Kejti's Factory - Opowiadanie

"Królowa deszczu"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

Kiedy zostawała sama, a zdarzało się to bardzo często, chodziła od pokoju do pokoju, przypatrywała się porcelanie i roślinom, zaglądała do wybranych na chybił-trafił książek, bezwiednie ścierała palcem nieistniejący kurz z ram obrazów, poprawiała serwetę na stoliku. Czasami wręcz miała ochotę ocierać się powoli o meble, niczym kot.
Nie myślała wtedy o niczym, nic też nie miała do zrobienia. Oszukiwała się tymi przechadzkami po własnym domu. Zabijała puste, nieróżniące się od siebie godziny.
Czasem przystawała przy jednym z wysokich okien w korytarzu i patrzyła na morze. Gdy znad plaży nadciągała lekka bryza, powietrze często stawało się chłodne, wilgotne, a mimo to lepkie. Czuła to, nawet poprzez drżące szyby zamkniętego okna. Próbowała sama siebie otulić ramionami. Wbijała sobie w ramiona haczykowate palce, długie i chude, potwornie zimne. Sama sobie zadawała ból. Jej myśli błądziły w poszukiwaniu czegoś, co utraciła. Wszystkie słowa i wszystkie gesty zatraciły swoje dawne znaczenie. Przed oczami przesuwały się spłowiałe obrazy z przeszłości. Kiedyś wszystko było proste, kiedyś, gdy była dzieckiem.
Miała pięć lat, wędrowała po łąkach, plotła wianki z dzikich kwiatów, podśpiewywała pod nosem, bez celu, dla samej radości śpiewania. Ojciec brał ją na ręce, całował w czoło i mówił, że kiedyś będzie wielką gwiazdą, a ona śmiała się, chociaż nie rozumiała jeszcze, co to znaczy. Wtedy kochała swój mały domek i okoliczne łąki, nie wyobrażała sobie bez nich życia.
Dopiero później, kiedy miała lat jedenaście czy dwanaście i coś niecoś usłyszała o świecie, coraz częściej zamiast na łąki chodziła na szosę. Przystawała na poboczu i patrzyła w dal. Z początku miała nadzieję, że wielki świat przyjdzie do niej kiedyś tą drogą. Z czasem zrozumiała, że to ona musi nią wyruszyć, by rozpocząć prawdziwe życie.
Zawsze wydawało jej się, że prawdziwe życie jest gdzieś indziej niż ona. Teraz też tak było. Teraz wiedziała jednak, że nie ma na co czekać. Kiedy stała na szosie patrząc w dal, była pewna, że wszystko jest jeszcze przed nią. Teraz nie miała już takich złudzeń. Minęła się z życiem, z tym prawdziwym, z wielkimi emocjami. Wybrała złą drogę, ale nie widziała dla siebie innej.
Urodziła się na prowincji, w małej wiosce, której nawet nie było na mapie. Nie była to jednak cicha wieś. Przez jej środek biegła szosa łącząca dwa duże miasta. Ludzie gnali tą drogą za swoimi sprawami, nigdy się nie zatrzymywali, a ona myślała, że to właśnie oni wiodą owo prawdziwe, ekscytujące życie.
W wieku jedenastu lat zapragnęła być gwiazdą. Chciała czegoś więcej niż to, co oglądała na co dzień. Nie zamierzała wyjść za mąż za chłopaka z okolicy i zostać w domu użerając się z piątką dzieci, jak jej matka. Ona chciała być kimś, chciała być ważna.
Kiedy skończyła osiemnaście lat, uciekła z pierwszym bogatym i dobrze ustawionym mężczyzną, jaki się nią zainteresował. To nic, że był od niej o dwadzieścia lat straszy, że był brzydki, łysy i straszliwie nudny. To nie miało znaczenia w porównaniu z tym, co mógł jej dać.
I rzeczywiście, to on ją wylansował. On wydał jej pierwszą płytę i on uczynił ją gwiazdą. On także kupił dla niej, czy może raczej dla nich, ten wielki stary dom na plaży, dom o czterdziestu pokojach. Doskonale pamiętała dzień, kiedy przywiózł ją tu po raz pierwszy. Wyjrzała wtedy przez okno samochodu i zamrugała oczami. Zobaczyła prawdziwy zamek.
- To jest nasz dom? - spytała piskliwym z podniecenia głosem.
- Tak - odpowiedział poważnie.
Pocałowała go wtedy, a potem wyskoczyła z samochodu i popędziła przez szerokie, wysypane żwirem podwórze. Biegnąc rozłożyła ręce jak dziecko bawiące się z wiatrem. Czarny, rozpięty płaszcz powiewał za nią jak skrzydła ptaka. Wtedy mogło się wydawać, że wzleci w górę, tak się jednak nie stało. Wtedy była radosna, była szczęśliwa. Wtedy myślała, że pieniądze i luksusy wystarczą.
Nie wystarczyły, sława również nie. Jej fani nie byli prawdziwymi ludźmi. A ona potrzebowała ludzi, potrzebowała prawdziwych emocji, ciepła, czyjejś bliskości. Nie mógł dać jej tego człowiek, który został jej mężem, który budził w niej niechęć w łóżku i który tak strasznie ją nudził.
Czasem uprawiali seks. Były to dziwaczne rytuały. Ona wykonywała wystudiowane gesty i wypowiadała słowa, które miały go zadowolić, z rutyną robotnika od dwudziestu lat układającego cegły. Nie dawało jej to żadnej przyjemności, ale jego doprowadzało do ekstazy. Potem było śniadanie naszykowane przez gosposię. Ona ziewała i bawiła się jedzeniem, on czytał gazetę i zapewne z błogością wspominał poprzednią noc. Ona uważała, że to wszystko było żałosne.
Nie chodziło jednak nawet o seks, a o prawdziwe uczucie łączące dwoje ludzi. Nie było nikogo, kto mógłby wypełnić pustkę rodzącą się w jej sercu. Nie znała nikogo w wielkim świecie, nikogo w showbiznesie, a mąż coraz rzadziej zabierał ją ze sobą, gdy jechał załatwiać interesy. Godziła się na to z pokorą. Czyściutcy panowie w garniturach i odpicowane do granic możliwości panie, to nie był jej świat. Czuła się wśród nich dziwacznie i obco. Nie zdobyła nigdy wystarczającego obycia i ogłady, by do nich pasować. Została dziewczyną z prowincji, mimo, że była ubrana przez najlepszych krawców i umalowaną przez najlepsze wizażystki. Wchodziła do studia. Wychodziła na scenę. Śpiewała piosenki, które inni dla niej napisali. W czasie wywiadów mówiła to, co jej kazano. Miała doskonały, silny głos, to było wszystko. Nie mogła wyrażać swoich uczuć, nikogo nie obchodziły. Nie mogła mówić własnymi słowami, by się nie ośmieszyć, choć prawie nie popełniała już błędów językowych. Nigdy nie była prymuską, ledwo skończyła swoją prowincjonalną szkołę.
Lepiej już było zostawać w domu i spacerować sennie po jego pokojach. Zamek z marzeń stał się jej dobrowolnym więzieniem. Lepiej było patrzeć na morze i tęsknić.
Za czym tęskniła? Za ojcem, może za matką. Za wsią, szosą i wszystkimi innymi rzeczami, do których za nic by nie wróciła. Ale w pewnym momencie pojawiła się tęsknota, która powoli wzięła górę nad innymi wspomnieniami.
Nie wiedziała już kiedy i jak się poznali. Właściwie był obok niej od kiedy pamiętała - rok od niej młodszy, powolny, gruby chłopiec o zaciętych wargach, a potem nieśmiały, zakompleksiony i niezbyt rozgarnięty nastolatek. Nie. Nie chciała myśleć o czasach kiedy byli nastolatkami, tylko o czasach, kiedy byli dziećmi, kiedy wszystko było proste, a ona wciąż niewinna.
Na imię miał Hakan. Mieszkał niedaleko. Dzieci się z niego śmiały. Ona z resztą też, kiedy byli w grupie. On się na to zgadzał. Wiedział, że są przyjaciółmi, że zawsze będą. Wiedział, że ona nie może się zachowywać inaczej, że z ludzi takich jak on inni się śmieją, i że ona nie powinna się z tego wyłamywać. Był więc potulną ofiarą, a ona szydziła z niego nawet bardziej niż inni. Miała cięty język i była pyskata już jako kilkuletnia dziewczynka. Tak naprawdę byli jednak nierozłączni. Razem się bawili. Zwierzali się sobie z największych sekretów. Nie znosili rozstań. Jeśli któreś z nich wyjeżdżało gdzieś na dłużej, oboje niecierpliwie liczyli dni dzielące ich od spotkania.
- Chciałbym, żebyśmy zawsze byli razem - powiedział kiedyś, bardzo dawno, tak dawno, jakby to było w poprzednim życiu.
- Będziemy razem przez całą wieczność - odpowiedziała mu. - Co mogłoby nas rozdzielić?
Roześmiali się wtedy. To było jeszcze zanim zaczęła chodzić na szosę.
On tego nie rozumiał.
- Gun, chodź już. Co tak stoisz? – pytał ją na poboczu, ciągnąc za rękaw.
- Patrzę - odpowiadała ściszonym głosem. Śmiesznie wtedy wyglądała. Była dzieckiem chudym, o długich rękach i nogach. Jej długie, ciemne włosy prawie zawsze pozostawały w nieładzie. Do tego miała wadę zgryzu. Jej dolna szczęka była nieco wysunięta ku przodowi, co nadawało jej rysom ostrość i sprawiało, że wyglądała na wiecznie zagniewaną, jakby złościła się na cały świat. Była brzydka i nie dało się tego ukryć. Już kiedy miała dwanaście lat, było to dla niej oczywiste. Wyrosła z dziecięcych sukienek, w których wyglądała jak aniołek i stała się młodą buntowniczką.
- Czy wiesz, że gdzieś tam jest wielki świat? – zapytała kiedyś Hakana. - Są wielkie miasta, drogie samochody, prawdziwe życie. A nie takie jak to nasze. - Wyciągała przed siebie opaloną rękę, jakby miała nadzieję, że dosięgnie tego dalekiego życia.
- Mnie się tutaj podoba - powiedział.
- Jesteś głupkiem – rzuciła. - Tam się żyje naprawdę. I ja kiedyś tam pojadę.
Z czasem coraz częściej mówiła, że musi wyrwać się z ich małej wioski, że się w niej dusi. Mówiła, że musi zrobić karierę. Czym była starsza, tym jej słowa brzmiały poważniej. Nie mogła tam żyć. W końcu stało się to jasne dla nich obojga. Nie próbował jej zatrzymać, wiedział, że musi być wolna. Jej było go żal, kiedy odchodziła. Pamiętała wtedy jeszcze o latach, które razem spędzili, o ich dziecięcych zabawach, o wakacyjnych wędrówkach. Pamiętała, że mieli być zawsze razem. Cóż, nawet się z nim nie pożegnała. Kiedy składali sobie wzajemne obietnice, byli dziećmi. W świecie dziecięcej fantazji wszystko było możliwe. W końcu jednak dorośli. On nie był nikim szczególnym, nie sądziła, że uda mu się cokolwiek w życiu osiągnąć. Pewnie został we wsi, znalazł sobie jakąś pracę – ona tak widziała jego przyszłość. Było jasne, że nie mogła się z nim wiązać. Przyziemne życie nie było dla niej. Pewnego dnia spakowała manatki i wyjechała realizować swoje marzenia, nic nikomu nie mówiąc, nie oglądając się za siebie. Przez następne lata nawet nie myślała o Hakanie. Zatęskniła dopiero w swoim pustym, zimnym domu z bajki.
Czasami potrafiła cały dzień stać patrząc na morze, obserwując jak zmienia się światło i jednocześnie wcale tego nie dostrzegając. Z początku ostre, rażące promienie słońca stawały się jedwabiste i złote. Niebo nabierało koloru głębokiego błękitu. Kontury chmur stawały się coraz wyraźniejsze, a z czasem zachodzące słońce zaczynało barwić je na różowo. Na niebie pojawiały się także różowe smugi. Kolory na chwilę stawały się bardzo jaskrawe. Czasami mówiła do siebie w myślach, że niebo płonie. Smugi tężały powoli przybierając coraz ciemniejsze barwy, zanim zupełnie nie pochłaniał ich mrok. Tak samo zmieniało się morze. W dzień szare czy seledynowe z nadejściem nocy stawało się granatowe i groźne. Z gniewnym pomrukiem wdzierało się na plażę, wiele razy wydawało jej się, że już jej nie odda, ale zawsze się cofało.
Godzinami stała w bezruchu wpatrzona w bezmiar wód. Próbowała przypomnieć sobie jak wyglądał jej przyjaciel, ale nie mogła. W efekcie nie widziała ani jego, ani nie dostrzegała morza. Potrafiła opisać Hakana słowami. Wiedziała, że miał duże brązowo-zielone oczy, wiecznie smutne i jednocześnie rozmarzone. Miał jasne, lekko rudawe włosy i krzywe zęby, które zawsze wyszczerzał w uśmiechu, co sprawiało, że wyglądał jak zupełny głupek. Był wysoki, nigdy nie schudł na tyle, żeby można go było nazwać szczupłym. Te wszystkie zapamiętane szczegóły wcale jej jednak nie pomagały. To nie było to. Nie potrafiła ich połączyć w całość. Nie potrafiła już go sobie wyobrazić, minęło zbyt wiele czasu.

Ten dzień nie miał się niczym różnić od innych. Tkwiłaby zapewne, przy wysokim oknie aż do zmierzchu, coś jednak wyrwało ją z melancholii. Wyczuła bowiem obok siebie drugą osobę. Skierowała na nią wzrok doskonale wiedząc, że zobaczy dziewczynę najętą do sprzątania. Nie pomyliła się. Dziewczyna tak samo jak ona stała przed oknem, gapiąc się na morze. W ręce ściskała miotełkę do wycierania kurzu. Głowę miała zaprzątniętą własnymi myślami, ale poczuła na sobie wzrok Gun, a podejrzewając, że usłyszy z jej ust upomnienie, postanowiła ją ubiec i odezwała się pierwsza:
- Patrzy pani na niego? To naprawdę ciekawa postać, wie pani?
Gun spojrzała przez okno, chcąc zrozumieć, o kim mówi dziewczyna. Sama nikogo do tej pory nie spostrzegła, zbyt pogrążona we własnej melancholii.
Po plaży faktycznie spacerował ubrany na czarno wysoki, szczupły mężczyzna.
- Nie, nie wiem. Kto to jest? - spytała, chociaż niewiele ją to obchodziło.
- Mówią, że to muzyk. Jakiś gwiazdor - oznajmiła dziewczyna uszczęśliwiona, że może ze swoją panią podzielić się plotkami. - Ma kupę forsy. Wyremontował ten stary zamek, tu niedaleko. Wie pani, który?
- Wiem. - Gun skinęła głową.
- Ale do miasteczka zawsze przyjeżdża na rowerze, więc nikt nie wie, czy ma jakiś samochód.
- Musi mieć - stwierdziła Gun, ale dziewczyna udała, że nie usłyszała tej uwagi.
- Niektórzy mówią, że to wariat. Godzinami włóczy się po plaży i albo brzdąka na gitarze, albo gra w szachy sam ze sobą. Zresztą on w ogóle zawsze jest sam. A jak się ubiera... - wyrzucała z siebie dziewczyna - czarne jeansy, czarna marynarka i kowbojskie buty. Zawsze jest elegancki. Dziewczyny mówią, że jest bardzo przystojny.
Paplała dalej, chociaż Gun zdawała się jej nie słuchać. Jakby od niechcenia śledziła wzrokiem tajemniczego mężczyznę. Szedł bardzo miękko, jakoś tak szarmancko, lekko się przy tym garbiąc, co jeszcze dodawało mu fasonu. Pod pachą faktycznie niósł szachownicę.
- Ja tam nie wiem, ja go z bliska nie widziałam, ale moje koleżanki widziały. Niektóre próbowały go nawet poderwać, ale on w ogóle na to nie reagował.
Jeszcze jeden, który pomylił się tak samo jak ona, pomyślała Gun. Biedak.
Więcej nie zaprzątała nim myśli. Obchodził ją równie mało, co morze i smugi na niebie. W tej chwili ważniejsza była przeszłość. Znów zaczęła się zadręczać próbując przypomnieć sobie twarz swojego przyjaciela, albo chociaż barwę jego głosu. Miał dziwny głos, miękki, lekko zachrypnięty, nieznacznie się zacinał, trudno było to nazwać jąkaniem, a można było wziąć po prostu za manierę. Tak, to też wiedziała. Wiedziała, że powiedział - „chciałbym żebyśmy zawsze byli razem”, ale nie potrafiła tego usłyszeć w myślach, już nie.

Kiedy wracała samochodem z miasteczka rozpętała się straszliwa ulewa, a niebo stało się tak ciemne, jakby nadchodziła noc, mimo że zaledwie minęło południe. Nie dbając o niebezpieczeństwo bawiła się za kierownicą zamykając oczy. To było ekscytujące. Myślała teraz o tym jako o jedynej ekscytującej rzeczy, jaka jej pozostała.
Zaparkowała na podjeździe. Wysiadła i przez chwilę stała obok samochodu. Duże, gęste krople obmywały jej twarz i wlatywały za kołnierz. Kuliła się pod ich zimnem, jakby to miało uchronić ją przed zmoknięciem. Nie miała odwagi się wyprostować, a przecież Hakan nazwał ją kiedyś Królową Deszczu.
Byli w swojej kryjówce, gdy rozpętała się tamta burza.
Kryjówka - to śmiesznie brzmiało. Niedaleko wsi były ruiny średniowiecznego zamku, o które nikt nie dbał. Chodzili tam się bawić. Nazywali go „swoją kryjówką”. Reszta dzieciaków miała do dyspozycji dużo atrakcyjniejsze pozostałości starego młyna, z którego ocalało coś więcej niż fundamenty. Ich dwoje chroniło się w zamku przed oczami tych, których obecność zmuszała Gun, by się z niego naśmiewała.
Czasem marzył żeby stanęła w jego obronie, nawet jej o tym powiedział.
- Chcesz żebym była skończona? – odpowiedziała, gniewnie podpierając się pod boki. Pozory zawsze miały dla niej wielki znaczenie. Lubiła być ważna i już wtedy była gotowa zapłacić każdą cenę za uznanie w towarzystwie. Była gotowa nawet ranić najlepszego przyjaciela. Tak. Raniła go. Zdawała sobie z tego sprawę. Miała dopiero dziesięć lat, ale już chyba wtedy zaczęła się zastanawiać, czy to nie ona powoduje smutek w jego oczach.
On jeszcze coś wtedy powiedział, coś jej tłumaczył, ale zostało tak, jak było przedtem. W zamku byli przyjaciółmi, na zewnątrz udawali.
- To jest magiczne miejsce - powiedziała pewnego razu Gun. - Jedyne w świecie, gdzie możemy być sobą.
Mając siedemnaście lat powtórzyła to raz jeszcze, a potem westchnęła.
- Nie możemy jednak wiecznie żyć magią. Życie to nie bajka. Niedługo będę musiała odejść.
Tak, czasem było jej z tego powodu smutno. Nie chciała porzucać ani zamku, ani swojego przyjaciela, ale z drugiej strony musiała iść na przód, a to wszystko musiało zostać za nią i chociaż serce czasami bolało, to przede wszystkim rwało się do drogi.
Trudno powiedzieć, jak nabrała takich poglądów, ale uważała, że życie jest grą, której regułom trzeba się podporządkować, i że jeśli chce się coś osiągnąć, nie należy nigdy iść pod prąd, a to, co się przy tym czuje i myśli, nie ma znaczenia. Świat po prostu nie pozwala na bycie sobą. Gdy jest się dzieckiem, można się czasem oszukiwać, że jest inaczej, kryć się w magicznych miejscach i wierzyć w cuda, ale z czasem trzeba z tego wyrosnąć.
Tamtego jednak dnia, gdy rozpętała się burza, miała trzynaście lat, a życie jeszcze mogło być bajką.
- Chodźmy do domu - powiedział Hakan, a ona, choć wiedziała, że bał się burzy, nie mogła się powstrzymać przed drwiącym pytaniem.
- Chyba mi nie powiesz, że się boisz?
- Boję się - przyznał.
- Ale czego? - zaśmiała się. - Nie ma powodu. Nic nam się nie stanie. Burza się mnie słucha, bo ja mam wielką, magiczną moc. Chcesz, to pokażę ci, co to jest magia - oznajmiła, a potem wspięła się na mur i stanęła na jego szczycie.
On został na dole i patrzył na nią zadarłszy głowę.
Wyciągnęła ramiona ku gniewnemu, ciemnemu niebu. Ogromne krople rzęsistego deszczu leciały jej prosto na twarz. Doskonale się bawiła.
- Hokus pokus! - zawołała potężnym głosem. - Uderz piorunie!
I piorun faktycznie uderzył. Najpierw błysnęło, potem potężny grzmot wstrząsnął światem.
Hakan skulił się w sobie. Bał się chyba nie tylko o siebie, ale i o nią. Gun zaśmiała się dziko.
- Widzisz? Słuchają mnie! – tryumfowała. - Chcesz, zobaczyć to jeszcze raz?! Hokus pokus! Uderz piorunie! - wrzasnęła i piorun znowu uderzył.
- Zejdź już - poprosił Hakan słabym głosem, był przerażony. – Zejdź, moja Królowo Deszczu.
To było sto lat temu. Teraz nie mogła się zdobyć na to, by szeroko rozłożyć ręce. Zapragnęła ukryć się w domu, coś ją jednak powstrzymało. Oparła się plecami o kamienną ścianę, gdzie podcień chronił ją przed strugami wody. Szczelniej owinęła się długim, czarnym płaszczem, odchyliła w tył głowę i spojrzała na ogromne krople lecące z nieba. Aż trudno było uwierzyć, że to zwyczajna, skroplona para wodna, a nie płacz ziemi nad losem milionów nieszczęśliwych, podobnych do niej istot.
W tym momencie widziała w deszczu łzy, ale kiedyś ją bawił. Kiedy miała dziesięć lat zakładała kalosze i wybiegała na dwór. Biegała po kałużach rozchlapując wodę, unosiła twarz ku niebu i śmiała się, a krople uderzały w jej czoło, policzki i wargi. Hakan tego nie rozumiał. Ona też właściwie tego nie rozumiała. Po prostu kiedyś deszcz dodawał jej energii, podnosił na duchu.
A teraz po prostu mokła.
To było jedno wielkie oszustwo. Podcień chronił ją przed potokami wody i jakby odcinał od przeszłości. Teraz tylko patrzyła na deszcz, kiedyś w nim tańczyła. Nie była już dawną sobą. Wiedziała o tym, wiedziała już od dawna, ale nagle ta świadomość sprawiła jej jeszcze większy ból niż zwykle. O co chodziło? O to, że kiedyś miała odwagę by odejść, odwagę by moknąć. Tymczasem jej życie stało się pasmem udręki, a ona nie umiała się go wyrzec. Znowu być na dole? Nie. To nie dla niej.
Zastygła w bezruchu, zawieszona pomiędzy szczęśliwym światem, do którego nie było powrotu, a pustym, zimnym światem sławy, o którym zawsze marzyła. Nikt nie powiedziałby już, że jest brzydka, raczej, że ma oryginalną urodę. Ciemne, obcisłe stroje podkreślały jej zgrabną sylwetkę. Ciemne kreski wokół oczu i krótko obcięte, zrobione na blond włosy nadawały jej nieco demoniczny wygląd. Wady zgryzu nie dało się zatuszować, ale czas sprawił, że z jej twarzy zniknął wyraz złości, zastąpił go bezgraniczny smutek.
Zamknęła oczy. Słyszała szum deszczu. Czuła chłód, dreszcze chodziły jej po plecach, ale to nie miało znaczenia. Nie rozumiała jeszcze, czego w sobie szukała, ale nagle poczuła pewność, że zaraz to uchwyci. Przytulała się plecami do chropowatej, wilgotnej ściany. To było to. Kiedyś lubiła opierać się plecami o resztki ściany ich zamku. Robiła to jednak inaczej niż tego dnia. Nie kuliła się, tylko rozpościerała ramiona przyciskając je do muru. A teraz? Było jej zbyt zimno, czy zabrakło odwagi?
Czasem zamykała oczy, ale częściej patrzyła w niebo. Ze stającego na wzgórzu zamku było blisko do nieba. Czasem się jej wydawało, że pewnego dnia będzie mogła dosięgnąć chmur.
- Kiedyś będę gwiazdą – mówiła. Była tego pewna. Brała głęboki oddech, jej płuca wypełniało czyste, rześkie powietrze. Miała wrażenie, że zaraz uniesie się w górę. - Będę wielką gwiazdą. Będę wychodzić na scenę, a tysięczny tłum będzie skandował moje imię. Będą mnie podziwiać. Przyjdziesz kiedyś na mój koncert? - spytała nagle.
- Nie - odpowiedział Hakan wzruszając ramionami. Nie spojrzał nawet na nią. Siedział po turecku na stoku wzgórza i patrzył na wioskę.
- Dlaczego? - spytała ostro.
- Będę zbyt ważną postacią, by chodzić na takie koncerty - odpowiedział lekko.
- Ty? – parsknęła. - Ty będziesz kimś ważnym? Nie rozśmieszaj mnie, Hak.
On tylko zagryzł wargi.
- Jeszcze zobaczysz - powiedział cicho, bardzo cicho, właściwie sam do siebie.
Miał wtedy szesnaście lat. Trochę schudł. Zapuścił i utlenił włosy. Za zarobione na zbiorze pieczarek pieniądze kupił gitarę i uczył się grać przeboje, które nadawano przez radio. On również marzył o karierze, ale ona się z niego śmiała. Z ich dwojga tylko ona miała do czegoś dojść, tak było postanowione. Ona była wspaniała, on choć słodki, zawsze pozostawał w jej oczach ciapowatym głupkiem z głową w chmurach, człowiekiem bez przyszłości.
Przez chwilę milczeli. Potem on zaczął mówić o czymś innym, jakby nie było wcześniejszej rozmowy. Zawsze tak robił. Już dawno, już kiedy byli małymi dziećmi, nauczył się nie zwracać uwagi na to, co mówiła. Wiedział, że nie była zła, nie w głębi serca.
- Pomyśl tylko... Na świecie jest tyle domów i w każdym z nich ktoś mieszka, ludzie tacy jak ty i ja. Oni czują i myślą, mają własne sprawy i nie wiedzą o naszym istnieniu.
- Kiedy zostanę sławna, o moim będą wiedzieli - zauważyła nie zmieniając pozycji.
- Nie o to mi chodziło - mówił dalej. - Raczej o to, że to fascynujące. Istnieje tylu ludzi, którzy czują i myślą. I robią to inaczej niż ja.
- O to nie trudno - znowu mu przerwała, ale udał, że tego nie słyszy.
- Bo wiesz, czasami wydaje mi się, że tylko ja myślę…
- Ty i myślenie?
- …że jestem centrum świata…
- Nie przeceniaj się - kpiła.
- …że tych wszystkich ludzi w ogóle nie ma, dopóki ich nie spotkam.
- Gadasz głupstwa - roześmiała się.
Podeszła do niego i szybkim ruchem ręki zmierzwiła mu włosy.
- Nie przemęczaj lepiej swojej biednej mózgownicy.
Usiadła koło niego.
- Gun… - spojrzał na nią z wyrzutem.
- No co? - Trąciła go ramieniem i roześmiała się. – Wiesz - dodała po chwili - czasem lubię te bzdury, które gadasz, mimo że marny z ciebie filozof. Mogę cię zapewnić, że wszyscy ludzie istnieją i że kiedyś poznają moje imię.
Poznali je. Stała się wielką gwiazdą. Czemu to sobie przypomniała? Czyżby dlatego, że zrozumiała nagle, że w słowach Hakana było trochę prawdy? To nie miało znaczenia, czy ci ludzie istnieli, czy nie. Bo dla niej mogliby nie istnieć. Ona, jej myśli i zimny dom, to faktycznie było centrum świata.

Sztorm ją przerażał. Wielkie fale z głuchym pomrukiem wdzierające się na plażę napawały ją niemal paraliżującym lękiem. Nie lubiła też wycia wiatru pędzącego od morza i uderzającego w szyby jej wysokich okien, miało ono dla niej w sobie coś upiornego.
Sztorm burzył jej spokój. Nie pozwalał na leniwą wędrówkę poprzez czterdzieści pokoi, sprawiał, że robiła się spięta i nerwowa. Nie mogła dłużej niż kilka minut patrzeć na morze, bo zaczynała drżeć. Najgorzej było nocą. Sama w ogromnym domu kuliła się na jednym z czterdziestu łóżek.
W każdym pokoju stało łóżko. To był pomysł jej męża. Zaraz po tym, jak się sprowadzili, wymyślił, że muszą kochać się w każdym pomieszczeniu, jakie posiadają. Uważał to za niezwykle romantyczne. Zaliczyli chyba ponad połowę.
Ale żadnego łóżka nie uważała za swoje, żadne nie zapewniało jej bezpieczeństwa. Nie czuła się panią tego wielkiego domu, w którym spędziła tak wiele lat i którego pokoje przemierzała co dzień w melancholijnym otępieniu. Miejscami, które kiedykolwiek tak prawdziwie należały do niej, były tylko jej dziecięcy pokój i ruiny zamku na wzgórzu, żadne więcej, nigdy więcej. Potem już zawsze była obcą w obcym świecie. Potem już zawsze dotyk zimnego prześcieradła przyprawiał ją o dreszcze. Nie mogła spać, ale mocno zaciskała powieki i czasem płakała.
Tak było i tej nocy. Nie, było nawet gorzej. Wiatr od morza otworzył niedomknięte okno w jednej z jej sypialni. Pchnięte z ogromną siłą uderzyło o ścianę. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Wiatr porwał w górę ciężkie, ciemne zasłony. Przerażona wyskoczyła z łóżka i próbowała zamknąć okno, ale nie mogła sobie poradzić. Krzyczała i płakała histerycznie, w wyciu wiatru nie słysząc swojego głosu. Wreszcie jej się udało. Niewiele to jednak zmieniło. Zimny wiatr od morza wdzierał się do sypialni przez potłuczoną szybę. Z tym niczego nie mogła już zrobić i nawet nie próbowała. Poddała się i ogromnie wyczerpana wróciła do łóżka. Zamiast przejść do innego pokoju, po prostu przykryła kołdrą głowę. Z trudem jednak powstrzymywała szczękanie zębów. W końcu znalazła na to sposób. Wgryzła się w róg poduszki. Zaskomlała przy tym jak szczenię. Bardzo chciała, żeby ktoś ją objął, żeby ktoś z nią był. Ktoś, kto by ją zrozumiał.
- Czy wiesz co to jest miłość? - spytał kiedyś Hakan, miał wtedy może sześć lat.
- Nie wiem – odparła. - To chyba jest wtedy, gdy dwoje ludzi nie może bez siebie żyć.
- Czyli my się kochamy, prawda?
- Chyba nie – powiedziała. - Miłość to sprawa dla dorosłych, a my jesteśmy dziećmi. My się tylko lubimy.
Czemu musiała tak powiedzieć? Czemu?
Łkała. On zawsze wiedział, co powinien dla niej zrobić. To przecież on był przy niej, kiedy umarł jej ojciec.
To był zawał. Umarł nagle. Rano ojciec jeszcze z nią żartował. Potem rozeszli się do swoich zajęć. Kiedy wróciła do domu, zapłakana matka powiedziała jej, co się stało. Znieruchomiała nagle i sama również zaczęła płakać. Hakan ją objął i przytulił. Nie powiedział niczego, bo wiedział, że nie ma słów odpowiednich na taką chwilę. Przylgnęła do niego. Był ciepły i czuła się bezpieczna w jego ramionach. Miała szesnaście lat, on - piętnaście.
Gdyby mógł z nią być tu i teraz, gdyby mógł ją objąć tak jak wtedy… Nie mógł, bo ona odeszła bez pożegnania. Nie mógł, bo wszystko zepsuli kochając się ze sobą. Zrobili to w zamku. Była jesień, późny wieczór i księżyc już wzeszedł. Silny wiatr wył między starymi murami. Dla niej to nie był pierwszy raz, dla niego tak.
Cnotę straciła na jednym z obozów letnich z chłopakiem, którego nie kochała i którego miała już nigdy nie zobaczyć. Nie popchnęły jej do tego uczucia, chciała dowiedzieć się, jak to jest.
Z Hakanem oczywiście też nie zrobiła tego z miłości. Oboje doskonale już wtedy wiedzieli, że nie mogą być razem przez całą wieczność. Wiedzieli, że ona odejdzie, a on zostanie. Miało to być coś w stylu lekcji pokazowej, coś od niej dla niego, coś co podkreśliłoby, że to ona była kimś, że to ona coś wiedziała o świecie, a on nigdy się tego nie dowie, jeśli ona nie będzie chciała mu tego pokazać. Ale i tak jej się podobało. Nigdy przedtem i nigdy potem nie czuła czegoś takiego podczas zbliżenia z mężczyzną.
Potem leżała obok niego w ruinach zamku, zupełnie naga. Wiatr wył, a jej chciało się płakać. Żałowała, że zbrukali swoją przyjaźń.
Pomyślała wtedy, że nie powinna tak pomiatać Hakanem. Ten jeden raz o tym pomyślała. Po tym, co się stało, nie mogło być już tak jak dawniej, bo ich związek stracił swoją niewinność. Musiała odejść, to stało się oczywiste. A odchodząc doskonale pamiętała jeszcze, jak tamtego wieczoru płonęły jego ogromne brązowo-zielone oczy.
Rozszlochała się nagle, głośno, histerycznie. Jej głos niósł się echem po pustych pokojach. Nie było jednak nikogo, kto mógłby ją usłyszeć, nikogo, kto chciałby ją pocieszyć.

Rano znów stała przy wysokim oknie patrząc na morze. Nocny kryzys minął, wróciło codzienne wyciszenie i spokój, a jedyną pamiątką po tym, że płakała, były zaczerwienione oczy. Nie widziała bezmiaru wód, ani wzorów w jakie układały się chmury. Tego dnia wreszcie udało jej się zobaczyć Hakana. Stanął przed jej oczami dokładnie taki jak wtedy, gdy widziała go po raz ostatni. Stał w dziwacznej pozie wahając się, czy zrobić krok, czy też nie. Długie tlenione włosy spadały mu na twarz kryjąc pełne policzki. Za plecami miał mur zamku. Trzymał gitarę za gryf. Jego ogromne oczy patrzyły na nią ze smutkiem. Tak się rozstali.
Spędzili razem wieczór w ruinach. On grał i śpiewał piosenki, które sam napisał. Nie podobały jej się, były zbyt banalne. Ale czego innego można się było po nim spodziewać? Poza tym nie umiał śpiewać. Mimo to w jakiś sposób wzruszało ją to, co grał. Przez moment wiedziała, jak bardzo był dla niej ważny. Chciała się do niego przytulić, chciała go przeprosić za wszystkie swoje złe słowa. Nie zrobiła tego. Zbyt dobrze wiedziała, że, mimo wszystkich jej najlepszych chęci, jasne jest, że on musi zostać, a ona odejść. Podniosła się wtedy nagle. Jeszcze chwila, a nie byłaby do tego zdolna, rozczuliłaby się, może zaczęła płakać.
- Już późno – powiedziała. - Pora się położyć.
- Zostań jeszcze chwilę – poprosił, patrząc na nią swoimi przepastnymi oczami zbitego psa. - Chciałbym zagrać ci jeszcze jedną piosenkę. Napisałem ją specjalnie dla ciebie.
- Innym razem, Hak - rzuciła, chociaż wiedziała, że nie będzie innego razu.
On nie odpowiedział, tylko podniósł się i stał zakłopotany, prosząc ją wzrokiem, żeby została jeszcze przez chwilę. Ale ona odeszła.
Teraz znowu stał przed nią, a raczej szedł ku niej, szedł przez plażę niosąc pod pachą szachownicę.
- Hakan! - zawołała dając się zwieść swojej wizji. - Hakan! - Wybiegła z domu i pognała, zapadając się w miałkim piasku. Chciała rzucić mu się na szyję. - Hakan!
- Tak?
Zatrzymała się w pół kroku, straszliwie zmieszana. Przed nią stał mężczyzna, o którym opowiadała jej dziewczyna do sprzątania. Jak mogła wziąć go za Hakana? Był wysoki i szczupły, elegancko ubrany: koszula, marynarka, jeansy - wszystko czarne. Czarne miał też włosy, gęste i zaczesane do tyłu. Nie był już młodzieńcem, ale jego twarz pozostała twarzą małego dziecka. I tylko jego oczy przypominały oczy jej przyjaciela - ogromne, brązowo-zielone.
- Przepraszam - rzuciła zakłopotana. - Wzięłam pana za kogoś innego.
- Ale nazwała mnie pani po imieniu – zauważył uśmiechając się lekko. Miał przepiękny uśmiech.
- Więc ma pan ma imię Hakan? Śmieszny zbieg okoliczności. Mój przyjaciel też tak ma na imię.
- Czeka pani na niego?
- Nie – odparła. - Właściwie nie. Po prostu wydawało mi się, że pan to on. Przepraszam, że się nie przedstawiłam. Na imię mi Gun. Może pan wejdzie i napije się herbaty?
- A pani przyjaciel? Co on na to powie? - zapytał obcy mężczyzna.
- On? On nie przyjdzie. Nie widziałam go od prawie dwudziestu lat.
- Och! Ale czasem pani za nim tęskni - zauważył nieznajomy. - O ile wolno mi zapytać, co się stało, że od tak dawna nie widziała pani człowieka, który wydaje się zaprzątać pani myśli?
- Cóż – westchnęła. - Nie wiem dlaczego, ale chyba to nawet panu wytłumaczę. Nie stójmy tu tak jednak. Proszę, niech pan wejdzie. - Wskazała ręką swój ogromny dom o czterdziestu pokojach.
- Mieszka pani w pałacu!
- Pan podobno też nie jest ubogi, podejrzewam, że w tej okolicy przebywa tylko jeden ekscentryk przechadzający się z szachownicą, o którym rozprawiają z wypiekami wszystkie sprzątaczki.
- Pewnie - roześmiał się lekko, a ona spostrzegła, że miał straszliwie krzywe zęby, co jednak dodawało mu tylko uroku. - Ja mam cały zamek tylko dla siebie.
Zamek? Gun zaśmiała się sztucznie. W ich spotkaniu było coś żenującego. Doskonale wiedziała, że oboje są samotnymi, bogatymi ludźmi, w których życiu nic już nie ma znaczenia. Przypomniała sobie ruiny, w których bawiła się z Hakanem oraz ich małą wieś. Wtedy nie mieli niczego, niczego prócz marzeń i siebie. To jednak było coś wielkiego. Właśnie to. Kiedy chodziła na szosę patrzeć w dal, jej serce rwało się do drogi, ale to, że chciała odejść, a wciąż jeszcze była na to za młoda, też było piękne na swój dziwaczny sposób. Czy gdyby wiedziała, co znajdzie na końcu drogi, wyruszyłaby mimo to?
Wprowadziła gościa do salonu. Przez chwilę stał zakłopotany, nie wiedząc co począć z szachownicą.
- Niech ją pan położy na stole - zaproponowała.
Zrobił to z niepewna miną, uważał widocznie, że to nie wypada. Gun uśmiechnęła się.
- A może zagra pani ze mną - zaproponował.
- Przykro mi – westchnęła. - Ale nie umiem grać w szachy.
- Może to i lepiej - stwierdził.
- Dlaczego?
- Bo szachy to gra dla samotnych, inteligentnych ludzi.
- Czy uważa pan mnie za głupią? - oburzyła się.
- Nie – odparł. - Myślę tylko, że nie jest pani samotna.
- Grubo się pan myli.
- Moje życie jest puste - powiedziała później, gdy siedzieli naprzeciwko siebie i pili herbatę. Szachownica leżała pomiędzy nimi na małym, okrągłym stoliku. - Wyszłam za mąż dla pieniędzy. - Nie wiedziała, czemu mu to powiedziała, wiedziała tylko, że komuś w końcu musi to wyznać. - To był dla mnie jedyny sposób, żeby dostać się na szczyt. On wydaje moje płyty. Lansuje mnie.
- Pani śpiewa?
- Tak.
- Śmiesznie się składa, bo ja jestem muzykiem. Piszę piosenki.
- Ma pan własne wydawnictwo?
A jeśli tak, to co? Zostawi męża dla niego? Dlaczego o to spytała?
- Nie. Nie jest mi potrzebne. Mam umowę z wytwórnią fonograficzną. To mi wystarcza.
- Szkoda - westchnęła.
- Dlaczego?
- Tak mi się powiedziało - wzruszyła ramionami.
Przez chwilę milczeli.
- Ale, ale... – Coś sobie przypomniała. – Naprawdę nigdy pan mnie nie widział w telewizji? Nie słyszał pan jak śpiewam?
- Jakoś się nie złożyło – przyznał. – Ale, jak widać, mogę to samo powiedzieć o pani w stosunku do mojej osoby. A może mi pani zdradzić, jakim gatunkiem muzyki się pani zajmuje?
- Szeroko pojętym popem. Taka muzyka najlepiej się sprzedaje.
- To może dlatego pani nie słyszałem – stwierdził. – Wolę mocniejsze dźwięki.
- A więc nigdy nie napisał pan romantycznej ballady dla ukochanej kobiety?
- Kiedyś pisałem ballady, ale nikomu się nie podobały. Tej kobiecie też nie. Zacząłem więc pisać inne rzeczy.
Roześmieli się oboje.
- Więc jednak nie jest pan samotny. Jest w pana życiu kobieta.
- Była. Może znowu będzie. W tej chwili jestem wolny. Obiecała mi pani opowiedzieć o swoim przyjacielu – przypomniał.
- O moim przyjacielu? Ach! Wie pan, wychowaliśmy się razem, ale… On nie był z tych, którzy do czegoś w życiu dochodzą. On był na to zbyt prosty. - Kiedy to powiedziała, jej gość nagle jakby spochmurniał. - Ja dusiłam się w naszej wiosce. - Ugryzła się w język. Od lat nikomu się nie przyznała, że pochodzi z prowincji.
- Ale tęskni pani za nim?
- Tak. Tęsknię – przyznała. - Tylko przy nim czułam coś naprawdę. Ale nie mówmy o tym. - Podniosła się nagle. - Co by pan powiedział, gdybym zaprosiła pana do jednej z moich sypialni?
- My się nie znamy - zauważył.
- A cóż to przeszkadza? - wzruszyła ramionami. - Mam dosyć bycia rozsądną. Wie pan, ja znowu chcę coś poczuć, chcę coś poczuć naprawdę.
- A pani mąż?
- To stary ramol - machnęła ręką. - Ja chcę czegoś prawdziwego!
- Czy proponuje mi pani jedną wspólną noc, nadzieję na dłuższy romans, czy też mogę liczyć, że zostawi pani dla mnie męża? – spytał, przyglądając się jej badawczo. Jego twarz ściągnęła się.
Gun znieruchomiała nagle. Nie zrozumiała go.
- My się przecież nie znamy - przypomniała.
- Ale gdybyśmy się poznali i gdyby okazało się, że jest nam razem dobrze, czy wtedy mógłbym liczyć na więcej?
- Czego pan ode mnie wymaga? - oburzyła się.
- Przecież nie kocha pani swojego męża.
- A co panu do tego?
- Sama to pani powiedziała - przypomniał. – Niemniej jednak nie zostawi go pani? Proponuje mi pani wspólną przygodę w sypialni, a mimo to daje do zrozumienia, że zachowuję się jak nagabywacz.
- Rzeczywiście, może lepiej niech da mi pan spokój.
- Nie usłyszałem odpowiedzi, dlaczego go pani nie zostawi?
Dlaczego? Przecież to jasne! Nie miała odwagi ryzykować. Odwróciła się do niego plecami. Spuściła głowę. Objęła się ramionami. Przez chwilę milczała, potem zaczęła mówić, powoli, bardzo powoli.
- Nie mogę go zostawić. Nie mogę zerwać kontraktu, przekreślić swojej kariery.
- Ma pani talent. Może pani wybić się sama - powiedział cicho, łagodnie, a jej serce zatrzepotało w piersi. Ten ton coś jej przypomniał. Po jej policzkach popłynęły łzy.
- Łatwo to powiedzieć, ale trudniej zrobić – wyszeptała. - Ja na niczym się nie znam.
- A podobno twój przyjaciel był prostym głupkiem.
- Bo był! – warknęła. - Niech mi pan da spokój! Mam to, o czym zawsze marzyłam. Nie mogę i nie chcę tego stracić.
- Naprawdę to jest dla ciebie najważniejsze?
Milczała odwrócona do niego plecami.
- Ja już pójdę, Gun. - Nieznajomy podniósł się. – Nie mam tu czego szukać. Pomyliłem się.
- Pan się pomylił? - odwróciła się i spojrzała na niego. Jej załzawione oczy żądały wyjaśnień.
- Tak, Gun - odparł ze smutkiem. – A ty oczywiście mnie nie poznałaś. Bardzo się zmieniłem. I to dla ciebie. A raczej dla twojego mitycznego obrazu, jaki we mnie pozostał. Zawsze wiedziałem, że uważałaś mnie za głupka i bardzo chciałem ci udowodnić, że jest inaczej. Zdobyłem pieniądze i sławę sam, własną pracą. Zdobyłem dla nas zamek i miałem nadzieję, że kiedyś cię do niego zabiorę. Tyle tylko, że ty nie jesteś tego warta. - Szybkim ruchem podniósł szachownicę. - Dziękuję za herbatę - rzucił i wyszedł.
Otworzyła usta. Chciała zawołać go po imieniu, ale głos uwiązł jej w gardle. Podeszła powoli do drzwi i oparła się o framugę patrząc jak odchodzi. Wiedziała, że za nim nie pójdzie, ale w myślach gorączkowo rozważała taką możliwość. On miał pieniądze. Mógł jej pomóc wydać płytę. Ale co z promocją? Co ze znajomościami jej męża? Zrozpaczony, zdradzony mężczyzna zdolny jest do najróżniejszych rzeczy. Choć wydawało się to nieprawdopodobne, kto wie, czy mąż nie próbowałby jej zniszczyć.
Może Hakan wróci? Przez moment miała taką nadzieję. Dlaczego nie miałby mu wystarczyć romans, skoro mógłby z nią być albo tak, albo wcale?
A jednak! Zatrzymał się. Zrobił taki ruch, jakby chciał obejrzeć się za siebie, a może nawet zawrócić.
Nie zrobił tego, chociaż przez chwilę zmagał się ze sobą. Zamiast tego wyrzucił szachownicę. Ona otworzyła usta. Nie zawołała, było już za późno. On nigdy więcej nie będzie już grał w szachy, grę dla inteligentnych, samotnych ludzi. On nie będzie już rozpamiętywał przeszłości, spróbuje ułożyć sobie życie. I pewnie mu się to uda. Okazał się mądrzejszy od niej.
Różowe smugi na niebie powoli ciemniały i gasły, a ona jeszcze wiele godzin stała patrząc w dal, tam, gdzie zniknął Hakan.
Nocą morze zabrało szachownicę.

16.08.1997 - Warszawa

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...