działo.
- Kiedy? - zapytała matka.
- Jeszcze w tym tygodniu. Nie martwcie się, on ma pieniądze.
Chyba martwili się jednak o coś innego.
- Tak po prostu wyjedziesz? Teraz? Na ile? - pytała jej matka.
- Nie wiem. Czym później wrócę, tym lepiej, bo… - Zacięła się.
- A studia?
- Mamo... – jęknęła. - Co znaczą studia? Niech coś wreszcie w moim życiu ma sens! Ja go kocham!
Na to rodzice nie znaleźli odpowiedzi, a ona znowu się rozpłakała.
Jego rozmowa z rodzicami też nie była łatwa. Kiedy usłyszeli o podróży, byli jej przeciwni.
- A jeśli coś ci się stanie? - spytała jego matka.
- Mamo - popatrzył na nią z politowaniem. - Przecież ja i tak umrę.
Szybko otarła oczy, ale nie zdołała powstrzymać łez.
- Mamo, nie płacz. - Nie była już w stanie przestać. - Ja nie chcę cię ranić, ale chcę coś przeżyć…
- I już cię nie zobaczymy?
- Nie wiem. - Im nie mógł powiedzieć, że planuje samobójstwo. - Pewnie nie. Zrozum, nie chcę spędzić swoich ostatnich dni w szpitalu. Chcę wykorzystać czas, który mi pozostał.
Oczywiście mogli go zatrzymać, choćby nie dając mu pieniędzy, ale nie zrobili tego. Chyba zrozumiali.
Pożegnań nie było. Po prostu się spakowała: sweter, jeansy, kostium kąpielowy, aparat fotograficzny i góra klisz. On wziął jeszcze mniej i ruszyli. Pożegnań nie było, ale nie znaczy to, że ona nie miała zamiaru z nikim się pożegnać. Po prostu nie wyszło.
Kiedy opowiedziała o wszystkim jednej z przyjaciółek, ta popatrzyła na nią jak na wariatkę.
- Czy ty upadłaś na głowę?! – krzyknęła. - Masz całe życie przed sobą. Zapomnij o nim! Jesteś młoda, ładna, inteligentna… Możesz mieć wszystko!
- To już postanowione – oznajmiła. - Jadę i koniec. - Wiedziała, że tamta jej nie zrozumie. Wiedziała, to ją przeraziło i wypełniło jej serce goryczą.
Mam czas – pomyślała. - Czas na co? Żeby stać się starą, wykształconą, samotną kobietą, która pewnego dnia obejrzy się wstecz i odkryje, że niczego nie przeżyła?
Co ma w życiu sens? - Wiele razy zadawała sobie to pytanie, ale nie była pewna. Przeżyć coś? Mieć co wspominać? Nie żałować? Może tak. Może. Ona nie wiedziała. Ona nie wiedziała, co to jest miłość, choć mówiła, że kocha. Nie wiedziała też, czemu była akurat z nim, a nie z kimkolwiek innym. Nie potrafiła zracjonalizować swoich uczuć. Kiedy jednak zobaczyła go później na dworcu, była już pewna. Tak. Miał wiele wad. Kiedy się nad tym zastanawiała, okazywało się, że miał same wady. Mógł przecież być przystojniejszy, szczuplejszy. Mógł nie palić. Mógł nie mieć tak doskonałej pamięci, której nie był w stanie umknąć żaden szczegół. Drażniło ją to, że zawsze wiedział od niej więcej. Drażnił ją czasem jego ton głosu, to jak przeciągał wyrazy. Ale kiedy widziała go, gdy tak stał uśmiechając się lekko, kiedy widziała go czekającego na nią, była pewna jednego - jeśli coś w jej życiu naprawdę się liczyło, to właśnie on. Kiedy był obok niej, kiedy ją obejmował, nie miała już wątpliwości. Zawsze tak było. Przy nim czuła się bezpieczna, przy nim była przekonana, że kroczy właściwą drogą.
Zamknęła oczy, gdy całował ją na powitanie, na dworcu, pośród spieszących się do własnych spraw ludzi. Mieli być razem. Mieli być razem do końca, do jego końca.
Co z nią? Co będzie z nią? Jak ona to przeżyje? Jak poradzi sobie sama, bez tego jedynego? Nie chciała o tym myśleć, kiedy był koło niej, kiedy ją tulił, kiedy ruszali w drogę.
Pociąg zahamował z sykiem. Do przeszłości nie było już powrotu, przyszłości miało nie być, istniała tylko chwila teraźniejsza.
Kiedy zatrzymała samochód na szosie biegnącej przez kalifornijską pustynię, była w czwartym miesiącu ciąży. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Uważała, że hałasują, brudzą i dopóki nie skończą siódmego roku życia, nie da się z nimi dogadać. Bała się też porodu, tego, że może nie znieść bólu. On wiedział o tym wszystkim i zgadzał się z nią, choćby dlatego, że nie miał innego wyboru.
- Może w przyszłości - mówiła czasem. - Jak skończę studia. Jak zdobędę dobrą pracę. Jak będę gotowa.
Dlatego też był zdziwiony, gdy zapytała go: „co ty robisz?” w momencie, kiedy chciał założyć prezerwatywę, w nocy, na wilgotnej halmsztadzkiej plaży. Wybałuszył oczy. Odpowiedź była zbyt oczywista, żeby mógł jej udzielić.
- Powiedziałeś przecież, że podróż węgorzy, ich życie i ich bunt, nie miałyby sensu, gdyby nie kończyły się wydaniem potomstwa - oświadczyła.
- Chcesz urodzić moje dziecko? - spytał jak zupełny głupiec.
- Tak – odpowiedziała. - Chcę zachować część ciebie. Jestem trochę egoistką, wiesz?
- Wiem.
Potem się kochali, kochali się pod rozgwieżdżonym niebem, na wilgotnym piasku, halmsztadzkiej plaży, w Szwecji, tam gdzie ona chciała pojechać, a on nie.
Kiedy zatrzymała samochód na szosie biegnącej przez kalifornijską pustynię, była zapłakana. Właściwie nie czuła wtedy niczego, o niczym nie myślała. To co się wydarzyło, było z jednej strony niemożliwą abstrakcją, z drugiej faktem oczywistym i pewnym.
Samotny mężczyzna w starym wozie combi zatrzymał się i zapytał: „dokąd jedziesz?” Potrzebowała paru minut, żeby zdać sobie sprawę, że rzeczywiście dokądś jedzie i udzielić odpowiedzi:
- Do pierwszego miasta z lotniskiem.
Kierowca był zdziwiony. Nie często spotyka się na pustyni zapłakane dziewczęta z plecakami, w ciąży, mówiące z obcym akcentem. Nie pytał jednak o nic więcej. Chyba wiedział, że ona i tak nie odpowie.
Beznamiętnie przyglądała się przez szybę uciekającym w tył pustym przestrzenią, o których kiedyś śniła. Tak naprawdę było jej już wszystko jedno. Łzy płynęły po jej policzkach bez udziału woli. Było tak, jakby jej ciało pamiętało jeszcze uczucia, o których serce już zapomniało.
Kiedy wyszła od niego ze szpitala też tak się czuła. Prawie po omacku dotarła na przystanek autobusu. Łzy ciekły jej po policzkach, ale myśli były zupełnie puste. Wtedy też wszystko co wiedziała, było z jednej strony pewne, z drugiej po prostu niemożliwe i przez to nie budziło emocji.
Tak, emocji już nie było. Wtedy już nie.
Kiedy zemdlał na ulicy było zupełnie inaczej, choćby dlatego, że nic nie było pewne, ale wszystko było możliwe. Musiało być możliwe, skoro się zdarzyło.
Wracali z kina. Szli trzymając się za ręce. O czymś rozmawiali, chyba nawet się śmiali. On był blady. Tak, był blady, ale to znowu nie była taka nadzwyczajna rzecz. Potem upadł. On upadł, a ona próbowała go ocucić, ale kiedy potrząsanie i klepanie w policzki nie pomogło, zaczęła krzyczeć. Po prostu krzyczała. Krzyczała: „ratunku, niech mi ktoś pomoże!”, a ludzie zatrzymywali się i patrzyli na nich, ale niczego nie robili i niczego nie mówili.
W końcu znalazła się w budce telefonicznej. Nie wiedziała, jak tam dotarła. Ręce się jej trzęsły i nie mogła trafić kartą w otwór. Wykręciła jakiś numer. Nie wiedziała jak udało jej się wybrać właściwy. Może ktoś jej go podał? Może ktoś ją do budki doprowadził? Nie pamiętała. Była tak przerażona, że wszystko się jej pomieszało i nie mogła nad sobą zapanować. Nie mogła, mimo że wiedziała, że wszystko zależy od niej.
Kiedy nic już od niej nie zależało, była spokojna. Nie było się już czym denerwować, skoro niczego nie dało się zmienić.
W Pradze byli szczęśliwi. W dzień wędrowali śladami „dzielnego wojaka Sveika”, wieczorem tańczyli i pili piwo w przeróżnych pubach. To było jego marzenie. On miał swojego Sveika, tak jak ona miała Roxette.
- Popatrz - powiedział zataczając krąg brodą. - Ci wszyscy ludzie wokół, oni nie wiedzą, że jesteśmy tu po raz ostatni i w jakiś sposób to jest niesamowite.
- Ale my też nie wiemy, czy oni nie są tu przypadkiem ostatni raz - wyszeptała ona. - Na przykład tamta kobieta. Ona może jutro wpaść pod tramwaj.
- Tamta? - obejrzał się. - Tamta z kokiem?
- Tak. Czemu by nie? - rzuciła lekko.
- Ale ja nie mówię o przeznaczeniu, tylko o tym, że oni nas nie znają i dzięki temu nie wiedzą, że ja umrę. To sprawia, że mogę czuć się swobodnie, że mogę wtopić się w tłum, że nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie gapi się.
Tak, ludzkie spojrzenia potrafią być okrutne. Czasem patrzący chcą się czegoś dowiedzieć, upewnić „czy umierający mogą się śmiać”, „jak się wygląda, kiedy ma się coś takiego” i tak dalej. Potworne jest też ludzkie milczenie, kiedy nie otwierają ust nie chcąc urazić, nie chcąc zadać niewłaściwego pytania. Zdarza się, co również jest straszne, że ludzie nawet coś mówią, ale próbując nie używać według nich niestosownych słów, czy zwrotów. To nigdy nie wychodzi. To boli bardziej, niż kiedy postawi się sprawy jasno - ja umrę, nie chodzę, nie widzę, ale to nie przeszkadza mi zabalować. Kiedy ludzie nie wiedzą o niczym, nie ma powodu, żeby patrzyli, czy unikali jakiś sformułowań. To właśnie pomogło im w Halmsztadzie.
W Halmsztadzie tańczyli w jednym z licznych tam rockowych klubów.
Halmsztad to dziwne miasto, malutkie, ale o bujnym nocnym życiu. Nie bez przesady nazywano je kiedyś Szwedzkim Liverpoolem. To stąd, z klubów takich, jak ten, w którym bawili się tamtej nocy, wywodziło się Roxette.
Znowu obracał ją do góry nogami, zanim nie zbladł i nie osłabł. Kręciło mu się w głowie i znowu stracił wzrok. Wszyscy wokół myśleli, że był pijany i dlatego nie zwrócili na nich większej uwagi. Nie jeden już człowiek upił się tam przed nim i nie jeden miał się jeszcze upić.
- To jest w porządku - powiedział w Pradze. - Ale jednocześnie mnie przeraża. Czuję się mały i samotny. Nikt tak naprawdę nie zauważy, kiedy odejdę na dobre.
- A ja? - Nie usłyszał jej.
- Nie będzie to miało większego znaczenia, a ja chciałbym mieć jakieś znaczenie.
- Wszyscy chcą.
Spojrzał na nią. Jego ogromne piwne oczy były wilgotne.
- Tak, chyba tak – wyjąkał. - Ale nie wszyscy mają tak mało czasu, jak ja. - Wargi mu drżały.
- Mało, czy nie, ty dobrze wykorzystałeś swój czas - powiedziała ona. - Niektórzy przez lata nie osiągają tego, co ty. Zostaniesz przecież w mojej pamięci, a nasze dziecko będzie namacalną cząstką ciebie.
- Nasze dziecko? – jęknął. - Dla tych ludzi tutaj i dla całego porządku świata jego narodziny i moja śmierć znaczą tak samo mało.
Wzięła go za rękę.
- Tak - powiedziała cicho. - Nie raz wychodząc na ulicę myślałam: „ci wszyscy ludzie nie wiedzą, kim naprawdę jestem”, a potem sobie uświadamiałam, że być może nikt tego nie wie, oprócz mnie. Masz rację – przyznała. - Jesteśmy mali i nic nie znaczący w tłumie. Może dlatego nie powinniśmy zwracać uwagi na ten tłum, tak jakby go nie było, tak jakbyśmy byli tylko my dwoje. Tak jest łatwiej. Ty coś znaczysz dla mnie, ja dla ciebie. Może to za mało… Tak, ja też chciałam więcej. Chciałam sławy i wieczności, ale…
- Może masz rację - wyszeptał bliski płaczu. - Ale ty będziesz musiała zostać w tym tłumie, beze mnie. A oni nie będą mieli pojęcia, skąd się wzięłaś, czemu czujesz i myślisz, to co czujesz i myślisz.
- Jakoś sobie poradzę. - Machnęła ręką. - Jakoś wszystko poukładam – rzuciła. - Może nawet będę jeszcze kiedyś szczęśliwa. A nawet jeśli nie... - Lekki ton zniknął z jej głosu. - Nawet jeśli nie będę, to nasze dziecko będzie szczęśliwe. A jeśli i ono nie będzie, to przecież przeżyje jakieś dobre chwile i będzie miało co wspominać. W każdym życiu są dobre chwile.
W jednym z pociągów, którymi tłukli się w poprzek Szwecji od Kalmar do Halmsztadu przepraszał ją za swoje zachowanie w Borgholm.
Przejazd przez Szwecję pociągiem nie był najlepszym pomysłem, bo pociągów osobowych nie jest tam zbyt wiele, choćby dlatego, że trudno znaleźć Szweda, który nie miałby samochodu.
Przejazd przez Szwecję pociągiem nie był najlepszym pomysłem i on o tym wiedział. Czuł, jak czas przecieka mu przez palce. Potrafił się jednak opanować i powiedzieć sobie: „to nie ma znaczenia, czy umrę w Szwecji, czy w Kalifornii. Nie ma też znaczenia, czy przez te swoje ostatnie dni będę jeździł pociągiem, czy tańczył. Liczy się tylko to, że jesteśmy razem, a raczej, że ona chciała być ze mną.” Później rzadko udawało mu się myśleć tak logicznie, rzadko, a może nawet wcale.
Głośno powiedział tuląc ją do siebie:
- Przepraszam za to, co mówiłem w Borgholm.
- W porządku – odpowiedziała. - Nie ma za co.
- Jest – zaprotestował. - Chciałam dać ci pobyt tam, chciałem żebyś była szczęśliwa. Tym czasem wszystko zepsułem.
- Nie szkodzi - powiedziała tylko. Mniej banalne słowa, kłębiące się w jej głowie, te, które trafnie wyraziłyby uczucia, nie były w stanie przejść jej przez gardło. - Nie szkodzi - powiedziała, a potem się całowali.
Na szczęście tamtego wieczoru w Halmsztadzie odzyskał wzrok i znowu dobrze się poczuł. Nocą biegali boso po wąskiej plaży, biegali jak para wariatów, czy może raczej jak młode, kipiące energią konie. Gonili się. On łapał ją w ramiona, brał na ręce. Ona obejmowała go nogami w pasie i śmiała się głośno. Byli szczęśliwi. Wtedy byli szczęśliwi. Przeszłość i przyszłość nie miały znaczenia i właśnie dlatego, że je odrzucili, mogli szaleć. Wbiegali w wodę i biegli wzbijając w powietrze bryzgi białej piany, moczyli sobie ubrania. To, że Morze Północne jest w tym miejscu lodowato zimne, nie miało wtedy znaczenia. Kto by myślał o przeziębieniu w momencie takim, jak tamten? Przeziębienie? To jakieś śmieszne, zapomniane słowo, które nie ma właściwie żadnego znaczenia. Po co bowiem bać się przeziębienia, skoro ma się przed sobą zaledwie kilka miesięcy, czy może tylko tygodni?
Runęli na wilgotny piasek też jak konie, gwałtownie, wyrzucając w górę nogi.
Leżeli obok siebie. On oddychał ciężko. Śmiali się oboje.
Najpierw po prostu leżeli. Czekali, aż ich oddechy się uspokoją. Potem on wziął ją za rękę.
- Nie powinienem tańczyć - rzucił nagle w niebo. Wydawać się mogło, że zdanie to nie miało żadnego sensu. Nie miałoby go jednak także każde inne tak gwałtownie burzące cisze wypełnioną jedynie szumem morza, który do tej chwili narastał w jej głowie i sprawiał, że zatraciła poczucie czasu i rzeczywistości, że zdawało jej się, że unosi się na falach, że się łagodnie kołysze w toni morskiej, jak czynią to meduzy i tak się będzie kołysać całą wieczność. On sprawił, że znowu była tylko dziewczyną, a nie meduzą, której życie wyzbyte jest z jakichkolwiek zmartwień. - Już wiem, że to mi szkodzi, ale wiesz - nie patrzył na nią, lecz w niebo - będę tańczył. Musimy jak najlepiej wykorzystać czas, który nam pozostał. To jest tylko nasz czas. Rozumiesz? - Podniósł się na łokciu i spojrzał na nią. Jego oczy przybrały rozmarzony, szalony wyraz. Były ciemne, piękne, otoczone długimi rzęsami, których pozazdrościłaby mu nie jedna dziewczyna. Znała te oczy, dobrze znała i kochała je. To te oczy, dawno, dawno temu, w tramwaju linii 18, jakiegoś zimowego popołudnia przekonały ją, że to ten jedyny. Uśmiechnął się lekko, tak jak wtedy i tak jak wtedy mimo tego uśmiechu, był tak naprawdę smutny. Wyciągnęła rękę i dotknęła jego miękkiego policzka.
- To są tylko nasze dni - wyszeptał, a ona przygarnęła do piersi jego głowę.
Kochali się tamtej nocy na wilgotnym piasku halmsztadzkiej plaży.
W Paryżu nie zaznali już spokoju. Ogromne miasto pełne świateł, tak często uważane za krainę snów, powitało ich hałasem i tłumem, w którym łatwo było się zagubić. I to właśnie w Paryżu, na gwarnej ulicy, spojrzał na nią jak obłąkany i zapytał:
- Gdzie jestem?
- W Paryżu – odparła. Była przerażona. Wiedziała, że zaniki pamięci mogą się zdarzyć, a nawet, że będą się zdarzały, ale nie była na nie przygotowana, tak jak na nic złego nigdy nie jest się przygotowanym, do końca mając nadzieję, że los się odmieni.
- W Paryżu – powtórzył. - Ja tu mieszkam?
- Nie. Przyjechaliśmy tu razem… na wycieczkę.
- Razem? Dlaczego? Ja cię nie znam. - Wyrwał dłoń z jej dłoni.
- Jesteśmy razem. - W jej oczach zatańczyły łzy. - Jestem twoją dziewczyną. - To nic nie pomogło, on nie rozumiał.
- Ty musisz wypożyczyć samochód - tłumaczyła mu w Kalifornii.
Po tamtym zaniku pamięci, jaki zdarzył mu się w Paryżu, już na nic nie czekali, nie tańczyli i nie pili, najszybciej jak to było możliwe wyruszyli do Ameryki. On chciał odejść świadomy, ale coraz częściej zdarzało mu się, że zapominał słów. Wtedy też nie bardzo rozumiał, co mówiła.
- Dlaczego nie ty?
- Dlatego, że kiedy nie oddamy im samochodu, zaczną go szukać, a kiedy znajdą w nim twoje ciało, mogą oskarżyć mnie o morderstwo.
- Dlaczego mieliby cię oskarżyć? - spytał tak jakby to ona, a nie on znał prawo.
- A dlaczego nie!? - prawie krzyczała. - Jak im wytłumaczę, że ty chciałeś zginąć!? - Była podenerwowana. - Zresztą, pomoc przy popełnieniu samobójstwa też jest karana, nie wiesz?
- Może - zmarszczył czoło. - Kiedyś… - Próbował sobie coś przypomnieć, ale nie mógł. On nie mógł, ten on, który kiedyś pamiętał wszystko. Ona myślała, że postrada zmysły. Miała ochotę stanąć i krzyczeć: „Boże, dlaczego!?”, albo rozpędzić się i walnąć głową w ścianę.
- Ruszaj! - Uderzyła w tył czerwonego samochodu, tak jak uderza się w zad konia.
Samochód musiał być czerwony, jak w teledysku.
On przycisnął gaz i ruszył pozostawiając za sobą tuman kurzu i spalin. Przez chwilę stała bez ruchu, a potem rzuciła się za nim biegiem.
- Stój! - krzyczała, choć nie mógł jej usłyszeć. - Stój!
Gdy było już za późno, wiedziała, że się pomylili. Wolałaby, jednak by wolała, żeby konał w szpitalu. Przesiadywałaby przy nim, trzymała za rękę. Rozmawialiby, gdy by to było możliwe. Mieliby nadzieję na jeszcze jeden wspólnie przeżyty dzień. Miałaby go, a on znalazłby coś dla siebie w tych dniach, rzeczywiście pełnych bólu i upokorzenia, ale i miłości. On też by coś znalazł, była tego pewna.
- Stój!
Teraz w ogóle nie było mowy o nadziei. On zaraz runie w przepaść kończąc wszystko. Nie chciała tego.
- Stój! - krzyczała biegnąc za nim w tumanie pyłu i spalin wyciskających łzy z oczu.
- Stój!
Zatrzymała się. Z trudem łapała oddech. Nie mogła już ani krzyczeć, ani biec.
Samochód zbliżył się do przepaści, zakręcił nagle i tylko drobne kamyczki pchnięte przez koła, poleciały w dół. Tuman pyłu opadał powoli. On wysiadł i stanął obok samochodu, wysoki, nieco za gruby, ten jedyny, ten bez którego nie mogła żyć. Uśmiechał się lekko.
Niemy krzyk wyrwał się z jej piersi. Zasłoniła sobie ręką usta. Łzy wytrysnęły na jej policzki, łzy szczęścia. On stał i czekał. Zaraz miała do niego podbiec i przytulić się, a on miał przycisnąć ją do siebie mocnymi ramionami. To, że przed nimi były dni w szpitalu i powolne umieranie nie miało znaczenia. Ważne było tylko to, że jeszcze cośkolwiek ich czekało.
Coś ich czeka? Łzy szczęścia? On uśmiechał się lekko? On czekał? Samochód zakręcił? To była tylko jej wizja, jej marzenie. Ale on przed przepaścią tylko przydepnął gaz i zamknął oczy. Potem poszybował w powietrzu.
Kiedy podeszła do krawędzi przepaści i spojrzała w dół, zobaczyła płonące szczątki samochodu i wiedziała, że już było po wszystkim. Po prostu wiedziała, choć nie wierzyła w to i nie mogła płakać. Jeszcze nie mogła. Stała przez chwilę beznamiętnie patrząc w dół. Potem odwróciła się i ruszyła przed siebie, słaniając się na nogach.
Kiedy wjechali na pustynie rzucił:
- Wskakuj na maskę, przewiozę cię.
Ona siedziała bez ruchu, przez przednią szybę podziwiając pustkę ciągnącą się po horyzont, pustkę, która miała stać się jego grobem.
- Nie - wyszeptała prawie bezdźwięcznie. - Nie chcę.
- Przecież zawsze o tym marzyłaś. - Zjechał na pobocze i zatrzymał samochód, choć równie dobrze mógł stanąć na środku szosy, bo ta była zupełnie pusta.
Przyjrzał jej się badawczo.
- Tak – odparła. - Zawsze o tym marzyłam. Zawsze też będę żałować, że nie przewiozłeś mnie na masce przez kalifornijską pustynię i właśnie dlatego tego nie zrobię.
- Nie rozumiem cię. - Zmarszczył czoło.
- Bo to nie miało być tak. - Łzy, nad którymi nie była w stanie zapanować, wypłynęły na jej policzki. Pociągnęła nosem. Szybkim ruchem ręki otarła oczy i wysiadła. Oparła się plecami o samochód. Nie chciała przy nim płakać, ale tego nie dało się już powstrzymać.
Zjawił się nagle koło niej, tak jakby wyrósł spod ziemi. Objął ją mocnym, szerokim ramieniem, przygarnął do siebie, przytulił. Przez chwilę tak stali, potem ona powtórzyła:
- To nie miało być tak. - Słowa z trudem przedarły się przez jej ściśnięte gardło. On milczał.
- Czytałeś „Wesele”? - spytała, choć w chwilę później zdała sobie sprawę, że pytanie to nie miało sensu. Nie było chyba lektury, której by nie czytał.
- Pewnie - odpowiedział tylko. - Czemu? Co to ma z nami wspólnego?
- Bo ja jestem Rachelą. - Wciąż łkała. - Powinieneś o tym wiedzieć. Ja robię z życia poezję. Ja lubię patetyczne sceny i pseudo filozofię. - Rzucała urywane zdania. - Jak te węgorze, wiesz. Ale to nie tak powinno być. Myśmy powinni żyć naprawdę, a nie ciągle udawać! Popatrz na mnie! - Wyswobodziła się z jego objęć, żeby zaprezentować mu się w pełnej krasie. - Moje ubranie… Moje zachowanie… To jak mówię i chodzę… To w co wierzę… Naoglądałam się za dużo filmów i teledysków, naczytałam za dużo wątpliwych książek. Popatrz, mnie nie ma! Jest coś, co próbowało być Marie. Myśmy zawsze żyli swoimi wyobrażeniami. - Łzy nieprzerwanym strumieniem płynęły z jej oczu. - Zawsze tańczyliśmy rock’n rolla i żałowaliśmy, że nie żyliśmy w latach pięćdziesiątych. Tak było, prawda? - Tylko skinął głową, nie zrozumiał chyba, o co jej chodziło. - Myśmy zawsze tylko żałowali, ale nigdy nie zrobiliśmy niczego naprawdę! Nigdy! A teraz nie mamy już czasu! - Dostała histerii i zaczęła bębnić pięściami w jego klatkę piersiową.
Przycisnął ją do siebie, głaszcząc po włosach i całując uspokoił. Nie wypuszczając jej z objęć, posadził ją na ziemi w pyle i sam usiadł koło niej. Oparł głowę o drzwiczki samochodu. Ona wtuliła twarz w jego ramię. Wciąż ją głaskał. Tak przesiedzieli całą wieczność, zanim nie wyszeptał:
- Mówiłaś przecież, że nasza podróż to coś, co wreszcie ma sens. - To nie dawało mu spokoju. Musiał do tego wrócić, choć nie chciał, żeby znowu płakała.
- Pomyliłam się - odpowiedziała spokojniej. Łzy wyschły, a słowa znowu mogły przechodzić jej przez gardło nie sprawiając bólu. - Wydawało mi się, że to sensowne, że to nawet wielkie, ale… To było bez sensu. Wydawało mi się, że kiedy ruszymy w drogę, będziemy żyć naprawdę. Naprawdę, czyli jak w teledysku, wiesz…
- I to co mówiliśmy o buncie węgorzy, też nie miało sensu? - upewnił się.
- Nie wiem. - Męczyła się. - Powiedziałam ci, że lubię pseudo filozofię. Zawsze dorabiałam sobie jakieś wzniosłe teorie do zwyczajnych, codziennych spraw. Może to i miało sens. - Zamyśliła się. - To znaczy… Może sens ma porównanie nas do węgorzy, bo i ich podróż i nasza nie mają sensu. Myśmy tylko uciekali od życia, a nie żyli.
- Ja uciekałem od śmierci, upokorzenia i bólu - przypomniał jej.
- Od tego nie można uciec - zauważyła smutno. - Teraz to wiem. - On zdawał się tego nie słyszeć i dalej mówił swoje:
- Ja nie chciałem umierać w szpitalu. Nie chciałem, żeby oglądanie mnie, stało się przykrym obowiązkiem dla pielęgniarek i czymś nie do zniesienia dla ciebie.
- To nie jest tak. Posłuchaj mnie, proszę. - Postanowiła wytłumaczyć mu swój punkt widzenia, choć z góry wiedziała, że on go nie zaakceptuje. - Kiedyś miałam szczura. - Dostał raka w tym samym czasie, kiedy mój dziadek umierał na guz mózgu. I może to wydawać się śmieszne, ale widząc co się z nim dzieje, pomyślałam: „szczur nie musi umierać jak człowiek” i postanowiłam go uśpić. Tyle tylko, że nigdy tego nie zrobiłam. Szczur zasnął na moich rękach. To prawda, że musiał wiele wycierpieć, ale były też chwile, kiedy czuł się dobrze, chwile kiedy go przytulałam i myślę, że był szczęśliwy. Zresztą… - Głos zaczął się jej łamać. Do oczu znowu nabiegły łzy, ale tym razem nie miały popłynąć. - Potem miałam sen i śniło mi się, że tak właśnie było.
- Nie przekonasz mnie - rzucił pewnie w odpowiedzi. - Ja nie jestem szczurem. Tłumaczyłem ci już tyle razy, że nie chcę stać się rośliną. Spróbuj wyobrazić sobie, że ciebie mogłoby to czekać. Co byś zrobiła?
- Nie wiem – jęknęła. - Pewnie poszłabym twoją drogą, ale… Jak można wybrać sobie na grób Kalifornie? Przecież do tego trzeba być zupełnym idiotą!
- Dziękuję - syknął.
- Wiesz, że nie o to mi chodziło.
Milczał.
- Czy nie chciałbyś pojechać jeszcze gdzieś? - spytała po chwili. - Naprawdę byś nie chciał?
- Chciałbym - odpowiedział cicho wpatrzywszy się w nieistniejący punkt na horyzoncie. - Chciałbym pojechać do Australii. Ale czy śmierć w Australii miałaby większy sens, niż tu? Czy miałaby inny wymiar?
- Tak - odparła. - Choćby dlatego, że w żadnym filmie nikt nie jechał, żeby umrzeć w Australii.
- Wszystko jedno – wyszeptał. - Chciałbym pojechać do Australii, ale to za daleko i już nie zdążę. Co ze mną zrobisz, jeśli pomiesza mi się w głowie na statku, na środku oceanu?
Ścisnęła go za rękę.
- Nie wiem – odpowiedziała. - Ale przecież nie musi ci się pomieszać w głowie na statku. Tak właśnie było z tym szczurem. Nie mogłam go uśpić, bo cały czas miałam nadzieję, że poczuje się lepiej, że wydobrzeje. Gdybyś leżał w szpitalu, też mogłabym mieć nadzieję. Opowiadałabym ci optymistyczne historyjki, które pozwoliłyby ci uwierzyć, że będzie lepiej. A tak… Nie chcę cię stracić tu i teraz, w dokładnie wyznaczonym czasie.
- Wybacz mi - pocałował ją w czoło. - Ale to już postanowione.
Znowu siedzieli chwilę milcząc. To on przerwał panującą wokół ciszę:
- No dobrze, ale co z tym sensem? Co według ciebie powinniśmy zrobić, żeby nasze życie miało sens?
- Nie wiem - powiedziała cicho. - Powinniśmy zrobić coś wyjątkowego i ważnego, stworzyć coś. Na przykład - nagle się rozmarzyła. - Moglibyśmy się pobrać, wystąpić w jakimś talk show, dać parę wywiadów, oswajać ludzi ze śmiercią, moglibyśmy walczyć o godne umieranie, żeby nikt już nie musiał uciekać, tak jak ty.
- Myślisz, że to coś by na świecie zmieniło?
- Pewnie nie - westchnęła .- Pewnie nie od razu, ale ktoś musi rozpocząć zmiany.
- Ty, wieczna społeczniczka - kpił z niej. Miał rację, ona już od lat snuła plany, jak uczynić życie ludzkie przyjemniejszym i bardziej godnym. Na te tematy zawsze dyskutowali w szkole na lekcjach etyki. Ona snuła utopijne wizje, on sprowadzał ją na ziemie. - Czy chcesz mi powiedzieć, że zachorowałem po to, żeby móc zmienić świat, ale zmarnowałem swoją szansę na uczynienie czegoś dla ludzkości, bo jestem egoistą?
- Nie. - Znowu mocniej ścisnęła go za rękę. - Niektórzy twierdzą, że nic nie dzieje się bez celu, twierdzą, że wszystko to, co nas spotyka, musi nas spotkać, żebyśmy mogli stać się tymi, którymi mamy się stać. Ja też tak kiedyś mówiłam, ale już w to nie wierzę. Twoja śmierć nie ma sensu i nigdy by go nie miała. Śmierć w ogóle nie ma sensu, tylko życie. - Łzy wąską stróżką popłynęły po jej policzku, ale nie zwróciła na to uwagi i mówiła dalej patrząc w przestrzeń. - Niektórzy mogą twierdzić, że twoja śmierć jest mi potrzebna do duchowego rozwoju, czy czegoś tam, nie wiem jak to nazwać. - Machnęła ręką. - Ale ja nauczyłabym się tego wszystkiego, co wiem, także gdybyś żył, tylko później. - Oparła głowę o jego ramię, a on ją tulił.
- Mimo wszystko uważasz, że zmarnowałem swój czas? - spytał. Był dosyć drażliwy na punkcie swojej osoby. Tak jak i ona zawsze musiał być najlepszy, nieomylny.
- Ty? – jęknęła. - Nie chodziło o ciebie, tylko o mnie. Ty umrzesz. Dla ciebie wszystko jest proste. Ja muszę zostać i żyć dalej. Tylko nie wiem jak i… Może dlatego, że muszę żyć, próbuję znaleźć sens, jakieś wyjaśnienie, wytłumaczenie, że jest warto.
- Jedź ze mną - zaproponował.
- Nie! - Wyprostowała się nagle. - Chcesz zabić nasze dziecko?! - Tak naprawdę jednak nie chodziło o dziecko. Sama bała się śmierci, choć nie mniej bała się życia. - To już zupełny bezsens. Sam mówiłeś, że węgorze muszą dotrzeć do celu.
- Przepraszam – wyszeptał. - Chcę ci pomóc, tylko nie wiem jak. Spróbuj się opanować. Może przesadzasz z szukaniem sensu w życiu? Czy nie wystarczy, że byliśmy szczęśliwi? Ja byłem.
- Ja też.
- Nie wystarczy, że będziesz mieć co wspominać? Sama mówiłaś, że urodzisz nasze dziecko, a jemu może w życiu udać się lepiej, niż nam.
- Lepiej? - Wtuliła się w niego. - Nie może być lepiej. Nikt nie jest lepszy od ciebie.
Oparł policzek na jej głowie.
- Chciałbym żyć - powiedział cicho. - Bardzo bym chciał być z tobą. - Zawiesił na chwilę głos. - Gdybyśmy mogli spotkać się po śmierci…
- Pamiętasz - odpowiedziała mu też szeptem - obiecałeś mi kiedyś, że będziemy razem do końca świata, a nawet dłużej, że twój duch nigdy mnie nie opuści.
- Tak – przyznał. - Ja też naoglądałem się za dużo filmów.
- Wiem. - Zaśmiała się lekko. To niesamowite, ale była w stanie się zaśmiać. - Podobało ci się w „Walecznym sercu”, że jemu zawsze towarzyszył duch zabitej żony, ale… Myślałam, że w to wierzysz.
- Kiedy nie ma się problemów, łatwo wierzyć.
- Powiedziałeś też kiedyś - weszła mu w słowo - że z Bogiem można się dogadać. Myślałam…
- Z Bogiem? - Spojrzał w niebo. - Przecież ja nawet nie wiem, czy jest Bóg. Nie mam na to żadnego dowodu.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale nie pozwolił jej na to.
- A nawet jeśli on jest, to może być taki, jak mówią w Kościele, może być taki, może być jakikolwiek. A przecież samobójstwo jest grzechem śmiertelnym. Zostanę potępiony i…
- Jeszcze możesz się cofnąć.
- Nie – zaprotestował. - Jestem na to zbyt dumny. Nie chcę być słabym, pokornym… Mówię jak grzesznik i… Nie jestem w stanie zmienić zdania, a jednak boję się, że Bóg naprawdę karze za grzechy.
- Ja wolę wierzyć, że jest dobry.
- Ty wolisz wierzyć?
- Tak. Skoro nie ma pewności, zostaje wiara. A skoro chodzi o moją wiarę, mogę wierzyć w co zechcę. Takie podejście pomaga tu i teraz, a potem i tak będzie to, co ma być. Z pewnością coś zupełnie innego, coś, czego nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.
- Jaki jest ten twój dobry Bóg? - Czym chwila śmierci była bliższa, tym bardziej się jej bał.
- Dobrotliwy i wyrozumiały - oznajmiła rozmarzona. - Wie, że jesteśmy słabi i zawsze wybacza, a po śmierci spełnia nasze marzenia.
- Masz na to jakieś dowody?
- Miałam sen, że tak jest – odparła. - To dowód dobry, jak każdy inny.
- Tak - westchnął.
Przez chwilę milczeli patrząc w niebo. Było błękitne, bez ani jednej chmurki. Powietrze drżało od upału. Nie stanowiło to niczego nadzwyczajnego w Kalifornii o tej porze roku, ale ich dziwiło i przerażało. Oto bowiem byli oni, dwoje słabych, bezsilnych istot w sercu pustyni, parę godzin po południu pięknego, słonecznego dnia. Czy to z sobą nie kontrastowało? Świat cieszył się pełnią lata, gdy oni nie mieli powodów do radości. Świat niestety jednak nie zatrzymuje się nad cierpieniem jednostek. Te są tylko jego drobnymi cząstkami i brak jednej z nich niczego nie zmienia. Pory roku będą następowały po sobie tak samo z nimi, jak i bez nich. Tak być musi. Niektórzy ludzie nie potrafią się z tym jednak pogodzić. Chcą, żeby ich życie miało sens, żeby miało znaczenie dla świata, znaczenie w wieczności, chcą zostawić po sobie jakiś trwały ślad. Tak było też z nimi. Tamtego dnia w sercu pustyni mieli w sobie lęk i żal. To, że tam siedzieli, nie miało żadnego wpływu na porządek rzeczy tego świata i to bolało ich najbardziej.
- Ale skoro Bóg jest dobry, czemu muszę umrzeć? - spytał płaczliwie.
- Nie wiem – odpowiedziała. - Niektórzy mówią, że Bóg wzywa do siebie swoje ulubione owieczki…
- Brednie.
- Ja też w to nie wierzę. Myślę raczej, że on po prostu nie wtrąca się do ziemskich spraw, bo gdyby… - Tego powiedzieć nie mogła. Zadrżeli oboje.
- Już czas. Jadę. - Chciał się podnieść.
- Jeszcze nie - zatrzymała go.
- Ale ja to zrobię - powiedział takim tonem, jakby sam się o tym przekonywał. Niczego nie był już pewien.
- Tak. Zrobisz. - Już zrozumiała, że go nie zatrzyma. - Zrobisz to, ale nie teraz. Posiedź przy mnie jeszcze chwilę - poprosiła.
- Dobrze. Posiedzę. - Pocałował ją w czoło. Potem wtuleni w siebie zastygli w bezruchu. Czas, którego mieli zbyt mało, płynął nieubłaganie, tak jak zawsze płynie.
Mocniej ściskała go za rękę, tak jak robiła to zwykle w kinie, tuż przed zapaleniem świateł. Chciała powiedzieć mu w ten sposób, jak jest dla niej ważny. Chciała mu powiedzieć, że żałuje, że zostało im tak niewiele czasu i zatrzymać go przy sobie choćby jeszcze przez sekundę dłużej.
- Wy jesteście szaleni, prawda? - spytała niedomyta dziewczyna w nocnym pociągu jadącym do Paryża.
- Tak. Jesteśmy - odpowiedział on, a ona się roześmiała. Oboje się roześmiali, roześmiali się swobodne i szczerze.
W samochodzie pędzącym przez kalifornijską pustynie beznamiętnie wpatrywała się w uciekającą w tył, nieskończoną przestrzeń. Łzy płynęły po jej policzkach, wciąż płynęły. Jej oczy widziały przeszłość, jego twarz, jego płonące, szalone, rozmarzone oczy i lekki uśmiech z halmsztadzkiej plaży. Ale to nie było wszystko. Był jeszcze jego kawałek rozwijający się w niej w nowe życie, jego kawałek, który stanowił jej przyszłość. To wtedy pomyślała, że być może węgorze wcale nie umierają u celu swojej podróży, lub jeśli umierają to nie wszystkie, ale zmieniają się tak bardzo, że kiedy wracają, nie sposób ich poznać. Tak pomyślała w samochodzie gnającym w nieznane, ale w pociągu do Paryża nie myślała o tak poważnych rzeczach. Wtedy była jeszcze beztroską dziewczyną, która się śmiała. On też się śmiał i ta niedomyta chyba nawet się śmiała. Tylko jej towarzysz o typowych rysach młodego Niemca siedział niewzruszenie. Może wydawali mu się głupi, a może po prostu nie zrozumiał nic z ich rozmowy. Może nie znał angielskiego.

18.02.1997 - Łacha

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...