Kejti's Factory - Opowiadanie

"Nie zapalaj teraz światła"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

Szła śpiesznym krokiem, chociaż plecak solidnie jej ciążył. Nogi bolały zmęczone po godzinach stania - najpierw w pociągu, potem w tramwaju. Nie zwracała jednak na to uwagi. Śpieszyła się. Nie było jej w domu całe trzy dni, w czasie których Janek był sam. Zawsze panicznie się bała, kiedy musiała wyjechać i go zostawić. Dzwoniła wtedy do niego tak często, jak tylko mogła, czasem nawet co pół godziny. Serce kołatało jej w piersi, gdy czekała, aż odbierze. Tego dnia również dzwoniła kilka razy - z pociągu i przed paroma minutami z tramwaju, ale on nie odebrał.
Oczywiście mógł mocno spać, albo po prostu gdzieś wyjść, jak to normalni ludzie mają w zwyczaju. Zawsze jednak istniała możliwość, o której nie chciała myśleć, a która mimo to wciąż wracała do jej świadomości. A jeśli coś się stało? Jeśli miał atak, kiedy był sam?
Janek miał padaczkę. Kochała go, więc jak miała się o niego nie bać? Jak banalnie by to nie brzmiało, był mężczyzną jej życia.
Szła coraz szybciej. Do przemierzenia miała jeszcze tylko kawałek podwórka wzdłuż bloku, w którym mieszkali razem od dwóch lat. Nogi coraz bardziej ją bolały, ale to nie miało znaczenia.
Zimny jesienny wiatr podrywał w górę zeschnięte liście z trawników, szarpał jej długie kasztanowe włosy i przeszywał dreszczem. Szczękała zębami. Ruch nie rozgrzewał jej. Zimno bowiem pochodziło gdzieś z wnętrza, rodził je lęk. Czuła się bardzo mała, słaba i samotna, mimo otaczającego ją tłumu. Ciemności, które zapadły nad światem, blade światło latarni oraz fioletowe od smogu, bezgwiezdne niebo potęgowały poczucie osamotnienia.
Była samotna, bo Janka nie było przy niej, bo Jankowi coś się stało. W jej głowie układało się to w prostą analogię.
Klatka schodowa. Winda, stara i zdezolowana, jak zawsze nie chciała przyjechać. Marta kilka razy nerwowo nacisnęła przypalony papierosem przycisk. Na podłodze windy plama moczu z charakterystyczną, ostrą wonią. Pomyślała, że się udusi. Nie mogła złapać oddechu. Cóż taki brud jest czymś normalnym w tej okolicy, ot Praga Północ. Powinna się już przyzwyczaić. Tyle że smród, choć drażniący, nie był winny temu, jak się czuła. To strach dławił jej gardło.
Wreszcie jej piętro – dziewiąte. Krata. Drżącą ręką wyciągnęła klucz.
Jesteś głupia, strofowała się w myślach. Nic się nie stało. Janek jest tam, czeka na ciebie. Po prostu poszedł po zakupy albo robi coś równie banalnego.
Drzwi ich wspólnego mieszkania. Zamki szczęknęły, zanim ustąpiły. Przestąpiła próg, pogrążając się w ciemności. Przeciąg z trzaskiem zamknął za nią drzwi. Mury bloku zadrżały jak i ona. Zdjęła plecak. Stęknęła. Wyciągnęła rękę szukając włącznika światła.
- Nie zapalaj teraz światła! – Ktoś nagle złapał ją za rękę i pociągnął w dół.
Krzyknęła. Nogi złożyły się pod nią. Nie upadła jednak. Otuliły ją znajome, bezpieczne ramiona. To był Janek. Ach! Mogła się uspokoić. Żył. Był przy niej. Przycisnął ją do siebie. Rozdmuchał jej długie, gęste włosy. Pocałował w ucho, szyję i kark.
- Dobrze, że jesteś – wyszeptał.
- Co się stało? – odwróciła się. Spróbowała spojrzeć w spowitą ciemnością twarz. Wiedziała, że tam była, z błękitnymi oczami i lnianą czupryną. – Co to za czułości? Czemu mnie straszysz? Dlaczego nie mogę zapalić światła? Dlaczego nie odbierałeś?
W mroku błysnęły jego równe, duże, białe zęby. Uśmiechnął się. Marta wiedziała już, że był z czegoś bardzo zadowolony.
- Zdarzyło się coś wyjątkowego – oznajmił bardzo uroczyście. – To jest jak cud. Dostaliśmy szansę.
- Jaką? O czym ty...?
- Tu i teraz wszystko jest możliwe!
- Jak to? – Nic nie rozumiała.
- To, o czym teraz pomyślisz, stanie się prawdą. A możesz pomyśleć o wszystkim: o tym, że jesteśmy bogaci i mieszkamy na Wyspach Kanaryjskich, na przykład.
- A o tym, że nie masz padaczki?
- Też.
- Ale jak?
- To nieważne – potrząsnął głową. – Ja wiem, ale nie mogę ci powiedzieć. Dowiesz się, kiedy twoje marzenia staną się prawdą.
- Ale jak to możliwe? To w ogóle nie jest zabawne. O co ci tak naprawdę chodzi?
- Czy to, co mówię, nie jest piękne?
- Och, daj spokój. Takie rzeczy się po prostu nie zdarzają. Możemy już wstać i zapalić światło?
- One nie zdarzają się, bo ludzie w nie nie wierzą. Tylko dlatego – zapewnił. – Zaufaj mi.
Marta zagryzła wargi. Przez chwilę trwała w bezruchu. O czymś myślała. W końcu potrząsnęła głową.
- To nie działa – powiedziała po chwili. – Chcę, żebyśmy znaleźli się gdzie indziej, a my ciągle jesteśmy tutaj.
- Nie wystarczy, żebyś chciała. Musisz uwierzyć jeszcze, że to jest możliwe – tłumaczył jej spokojnie.
- Ale jak? – zapytała płaczliwie po raz kolejny.
- Nie wiem. – Janek zamyślił się. – Zastanów się. Czy nie ma w twoim życiu sytuacji, kiedy wierzysz, że wszystko jest możliwe? Może jest to związane z jakimś miejscem w naszym domu. Może z jakąś czynnością?
- Tuż przed przebudzeniem w naszym łóżku. Chyba.
- Więc chodźmy do łóżka. – Janek podniósł się.
- To jakieś szaleństwo – poskarżyła się płaczliwym głosem.
- A nawet jeśli? – Janek wzruszył ramionami. – Co nam to szkodzi?
- Nic. Chyba nic. – Poddała się, również wstała z podłogi.
On wziął ją za rękę.
- Nie moglibyśmy zapalić światła? – zapytała.
- Nie. Nie możemy. Ciemność jest częścią tego, co ma się zdarzyć – wyjaśnił.
- Ale... – Marta nie patrzyła przed siebie, a w tył, na pogrążone w ciemności drzwi kuchni. Kuchnia była miejscem bezpiecznym, przedpokój nie.
Z kuchni rozpościerał się widok na cmentarz. Zawsze, nie tylko w Święto Zmarłych, paliły się tam znicze, widziane z dziewiątego piętra jako jasne rozedrgane punkciki światła. Ludzie z reguły bali się cmentarzy, ale nie ona. Mieszkanie w jego sąsiedztwie nauczyło ją kochać te światła. Kryła się w nich nadzieja na zmartwychwstanie. Stanowiły dowód miłości tych, którzy pozostali, do tych, którzy odeszli. Światła te, jak się jej zdawało, wskazywały zbłąkanym duszom drogę do domu.
Tak, cmentarze były dla Marty czymś bezpiecznym. Bała się za to długich, ciemnych korytarzy.
- Jeśli wszystko, o czym pomyślę, może stać się prawdą – wyjąkała wskazując ręką na przedpokój – to tam mogą być czaszki.
Jako dziecko panicznie bała się, że na końcu długich, ciemnych korytarzy może pojawić się gigantyczna czaszka. Źródłem tego strachu była gra komputerowa, którą jako mała dziewczynka uwielbiała. Grała w nią często mimo przerażenia, jakie w nocy budziło w niej wspomnienie czaszek. Kiedy dorosła, nie przestała się bać, gdy znajdowała się sama w ciemnym korytarzu. Być może była to bezdennie głupia fobia o bezdennie głupim rodowodzie. Ale czy większość dziecięcych strachów nie rodzi się w podobny sposób?
Janek chyba dopiero teraz uświadomił sobie, że lęki często zdają się ludziom dużo bardziej realne niż pragnienia. Miała rację. Skoro wszystko mogło zaistnieć w tym momencie, w ich mieszkaniu, w ciemności, to zmaterializować mogły się także jej fobie. Nawet te niedorzeczne.
- Czy potrafisz obronić się przed czaszkami? – spytał zupełnie poważnie.
- Nie wiem.
Wargi Marty zaczęły drżeć. To było szaleństwo. Jak mogła bać się czaszek, jak mogła wierzyć, że jeśli dotrze do swojego łóżka, Janek nie będzie miał padaczki? To było chore.
- Może wystarczy, że ty będziesz koło mnie – odparła po chwili. – Ty przecież się ich nie boisz, ty w nie nie wierzysz.
- Spróbujmy więc.
Marta odwróciła się i spojrzała w głąb korytarza ku drzwiom do łazienki i ich sypialni.
Krzyknęła. Czaszka byłam tam - ogromna, sięgająca sufitu, o pustych oczodołach za którymi czaiła się czarna otchłań wieczności. Marta rzuciła się w tył, chciała uciec, ale ramiona Janka powstrzymały ją. Przylgnęła do niego, wtuliła twarz w szeroką klatkę piersiową. Rozszlochała się. W ułamku sekundy uwierzyła we wszystko. Czekała na atak czaszki, ale on nie nastąpił.
- W porządku, już w porządku. – Janek całował ją w szyję. – Czaszki już nie ma, już nie będzie.
Powoli podniosła głowę. Po policzkach spływały jej łzy.
- To się działo naprawdę?
- Mówiłem ci, że teraz wszystko może stać się prawdą.
- Chodźmy więc do łóżka. – Pociągnęła go w głąb korytarza. Myślała, że teraz nic nie stanie im na przeszkodzie. Zapomniała o wilku czającym się w mroku gabinetu.
To był mały pokoik, do którego drzwi znajdowały się w połowie przedpokoju. Kiedy mijała go w ciemności, zawsze lękała się, że mógłby stamtąd wyskoczyć na nią wilk. Wiedziała, że to równie niemądre i jeszcze banalniejsze niż czaszki. Wiedziała, że oczy wilka to światła latarni ze znajdującej się niedaleko bocznicy kolejowej.
Gdyby nie pamiętała o nim w tej chwili, nie zjawiłby się. Ale ona natychmiast sobie o nim przypomniała, gdy tylko mijała gabinet. Zadrżała.
To wystarczyło. Wielki wilk o czerwonych oczach wyskoczył z ciemności i powalił ich na ziemię. Jego pazury rozorały ramię Marty. Krzyknęła. W desperackim geście pchnęła wilka. Nie wierzyła, że zdoła go z siebie zrzucić, a jednak udało się. Strach spotęgował jej siły. Poderwała się z ziemi. Nie myślała o Janku, o tym, czy upadł, czy dostał ataku. Rzuciła się do ucieczki. Wilk popędził za nią. Wpadła do salonu z trudem wyrabiając się na zakręcie. Poślizgnęła się na drewnianej, pastowanej podłodze, lecz udało jej się złapać równowagę. Wiedziała, że wilk zaraz skoczy jej na plecy. Na szczęście znała też sposób jak się przed nim obronić.
Nie zastanawiała się nad konsekwencjami tego, co robi. Chciała żyć. Wyciągnęła rękę i przycisnęła włącznik światła. Jasność oślepiła ją. Przez moment nie widziała niczego, potem...
Stała w progu salonu z trudem łapiąc oddech. Wiedziała już, że wilk jej nie zagraża. Był jej podświadomym lękiem, nocną marą. Zaatakował ją jednak. Przewrócił i zranił. I choć rana z ramienia znikła nagle, Marta wiedziała, że tam była. Wilk istniał naprawdę. Istniały czaszki. Wszystko mogło zaistnieć.
Ale to oznaczało, że unicestwiając wilka straciła szansę na cud. Ona i Janek mogli mieć wszystko. Mogli żyć jak królewska para gdzieś w ciepłych krajach, a on nie miałby padaczki. Żyliby sobie razem aż do późnej starości. Dopiero w tym momencie pojęła naprawdę, czego doświadczyła tego wieczora i co właśnie zaprzepaściła.
Dopóki nie otworzyła drzwi i nie zapaliła światła, wszystko jeszcze było możliwe. To było jak moment porannego przebudzenia – na granicy jawy i snu, zanim otworzy się oczy.
Janek leżał w salonie na podłodze, z głową tuż obok ogromnej doniczki z palmą. Jak ona nienawidziła tej palmy, od kiedy tylko pojawiła się w ich domu. Ale Janek nie pozwalał jej się pozbyć!
Na beżowym dywanie rozpościerała się ciemna plama krwi. Marta nie musiała oglądać się za siebie. Janka nigdy nie było z nią w przedpokoju, nigdy nie przewrócił go wilk.
Powoli podeszła do niego. Musiała się upewnić, chociaż wszystko było już jasne. Musiała się upewnić, bo ludzie zawsze muszą mieć pewność, posiadając dziwaczną zdolność odruchowej negacji rzeczy strasznych, zmuszającą ich do rozpaczliwej wiary w dużo mniej prawdopodobne wyjaśnienie tego, co się dzieje. Kto wie, być może ta zdolność naprawdę pozwala niektórym stwarzać nowe światy. Chociażby takie, w których nie wolno zapalić światła.
Marta uklękła przy Janku. Dotknęła jego twarzy. Był zimny. Nie oddychał. Dlatego nie odebrał telefonu.
Pochyliła głowę. Jeszcze nie mogła zdobyć się na płacz. Mieliby wszystko, ale ona była zbyt głupia, by to w porę zrozumieć.
Ona po prostu bała się ciemności.

08.11.2000 – Brwinów

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...