Kejti's Factory - Opowiadanie

"Sylwester samotnej kobiety"



Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


31.12.1991 – Sydney, Australia.
Widzę ją, jak napełnia następny kieliszek i podaje dalej. Jej uśmiech deformuje wada zgryzu. Jest teraz jeszcze brzydsza, niż zwykle. A jednak patrzę na nią z zachwytem. Jest pociągająca. Co ciekawsze, lubię ją, mimo jej trudnego charakteru. Wobec obcych jest oschła, wydaje się dumna i pewna siebie. Najpierw wchodzi, a potem puka. Kiedy bliżej się ją pozna, wie się już, że to gra, maska. Kim jest naprawdę? Nie wiem. Jej maskę łatwo dostrzec, trudniej zdjąć. Britta tak długo już gra, że jej prawdziwa twarz i maska przeniknęły się wzajemnie. Wiem tylko i to wszyscy prawie wiedzą, wszyscy, którzy umieją patrzeć, że jest samotną kobietą i łowczynią. Od dawna usiłuje upolować sobie męża. Roztacza najpierw nad wybrankiem urok, potem jest taka słodka... I na tym przegrywa. Pewna siebie, gra słodką, grająca gra, ukrywa swoje oblicze, które i tak jest tylko maską. Kiedyś ta misterna konstrukcja musi runąć. Dochodzi do jakiegoś ostrego spięcia, mężczyzna poznaje ją, ona jego. Z reguły na tym wszystko się kończy. I Britta znowu jest samotna. Sama samotność jednak nie tłumaczy jej polowania. Jak myślę, ona poluje, bo usiłuje zapomnieć o prawdziwej miłości, która wciąż od nowa łamie jej serce. Wszystkim z nas jest jej żal, nic jednak nie możemy na to poradzić. My tylko z nią pracujemy, co byśmy o tym nie myśleli, nie stanowimy części jej życia.
Widzę ją, kołysze się lekko, gdy mówi rzeczy bez żadnego znaczenia. Napełnia następny kieliszek i następny, podaje dalej, a ludzie za nią podają do kolejnych, tak, by szampan dotarł do wszystkich zebranych w hotelowym pokoju. Nikt nie ma zamiaru wstawać, po dziesiątkach koncertów od których nogi wciąż jeszcze nas bolą, wszyscy chcą wreszcie odpocząć.
Nie wiem czemu, czuję się dziwnie otumaniony, gdy siedzę i patrzę na nią, na jej usta na których wciąż trwa grymas spowodowany wysuniętą zbyt daleko do przodu dolną szczęką, na jej suchą, kościstą twarz, na wąskie brązowo-zielone oczy zbyt mocno obrysowane czarną kredką, na jej krótkie, jasne zniszczone włosy, jaśniejsze, niż skóra. Wciąż jesteśmy w jej pobliżu, pozostajemy w jej cieniu, ale rzadko mamy czas by o niej myśleć. To dobrze, bo to przygnębia.
Koło niej siedzi ospały mężczyzna, opiera się o ścianę i przymyka podpuchnięte oczy. Jego gęste, ciemne włosy dawno już zapomniały, jak miały się ułożyć i sterczą we wszystkich kierunkach. Trzyma rękę na ramionach drobnej brunetki, która byłaby ładna, gdyby tylko się nie uśmiechała. Pojawiają się wtedy na jej twarzy wyraźne linie, które upodobniają ją do dziadka do orzechów. Mężczyzna nieco się ożywia, gdy dostaje swój kieliszek.
Britta napełnia kieliszek dla siebie, a po nim jeszcze jeden. Rozglądamy się, liczymy się nawzajem, sprawdzamy kto jeszcze nie ma szampana. Wszyscy mają. Nie pada żadne słowo. Jedynie ów mężczyzna odważa się zapytać. On zawsze pyta. Zawsze jest w pobliżu. Pytałby ją, o co chodzi w rzeczach, które sam przedtem wymyślił, gdyby nie znalazł lepszego pomysłu na rozpoczęcia rozmowy. Byłby gotowy szukać swojej szczoteczki do zębów w jej bucie, by tylko być przy niej. W jakiś sposób czuje się za nią odpowiedzialny, a ją to denerwuje. Zawsze chciała być niezależna. Poluje, by od niego właśnie się uwolnić.
O co w tym wszystkim chodzi?
Ci dwoje poznali się pewnej nocy, trzynaście lat temu, w rockowym klubie. Niemożliwym by było, żeby jakieś uczucie nie połączyło ich wtedy. Co stało się potem? Nikt tego nie wie, a oni nie chcą o tym mówić. Ivar się zaręczył, już osiem lat temu zresztą, dziś też przecież Lena jest przy nim. Ciągle jednak coś łączy go z Brittą. Czy to miłość? Jeśli tak, to jest to miłość niechciana. Britta z jakiegoś powodu uważa się za gorszą od niego. Nadrabia to udawaną dumą i pewnością siebie, a przez cały czas walczy, chcąc pokazać mu, że go nie potrzebuje. Nie wychodzi jej to jednak. On widzi, że niszczy jej życie i swoje zresztą też, ale chce się nią opiekować. Tak więc wciąż się tylko ranią, a tłamszona miłość zżera ich od środka. Dlaczego nie są razem? A kto to wie?
- Dla kogo jest ten kieliszek?
- Dla zbłąkanego wędrowca - mówi Britta i na chwilę przestaje się śmiać. - Kiedyś przyszedł. Może znowu przyjdzie.
Ivar nie pyta więcej, wszyscy przecież wiemy, że nie chodzi tu o jakiegoś tam wędrowca, tylko o mężczyznę, który miałby spędzić z nią życie.
Unosimy kieliszki w górę, jak już mówiłem, nie mamy zamiaru wstawać. Chórem życzymy sobie spełnienia marzeń i następnego Sylwestra w domu, jeśli oczywiście ktoś ma dom. Zegary, te co biją, biją północ, a ja patrzę na tych dwoje i myślę o tym, co robiliśmy w zeszłym roku o tej porze. O tamtym Sylwestrze chciałem zresztą opowiedzieć i chciałem zacząć tę historię jakoś banalnie, tak jak zaczyna się miłe, świąteczne opowiastki. Nie jest to jednak opowieść banalna, bo Britta niestety wciąż czeka i musiałem powiedzieć, jak wygląda dzień dzisiejszy. Nadrobię to teraz i ciąg dalszy rozpocznę banalnym zdaniem.

Nad Halmstadem padał śnieg. Oczywiście nie pamiętam jeszcze roku, w którym w grudniu śnieg by nie padał, ale to właśnie miało być banalne zdanie na rozpoczęcie. Miasto tonęło w bieli, a delikatne gwiazdki wciąż i wciąż sypały się z nieba. Panowała atmosfera rozprężenia. Większość ludzi była szczęśliwsza, niż co dzień, nie licząc gospodyń domowych, które biegały po udekorowanych świątecznie sklepach w panice, że nie zdobędą prezentów przed gwiazdką i tych jak się zdawało, lecz nie było prawdą, nielicznych samotnych, dla których święta stawały się katorgą.
My nie robiliśmy niczego. Studio już od miesiąca stało zamknięte. Powiedzenie „my” nie jest trafne, nasz zespół, bo tylko Britta i Ivar mogli sobie pozwolić na nie zajmowanie się niczym więcej. Reszta łapała każdą fuchę, jakąś imprezę, nagrania innego zespół. Choć to, że Ivar niczego nie robili, nie jest do końca prawdą. On nie umiał niczego nie robić. Pisał piosenki na nową płytę, czasem zarywając noce. To, za co się zabierał, musiało być perfekcyjne.
Tak płynął czas - my rozglądaliśmy się za robotą, Ivar walczył z sobą i gitarą, Britta nie robiła niczego, a miasto tonęło w śniegu.
W tym czasie widziałem Ivara parę razy. Nie wyglądał najlepiej, ale on nigdy dobrze nie wyglądał, bo ze wszystkim przesadzał.
Nadeszła Wigilia i ludzie świętowali. Nadszedł wesoły czas, lecz jak mówiłem nie dla samotnych. Chociaż i posiadacze rodzin musieli swoje odcierpieć, dać się obściskać wszystkim ciociom i wujkom, wysłuchać jak to źle się prowadzą, źle wychowują dzieci, psa, czy co tam jeszcze mogą mieć i udawać, że cieszą się z nieużytecznych prezentów. Potem na szczęście można wyjść w mroźny wieczór i iść do domu ze swą dziewczyną, czy żoną, marznąć we dwoje i śmiać się z wujków i cioć. Wtedy dopiero zaczynają się święta, a następnego wolnego dnia ludzie budzą się, wspominają Wigilię i są szczęśliwi. Miałem więc nadzieję, że po świętach Ivar będzie wyglądał lepiej. Może i wyglądał, ale w jego ogromnych oczach wciąż czaił się niepokój. Tuż przed Sylwestrem powiedział mi w końcu, co go gryzło.

30.12.1990 – Halmstad, Szwecja.
Britta leżała na ogromnej, białej kanapie przed telewizorem. Nie czuła się źle, ani też nie miała takiego zamiaru. Może jutro, gdy zegary wybiją dwunastą i rozpocznie się nowy rok, poczuje się samotna, ale na pewno nie teraz. Teraz chciała odpocząć. Telewizor grał, a ona nie wiedziała nawet, co leci. Przymknęła oczy i drzemała, wiedząc, że tego dnia nic się już nie zdarzy. Zapadł zmierzch, a na ulicy rozbłysły świąteczne lampiony. Mimo wszystko musiała przyznać, że nie lubiła świąt. Ale przynajmniej miała wolne.
Nagle odezwał się dzwonek do drzwi.
- Kogo diabli niosą... - zamarło na jej ustach.
Sąsiadka, odkąd ją wyrzuciła, nie przychodziła zatruwać jej życia.
Otworzyła i ujrzała na progu Malin, w zespole grającą na wszystkim, co tylko jest potrzebne, ale głównie na akordeonie i mandolinie.
- Witaj - rzuciła szybko Malin, wytarła nogi i przekroczyła próg w takim tempie, jakby bała się, że Britta może jej nie wpuścić. Strzepnęła śnieg z jasnych, błyszczących włosów. Wyciągnęła z kieszeni małą paczuszkę i wręczyła gospodyni. Zaczęła się rozbierać.
Po chwili Britta uświadomiła sobie, że w życiu nie zapraszała Malin do siebie i nawet chyba nie podawała jej swojego adresu.
- Co ty tu robisz?! – spytała ostro.
- Przyszłam pomóc dekorować ci salę - odpowiedziała niska blondynka, zdejmując szalik.
- Jaką salę?! - Teraz Britta była bardziej wściekła, niż zdziwiona. Kto jej robi głupie numery?
- Na Sylwestra. - Odpowiedź była taka prosta.
- Sylwester jest jutro - zauważyła błyskotliwie Britta, tracąc tempo wyrzucania z siebie słów.
- No to co? - To ją dobiło.
Wzięła głęboki oddech. Spróbowała zabrać się za temat z innej strony:
- Kto cię zaprosił?!
- Bernard.
- A jego?
- Myślałam, że ty. - Nie brzmiało to szczerze, ale wystarczyło, żeby Britcie opadły ręce. W duszy obiecywała sobie, że kogoś zabije. Było jednak coś miłego w tej myśli.
Malin wparowała do salonu, rozejrzała się i zawołała:
- Poszukaj sznurka i weź się do dmuchania!
Britta spojrzała na to, co trzymała w ręku - to były baloniki.
Nie rozumiejąc czemu w ogóle się za to wzięła, posłusznie zaczęła dmuchać, a blondynka udała się do jej kuchni i obejrzała lodówkę. Nie było tam wiele, ale wszystko dało się wykorzystać. Potem powiesiły baloniki nad oknem i na regale, wzięły się też do robienia kanapek i sałatki. Britta dała się unosić wydarzeniom i o nic już nie pytała.
Dzwonek odezwał się ponownie i w drzwiach stanął ich basista Rocky, który równie szybko, jak przedtem blondynka, znalazł się za progiem. Powitała go od razu słowami:
- Kto cię tu zaprosił?! – Nie była miła.
Tak serdecznie witany gość wymienił moje imię, a Britta pytała dalej:
- A kto jego zaprosił?
- Myślałem, że ty - wyrecytował wyuczoną formułkę
- No, skoro już jesteś - stwierdziła - to jazda do kuchni, pomóż przy pracy! Tylko palców sobie nie poucinaj.
Basista wziął się do pracy, a ona ulotniła się na chwilę. Skoro przychodzili do niej goście, powinna się uczesać i umalować.
Potem wszystko potoczyło się jak lawina. Z Malin przygotowała stół, a goście przychodzili jeden po drugim: perkusista Kjell, który oznajmił, że zaprosił go Rocky, gitarzysta Bernard, który mówił, że zaprosił go Kjell i w końcu ja sam podając, że zaprosiła mnie Malin. Tak kółko się zamknęło, a Britta nie wiedziała co robić, tym bardziej, że wszyscy weszli, usiedli w salonie i czekali. Na kogo?
Na sprawcę tego bałaganu. On zaprosił ich wszystkich i on kazał im mówić to, co mówili. Zabije go, kim by nie był, gdy przyjdzie, jeśli przyjdzie. Jak mógł tak ją urządzić, gdy tylko chciała się wyspać?!
Ów on jednak nie przychodził, zadzwonił za to telefon. Mimo wszystko poczuła się najzupełniej szczęśliwa, gdy usłyszała w słuchawce głos Kurta. Świat zwalił jej się na głowę, ale okazało się, że ludzie myślą o niej, a to było miłe.
- Wiesz, jestem przejazdem w Halmstadzie, pomyślałem, że moglibyśmy razem spędzić Sylwestra – powiedział Kurt.
- To cudownie. - Britta uśmiechnęła się. - A mógłbyś przyjechać do mnie teraz...
- Co planujesz?
- Tak naprawdę to nie mam pojęcia - oświadczyła ze śmiechem. - Wiesz, przyszli do mnie znajomi, to znaczy ludzie z zespołu, udekorowali salę, zrobili kanapki, chcą świętować nadejście nowego roku trochę przed terminem. W sumie nie wiem dlaczego. Na razie jednak siedzą i czekają, a ja nie wiem na co.
- Co ty mówisz?
- Prawdę. - Parsknęła nagle rozbawiona absurdalnością swoich słów.
- Jesteś trzeźwa? - Kurt wydawał się zdenerwowany.
- Nie przesadzaj. Pewnie, że jestem trzeźwa. - Nagle rozległ się dzwonek. - Ktoś jeszcze przyszedł - rzuciła szybko. – Muszę otworzyć. Przyjeżdżaj! Do zobaczenia! Kocham cię!
Odłożyła słuchawkę, nie słuchając już jego odpowiedzi i poszła do drzwi, powtarzając sobie: „nie pożyjesz już długo.” Chciała wsiąść z gębą na tego kogoś, kogo wpuści, ale nie mogła.
Za drzwiami stał Ivar. Uśmiechał się w najgłupszy sposób, jak tylko potrafił, odsłaniając krzywe zęby i unosząc w górę brwi. Płatki śniegu topniały na jego oklapniętych włosach. Może powinna być na niego wściekła, ta dumna Britta powinna, ale nie była w stanie. Śmiejąc się, odrzuciła głowę w tył.
Ivar wszedł, odstawił na podłogę dwa szampany, które do tej pory trzymał w rękach. Z kieszeni czarnego płaszcza wydobył dwa następne.
- Ciebie to powinno się zamknąć za reformę kalendarza – stwierdziła.
Teraz on też się śmiał. Wyciągnął do niej rękę, a ona wzięła ją w swoją dłoń i nagle znalazła się tuż przy nim. Nie było w tym niczego złego. Objęła go i położyła mu głowę na piersi. Był zmarznięty, ale gdzieś z wnętrza niego biło ciepło, które tak dobrze znała. Teraz w zasadzie mogłoby nie być żadnych ludzi, żadnego Sylwestra, wystarczyłoby jej stanie w ramionach tego natręta, który znowu wlazł z kopytami w jej życie, czego, co prawda, nie miała mu za złe. Tkwili więc w bezruchu, na chwilę złączeni, najwspanialsi, magiczni przyjaciele. Nieważne było, co miało stać się w przyszłości. Będą się ranić, a w końcu rozstaną. Tak musi się stać, ich związek jest zbyt dziwny, by mógł przetrwać. To bez znaczenia, bo oto dziś byli razem, dziś się obejmowali. Jutro nie istniało.
Nie mogli jednak stać tak wiecznie. Weszli do salonu, on wciąż trzymał rękę na jej ramionach.
- Szampan przyszedł! - oznajmił, a goście odpowiedzieli mu gwizdem.
- Masz jakąś porządną kasetę? - spytał gospodynię.
Britta wskazała tylko na półkę w regale. Ivar kucnął przy niej.
- Ja pytałem o porządną - przypomniał po chwili, unosząc głowę.
- A co to, nie porządne? - rzuciła ona udając oburzenie. Zawsze lubili inną muzykę. A co najciekawsze, słuchali zupełnie innych klimatów, niż sami grali.
- To nadaje się tylko dla grzecznych dziewczynek.
- A ty jesteś takim niegrzecznym chłopcem, że nie dasz rady się przy tym bawić? - Britta uniosła brwi.
Znowu chciał coś powiedzieć, ale wyciągnęła rękę i popchnęła go dwoma palcami. Po chwili siedział już pod jej regałem, śmiejąc się. Było im dobrze. Zawsze przekomarzali się, gdy było im dobrze. Niestety w gorszych czasach te słowne przepychanki często przeradzały się w prawdziwe awantury.
Ivar rozejrzał się po sali. Coś mu nie wyszło. Miał oto przed sobą czterech mężczyzn i tylko dwie kobiety.
- Hej wy! - zawołał, dziś on był panem domu. - Dwóch jazda do szafy, przebrać się w sukienki.
Wybrano mnie i Rocky’ego, gdyż jak to Bernard powiedział, byliśmy „najodpowiedniejsi gabarytowo.” Britta nie wyglądała na zadowoloną, gdy zaczęliśmy szperać wśród jej ubrań, ale tak jak wszystkim podobał jej się wynik tych poszukiwań. Oto ja, w obcisłym skórzanym kostiumie i z przeźroczystym płaszczem na ramionach, a Rocky w wąskiej czarnej sukience z ogromnym dekoltem i obaj na bosaka. Nie wchodziliśmy w jej buty.
Potem zaczęła się zabawa. Tańczyłem z mężczyznami. Nie było w tym niczego złego, niczego nienormalnego. Mieliśmy się bawić i wszystko było nam wolno. Jutro czekały nas jakieś potworne bale, na które trzeba było iść, bo wypadało, bo zostało się zaproszonym, a tej nocy, mogliśmy gwizdać na wszystko, złamać wszystkie zasady i myśleć, że cała reszta życia będzie tak wyglądać. W zasadzie czemu by nie?! Wszystkim było dobrze, a powietrze wypełniło uczucie wspólnoty. W sercu każdy z nas miał chyba kogoś, kogo było mu brak, ale nikt więcej by do nas nie pasował, do świata prawie sobie obcych, lecz znudzonych swym widokiem ludzi, którzy choć raz zdobyli się na odrobinę szaleństwa.
Tuż przed dwunastą okazało się, że Britta jest posiadaczką jedynie trzech kieliszków. Jakoś sobie jednak poradziliśmy, miała jeszcze dziesięć szklanek, ale to nie brak szkieł ją denerwował, a widać było, że jest zdenerwowana. Czekała, czekała i czekała, a Kurta nie było.
„Gospodarz domu” otworzył szampana i zalał nim cały dywan. Niczego innego nie można było się po nim spodziewać.
Składaliśmy sobie potem życzenia. Wtedy można było dostrzec, jak bardzo jesteśmy sobie obcy, a raczej, jak mało się znamy. Oczywiście nie wszyscy, tych dwoje nawet zbyt dobrze się znało. Ivar dodał zresztą do swoich życzeń:
- Obyś nigdy więcej mnie nie potrzebowała.
Nikły uśmiech przebiegł przez twarz Britty. Wydawało mi się, że chciało się jej płakać. Nie uroniła jednak ani jednej łzy. To nie było w jej stylu.
Znowu włączyliśmy muzykę i tańczyliśmy.
Około pierwszej odezwał się dzwonek. Britta podbiegła do drzwi, stanęła przed lustrem, poprawiła jeszcze szybkim ruchem włosy. Musiała dobrze wyglądać na powitanie Kurta.
Otworzyła i zobaczyła swoją sąsiadkę z dołu w koszuli nocnej.
- Czy mogłaby pani zachowywać się ciszej? - spytała tamta. - Jutro jest Sylwester. Ludzie chcą się wyspać.
A gdzie ty byś mogła iść na tego Sylwestra stara raszplo? - pomyślała Britta, a głośno powiedziała:
- Jestem sama. Ci ludzie przyszli tu dziś, bo jutro muszą zająć się swoimi dziewczynami i żonami. Jutro nie będą mieli dla mnie czasu. Jeśli pani nie może spać, niech pani dołączy do nas.
- To wykluczone! – Sąsiadka zareagowała dużo bardziej nerwowo, niż Britta się tego spodziewała. - Co to za propozycja! Co wy tu wyrabiacie! To nieprzyzwoite!
- Przykro mi! - warknęła, szarpiąc za drzwi i dopiero gdy zamknęła na wszystkie zamki, zorientowała się, że nie przycięła głowy, ręki, czy nogi tej kobiety. Inaczej drzwi by się nie domknęły. Oparła się o nie i przez chwilę patrzyła na salę, gdzie wciąż tańczyli ludzie, których nie zapraszała. Chciała ich zostawić samym sobie. Pomyślała, że nie zauważyliby jej braku.
Stała na przedpokoju zimnym, jasnym i cichym w porównaniu z salonem, gdzie odbywał się „bal”. Lekko kopnęła piętą w drzwi i wysunęła dolną szczękę do przodu jeszcze bardziej niż zwykle.
Z salonu wyjrzał ten natręt, który znowu chciał przekroczyć granicę nie do przekroczenia. Pozwoliła mu.
- Kto to był?
- Ta z dołu. - Machnęła ręką. - Podobno jesteśmy za głośno. - Wykrzywiała się śmiesznie, gdy to mówiła. Potem parsknęła cicho.
Co ją w zasadzie obchodzi sąsiadka? Znów poszła tańczyć z tym jedynym, tym wyjątkowym, obrzydliwym natrętem, którego niestety kochała.

Około piątej rano goście zaczęli wychodzić. To zawsze musi się zdarzyć, jakby nie było smutne. Ostatni opuścili jej mieszkanie o szóstej i usiłowali zabrać ze sobą Ivara. Nie wyglądał już wtedy na kogoś, kto jest w stanie sam wrócić do domu, nawet jeśli to tylko dwieście metrów.
- Dajcie mu spokój – powiedziała. - Wiecie jak się pożrą z Leną, jeśli wróci w takim stanie? A ja postawię go do ósmej na nogi.
Przekonało ich to.
Britta wróciła do pustego salonu. Goście poszli, bałagan został. Miała nadzieję, że może ktoś przyjdzie posprzątać. Podejrzewała, że ze skacowanym Ivarem na głowie nie da rady tego ogarnąć. Bałaganem zresztą zamierzała martwić się później.
Usiadła koło niego na kanapie. Położył jej rękę na ramionach, ale na nią nie spojrzał, gapił się w okno.
- Nie przyszedł. Prawda? - Nie mówił już zbyt wyraźnie.
- Kto? - Britta nie zrozumiała pytania.
- Chyba Knut.
- Kurt. Tak. Czekałam na niego.
- Nie przejmuj się – powiedział. - Mężczyźni tacy są. Idą dokądś, potem spotykają kogoś, tu rozmowa, tam kieliszek... Upijają się, zapominają dokąd szli. On jeszcze przyjdzie. Zobaczysz.
- Myślałam, że go nie lubisz - stwierdziła zdziwiona.
- Nie lubię go – przyznał. - Ale mamy z sobą coś wspólnego. Kochamy tę samą kobietę. Chcemy, żeby była szczęśliwa.
Wybuchła krótkim urywanym śmiechem.
- Nawet jeśli czasami postępujecie, jakby było dokładnie odwrotnie?
Skinął głową i zapadło milczenie. Długo milczeli, oboje wpatrywali się w okno, w szare niebo zimowego poranka. Britcie ciążyły te ostatnie słowa, szczególnie po tym, czego Ivar dokonał. Może go zraniła? Jego tak łatwo było zranić. Choć czasami był w stanie wytrzymać całe lawiny słów i po prostu otrząsnąć się po nich, to jednak istniały drobne, niby to nieważne zdanka, które raniły go dotkliwie. Zapytała więc:
- Co za dzień jest dzisiaj, skoro rok dziewięćdziesiąty skończył się tej nocy, a nowy jeszcze się nie zaczął?
- To taki zapasowy dzień – oznajmił, uśmiechając się.
Gdy wypowiadał słowa bez znaczenia, gdy tak się uśmiechał, wyglądał na wariata, lub na kogoś nieźle wstawionego. Tylko jego oczy, piękne i spokojne, jak oczy dziecka, czujne i wierne, jak oczy psa, świadczyły, że wie co mówi. - Dzień dla ludzi zmęczonych Sylwestrem, żeby mieli czas odpocząć, dzień też dla odpornych, by po jednej zabawie, mieli czas przygotować się na drugą. - Zamilkł nagle.
Znowu przez pewien czas panowała cisza, którą tym razem on przerwał.
- Czy moglibyśmy tu zostać na Sylwestra? - spytał podniecony. Miał zamiar przestać opierać się o ścianę, ale nie był w stanie, zbyt długo utrzymać ciała w pozycji pionowej
- Kto? - Nie zrozumiała go.
- Ja i Lena.
- A ten twój bal?
Zajęczał przeciągle, zanim zaczął mówić:
- Ja nie chcę tam iść. Tam będzie pełno facetów w garniturach, z włosami świecącymi od brylantyny. Oni wszyscy są obcy. Nie zauważą mojego braku. Ja nic dla nich nie znaczę. - Jego słowa przerodziły się w lament.
- Musisz tam iść! - rzuciła stanowczo.
- Nie dam rady - lamentował dalej.
- Ja już cię postawię na nogi!
- Ale ja chcę zostać z tobą.
- Dlaczego?
- Kocham cię. - Prawie płakał.
- A Lena?
- Ciebie kocham, z nią jestem szczęśliwy.
Nie powiedziała nic, spojrzała tylko na niego. Był pijany i powoli tracił resztki sił. Wiedziała, że teraz, przesadzając bardziej niż zwykle, jest szczery.
- Zadzwonię do nich wszystkich. – Nagle znowu się ożywił. - Przyjdą oni i ich goście. Zobaczysz, będziemy szczęśliwi. To będzie prawdziwy Sylwester.
Patrzyła mu w oczy. Kochała tego szaleńca. Wiedziała, że nie byłaby w stanie z nim wytrzymać, ale mimo to dostrzegała, że był wyjątkowy, może tylko nieco nieprzystosowany.
- Żeby było więcej takich ludzi - wyszeptała cicho, a gdy spostrzegła, że jego zmęczony umysł nie był w stanie już tego zrozumieć, powiedziała:
- Może powinniśmy zostać razem?
Przygarnął ją ramieniem. Złożyła mu głowę na piersiach. Dotykał jej, on, ten delikatny ciepły mężczyzna. Po co szukała kogokolwiek innego?
- Nie. Przecież wiesz. - Jego głos był spokojny, lekko zachrypnięty, a język jakby nieco mniej mu się plątał. - Nie wytrzymalibyśmy siebie takich, jakimi jesteśmy. Musielibyśmy się zmienić, wyrzec siebie. To nie ma sensu.
- Ja nie, mnie nie ma.
Poczuła jakie cierpienie zadała mu tymi słowami. Mocniej przycisnął ją do siebie.
Długo siedzieli w bezruchu. Ivar oparł brodę na jej głowie. Powoli zasypiał.
Kiedy uderzył czołem o jej ramie, poderwała się nagle.
- No to dzwoń, a potem idź spać. Nie ma sensu tak siedzieć.
Wstał i z trudem, chwiejąc się, dotarł do telefonu. Zdjął go z półki wiszącej w przedpokoju, usiadł na podłodze, oparł się o ścianę i dzwonił. Britta stała nad nim, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Nikt nie był w stanie mu uwierzyć. Najbardziej jednak śmiała się, gdy rozmawiał z Leną. Ale się biedaczka piekliła po drugiej stronie!
Gdy skończył, już całkiem nieprzytomnego Britta wepchnęła do sypialni. Sama przykryła się kocem i zwinęła na kanapie. Była smutna. Mimo wszystko, ta noc też była niewypałem. Kurt nie przyszedł, a Ivar raz jeszcze uświadomił jej, że jest niezastąpiony.

Sen przyszedł nagle i minął jak mgnienie oka. Była zbyt zmęczona by śnić. Zapadła się tylko w ciemność i puch, a potem nagle znów pojawiła na Ziemi. Leżała na kanapie z zamkniętymi oczami, przez chwilę znów było jej dobrze. Przeciągnęła się, nie otworzyła oczu. Nie obchodził jej czas, ani świat, było jej dobrze. Niestety rzeczywistość znów wdarła się do jej świadomości. Ból ścisnął za serce. Znowu czekała.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Otworzyła oczy i spojrzała na zegar. Była już szesnasta. Zerwała się nagle, może to Kurt? Nie, straciła nadzieję.
Do drzwi podeszła powoli. Na progu stała Lena. Wepchnęła się tak samo szybko do wnętrza, jak wszyscy przed nią. Czyżby ludziom weszło już w krew takie wchodzenie do jej mieszkania? Czy aż tak często zamykała komuś drzwi przed nosem?
- Gdzie on jest? - rzuciła Lena, rozglądając się na wszystkie strony. Była zła, ale chyba tylko i wyłącznie na tego kogoś, kogo szukała.
- Ivar? - spytała całkiem spokojnie Britta. - On śpi. Nie masz po co go budzić i tak teraz się z nim nie dogadasz. Pomocny też w żadnym stopniu nie będzie. Co z gośćmi?
Lena spojrzała na nią z wyrzutem.
- Przyjdą, ale nie dzięki temu pijakowi. Musiałam jeszcze ze wszystkimi porozmawiać i potwierdzić jego bełkot.
Britta zachichotała.
Wzięły się potem do pracy. Z grubsza trzeba było usunąć bałagan, zrobić zakupy, przygotować coś do jedzenia. To przesada dwa Sylwestry pod rząd! Mimo wszystko miało to w sobie coś pięknego, spontanicznego. Nie trzeba było grać. Żeby tak mogło wyglądać całe życie! Tak więc pracowały w kuchni, dwie kobiety, które powinny skakać sobie do oczu. Obie znały jednak prawdę i nie miały się o co kłócić. Jedną kochał, a z drugą był szczęśliwy. Tak było i tak miało być, co by nie zrobiły. Na temat „pijaka” zza ściany nie padło ani jedno słowo.
Po dwudziestej znowu zadzwonił dzwonek i Britta znowu nie spieszyła się z otwieraniem. Zupełnie straciła nadzieję. Za progiem kłębił się tłum ludzi, których znała i których nie znała. Tych drugich było zresztą więcej. Wszyscy przynieśli coś ze sobą: jedzenie, nagrania, kieliszki.
Skoro goście już byli i zaczęli się bawić, należało obudzić Ivara. Była okrutna. Jeśli on spowodował cały ten bałagan, musiał go obejrzeć i wziąć w nim udział. Nie ma lekko! Tak więc wciąż kłębiący się goście mogli zobaczyć jakąś potwornie rozczochraną istotę z podpuchniętymi oczami wyłaniającą się z sypialni, którą gospodyni paroma ruchami wepchnęła do łazienki.
- Zrób coś z sobą, tylko szybko - warknęła, a potem poszła do salonu i wtopiła się w tłum.
Mniej więcej po półgodzinie pojawił się Ivar. To zaskakujące w jakim tempie potrafił zamaskować kaca - miał praktykę.
Zabawa trwała. Britta czuła się dziwnie. Była zmęczona, w ogóle nie miała zamiaru się bawić, a tym czasem tańczyła już druga noc z rzędu. Większość gości nawet nie wiedziała, do kogo właściwie przyszli. Miało to jednak w sobie jakiś urok, było w tym coś niepowtarzalnego, coś o czym wielu marzyło, ale niewielu osiągnęło.
O dwunastej natręt w zastępstwie gospodarza domu znowu oblewał szampanem jej biały dywan, a gdy po raz drugi składali sobie życzenia, nie wypowiedział już tych potwornych słów. Ta noc nie była do końca jego zasługą, nie mógł więc być aż tak bezczelny, tym bardziej, że oczy Britty zasnuły się mgłą. Była zawiedziona, oszukana, nieszczęśliwa. Kurt nie przyszedł.

Goście gości bawili się dobrze, lecz my już o trzeciej zasypialiśmy po kątach.
Siedziała pod oknem, a Ivar trzymał jej rękę na ramieniu. Po drugiej stronie miał tą drugą kobietę. Britta patrzyła na salę. Ludzie tańczyli, zgrabne i krzywe nogi, długie i krótkie sukienki migały jej przed oczami. Wiedziała: dziś jest jej smutno, ale zapamięta tę noc jako coś wspaniałego. O tak, we wspomnieniach to będzie coś wspaniałego.
Goście wychodzili, zabierali swoje kieliszki i talerze. Wszystko znowu się kończyło. Spoceni, roześmiani wychodzili w mroźną noc, a ona pozostawała przy drzwiach. O szóstej znowu zostali zupełnie sami, tylko, że tym razem z Leną. Dalej siedzieli pod oknem i obie złożyły mu głowy na ramionach. Panowało milczenie. Britta wiedziała, że to zaraz się skończy i oni odejdą, że mają własne życie, że nie mają czasu, ani ochoty zajmować się samotną kobietą. Na razie jednak jeszcze byli i czuła Ivara wszystkimi zmysłami, zapamiętywała, każda sekunda była ważna, a dłoń Ivara taka ciepła.
Nagle zadzwonił dzwonek. Zerwała się na równe nogi. Kto to może być? Brakowało jej jakiegokolwiek pomysłu. Otworzyła i zobaczyła znajomą, szeroką twarz Kurta, który stał na progu, nie pchając się do środka jak wszyscy poprzedni. Kamień spadł jej z serca i poczuła jak nagle staje się lekka, a do oczu nabiegają jej łzy szczęścia. Powinna być zła, każdego innego dnia by była, tego nie mogła. Rzuciła mu się na szyję, a on przycisnął ją do siebie jedną ręką.
- Co się stało? - spytała.
- Miałem wypadek. - Wtedy dopiero zobaczyła, że Kurt przyszedł o kulach. - Miał nogę w gipsie.
Zaśmiała się cicho.
- Co żeś zrobił?
- Poszedłem do nocnego sklepu, kupiłem szampana, a potem zjechałem ze schodów. Z szampana niewiele zostało - powiedział wyciągając z kieszeni szyjkę butelki z zielonego szkła. Wciąż tkwił w niej korek.
Britta parsknęła radośnie. Nie szydziła z niego, to był miły śmiech. Do takiego też była zdolna.
- Zawieźli mnie na pogotowie - ciągnął dalej Kurt. - Nigdzie nie było działającego telefonu. Najpierw zrobili mi prześwietlenie, to trwało, no i gips musiał stwardnieć. Zresztą nie chcieli mnie tak od razu wypuścić ze szpitala. Ale teraz jestem.
- Dobrze, że żyjesz i jesteś - stwierdziła. – Wchodź, zaraz opowiem ci, jak mnie urządzili.
W przedpokoju pojawił się Ivar z Leną.
- Już wychodzicie? - spytała Britta, mimo wszystko, dziś chciała by ten natręt był jeszcze chwilę w pobliżu, wiedziała, że gdy wyjdzie i znowu się spotkają, będzie już tylko jej scenicznym partnerom.
- Tak, masz teraz Kurta. Lepiej będzie jeśli zostaniecie sami. – Ivar mrugnął do niej okiem. - Nie martw się, wrócimy – dodał. - Ktoś musi ci pomóc sprzątnąć.
- A... - rzucił jeszcze od drzwi. - Nie szukaj, szampana już nie ma.
Gdy Ivar i Lena wychodzili, Kurt patrzył na Brittę jakoś dziwnie, niewiele rozumiał z tego, co się działo.
- O co mu chodziło?
- Eee... - Britta machnęła ręką. - To świr.
Gdy zapadał zmierzch, czworo tego dnia szczęśliwych ludzi zasiadało do kolacji, bałagan otaczał ich przez nikogo nie naruszony, a płatki śniegu wciąż i wciąż osiadały na dachach domów i ulicach.

Bardzo chciałbym móc zakończyć tę historię w tym miejscu, wtedy byłaby jedną z wielu banalnych opowiastek świątecznych. Niestety nie mogę. Od tego czasu minął już rok i wszystko wygląda tak samo. Britta znowu poluje. Z Kurtem jej nie wyszło, tak jak z wieloma przed nim. Widzę ją teraz i padają te słowa:
- Dla kogo jest ten kieliszek?
- Dla zbłąkanego wędrowca. Kiedyś przyszedł. Może znowu przyjdzie.
Na krótką chwilę zapada milczenie. Wszyscy wiemy, że ona czeka i będzie czekać, że co roku będzie wystawiać kieliszek dla zbłąkanego wędrowca. Nigdy więcej nie może zabraknąć dla niego szampana. Tak jest, tak będzie, dopóki nie straci nadziei, lub nie odnajdzie szczęścia. Ale czy to możliwe?
Znowu zaczynają się rozmowy, wracamy do życia. Chórem składamy sobie życzenia. Chwilę potem rozlega się pukanie.
- Proszę! - woła Ivar i do pokoju wchodzi jakiś Australijczyk. Zaczyna mówić, a my nie bardzo jesteśmy w stanie go zrozumieć. Chodzi mu o jakiś bal. Ivar wyręcza nas z odpowiedzią:
- Dziękujemy, może przyjdziemy.
Australijczyk wychodzi, a my zostajemy. Co by nam nie proponowali, zostaniemy tu, nie będziemy wstawać tej nocy. O nie, po tym czego dokonaliśmy zeszłego roku, długo jeszcze nie będziemy umieli dobrze bawić się na wielkich przyjęciach, wśród zupełnie obcych ludzi. Poza tym, co to za pomysł urządzać bal Sylwestrowy, gdy nie pada śnieg, a na dworze panuje temperatura wyższa niż w domu latem. Och, tak, nad naszymi domami pada teraz śnieg, a srebrne gwiazdki osiadają na dachach i ulicach.
Kieliszek dla zbłąkanego wędrowca stoi wciąż pełny. Rano ktoś go wyleje, a Britta nawet nie zapłacze, najwyżej jej oczy będą spoglądały w dal, na coś, co może nie istnieje. Może też znowu pokłóci się z Ivarem, będzie się znowu drzeć i trzaskać drzwiami. W nowym roku jak zawsze zacznie polować, bezowocnie jak myślę, a gdy zegary trzydziestego pierwszego grudnia wybiją północ, znowu będzie sama i znów nad ranem wyleje kieliszek szampana postawiony dla kogoś, kto nawet nie miał przyjść. Oby nie. Życzę jej tego z całego serca.
- Ja jednak pójdę - oznajmia Britta wstając. Nie wytrzyma czekania i tej nocy, i teraz musi zapolować.
Powodzenia - myślę.
Oczy Ivara spoglądają w przestrzeń. Nikt nie odgadnie, czego pragnie jego serce.

03.12.1992 - Łacha

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...