Kejti's Factory - Opowiadanie

"Ostatnia Wigilia"



…dziadkowi Władkowi, Adzie (Marii), Krzysiowi, Profesorkowi, koniom Demoniakowi i Maćkowi, psu Snoopy’emu i szczurzycy Marii
za to, że byli.

Copyright ©   Kejti - Katarzyna Kwiecińska


Zbliża się pierwszy dzień wiosny. Wychodzę ze szkoły i wbiegam w podziemne przejście patrząc, jak płatki śniegu wirują nad moją głową.
Nic w tym nadzwyczajnego – myślę. - W zeszłym roku, w pierwszy dzień wiosny też padał śnieg.
Przypominam sobie obrazy z tamtego dnia. Poszłam do szkoły w czepku kąpielowym, lennonkach i ciepłej, długiej kurtce ojca. Padał śnieg.
To miała być wiosna?
Po szkole pobiegłam do swojej przyjaciółki Ady. Razem pojechałyśmy na Agrykolę, na koncert.
Nagle wyszło słońce. Ludzie tańczyli w błocie pozostałym po śniegu. Było cudownie. Wszystkie serca połączyły się w jedno serce i byliśmy razem, razem uwielbialiśmy jeden zespół. Ryczeliśmy może nie piękne, ale mądre piosenki T.Love. Obie byłyśmy szczęśliwe.
Teraz? Cóż. Znowu pada. Znowu jedziemy na Agrykolę. Mamy pomalowane twarze, ale przebierańców jest mało.
Śpiewa jakaś dziewczyna. Nikt jej nie zna. Wszyscy czekają, aż coś się zdarzy, ale nic się nie dzieje.
Mija nas Pszczółka Maja, chłopak przebrany za dziewczynę, kosmonauta, ktoś z szachownicą na twarzy. To jest wszystko. Reszta jest po prostu niechlujna.
Przepychamy się do przodu.
Następny zespół. Też nikt go nie zna, ale mają niezłe teksty. Solista jest brzydki, gruby i długowłosy, ubrany na czerwono. Ma szalik przywiązany do mikrofonu. Więcej nie widzę, choć nawet przy scenie nikt nie tańczyły.
No cóż – myślę. - Jest gorzej.
Próbuję potem tłumaczyć sobie, że w zeszłym roku to był mój pierwszy prawdziwy koncert, pierwsze, cudowne chwile przeżyte w tak wielkim skupisku ludzkim.
Przez ten rok wiele się zmieniło. Wzięłam przecież udział w święcie miłości uczestnicząc w koncercie Roxette. W obcym, jak zawsze uczono mnie, wrogim kraju, w Niemczech, poznałam co to jest miłość, wspólnota i jak powinno wyglądać życie, jak powinny wyglądać koncerty. Przyszli różni ludzie, zdrowi i niepełnosprawni, Niemcy i obcokrajowcy i wszyscy razem wielbili muzykę, gdy wokaliści byli lepsi, niż kiedykolwiek. Tłum skandował, krzyczał, piszczał, śpiewał chórem naprawdę równo i głośno. A potem tak jak wszyscy przyszli, tak i wyszli w noc. Nie było żadnych wypadków. Nic nikomu się nie stało. Nie widziałam też policji.
Na Agrykoli policji jest pełno, wielu konnych. Nie wiem dlaczego.
Wychodzi Ira. Pierwsze rzędy ruszają do pogowania. My się wycofujemy, my - ja i Ada.
Stoimy na granicy kamiennych schodów. Patrzymy na jezioro. Nasi koledzy gdzieś się zapodzieli. Przed nami przebiega brygada w szaro-zielonych mundurach z pałkami w rękach. Czuję niepokój, może lęk. Nie wiem dlaczego gdzie indziej była możliwa miłość, a tu nie. Może to nie był taki zespół jak trzeba?
Święto wiosny kończy się dla mnie, atakują wspomnienia. Wzrok spostrzega piękne, jasne cowboyskie buty, potem twarz ich właściciela. Jest przystojny.
Godzinę wcześniej biegłam za cieniem chłopaka, którego wydawało mi się, że kocham. To była bzdura.
Co tam. Patrzę teraz na tego. Jest szczupły, ma śniadą, zdrową cerę, ciemne, gęste włosy, krótko obcięte i sterczące w górę. Podeszli do niego dwaj chłopcy. Jeden…
Ja nie wiem jak to się powinno nazywać. On jest niepełnosprawny, przykurcze mięśni nóg i rąk sprawiły, że poruszał się trochę dziwacznie. Mówi jakieś bzdury, jak wszyscy tu. Myślę - on tu przyjechał! To powinno być normalne. Tak być powinno.
U mnie w szkole jest dziewczyna tak właśnie… uszkodzona. Ona twierdziła, że nie może sama wracać do domu. Dlaczego? Ja nie rozumem.
Policja wraca wraz z zimnym wiatrem.
Siedzimy nad jeziorem.
Ktoś zasłabł. Zmierzyli mu puls. Kogoś pijanego przynieśli od strony sceny.
Butelka wylatuje w górę. A jak koń stanie na takiej stłuczonej butelce… Straszne.
Wśród tłumu przedziera się ktoś przebrany za Świętego Mikołaja. Pada śnieg.
Na całe gardło śpiewam tekst piosenki. Milcząca tylna część tłumu, w której się znalazłam, patrzy na mnie. Z przerażeniem odnajduję w tekście treści - coś ze swojego życia.
„Nie ma nikt takiej nadziei jak ja. Nie ma nikt takiej wiary w ludzi cały ten świat . Nie ma nikt tylu zmarnowanych lat. Nie ma nikt bo któż to wszystko mieć by chciał.”
Odrzucam to. Nie chcę tego, choć może nie ma w tym niczego złego.

Dni mijają, śnieg pada. Zaczyna mnie to denerwować. Jakiegoś popołudnia stoimy we trzy przy oknie, w pokoju Ady: Ada, Edyta i ja. Za szybą wirują ogromne, białe płatki.
Wstrzymujemy oddech.
- Może to koniec świata? - szepcze Ada.
- Nie – mówię. - Koniec świata już był.
- Jak to? - pyta Edyta na wdechu.
- Tylko nikt tego nie zauważył - odpowiadam. Ma to brzmieć jak żart, ale przypominam sobie od razu śmierć mojego psa, to, jak świat wyglądał następnego dnia.
Snoopy był ostatnim co mi pozostało ze świata dzieciństwa. Dzieciństwo skończyło się wraz ze śmiercią mojego dziadka. Śmierć Snoopy’ego tylko to potwierdziła. Znajome drogi stały się znajome do przesady, tak rzeczywiste, że aż nierealne, jak doskonale wykonana makieta.
Wieczorem była zamieć, myśmy jechali przez noc. Niebo było ciemnogranatowe, z wąską, krwawą raną światła. Droga ginęła w mroku. Wtedy powiedziałam: „Może był koniec świata, tylko tego nie zauważyliśmy.” Teraz powiedziałam to znowu.
Kiedy wybiegamy na ulice, śmiejemy się. Ale białe płatki nie wirują już w powietrzu.

Następne dni przynoszą wesołe spotkania. Zapominam o złych dniach, o końcu świata, ale pada nadal.
To ma być wiosna? - pytam kwaśno.
W telewizji zaczynają puszczać kolędy.
Co to miało być? Coś się nie zgadza.
Pewnego ranka po przebudzeniu widzę cały świat przykryty białą pierzynką. Zimą tak nie było. Zimą nie udało nam się pojeździć na nartach.
Kolęd w radiu i telewizji jest coraz więcej. Ludzie zaczynają mówić o przygotowaniach do świąt. W szkole wychowawczyni każe nam rozstawić sztuczną choinkę. Nie jest to żaden problem, bo od świąt leży na szafie. Wahamy się tylko chwilę. W końcu co nam szkodziło?
Zaczyna krążyć plotka, że zbliża się koniec świata, ale taki prawdziwy, po którym wszystko przestanie istnieć i dlatego pozwolono (Kto pozwolił? Bóg? Siły natury? Rząd?) przeżyć ludziom jeszcze jedną wigilię, jako najprzyjemniejsze, najcieplejsze rodzinne święto. Nie wiem, czy ktokolwiek w to wierzył, w każdym razie ja nie boję się końca świata, nie traktuję go poważnie. Ja wiem, że zbliża się Wigilia.
Razem z Adą i Paulinom, koleżanką z klasy, jedziemy kupować drobiazgi dla rodziców na gwiazdkę. Dla ojca zdecydowałam się na skarpetki - tego nigdy za mało i śmieszny krawat, dla mamy na brązową szminkę. Wiem, że chciała ją mieć.
Biegając po mieście śmiejemy się i wygłupiamy na ulicach. Ganiamy tramwaje, gadamy tak głośno, że ludzie się na nas oglądają. Płatki śniegu wirują na tle szarego nieba, osiadają nam na włosach i dłoniach. Cieszą mnie ich piękne, niepowtarzalne kształty.
Samo pakowanie prezentów też sprawia mi wiele przyjemności. Robię to tak jak zawsze. Pakuję je w biały papier do drukarki, a na wierzchu rysuję świerkową gałązkę z bombkami i świeczką. Takiego ozdabiania prezentów nauczyłam się od taty.
Potem następuje chwila wahania. - Gdzie je schowam?
Moje biurko jest najlepszym miejscem. Panuje na nim taki bałagan, że i tak nikt nie zauważył, że pojawiły się nowe przedmioty.
Na parę dni przed Wigilią zaczynam się jednak trochę bać. Cały świat rzeczywiście wygląda jakby cofnął się o parę miesięcy w czasie. Telewizja, radio, ludzie wokół, wszyscy żyją zbliżającymi się świętami, tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Był pierwszy dzień wiosny, teraz będzie Boże Narodzenie.
Czy to naprawdę koniec świata, taki spokojny, cichy i dobry, koniec świata?
Nie tak miało być! Najpierw miała być wielka wojna, tak jak w mojej nigdy nie skończonej opowieści „Koń i wilk”.
Zaczęłam ją wymyślać na imprezie u Presleya, choć po mojej głowie krążyły jej zarysy już wcześniej.
Presley to oczywiście było tylko przezwisko chłopaka, z którym chodziłam do podstawówki. Tak na prawdę to on miał na imię Mariusz, a jego nazwisko zaczynało się na P i było tak trudne do wymówienia, że dla nas wszystkich został Presleyem.
Zaprosiłam na tę imprezę pewnego chłopaka. Znałam go właściwie od urodzenia, a raczej ze dwa tygodnie krócej, bo właśnie o tyle był ode mnie młodszy. Razem bawiliśmy się w piaskownicy, mieszkaliśmy naprzeciwko siebie, drzwi w drzwi. Potem oboje się przeprowadziliśmy i przestaliśmy widywać. Znowu spotkaliśmy się na pogrzebie wspólnego znajomego z tamtej klatki schodowej. Ja już go nie pamiętałam. Byłam wtedy w siódmej klasie. Z tamtym chłopakiem - Bartkiem, przeze mnie od razu przezwanym Profesorkiem, rozmawiałam tylko chwilę. Był przemądrzałym, bezczelnym okularnikiem o gęstych, ciemnych włosach i żabim uśmiechu. Jednak po paru ustnych starciach zaczęliśmy się spotykać z własnej woli, a nie tylko przy okazji spotkań naszych rodziców. Prowadziliśmy rozmowy o problemach egzystencjalnych, o istnieniu czasu, o pisaniu opowiadań, pisaliśmy oboje. Zabrał mnie nawet na koncert Czerwonych Gitar, chociaż zrobił to bardziej pod presją matki, niż z własnej woli. Na tym romans, którego nie było, skończył się. Spotykaliśmy się potem dwa, trzy razy do roku. On zapuścił włosy. Ja za każdym razem widząc go, coś czułam, jakieś uczucie w głębi. To było wszystko. Kiedy znikał mi z oczu, nie tęskniłam. Na miesiąc przed imprezą akurat się widzieliśmy. Obdarzyliśmy się jednym, jak mi się zdawało, ciepłym spojrzeniem, więc pomyślałam - dlaczego nie. Wiedziałam, że Profesorek jest zdolny nie przyjść na umówione spotkanie, ale przyszedł.
Tam na miejscu przez pierwsze dwie godziny tańczyliśmy tylko razem. Przyjemnie było czuć przy sobie jego ciało. Kładłam mu głowę na ramieniu, marzyłam, kiedy muzyka chrypiała powtarzając stare kawałki. To właśnie ja i ten chłopak mieliśmy stać się bohaterami mojej opowieści.
Założenia były proste. Mnie fascynowały konie, on mówił, że fascynują go wilki. W mojej opowieści zaczynała się właśnie wojna. Nikt nie wiedział kto, o co i dlaczego walczył. Moja bohaterka bała się, a kiedy strach przekraczał pewne granice, uciekała do swojego wewnętrznego świata, gdzie była koniem. Potem miała nastąpić cała seria wydarzeń, których nie wymyśliłam. Miało nastąpić zbliżenie tej mojej dziewczyny i chłopaka, którym miał być Bartek, ale właśnie nas rozdzielono.
On poprosił do tańca inną dziewczynę, anemiczną blondynkę. Ja taka nie byłam. Ze mną tańczył podpity chłopak, przez innych nazywany Skinkiem. Wirowaliśmy. Ja byłam napięta, niespokojna. Spojrzeniem podążałam za Bartkiem, tak ostentacyjnie, żeby wszyscy spostrzegli, że się nim interesuję.
Potem znowu tańczyłam z nim - to był jeden taniec. Opowiadałam sobie w myślach zakończenie mojej historii.
Bartek i ja zagnani, nalotami, do na wpół zawalonej piwnicy prowadziliśmy ostatnią rozmowę. Patrzyłam w mrok niczego nie widząc.
- Nie wydostaniemy się stąd - powiedziałam.
- Powinienem ci powiedzieć. - Chłopak jąkał się. - Może będziesz się śmiała…
- To nie pora żeby się śmieć.
Skinął głową.
- Wiesz, kiedy dzieję się coś bardzo niedobrego, kiedy bardzo się boję… Nie powiedziałem ci tego wcześniej. Wstydziłem się.
Popatrzyłam na niego zdziwiona, nie spostrzegając wiele, oprócz odblasków światła w jego okularach.
- Ja mogę zmienić się w wilka.
Roześmiałam się sztucznie, histerycznie.
- Wiedziałem, że będziesz się śmiała - powiedział urażony.
- Nie o to chodzi - odpowiedziałam nie mogąc się powstrzymać. - Tyle tylko, że ja w takich chwilach zmieniam się w konia.
Wydawało mi się, że wybałuszył oczy ze zdziwienia.
- Naprawdę?
- Tak. Ja zmieniam się w konia.
- To znaczy… - zamilkł.
- Tak – powiedziałam. - Nie musimy tu umrzeć. Możemy przejść do naszych wewnętrznych światów.
- Kto wie, czy to też nie jest śmierć?
- Nie mówmy o tym. Pomyśl jednak, kiedy przejdziemy na tamtą stronę, nie będziemy mogli już być razem.
Nie wiem, czy zrobiło to na nim wrażenie. Prawdziwe życie wdzierało się w historię.
- Pocałuj mnie - poprosiłam.
Potem mieliśmy przejść do naszych światów, koń i wilk, dwa stworzenia, które choć mogły być razem, nie mogły się kochać. Nie pozwalały na to ich ciała. Miał mnie pocałować. Miał mnie kochać, ale taniec się skończył, a on poprosił tamtą.
To była piękna piosenka - „Księżycowa Piosenka” Varius Manx. Ja tańczyłam, tak jak solistka tego zespołu. Ostentacyjnie patrzyłam na Profesorka, wykrzykiwałam: „Kiedyś znajdę dla nas dom z wielkim oknem na świat (…). Kiedyś wszystkie czarne dni obrócimy w dobry żart” i tak dalej i dalej. Wpatrywałam się w niego. Nagle byłam strasznie zazdrosna, tak, że zaczęło mi się wydawać, że go kocham.
Gdzieś koło pierwszej on powiedział, że chce wyjść, że chce mu się spać. Zdziwiło mnie to. On przecież balował stanowczo więcej, niż ja. W każdym razie tak mówił.
Pomyślałam - nie chce mi się wychodzić, ale skoro razem przyszliśmy, to razem wyjdziemy. Zgodziłam się.
- Ale najpierw zatańczymy jeden wolny – powiedziałam. On odpowiedział: „Dobrze”, ale zamówił dwa wolne. Pierwszy taniec był dla mnie, drugi dla tej blondyny.
Wtedy Presley poprosił mnie do tańca. Profesorek poszedł się ubrać.
Z Presleyem to był szybki, może trochę erotyczny taniec. Schodziliśmy w dół na ugiętych kolanach. Trochę było to śmieszne. Presley był o niezłych parę centymetrów ode mnie niższy.
Profesorek wrócił z korytarza.
- To co, idziemy? - powiedziałam.
- Nie - odpowiedział. Nie wiem, co stało się na korytarzu.
- Dlaczego?
- Bo nie - powiedział tylko i znowu tańczył ze swoją blondyną.
Ze mną zatańczył dopiero, gdy go poprosiłam. Powiedziałam: „to musisz ze mną zatańczyć”. To było „Listen to your heart” Roxette, dla mnie najpiękniejsza piosenka na świecie.
Magnetofon zaczął szwankować, wypadał kabel. Głośniki milkły. Presley je reperował. Ja dośpiewywałam brakujące fragmenty. Potem Presley przewinął kasetę. Tańczyliśmy to jeszcze raz. Byłam bardzo blisko Bartka.
Powiedział:
- Kiedyś lubiłem ten utwór, ale dwa razy pod rząd zaczyna mnie denerwować.
- Nie martw się, usłyszysz go dopiero w maju. - Myślałam o swoich urodzinach. Byłam głupia.
Potem przestał dla mnie istnieć, był tyko dla blondyny.
Usiłowałam wymyślić początek tej swojej opowieści, ale nic się nie kleiło. Moja bohaterka, ja, miała być w szkole z internatem. Gdzie? Dlaczego? Kiedy wybuchła wojna, chciała szybko wrócić do domu, ale nie było już pociągów, ktoś wysadził tory. Wtedy zemdlała i po raz pierwszy stała się koniem.
Nie. Potem to odrzuciłam. Inny początek wyglądał tak, że wszystko działo się w świecie, który wyglądał tak jak ten prawdziwy. Bartek przychodził do mnie, rozmawialiśmy.
On by nie przyszedł. Szarpała mną zazdrość. Nie chciałam już tej historii. To była bzdura, kłamstwo. Powinnam się wziąć za prawdziwe życie. Chciałam dwóch rzeczy, nie wiedziałam której bardziej - dać Profesorkowi w zęby, albo podejść i nagle, bez żadnej zapowiedzi pocałować w usta.
Mijał jeden szybki taniec za drugim. We mnie stygła krew. Zdecydowałam, że go pocałuje, ale nie w usta.
Wolny, nie wiem jaki utwór, sama muzyka, taka bardzo romantyczna. Byłam szybsza, niż on.
- Zatańczymy? - I już był w moich ramionach. Co by się nie stało potem, na następne cztery minuty był tylko mój. Potem niech wszystko się wali, jak w mojej historii.
Pocałowałam go wtedy. Pocałowałam w szyję, pierwszy raz w życiu całując. W mojej opowieści, w piwnicy, to był pocałunek w usta, namiętny, odwzajemniony. Na razie jednak musiało mi wystarczyć tyle. Koń i wilk mieli zaraz ruszyć do biegu w swoje strony, gnając za swoimi sprawami, szalone zwierze cieszące się pędem, wiatrem i zapachem trawy, w której wytarza się po długim bezcelowym biegu i szary, niesamowicie inteligentny myśliwy. Tak i myśmy się rozstali, nigdy nie będąc razem, naprawdę koń i wilk.
Muzyka ucichła. Zatrzymaliśmy się. Nagle zabrakło mi odwagi, żeby spojrzeć mu w oczy.
- Przepraszam – powiedziałam. - To nic. Nie bierz tego poważnie. Niech będzie tak, jak było.
Patrzyłam na jego stopy. On nie powiedział chyba niczego. Zamknął się na balkonie. Ja chwyciłam za aparat fotograficzny i zrobiłam parę głupich zdjęć, między innymi mojej przyjaciółce Adzie siedzącej przy kolorofonach. Dopiero kiedy zostaną wywołane, zobaczę, że płakała. Wtedy tego nie spostrzegłam.
- Zrób coś ze swoim kolegą - powiedział jeden z chłopaków, z którymi chodziłam do podstawówki, Sroka. - On się nudzi.
- Nie. On jest zły - odpowiedziałam tak, jakby mnie to nie obchodziło.
Potem on tańczył już tylko z blondynką. Ja siedziałam na krawędzi regału. Gdzieś koło czwartej nad ranem jeszcze raz zdobyłam się na odwagę i poprosiłam go do tańca. Odmówił. Powiedział, że jest zmęczony. Nie ruszył się. Ja nalegałam. Kiedy zaczął się podnosić nagle zjawił się jakiś inny chłopak, chciał ze mną tańczyć, ale ja wybrałam swojego okularnika z żabim uśmiechem. Byłam szczęśliwa jeszcze raz go czując.
Znowu był z blondynką. Ja tańczyłam z tamtym.
Blondynka chyba lepiej niż Profesorek rozumiała, co było grane. Kiedy uderzyła mnie w głowę drzwiami od balkonu, odskoczyła w tył przerażona, jakby myślała, że mogę jej wybić zęby. Rzeczywiście na początku chciałam rzucić się na nią z pazurami, ale nie byłam z tych.
- Nic ci się nie stało?
- Nic, żyję.
Powiedziałam do Profesorka: „wychodzimy”, on na to: „nie” i było po wszystkim.
Poszła do pokoju obok. Ada była tam już od dawna. Paru pijanych chłopców też. Usiłowali spać. Ada powiedziała:
- Zrobiłam dzisiaj coś czego nigdy nie chciałam zrobić.
- Ja też - odpowiedziałam.
Zaczynałam kojarzyć. Potem miałam się dowiedzieć. Ada tej nocy podrywała chyba ostatniego z tam obecnych, z którym jeszcze nie próbowała chodzić. Ale on mógł całować się z nią na prywatce (nie wiem, czy tak daleko doszli), ale nie mógł chodzić, bo miał inną. Ona czuła się tak bardzo samotna. Rozumiałam to.
Zamiast wysłuchiwać, skądinąd śmiesznych tekstów wygłaszanych przez pijanych chłopców, wolałabym już wyjść. Na ulicach było jednak za ciemno. Bałam się. Bródno to niezbyt bezpieczna dzielnica.
Nad ranem wylądowałam zawinięta w kraciasty koc na parapecie. Mebel przykryty kurtkami, na którym usiłowałam się ułożyć, okazał się być telewizorem.
Relacjonowałam, co dzieło się za oknem, nie dając innym spać. Przejechał pierwszy autobus. Pojawili się pierwsi ludzie, pierwsze samochody. Psy wychodziły na spacery. Czarne ptaki wzbiły się do lotu. Niebo jaśniało.
- Już czas, idę - powiedziałam.
Ada pożegnała się ze mną nie odzyskując pełni przytomności. Presley podszedł ze mną do drzwi. Powiedziałam: „było super”. Profesorek siedział, a raczej leżał z blondyną pod balkonem. Odprowadził mnie błyskiem okularów, nie podszedł. Ja nie powiedziałam niczego.
Na klatce schodowej zdjęłam pierścionki i wybiegłam na ulice. Pobiegłam do domu w srebrnobłękitnym świcie. Oddychałam chłodnym powietrzem. Już wiedziałam. Nie było żadnej miłości. Nie było żadnej zdrady. Wydostałam się z imprezy jak ze snu. Nie wiedziałam, czy to dobry, czy zły sen. Potrafiłam jeszcze pomyśleć - niech mu się uda, niech będzie szczęśliwy, przecież kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ja byłam jego przyjaciółką.
Rozwiązały mi się buty. Nie miałam tyle siły, żeby je zawiązać. Ciągnęłam nogami. Jedno wiedziałam, historia o koniu i wilku nie powstanie. To bzdura, nieprawda. Nie chciałam jej.
Profesorka nie widziałam nigdy więcej.

Myślę dalej. Nie tak miał wyglądać koniec świata, nie tak banalnie. Oczywiście, że miała być wojna, ale taka wojna, która miała wyniszczyć społeczeństwo i sprowadzić ludzi do poziomu… Nie, tak tego nie chcę napisać… i spowodować, że ludzie będą bardziej podobni do bezpańskich psów, niż do tego, czym im się teraz wydaje, że są.
Od razu przypomniał mi się stary przyjaciel, ale najpierw wieczór w pokoju Ady. To ma z tym związek. Nie wiem jaki, ale ma. Chodzi o bycie, o pamiętanie, o przyjaciela, nie o sam koniec świata.
Siedziałyśmy wtedy przy jej biurku nakrytym ciężką, brązową kapą, w pokoju, w domu na Zaciszu, u jej dziadków. Panował półmrok. To jeszcze nie był początek wiosny. Na zewnątrz było ciemno. Stojąca na biurku lampa otaczała kręgiem ciepłego światła jedynie blat biurka i parę centymetrów podłogi. Światło było ciepłe, przyjemne. Piłyśmy herbatę. To był słodki ulepek, ale co z tego, skoro byłyśmy razem i rozmawiałyśmy. Na talerzu przed nami stało suche ciasto o wątpliwym wyglądzie. Chyba babcia Ady je upiekła. Bałyśmy się go spróbować. Co tam, zanim na dobre zapanuje wieczór ciasto zniknie. Wzrok ślizgał się po plakatach, zatrzymywał na akwarium pełnym wody i tylko wody.
- Mój ojciec je przyniósł i mówi: „będziesz miała rybki”. Ciekawe, kto je będzie karmił - zaśmiała się Ada. Potem wróciłyśmy do wyliczania śmiesznych, wspaniałych wspomnień z podstawówki. Nasze głosy podnosiły się i opadały, śmiech przeradzał się to w parskanie, to w wycie. Słowa przechodzące przez gardło brzmiały jak pisk. Byłyśmy podniecone. Nie dbałyśmy o dziadków za ścianą. Atmosfera unosiła nas obie, wyżej i wyżej, jak balon z helem.
Była moja kolej, ja opowiadałam historyjkę.
- A pamiętasz jak… - zaczęłam.
Ada nagle znieruchomiała. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
- Nie pamiętam - powiedziała.
Ja swoimi słowami starałam się przywołać zapomniane obrazy.
- Jak ty robisz, że wszystko pamiętasz?
Nie wiem. Ja pamiętam. O to właśnie chodzi. Jedni pamiętają, inni nie. Czy warto, tego nie wiem. Wiem, że pamiętam pewnego mężczyznę.
Kiedyś miałam przyjaciela, a raczej nie ja, tylko mój ojciec. To był dziwny mężczyzna, samotny, zawsze smutny. Każdemu potrafił obrzydzić najwspanialsze przyjemności. Potrafił zmieszać z błotem najwspanialsze ideały. Mimo to lubiłam z nim rozmawiać, bardzo lubiłam. Opowiadał mi o muzyce. Nauczył kochać brzmienie gitary i ballady, łączyć się w piosence na parę cudownych chwil. On z zamiłowania był muzykiem. W ostatnich miesiącach znalazł się o krok od wydania płyty. Wycofał się, może wystraszył i zniknął.
Rozmawiałam z nim też o swoich historiach. Podobały mu się. Jedne fragmenty podziwiał, inne silnie krytykował. Dyskutowałam z nim, kłóciłam się jak równy z równym, jak to z przyjacielem. Opowiadał mi o swoich sercowych problemach…
Nie o to wszystko chodzi. On opowiadał różne historyjki, mówił, że chciałby napisać parę opowiadań. Jedno miało zaczynać się od słów „po prostu miał szczęście”. Namawiał mnie, żebym ja je napisała za niego.
Jedna z jego historyjek mówiła o upadku świata. O niej właśnie pomyślałam. Nie wiem, czy przewidywał wojnę, czy katastrofę jądrową, czy po prostu światu zabraknąć miało surowców. Ważne, że w takim właśnie upadłym, brudnym świecie żyła dziewczynka.
Nie miała rodziców. Nie miała domu. Śmietniki, piwnice, strychy, porzucone budowy dawały jej schronienie. Zawsze była brudna i potargana. Jej włosów, nie dałoby się już rozczesać, gdyby w ogóle ktokolwiek jeszcze o tym myślał. Ale nikt nie myślał. Mała tylko jedną ceną rzecz, która do niej należała, choć może kiedyś ją ukradła. Miała walkmana i jedną, jedyną zdartą kasetę. Kochała muzykę i ze słuchawkami na uszach zapominała o całym świecie. Przez moment była szczęśliwa, tylko przez moment. Tyle miała z życia. Zapominała o chłodzie i głodzie, muzyka była ważniejsza, większa niż cokolwiek. Niestety, żeby walkman działał, potrzebne były baterie. A baterie to było to, czego brakowało w jejj świecie.
Tak, tak właśnie powinien wyglądać koniec.
Nie produkowano już nowych baterii. Jedynym sposobem na wejście w ich posiadanie był napad na innego ich posiadacza.
Dziewczynka wiedziała, co to znaczy zabić. Już zabijała. Nie raz krew obryzgała jej twarz. Nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Wszyscy zabijali dla baterii.
Muzyka ucichła. Znowu musi ruszyć na polowanie. Nie trwa to długo. W ciemnej uliczce, zresztą wszystkie są już ciemne i wilgotne, dopadła mężczyznę z radiem. Skoczyła mu na szyję i zanim ten zdąży zorientować się co się dzieje, udusiła go. Drżącymi palcami wyjęła baterie z radia. Tak, to było to czego potrzebowała, czego pragnęła.
Kiedy zabijała była jak małe, dzikie zwierzątko. Teraz jej dusza jest wysoko ponad światem. Włącza muzykę.
Zaszyła się za śmietnikiem. Muzyka była głośna. Wypełniła ją sobą. Była taka piękna., uszczęśliwiała dziewczynkę, skłaniała do marzeń. Może kiedyś istniał, może będzie istnieć świat, w którym muzyka jest czymś najważniejszym, jest sposobem życia i prawem. Na pewno. To byłoby takie piękne. Westchnęła. Przycisnęła dłonią słuchawki do uszu. Nie słyszała kroków gangu, dzieci podobnych do niej, dzieci, które posiadanie baterii bawiło tak, jak i samo zabijanie.
Jeden z chłopców wyciągnął nóż. Dziewczynka nie poczuła bólu. Umarła ogłuszona muzyką i szczęściem. Brudna twarz oparła się o bruk. To wszystko. Była zbyt mało czujna. Chłopak wyszarpnął baterie z jej walkmana. Zatańczył nad jej ciałem, jak wojownik, nie jak morderca. Potem wyciągnął kasetę. Nie posłuchał jej. Z góry założył, że nie będzie lubił takiej muzyki. Wyrzucił ją za siebie. Tak wszystko się skończyło. Ta, dla której chrypiące dźwięki były wszystkim, nie żyła. Muzyka też ucichła. Taśma zawilgła, kaseta pękła przy uderzeniu o bruk. To wszystko.
Tyle zostało mi ze starego przyjaciela. A może tylko znajomego. Została mi ta historyjka, został pożyczony plecak, którego nie zdążył odebrać i miłość do muzyki.
Pół roku po ostatnim spotkaniu widziałam go jeszcze raz. Poczułam wtedy - w moim życiu wiele się zmieniło, a jego nie było przy tym. Nie było już o czym rozmawiać.
Moja mama zapytała, bardziej odruchowo niż z chęci:
- Masz czas?
- Tak, ale jestem głodny - rzucił jakby przestraszony.
To prawda, że kłócił się z moim ojcem, ale nie aż tak, żeby uciec, żeby się bać. On zawsze przesadzał. Taki był koniec naszej znajomości.

Nagle przychodzi mi do głowy, że być może otoczki tych historii, a nie one same składają się na koniec świata. Ale przecież to nie tak miało być. Prawda, że jakiś świat miał się skończyć, ale przez koniec jednego świata, miał nastąpić początek nowego. Nie wiem czy lepszego, nowego, pełnego nowych, szerszych możliwości. To miała być nowa siła, nowa droga.
Po serii pogrzebów (najpierw mojego dziadka, potem szczura i psa) opowiadałam sobie trochę dziwną historię, a właściwie tylko jej zakończenie. Początek miałam kiedyś tam wymyślić.
Założenia były proste. Szukając ukojenia przeszłam w tej opowieści do łatwiejszego, takiego dziecięcego świata, jak na przykład w „Piotrusiu Panie”. Dosiadałam tam swojego ulubionego konia - Demoniaka, a towarzyszyły mi wymarzone zwierzęta mające zastąpić te stracone - biała szczurzyca Perła i owczarek niemiecki Szevek. Była ze mną też moja przyjaciółka Ada. Na początku miało być banalnie, radośnie. Potem miały zacząć pojawiać się problemy, symboliczne przeszkody do pokonania, coraz trudniejsze i trudniejsze, oznaczające dorastanie, aż do momentu, kiedy poczuję się gotowa do dorosłego życia i opuszczając jeden świat przejdę w drugi, w tej historii akurat przechodząc przez światło. Tyle tylko, że nie wymyśliłam wszystkich przeszkód, jedynie zakończenie.
Dlaczego trzeba przejść przez światło? Nie wiem. To wygląda trochę jak śmierć, wtedy dużo myślałam o śmierci.

Wokół nas nie ma już nic, tylko to światło. Oślepia nas. Jedziemy stępa. Konie nie boją się, ale my się boimy, obie chcemy odciągnąć ten moment. Tam, gdzie kiedy patrzymy, wydaje nam się, że nic nie ma, jest nasz cel, który musimy osiągnąć. Jedziemy coraz wolniej i wolniej, a nasze serca biją coraz szybciej i szybciej. Czym jest ten cel? Jakie jest dorosłe życie? Nie wiem, nie chcę wiedzieć. Jedno jest pewne. Nagle zaczynam rozumieć, że Perła i Szevek nie mogą pójść ze mną. Ich przecież nie ma, w ogóle nie istnieją w dorosłym świecie. Wstrzymuję konia.
- Co się stało? - pyta Ada też się zatrzymując.
- Boję się - mówię cicho.
- Ja też - odpowiada ona szeptem. - Weź mnie za rękę.
Biorę wodzę w jedną rękę i wyciągam do niej dłoń. Po chwili czuję już w swojej dłoni jej ciepłą dłoń z kilkoma kurzajkami na palcach. Jesteśmy razem. Będziemy się wspierać.
- Boję się tego, co tam znajdę - skarżę się.
- Nie bój się - mocniej ściska moją dłoń. - Jesteś już gotowa, żeby tam iść. - Niepokojące brzmienie wkrada się w jej głos. Może rozumiem, może jeszcze nie, wolę zapytać. Boję się jeszcze bardziej.
- Nie pójdziesz ze mną?
- Nie - odpowiada powoli. - Ja jeszcze nie jestem gotowa. Boję się. - Potrząsa głową rozrzucając na boki lśniące, ciemne włosy. - Ja jeszcze nie chcę dorosnąć. - W jej głosie brzmi rozpacz.
- W porządku - mówię cicho. - Wiem, ale ja niestety muszę.
Tak, wiem. W końcu to ja napisałam, że przyjaciele mogą razem się śmieć i razem płakać, ale nie mogą razem przeciwstawić się przeciwnością losu, bo najtrudniejsze drogi trzeba przebyć samemu i nikt nie może w tym pomóc, nawet gdyby chciał. Wiem, że ona by chciała.
Nagle coś przychodzi mi do głowy. Zsuwam się z siodła. Ona robi to samo. Podaje jej wodze Demoniaka.
- Zaopiekuj się mim – proszę. - W tamtym świecie - wskazuję w stronę światła - on jest już bardzo stary, nie pożyje długo. Niech zostanie z tobą, póki tu będziesz. - Milknę na chwilę. - Może chciałam uciec - szepczę - ale kiedyś przyjdzie twój czas i przyjdzie jego, nawet… - Tego miała nauczyć mnie droga.
- Wiem - Ada mówi cicho, może ze smutkiem. - Ale nie dziś. Ty przecież wiesz.
Potakuję głową.
- Zaopiekuj się Szevekiem i Perłą. - Zdejmuję małe zwierzątko z ramienia. Drapie mnie w szyje. Przez chwilę trzymam szczurzycę w dłoniach głaszcząc jej miękką sierść i rozkoszując się słodkawym, duszącym zapachem jej ciała. Jej ogon pokryty jasną, jak gdyby łuską, pręży się w powietrzu. Nos porusza się. Fuka. Sadzam ją na ramieniu Ady. Ona dotyka jej dłonią.
- Zajmę się nimi.
Postępuję krok naprzód. Znowu się boję. W oczach mam łzy w historii, choć opowiadając ją po raz pierwszy też miałam. Wracam się. Wyciągam do Ady rękę. Znowu mam jej dłoń w swojej.
- Spotkamy się jeszcze kiedyś - ni to pyta, ni stwierdza Ada.
- Oczywiście. - Jest jak w filmach.
- Pójdź ze mną jeszcze kawałek - proszę.
Ada zgadza się i idziemy jeszcze chwilę trzymając się za ręce. Potem… To jest to miejsce, w którym powinna się zatrzymać. Zatrzymuje się. Dłoń wysuwa się z dłoni, wargi zaciskają.
- Powodzenia - mówi Ada przez ściśnięte gardło.
- Niech nie muszę na ciebie za długo czekać.
Uśmiecha się, a ja idę w stronę światła.

Nie wiem, co stało się dalej. Nie miałam odwagi opowiedzieć niczego więcej. Płakałam wtedy. Może to była opowieść o śmierci, nie o życiu? A może nawet rozstanie było symboliczne? Przecież ciągle jesteśmy razem, spotykamy się, zwierzamy z największych sekretów, czasem płaczemy, częściej śmiejemy się razem. Tyle tylko, że ona mówi: „nie chcę jeszcze dorosnąć”, a ja ciągle bawię się jak dziecko, ale myślę, że już jestem dorosła. Czego jeszcze mogę się nauczyć? Znam śmierć i miłość, nie tą namiętną, ale tej przecież nie poznają wszyscy.
Nie myślę o tym więcej. Naprawdę jest już Wigilia. Wigilia to piękne święto. Choć, może przez głupotę, usiłowałam je już swoimi historiami obrzydzić. To nie czas dla samotnych i rodzina patrzy gniewnie zauważając, że nie jest się takim, jakim być się powinno w jej mniemaniu - tak pisałam. Może to nie czas dla samotnych, ale ja nie jestem samotna. Rodzina patrzy gniewnie, ta daleka, nieważna, lubiąca plotkować. Z paroma ciotkami pokłóciliśmy się tak, że już się nie pojawią. Reszta to bliscy, bliscy naprawdę.
Dwa lata temu coś tak mi odbiło, że usiłowałam swoją historię wprowadzić w życie. Pisałam wtedy o dziewczynie, która zakochała się w niepełnosprawnym. Rodzina oczywiście (nie wiem czemu tak oczywiście) patrzyła na nią wrogo, a czas Wigilii i wyjazd do babci na wieś odbierała tylko jako marnowanie czasu. Nie mogła się z nim spotkać, a rodzina mówiła, żeby się uspokoiła, że wszystko dobrze, ale nie można poświęcać się całe życie. Ona krzyczała, że się nie poświęca. Zresztą…
Nieważne. Ważne, że ona dusiła się w domu.
Ja zrobiłam wszystko, żeby moje życie wyglądało tak samo. Nie miałam jednak chłopaka.
To była ostatnia Wigilia z moim dziadkiem.
Skąd miałam wiedzieć?
Żałuję.
Za późno zrozumiałam jak ten człowiek potrafił kochać. Chyba nie ma na świecie drugiego o tak głębokim sercu.

Budzę się rano, powietrz jest chłodne i lekkie. Oddycham głęboko, wyskakuje z łóżka i biegnę bosymi stopami po zimnej podłodze. Moi rodzice są już w dużym pokoju. Lampki na choince są zapalone.
To jest nasz rodzinny zwyczaj. Dajemy sobie prezenty w Wigilię rano, potem jedziemy do babci.
Wieczorem podłożyłam drobiazgi dla rodziców. Teraz wszyscy zagłębiamy się pod choinką. Zapach świerku wypełnia płuca słodką wonią. Igły spadają na głowę. Śmiejemy się.
Ja znajduje najnowszy singiel Roxette i kolorowe lakiery do paznokci. Mama się uśmiecha. Tata od razu zakłada krawat. To jest dobry, ciepły dzień. Ciepło jest oczywiści w nas. Na dworze mróz, grudki śniegu lśnią.
Kilka godzin później zachód słońca maluje niebo różowymi i żółtymi smugami.
Potem stoję w oknie, za nim są gałęzie drzew przykrytych białą pierzynką. Już to kiedyś opisywałam. Tyle tylko, że w tamtym opisie był we mnie żal, teraz jest radość i uniesienie. Śmieję się widząc pierwszą gwiazdkę.
Łamiemy się opłatkiem. Życzymy sobie samych najwspanialszych rzeczy. W oczach mamy łzy na wspomnienie tych, którzy odeszli. To dobrze mieć wspomnienia, dobrze mieć dom.
Siadamy do wieczerzy. Lubię grzyby w cieście - to specjalność mojej babci. Śledź w cieście też jest bardzo dobry.
Śmiejemy się. Mówimy teraz o jakichś takich zwyczajnych rzeczach, ale wszyscy jesteśmy szczęśliwi.
Kotka babci śpi na wersalce. To jest piękna, puszysta, szara kotka. Nagle się budzi, ziewa, przeciąga rozkosznie. Znowu zasypia.
Nie myślę o końcu świata, nie boję się. Wydaje mi się, że to jakieś urojenie, a teraz naprawdę jest grudzień.
Wybiegam na werandę zawołać dużą, żółtą sukę babci - Szramę. Zatrzymuję się na chwilę, patrzę w ciemne, rozgwieżdżone niebo. Noc jest pogodna. Oddycham głęboko. Potem dopiero wołam psa. Klepię jego szeroki kark. Szrama skacze mi na piersi i liże mnie po tworzy. Śmieję się i ściskam ją mocno, mimo, że pachnie nawozem.
Wracam jeszcze do stołu. Jemy słodkie. Powoli zaczynam robić się śpiąca. Łóżko jest zimne i miękkie, zamykam oczy. Jest mi dobrze. Szrama układa się na moich nogach. Jest ciężka, ale lubię kiedy jest obok mnie, a nawet na mnie.
Myślę - jutro rano wrócimy do Warszawy. Pobiegnę do Ady, zaniosę jej drobny prezent, jak na każdą okazję pustą kasetę, jej zawsze są potrzebne. Zapakowałam ją w papier do drukarki. Na wierzchu narysowałam serce nabite na gryf gitary.
Już cieszę się na myśl o naszym spotkaniu. Będziemy się jutro razem śmiać.
Zasypiam. Mam sen. To dobry sen, chociaż zaczyna się od tego, że umieram.
Jestem w Raju. Galopuję dosiadając Maćka. To zimnokrwisty gniadosz, na którym kiedyś jeździłam. On zginął. Po co pisać jak? Zabiła go ludzka głupota.
Obok mnie galopuje jeździec na karym koniu o miękkiej, długiej grzywie sięgającej prawie ziemi. Ten jeździec to Per Gessle, mój idol, ktoś kogo zawsze chciałam spotkać. On uśmiecha się do mnie tym swoim szczerym, ciepłym uśmiechem ukazującym jego krzywe zęby. Jak ja lubię ten uśmiech. Odpowiadam mu tym samym i galopujemy przez morze wysokich traw.
Słońce zachodzi przed nami. Niebo jest czerwone. Przyjemnie jest na nie patrzeć, na tę odrobinę odległego piękna. Wydaje się, że ogrzewa serca obietnicą pięknego poranka.
Na wzgórzu przed nami widać dwie czarne sylwetki jeźdźców. Per tam kieruje swojego wierzchowca, mój dotrzymuje mu kroku. Konie wspinają się na stok, prężą wyciągnięte w przód szyje, parskają.
Poznaję jeźdźców czekających na nas. To Marie, sceniczna partnerka Pera. Pod nią tańczy potężna, siwa klacz, o grzywie tak długiej jak u wierzchowca Pera. Marie wita nas uśmiechem zdeformowanym wadą zgryzu. Tu wszyscy się uśmiechają. Ona jest brzydką kobietą, ale bije od niej światło. Wiele złego można o niej mówić i myśleć, ale ona jest jedyna, jest najlepsza.
Drugi jeździec to okularnik o żabiej twarzy - Profesorek. Dosiada mojego starego Demoniaka. Per podjeżdża do Marie, wyciąga do niej rękę, nie mówi niczego, tylko całuje wprost w usta. Ona odwzajemnia jego pocałunek i łączą się w jedno.
Ja odwracam głowę, obdarzam spojrzeniem Profesorka. On jest tylko dla mnie. On na mnie czekał. Dwa spojrzenia stapiają się w jedno. Jestem szczęśliwa.
Nie, to nie wszystko.
Ja nie umarłam, miałam tylko wypadek. Budzę się w szpitalu, a on rzeczywiście jest przy mnie. Patrzy na mnie, niczego nie mówi, wyciąga rękę.
- Wpuśćcie mnie do niej! - słyszę głos Ady. - Muszę jej powiedzieć! Per do niej napisał!
Być może ludzie po śmierci nie mogą dosiadać martwych koni. Być może Per nigdy nie pocałował, nigdy nie pocałuje lub nawet nie będzie mieć zamiaru pocałować Marie. Być może mnie i Profesorka nic nigdy nie łączyło, ani nie połączy. Być może nigdy nie spotkam Pera, choć to ostatnie zależy tylko ode mnie. To nie ma znaczenia. To był po prostu dobry sen, sen dający siłę i nadzieję, sen zwiastujący nadejście dobrych dni.
Wierze w sny, wierzę w dobre i złe znaki.
Niestety nie zdążyłam tego wszystkiego przemyśleć, zrozumieć. Zabrakło czasu, żeby obudzić się i poleżeć chwilę w ciepłym, miękkim łóżku pocierając nogą o nogę i przywołując obrazy ze snu. Zabrakło czasu, żeby wybiec z domu i opowiedzieć o tym Adzie. Zabrakło czasu na cokolwiek. W kosmosie rozprysła się jedna z planet i poszybowała unosząc ku wieczności chmury gazu i pyłu.
To była Ziemia. To byłeś ty, to byłam ja, niezależnie od naszych marzeń, planów, dążeń, wewnętrznej siły i buntu. To był koniec świata. Nie zauważył go nikt. Nie miał kto zauważyć, bo nikogo już nie było. Nikt nie zastanawiał się czemu do tego doszło. Czy to Bóg zniszczył świat (i dlaczego?), czy siły natury, czy ludzie wielką atomową bombom? Nikt nie usłyszał niemego wołania rozsypującego się na boki z pyłem.
- Ja istnieję! Ja wygram!

Tak jest! Ja istnieję! Ja wygram! Ja i Ada wygramy! Osiągniemy marzenia! Dlaczego? Dlaczego akurat my? Może jesteśmy najlepsze? Może jesteśmy najtwardsze? Może niczego w nas nie ma, ale czemu to nie nam miałoby się powieść? Czemu nie?
Jest cicho.
Nie istnieje nic, oprócz nieba i gwiazd.
Leżę na plecach, na trawie. Po co mam krzyczeć skoro wiem.
Ja wygram.

- My wygramy - szepczę.
Ada uśmiecha się machając na to ręką. Nigdy mi nie wierzy, ale lubi, kiedy tak mówię.

05.04.1995 - Warszawa

Powrót do pierwszej strony
www.kejti.pl ... Nie zapomnij zajrzeć tu za miesiąc ...