Kejti's Factory - Opowiadanie

"Dwadzieścia trzy piosenki o miłości"


Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Przeciągnęła się. Ziewnęła leniwie i nagle zdała sobie sprawę, że nie ma koło niej chłopaka, z którym spędziła noc. Otworzyła oczy. Właśnie się ubierał wysoki, szczupły, żylasty, ciemnowłosy i ciemnooki.
- Thomas, co ty robisz? – spytała szybko.
- Było świetnie, Gun, ale muszę iść – rzucił, nie przerywając zmagań z nogawką spodni.
- Zostaw mi chociaż swój adres – usiadła na łóżku gwałtownie. Była już zupełnie przytomna. Zapomniała o sennych marzeniach, po raz kolejny miała okazję stanąć oko w oko z brutalnością życia.
- Dobrze – zgodził się Thomas, choć w jego głosie słychać było niechęć.

- Słuchaj, Jörg. – Była bardzo podekscytowana. – Udało nam się, chcą podpisać z nami kontrakt na płytę.
- Fajnie, Britto. – Britta to było jej nowe imię, imię dla gwiazdy, zamiast prostackiego, nienajlepiej się kojarzącego Gun. – Ale ja nie wiem, czy temu podołam. – W głosie Jörga słychać było smutek. Był drobnym blondynem, o długich włosach i twarzy dziewczyny.
Britta zamrugała oczami. Nie zrozumiała jego słów.
- Nasz zespół, to była wspaniała przygoda. Ale ja się chyba do tego nie nadaję – wyjaśnił. – Przykro mi.

- Dziękuję, Britto – powiedział Hasse, gdy wyszli ze studia nagrań. – Jesteś wspaniała, myślę, że dojdziesz daleko.
Uśmiechnęła się uroczym, lecz brzydkim uśmiechem zdeformowanym wadą zgryzu.
- Zaśpiewamy jeszcze razem? – spytała nieśmiało.
- To niewykluczone – odparł dużo od niej starszy, liczący się w branży muzycznej mężczyzna, a ona zrozumiała, że mówi tym „nie”.

- Britto, powinnaś wreszcie w siebie uwierzyć – powiedział Ivar. Jego ogromne brązowo-zielone oczy płonęły żywym ogniem.
- Łatwo ci mówić, ty już coś osiągnąłeś. – Britta uśmiechnęła się kwaśno.
Siedzieli razem w ciemnym, zadymionym wnętrzu kawiarni. Ostatnio wiele czasu tak spędzali. Dobrze im się z sobą rozmawiało.
- Pomogę ci i kiedyś razem staniemy na szczycie, zobaczysz – Ivar był marzycielem.

- Chcesz piwo? – spytał Ivar, sięgając do torby.
- Pewnie – odparła.
Był środek nocy. Siedzieli na plaży, przy ognisku. Opijali właśnie koniec pracy nad nowym krążkiem Złotych Chłopców, zespołu, którego Ivar był liderem. Na płycie miała znaleźć się też jedna piosenka śpiewana przez Brittę.
Przyjęła puszkę od Ivara. Otworzyła ją, ale nie zaczęła pić. Zamyśliła się, patrząc w ogień. Wszyscy kumple z zespołu przyszli na ognisko z dziewczynami. Tylko ona i Ivar byli samotni. Ivar jednak nie robił niczego, by byli razem. Ten wysoki chłopak o długich, tlenionych włosach, miał twarz dziecka i tak naprawdę był jeszcze dzieckiem. Mógł być przyjacielem, ale nie partnerem.

- To co dalej, Ivar? – spytała Britta, gdy znowu siedzieli razem przy kawie.
- Co dalej z czym? – Ivar nie zrozumiał, myślami był nieobecny.
- Z nami. Będziemy razem śpiewać, czy nie?
- Nie wiem. – Ivar potrząsnął nerwowo głową. – Mam w tej chwili problemy z zespołem. Nie wiem jak długo jeszcze razem pociągniemy, czy wyjdziemy z dołka. Nie martw się tym. – Spróbował się uśmiechnąć. – Masz przecież kolejny kontrakt na solową płytę.
I nadal jestem samotna – pomyślała Britta, ale nie powiedział tego.

- Słyszałeś, że Ivar ma problemy, że jego nowa płyta w ogóle się nie sprzedaje? – spytała Britta.
- Jakie to ma znaczenie, kochanie? – odpowiedział szybko na pytanie Bengt, składając pocałunek na jej wargach.
Och tak, do Britty uśmiechnęło się szczęście. Wydała już dwie płyty. Była wschodzącą gwiazdą i żyła u boku Bengta, bogatego i wpływowego, piosenkarza i wydawcy, byłego wydawcy Ivara.
- No… - zająknęła się. – Wiesz, chciałabym, żeby Ivarowi powodziło się jak najlepiej. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Kochanie – Bengt uśmiechnął się z pobłażaniem. – Ivar jest skończony. Nie myśl już o nim. Jeśli w świecie show bussinesu chcesz do czegoś dojść, musisz się nauczyć zostawiać ludzi po drodze.

- Marianne, chciałbym, żebyś zaśpiewała ze mną jedną piosenkę, na nowej płycie Złotych Chłopców – powiedział Ivar do słuchawki telefonu.
- Propozycja brzmi ciekawie – przyznała kobieta po drugiej stronie telefonicznego kabla.
Marianne miała wspaniały głos, jeszcze wspanialszy niż Britta, a Ivar wiedział, że dobrze wypadał w duetach z kobietami. Wiedział też, że umie pisać świetne, wpadające w ucho piosenki. Coś mu jednak mówiło, że zmierza w niewłaściwym kierunku, że popełnia błąd za błędem.

Ivar siedział sam w mieszkaniu swojej dziewczyny Leny i brzdąkał na gitarze. Nie wiedział jednak po co to jeszcze robił. Ona była w pracy, on pracy nie miał. Nie miał już zespołu, ani pieniędzy. Jego solowych płyt nikt nie chciał kupować.
Może powinienem się zabić – przebiegło mu przez głowę. – Owszem, chciałem odpocząć. Miałem czasem dość tras koncertowych, kręcących się wszędzie fanów i reporterów, ale żeby tak nigdy już tego nie zaznać? Tak nie da się żyć.

- Britto… - Zadzwonił do niej, ale nagle zabrakło mu odwagi, żeby powiedzieć, o co mu chodziło. – Napisałem nawą piosenkę – zaczął tłumaczyć mętnie. – Mój wydawca twierdzi, że jest świetna, ale nie nadaje się dla mnie. Mam za słaby głos. Wydawca mówi, że to powinna zaśpiewać kobieta i pomyślałem, czy ty nie zaśpiewałabyś ze mną. Kiedyś chcieliśmy razem śpiewać…
To jednak było kiedyś, teraz Britta była gwiazdą, a Ivar był na dnie. Właśnie! Role się odwróciły. Kiedyś on chciał pomóc jej, teraz ona powinna wyciągnąć rękę do niego. Zagryzła dolną wargę. Bała się ryzykować. W jej głowie brzmiały słowa Bengta: „Musisz się nauczyć zostawiać ludzi po drodze”. Bengt był zimny i wyrachowany, niewiele wiedział o ludzkich uczuciach. Ludzkie uczucia! To ją przekonało.
- Tak, Ivar – powiedziała. – Zaśpiewam z tobą.

- Rany, udało nam się, udało! – piszczała Britta, zaciskając palce na oprawionej w szkło złotej płycie.
- Tak – powiedział Ivar, w jasnym uśmiechu prezentując swoje makabrycznie krzywe zęby. – Wyjął płytę z rąk Britty, żeby jej nie zmiażdżyła i odłożył na bok. Potem objął swoją sceniczną partnerkę.
- Dziś podbiliśmy Szwecję, jutro podbijemy cały świat – zapewnił. – Jesteśmy przecież najlepsi.

Obudziła się w środku nocy. Leżała bez ruchu, żeby nie zbudzić Ivara i gapiła się w sufit. Byli razem w trasie, zmęczeni drogą. Sława, którą osiągnęli, chyba ich przerosła. Tak myślała. Poprzedniego wieczora byli bardzo zmęczeni i pijani. Marzyli już tylko o odrobinie normalności i ciepła. Chcieli zapomnieć o tym jak mali, samotni i nieporadni czuli się stojąc w blasku reflektorów. Britta nie miała nikogo na stałe, ale Ivar miał. Właściwie nic między nimi nie zaszło. Nie mieliby na to siły. Jak by nie było, nie powinni spędzić razem nocy.

Przyjęła propozycję Ulfa, żeby zaśpiewać z nim jedną piosenkę. Teraz była naprawdę wielka. Nie musiała już czekać na propozycję, mogła w nich przebierać. Mogła zmieniać partnerów tak tych, z którymi dzieliła scenę, jak tych, z którymi dzieliła łóżko. To jednak nie było to, czego chciała. Gdzieś w tym wszystkim, co stało się jej udziałem, zgubiła swoje prawdziwe ja.

Stała na scenie w smudze czerwonego światła. Unosiła ręce ponad głowę, a jej głos wzbijał się ku niebu. U stóp miała falujący wielotysięczny tłum.
Ivar stał w cieniu pochylony nad gitarą. Tak było jednak dobrze. Z Brittą u boku czuł się bezgranicznie szczęśliwy. Jej głos stanowił doskonały instrument, a jej obecność była dla niego inspiracją. Razem mogli sięgnąć po najwyższe zaszczyty.

- Ivar, niech cię cholera! – krzyczała, miotając się po garderobie. – Za dziesięć minut wychodzimy na scenę, a ty dopiero przychodzisz! Siadaj! Zaraz cię umaluję!
Ivar usiadł potulnie. Nie mieli czasu, żeby się kłócić. Żyli w ciągłym biegu, ciągle w drodze, od jednego koncertu do drugiego i od występu telewizyjnego do występu. Wciąż jeszcze wiedzieli, że kiedyś byli sobie bliscy, że kiedyś lubili z sobą rozmawiać, że byli sobą zafascynowani. Kiedy jednak los zmusił ich do oglądania się przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, zaczynało im się robić niedobrze na swój widok. Kilka zbliżeń, do jakich między nimi doszło, pogorszyło wszystko jeszcze bardziej. Żyli z sobą zbyt blisko, zbyt intensywnie, by dało się to znieść.

- Hej, Britto – powitał ją Johan, gdy weszła na scenę.
- Hej – odpowiedziała. Robiła sobie właśnie urlop od Ivara. Miała nadzieję, że kiedy odpocznie, znowu przypomni sobie dawne uczucia. Nie miała jednak na to wielkich nadziei. Z Ivarem trudno było żyć. Zbyt wiele chciał, perfekcjonista i pracoholik. Britta nie umiała tego znieść.
„Wszystko znika” – śpiewała z Johan, z przerażeniem zdając sobie sprawę, jak prorocze to słowa.

- To koniec, Ivar – powiedziała, nie próbując szukać łagodniejszych słów. Miała w sobie gniew. Z przeszłości niewiele zostało w jej sercu i umyśle. – Mam dość ciebie i ciągłego życia w trasie. Przez twój pęd do doskonałości, nie wiem już, kim jestem. Chcę wrócić do kariery solowej, robić wszystko spokojniej, wolniej, po swojemu.
- Britto… - jęknął. - Ja nie poradzę sobie bez ciebie.
- Przykro mi.
- Spróbujmy jeszcze, postaram się uważniej cię słuchać…
- Nie, Ivar. To naprawdę koniec. – Nie miała nic więcej do powiedzenia.

Życie bez Ivara miało być spokojne i beztroskie. Britta oddychała pełną piersią. Wiedziała jedno, wreszcie zacznie decydować sama o sobie, bogata, sławna i wolna. Zapomniała już, jak doszła do tego, co miała.

- Chłopie, babami nie ma się co przejmować. Wszystkie są walnięte – powiedział Olle po tym, jak wspólnie wypili nie jedno piwo i skomponowali nie jedną piosenkę.
Ivar nie odpowiedział. Wiedział, że Olle go nie zrozumie, ale on nie mógł obyć się bez Britty. Nie kochał jej, a ostatnimi czasy tylko się nawzajem ranili, ale w jakiś mistyczny sposób stanowiła dla niego podporę i inspirację. Bez Britty nie był już sobą. Był słaby, gdy z nią u boku stawał się niepokonany.

Britta przeciągnęła się. Promienie słońca tańczyły na jej twarzy. Dlatego nie otworzyła oczu. Było jej tak dobrze, tak błogo. Świat był piękny. Spełniły się wszystkie jej marzenia z dawnych dni. Żyła w luksusie, była sławna, nagrywała płyty, kiedy chciała i jak chciała, miała kochającego męża, udane dzieci, a jednak… Zadrżała. Poczuła ból w piersi, ból nie do zniesienia. We wnętrzu jej głowy płonęły ogromne oczy Ivara. Zadali sobie wiele ran. Nie potrafili się zrozumieć. A jednak Ivar miał w sobie coś, czego innym ludziom brakowało i za tym Britta tęskniła. Nikt, tak jak on, nie wierzył w muzykę i w przyjaźń.

- Powitajcie Olle! – Ivar przedstawił tłumowi wchodzącego na scenę mężczyznę.
Sala ryknęła, co miało oznaczać aplauz.
- Dzięki, Ivar – rzucił Olle tylko. Potem zarzęziły gitary. Grali szybki, ostry kawałek, taki, jakich Britta nie lubiła. Ivar nie był na scenie sam. Dobrze było dzielić się z kimś sławą. To jednak nie było to. Życie bez Britty było bezbarwne i puste, choć nie potrafił zrozumieć dlaczego.

Stała na scenie razem z Robertem. To był eksperyment. Britta znowu szukała scenicznego partnera. Próbowała się przekonać, że Ivar nie jest jedyny. I faktycznie, gdy oklaskiwała ich widownia w klubowej sali, przez moment nie pamiętała, że w jej życiu czegoś brak.

Za dźwiękoszczelną szybą Lars męczył się z gitarowymi solówkami. Britta i Ivar siedzieli razem przy konsoli, co nie zdarzyło się już od lat.
- Cieszę się, że tu jesteś – powiedział Ivar. – W pewnym momencie straciłem już nadzieję, że wrócisz.
- Nie mówmy o tym – odparła.
- Dlaczego, Britto?
- To za trudne – powiedziała, a Ivar spostrzegł smutek w jej wąskich, ciemnych oczach.
- Przepraszam – rzucił. Nie umiał znaleźć właściwych słów. Zawsze przychodziło mu to z trudem. – Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że cieszę się, że tu jesteś.
Britta uśmiechnęła się słabo. Sama nie mogła powiedzieć, że się cieszy, ale wiedziała, że jest tam, gdzie być powinna.

06.07.2002 – Wołczyny

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...