Kejti's Factory - Opowiadanie

"Limit na cuda został wyczerpany"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska

1. Wakacyjna przygoda – lato 1992

Nie było niczego, tylko ciemność i śpiew kół pociągu urzeczonego swoim pędem, pięknej, monotonnej pieśni, gotowej ukoić, ukołysać każdą zagubioną duszę i każde zbolałe serce.
Pociąg parsknął cicho, koła zgrzytnęły zniecierpliwione, złe, że muszą zwolnić swój bieg. Wtedy do serca zakradł się niepokój, tęsknota za pieśnią, niewytłumaczalny lęk i zniecierpliwienie. Ile czasu będzie to jeszcze trwać? Czy nigdy się nie skończy? Z drugiej strony, niech trwa wiecznie, bo potem może być gorzej.
Jego palce sunęły powoli, natrafiając na znaki wyuczone tak dawno, że nie musiał szukać ich znaczeń w pamięci. On wiedział. Znaki układały się w słowa, słowa jakimś cudem pojawiały się w głębi umysłu, układały się w zdania. Opowiadały historie ludzi i ich ofiary, wszystkich ludzi i wszystkich ofiar.
Pieśń urwała się w pół tonu, koła zgrzytnęły nieprzyjemnie, rozdzierając jego delikatne uszy. O nogę otarł się kark psa. Joy wspiął się przednimi łapami na stolik przy oknie i zaskomlił cicho, nie mogąc odnaleźć w pamięci zabudowań stacji.
Staruszka zatrzymała się w drzwiach przedziału.
- Co za niewychowany pies - fuknęła i poczłapała dalej.

Stała na stacji w Gdańsku nerwowo przestępując z nogi na nogę. To nie był udany dzień, a ona nie postępowała mądrze. Rzadko z resztą postępowała mądrze. Przyjechała tu na wakacje z chłopakiem, z którym chodziła zaledwie od miesiąca - naiwna. On był oczywiście taki jak wszyscy poprzedni: silny i głupi. Co w nich widziała? Nie była pewna. Przyzwyczaiła się, że zawsze popełniała ten sam błąd i nawet nie starała się tego zmienić. Pokłóciła się z nim dziś rano, wyszła trzaskając drzwiami i pojechała odwiedzić ciotkę w Gdańsku, a teraz nie wiedziała, co ją czeka po powrocie.
Gdzie ten pociąg? Już powinien być. Może jednak do niego nie wsiądzie? Nie ma przecież biletu. Na ten piekielny ekspres nie sprzedawali biletów bez miejscówek, a ona nie zamierzała płaciła za miejscówkę, chociaż czekała ją ponad godzina jazdy. Poradzi sobie jakoś. Zajmie miejsce w środku pociągu, jak usłyszy konduktora zamknie się w łazience. Nie będzie czekać jeszcze dwóch godzin na następny. Ta piekielna redukcja pociągów.
Ostry wiatr uderzył ją w twarz rozwiewając długie, sięgające prawie do pasa, czarne, lśniące włosy. Przeszył ją dreszcz. To było chłodne lato.
Ekspres ze zgrzytem wtoczył się na stację. Wsiadła wspinając się po schodkach, podobna do kocicy o gibkich ruchach, okryta włosami, jak jedwabnym płaszczem.
Pierwszy przedział - nie zdąży uciec. Drugi? Lepiej trzeci. Szarpnęła za drzwi. Otworzyły się z trudem, wydając z ciche mlaśnięcie. Znieruchomiała.
Przedział był prawie pusty. Siedział tam tylko jeden chłopak, ale on wystarczył za wszystkich. Miał na sobie czarną koszulę i czarne dżinsy. Oczy ukrył pod ciemnymi okularami. Włosy miał jasne, żółtawe, sięgające ramion i bujną grzywą włażące mu do oczu. Siedział oparty o ścianę z twarzą zwróconą ku niej. Coś dziwnego było w tej twarzy bardzo dziecinnej, lecz naznaczonej cierpieniem i pozbawionej uśmiechu, nieznany wyraz skupienia.
Słuchał czekając, aż ona wejdzie. Jej wahanie trwało jednak tak długo, że uznał, że poszła gdzie indziej. Nie mógł zrozumieć, czemu tego nie usłyszał. W koło było tyle innych dźwięków. Czyżby umknął mu odgłos jej kroków?
Wyciągnął z kieszeni kartkę pełną dziurek i ostro zatemperowany ołówek. Wbił go w kartkę robiąc jeszcze jedną w długim już rzędzie. Ona zadrżała, widząc, jak robił to, nie poruszywszy nawet głową. Jego skryte pod ciemnymi szkłami oczy patrzyły wciąż na nią. Tak się jej zdawało, choć przecież wiedziała już, jaka była prawda. Nie musiała patrzeć na książkę o białych kartkach rozłożoną na jego kolanach, na białą laskę opartą o siedzenie i kremowego wilczura w dziwacznej uprzęży, który badał ją ciekawskim spojrzeniem. On przesunąwszy palcem po swojej kartce, przeliczył dziurki i schował ją z powrotem do kieszeni na piersi. Palce powróciły do książki, a głowa wciąż nawet nie drgnęła.
Zamknęła za sobą drzwi, weszła i usiadła naprzeciwko niego.
Jej kroki jednak znów pojawiły się w jego świadomości. Weszła w końcu, tylko czemu czekała aż tak długo?
Patrzyła na rytuał dziurkowania powtarzający się na każdej stacji, na nieodgadnioną, odległą twarz i psa co jakiś czas wyglądającego przez okno. Patrzyła zafascynowana jego istnieniem. Nie mogła sobie wyobrazić takiego życia, no i... On był sam, zupełnie sam. Jak to było możliwe, że nie potrzebował nikogo? Chciała z nim porozmawiać, ale nie wiedziała, jak zacząć. Nie mogła zapytać przecież... Nie umiała wymyślić innych pytań.
- Przepraszam, ile jest jeszcze stacji do Jastarni?
Podskoczyła zdziwiona, gdy gdzieś na wysokości Władysławowa rozbrzmiał jego spokojny głos o przyjemnym brzmieniu. Nie odpowiedziała wprost, nie mogła. Musiała postawić przed nim jakąś przeszkodę, coś w niej jej kazało.
- Do której? PKP czy głównej?
- Chyba głównej - odparł niepewnie. – Tak, żeby był hotel i parę sklepów - dodał.
- To do głównej – orzekła. - Cztery i na następnej wysiadasz.
- Dziękuję.
Było po wszystkim. Miała szansę nawiązać rozmowę i jeszcze wiele stacji, by ją prowadzić. Nie umiała z niej skorzystać. Był kimś tak odległym i dziwnym, że nie wiedziała, o co wolno było go pytać. Patrzyła więc tylko, a potem była już Kuźnica. Podniosła się szybko, tak jakby teraz chciała uciec, a jej długie włosy przesunęły się po jego dłoni.

Piąta stacja. Według dziewczyny z pociągu Jastarnia Główna. Postanowił, że nikogo nie zapyta, gdzie jest. To by zbyt głupio brzmiało. Poza tym, to nie miało znaczenia. Każde miejsce było tak samo dobre, by się przekonać.
- Joy, człowiek - wydał komendę psu. - Joy, szukaj człowieka.
Ciche skomlenie oznajmiło, że ktoś był wystarczająco blisko.
- Przepraszam! - rzucił. Nie wiedział, czy ten ktoś zareagował. Ludzie prawie zawsze milczeli, czekając na pytanie, a on nie był pewny, czy w ogóle jeszcze byli w pobliżu. - Jak mógłbym dojść do hotelu? - Wyczuł, że słowo hotel nie jest najwłaściwsze.
- Prosto do końca stacji. - A więc człowiek tam był. - Potem w prawo po schodach i prosto przez placyk. – Człowieku, jak czuje się placyk? - I w prawo. Po lewej będzie budynek z wysokimi schodami. To właśnie tam.
- Dziękuję. Joy, idziemy.
Tam gdzieś na stacji został biedny człowiek z dziesiątkami pytań, człowiek taki, jak wszyscy.

Odnalazł budynek ze schodami, wspiął się po nich i wszedł przez szklane drzwi. Tu się zatrzymał. Powinien znaleźć recepcję, kierownika, właściciela, czy cokolwiek. Ale jak? Jak, skoro nikogo nie było w pobliżu, tylko korytarze, drzwi i napisy? Stał więc bez ruchu, aż nie zabrzmiał przed nim męski głos:
- Czego pan szuka?
- Chciałbym wynająć pokój - wyjaśnił.
- Z psem? - Mężczyzna był niezadowolony.
- Tak. Przecież to przewodnik, on ma dokumenty i... - Zaczął grzebać po kieszeniach w poszukiwaniu papierów psa.
- Nie obchodzą mnie żadne dokumenty - oznajmił mężczyzna i szukanie stało się bezcelowe. - Gdyby było was dwóch, to co innego. - Was? Dlaczego zawsze traktowano go jako jednego z NICH? On nie był taki! - Mamy tylko pokoje dwuosobowe. Nie uda nam się nikogo dokwaterować do pokoju z psem. Przykro mi. Może pan sobie poszukać kwatery prywatnej.
- Idziemy. - Szarpnął psa i wyszedł.
Poszukać kwatery prywatnej? Dobrze powiedziane. Tu na pewno jest pełno ogłoszeń. Ale jak na nie trafi? Jak je przeczyta? Nie będzie przecież przez dwa tygodnie spał na plaży.
- Joy, szukaj człowieka.
Pies zaskomlił - jest.
- Przepraszam! Czy mógłbym prosić o pomoc? - Takie pytanie było najwygodniejsze. Nie wiedział przecież jeszcze, czy mówi do kobiety, czy mężczyzny.
- Nie - odpowiedział drżący ze strachu głos kobiety. - Śpieszę się.
Następny.
- Przepraszam! Czy mogę prosić o pomoc?
- Odczep się - warknął jakiś mężczyzna. - Nie myśl, że dlatego, że jesteś ślepy, wszyscy się będą tobą zajmować. Nikt nie kazał ci tu przyjeżdżać.
Następny nic nie odpowiedział, tylko uciekł, znikając w ciemności, a kolejny:
- Odpieprz się kaleko! – Ten był młody, na pewno młodszy od niego.
- Przepraszam! Czy mogę prosić o pomoc?
- Tak. O co chodzi? - spytała starsza kobieta.
Boże wreszcie!
- Wyrzucono mnie z hotelu przez psa. Szukam kwatery prywatnej, tylko, że nie widzę i...
- W porządku, chodź. - Kobieta jakoś się zaplątała. Chciała wziąć go za rękę, ale jej na to nie pozwolił.
- Joy, za panią - rozkazał psu.
- Tutaj są pokoje. - Staruszka zatrzymała się po chwili.
- Poczeka pani chwilę? – spytał. - Znowu mogą mnie wyrzucić.
- Oczywiście, że poczekam. - Miała taki spokojny, miły głos.
Nie pomylił się, i tu nie chcieli psa.
- Nie mogę chyba prosić o więcej – powiedział, kiedy w następnym miejscu też go nie przyjęto. Nie wiedział jednak, czy spotka jeszcze kogoś, kto będzie chciał mu pomóc i w jego głosie dało się wyczuć niepokój.
- Mam dużo czasu - oznajmiła starsza pani spokojnie i ruszyli w poszukiwaniu następnego ogłoszenia.

Siedział na dachu bunkra między Jastarnią a Kuźnicą. Promienie słońca tańczyły na jego twarzy. Mogło się wydawać, że będzie to ładny dzień, a przecież miał być chłodny i wilgotny, jak wszystkie poprzednie dni tego lata. Jego palce znów wędrowały przemierzając linijki tej jednej, jedynej książki, w której było wszystko, czego doświadczył. Morze śpiewało złowrogą pieśń nieposkromionej, obcej mu potęgi. Powinien się uczyć. Był studentem drugiego roku prawa. Nie zaliczył paru egzaminów i czekała go poprawka na jesieni. Nie mógł zebrać woli do nauki, nie tu. Może już nigdzie i nigdy. Istniała tylko ta jedna książka, a on był zły, wściekły na wszystko i wszystkich: szkoły, obozy, ośrodki dla niewidomych i niedowidzących. Nie cierpiał ich wszystkich. Tak wiążących go instytucji, jak i samych niewidomych. Spokojni, pogodzeni z rzeczywistością wiedli swoje życie w ciemności, w swoich własnych, wewnętrznych światach. Nie potrzebowali kontaktu z widzącymi, nie potrzebowali historii o tym, jak wygląda świat, tak jak on potrzebował. Nie musieli dotykać twarzy wszystkich ludzi, wystarczyły im głosy. Nie budowali wizualnego obrazu człowieka w sobie, tak jak on to robił. Większość z nich zawsze była ślepa, albo ślepła powoli, tak, że zdążyli się do tego przyzwyczaić. On stracił wzrok nagle w wypadku.
Żadnych spółdzielni pracy dla niepełnosprawnych - nigdy! On chciał być kimś. Chciał być samowystarczalny. Wybrał studia prawnicze. Tak naprawdę nie było żadnego innego rozsądnego kierunku, na który mógłby pójść. Robili mu problemy z podejściem do egzaminów wstępnych. Rzucali mu kłody pod nogi, ale on na złość im wszystkim zdał. Powiedzieli mu, żeby niczego się nie spodziewał, że nie będzie traktowany jakoś specjalnie, że jest dorosłym człowiekiem i musi sam się sobą zająć. On zresztą niczego od nich nie chciał. Problem stanowiły tylko książki. Zdobycie książek naukowych pismem Braille’a było prawie niemożliwe. Niewielu było takich jak on, więc po co ktokolwiek miałby się tym przejmować.
Miał jednak kumpla na roku. Mateusz najpierw usiłował nagrywać dla niego książki, ale było to zbyt kłopotliwe. Zajmowało dużo czasu, a Mateuszowi nic nie zostawało w głowie po głośnym czytaniu. Nauczył go więc posługiwać się maszyną do pisania Braillem i Mateusz zaczął przepisywać mu książki. Trwało to długo, ale kiedy już dostał tekst, mógł czytać nocami. Nie przeszkadzał nikomu. Nie musiał przecież włączać światła, a jego palce nie męczyły się tak szybko jak oczy widzących i nigdy nie zawodziły myląc linijki. To, co czytał, zapamiętywał prawie od razu. Pamięć miał dobrze wyćwiczoną. W jego życiu prawie wszystko się na niej opierało.
Tym razem oblał. Mateusz nie zdążył mu dostarczyć ostatnich stron, a właśnie o nie pytali. To nie była wina wykładowców. Oni powiedzieli, co jest grane, a on to przyjął. Nie zmieniało to jednak faktu, że był wściekły.

Szła brzegiem sinego, złego morza. Jej stopy tonęły w miękkim, ciemnym piasku przerzuconym na stronę morza rurą z dna zatoki. Brudziło to i niszczyło plażę, ale ratowało półwysep. Dziś rura nie pluła. To dobrze, bo przeprawienie się przez rwące strugi burej, cuchnącej wody, po miękkim, nie dającym podpory stopom piasku, nie było miłe. W oddali majaczyła sylwetka bunkra przytulonego do wydmy. Tak, ta rura wiele zmieniła. Kiedyś woda uderzała w jego ściany. Dziś plaża była szeroka. Szła szybko, specjalnie się męcząc, była zła.
Po powrocie z Gdańska zastała w pokoju tylko kartkę od swojego chłopaka: „Nie spełniasz moich oczekiwań, więc odchodzę.” Pewnie, że nie spełniała jego oczekiwań. On chciał, żeby była gotowa z nim spać, gdy tego żądał, a potem urodziła mu synów, prała, gotowała i zgadzała się na wszystko. Ona chciała czegoś więcej. Chciała czegoś, czego nigdy jeszcze nie miała, odrobiny romantyzmu i czułości, szczerych rozmów na brzegu morza i... Zawsze wyśmiewała romantycznych chłopców. Bunkier był coraz bliżej. Znaczyło to, że docierała do Jastarni PKP. Dziś chyba nie będzie przy bunkrze nudystów - pomyślała. Wysiliła wzrok. Nie, nie było nikogo. Dzień był zbyt chłodny.
Nie było? Był ktoś. Podeszła jeszcze trochę bliżej, a potem się zatrzymała. Poznała chłopaka w czerni, tego z pociągu.
Siedział na szczycie bunkra z odchyloną w tył głową, a jago palce niestrudzenie wędrowały po kartkach książki. Był sam tak, jak i przedtem, a ona także była teraz sama. Musiała znaleźć sobie coś, co by wypełniło pustkę dwóch tygodni. To mógł być on. Czemu nie? Była prawie przekonana, że mogła się nim bezkarnie bawić. Wydawało jej się, że co by nie zrobiła, on i tak będzie za to wdzięczny.
Podeszła do bunkra i wspięła się na szczyt. Pies śledził ją zaciekawionym spojrzeniem. Usiadła obok chłopaka na krawędzi, spuściwszy w dół nogi.
- Hej – rzuciła. - Spotkaliśmy się już kiedyś.
- Wiem - powiedział prostując się. Poznał jej głos.
- Co tu robisz? - Teraz nie brakowało jej już pomysłów, ani odwagi.
- To, co wszyscy.
- Ale inni zawsze przyjeżdżają tu z kimś.
- A ty? - On też dobrze w to grał.
- Ja miałam pecha - wyjaśniła.
Uśmiechnął się, a ona zadrżała. Coś przerażającego było w jego uśmiechu, coś, z czym nie umiała się pogodzić, ale jeszcze nie wiedziała co.
- Ale ty... – wyjąkała. - Ty nie powinieneś być sam.
- Ty też uważasz, że jestem gorszy? - spytał wściekle, a jego twarz zmarszczyła się jakoś dziwacznie, a przecież jednocześnie tak, jak twarz każdego człowieka. Nie umiała tego zaakceptować. Jego mimika była może trochę nienaturalna, ale była mimiką widzącego człowieka i to ją przerażało.
- Nie – wyjąkała. - Nie myślę tak, ale...
- Ja uciekłem – rzekł, pomagając jej, a jego słowa zabrzmiały bardzo uroczyście. Rozpoczynał zwierzenie, a jej gra wymykała się spod kontroli. - Wszyscy myślą, że jestem gdzie indziej. Wsadzili mnie do pociągu jadącego w przeciwnym kierunku, ale ja wysiadłem na następnej stacji i przesiadłem się do tego ekspresu, w którym się spotkaliśmy i teraz jestem tutaj.
- Ja przyjechałam tu z chłopakiem - powiedziała ona. Mogła mu o tym powiedzieć. Przerażało ją to poczucie, ale wiedziała, że był jedyną osobą gotową jej wysłuchać. A ona choć sama nie chciała się do tego przed sobą przyznać, odczuwała ogromną potrzebę, żeby się komuś zwierzyć. - Zostawił mnie. Chciał kury domowej i prostytutki w jednym. A ja chciałam być kochana. - Głos się jej załamał. To był absurd. Chciała się bawić, a nie wchodzić w to na serio. Chciała ukryć siebie i zająć się nim, a potem odejść. - Ale po co uciekłeś? - spytała.
- Żeby się przekonać, że przegram.
Zmarszczyła czoło, czekając na wyjaśnienie. Tak, jak wszyscy, zapominała, że nie był w stanie tego dostrzec. Jednak on, gdy zapadło milczenie, nauczony doświadczeniem wiedział, że powinien coś powiedzieć.
- Wyobraź sobie, że mówiono by ci, że nie dasz rady nauczyć się pływać, a ty nigdy jeszcze nie zbliżyłabyś się do żadnej wody. Nie złościłoby cię to?
- Złościłoby – wyjąkała, nie wiedząc do czego on zmierzał.
- Ale gdyby dali ci szansę, gdyby okazało się, że boisz się wody, gdybyś kładła się na niej i szła na dno, gdybyś się przekonała, że naprawdę się nie nauczysz, a oni dalej by to mówili, bolałyby cię te słowa, ale oni mieliby rację i musiałabyś się z tym pogodzić. Przyjechałem tu, żeby przekonać się, że nie mogę żyć normalnie, żebym już więcej się nie buntował.
- Dlaczego uważasz, że przegrasz?
Przerzucił parę stron książki, czegoś szukał. Jego palce powędrowały po białej kartce, a po chwili zaczął czytać na głos:
- ,,Wszystko rozpaczliwie walczy o utrzymanie się na powierzchni i złapanie kilku oddechów, póki naturalną koleją rzeczy nie opadnie z sił i nie zatonie, zepchnięte w głębie przez coś innego. A w górze te bezmózgie, bezrękie, kretyńskie gwiazdy świecą tak, jakby robiły coś bardzo ważnego, a przecież na nic się to ich świecenie nie zdaje. Tu i tam punkciki planety opanowanej przez jakąś nie całkiem rozbudzoną inteligencję właściwą ludzkości. A tu i tam na takiej planecie jedna czy dwie biedne dusze, które zbudziły się i zastanawiają, na co to u diabła wszystko jest, o co w tym wszystkim chodzi i co mają ze sobą zrobić, mętnie postrzegają swoje miejsce w porządku wszechświata i zawsze ponoszą fiasko, zawsze przegrywają, jakże często czują, że coś się w nich załamuje...''
- Dlaczego bierzesz to tak dosłownie?
- Ja inaczej nie mogę.
Przez chwilę milczeli.
- Dlaczego przyjechałeś tutaj? - Był zupełnie inny, niż jej naiwne, dziecinne wyobrażenie.
- Bo boję się morza - powiedział cicho. - Nie mogę się z nim połączyć, bo ja już nie wrócę.
Przełknęła ślinę, otrząsnęła się z dreszczy chodzących po plecach, a potem skoczyła na równe nogi.
- Chodź! - zawołała nagle. - Pokażę ci morze.
Zaczęła się rozbierać, rzucając rzeczy od tak bez ładu na bunkier.
Zdjął okulary, chowając je do kieszeni i wtedy zobaczyła jego oczy. Na moment ją sparaliżowało. Były wielkie, jasnoniebieskie, nieruchome, bez żadnego wyrazu. Nie wiedziała, czego się spodziewała, ale nie tego. Pustych oczodołów, czy potwornych blizn? Na pewno nie pięknych, nieruchomych oczu.
- Jesteś naga? – spytał, marszcząc brwi.
- Tak – odparła, śmiejąc się. - Tak jest wygodniej, a dla ciebie to i tak wiele nie zmienia. Chodź.
Zaczął się rozbierać, składając wszystko dokładnie, by potem móc to znaleźć. W końcu stanął przed nią w samych majtkach, wysoki, dobrze zbudowany chłopak o pięknych oczach. Mój Boże! Tylko dlaczego ślepy?
- Joy, zostań - nakazał psu.
Wyciągnął do niej rękę, a ona ujęła ją lekko i poprowadziła go w dół, po kamieniach, na plażę i przez nią ku ryczącemu morzu. Pierwsze chłodne fale liznęły ich stopy.
Zadrżał, gdy grunt uciekł mu z pod nóg i pogrążył się w wodzie po kolana. Mocniej ścisnął jej rękę. Nie zareagowała, tylko szła dalej, łącząc się z morzem w jedność.
- Połóż się teraz spokojnie na wodzie – powiedziała.
Zrobił to. Jego ciało stało się lekkie. Nie musiał się o nic martwić, podobny do bezmózgiej meduzy, której całe beztroskie, pozbawione myśli życie upływa w toni morskiej, na kołysaniu się.
Położyła się obok niego i znowu wzięła go za rękę.
- Teraz popłyniemy na mieliznę.
Bawili się potem wśród fal. Skakał pod falę, by wynurzyć się za nią i czekać, aż ona go odnajdzie. Zupełnie jej zaufał, naiwny jak dziecko, a ona go nie zawiodła, potem wyprowadzając na ląd. Śmiał się, gdy szli przez plażę w stronę bunkra. Śmiał się i rzucał na boki głową, by strzepnąć wodę z długich włosów. Ona usiadła na krawędzi i wyżymała swoje jak pranie. Gdzieś z oddali dochodziły pomruki burzy.
- Podobało ci się morze? - spytała śpiewnym głosem.
- Tak - odrzekł, a ona się śmiała.
Zagrzmiało. Zerwała się i rzuciła jakby wystraszona:
- Długa droga przede mną. Spotkamy się jeszcze kiedyś, półwysep jest mały.
Zsunęła się po kamieniach i znikła w ciemności. On siedział na bunkrze jeszcze przez chwilę, ale gdy zaczęło kropić, zatrzasnął książkę, wsunął ją sobie pod pachę i ruszył w stronę Jastarni. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że niczego o tej dziewczynie nie wiedział, nie znał jej imienia, jej twarzy, tylko głos. Była cieniem, jak mgliste wspomnienie do którego nie dało się już wrócić. Pojawiła się by dać mu chwile radości, a potem znikła, tak jak znikali wszyscy. Nie powinien pozwolić jej odejść. Była przecież pierwszą widzącą dziewczyną, na którą miał szansę.

Siedział na ,,Manhattanie'' w Jastarni kończąc kolację. ,,Manhattanem'' nazywano betonową płytę, na której znajdowały się budy z jedzeniem i innymi dziwnymi rzeczami. Stanowiła wczasowe centrum Jastarni, gdzie spotykali się wszyscy spędzający tu wakacje. Na chodniku przed płytą umiejscowił się bazar, na którym można było ubrać się od stóp do głów łącznie z kolekcją medali, wyposażyć kuchnię w niesamowite wynalazki, których nigdy się nie używa, kupić ponton, albo kadzidełka. Zawsze kręciły się tam tłumy ludzi, nawet w deszczu, choć nieliczne budy miały dachy. Ludzi coś tam przyciągało. Może bliskość innych, może chęć udziału w życiu letniska. Jego też coś tam ciągnęło, nie licząc posiłków. Lubił tam być i słuchać ludzi.
Rozległy się szybkie, miękkie kroki, ktoś się zbliżał. Nie zwrócił na to jednak uwagi. Wielu ludzi przychodziło i odchodziło. Czytali menu. Czasem coś zamawiali, czasem nie. Nagle szurnął drewniany stołek tuż koło niego.
- Hej! Spotkaliśmy się już kiedyś - rzuciła dziewczyna, która przed dwoma dniami pokazała mu morze.
- Hej! - odparł. Była tu, a on nie mógł stracić tej okazji, nawet jeśli jego posunięcie miało ją przestraszyć. Wyciągnął dłoń w stronę jej twarzy - Mogę? - spytał.
- Tak – odpowiedziała lekko zdławionym głosem i jego palce spoczęły na jej skroni. Potem powędrowały w dół na policzek, gładząc delikatną skórę nie zabrudzoną makijażem. Zbadał jej policzki, szczękę i wąskie, miękkie wargi, mały nos i wąskie, ale naturalne brwi. Miała łagodne rysy. Dotknął też jej włosów, miękkich i śliskich. Zadrżała, a on się uśmiechnął.
- Jesteś ładna - powiedział cicho, a ona parsknęła nienaturalnie.
- Skąd możesz wiedzieć?
- Wiem - uśmiechnął się. - W jakim kolorze są twoje włosy?
- Są czarne, tak czarne, że aż lśnią granatem.
- To dobrze, to bardzo dobrze - powiedział bardziej do siebie, niż do niej.
Już wiedział, jak wyglądała. Była piękna.
- Jak masz na imię? - Ostatnie pytanie, które powinno być pierwszym, lub nie paść nigdy, zabrzmiało jakoś dziwnie.
- Olga. A ty?
- To bardzo oryginalne imię. - Wypuściła powietrze nosem, co oznaczało lekki uśmiech. - Ja jestem Klarens.
- I ty mówisz, że moje imię jest oryginalne? - rzuciła parskając.
Odpowiedział jej tylko uśmiechem.
Milczeli przez chwilę. Olga z pewnym przerażeniem obserwowała trzymany przez niego plastikowy widelec szukający ostatniego kawałka cebuli. Co ona najlepszego zrobiła? On mówił, pytał, a ona po prostu była tam i pozwalała na to. To miała być jej gra, nie jego.
- Dlaczego zawsze ubierasz się na czarno? - Jakieś pytanie.
- To jedyny kolor, jaki znam. To znaczy, pamiętam te inne. Ale ich nikt nie umie opisać i skąd mam wiedzieć, który to z tych czterech tysięcy zieleni.
Dlaczego zawsze mówił o wszystkim wprost, tak, jak było? To było zbyt trudne do przyjęcia. Powinien o tym wiedzieć. Nagle w jej głowie zrodził się pomysł, taki, jak wtedy z morzem.
- Masz pieniądze?
- O co ci chodzi? - Nie zrozumiał, bo jak mógł.
- Mały prezent, który sobie sam kupisz. Chodź. - Wstała.
- Joy, idziemy z nią. - Rozkazał psu.
Wyciągnęła rękę w jego stronę.
- Czy mogłabym...?
Zawahał się, ale jej pozwolił i wzięła go za rękę tak, jak mogłaby każda inna dziewczyna, każdego innego chłopaka. Zeszli z ,,Manhattanu'' na bazarową ulicę i Olga rozpoczęła poszukiwanie.
- Ładnie ci w niebieskim - powiedziała przykładając do niego jakąś koszulę. - Uwierz mi.
Uwierzył.

Siedzieli na plaży, na wilgotnym piasku, objęci, plecami oparci o starą łódź. Słońce już chyba zaszło. W każdym razie, Klarens nie czuł słonecznych promieni tańczących na jego ciele. Wszystko działo się zbyt szybko. Ta dziewczyna przyszła znikąd i od razu była w jego objęciach. Może to zawsze działo się tak szybko? Skąd mógł wiedzieć, skoro jemu nie zdarzyło się to jeszcze nigdy.
Czuł, coś mu kazało działać. Wypełniła go żądza, której przedtem nie znał, której nie mógł znać i której nie rozumiał. Dobrze wiedział jednak, co powinien zrobić. Pochylił się nad nią. Jego wargi odnalazły jej i połączyli się w jedność we wspaniałym pocałunku. Rozpięła mu koszulę i wsunęła pod nią dłonie, a potem to już jakoś się potoczyło. Ona to potrafiła, a on doskonale wiedział, czego chce. Połączyli się w jedność, splątali, a on wdarł się w nią, czyniąc ją swoim przedłużeniem i jednocześnie całkowicie się jej oddając. Dwa serca biły jak jedno, dwa oddechy stały się jednym, a oni byli całością, której nikt nie mógł rozdzielić.
Joy skomlał cicho nie rozumiejąc, tego co robili. Przechylał łeb, przyglądając im się z zaciekawieniem i dezaprobatą.
Osunęli się potem obok siebie na piasek i leżeli z twarzami zwróconymi ku niebu, gdy ich przyspieszone oddechy uspakajały się.
- Szybki jesteś - rzuciła Olga w niebo.
- Sama tego chciałaś. - Uśmiechał się chytrze, a ona znowu nie umiała pogodzić tego, co widziała, z tym, co jak jej się zdawało, powinna widzieć.
Uniosła w górę rękę i wytężyła wzrok, usiłując odczytać godzinę na swoim zegarku. On przeszukał kieszenie i stwierdził:
- Dwudziesta druga pięćdziesiąt.
Coś się w niej obudziło. Poczuła złość. Chciała rzucić się na niego z pięściami, chciała krzyczeć: ,,Nie możesz taki być! Chciałeś przegrać, to przegraj do diabła, bo ja tego nie wytrzymam!'' Nie zrobiła niczego, opanowała się. Usiadła tylko i zaczęła się pospiesznie ubierać.
- Muszę iść! Spóźnię się na ostatni pociąg - oznajmiła.
- Przecież możesz zostać tutaj.
- Nie - potrząsnęła głową. - Co sobie gospodyni pomyśli?
- Ona już to myśli.
- A idź ty!
Poderwała się.
- Odprowadzisz mnie? – spytała, jakby złość już minęła, choć przecież wciąż w niej trwała. Strach był jednak silniejszy. - Boję się chodzić nocą po mieście. Tu jest tylu zbirów.
- W porządku. - Objął ją ramieniem. Jedna rzecz się jej udała. Mówiła do niego, jak do kogoś, kto mógł ją obronić i mogło mu się wydawać, że dla niej nie był jednym z NICH. Może nie był?
Przybyli na stacje, gdy ostatni pociąg dyszał już gotowy do drogi.
- Spotkamy się jeszcze? - Bardziej uważał to za fakt, niż pytanie, a jeśli pytanie, to bardziej gdzie.
Ona to zrozumiała.
- Na bunkrze – oznajmiła, wysuwając się z jego objęć, chciała już wsiąść, ale zawróciła jeszcze. Pocałowała go szybko i rzuciła:
- Trzymaj się.

Tak jak co dzień siedzieli obok siebie na plaży, lecz dziś każde zajęte było własnymi myślami. To był ich ostatni wspólny dzień nad morzem. Olga wyjeżdżała, a on nie wiedział dokąd. Dla niego z resztą każda odległość była zbyt wielka. Miał dziś stracić wszystko, co zdobył i zostać, może na wieczność, jedynie ze wspomnieniami wspólnych chwil, jedną niebieską koszulą i komendą: ,,Do Olgi'' w głowie psa.
- Dokąd jedziesz?
- Do domu.
- Ale gdzie? Nie wiem, skąd jesteś. Wiem tylko, że masz ciotkę w Gdańsku.
- Po co ci to?
Sam nie wiedział, a jednak brnął w to dalej:
- A więc, to była tylko wakacyjna przygoda?
- Tak – odparła Olga, udając, że niczego nie czuje, że nic się nie wydarzyło. Wiedziała, że popełniła błąd. Wiedziała, że go skrzywdziła. Przyjechał tu przecież, żeby przegrać, żeby przekonać się, że nie może żyć samodzielnie, a ona rozbudziła w nim nadzieję na prawdziwe życie, na miłość. Teraz musiała to wszystko zburzyć. Nie chciała tego. Nie spodziewała się, że może dojść do czegoś takiego. Chciała się tylko zabawić, rozerwać, nie wiązać z nikim.
- Napiszesz? – nadal próbował ją zatrzymać.
- Nie.
- Dlaczego?
- Gdybym naprawdę miała coś do napisania, nie chciałabym, żeby ktoś oprócz ciebie czytał moje listy.
- Przyślij taśmę.
Milczała, a on wyciągnął z kieszeni plik podziurkowanych kartek i ostro zatemperowany ołówek, wszystko tak przydatne w podróży. Wyszukał jedną w miarę całą. Położył ją sobie na kolanach i zaczął pisać dużymi, drukowanymi literami, gdy jego twarz zwrócona była w stronę morza. Potem podał jej kartkę, zupełnie bez słowa. Rzuciła na nią przelotne spojrzenie. Nie miała zamiaru przeczytać jego adresu, nie miała zamiaru go zapamiętać, ale jej oczy zatrzymały się na słowach ,,WARSZAWA-URSUS''. Jak mogły się nie zatrzymać, skoro od tak dawna je znały. Potem powędrowały wyżej.
- A niech to! – krzyknęła. - Przecież my musieliśmy się kiedyś spotkać! Mieszkasz trzy ulice ode mnie!
- A więc jeszcze się spotkamy?
- Na pewno - zaśmiała się. - A teraz chodź. Pociąg nie będzie na mnie czekał. - Coś ją bawiło i śmiała się sama do siebie.
Po raz ostatni przemierzali razem główną i w zasadzie jedyną ulicę Kuźnicy.
- Nie zabij się – powiedziała, kładąc mu dłoń na piersi, po tym jak otworzyła drzwi swojego pokoju. - Zawsze stawiam bagaże w przejściu, bo inaczej bym ich zapomniała.
Odpowiedział jej tylko uśmiech.
Wziął jej plecak i zarzucił sobie na ramiona, ona zabrała resztę.
- Poczekaj - rzuciła na dole. - Muszę oddać klucz.
Trzasnęły drzwi, z pewnością kuchni, do innych pomieszczeń z reguły nie było dostępu w domach gospodarzy. Słyszał głos starej kobiety mówiącej po kaszubsku, ale zrozumiał ją. W tłumaczeniu brzmiałoby to jakoś tak:
- Z jednym się przyjeżdża, z drugim się wyjeżdża. Kiedyś to było nie do pomyślenia.
Olga się zaśmiała i znów trzasnęły drzwi.
- Co do niej, miałeś rację. - Wciąż się śmiała.
- Ale ona też ma rację. – Droczył się z nią.
Na stacji zdjął plecak, oparł go sobie o kolana. Objął ją i mocno przyciągnął do siebie, żeby poczuć i zapamiętać. Kto wie, na jak długo ma mu to wystarczyć? Ile minie czasu, zanim ona go odnajdzie?
Pociąg ze zgrzytem wtoczył się na stację, ale on nie był jeszcze przygotowany, by wypuścić ją z objęć. W końcu musiał. Wysunęła się z jego ramion stanowcza jak kotka, która ma dosyć pieszczot. Dźwignęła ciężki plecak. Jeszcze przez chwilę stała naprzeciwko niego. Niczego nie powiedziała, a on o nic nie zapytał. Wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi. Gdzieś w głębi niego trwało pytanie: ,,A więc jeszcze się spotkamy?'' i odpowiedź: ,,Na pewno'' wypowiedziane tak śpiewnie i miękko.
Odwróciła się i odeszła szybkim, miękkim krokiem znikając w ciemności.
Stał na stacji dopóki pociąg nie odjechał, bo choć nie mógł jej widzieć, miał nadzieję, że ona na niego patrzyła.

2. Ludzie, których nie możemy mieć na własność

Spędził jeszcze jeden pusty, samotny dzień w Jastarni. Potem wsiadł do pociągu powrotnego. Ci, którzy czekali, aż przyjedzie z przeciwnej strony, oczywiście się doczekali. Wysiadł z tego pociągu, z którego powinien. Wszystko było zaplanowane i wyliczenia nie zawiodły.
- Ale się opaliłeś – powiedziała matka, odgarniając włosy z jego twarzy. On nie powiedział niczego. Nie wiedział, co by mógł. Nie był gotowy, przyznać się do tego, co zrobił. Nie mógł przecież mówić, że czeka, a czekał. Nie chciał usłyszeć z ust matki wyrazów współczucia, gdyby Olga się jednak nie zjawiła. Powinien coś zmyślić, ale nie umiał. Co mogło stać się tam, gdzie go nie było? Nic. Zupełnie nic. Czekał tydzień po tygodniu prawie nie wychodząc z domu, lub włócząc się w koło po pobliskich podwórkach. Tak minął sierpień, a po nim wrzesień.
Matka coś wyczuła.
- Czy coś się stało? - spytała pewnego dnia.
- Nie – odparł. - A czemu miałoby się coś stać?
- Źle wyglądasz.
- Ja zawsze tak wyglądam. - Usiłował się uśmiechnąć, ale wypadło to żałośnie.
Zdał tą swoją poprawkę, potem zaczął się rok. Nie spotykał się z kumplami, zawsze jak najszybciej wracając, by czekać. Powoli tracił nadzieję. Olga ma już na pewno kogoś innego. Jest taka ładna. Może mieć każdego. O tym myślał. To normalne, że nie chce brać na siebie ciężaru, jaki stanowił. Musiał to zrozumieć. Rozumiał. Przecież wiedział, że zawsze będzie sam, zdany na łaskę i niełaskę instytucji, że cały jego bunt, nie zda się nic. Mimo, że rozumiał to, jednak strata Olgi bolała. Mieć kogoś, kto wysłucha, kogoś, kogo można przytulić, kogoś, kto po prostu jest, to coś wielkiego. Może miała być też szansą wyrwania się od rodziny, ale to chyba nie było najważniejsze. Mieszkała w pobliżu, więc mógłby ją znaleźć. Mógłby ją znaleźć, gdyby widział. Tak, jeśli ona się nie odezwie, miną się na ulicy.
- Martwię się o niego.
Leżąc w nocy w łóżku, słyszał dochodzący z kuchni głos matki dzielącej się swym zmartwieniem z ojcem.
- O co ci chodzi?
Pewnie, ojciec nigdy niczego nie dostrzegał. To było wygodne. Ale gdyby się nad tym zastanowić, to chyba miał mu to za złe. Matka stanowiła zupełnie inną sprawę. Ona go zawiodła, dawno, dawno temu.
- Klarens zachowuje się jakby na coś czekał, jakby coś się tam wydarzyło...
- A pewnie - wyszeptał sam do siebie, odwracając się na drugi bok i przykrywając głowę poduszką, żeby ich nie słyszeć. - Czekam, czekam, ale to nie twoja sprawa. Nie mów, że chcesz mi pomóc. Przecież ty nie potrafisz.
Miał żal do matki. Pamiętał, jak leżał w szpitalu z tym piekielnym bandażem na oczach. Jak pytał ją, kiedy mu go wreszcie zdejmą, a ona odpowiadała łamiącym się głosem: ,,Już niedługo''. Niczego nie rozumiał. Nie powiedziała mu, że to tak może się skończyć i nie miał o tym pojęcia, dopóki bandaż nie został zdjęty. Myślał, że znowu ujrzy świat, ale świata nie było. Nie było niczego prócz ciemności. Bał się. Zadawał pytania: ,,Czy to kiedyś minie?'' Ale tego dnia usłyszał tylko płacz swojej matki, żadnych wyjaśnień. Może nie miała siły, może powinien to zrozumieć, ale była jego matką i wymagał od niej, by była niezniszczalna. Chciał, żeby mu pomogła, ale wtedy nie otrzymał od niej pomocy. Wszystkiego musiał nauczyć się sam, przez wszystko przejść samodzielnie, zawsze milcząc, bo nie było nikogo gotowego go wysłuchać. Matka płakała po nocach, a potem były już tylko instytucje. Nie umiał jej tego wybaczyć, po prostu nie umiał wybaczyć dziś prawie obcej kobiecie.

- Chyba zrezygnuję ze studiów - powiedział Mateusz. - Albo zmienię profil. Prawo nie jest dla mnie, a i akademika mam szczerze dosyć.
- Wracasz do siebie? - Wyczuł niepokój w głosie Klarensa.
- Tak.
- A co ze mną? - Padło pytanie, którego Mateusz obawiał się już od dawna.
- Uczyłem Ignaca. Obiecał, że zajmie się przepisywaniem.
- Ignac to klawy facet, ale on nie odróżni maszyny do pisania od telewizora. - Był zły. Do tej pory wierzył w Mateusza. Byli kumplami. Razem włóczyli się po mieście. Mateusz przepisywał książki. To nie mogło się zmienić. Na tym opierał się jego świat i tak musiało być.
- Dzięki. Powiem mu to. Ciekawe czy dalej będzie taki chętny do pracy. Wiedz, że był jedynym, który się zgodził. Nie mów, że nie wiesz, co myślą o tobie ludzie z akademika. - Mateuszowi przestało się to podobać. Oto nie stał przed nim przyjaciel, któremu zaoferował pomoc, przyjaciel, który starałby się go zrozumieć. Miał przed sobą bezwzględnego zleceniodawcę, którego obchodził tylko produkt, tylko jego korzyść, nic więcej. Wiedział, że dla Klarensa to jest trudne, ale przecież on się starał. Nie zostawiał go na lodzie. Klarens też mógł wykazać odrobinę dobrej woli i tak od razu nie atakować Ignaca. Przecież gdyby nie ten roztrzepany świrus jego edukacja szybko by się skończyła.
- Nie musisz mu nic mówić - warknął Klarens. - Sam mu powiem, jak coś pochrzani. Gdzieś w głębi niego trwało przekonanie, że stracił przyjaciela, jak gdyby kiedykolwiek wiedział, kim jest przyjaciel.

Pod koniec listopada spadł śnieg, ale nie było jeszcze mrozu i ulice tonęły w błocie. Joy'owi niezbyt się to podobało, a matce Klarensa jeszcze mniej, gdy zabłocony pies defilował po pastowanej klepce i wycierał się o kanapy. Zima to był najgorszy okres w roku. Najpierw to błoto, potem lód. I właśnie, gdy pewnego popołudnia z Joy'em walczyli z pewną zaspą, zabrzmiał tuż koło nich znajomy głos:
- Hej! - Tylko tyle, ale poznał. To była Olga. Najpierw się ucieszył, jego serce chciało wyrwać się z piersi, waląc jak szalone. Potem pojawiły się gorycz i złość. Dlaczego tak długo to trwało?
- Chciałaś mnie znaleźć, czy to był przypadek? - spytał wściekle.
- Gdyby to był przypadek, to przecież nie musiałabym się do ciebie odzywać - zauważyła z goryczą. - Ja naprawdę chciałam cię dzisiaj znaleźć. - Coś się w niej od lata zmieniło. Słyszał to w jej głosie.
- Ale dlaczego tak długo to trwało?
- Miałam kogoś - powiedziała stojąc naprzeciw niego, na środku ulicy, gdy mijali ich ludzie. - To było trudne... Odnaleźć cię... Nie wiedziałam, czy dam radę znieść takie życie. - On mówił zawsze wprost, więc i ona chyba mogła. - A potem był chłopak, taki jak wszyscy... To ja go zostawiłam. On nie umiał mi dać tego czegoś, czego potrzebuję, a co jest w tobie. – Zamilkła, czekając na jego reakcję, ale on stał przed nią niewzruszenie - Potrzebuję cię - zaszlochała i wtedy przyciągnął ją do siebie i przytulił, a ona płakała, złożywszy głowę na jego piersi. Nie pocieszył jej, bo nie był w stanie. Wciąż czuł do niej żal, ale nie mógł też jej odepchnąć. To była ona, ta, na którą czekał, ta, która go potrzebowała i której on potrzebował.
Uniosła głowę, ocierając rękawem oczy.
- Chodź – powiedziała. - Zaprowadzę cię do mnie.
- Joy, zapamiętaj - zwrócił się do psa. - Droga do domu Olgi.
Ruszyli. Znowu miał ją tuż koło siebie. Świat nie był doskonały, ale nie był też aż taki zły. On też miał swoją szansę.
- Postaraj się uważać na to, co mówisz przy mojej matce. Mógłbyś ją wystraszyć jednym ze swoich zbyt prawdziwych tekstów. - Ostrzegała go, gdy zatrzymali się na słomiance jej mieszkania. Śmiała się i on też się śmiał.
Zadzwoniła, a drzwi otworzyła kobieta wciąż jeszcze pełna życia.
- Mamo, to mój przyjaciel Klarens - przedstawiła go. Podobało mu się określenie ,,przyjaciel'', choć może wolałby być przedstawionym inaczej. - Poznaliśmy się w Jastarni, opowiadałam ci.
To nie był dobry dzień, by przyjść po raz pierwszy z wizytą. Zabłocony pies zostawiał ślady na klepce. Klarens wyczuł ją przez skarpetki, gdy zdjął buty. Nie miał co prawda pojęcia o śladach na klepce, ale panie domu zawsze się przez nie denerwowały. To nie był dobry dzień, żeby przyjść, ale przyszedł i jakoś musiał przebłagać panią domu robiąc dobre wrażenie. A ona była miła i pełna obaw tak, jak pełne obaw były wszystkie kobiety. Gdzieś w środku rozmowy przy herbacie zagalopowała się.
- Czy ty tak zupełnie...? - chciała zapytać, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
- Tak, zupełnie - odparł z lekką kpiną w głosie, przyjmując jej konwencję. - Ale dlaczego boi się pani o to zapytać? Tak da się żyć. Może tylko paru rzeczy nie jest się pewnym. - Syknął głośno, czując wymierzonego mu przez Olgę kopniaka. Dziewczyna z trudem powstrzymała się, żeby nie rzucić mu się do gardła i go nie udusić.
- Posłuchaj - powiedział, gdy stali na słomiance jego mieszkania. - Jednej rzeczy nie wolno ci powiedzieć. Moja rodzina nie wie, że byłem w Jastarni i na razie ma się o tym nie dowiedzieć.
- Oczywiście. Poznaliśmy się na obozie - oznajmiła rozbawiona.
Kiedy przedstawił Olgę swojej matce, ta już wiedziała, że to ona była jego zmartwieniem, że na nią czekał, ale widząc promieniejącą z niego radość, wcale nie była spokojniejsza. Ta dziewczyna była zbyt ładna, by to mogło się dobrze skończyć. Teraz zaczęła martwić się jeszcze bardziej.
- Wpadnij niedługo - poprosiła Olga, gdy żegnali się przy drzwiach.
- Na pewno wpadnę - oznajmił, a potem przyciągnął ją do siebie i pocałował. Wiedział, że ma mniej czasu, niż inni.

Był koniec marca. Siedział w kuchni u matki Olgi.
- Oglądała pani wczoraj ten polski film, następne pseudo-ambitne dzieło?
- Oglądałam. Masz rację – przyznawała. - Ale wątek tej dziewczyny, nie był zły.
- Nie był zły? Był bardzo mętny.
Matka Olgi przywykła już do jego wizyt. Siadał w kuchni, czekając na Olgę i rozmawiał z nią o polskich filmach. Najpierw ją to przerażało, nie mogła zrozumieć jak je oglądał, jak był w stanie je zrozumieć.
- To nie jest trudne - powiedział pewnego dnia. - Moje życie składa się z dotyków i dźwięków. Nie wszystko można dotknąć, więc te filmy to tak, jak życie, tylko muszę móc odróżnić głosy. Kiedy film czyta lektor, to się gobię.
Potem przychodziła Olga. Rozmawiali, czasem wychodzili gdzieś razem. Zabierał ją do kina, a ona była tym przerażona, tak jak jej matka telewizją, więc jej wytłumaczył, że w kinie nie ma lektorów. Niestety byli tylko przyjaciółmi. Na początku starał się zdobyć coś więcej, ale Olga wyraźnie ignorowała jego próby, więc w końcu zrezygnował. Potrzebowała go, ale nie umiała pogodzić się z tym, jaki był. Na razie grała na zwłokę, mając nadzieję, że coś się wydarzy, jakby mogło się coś wydarzyć.
- Która godzina? - spytał zniecierpliwiony.
- Siedemnasta - opowiadała matka Olgi.
- A więc spóźniła się już ponad godzinę. - Zaczynał się denerwować.
- Mówiła, że jedzie prosto do domu.
Znowu milczenie. Zabrakło im tematów na następne pół godziny czekania.
- Nie mogę dłużej tu siedzieć – zdecydował w końcu. - Niech jej pani powie, że byłem i żeby przyszła.
- Tak. Powiem.
Wyszedł lekko zaniepokojony. Znowu zaczęło się czekanie, bezsensowne czekanie, bo przez najbliższe tygodnie Olga się nie zjawiła. Tamtego dnia po powrocie wytłumaczyła matce, że musiała coś jeszcze załatwić, a kiedy matka pytała, czemu Klarens się nie pojawia, powiedziała jej, że nie ma czasu, bo musi się uczyć i matka uwierzyła. Tymczasem ona zaczęła następny romans. Czemu on czekał? Czemu znowu sam do niej nie poszedł? Nie bardzo wiedział, ale czuł, że musi pozwolić jej zdecydować. To było jej życie i nie mógł jej do niczego zmusić. Musiał dać jej szansę. Dał i ona odeszła. Zastanawiał się z żalem, ile razy już minęli się na ulicy, on i ta dziewczyna, dziewczyna, która nie była tak wyjątkowa, jak myślał. W głębi nocy wsłuchiwał się w bębnienie kropli deszczu o szybę. Chciał się zerwać i krzyczeć. Może ktoś wreszcie by go zauważył, samotnego, słabego człowieka, uwięzionego w ciemności. Chciał przypaść do czyichś kolan i płakać, zostać przytulonym, ale tak, żeby to wszystko nie wydawało się śmieszne. Olga - najpotworniejszy ból w piersi. Czy to była miłość? Skąd mógł wiedzieć? Czy mogła to być miłość, skoro Olga była jedyną dziewczyną, jaką znał? A dla niej? Wiedział. To była tylko zabawa. Dlaczego jemu musiało przytrafić się to wszystko? Czy naprawdę aż tak zawinił?

- Ignac! Co to ma być?! - rzucił podniesionym głosem, gdy jego palce spoczęły na pierwszych literach książki.
Ignac wyrwał mu z ręki stronę i zaczął się jej przyglądać pod światło.
- Palcami, człowieku! - warknął Klarens.
- Palcami nic nie rozumiem. Paluchy mam twarde jak cholera i dla mnie to wszystko wygląda tak samo, a tu... – przeciągnął, wciąż jeszcze nie bardzo wiedząc, co zrobił. – Chyba pomyliłem ,,a'' z ,,d''.
Teraz Klarens wyrwał mu tekst.
- Według ciebie to jest ,,d''?
- A to nie jest ,,d''? - zdziwił się Ignac, już nad tym nie panując.
- Wymieniłeś miejscami ,,a'' z ,,g''. - Klarensowi chodziły szczęki.
- A co z ,,d''? - upomniał się Ignac.
Palce Klarensa przesunęły się po tekście.
- ,,D'' wymieniłeś z ,,b'' i myślisz, że ktoś to przeczyta?!
- Następnym razem...
- Następnym?! - wrzasnął Klarens.
- Weź ty się uspokój! - Ignac też podniósł głos. – Myślisz, cholera, że tylko ty umiesz wrzeszczeć? Ja też umiem! A jak uważasz, że wszystko robię źle, to weź się odwal ode mnie! No jazda! Jak się przestaniesz czepiać, nie wejdę ci więcej w drogę!
- Ig... – jęknął, zwijając się w sobie i osuwając po ścianie na podłogę. To nie była gra, której celem miało być wywołanie wyrzutów sumienia Ignaca. To w ogóle nie była gra. On po prostu nie miał już siły. - Ig, ona mnie zostawiła. - Wcisnął głowę między kolana i tak już został. Joy zaskomlił cicho, podszedł do niego i wsunął mu swój zimny nos pod pachę. Ignac stał z papierami w ręku. Zobaczył coś, czego nie powinien zobaczyć, co go nie dotyczyło. To był przypadek. Zamiast niego mógł być każdy. Na każdym też pewnie Klarens był dziś gotowy wyładować złość.
- Kto? – spytał, przykucając naprzeciwko niego.
- Olga - mruknął między swoje kolana.
- Dziewczyny takie są - stwierdził Ignac, nie umiejąc go inaczej pocieszyć. - Na nich nie można polegać. W każdym razie, na niewielu. Poza tym, są setki takich, jak ona.
Klarens uniósł głowę tak, jakby widok jego twarzy miał podkreślić słowa, które wypowie:
- Ale ja ich nie zobaczę.

Dzwonek do drzwi. Co go to obchodzi. Matka otworzy. Usłyszał jej kroki w przedpokoju, szczęknięcie zamka i głos młodej dziewczyny. Nie zrozumiał słów, ale poznał, bardziej sercem, niż uszami - Olga przyszła. Przeżył chwilę euforii. Chciał skakać w kółko i całować ściany, ale po chwili przypomniał sobie, że był na nią zły. Zagotowało się w nim, gorycz wzięła górę. Został przecież zdradzony. Nie był śmieciem. Nie będzie się czołgał, ani prosił. Ma honor, zostanie sam.
- Klarens! Ktoś przyszedł do ciebie - oznajmiła z korytarza matka.
- Nie ma mnie! - wrzasnął wściekle.
Na korytarzu zaszemrało: matka, Olga, matka, Olga. Miał nadzieję, że dziewczyna odejdzie, że też ma odrobinę honoru.
Skrzypnęły drzwi jego pokoju. Usłyszał kilka cichych kroków Olgi. Zatrzymała się. Milczała. W co grała? Czy miała nadzieję, że wzruszy go jej widok? Zapomniała, że był ślepy? Powstrzymał się od rzucenia w nią czymś ciężkim.
- Po co przyszłaś?
- Chciałam cię przeprosić.
- Przepraszaj i wychodź.
- Klarens...
- Mogłaś wcześniej o tym pomyśleć. Nie mów, że mnie potrzebujesz, bo już to mówiłaś. Jesteś wygodna. Jestem dla ciebie kimś, do kogo zawsze możesz wracać. Tylko się nie zdziw, kiedy ci nie otworzę drzwi.
- Ja się bałam - powiedziała łamiącym się głosem. - To jest silniejsze ode mnie. Ja nie wracam do ciebie, ja cały czas od ciebie uciekam. Czegoś szukam, czegoś chcę. Nie wiem czego, ale żaden nie umie mi tego dać...
- Kiedyś już to mówiłaś - przerwał jej.
- Posłuchaj. Pewnie, że mówiłam i była to prawda. Zrozum, ja cię kocham. To nie są nieważne słowa. Ale boję się, że nie będę umiała znaleźć się w twoim świecie, że nigdy nie zdobędę pewności i dziesięć razy będę oceniać każde słowo. Wiesz, wtedy, w pociągu, chciałam zapytać cię o wiele rzeczy, ale nie zrobiłam tego, bo nie wiedziałam, czy mi wolno. Jesteś inny, niż ludzie, których do tej pory spotykałam. - Z trudem uniosła wzrok, spojrzała w jego twarz. Złość powoli mijała, choć jej ostatnie słowa znowu go zdenerwowały. - Nie oceniam jaki – dodała, by naprawić swój błąd. – Mówię: inny. Boję się twojej inności, boję się tego, co może mnie spotkać, jeśli zostanę, bo ludzie potrafią się tylko szyderczo śmiać.
Milczał, nie mogąc znaleźć słów. Przecież dobrze wiedział, że ludzie są słabi. Jego matka też nie zawiniła, nie miała tylko siły. Nie mogła mu pomóc, bo zbyt mocno go kochała. Miłość wiązała się z wielkim cierpieniem. Matka musiała się od niego odsunąć, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach. Ocaliła swój umysł, ale i jemu, i sobie zadała głębokie rany. Z Olgą było tak samo i tak musiało być z każdym człowiekiem na jego drodze. Ludzie byli słabi. Gdyby Olga czegoś nie czuła, nie przyszłaby. Zabawkę też z pewnością mogła mieć lepszą, niż on. Chciał powiedzieć: ,,Zostań, spróbujmy'', ale poczuł, że to nie było w porządku. Olga poniżyła się prosząc, a on miałby odegrać rolę dobrodusznego pana i władcy, który ją przyjął? Nie chciał, żeby tak było. Powinni być partnerami. Wstał i podszedł do niej. Przeszukał ciemność i odnalazł jej zmarzniętą, małą dłoń o długich palcach.
- Było mi tak źle bez ciebie – wyszeptał, znów oddając się w jej ręce. Niech się nim bawi, niech myśli, że się bawi. On kocha królową, nie służącą.
Przytuliła się do niego, jak ufne, małe zwierzątko, a on ogrzał ją przewianą chłodnym wiatrem. Czuła się bezpiecznie. Myślała o jego słowach: ,,Jestem dla ciebie kimś, do kogo zawsze możesz wracać.'' Nie, to nie dlatego czuła się bezpiecznie, że on nie mógł odejść. Nie dlatego. Po prostu znalazła to, czego zawsze szukała i czego nie umiała nazwać. Pragnienie jej serca zostało zaspokojone, niezależnie od tego, co czekało na zewnątrz. On nie był kimś, do kogo mogła wracać, on był kimś do kogo wróciła.
- My nie jesteśmy tylko przyjaciółmi? - spytał stanowczo. To było ważne.
- Nie - odparła cicho, trzymając mu głowę na piersi i chłonąc go całą powierzchnią ciała.
- Więc będziesz moją dziewczyną?
- Jeśli określenia mają jakieś znaczenia, to tak. - Uniosła głowę i jej wargi dotknęły jego warg.

- Poznaj, to moja siostra Monika. – Ignac powstrzymując radosne podniecenie, przedstawił mu dziewczynę o długich, kościstych palcach.
Klarens zrozumiał, o co mu chodziło.
- Ig! - zawołał ktoś z korytarza.
- Przepraszam. Porozmawiajcie sobie - rzucił Ignac i wybiegł, zabierając papiery ze sobą.
To była gra, idiotyczna gra, ale czemu nie miałby chociaż sprawdzić.
- Czy mogę? – spytał, wyciągając dłoń w stronę jej twarzy.
- Tak.
Dotknął jej policzka. Może nie miała najzdrowszej cery, może miała nieco spiczasty nos, ale nie była brzydka, stanowiła dobry towar, który Ignac znalazł dla niego. Opuścił dłoń i zaśmiał się sam do siebie.
- Co się stało? - zdziwiła się.
Nie bardzo wiedział, co miał jej odpowiedzieć. Śmiał się tylko sam do siebie. Mógłby ją zdobyć, mógłby zagrać, powiedzieć jej, że jest ładna, ale dlaczego miałby to robić? Miał Olgę i prawdziwe uczucie. Już wiedział. To nieprawda, że nie mógł spotkać innej dziewczyny. Przecież miał Olgę, ona skądś się wzięła. Mógł też przecież pogadać z tą. Nie zrobił tego. Mógł wybrać i wybrał. Był naprawdę wolny. Może tylko dziś, ale był.
Poczuł, że musi coś powiedzieć Monice, żeby się nie denerwowała.
- Nic, nic – rzekł. - Z tobą jest wszystko w porządku. - Z trudem powstrzymywał się, przed wybuchnięciem szaleńczym śmiechem. - To po prostu wspaniały dzień.
Ignac wszedł cicho, jakby się skradał.
- Ty świrze! - Klarens rzucił mu na powitanie.
- O co ci chodzi? - Udawał, że nie wie. - Tu masz swój tekst.
- Przecież wiesz. A co do tekstu, to co tym razem wymieniłeś?
- ,,E'' i ,,z'', ale tak złośliwie.
- Orz ty!
Nie, dzisiaj nie umiał się złościć. Nie rozumiał tego, ale wydarzyło się coś uświadamiającego mu, że naprawdę decydował o sobie i miał wpływ na wszystko. A ludzie nie mijali go. Oni po prostu myśleli w inny sposób. Kochał, był kochany i miał przyjaciela, może nawet nie jednego.
- Dostałeś list - oznajmiła jego matka, gdy wrócił.
- Przeczytasz mi go teraz? - poprosił.
- Myślę, że nie muszę – powiedziała, wręczając mu kopertę. W środku była kaseta.
- Cześć Klarens! - mówił Mateusz przez głośnik magnetofonu. - Mam nadzieję, że jakoś układa ci się z Ignacem. Mieszkałem z nim przez rok, więc wiem, że można się do niego przyzwyczaić. Tak w ogóle to idiotycznie jest tak mówić do magnetofonu. To piekielne urządzenie szumi, a ja zapominam języka w gębie. Na razie nie wiem, co chcę ze sobą zrobić. Mam spokój i czas. Do wojska mnie nie wezmą, ze względu na kręgosłup. Poznałem niezłą dziewczynę ze szkoły teatralnej. Na drugiej stronie masz jej wprawkę w czytaniu literatury pięknej. Baczyński. Wiem, że go lubisz...
Klarens znowu się śmiał. Coś chodziło mu po kościach, rozpierając od środka. Co by się nie stało, życie toczy się dalej. Ono się toczy i są wspaniałe dni i zawsze będą. Nie trzeba tylko zbytnio czekać, bo one przychodzą w najbardziej niespodziewanej chwili, ale przychodzą zawsze.

- Moja przyjaciółka jedzie ze swoim chłopakiem pod namiot do Jastarni - powiedziała Olga pewnego dnia pod koniec maja. - Moglibyśmy pojechać z nimi. Mogłoby być miło.
- Myślisz, że nie mieliby nic przeciwko? – spytał. Pomysł mu się spodobał, ale trochę bał się spotkania z nieznanymi mu ludźmi.
- Nie, na pewno nie. Już proponowali mi, żebym z nimi pojechała.
Tak decyzja została podjęta. Przed nim było następne lato w Jastarni.
- Mamo, latem wyjeżdżam z Olgą - zakomunikował w domu.
- Wiesz - powiedziała cicho, była nieco zakłopotana. Wciąż nie umiała rozmawiać ze swoim synem. - Powinieneś to przemyśleć. Czy Olga wie, jaką bierze na siebie odpowiedzialność?
- Żadnej. - Ostrożność matki zaczynała go denerwować.
- Ale przecież nigdy przedtem nie wyjeżdżałeś sam...
- Ja już tam byłem - wszedł jej w słowo, a ona nagle zamilkła.
- Jak to? - wydusiła tylko.
- Myśleliście, że pojechałem na obóz dla niewidomych i niedowidzących, ale ja tam nigdy nie dojechałem. Przesiadłem się. Byłem nad morzem, w Jastarni.
- Sam? - jęknęła.
- Sam. Tak poznałem Olgę.
Milczała nie mogąc pozbierać myśli. Coś było nie tak. Gdzieś musiała popełnić błąd. Jej syn dorósł i usamodzielnił się, gdy ona wciąż martwiła się, jak mu powiedzieć, że już czas, bo jej kiedyś zabraknie.

- Aniu - powiedziała Olga przez telefon - nie miałabyś nic przeciwko, żeby pojechał z mami mój chłopak?
- Który to już? - spytała Anna.
- Ostatni. - Olga roześmiała się cicho.
- Jaki jest? – rozpoczęły babskie plotki.
- Wspaniały, dobry i czuły. Tylko trochę dziwny.
- To znaczy? - Anna zaniepokoiła się.
- Sama zobaczysz.
- Ale da się do tego przyzwyczaić?
- Przy odrobinie dobrej woli.

3. Ci, którymi nie będziemy

Po raz pierwszy spotkali się w dniu wyjazdu. Olga specjalnie tak to zaplanowała, żeby nie było już odwrotu. Nie pomyliła się, że nie obejdzie się bez zgrzytów.
Kiedy przyszli, Anna i Hubert pakowali się właśnie do samochodu. Hubert spojrzał na nich.
- Musimy porozmawiać – rzucił, chwytając Olgę za rękę i prowadząc do klatki schodowej.
- Co to jest? - spytał ostro. - Bawisz się w instytucję charytatywną? Chcesz go zabrać ze sobą?
- To mój chłopak – oznajmiła z trudem panując nad sobą.
- Ale my nie będziemy się nim zajmować! Zapamiętaj to - ostrzegł Olgę.
- Nie musicie - warknęła. Miała ich dosyć, tych wszystkich ludzi, dla których on był tylko kaleką. Kiedy podjęła decyzję, wiedziała czego się boi, ale dziś już się nie bała. Była zła i gotowa rozpocząć walkę z całym światem o zaakceptowanie inności Klarensa, o zaakceptowanie jej miłości. - Nim nikt nie musi się zajmować.
Tymczasem Anna, która została sama z Klarensem, przeżywała tak typowe obawy. Przykucnęła przy psie, gładziła go po głowie i gęstym kołnierzu na szyi.
- Jak ma na imię? - spytała.
- Joy. – Klarens poklepał psa po karku.
- Lubię zwierzęta – powiedziała. Zwierzęta to zawsze dobry temat do rozmowy. - Kiedyś miałam kotkę, ale zawsze chciałam mieć psa. Koty nie przywiązują się tak, jak psy. - Głos jej drżał. - Psy naprawdę wiedzą, co to jest miłość.
- Nie wiem, jakie są psy. To nie jest pies, to mój przewodnik.
Anna się bała, tak strasznie się bała, a jego kusiło, by dotknąć jej twarzy, by przestraszyć ją jeszcze bardziej i mieć trochę satysfakcji. Chciał przerażać takich ludzi jak Anna, to gdzieś w nim tkwiło. Był już prawie gotowy, by to zrobić, ale właśnie przyszli Olga i Hubert. Olga milczała w potworny sposób i wiedział, że coś musiało zostać powiedziane. Czuł się dziwnie. To nie był dobry pomysł być tam, z dziewczyną pachnącą strachem i wściekłym chłopakiem. Ruszał w drogę z ogromnymi obawami w sercu prawie pewny, że popełnił błąd. Przy kumplach Ignaca czuł się prawie taki sam, jak oni. Przy znajomych Olgi miał wrażenie, że żyje zupełnie sam w odrębnym, niedostępnym dla innych świecie. Podejrzewał, że Anna i Hubert będą milczeli, będą go mijali, traktowali jakby był powietrzem. Może czasem tylko Anna spróbuje coś z siebie wydusić. Przyjdzie jej to z trudem, ręce będą jej drżały i będzie wykręcać sobie palce.
Słońce mocno grzało, rozpalając dach samochodu łykającego prawie bez wysiłku kilometry szosy. Silnik mruczał jak kot. Nie była to pieśń pociągu, nie była tak piękna, tak podniosła. Podróż była jednak przyjemna. Unosili się, płynąc tuż nad ziemią, tylko czasem jakaś dziura w nawierzchni uświadamiała Klarensowi, że samochód ma jednak koła. Olga złożyła mu głowę na ramieniu. Chciała zaczerpnąć z niego siły. Potrzebowała ciepła. Czuł jak jej oddech uspakajał się, a głowa osuwa się bezwładnie. Zasypiała. Mogło być tak pięknie, gdyby nie ten facet za kierownicą. Radio grało cicho, łowił uchem dźwięki znajomej melodii.
- Lubię ich - stwierdził w końcu, a jego głos zabrzmiał tak dziwacznie, jakby był pierwszym mówiącym człowiekiem na ziemi.
- T.Love? Nie są źli - przyznał zaskoczony Hubert. - Wolę jednak mocniejszą muzykę.
- Nie ma mocniejszej muzyki - oznajmił Klarens. - Potem to już tylko łomot i porykiwanie. - Chciał dodać, że on coś o tym wie, żyjąc samym dźwiękiem, ale się opanował.

- I jak wy myślicie, że ja to rozstawię bez instrukcji?! - krzyczał Hubert, ciskając o ziemię rurkami od namiotu. Annie i Oldze nie przychodził do głowy żaden sposób, żeby go powstrzymać.
- To żaden problem. Zaraz nie będzie czego rozstawiać - zauważył Klarens i Hubert znieruchomiał zaskoczony.
- Co? - spytał ostro.
- Jak się będziesz tak ciskać, to połamiesz namiot i będzie po problemie - powtórzył, a jego wargi ułożyły się w uśmiech. Jak miał się nie śmiać, mając przed sobą tak ograniczonego człowieka. - Oddawaj te rurki, usiądź i odpocznij.
Hubert posłuchał go, nie mogąc zebrać myśli i odnaleźć właściwych słów. Mieli bawić się w instytucję charytatywną, a skoro tak, to coś nie miało być człowiekiem, tylko rośliną.
Rama namiotu powstawała szybko, a Klarens uśmiechał się sam do siebie przypominając sobie, jak stawiali ten namiot w pokoju Olgi. Wczołgał się do środka z masztem.
- Olga, naciągniesz to?
Słyszał, że to nie Olga wzięła sznurek, nie Olga, tylko Hubert.
Razem bardzo sprawnie dokończyli pracę. W Hubercie coś się przełamało.
- Pomożesz mi teraz z naszym? - zapytał.
- Pewnie.
Uścisnęli sobie dłonie na znak zgody.
Po urządzeniu się poszli na spacer na plażę.
- Kto się kąpie? - spytał szybko Hubert, on oczywiście musiał od razu wejść do wody.
- Ja jestem zbyt zmęczona podróżą - powiedziała Anna.
Klarens wahał się przez chwilę.
- A czy ja bym mógł? – zapytał w końcu.
Teraz wahał się Hubert.
- Tak - rzekł z pewnym ociąganiem.
Klarens wyciągnął rękę w jego stronę, a on wciąż słyszał w głębi siebie protest: ,,Ale my nie będziemy się nim zajmować''. Zajmować? Zajmować można się kimś słabym, a on miał przed sobą twardego człowieka, tylko, że ten człowiek był niewidomy. Wziął go za rękę i poszli.
- Traktujesz to poważnie? - spytała Olgę Anna.
- Tak. Wiesz ile razy mi się nie powiodło, a teraz znalazłam to, czego szukałam.
- Kochaliście się?
- Tak. Anno... Jesteś moją przyjaciółką, powinnaś zrozumieć, a ty zachowujesz się, jakby był trędowaty.
- Ja rozumiem, ale jak można tak żyć? Te ograniczenia. Ty mu się poświęcasz. Kiedyś zabraknie ci siły.
- Nie poświęcam się - zaprotestowała Olga.
- Tylko tak mówisz, ale pomyśl sobie o wszystkich miejscach, w które nie możecie pójść.
- Czy on nie ma nóg? Możemy pójść wszędzie.
- Jeśli się nim zajmiesz. - Oldze opadły ręce. - A przyszłość? Kiedy matka przestanie cię utrzymywać, czy wtedy utrzymasz go? Będziesz sama przeciwko światu.
- On mnie utrzyma - rzuciła Olga, choć słowa te były absolutną abstrakcją. Nie wyobrażała go sobie jako prawnika.
- Jesteś taka naiwna. - Jej matka zawsze mówiła to samo.
Nie odpowiedziała już, rozmowa została przerwana, Hubert i Klarens wrócili ociekając wodą i śmiejąc się.
- Wyglądamy jak para pedałów - rzucił Hubert.

Wieczór spędzili na „Manhattanie”.
- Aniu, moglibyśmy pójść się zabawić - zaproponował Hubert.
- Nie dziś – odpowiedziała. - Jestem zmęczona. - Jej oczy błądziły nieprzytomnie. Nie powiedziała ,,tak'' tylko dlatego, że nie wiedziała, czy jej wolno.
- Nie przesadzaj - rzucił Klarens, wiedząc, że wszystko zależy od niego. - Raz się żyje. Idźcie potańczyć.
- No, w zasadzie... - zawahała się Anna.
- No to idziemy - zarządził Hubert i poszli.
Olga wstała, podeszła do niego od tyłu i objęła go, przytulając swój policzek do jego policzka.
- Czemu się martwisz? Przeżyliśmy jakoś pierwszy dzień.
- Przeżyliśmy - powtórzył bezdźwięcznie. Coś się w nim rodziło, coś, czego jeszcze nie rozumiał. Coś chciało wyrwać się z jego piersi i krzyczeć, rozpierając mu żebra i depcząc serce, które nie mogło wrócić do dawnego rytmu. Coś mówiło w jego głowie: ,,To nie miejsce dla ciebie. Przestań się wygłupiać, przestań grać.'' Ale to jeszcze nie było całkiem to. O co mu chodziło. To coś wiązało się z Olgą, a on nie umiał tego sprecyzować.
- Chodźmy gdzieś - poprosiła i poszli, choć tej chęci nie rozumiał. Ludzie zawsze chcieli gdzieś iść. Może wiązało się to z tym, że nie lubili patrzeć wciąż w to samo miejsce. Skąd mógł wiedzieć. Stracił wzrok tak dawno, że już tego nie pamiętał.
Znaleźli się w końcu w porcie, pod wieżą z czerwonym światłem. Tak Olga nazywała miejsce u wejścia do portu.
- Lubię to miejsce - powiedziała cicho.
- Ale ono jest straszne – zauważył. – Czuć zapach brudnej wody z zatoki i ryb, a morze jest tu okaleczone betonowym molem i okrutnymi pogłębiarkami. To słychać w skardze fal.
- Może i dlatego lubię to miejsce - wyszeptała.
Nie byli razem, byli razem samotni. Wierza z czerwonym światłem naprawdę miała w sobie coś magicznego, coś, co sprawiało, że wiedzieli, że oboje szukają tego samego, nawet jeśli ich wnioski i czyny, ich uczucia i myśli były diametralnie różne. U podstaw stało to samo, ten sam cel. To coś, co wariowało w nim, co chciało się wydostać, musiało być też w Oldze. Wydawało mu się to straszne. Nadchodził czas powiedzenia prawdy.

Zwiedzanie. Huberta i Annę wciąż gdzieś ciągnęło, Olgę z pewnością też, tylko że o tym nie mówiła. Zjeździli prawie cały półwysep. Odbywali wędrówki krętymi ulicami, których Joy nie zapamiętywał, bo nie było takiej potrzeby. Nigdy nie jechali drugi raz w to samo miejsce. Codziennie jedli obiad w innej budzie i pili kawę w innej kawiarni. Tylko wieczorny spacer zawsze był taki sam, lasem do Juraty. Jakie szybkie, jakie pobieżne były oczy. Dla niego wszystko toczyło się zbyt szybko i nic nie zostawało mu w pamięci z kolejnych dni. Czy oni byli to wszystko w stanie zapamiętać? Kiedy był chłopcem, a świat jeszcze było widać, nie przykładał wagi do jego wyglądu. Może chęć oglądania przychodziła z wiekiem? Nie dowiedział się tego. Nie zdążył. Chociaż to nie do końca było tak. Jemu wygląd świata też nie był do końca obojętny. Gdzieś w głowie jego umysłu kołatały się obrazy nieba i drzew. Chciał słuchać co ludzie o nich mówili. Podobało mu się jak Olga opowiadała mu o wieży z czerwonym światłem. Ale opowiadanie wymagało czasu. Nie. Nie rozumiał ich pędu. Następne muzeum, czy wieża widokowa, Olga mówiła, że zostanie.
- Dlaczego miałabyś nie pójść z nimi - mówił, bo przecież nie mógł jej ograniczać i tak to się jakoś toczyło.
- Jutro pojedziemy do Łeby - rzucił pewnego wieczoru Hubert i tak się stało. Następnego dnia o świcie załadowali się do samochodu.
- Prowadziłeś kiedyś? - spytał Hubert Klarensa.
- Jak mogłem?
- A chciałbyś?
Olga odwróciła się i zapatrzyła przez tylną szybę. Nie chciała tego widzieć. Nie chciała słyszeć, gdy Hubert opowiadał o sprzęgle i gazie. Coś było nie tak, coś się jej wymknęło. Kiedy mówiła: ,,Wyjedźmy'', zapomniała, że on nie był normalny, a teraz to wróciło. Kochała go. Wiedziała, czego chce. A jednak to sprawdzało się tylko w ich wewnętrznym świecie. Na zewnątrz czekali ludzie ze swoim zwyczajnym życiem. Nie chcieli, by jakaś inność wdarła się w to życie, a nawet jeśli chcieli... To nie tak. To było nieuczciwe z jej strony. Pokaże ci życie, a ty się ciesz. Potem zamknę cię w domu i bądź mi wdzięczny, za to, co przedtem dostałeś. Tak postępował Hubert, ona też, nie okłamujmy się. Nie, ona chciała dla siebie normalnego życia i zapomniała, że niektórych spraw nie da się pogodzić, albo Klarens, albo normalne życie. Co to znaczy normalne? Oczywiście znowu się zgubiła. Wszystko wyglądało inaczej, niż się jej wydawało.
- Zwolnij! Zaraz będzie zakręt w prawo. Już! Zwolnij!
- Ile jest na liczniku?
- Wystarczająco dużo!
Głosy. Nie chciała ich słyszeć. Za nią pozostawały kilometry drogi, to jej wystarczało. Wiele zmieniło się od zeszłego lata. On nie był zabawką. Był człowiekiem mającym miejsce w jej sercu. Tak nie wolno, nie wolno się bawić. Brakowało jej sił.
- Zwolnij!
Będzie walczyć z całym światem, ale co to da? Nie wygra, bo nie może. To nie jest osiągalne.
- Zwolnij! - głos Huberta brzmiał coraz ostrzej.
Nagle samochód rzucił się jakoś dziwacznie w bok i stanął z piskiem opon.
- Wysiadaj! - wrzasnął Hubert otwierając Klarensowi drzwi. Był gotowy go wypchnąć. - Czy chcesz nas zabić?! Tobie może nie zależy na życiu, ale nam tak! Wysiadaj!
Z powrotem znalazł się na tylnym siedzeniu, milczący, ze zwieszoną głową. Zatopił palce w gęstym kołnierzu na szyi psa i tak pozostał. Olga również milczała, wiedząc, że w tej chwili Hubert miał rację. Błąd leżał u podstaw, ale teraz nie należało tego wyciągać. Nigdy nie będzie tego wyciągała, Hubert i tak nie zrozumie.
Droga wlokła się, jakby nie miała mieć końca. Gdy wreszcie wjechali na parking w Rąbce, Olga nie bardzo mogła w to uwierzyć. Hubert wysiadł szybko, otworzył tylne drzwi i zawisł na nich.
- Klarens – rzucił, odczuwając widocznie wyrzuty sumienia. - Przepraszam, nie powinienem. Ale czasami tak jest, że nie można nad sobą zapanować. Chodź, zwiedzimy teraz coś, co naprawdę da się poczuć.
Klerens doskonale się o tym przekonał, gdy wreszcie stanął na szczycie najwyższej wydmy w Polsce, a w drodze powrotnej znowu poprowadził samochód. Olga i tym razem gapiła się przez tylną szybę.
- W nocy pójdziemy się kąpać - planował Hubert, facet, który wiedział, jak chce spędzić lato i który chciał swój sposób na nudę pokazać innym. W nim nie było żadnych złych myśli, których doszukiwała się Olga. On po prostu w ogóle nie zauważał, tego, co było jej problemem.
- Czym różni się noc od dnia? - zdziwił się Klarens.
- Może sam będziesz mógł to zauważyć - oświadczył Hubert i nie mylił się.
Klarens śmiał się wynurzywszy nocą z pod wody.
- Tam jest światło!

Hubert i Anna znowu byli na dyskotece. Chodzili tam prawie co wieczór. Olga wczołgała się do namiotu. Klarens siedział wewnątrz po turecku, a Joy tuż koło niego. Sortowali banknoty rozłożone przed nimi na wiele kupek.
- Dlaczego mnie nie mogłeś o to poprosić? – spytała, siadając naprzeciwko nich.
- Po co miałem cię prosić, skoro mogę zrobić to sam?
- Nie chodzi o to, że nie możesz. Powinieneś się nauczyć, że nie robię tego, żeby ci pomóc, bo tobie trzeba pomagać. Jestem twoją dziewczyną, to normalne, że chcę to robić. Poza tym, niektóre rzeczy wydają mi się dziwne i chcę choć trochę je przerobić, żeby takie dziwne nie były.
Podał jej pozostały mu plik pieniędzy bez słowa, a ona szybko je rozłożyła.
- Chciałabyś iść z nimi? - spytał po chwili.
- Na dyskotekę? Nie bardzo.
- Chciałabyś – oświadczył. - I w zasadzie moglibyśmy pójść. - Kiedy był z nią, musiał wymagać od siebie więcej. Przy niej jednak mniej się bał.
- Pójdziemy? – rzuciła, z trudem ukrywając podniecenie.
- Ale nie tam, gdzie Anna i Hubert.
- W porządku, nie tam. Tu jest parę dyskotek.
Poszli, jak każda inna para, choć na początku nie był pewny, czy sobie poradzi. Gdy dotarli do celu, głośna muzyka najpierw go ogłuszyła. Udało mu się jednak odnaleźć w powodzi dźwięków. A Olga ze zdziwieniem stwierdziła, że nikt nie zauważył ich inności. Wtedy naprawdę mogli zacząć się bawić.
Gdzieś w środku nocy zlani potem i roześmiani wyszli z dyskoteki, pogrążając się w chłodzie mrocznej ulicy. Obejmował ją tak, jak każdy inny chłopak. Przez moment nie pamiętał o wątpliwościach, które dręczyły go przez całe lato. Było mu dobrze, gdy kręciło mu się w głowie i mógł oprzeć się na jej ramieniu, i mógł swobodnie się śmieć. Nie chciał niczego więcej. Przed polem namiotowym spotkali Annę i Huberta.
- Wreszcie i wy gdzieś się wypuściliście - rzucił Hubert z uznaniem. A jednak jego słowa na nowo obudziły wątpliwości Klarensa. Przyszła pora, żeby podjąć jakąś decyzję.

Siedział z Olgą pod wieżą z czerwonym światłem, a morze wciąż wyśpiewywało swą skargę. Jeszcze przez chwilę się wahał. Musiał podjąć ważną decyzję. Źle wypowiedziane słowa, źle sformułowane myśli, mogły wszystko zniszczyć, mogły ją zranić. Tego przecież nie chciał.
- Ja odejdę - wyszeptał w końcu.
- Jak to? - Głos Olgi zadrżał. Zaskoczył ją. Jak mogła spodziewać się takich słów?
- Nie możemy tego dłużej ciągnąć – powiedział. - Ty potrzebujesz kogoś, kto cię ochroni i z kim będziesz mogła się zabawić. Nie możemy się okłamywać, że wszystko jest w porządku. Nie mogę być tym, którego ty potrzebujesz. Jeszcze masz czas. Spróbuj ułożyć sobie życie beze mnie.
- Klarens... Ja cię kocham.
- Ja też, ale miłość nie wystarczy. Miłość minie, a potem zostanie tylko gorycz. Możesz mieć wszystko, a ja muszę walczyć z instytucjami. Pozwól mi odejść.
- Ja wiem, że przyjazd tu nie był dobrym pomysłem – wyszeptała Olga. - Ale spróbujmy jeszcze...
- Nie. To nie ma sensu. Nie wiesz, co na siebie bierzesz.
- Wiem – jęknęła. - Ale ja chcę.
- Chcesz się poświęcać? Nie wytrzymasz tego, a ja nie wytrzymam świadomości, że ty to robisz. Pamiętasz? To miała być tylko wakacyjna przygoda. Pomyliłem się chcąc więcej.
- Klarens, ja wiem, że nam będzie źle. – Płakała. - Nie będziesz mógł znaleźć pracy. Ja będę robiła bałagan, a ty będziesz się w nim gubił i krzyczał na mnie. Z naszego dziecka będą śmiać się w szkole, a pewnego dnia zacznie mieć do nas pretensje i jeśli szybko czegoś z tym nie zrobimy, nigdy się już z nim nie dogadamy, bo ono odejdzie. Na starość, ty jako prawnik, będziesz miał zszarpane nerwy i będziesz się musiał mną opiekować, niedołężną, chorą na chorobę wieńcową, cukrzycę i co tam jeszcze... – Zamilkła, słysząc jak Klarens się śmieje w czysty, szaleńczy sposób. Śmiał się, a z jego twarzy zniknął niepokój.
- Co to znaczy? - spytała, ale odpowiedź nie była konieczna. Jej serce chciało wyrwać się z piersi. Rozumiała całe niebezpieczeństwo. Znała ciężar jaki przyjmowała na swoje barki. Wiedziała, co ją czeka, a jednak teraz wiedziała, że tego chce. Zobaczyła go w nowym świetle i zdała sobie sprawę z jego siły. Powiedział przecież: ,,odejdę'' tej, której tak potrzebował i o którą tak długo zabiegał.
Wciąż się śmiał i mówił jej tym lepiej, niż słowami, że jest szalona i jedyna.
- Zostaniesz? – spytała, jakby jeszcze nie była pewna. Aż do bólu zacisnęła dłonie na betonowej krawędzi mola.
- Zostanę – rzekł, odnajdując w ciemności jej dłoń, odrywając od betonu i tuląc w swojej dłoni, jak gdyby chciał powiedzieć: „Tak, ty wiesz, ale jesteś twarda i razem zmienimy świat. A przecież zawsze możemy zatrzymać się na chwilę, gdy będzie nam zbyt trudno.” Zamiast tego powtórzył jeszcze raz - zostanę.

4. Zakazane ścieżki

- Mamo - wróciwszy pewnego wieczora do domu koniecznie chciał jej coś pokazać.
- Tak? - zjawiła się, przychodząc od strony kuchni.
- Czy jest ładny? - spytał wprost, wyciągając z kieszeni małe pudełeczko i otwierając je. Wewnątrz był złoty pierścionek z diamencikiem.
- Skąd go wziąłeś? - Matka tylko tyle umiała powiedzieć.
- Kupiłem. To dla Olgi. Nasz pierścionek zaręczynowy.
- Chyba powinniśmy porozmawiać - rzuciła matka słabym głosem, jak gdyby nagle zabrakło jej sił. - Czy myślałeś o tym, jak sobie poradzicie? Zwalisz się jej na głowę. Czy ona zdaje sobie sprawę z tego, co na siebie bierze? - Ile razy już to słyszał?
- Znajdę pracę - oznajmił jak dziecko obiecujące: „Będę zmywać przez cały tydzień, tylko się nie gniewaj.” To jasne, że takiej obietnicy nigdy się nie dotrzymuje.
- A studia?
- Poradzę sobie i nie mów już nic. Ja chciałem odejść od Olgi, ale mi nie pozwoliła. Opowiedziała, jak złe będzie nasze życie i powiedziała, że tego chce. Chociaż ty nam nie utrudniaj. - Mówił nie próbując jej przekonać, tylko od tak, jak mówi się do ściany. To jednak pomogło, bo matka zamilkła. Wiedział, że cierpiała, że się o niego bała. Wiedział też, że gdyby nie zaczął żyć samodzielnie, cierpiałaby także. Poza tym coś w nim, coś z odległych czasów mówiło: „Cierp, zasłużyłaś na to”, choć on sam mówił sobie w myślach: „Tak nie można”, a do matki: „Wybacz, ale ty wiesz, co to jest miłość i ja teraz też już wiem.”
Matka milczała, więc on ponowił pytanie:
- Czy jest ładny?
- Tak - głos się jej łamał. - To prawdziwy diament?
- Prawdziwy.
Tego wieczora matka znów płakała, jak przed laty.

Nie bardzo wiedział jak zacząć. Olga była tuż obok, a on czuł pudełeczko w kieszeni. Jego palce bawiły się nim, a serce biło coraz szybciej. W końcu je wyciągnął.
- To dla ciebie - powiedział cicho.
- Co to jest?
- Otwórz.
Rozległ się cichy dźwięk unoszonego wieczka. Olga zadrżała z podniecenia. Nadszedł czas, by zadać pytanie.
- Wyjdziesz za mnie?
Chwila ciszy, albo się powiedzie, albo cały świat runie w gruzach.
- Tak - odpowiedziała z trudem. Czuł, że była wzruszona.
Wtedy odnalazł w ciemności pierścionek i wsunął jej na palec. Obojgu drżały dłonie. Pocałował ją, a ona zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego.
Kiedy wyszedł tego wieczora, Olga jakby na wpół przytomna poszła do pokoju matki i usiadła tuż obok niej.
- Mamo - wyszeptała cicho. - Wychodzę za mąż.
- Za Klarensa?
- Tak. Kochamy się, a ty przecież go lubisz.
- Lubię - powtórzyła matka. – Ale teraz jesteś młoda i pochopna. Czy dasz radę to wytrzymać? Mnie on przeraża. Czasami mam ochotę walnąć głową w ścianę, gdy słyszę stukot jego laski w przedpokoju. A serce podchodzi mi do gardła, gdy widzę jak jego palce tańczą na kryształowym wazonie.
- Po co komu wazony? - jęknęła.
- Jeśli myślisz, że dasz radę... Powodzenia. - Słowa matki brzmiały ciepło. Objęła ją i Olga skuliła się jak mała dziewczynka, kładąc matce głowę na kolanach. - Nie zapomnij tylko, że on też czuje i że nie możesz go odepchnąć, gdy poczujesz, że brak ci siły.
- Tak mamo, ja wiem - wyszeptała, a może tylko pomyślała i płakała skulona, płakała nie rozumiejąc swoich łez, tak mała i słaba. Da radę. Będzie walczyć, a gdy zabraknie jej sił, on ją przytuli i pocieszy. Wynajmą gdzieś małe mieszkanko i zaczną we dwoje budować nowy świat, świat dla naprawdę wolnych ludzi, którzy nie chcą się bać.
Kościół był wielki i zimny. Każdy krok odbija się w nim echem. Otaczał ich tłumy ludzi. No, może z tymi tłumami to przesada. Kiedy wszystko się skończy, ustawią się w rządku i będą składać życzenia, patrząc w ten potworny sposób, jakby chcieli powiedzieć: „O nieszczęsna, zmarnowałaś sobie życie.” Pyszny, ozdobny ołtarz górował nad wszystkim. Czy gdy się go nie widziało, kościół nadal miał w sobie tyle majestatu? Stary, gruby ksiądz z worami pod oczami klepał swoją formułkę. Padły pytania, na które była tylko jedna odpowiedź: „Tak”. Potem przyszła kolej na obrączki zakładane drżącymi palcami. „Jesteście mężem i żoną”. Pocałunek i brawa.
- Mamo, ja wychodzę za mąż. - Jej łzy przemoczyły spódnicę matki.

Położył dłonie na jej wielkim brzuchu, wyczuwając ruchy małej, jeszcze nienarodzonej istotki.
- To musi być wspaniałe, mieć ją w sobie - wyszeptał.
Olga parsknęła cicho.
- Tak, to jest wspaniałe.
- Zaczyna się! - Jakiś czas później z trudem rzucone słowa. Nie wiedział, co powinien zrobić. Otaczała go przecież ciemność. Zgubił się w zakłóconym nagle porządku rzeczy.
- Odchodzą mi wody.
Na szczęście w pobliżu był Ignac i wszystko potoczyło się bardzo szybko.
W środku nocy siedział pod szpitalem na tylnym siedzeniu samochodu Ignaca, obejmując za szyję Joy'a. Oni tam wewnątrz brali udział w bardzo ważnych wydarzeniach, a on był tutaj pogrążony w ciszy uśpionego miasta. Czasem przemknął tylko jakiś samochód. Zbłąkany przechodzień chwiejący się na nogach wdepnął w kałużę. Pod murem przemknął wyleniały, schorowany kot. Pani z recepcji rozmawiała przez telefon, dzieląc się najnowszymi plotkami. On należał do tego pustego, pełnego lęku, żalu i niespełnionych marzeń świata nocy. Jego dłonie beznamiętnie wędrowały po karku psa. Wtulił twarz w jego gęsty kołnierz tak, że miękka sierść właziła mu do oczu, nosa i ust, a jego nozdrza wypełnił mdły zapach zwierzęcia, wdzierając się w niego z taką siłą, że prawie go dusząc.
- Joy. - Nie potrafił powiedzieć niczego więcej. Przez jego głowę nie przebiegała żadna myśl i tylko piersi wypełniała pustka rozdzierająca żebra i nie pozwalająca płucom pracować. Żałość ściskała za serce. Był nikim. Kiedyś miał wielkie plany, ale to było kiedyś. Najważniejsze były pieniądze, a nikt nie przewidział w świecie miejsca dla innych, nietypowych ludzi. Dziś już wątpił, że kiedykolwiek coś osiągnie. Tam na górze rodziło się jego dziecko, ale on był tu, w ciszy.
Przez chwilę zastanawiał się, czy nie włączyć radia, ale stwierdził, że wyczerpałby tylko akumulator. Słuchał więc tej piekielnej przyprawiającej o szaleństwo ciszy.
Ktoś przerwał pani z recepcji rozmowę. Była wyraźnie zła, odkładając słuchawkę. Burknęła coś opryskliwie. Potem z piskiem opon zatrzymał się tuż koło niego samochód. Wypadli z niego rozhisteryzowani ludzie. Jakiś wypadek. Wbiegli do środka, a on wciąż tkwił w miejscu zapomniany przez cały świat, tak jak i inne cienie nocy. Tam na górze przecież tylko by im przeszkadzał.
Nie wiedział, czy zasnął, czy utracił resztę zmysłów, czy może rzeczywiście czekał aż tak długo. Czy był w stanie czekać tak długo? Usłyszał kroki na schodach, trzaśnięcie drzwi. Ignac przypadł do samochodu.
- Masz córkę! - krzyknął rozgorączkowany.
Słowa nie dotarły do jego uszu, nie zrozumiał ich. Nieprzytomnie uniósł głowę i bez żadnego entuzjazmu wycharczał, gdy wyschnięte wargi odmówiły mu posłuszeństwa, a język przykleił się do podniebienia:
- Co?
- Masz córkę – powtórzył Ignac.
- To dobrze - odpowiedział jak chory człowiek, w gorączce zgadzający się na wszystko.
- Nie cieszysz się?
- Cieszę. - Jego głos brzmiał bezbarwnie. Ignac, Olga, dziecko, to był jakiś inny świat, świat, do którego nigdy nie będzie należał. Oni niech sobie tam żyją, niech się cieszą. On ma swój własny świat, świat pozbawiony radości i smutku, świat wyzbyty z wszelkich uczuć prócz żalu, świat który może dzielić tylko ze zniewolonym psem, schorowanym kotem w piwnicy i pijaczkiem wdeptującym w kałuże, jak i z ludźmi takimi jak on, z ludźmi, od których zawsze uciekał.

- Powinieneś pójść do Olgi - powiedział Ignac, powtarzając to już po raz kolejny.
- Nie. - To była jedyna odpowiedź.
- Dlaczego?
- Nie mogę. Daj mi spokój! - prawie krzyczał.
Nie chciał teraz opuszczać wewnętrznego świata. Nie chciał, zanim się sam ze sobą nie upora. Tylko czy w ogóle był w stanie?
Chciał być kimś, pokazać im wszystkim. Teraz jednak zatrzymał się w miejscu, z którego nie można było się wydostać w jakiś prosty, naturalny sposób. Został pracownikiem Spółdzielni Dla Ludzi Niewidomych i Niedowidzących, jednej z tych piekielnych instytucji, z którymi nigdy nie chciał mieć do czynienia. Z czegoś musieli żyć. Żyć? Za to żyć się nie dało, a o wynajęciu mieszkania, czy utrzymaniu rodziny, nie było nawet co marzyć. Jakiś czas temu Ignac zaczął wynajmować małe, dwupokojowe mieszkanko i teraz mieszkali kątem u niego, ale tak nie mogło być wiecznie. Pewnie, że nie. Kiedyś Ignac ich wyrzuci. To mężczyzna powinien zapewnić rodzinie byt. Jak on miał to zrobić? Nie powinien słuchać Olgi tamtego dnia w Jastarni. Powinien odejść, żeby jej nie krzywdzić. Teraz miał krzywdzić nie tylko ją, ale i tę małą istotkę. Całe jego życie było jedną wielką paranoją. Chciał rozpędzić się i walnąć łbem o ścianę, zatrzymać się i walić tak, aż przestanie czuć ból, albo stanąć i krzyczeć do utraty tchu. Miał być prawnikiem - fantasta.
- Ona czeka. Ona cię potrzebuje.
Jak ktoś mógł go potrzebować? Nie myślał tak naprawdę, choć strach formułował w jego głowie takie pytania. Był tchórzem. Powinien spróbować jednak nad tym zapanować. Powinien wziąć się w garść, bo życie wciąż było przed nim.
Poszedł. Znalazł się na sali wśród kobiet. Bez Joy'a czuł się bardzo niepewnie.
- Olga... - rzucił prawie szeptem.
- Jestem tutaj - odpowiedział mu cichy, śpiewny głos.
Odnalazł ją w ciemności. Podała mu rękę, a on wiedział, że się uśmiechała.
- Jak się czujesz? - spytał.
- Okropnie – odparła. - Nie. Teraz już wszystko jest w porządku, jesteś tutaj. - Jak mógł tak wiele dla niej znaczyć? Jednak znaczył. - Byłam taka samotna. Gdyby nie to, że mam ją tutaj, chyba bym zwariowała.
- Jak ona wygląda?
- Jest śliczna. - Puściła jego dłoń. Słyszał, jak się poruszyła. Chyba wzięła dziecko na ręce. - Sam zobacz.
- Mógłbym?
Podała mu tę małą istotkę. Była taka lekka i krucha. Dotknął końcem palca jej małej, pucołowatej twarzyczki, główki porośniętej gęstym meszkiem, małych rączek, dłoni nie będących w stanie objąć nawet jego małego palca. Olga patrzyła jak jego twarz rozjaśnia się, jak pojawia się na niej dziwaczny, dziecięcy uśmiech. Nie musiała się bać tak, jak inne kobiety o swoje dziecko w rękach innych ludzi, a szczególnie mężczyzn. Jego rąk nie musiała się bać. Wiedziała, że nie skrzywdzi tej małej istotki, nie on.
- Czy wybrałaś już dla niej jakieś imię? - spytał cicho.
- Ewa, jak moja babcia. Jeśli nie masz nic przeciwko.
- Nie. To piękne imię. Prawda, Ewuniu – wyszeptał, pochylając się nad dziewczynką. Może świat był jednak piękny?
Gdy wyszedł, Olga usłyszała szept z drugiego końca sali:
- Co za tragedia w rodzinie. Biedna kobieta.
- Nie jestem biedna - rzuciła ostro w przestrzeń, tak by wszyscy słyszeli i zrozumieli, że nie jest męczennicą, że jest z niego dumna. - To najwspanialszy mężczyzna na świecie.

5. Limit na cuda został wyczerpany

Biegła w jego stronę, nie tak jak biegnie radosne dziecko, by kogoś powitać, lecz jak ktoś, kto ucieka. Zatrzymała się naprzeciw niego i ostatni kawałek drogi pokonała tak, jakby chciała, żeby niczego nie zauważył. Ale on zauważył to, jak i fakt, że płakała jeszcze przed chwilą, a teraz ukradkiem ocierała twarz. Objął ją ramieniem, a ona zadrżała pod dotknięciem jego dłoni. Chciała ją odepchnąć, ale wtedy odsłoniłaby to wszystko, co usiłowała ukryć.
- Co się stało? - spytał cicho Klarens.
- Dlaczego miałoby coś się stać? - Ewa udawała zdziwienie.
- Przecież wiem, że płakałaś.
- To nic.
- Nie musisz się wstydzić. Jeśli mi powiesz, to może coś na to poradzimy.
- Nie - odparła pewnie. Potem milczała przez chwilę, w końcu spytała. - Ty nie jesteś normalny?
To bolało. Kto użył takiego słowa? Dlaczego musiała przejść przez to, co oni już przeszli, chociaż niczemu nie była winna?
- Ależ nie. Jestem normalny. Może tylko inny, niż większość ludzi. Dlaczego pytasz?
- Oni powiedzieli, że jesteś nienormalny. Śmiali się z ciebie i ze mnie. Powiedzieli, że to tak, jakbym była sierotą, bo taki ojciec na nic się nie przyda.
- Nie możesz się nimi przejmować. Większość ludzi nie lubi takich, którzy żyją, lub wyglądają inaczej, niż oni. Ale to nie znaczy, że wszyscy muszą żyć tak samo. Obojętność jest najlepszą bronią, a ważne jest tylko to, w co wierzysz i czego chcesz. Ja nigdy nie słuchałem ludzi. Gdybym słuchał, nie poznałbym twojej matki i ciebie nie byłoby na świecie.
- Dlaczego ludzie są źli?
- Oni nie są źli. Oni tylko źle postępują. Oni strasznie się boją, to wszystko. Zawsze chcą znaleźć kogoś słabszego od siebie i na nim odbić swoje krzywdy.
- Niewiele z tego rozumiem - oznajmiła. Była może doroślejsza niż większość dzieci w jej wieku, ale przecież miała tylko siedem lat i choć zawsze mówił w ten sposób, nigdy niczego nie upraszczając, wciąż jeszcze nie była gotowa, żeby do końca go zrozumieć.
- Nie przejmuj się. - Uśmiechał się do niej. - Nikt tego nie rozumie. Gdyby ktoś naprawdę zrozumiał, świat byłby lepszy.
Ale świat nie był wcale taki zły. Zaczynała się wiosna i ciepłe promienie słońca tańczyły na ulicach. Powietrze przesiąknięte było wonią pierwszych kwiatów. Wszystko odbywało się zgodnie z planem tak, jak to widziała Olga tamtego dnia w Jastarni, choć oni jakby o nim zapomnieli i przyjmowali kolejne dni ze zdziwieniem. Mieli własne mieszkanie w mrówkowcu na Bródnie, po drugiej stronie Wisły. Kiedyś wydawało im się, że to strasznie daleko i może już poza Warszawą. Jakiś czas temu Klarens wreszcie ukończył aplikację adwokacką, zaczął pracę jako prawnik wśród widzących ludzi i mógł wreszcie gwizdać na wszystkie piekielne instytucje. Ewa uczyła się dobrze. Miała tylko problemy z kolegami, ale na to nic nie dało się poradzić. Bał się, że może go przez to znienawidzić, ale co miał robić? Kochał ją, dawał jej wszystko, co mógł jej dać. Zawsze był gotowy jej wysłuchać, za wszelką cenę usiłował wynagrodzić jej fakt, że nie widział.
Tak wszystko toczyło się z dnia na dzień, aż pojawił się nowy, nieprzewidziany problem, małe niedopatrzenie. Psy nie były nieśmiertelne. Joy zaczął chorować. Weterynarze nie byli pewni, co mu było: zapalenie nerek, czy rak jamy brzusznej, w każdym razie nie dawali mu zbyt wielkich szans, a Klarens potrzebował psa. Pracował, nie mógł tego zawalić. Nikogo nie obchodziły jego osobiste problemy, a na nowego psa przewodnika miał szansę dopiero za pół roku, choć już wcześniej zgłaszał potrzebę zastąpienia Joy'a młodym psem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Joy cierpi, żałował go. Nie mógł nie żałować. Przez lata połączyła ich przyjaźń. To Joy był zawsze przy nim i jemu mógł się wyżalić, gdy był zupełnie sam. To on wyruszył z nim na wyprawę do Jastarni, która tak zmieniła jego życie. To w jego gęstym kołnierzu zatopił twarz, oczekując na narodziny Ewy i to on widział za niego to, czego on zobaczyć już nie mógł. Teraz jednak niewiele zostało z tamtego psa. Sierść Joy’a przerzedziła się, kręgi uwidoczniły, stercząc w górę jak ostre zęby, reumatyzm pokręcił zadnie nogi i teraz jeszcze ta choroba. Joy brał serie zastrzyków, nocami jęczał i wymiotował krwią, a rano on znów zmuszał go, by się podniósł i ruszył do pracy oddając mu resztki sił tak, jak przedtem oddał całe życie. Serce Klarensa krwawiło rozdzierane wyrzutami, ale nie miał wielkiego wyboru.
- Chciałbym wziąć urlop. - Może mógł zapewnić mu choć odrobinę wytchnienia.
- Teraz? W połowie sprawy? Skończmy ją najpierw.
Skończą, a Joy skona, nigdy nie zaznawszy odpoczynku, Joy, jego żywe, czujące i myślące oczy.

Znowu się udało. Wreszcie skończyli sprawę. Nie tylko skończyli, ale i wygrali. Mógł więc spokojnie pójść na urlop, pozwolić Joy'owi odpocząć, pozwolić Joy'owi spokojnie umrzeć. Nie został w kancelarii, gdy reszta świętowała jego sukces.
- To ostatni raz - wyszeptał w autobusie, tuląc do swych kolan łeb psa. - Teraz odpoczniesz, odpoczniesz i wszystko będzie w porządku.
Joy'owi drżały łapy, gdy wysiedli na końcu Wysockiego. Pozostała jeszcze do przebycia ta cała, długa ulica. Pies zatrzymał się, skomlał.
- Idziemy - rozkazał. Czuł jak wszystko wymyka mu się z rąk. Bezgraniczne cierpienie psa i cel, do którego być może nie da rady dotrzeć. Co dalej?
Joy zatrzymał się i zwiesił łeb, jego boki poruszały się szybko. Wyprężył grzbiet i zwymiotował znowu z pewnością krwią. On przecież tak niewiele jadł.
Usłyszał mlaśnięcia, gdy pies usiłował pozbyć się z pyska reszty flegmy. Joy uniósł głowę i zaskomlił.
- Idziemy. - Klarensowi łamał się głos.
Odpowiedziało mu tylko skomlenie. Pies nie postąpił nawet krok naprzód.
- Joy, idziemy! - Histeryczna nuta zabrzmiała w słowach rozkazu, ale pies i tym razem nie ruszył się.
Przykucnął przy Joy'u, objął go za szyję, a jego palce zatopiły się w rzadkiej, starczej sierści.
- Joy, postaraj się. Musimy dojść do domu. Zrób to dla mnie i dla siebie. Zrób to. Ostatni raz. Potem odpoczniesz.
Pies nie miał już na to siły. Polizał go przepraszająco po szyi, tak jakby chciał powiedzieć: ,,Wybacz, ale ja już nie mogę''. Łzy zastygły w oczach Klarensa i coś ścisnęło go za gardło. Chciał przytulić Joy'a i po prosty zapłakać, od tak na środku ulicy. Nie. Nie był przecież wariatem. Jeśli tu zostanie, ludzie miną go jak wariata i nie pomogą, a on potrzebował pomocy.
Wstał dźwigając Joy'a z ziemi. Mijali go ludzie. Byli tu, już dawno nauczył się ich zauważać. Mijali go, sfiksowanego mężczyznę w garniturze z psem na rękach.
- Przepraszam, czy mógłbym...
- Odczep się!
- Nie mam czasu.
Już kiedyś to wszystko słyszał, ale wtedy miał chociaż Joy'a, a teraz był sam.
- Tak? - Wreszcie ktoś się znalazł, starsza pani. Czy to wszystko kiedyś już nie mało miejsca?
- Coś stało się mojemu psu. Czy mogłaby pani przeprowadzić mnie przez to przejście, gdzie Wysockiego przecina Bartnicza?
- Tak. Właśnie idę w tamtą stronę. – Pomyślał, że musiała iść do kościoła. Wzięła go pod rękę, a on ten jeden raz nie zaprotestował. To było jak sen, senny koszmar. To było tak, jakby po raz pierwszy odkrył prawdę, jak gdyby widział jeszcze do wczoraj. Teraz przeżył szok, odkrywając jak straszna była jego ciemność.
Nie zostawiła go po drugiej stronie jezdni. Nawet nie wiedział, kiedy podjęła decyzję i kiedy jej powiedział, gdzie mieszka. Przy rozstaniu przed windą powiedział tylko: ,,Dziękuję'', ona odpowiedziała: ,,Naprawdę nie ma za co''. Potem znikła na zawsze, starsza kobieta, której nie mógł pamiętać, bo nie zostawiła niczego, prócz brzmienia kilku słów, kobieta bez twarzy i bez imienia. Bez twarzy? On wciąż dotykał ludzkich twarzy. Oczywiście nie klientów, oni nie byli ludźmi, tylko sprawami, ale w kancelarii „obmacał” prawie wszystkich. Kobieta bez twarzy? A może jakiś opiekuńczy duch?
- Co się stało? - spytała Olga, otwierając drzwi.
- To koniec - rzucił twardo, przed nią nie umiał płakać, nie, on płakał tylko wtedy, gdy był sam. Był przecież mężczyzną.
Wezwał weterynarza. Potem dzwonił w sprawie nowego psa.
- Najszybciej za pół roku – padła odpowiedź, którą już znał.
- Ale Joy kona, on cierpi, a ja pracuję. Potrzebuję psa. Nie mogę stracić tej pracy...
- Za pół roku. Myśli pan, że pan jedyny ma taki problem… - Młoda, niesympatyczna kobieta odłożyła słuchawkę, a on najchętniej zacząłby walić głową w ścianę. Tak stanąć i walić, aż do utraty przytomności. Ale nie. Nie chciał z są skończyć. Chciał żyć za wszelką cenę, tylko nie bardzo wiedział jak. Wszystko wokół wirowało i on też wirował, nie mogąc się zatrzymać.
- Mógłbym dać mu następne kroplówki - powiedział weterynarz. - Ale...
- Nie tu. - Wstał od psa i skinął ręką na weterynarza, żeby poszedł razem z nim do kuchni.
- O co chodzi?
- On rozumie. Nie chcę, żeby wiedział. - Niech go bierze za wariata, to tylko weterynarz. A on chce, żeby Joy umarł spokojnie. Nie tak jak żył.
- Pan już wie. Mógłbym go dalej leczyć, ale byłoby to tylko męczeniem zwierzęcia. Teraz pytanie: dać mu zastrzyk w serce? To trwa tylko chwilę. Czy coś, po czym powoli uśnie?
- Niech uśnie. Chcę, żeby to odbyło się spokojnie.
Skomląc cicho Joy lizał Klarensa po rękach, gdy ten trzymał go do zastrzyku.
- Wszystko będzie w porządku. - Jak mógł tak kłamać?
Język Joy’a poruszał się coraz wolniej. Potem pies zamknął pysk. Jego boki jeszcze przez jakiś czas się poruszały.
- Śpij, Joy, odpocznij. - Dłoń Klarensa wędrowała po jego karku. Miał taką rzadką sierść, taką rzadką. Przestał oddychać. Serce się zatrzymało.
- Joy. - Oparł głowę o kark psa i nie dbając już o nic zapłakał. To było jak stracić przyjaciela, jak stracić część siebie.
- Już pójdę. - Weterynarz usiłował się wymknąć. To w zasadzie dobrze, że nie chciał patrzeć na to, co się działo.
- Proszę - Klarens uniósł głowę, ukazując im swoje niewidzące, błękitne, mokre od łez oczy - niech go pan zabierze.
- Ale...
To już załatwiła Olga. Odpowiednie słowa, odpowiednia suma pieniędzy. Choć nie należało to do jego obowiązków, weterynarz zabrał ciało psa. Zostanie spalone, albo... Ale co oni mieli zrobić z jego ciałem?
Klarens wciąż siedział na podłodze, tam gdzie do tej pory leżał Joy. Olga podeszła od tyłu, oplatając go ramionami.
- Wszystko będzie w porządku. Jakoś sobie poradzimy. Pomogę ci...
- Nie! - Odepchnął ją. Nie będzie korzystał z niczyjej pomocy. Mniej upokarzało go pytanie i proszenie obcych ludzi, niezależnie od tego, co mówili, niż wymaganie czegokolwiek od Olgi.
- Gdzie jest Joy? - spytała Ewa po powrocie od koleżanki z dołu.
Olga zadrżała, nie wiedząc, czy bardziej boi się o Ewę, czy o Klarensa, ale było już zbyt późno.
- Choć tutaj - zawołał dziewczynkę. Wziął ją na kolana.
- Joy’a nie ma już z nami.
- Oddaliście go? - zaniepokoiła się.
- Nie. - Klarens potrząsnął głową. - Wiesz, że nic nie jest wieczne. Nie całe życie spędzamy na Ziemi. Tylko pewien czas. Okres na Ziemi przeznaczony psu jest krótszy, niż ten przeznaczony człowiekowi. Ludzie nazywają to śmiercią, ale on żyje, tylko w innym świecie i czeka na nas.
- Spotkamy go jeszcze?
- Oczywiście.
- Ale on będzie musiał długo czekać.
- Nie. Tam gdzie jest teraz, czas płynie inaczej. Cały nasz pobyt na ziemi, to dla niego będzie mgnienie.
- To dlaczego płakałeś?
- Bo my będziemy musieli długo czekać. Będę za nim tęsknił. A ty nie? Łzy pomagają. Jeśli chcesz, płacz.
- Tak, będę tęskniła – wyszeptała, przytulając głowę do piersi ojca. Otulił ją ramionami, a ona zapłakała.
Olga uśmiechając się przez łzy wyszła do kuchni. Nie było powodu, żeby się o nich bać.

Chyba w tydzień później zadzwonił telefon:
- Mamy psa. To znaczy, jeśli chciałby pan zaryzykować. On właściwie nie nadaje się już do pracy. Był źle traktowany. Zaczął zachowywać się agresywnie.
- Czy mógłbym jednak z nim spróbować?
- W zasadzie...
Potem zadzwonił do Ignaca i tego samego dnia pojechali po psa.
- Proszę uważać, nas już usiłował capnąć.
- Jak ma na imię?
- Gmorg.
- W porządku, Gmorg. Wszystko w porządku. - Zbliżył się do psa. Powitało go gniewne warczenie. - Ostry jesteś, ale opanuj się. - Uspakajał bardziej siebie, niż psa. Ostrożnie położył dłoń na karku zwierzęcia. Miał krótką, ostrą sierść. Położył drugą i jego dłonie powędrowały po ciele psa. Był większy od Joya, miał szeroką pierś, opuszczony w dół zad i sterczące kręgi, swą figurą przypominał wilkołaka.
- Spróbuję.
Miał już psa!
- W jakim jest kolorze? - spytał później Ignaca.
- Jest czarny, zupełnie czarny. - A więc naprawdę wilkołak.
- Posłuchaj - mówił do Gmorga, głaszcząc go po szyi. - Ja muszę mieć psa, czy chcę, czy nie. Nie mogę żyć bez psa, a ty musisz mieć właściciela. Taki już jest świat. Więc skoro trafiliśmy na siebie, postarajmy się nie utrudniać sobie życia. Postarasz się być dobrym psem, a ja postaram się być dobrym właścicielem.

- Nie lubię Gmorga - powiedziała pewnego dnia Ewa. - On jest brzydki i warczy na mnie. Poza tym to nie fair. Joy jest naszym psem, on na nas czeka.
- Choć do mnie. – Przyszła pora na następną historyjkę. Posadził ją sobie na kolanach, ale dziś się broniła, była zła. - Ja muszę mieć psa – powiedział cicho. - On widzi za mnie. Kiedy czas życia na ziemi Gmorga minie, ja będę na ziemi nadal i będę musiał wziąć następnego psa. Tak już jest. To nie znaczy, że zapominam o Joyu, ale nie można żyć dla tych, którzy odeszli już z ziemi. Musisz żyć dla tych, którzy pozostali. Nie wolno ci mówić, że Gmorg jest brzydki. To jest to samo, za co gniewasz się na swoich kolegów, gdy oni mówią, że jestem nienormalny. Gmorg też jest psem, jak Joy, wiele już przeszedł i potrzebuje ciepła. Spróbujcie się zaprzyjaźnić.
- Gmorg i ty to nie to samo.
- Ależ tak. On cię rozumie i jest mu przykro.
- A Joy, jemu nie będzie przykro?
- Nie, on będzie z nas dumny. Kiedy czas Gmorga minie, spotka się z Joy’em i opowie mu o nas. Chyba nie chcesz, żeby powiedział, że byłaś dla niego niemiła. Joy’owi dopiero wtedy byłoby przykro.
- Będę lepsza dla Gmorga.
- Jeszcze coś ci powiem. - Może to nie miało być całkiem na temat, ale zrodziło się w nim, dojrzało i chciał jej to przekazać, żeby ją ochronić, żeby ustrzec przed popełnianiem błędów. - Może dzisiaj jeszcze tego nie zrozumiesz, ale kiedyś zrozumiesz, więc zapamiętaj. Nie wolno ci buntować się przeciwko światu. Nie wolno ci odrzucać tego, co niesie los. Dostałaś wszystko, co mogłaś dostać: masz rodziców, nie jesteś uboga, jesteś zdrowa i ładna. Buntując się przeciwko światu niczego nie zyskasz, możesz tylko stracić. Spróbuj delikatnie zmienić świat, kawałek po kawałku. Pamiętaj, że nie zmusisz ludzi, żeby wszyscy lubili zupę pomidorową, pokaż im tylko, że możesz być w porządku nawet, gdy lubisz ją jeść. Ja się buntowałem i nie żałuję, dzięki temu buntowi poznałem twoją mamę, ale ja nie dostałem od losu tak wiele, jak ty.
Olga znikła w kuchni, mając przed oczami obraz zasłuchanej dziewczynki o płowych włosach. Usiadła przy stole pod oknem. Rzuciła przelotne spojrzenie na rozpościerający się z ósmego piętra widok na cmentarz. To był piękny widok. Łzy zatańczyły w jej oczach, łzy, których nie potrafiła wytłumaczyć. Wiedziała przecież, że się nie pomyliła, że miała wspaniałego męża i wspaniałe dziecko, a jednak przerażali ją i przerażało ją ich życie, w zasadzie takie samo, jak wszystkich innych ludzi. Żyli tak samo, ale rozmawiali o czym innym, inaczej. Nie rozumiała. Mieli inne problemy. Łzy potoczyły się po jej jasnych policzkach.
- Kiciu, nie płacz - spokojne, duże dłonie spoczęły na jej głowie.
- Ja nie płaczę.
,,Ja nie płaczę mamo'' - gdzieś w pamięci.

- Co się stało z Joy’em? - spytano go od razu, gdy wkroczył z Gmorgiem do kancelarii.
- Jay’a już nie ma.

07.11.1993 - Warszawa

W tekście zostały wykorzystane fragmenty ,,Syriusza'' Olafa Stapledona.

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...